Imponuje mi Wasza odwaga

O Roży Luksemburg, o dziesięciu latach współpracy z KPH, o flircie z gejem i o dwóch mamusiach z Joanną Gwiazdecką, szefową Fundacji im. Roży Luksemburg rozmawia Mariusz Kurc

 

foto: Krzysztof Kurłowicz

 

Czy Roża Luksemburg popierałaby ruch LGBT? W jej czasach, na przełomie XIX i XX wieku, on jeszcze nie istniał.

Myślę, że tak. Miała lewicową wrażliwość i sama należała jako kobieta polityczka, można tak powiedzieć, do mniejszości.

Była polską Żydówką, większość dorosłego życia spędziła za granicą jako emigrantka.

A poza tym miała bardzo liberalne podejście do seksu. Kto czytał jej listy, ten wie, ukazały się po polsku. Roża miała wielu przyjaciół, kochanków, również sporo młodszych, jeden był nawet synem jej przyjaciółki. Była bardzo namiętną kobietą, tak to ujmijmy. To nie są grzeczne, romantyczne listy. Więcej nie powiem, zachęcam do sięgnięcia po nie (uśmiech).

U nas Roża Luksemburg ma dość czarny PR. Albo raczej mocno czerwony, komunistyczny.

Zakładała partię socjaldemokratyczną. Do komunistycznej też by wstąpiła, ale nie zdążyła, bo została zamordowana (w 1919 r. – przyp. MK). Wydaje mi się jednak, że jej komunizmu nie możemy oceniać przez pryzmat tego, co było później, totalitaryzmów, stalinizmu itd. Niektórzy twierdzą, że jedno prowadziło do drugiego, ale społeczne ruchy, w których uczestniczyła Roża, mają się nijak do tych wielkich komunistycznych aparatów, które powstały później i słusznie cieszą się złą sławą. Przypomnę też, że Luksemburg była oponentką Lenina.

Owszem, nie zawsze miała rację. W Polsce ma się jej za złe, że nie walczyła o naszą niepodległość. Uważała, że mniejsze kraje sobie nie poradzą w dobie wielkiego kapitału i bała się tego, co nazywała „nocą Walpurgii nacjonalizmów”, która zresztą rzeczywiście nadeszła. Była też pacyfistką. Opisywała I wojnę światową w innym wymiarze niż to się zazwyczaj robi – z jej perspektywy to były masy żebrzących na ulicach miast kalekich żołnierzy, sierot, masy wdów wychowujących po kilkoro dzieci bez pomocy.

Recepcja Roży Luksemburg w Niemczech czy w USA jest zupełnie inna niż u nas. Tam zwraca się uwagę przede wszystkim na to, że ona była kobietą działającą w całkowicie męskim świecie. Luksemburg widnieje dziś w leksykonach feminizmu.

Była drugą Polką, która zrobiła doktorat. W 1897 r. na Uniwersytecie w Zurychu.

To jest osiągnięcie, którego nie ma nawet z czym porównać. Interesowała się botaniką, ale studiowała filozofię, ekonomię i prawo. Obroniła doktorat na temat rozwoju przemysłowego Królestwa Polskiego. Na bardzo wielu zdjęciach widać Różę w otoczeniu innych polityków i działaczy – jest jedyną kobietą w tłumie mężczyzn.

Fundacja im. Roży Luksemburg powstała w Niemczech w 1990 r. W Polsce istnieje od 2003 r. Jednym z waszych głównych celów jest działanie na rzecz równouprawnienia. Nie wszyscy pod tym rozumieją eliminowanie uprzedzeń dotyczących LGBT.

Dla nas to jest jasne. Od samego początku współpracujemy z Kampanią Przeciw Homofobii. Zrealizowaliśmy razem już kilkadziesiąt projektów.

Replika” wystartowała dzięki wam. Ma pani swoje ulubione projekty zrealizowane razem z KPH?

Na przykład Queer Studies, który robimy od 5 lat. Ten projekt ma już ponad 100 absolwentów, a wśród wykładowców m.in. Agnieszkę Graff, profesor Magdalenę Środę, Katarzynę Bojarską, profesora Ireneusza Krzemińskiego. Byłoby fantastycznie, gdyby udało się Queer Studies „podczepić” na jakiejś wyższej uczelni, przy Gender Studies. Tematyka LGBT zyskałaby na znaczeniu jako dyscyplina naukowa.

Teraz trzymam kciuki za jedno z naszych najmłodszych „dzieci”, czyli projekt dotyczący rodziców osób LGBT. Nie chodzi w nim o doraźną pomoc w zaakceptowaniu homoseksualizmu syna czy córki, raczej o to, by rodzice, którzy ten proces akceptacji mają już za sobą, zaangażowali się w szersze działania na rzecz LGBT. Pierwsze mamy, które się zgłosiły, są fantastyczne. To jest wielki potencjał.

Fundacja współpracuje z wieloma podmiotami w rożnych dziedzinach. Czy organizacje LGBT wyróżniają się jakoś na tym tle?

Nie, to nasi normalni partnerzy, jak wszyscy inni. Wśród działaczy LGBT nie ma więcej ani mniej oryginałów czy dziwaków niż gdzie indziej (śmiech). Ach, wiem, co jest charakterystyczne: to są prawie w stu procentach bardzo młodzi ludzie – 20-25 lat. Ludzie inteligentni, pełni energii, wiedzący, czego chcą. Nie mają w sobie nic z tak zwanych „ofiar dyskryminacji”. Imponuje mi odwaga, z jaką żyją w zgodzie z samymi sobą – czyli to, co nazywacie coming outem.

Muszę przyznać, że wcześniej nie poddawałam tego refleksji. Dzięki współpracy z gejami i lesbijkami zauważyłam, ile wysiłku musicie włożyć w to, by żyć tak, jak chcecie. Gdy słyszę argumenty „Po co oni mówią, z kim śpią, kogo to obchodzi”, to się oburzam: jeśli chłopak chce przyprowadzić swojego chłopaka na imprezę rodzinną, to przecież nie po to, by na tej imprezie z nim spać! I gdy się obaj zjawiają, to co? Wielka konsternacja? Albo dziewczyna, która na przykład umawia się z dziewczyną pod swoim miejscem pracy, bo potem razem gdzieś tam mają iść. Mają udawać, że się nie znają? Codzienne życie bez coming outu może być problemem, ale z coming outem – jest wyzwaniem. Żeby w takich sytuacjach się odnaleźć, trzeba odwagi, bo społeczeństwo zmusza was do podwójnego życia. To skazywanie na ostracyzm wydaje mi się okrutne. „Niech sobie robią, co chcą, ale tylko w swoich domach”? Czyli reszcie świata macie pokazywać tylko tę nieprawdziwą twarz?

A osób starszych jest wśród działaczy mniej, bo starszym, generalnie rzecz biorąc, trudniej zrobić coming out. Dorastali w innych czasach, przyzwyczaili się do ukrywania homoseksualności.

Do takiego właśnie wniosku doszłam, gdy się zastanawiałam, dlaczego wśród działaczy LGBT tak niewiele jest starszych osób. Podwójna tożsamość może z czasem stać się jedyną możliwą i taka osoba już nie jest w stanie funkcjonować inaczej. To są straszne mechanizmy. Jeśli czytam, że wśród osób LGBT częściej zdarzają się zaburzenia psychiczne, to wiem, że one nie wynikają z samej orientacji seksualnej, tylko z życia w ukryciu, w swoistej schizofrenii.

Nieraz mi się zdarzyło, że poznawałam kogoś i po jakimś czasie po prostu wiedziałam, że to jest gej…

…to ma pani gejdar.

No, nie zawsze, ale mam. Czasem jest zawodny, ale wiele razy zgadłam słusznie. Gdy ktoś taki udaje hetero, to czuję się skrępowana. Najchętniej bym mu powiedziała, że przede mną nie musi nic ukrywać, bo ja zdaję sobie sprawę, że ta dziewczyna, o której właśnie mi opowiada, to w rzeczywistości chłopak. Ale on wtedy pewnie by się zapadł pod ziemię ze wstydu. Jednocześnie nie obwiniam go, bo wiem, że został do noszenia takiej maski zmuszony.

Miała pani bagaż bezrefleksyjnej homofobii, którą musiała pani przepracować?

Nie. Interesowałam się filozofią i jako nastolatka czytałam starożytnych filozofów, na przykład „Dialogi” Platona, oraz poezję – Safona przecież! Więc po prostu wiedziałam, że homoseksualiści istnieją i już. Może nawet aż za bardzo w tych książkach siedziałam, bo nie mogłam zrozumieć, dlaczego się tak nagminnie ukrywają.

A kiedyś pewien gej mnie mocno podrywał.

(śmiech) Jak to?

Mogłam mieć jakieś 17 czy 18 lat i wyglądałam jak chłopak – miałam krótkie włosy i ubierałam się w taki dość szczególny sposób. Na jednej z imprez jeden gej wziął mnie za chłopaka i zaczął flirtować.

I do czego doszło?

Wyprowadziłam go z błędu, ale nie chciał uwierzyć. Jak w końcu uwierzył, to stwierdził, że to też super, bo w takim razie może się ze mną ożenić. Nawet do mamy chciał od razu dzwonić, ze w końcu poznał właściwą dziewczynę. Właściwą, bo „prawie” chłopaka.

Jak pani ocenia społeczne nastawienie do osób LGBT w ciągu tych dziesięciu lat realizowania projektów z KPH?

Wielkie zmiany na lepsze! Jak zaczynaliśmy, głosy, że homoseksualizm to choroba albo zboczenie były bardzo częste, a dziś są na szczęście marginesem, przynajmniej w głównej debacie publicznej.

Postulaty LGBT przebijają się do polityki.

Ten proces tak działa, historycznie dobrze to widać: najpierw musi pojawić się podmiot zdarzeń, czyli same osoby LGBT. Jak się pojawiły i wyartykułowały, czego chcą, to wkrótce te postulaty zostały podchwycone przez lewicowe partie. W Polsce właśnie to się teraz dzieje. A Zachód jest już na następnym etapie – tam lewicowe hasła równości bez względu na orientację seksualną przejmują konserwatywne partie.

Brytyjski premier David Cameron powiedział niedawno, że opowiada się za małżeństwami jednopłciowymi nie POMIMO tego, że jest konserwatystą, tylko DLATEGO, że jest konserwatystą. Bo popiera tworzenie wspólnot rodzinnych.

On nie jest odosobniony. W Niemczech słyszę podobne głosy. Do polskich konserwatystów one jeszcze nie dotarły. Dyskusja na temat głównego postulatu LGBT, związków partnerskich, nie stoi u nas na najwyższym poziomie. Nie jest merytoryczna. Pojawiają się argumenty, że to są „niegodne” związki. Że jak je wprowadzimy, to społeczeństwo runie. Że następna będzie adopcja i wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne. Jakby teraz pary homoseksualne nie wychowywały dzieci!

Kilka tygodni temu jechałam z moją czteroletnią córeczką autobusem. Obok nas leżało w wózeczku maleństwo, którym opiekowały się dwie kobiety. Moja córka, która uwielbia przyglądać się takim „dzidziom”, wykrzyknęła do mnie „Patrz, dwie mamusie!” To było dla niej oczywiste i naturalne. Pomyślałam, że my, dorośli, za bardzo komplikujemy sprawy.

 

Tekst z nr 40/11-12 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Rodzic potęgą jest i basta

Mają synów gejów albo córki lesbijki. Od poł roku uczestniczą w warsztatach Akademii Zaangażowanego Rodzica założonej przez Kampanię Przeciw Homofobii

 

foto: Agata Kubis

 

Tekst: Mariusz Kurc

Mój syn napisał mi w liście, że jest gejem. To było pięć miesięcy temu. Usiadłem z wrażenia. Przeczytałem raz, drugi, trzeci, czwarty. Nie, nie to, że świat mi się zawalił. W głowie tłukła mi się inna myśl, słowo honoru: jak on musiał się męczyć, jak on musiał się z tym wszystkim męczyć, dusić się? Ten list noszę od tamtej pory cały czas przy sobie – mówi Edwin, tata 21-letniego Krystiana. Zadzwoniłem do niego i podziękowałem mu, że mi to powiedział. Zapewniłem, że nic się w naszych relacjach nie zmieni i że go kocham. A on, jakby mu ze 200 kilogramów bagażu nagle z pleców zdjęli! Mówił, że było mu źle z tym, że mnie okłamywał. Teraz może już oddychać świeżym powietrzem. Krystian to jest fantastyczny facet. 192 cm wzrostu, przystojny, inteligentny, oczytany. Studiuje, gra na skrzypcach. Każdemu ojcu życzę tak wspaniałego syna.

Potem, szukając informacji o homoseksualności, znalazłem rożne fora internetowe. Tak szybko, jak na nie wszedłem, tak i szybko z nich wyszedłem. Ile tam wulgarności, agresji, wyzwisk, obelg. Nie godzę się na to! To są cudowni, normalni ludzie, a w naszym kraju, niestety, nie mogą czuć się bezpiecznie. I ja też ciągle się o bezpieczeństwo Krystiana martwię. Gdy wspomniał mi o Akademii Zaangażowanego Rodzica, postanowiłem przyjść.

Trochę mną wstrząsnęł

Akademia Zaangażowanego Rodzica istnieje w Kampanii Przeciw Homofobii od czerwca zeszłego roku. Działa w niej kilkanaście mam, Edwin jest pierwszym ojcem. Wszyscy mają homoseksualne dzieci. Chcą dzielić się swymi doświadczeniami, zdobywać wiedzę, wspierać innych rodziców, którym akceptacja homoseksualności dziecka przychodzi z trudem.

Warsztaty, na które zjeżdżają do Warszawy z rożnych stron Polski, to być może zalążek polskiej wersji PFLAG – organizacji skupiającej rodziców i przyjaciół osób LGBT, która w USA działa od 40 lat. Koordynatorką projektu w KPH jest Katarzyna Remin: W Łodzi już od jakiegoś czasu działała grupa rodziców gejów i lesbijek, w Lambdzie jest Elżbieta, mama geja, która pomaga innym rodzicom. Pomyśleliśmy z Gregiem Czarneckim, że warto byłoby zaktywizować rodziców, bo afirmacja z ich strony jest dla osób LGBT niezwykle istotna, a razem mogliby stanowić dużą siłę. Pomogła nam Fundacja im. Roży Luksemburg. Znaleźliśmy kilkanaście mam chętnych do udziału w serii warsztatów z ogólnej wiedzy o homoseksualności, regulacji prawnych dotyczących LGBT, dialogu z osobami wierzącymi, ale i z kontaktowania się z mediami. Prowadzą je m.in. Katarzyna Bojarska, Monika Zima, Małgorzata Borkowska i ja.

Anna: Moja córka wyoutowała się przede mną, jak miała 25 lat. Trochę ją do tego przymusiłam, coś tam podejrzewałam i zaczęłam dopytywać o chłopaków, o założenie rodziny, o dzieci. W końcu wyrzuciła to z siebie. Przytuliłam ją, powiedziałam, że może na mnie liczyć, że ją kocham. Nagle wszystko stało się jasne, całe jej dotychczasowe życie stało się dla mnie oczywiste, rożne rzeczy ułożyły mi się w spójną całość, zrozumiałam, dlaczego niewiele wiedziałam o jej towarzystwie – martwiłam się niepotrzebnie.

Ale nie powiem, że mną nic a nic nie wstrząsnęło. Trochę wstrząsnęło. Przez parę godzin mocowałam się z sobą. Potem już na trzeźwo postanowiłam działać. Zdałam sobie sprawę, że o gejach i lesbijkach wiem tyle, że… są. Nic więcej. Umówiłam się na wizytę u psychologa – ale nie po pomoc, bo jej nie potrzebowałam, tylko po informacje. Dzięki niemu trafi łam na stronę internetową KPH. I już za chwilkę uczestniczyłam w pierwszym spotkaniu rodziców gejów i lesbijek w Łodzi. Możemy więc być dumne – ja i Maria – że to z naszego miasta Łodzi wyszedł pierwszy sygnał, że grupy wsparcia dla rodziców gejów i lesbijek są potrzebne.

Syn Marii wyoutował się przed nią już ładnych parę lat temu. Domyślałam się i jednocześnie nie dopuszczałam tego do siebie. Gdy się wyoutował, to w pierwszej chwili pomyślałam „No, tak, jeszcze mi to potrzebne w życiu!”. Wytłumaczyłam sobie jednak, że nic na to nie poradzę, a poza tym homoseksualność to nie jest choroba. Na dłużej został mi tylko strach. Właściwie do dziś – strach, strach, strach. O jego bezpieczeństwo, o to, co się dzieje w Polsce, tyle nietolerancji. Edukacja u nas leży, a powinna być od przedszkola. Ludzie nie chcą przyswajać wiedzy, wolą tkwić w uprzedzeniach, dzikie społeczeństwo. I do tego Kościół katolicki, który robi potworną krzywdę mówiąc, ze homoseksualizm jest zły, niemoralny. Ale pomyślałam: to my sami stwarzamy te bariery, jedni drugim nie dajemy żyć, trzeba coś robić, chyba nie jestem jednak sama. Chyba nie tylko ja tak myślę? Kolegów syna podpytywałam o rodziców. Zauważyłam, że ci koledzy są często wyoutowani przed wszystkimi, tylko nie przed najbliższą rodziną. Przypadkiem trafi łam na psycholożkę Kingę Karp, a od niej – do KPH. Jestem przeszczęśliwa, że uczestniczę w warsztatach Akademii Zaangażowanego Rodzica, mnóstwo się na nich nauczyłam. Maria jest gotowa pomagać innym rodzicom: Do tego właśnie zmierzamy. Przygotowujemy naszą ulotkę, planujemy dyżury w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Chcemy stworzyć bezpieczną przystań dla rodziców, którzy czują się zagubieni, nic nie wiedzą. Trzeba im pokazać, ile jest wokół fajnych wyoutowanych ludzi.

Można przejść do zwykłego życia

Sylwia: Moja Roksana nie owijała w bawełnę, to jest dziewczyna z charakterem, humanistka. Miała 15 lat, gdy mi powiedziała. Siedziałam przed telewizorem, było akurat coś o homoseksualizmie i ona nagle do mnie, że jest lesbijką. Tak po prostu. Powiedziałam „acha” i udałam spokój. Postanowiłam poczekać. Starsza córka miała silną emocjonalną więź z koleżanką, a potem znalazła sobie chłopaka, więc myślałam, że może będzie podobnie. Poza tym muszę przyznać, że nie bardzo chciałam poruszać temat, bo nie wiedziałam, jak. Niewiele wtedy wiedziałam na temat różnorodności seksualnej i nie chciałam się przed tą moją wygadaną humanistką wygłupiać. Więc miałyśmy okres „ciszy w eterze”. Roksana mnie testowała: któregoś dnia wchodzę do jej pokoju, komputer odpalony, na pulpicie tapeta: dwie nagusieńkie kobiety w uścisku. OK, nie będę się krępowała, zwłaszcza, że ona jest wyluzowana.

Gdy poznałam mojego przyszłego drugiego męża, zapytała mnie, czy wiem, co on sądzi o gejach i lesbijkach. Wyjaśniłam mu, że chodzi o moją córkę, która „zanim cię polubi, to chciałaby wiedzieć”. Okazało się, że Janusz nie ma żadnego problemu. Roksana bardzo się ucieszyła i polubiła go od razu. Nawet mi wyrzucała: „No, widzisz, a ty to musiałaś przetrawiać”.

W zeszłym roku podsunęła mi stronę KPH z ogłoszeniem o Akademii Zaangażowanego Rodzica. Gdzie ja będę 380 km z Kędzierzyna-Koźle do Warszawy jechać, kto mnie tam potrzebuje, pewnie już mnóstwo osób się zgłosiło – pomyślałam. Ale jednak zadzwoniłam do Kasi Remin. I okazało się, ze to jest coś dla mnie. Dostajemy tu wiedzę, dzielimy się doświadczeniami. Nie wiedziałam, czy moje przeżycia są tylko moje, czy może my wszyscy czujemy to samo. Dzięki Akademii wiem, że – z drobnymi różnicami – wszyscy czujemy to samo. Na przykład moment coming outu dziecka wszyscy pamiętamy dokładnie. Już nie czułam się samotna z moimi doświadczeniami. Jak kiepsko mają te osoby, które nic nie wiedzą! Czyli tak jak ja jeszcze niedawno. Boją się, a ja już wiem, że nie ma czego. Tak naprawdę nie trzeba o tym nawet myśleć zbyt długo. Nie tylko można homoseksualność zaakceptować, ale w ogóle może być świetnie. Można przejść do następnego etapu życia, którym jest… zwykłe życie po prostu! Bez wielkiego roztrząsania problemu. Bo przecież nasze dzieci też nie chcą, by się ciągle skupiać na tym, że one są homoseksualne. Chcą po prostu normalnie żyć.

Nie mogę nie zapytać o tak widoczny niedomiar ojców. Anna: Panowie mają tendencję, by nie rozmawiać o swoich emocjach, dusić je w sobie. Dlatego im ciężej tu przyjść. My zresztą też jesteśmy pod pewnym względem charakterystyczne: albo wdowy, albo rozwiedzione, albo już z drugimi mężami, z którymi relacje są inaczej ułożone. Żadna z nas nie jest już z ojcem homoseksualnego dziecka.

Wyparłbyś się syna geja?

Pytam o wychodzenie z szafy. Przyznają, że to, podobnie jak w przypadku dzieci, powolny proces, że trzeba się tego nauczyć, bo głupio oficjalnie wszystkich zawiadamiać, a kłamać – też niezręcznie. Anna podkreśla, że pierwszej powiedziała przyjaciółce i zrobiło jej się dużo cieplej na sercu, gdy ta przyjęła wiadomość ze zrozumieniem. Edwin: Mój kolega z pracy powiedział coś bez sensu o „pedałach”. „Dlaczego tak mówisz, mój syn jest gejem” – odpowiedziałem. Był w szoku. Zna Krystiana, było mu głupio. Powiedział mi, że gdyby on miał syna geja, to by się do tego nie przyznał. „To znaczy, że byś się go wyparł?” – zapytałem. Sylwia: Sąsiadka zagadnęła nas na klatce schodowej, że Roksana nie ma jeszcze chłopaka. „A może będzie miała dziewczynę?” – odpowiedziałam, roześmiałyśmy się. I przestała wypytywać. Gdy teraz zobaczy Roksanę z dziewczyną, to powiem „Widzi pani, nie żartowałam wtedy”.

Wszyscy moi rozmówcy doskonale zdają sobie sprawę, że to nie homoseksualność jest problemem, tylko homofobia. Sylwia: Dlaczego mam się bać, czy mi dziecka jacyś kibole nie pobiją, tylko dlatego, że jest gejem albo lesbijką? Albo, że zostanie zaszczute przez rówieśników. Dlaczego mam się bać? Tak nie może być. Córka mi wspominała, że postawa niektórych nauczycieli w szkole jest dwuznaczna. Wygłaszają osobiste opinie na temat tego, jak powinna wyglądać rodzina – matka, ojciec i dzieci. A gdzie inne opcje? Podobnie z Kościołem. Roksana przestała chodzić na religię. Nie namawiam jej do powrotu. Jak papież powie „kochajmy się” i to „kochajmy się” będzie obejmowało też gejów i lesbijki, to może sama wróci.

Edwin: Nie możemy pozwolić zmarnować naszych dzieci, w nich jest wielki potencjał. Mam nadzieję, że już niedługo będą miały takie same prawa, jakie ja mam. Bo czym ja się różnię na przykład od pana?

We wrześniu kilkanaście mam (wtedy jeszcze bez Edwina) spotkało się z Judy i Dennisem Shepardami, rodzicami Matthew, 21-latka zamordowanego w 1998 r. za to, że był gejem. Shepardowie przyjechali do Warszawy na zaproszenie ambasady USA i KPH (patrz: „Replika”, nr 39). Razem z polskimi mamami wzięli udział w konferencji w Sejmie na temat mowy nienawiści. Maria z Wrocławia, mama geja, wystąpiła z apelem do polityków o zwalczanie homofobicznej mowy nienawiści. Sylwia również zabrała głos, odczytała swój apel: To była moc! Anna Grodzka płakała, Robert Biedroń miał łzy w oczach.

Potem ambasador USA osobiście wręczył specjalne dyplomy wszystkim mamom uczestniczącym w warsztatach Akademii.

Trzeba się wysilić

We wrześniu Elżbieta Bajan poszła wraz z córką, Mirką Makuchowską, wiceprezeską KPH, na wrocławski Marsz Równości. Niosła transparent z napisem: „Jestem dumną mamą lesbijki”. Jak się czuła? Dokładnie tak, jak głosił ten napis. Pokazałam światu, że nie odczuwam żadnych negatywnych emocji z powodu homoseksualności mojej córki. Żadnego wstydu, żadnego zażenowania. Moja miłość do córki nigdy nie poniosła uszczerbku z powodu jej orientacji seksualnej. Wręcz odwrotnie, po moim rodzicielskim coming oucie nasza wzajemna miłość rozkwitła z bardzo prostej przyczyny, zniknęły wszystkie tajemnice i obwarowania.

Szłam z Jolą Basińską-Piątek, mamą Krystiana (tego samego, którego tatą jest Edwin). W pewnym momencie podszedł do nas mężczyzna, który powiedział nam, że dopiero teraz, widząc nas, zdał sobie sprawę, że on też mógłby być na naszym miejscu, mógłby mieć syna geja czy córkę lesbijkę. Powiedział, że wcześniej nie przyszło mu to do głowy.

Wiem, że wielu rodziców nie znajduje w sobie siły, by pójść na Marsz z takim transparentem. Rozumiem to. Też miałam wahania. Ale przychodzi taki moment, że po prostu trzeba się wysilić, by te bezpodstawne uprzedzenia w sobie pokonać. Moja Mireczka już od lat wypowiada się otwarcie, działa. Ma całą bibliotekę książek o tematyce LGBT, z której skorzystałam. Przestudiowałam, ugruntowałam wiedzę, rozwiałam wszystkie swoje wątpliwości. Radość mojego dziecka jest moją radością.

W listopadzie Akademia Zaangażowanego Rodzica gościła we współpracy z ambasadą USA Jody Huckaby’ego – prezesa PFLAG (patrz: strony 24 i 25). Najbliższe plany? Katarzyna Remin: Piotr Kielar kręci film dokumentalny o rodzicach, w marcu ruszy kampania społeczna i strona internetowa projektu. Przygotowujemy też II edycję warsztatów. Jesteśmy pod wrażeniem pierwszego cyklu. Odnoszę wrażenie, że dzięki Akademii większość rodziców zaczęła swobodniej o swych dzieciach mówić, również w przestrzeni publicznej. Mówię „większość”, bo niektóre mamy od początku zajmowały bardzo jasne stanowisko. Dla nich największą korzyścią było, jak myślę, znalezienie grona osób chętnych do działania.

Sylwia: Akademia daje mi siłę do tego, by głosić „dobrą nowinę” dalej. Nie boję się konfrontacji z innymi poglądami. Marzanna Pogorzelska, słynna nauczycielka z mojego miasta, (kilka lat temu publicznie protestowała przeciwko homofobii ministra edukacji Romana Giertycha) ma teraz we mnie sojuszniczkę. Nie jestem sama. Jedną osobę łatwo skrytykować, a grupę – dużo trudniej.

 

Tekst z nr 41/1-2 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Nogi, które doszły

Pięćdziesięcioro akceptujących rodziców osób LGBT w jednym miejscu, na konferencji KPH, to jest taka moc, że chce się płakać z radości

 

fot. arch. pryw.
Styczeń 2016 – spotkanie rodziców osób LGBT w Łodzi „Nogi, które doszły”

 

Tekst: Mariusz Kurc

Jeśli sukces mierzyć ilością wylanych łez, to ta konferencja była bardzo udana – śmieje się Kasia Remin, koordynatorka Akademii Zaangażowanego Rodzica, działającej od 4 lat przy Kampanii Przeciw Homofobii. Na dzień przed tegoroczną Paradą Równości Kampania wspólnie z Fundacją im. R. Luksemburg zorganizowała konferencję „Rodzice osób LGBT – kropla drąży skałę”. Wzięło w niej udział około pięćdziesięcioro rodziców osób LGBT. Ponad czterdzieści mam i kilku ojców.

Kasi chodzi o łzy radości i wzruszenia, nie smutku. I nie słabości – w tych „mokrych” oczach mam gejów, lesbijek, osób bi- i trans naprawdę widać siłę. Te oczy mówią: „Już wszystko zrozumiałam”, „Jestem z Wami i jesteśmy razem”. Niektóre mamy dodawały, że nie tylko zaakceptowały homo- czy biseksualność swego dziecka, ale wręcz cieszą się z niej. Mój świat był jakiś szary w porównaniu z tym, co widzę teraz, pokolorował mi się. Wszystkich postrzegałam jako hetero, a teraz wiem, że oprócz hetero jest jeszcze cała tęcza – mówi jedna z nich, lico uśmiechnięte, w oczach – determinacja. Te mamy są naprawdę gotowe zmieniać świat.

Sabi i Tamari

Gruzinka Tamari Dzamukashvili, mama zamordowanej dziewczyny trans, nie dojechała, bo złamała nogę. Jej historię opowiedział zastępca, gruziński działacz LGBT Levan Berianidze. Zaczął od tego, że wg badań ok. 90% ludzi w Gruzji uważa, że homoseksualności nie można zaakceptować.

Sabi Beriani była nieustraszoną działaczką i piękną dziewczyną. Wyoutowała się publicznie jako osoba trans w 2010 r., gdy miała 19 lat. Udzielała się społecznie, przyjmowała zaproszenia do programów TV. 10 listopada 2014 r. napastnicy włamali się do jej mieszkania, zadali jej wiele ciosów nożem, potem podpalili mieszkanie. Sabi zmarła. Śmierć córki uczyniła z Tamari naszą sojuszniczkę i działaczkę. Matka stara się nagłośnić toczącą się sprawę sądową. Zabójstwo Sabi nie zostało uznane za zbrodnię z nienawiści motywowanej transfobią, mało tego, sprawcy nie odpowiadają za morderstwo, tylko za pobicie i podpalenie.

Aneta Ostrowska ze stowarzyszenia Akceptacja, mama Wiktorii, opowiedziała o książce „Rodzice, wyjdźcie z szafy”, którą gratis otrzymują prenumeratorzy/rki „Repliki” jako bonus do tego numeru (patrz: strona 7).

Krzysztof Kacprowicz, tata Michała opowiedział o dwóch blogach, które są prowadzone przez ośmioro rodziców osób LGBT. Właśnie odnieśli swój pierwszy blogerski sukces: podczas gdy zwykle zaliczają ok. 30 wejść dziennie, dzień przed konferencją mieli nagle… 13 tysięcy wejść! To dzięki Danucie Zarzecznej, mamie Patrycji, która napisała, jak na demonstracji KODu wręczyła Mateuszowi Kijowskiemu tęczową parasolkę, cyknęła fotkę, fotka poszła na blog. (rodzicelgbt.blox. pl, rodzicelgbt.wordpress.com)

Zarówno Krzysztof jak i Danuta należą do nieformalnej grupy „Rodzice przy KPH”. Działają praktycznie bezkosztowo. Jedna osoba nic nie może? Oj, może sporo, może. 2 lipca Dana trafi ła na okładkę „Wysokich Obcasów”.

Jak wygląda gej?

Pokaz dokumentalnego filmu „Moje dziecko” (reż. C. Candan) o rodzicach osób LGBT z Turcji. Zrobiony najprościej jak można – ot, gadające głowy. Ale człowiek siedzi zahipnotyzowany autentycznością tych twarzy, min, gestów i słów. I znów – łez. Jedna z tureckich mam opowiada, jak to dała się namówić na spotkanie z gronem kolegów syna, gejów: Zobaczyłam grupkę postawnych mężczyzn, większość z brodami i od razu do syna z pytaniem „To są ci twoi geje? Przecież geje tak nie wyglądają!” I zaraz się złapałam: a skąd ja niby wiem, jak wyglądają geje?

Po seansie Tamara Uliasz, mama homoseksualnego Leszka, uśmiecha się do mnie: Ja miałam tak samo parę lat temu. Poszłam z Leszkiem na Paradę, patrzę, a tu nagle koło nas stoi cały „oddział” takich bysiów. Wystraszyłam się, pomyślałam, że to te osiłki, narodowcy – tak blisko nas?! Mówię to Leszkowi, a on: „Mama, no co ty! Przecież to są nasze miśki”.

70 ciast

Furorę zrobiło wystąpienie Doroty Stobieckiej z Łodzi, mamy geja. Jakiś czas temu usłyszałam od pewnej pani, której sąsiadami została para gejów: „Nie mam nic przeciw, niech sobie mieszkają, byle by krzywdy nikomu nie robili”. To jest ta liberalna postawa? Zagotowałam się. A dlaczego oni by mieli robić komuś krzywdę? Skąd zaraz „na wejściu” takie zastrzeżenie? Czy gdyby wprowadził się chłopak z dziewczyną, to by też zaraz o tej „krzywdzie” wspominała? Albo, że niech sobie żyją, tylko aby się nie „obnosili”. A hetero mogą się obnosić? Więc mi chodzi o to, że nie powinniśmy zwracać uwagi tylko na te drastyczne przypadki dyskryminacji. Mnóstwo uprzedzeń i stereotypów siedzi w języku, w tekstach tolerancyjnych, ale tylko pozornie.

Przeszłam fazy rozmawiania i nierozmawiania ze znajomymi o moim synu. Był czas, że weszłam do szafy, a teraz zaczynam dostrzegać nawet drobiazgi dotyczące różnego traktowania. Dlaczego mnie znajomi nie pytali, czy mój syn wziął ze swoim chłopakiem kredyt na mieszkanie czy nie wziął? Dlaczego nie pytali, jak synowi się wiedzie w związku, jaki jest ten jego chłopak? Jak mówię, że się pokłócili, to dlaczego mnie nie zagadną potem, czy już się pogodzili? Przy naszych dzieciach hetero to tak działa – ich życie szczegółowo ze znajomymi się omawia. To nie może być tabu i to jest nasza sprawa, rodziców, by to przełamywać.

Jak się wybierałam na spotkanie Akademii Zaangażowanego Rodzica, to pytali: „Jedziesz na „to swoje spotkanie do Warszawy?”. Ludzie szukają różnych wybiegów, by nie nazwać rzeczy po imieniu.

W styczniu zorganizowałyśmy w Łodzi spotkanie. Było nas kilka mam. Zaprosiłyśmy innych rodziców osób LGBT, ale nie tylko – wszelkich sojuszników/czek, krewnych, rodzeństwo, zstępnych, wstępnych i wszelkich przyjaciół królika. Warunkiem wstępu na spotkanie było przyniesienie ciasta. Bo stwierdziłyśmy, że przy cieście i kawce lepiej się będzie gadało. I przerosło nas to spotkanie. 70 ciast było! Całe stosy, jak to zjeść wszystko? Zaczęłyśmy gadać, były łzy, jak zwykle. Potem zaprosiłyśmy pedagożki. Przyszły, zobaczyły kilkadziesiąt mam gejów i lesbijek plus kilku ojców. Oczy im się zrobiły bardzo okrągłe, że nas tak dużo.

Kilka miesięcy później organizujemy następne spotkanie, a ja szukam w komputerze zdjęć z tego pierwszego, styczniowego – bo to przecież fajna pamiątka. I nagle sama siebie przyłapuję: przecież na tym spotkaniu nie było zdjęć, sama nie chciałam! Teraz zachodzę w głowę, dlaczego? Bośmy jednak trochę w tych szafach siedziały. Mam jedno zdjęcie – tylko nogi widać! (patrz: obok) No, więc to są nogi, które kilka miesięcy później doszły tam, gdzie trzeba – do punktu, w którym nie ma wstydu, że się jest mamą geja czy lesbijki.

Jestem mamą geja i dla mnie nawet „sojuszniczka osób LGBT” to nie jest zbyt adekwatne określenie. Słowo „sojusz” kojarzy mi się politycznie, kojarzy mi się, że jak się z kimś zawiera sojusz, to wcześniej czy później się ten sojusz łamie. A ja z moim synem sojuszu ani nie zawierałam, ani go nie złamię. Ja go kocham, ja go znam, jestem po jego stronie i już.

Jeden syn może wziąć ślub, a drugi nie?

Sabina Brennan z Irlandii elektryzuje wszystkich. Mówi z prędkością światła i z zapałem komentatora sportowego. Wcale nie planowała być działaczką LGBT, ale jej syn jest gejem i gdy w zeszłym roku zaczęła się kampania przed referendum w sprawie małżeństw jednopłciowych, to po prostu nie mogła tylko siedzieć i czekać na wynik. Trzeba było się zaangażować. Zaczęła twittować, zaczęła chodzić po sąsiadach od drzwi do drzwi.

Przekaz? Najprostszy z możliwych. Mam dwóch synów. Jeden może wziąć ślub, drugi nie – to jest nierówność.

Jej syn, Gavin Brennan, muzyk wrzucał do youtube’a kolejne covery piosenek z przerobionymi tekstami tak, by pasowały do referendum. Na jednym z wieców chłopak Gavina klęknął przed nim, oświadczył się… Domyślacie się już? Tak, Sabinie głos zaczyna drżeć, na sali szmer od wyciągania chusteczek z torebek.

W kuluarach – luźne rozmowy. Jedna mama pyta mnie, jak powiedzieć 9-letniemu synowi, że starszy, Kuba, jest gejem. Bo na razie Kuba, jak przyprowadza swego chłopaka, Damiana, do domu, to funkcjonują jak koledzy – przed dziewięciolatkiem jest szafa. Mówię: Proszę spokojnie powiedzieć młodemu, że Kuba zakochał się w Damianie. Młody zrozumie szybciej, niż się wydaje.

Druga mama mówi, że jej syn jest w związku z chłopakiem od dwóch lat, mieszkają razem i gdy przyjeżdżają do nas, to ani się nie całują, ani nie obejmują, ani nic. Tak to jest w związkach gejowskich? Mówię, że jest czułość, tylko homofobia ich nauczyła, że mogą być czuli dla siebie tylko wtedy, gdy nikt nie widzi.

Jeden tata mówi mi: A z osiem lat miał i ja już wiedziałem, że jest gejem. Jak jest rodzic uważny i nie wypiera informacji, to można się domyśleć naprawdę wcześnie – i uśmiecha się od ucha do ucha. Dodaje, że już kilku młodym chłopakom i dziewczynom dawał rady, jak się wyoutować przed rodzicami.

Trzecia mama o nic nie pyta, tylko się cieszy, bo jej córka wraz z żoną w Wielkiej Brytanii spodziewają się dziecka. Wtóruje jej czwarta mama, która, szczęśliwa, opowiada, że jej syn ma fantastycznego partnera w Niemczech i ona już też niedługo zostanie babcią. Piąta mama… Szósta mama… Siódma mama… No, po prostu musicie przyjść na następną konferencję KPH z rodzicami i posłuchać ich. Jest moc.

Jak wielka, słychać było dzień po konferencji na Paradzie Równości. Na platformie przemawiali Marzanna Latawiec, mama trzech synów – jednego heteryka i dwóch gejów oraz Adam Małecki, tata geja, o którym pisaliśmy w numerze 50. „Repliki”. Oboje dostali ogromne brawa. Wszyscy akceptujący rodzice – dzięki!

 

Tekst z nr 62/7-8 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Partnera hetero nie miałam

Ja w ogóle gejów jakoś przyciągam, to są cudowne przyjaźnie. Po 13 lat mieliśmy i powiedziałam Darkowi: „Faceci to mają takie ładne dupki”, a on na to: „Wiesz, co? Mam to samo, mnie się też te dupki podobają”. Z tancerką Krystyną Mazurówną   rozmawiają Sergiusz Królak i Mariusz Kurc

 

Foto: Adam Gut

 

Odczuwa pani brak tolerancji ze względu na swój kolorowy wizerunek?

Zdarza się, ale wyłącznie w Polsce. Przepraszam, w Moskwie jest ostrzej, bo czasem plują za mną ze wstrętem na ulicy, wykrzykując obraźliwe uwagi. W Paryżu – żadnych reakcji, natomiast w Nowym Jorku spotkałam się z komplementami. Nowy Jork tak się ma do Paryża, jak Paryż do Warszawy, a Warszawa do Moskwy. Niestety, jesteśmy w kraju, któremu wciąż bliżej do Wschodu niż Zachodu, a ostatnio sprawy idą w stronę jakby przeciwną do właściwej. Nie chodzi tylko o stosunek do gejów i lesbijek, ale też do in vitro, aborcji, do Żydów, uchodźców, wszelkich mniejszości.

Latem wzięła pani udział w akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Ramię w ramię po równość” jako nasza sojuszniczka.

Takie akcje są niestety wciąż potrzebne. Podkreślam przy tym: to nie tak, że jakoś specjalnie nalegam na prawa gejów i lesbijek. Nalegam na równe prawa dla wszystkich. Z takim samym zaangażowaniem mogę wystąpić w obronie innych dyskryminowanych grup, czy to ze względu na orientację seksualną, czy kolor skóry i tak dalej.

To nie muszę pytać, czy jest pani za związkami partnerskimi lub małżeństwami homoseksualnymi?

Oczywiście, że za.

Z adopcją dzieci?

Oczywiście! W ogóle nie wiem, jak można mieć inne zdanie. Przecież nie chodzi o to, by wyrywać dzieci parom hetero i oddawać je parom homo, prawda? Chodzi o dzieci opuszczone czy osierocone, które mogłyby znaleźć dom i kochających rodziców. A że to byłoby dwóch mężczyzn albo dwie kobiety – co z tego?

Jakiś czas temu w którejś telewizji internetowej wzięłam udział w debacie z pewnym prawicowym politykiem, którego nazwiska już na szczęście nie pamiętam. Strasznie się zaperzył. „Związki partnerskie, no, jasne, i co jeszcze?!”. Powiedziałam, że mój syn jest w związku partnerskim. On: „I jeszcze pewnie dzieci by chciał mieć?”. Ja: „Już ma!”. On: „Ach, biedne to dziecko”. No, nie wiem, ja jestem dumna z mojego wnuka – zresztą jednego z pięciorga, mam trzech chłopców i dwie dziewczynki. Dopowiedziałam w końcu, że mój syn Baltazar jest w związku partnerskim, ale z dziewczyną. Tak się złożyło, że akurat jest hetero. Mieszka we Francji, tak jak i pozostała dwójka moich dzieci. Ślubu kościelnego brać nie chciał, bo od zawsze jest ateistą, mówi, że nawet w świętego Mikołaja wierzył tylko przez chwilę. A z cywilnym ślubem jest więcej kłopotu, większa ceremonia – i rozwód, gdyby miał się zdarzyć, to dużo trudniejszy. Wolał związek partnerski.

Zresztą teraz we Francji to w ogóle śluby biorą głównie geje i lesbijki (śmiech).

Sąsiadkami mojej córki Ernestyny jest para dziewczyn, które właśnie adoptowały dziecko. We Francji to są normalne sprawy.

Gratuluję pięciorga wnucząt.

Dziękuję, ale ja nic w tej sprawie nie zrobiłam i żadnej odpowiedzialności też nie ponoszę – tylko rozpieszczam.

Pani gwiżdże na to, co „wypada” kobietom w „takim” wieku i podkreśla, że nie zważając na opinię innych, robi to, na co ma ochotę. Wzór do naśladowania dla gejów i lesbijek? Widzi się pani w takiej roli?

To raczej ja podziwiam ich odwagę, jeśli chodzi o podkreślanie swojej osobowości: oni mają na ogół znacznie lepsze oko, wyczucie stylu, ciekawszy image niż mężczyźni hetero. Pewnie dlatego, poza Coco Chanel, wśród fryzjerów, kreatorów mody czy stylistów pojawiają się w sumie same męskie nazwiska, geje.

Mężczyzna hetero z reguły, jak zapytasz, to nie wie, w co ubrana jest jego kobieta, nie zna kolorów, niuansów modowych czy nowych trendów. No, ale mają za to inne zalety…

(śmiech) Jakie?

Ech, to oczywiste! Proszę zapytać którejkolwiek baby! I trochę poczucia humoru poproszę, mam wykładać kawę na ławę?

To zostawmy heteryków. Porozmawiajmy o gejach.

Proszę bardzo. Znam bardzo wielu gejów, ale nigdy dla mnie nie było to coś nadzwyczajnego, raczej normalnego, nie wywoływało sensacji.

Pani partnerami byli słynni tancerze geje – Witold Gruca, Dariusz Hochman, Stanisław Szymański, Gerard Wilk.

Wie pan co? Nie tańczyłam chyba nigdy z heteroseksualnym tancerzem! Myślę, że moich partnerów można by liczyć na dziesiątki, a może nawet na setki, a partnerów hetero było, no, nie wiem, może ze dwóch-trzech. I na ogół byli słabi.

Nie wiem dokładnie, na czym to polega. Jakaś inna wrażliwość, inna chemia. Praktycznie wszyscy wielcy tancerze to homoseksualiści, względnie bi.

Niżyński, Nuriejew… Barysznikow jest hetero!

Podobno bywa i hetero, tak. (śmiech)

Tak zwani prawdziwi mężczyźni często nie mają poczucia pozy, nie czują estetyki ruchu, nie interesuje ich przeglądanie się w lustrze i zachwycanie się własnym ciałem. Stąd w hip-hopie czy w najnowszych rodzajach tańca często występują tancerze hetero, ale na pewno nie w tańcu klasycznym.

Jaki był Stanisław Szymański, guru polskich tancerzy?

Stasiu był taki bardzo zrobiony, cały czas grał. Pewnego razu spotkaliśmy się pod operą, miał na siebie zarzucony czerwony sweterek. Gdy mu spadł, Stasiu „przeraził się” teatralnie: „O mój Boże, upadł mi mój lis!” (śmiech). Szalenie mnie takie zachowania bawiły, zwłaszcza, że ja też grałam w tę grę. Innego razu potrafi ł zadzwonić do mnie i zmartwiony zapytał: „Słuchaj, czy twój mąż też bez przerwy ogląda w telewizji ten futbol? Bo mój ogląda i mnie to już nudzi!”. Tak, też mnie nudziło! (śmiech)

Witold Gruca?

Tak naprawdę praca z każdym z nich była inna, bo każdy z nich był innym człowiekiem. Witold był podrywaczem, potrafi ł usiąść prawie nago na parapecie i machać do jakiegoś ujrzanego za oknem żołnierza. Miał wzięcie, a do tego był nieprzewidywalny! Raz podczas kolacji, przy stole pełnym ludzi, nagle zapytał mnie: „Czy ty umiesz facetowi robić dobrze? Nie?! To ja ci pokażę na kiełbasie!”. Nie miał najmniejszych oporów – zaraz mi pokazał tę swoją technikę (śmiech). Nie miał kompleksów z powodu swojej orientacji.

W przeciwieństwie do Gerarda Wilka?

Gerard co prawda nie ukrywał orientacji, ale za bardzo o niej nie mówił. Kiedyś byliśmy na występach w Rumunii i pewnego dnia poszliśmy na spacer po miasteczku. Nagle minął nas jakiś facet, z którym Gerard wymienił przelotne spojrzenie. Chwilę później poszliśmy do restauracji, a Gerard na chwilę nas przeprosił. Nie wracał pół godziny, godzinę, więc zaczęliśmy go szukać – bezskutecznie. Minęły trzy dni, aż wreszcie Gerard podjechał pięknym, białym samochodem z tym facetem, który go na tym spacerze minął, i oznajmił, że przyjechał po swoje rzeczy! Okazało się, że ten mężczyzna był jakąś gwiazdą telewizji rumuńskiej. Ale czy to nie piękne – jedno spojrzenie na ulicy i od razu miłość? Niestety, potem wakacje się skończyły, zaczęło się życie.

W 1995 r. Gerard Wilk zmarł na AIDS.

Stało się to wtedy, kiedy nasze kontakty nieco się ograniczyły ze względu na ciągłe rozjazdy. Ale bardzo to przeżyłam, bo swego czasu byliśmy ze sobą bardzo blisko. Za tę całą sytuację nienawidzę Rudolfa Nuriejewa, który też był chory (zmarł na AIDS w 1993 r. – przyp. red.), ale ignorował to. Kiedy został mianowany dyrektorem opery paryskiej, podobno przeleciał wszystkie tancerki i wszystkich tancerzy, nie mówiąc im, że ma HIV, a już podobno wiedział. Jakiś czas później połowa opery się pochorowała. Jednym z tych zarażonych był Gerard – czy przez Nuriejewa, to już tylko moje domysły. W każdym razie kilka lat wcześniej spotkaliśmy się na plotki, opowiedział mi o spotkaniu w barze z Rudolfem Nuriejewem i o tym, że przeżyli jakąś erotyczną przygodę.

Jak pani wspomina Gerarda z tamtego czasu?

Był chory chyba z siedem lat. Nie mówił o tym, nie chciał się spotykać, chował się przed ludźmi, jak miał pierwsze symptomy choroby. Zamknął się w sobie całkowicie, a zawsze był dość dyskretny. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie: kapelusz, ciemne okulary.

O kilku przyjaźniach z gejami pisze pani w swych trzech książkach. Choćby o Darku Hochmanie…

Tata mi mówił, że ja nic, tylko nogami zarabiam, a „może byś, Krysiu, trochę też głową pozarabiała?” To teraz zarabiam. Już piszę czwartą książkę, tym razem o tym, jak sobie za granicą radzą Polacy-emigranci. Wychodzi mi, że kobiety i geje znacznie lepiej niż faceci hetero.

Oprócz pisarstwa, zadebiutowałam w tym roku na Warsaw Fashion Week jako modelka. Marzyłam o byciu modelką, jak byłam nastolatką, tylko byłam za mała i za gruba. Teraz jestem jeszcze mniejsza, jeszcze grubsza i do tego 60 lat starsza – i zostałam modelką!

A Darek Hochman był moją dziecinną niemal sympatią, rodzajem zauroczenia, nie miłością, nie miało to żadnego związku z jego upodobaniami seksualnymi.

W „Moich nocach z mężczyznami” jest fragment o tym, jak on, nastolatek, wyznał pani, że podobają mu się chłopcy.

Proszę sobie wyobrazić dwoje trzynastolatków w szkole baletowej przy al. Niepodległości w Warszawie. Zawsze razem wracaliśmy Puławską do centrum i żeby było dłużej, to zahaczaliśmy o Łazienki. Gadaliśmy w nieskończoność i o wszystkim, a ponieważ hormony się budziły, to i o facetach. Powiedziałam raz, że mają takie ładne dupki, podobają mi się, a on: „Wiesz co, ja mam to samo, też mi się te dupki podobają”. To nie było wielkie wyznanie, tylko tak po prostu.

Wiedzieliśmy oboje, że istnieje coś takiego, jak homoseksualizm i że głośno o tym mówić nie można. Wtedy w Polsce o wielu sprawach nie można było głośno mówić, więc to była normalka. Takie czasy, początek lat 50., stalinowski okres. A w naszej szkole prawie wszyscy chłopcy byli homo. Jeden tylko był hetero – miał krzywe nogi, pryszcze, zeza i fatalnie tańczył! Przyjaciółka, z którą do tej pory się przyjaźnię, chapsnęła go od razu, a ja się zakolegowałam z wszystkimi gejami. Ja w ogóle chyba gejów jakoś przyciągam, to są cudowne przyjaźnie. Zdarza się niesamowity stopień porozumienia pomiędzy kobietami a gejami. Z koleżankami bywa zazdrość o ładną sukienkę, albo o faceta, tymczasem…

O facetów z gejami kłótni nie ma, bo podrywamy różnych.

No, właśnie!… Chociaż nie zawsze (śmiech). Czasem tych samych. Zdarzało się.

Darek miał jednak opór przed zaakceptowaniem siebie. Wyzywano go od świń i tym podobnych. Poszedł do lekarza. „Ja nie wiem, czemu mi się mężczyźni podobają, wcale nie chcę być tym pedałem”. Poradził mu, by wyjechał, bo tego nie ma jak leczyć, a za granicą takiej presji nie będzie czuł. I wyjechał. Darek jest od dawna szczęśliwym gejem w Nowym Jorku.

Trochę nadal tak jest, że wyjazd z Polski jest najlepszym wyjściem; smutne to.

Wyjazd do Francji w 1968 r. otworzył panią w sensie mentalnym?

Na pewno. Byłam już wtedy otwarta na inność, sama zresztą byłam też postrzegana jako odmieniec, ale Francja mnie ośmieliła, Francja mi pokazała, że ta różnorodność jest wspaniała, że odmienność można „nosić” z podniesioną głową. Wcześniej to było często tłumione, bo „nie wypadało”. Francja była i jest bardzo progresywna, choć i tam jest teraz problem pod tytułem „Marine Le Pen”.

W „Ach, ci faceci” poświęciła pani cały rozdział jeszcze innemu tancerzowi – Piotrowi Nardellemu. Muszę zacytować: „Piotr wpadł do mojego mieszkania jak burza w wielkiej zamaszystej czarnej pelerynie i czarnych wysokich do pół uda botach (…). Patrzyłam na niego urzeczona. Przyszedł chyba z Andrzejem Ziemskim, swym partnerem życiowym, którego złapał pod natryskiem jeszcze w szkole baletowej. Obaj superzgrabni, tańczyli w zespole Bejarta. (…) Piotr i Andrzej założyli w Brukseli w 1979 r. szkołę baletową.”

I nadal są razem. Tam jeszcze jest dialog. Ja go pytam: „Za coś ty go złapał pod tym natryskiem?” On odpowiada, że „za rękę, oczywiście”. Nie jestem pewna, czy za rękę (śmiech) – w każdym razie trzyma do dziś.

A w „Burzliwym życiu tancerki” znalazłem wątek lesbijski. Opowieść o tym, jak w Atenach dzieliła pani pokój z tancerką lesbijką. Tak jej pani zachwalała macierzyństwo, że rok później ona też została matką. Znów zacytuję: „– Przeszłaś na chłopów czy jak? – zapytałam z niezdrową ciekawością. – No nie. Taka głupia to nie jestem. Poprosiłam kolegę, zacisnęłam zęby, przecierpiałam ten jeden, jedyny raz i zobacz, warto było”.

Dla mnie posiadanie dzieci to jest najpiękniejsze, co mi się w życiu zdarzyło. I to nadal trwa, bo mam dzieci fantastyczne. Tym moim szczęściem chyba ją „zaraziłam”.

Ale macierzyństwo musi być świadome i musi być chciane. Więc żeby nie było niedomówień: jestem jak najbardziej za prawem do aborcji. Nie znam kobiety, która lubiłaby skrobankę, ale czasem to może być jedyne wyjście. Sama nie ukrywam, że miałam w życiu aborcje. Oburzam się, gdy mówią, że Mazurówna „przyznała się” do aborcji. Nie „przyznałam się”, bo nie ukrywałam. Tak jak nie „przyznaję”, że mam 77 lat, bo wieku też nie ukrywam.

W „Burzliwym życiu tancerki” wspomina pani też pewną rozmowę z synem Kasprem. Sugeruje pani, że jeśli on nie ma dziewczyny, tylko chłopaka, to pani by go chętnie poznała.

Po prostu brałam pod uwagę, że mógł być homo. Okazał się hetero – i to tak zawzięcie hetero jak ja. A propos syna, kiedyś, jeszcze chyba w latach 90., pochwaliłam mu się, co napisali o mnie w gazecie: że mam najpiękniejsze nogi od czasu Marleny Dietrich. „Ty najpiękniejsze nogi?” – zdziwił się. „Przecież masz kołkowate, męskie. To pewnie jakiś stary pedał pisał!”. Obruszyłam się, ale zerknęłam na autora artykułu: Jerzy Waldorff…

Co by pani powiedziała rodzicom, babciom, dziadkom, dla których homoseksualizm ich dziecka czy wnuczka jest dramatem?

Że dramatem to jest co najwyżej ich postawa.

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Miłość i złość

Z MIRKĄ MAKUCHOWSKĄ, wieloletnią aktywistką, a obecnie wicedyrektorką Kampanii Przeciw Homofobii, i z jej żoną MARTĄ BARTOSIAK rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Emilia Oksentowicz/kolektyw

 

Jesteście małżeństwem, w Polsce oczywiście nieuznawanym, zawartym w Danii w 2018 r. Jak się poznałyście?

Marta Bartosiak: 2009 rok, Zielona Góra, w której całe życie mieszkałam. W kwestiach LGBT nic się w moim mieście nie dzieje, z grupką znajomych i z moją ówczesną partnerką Bunią patrzymy na Wrocław, gdzie powstał właśnie oddział Kampanii Przeciw Homofobii. Chciałyśmy coś robić. Cokolwiek. Choćby to było roznoszenie tęczowych ulotek walentynkowych, które zrobiła Kampania Przeciw Homofobii. Bunia napisała do KPH o te ulotki i że chcemy działać. Ekipa z KPH, w tym właśnie Mirka, przyjechała z Wrocławia zobaczyć, kim jesteśmy. Przywieźli nam te ulotki. Tak powstał oddział KPH w Zielonej Górze. Był 15 sierpnia 2009 r. Przez ponad 5 następnych lat prężnie działaliśmy.

A parą zostałyście kiedy?

MB: Parą zostałyśmy w 2015 r., wcześniej było luźne koleżeństwo i spotkania czysto aktywistyczne, mniej więcej raz na rok, od Parady do Parady. W 2015 r. Bunia zmarła, a Mirka przyjechała na pogrzeb.

Zaraz, zaraz… Czy Bunia to Kasia Bienias?

MB: Tak.

O, Boże. Kasia była kontaktem „Repliki” w Zielonej Gorze. Pamiętam, że zginęła tragicznie, gdy podczas wichury drzewo spadło na jej auto. Marta, nie wiedziałem, że miała ksywkę Bunia ani że byłą twoją dziewczyną.

MB: To właśnie Mirka stała się dla mnie wsparciem w tym potwornym okresie. Powolutku się do siebie zbliżałyśmy. Dzięki niej podniosłam się po tragedii, dzięki niej w ogóle zaczęłam chcieć się podnosić. Mirka była moim światełkiem.

Mirka Makuchowska: A dla mnie Kasia i Marta, które były razem kilkanaście lat, stanowiły jakby wzorcowy lesbijski związek, obserwowałam i podziwiałam je.

MB: Miesiąc po wypadku wyprowadziłam się z Zielonej Góry. Nie byłam w stanie tam dalej mieszkać, musiałam całkowicie zmienić scenerię. Przyjechałam do Warszawy.

Mirka, ty jesteś z Wrocławia.

MM: Tak, ale już wtedy, od 2012 r., mieszkałam w Warszawie.

Parom jednopłciowym, które biorą ślub za granicą, zadaje się zwykle pytanie, dlaczego się zdecydowały, skoro ten ślub nie ma prawnego znaczenia w Polsce.

MM: Dla mnie niewątpliwie śmierć Kaśki wpłynęła na decyzję. Marta była w żałobie, zobaczyłam z bliska kruchość życia. Koniec może być nagły, to zostało w mojej głowie. Więc gdy zaczęłyśmy o ślubie rozmawiać, zniknęło mi myślenie: „Musimy poczekać, aż to będzie w Polsce możliwe”. Nie, na nic nie będę czekać, bo nie wiem, czy jutro będę jeszcze na tym świecie. Wcześniej jak najbardziej miałam postanowienie, że nie zrobię tego za granicą, uważałam to wręcz za ujmę na godności, by jechać gdzieś, bo w Polsce jest zakaz. Poza tym, tak, dziś ten certyfikat leży w szufladzie i kurzy się, jednak jest dla mnie symbolicznym znakiem chęci ustatkowania się.

MB: Żadnego ślubu humanistycznego, żadnego ślubu za granicą – no way! Chcę mieć ślub prawdziwy i w Polsce i musimy najpierw to wywalczyć, inaczej to jest jakiś rodzaj zdrady. Taki miałam pogląd przez całe lata. A potem, już kilka miesięcy po śmierci Buni, wiedziałam, że Mirka jest tą osobą, z którą wezmę ślub, i nie mogę z nim czekać na Polskę.

Minęło 3,5 roku od waszego ślubu. Tak jak wtedy, tak chyba i dziś trudno przewidzieć, kiedy równość małżeńską w naszym kraju wywalczymy.

MM: Nie byłabym aż taką pesymistką. Czytałam niedawne badania IPSOS-u mówiące o tym, że ludzie aspirujący do klasy średniej w Polsce dokonali skoku nie tylko, jeśli chodzi o materialny poziom życia, ale też o wartości – przynajmniej tolerowanie naszego istnienia jest już normą w tej klasie. To jeszcze trochę potrwa, ale związki partnerskie w ciągu 5 lat jestem sobie w stanie wyobrazić. Polskie społeczeństwo jest absolutnie na nie gotowe.

Nawet jeśli opozycja wygra wybory parlamentarne w 2023 r. i będzie skora związki partnerskie wprowadzić, to do 2025 r. będziemy mieli prezydenta Dudę.

MM: A czytałeś badania, według których 40% wyborców PiS nie miałoby nic przeciwko równości małżeńskiej? A jednocześnie wielu wyborców PO, pytanych o horror na granicy polsko-białoruskiej, nie mówiło o wartościach i o prawach człowieka, tylko „niech się trzymają od nas z daleka”. Sporo jest takich sprzeczności. Nie zdziwiłabym się też, gdyby poglądy prezydenta Dudy uległy uelastycznieniu, gdy PiS przestanie rządzić.

Dziewczyny, cofnijmy się do początku. Co was skłoniło do aktywizmu LGBT?

MB: Nazywanie mnie dziś aktywistką LGBT jest na wyrost. Mój aktywizm tak naprawdę skończył się wraz z wyjazdem z Zielonej Góry – uczestniczę w wydarzeniach, demonstracjach, ale właśnie jako uczestniczka, a nie kreatorka. W Warszawie najpierw w ogóle zbierałam się do kupy – mieszkanie, praca. A poza tym tu jest tylu wspaniałych ludzi chcących działać, tyle inicjatyw, że to mnie aż przytłacza.

MM: Nieformalnie Marta bardzo dużo mi pomaga.

MB: Generalnie to mnie do aktywizmu popchnęła złość. Na przykład złość na Donalda Tuska, który jakoś chyba w 2008 r. przyjechał do Zielonej Góry na uniwersytet i zapytany, czy podpisałby ustawę o związkach partnerskich, odpowiedział jednoznacznie „nie” – nawet bez komentarza.

Mirka, a ty?

MM: U mnie to był 2005 r. I też złość. Z jednej strony nastały czasy Romana Giertycha jako ministra edukacji, a z drugiej – poznałam ludzi z wrocławskiego oddziału KPH i bardzo ich polubiłam, to całe towarzystwo LGBT… Nie, wtedy nie mówiło się LGBT.

Mówiło się „geje i lesbijki”, a w mediach głównego nurtu tylko „geje” i walczyliśmy, by dodawano „lesbijki”.

MM: Tak jest, pamiętam. W każdym razie miałam paczkę przyjaciół i poczucie jakiejś sprawczości działania, to mi dawało satysfakcję.

Gdzieś słyszałem, ale może to plotka, że do aktywizmu pchnęła cię Ania Laszuk (dziennikarka radia TOK FM, autorka książek „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy” i „Mała książka o homofobii”, wyoutowana lesbijka – przyp. red.).

MM: Wiesz co? Anka miała mnóstwo kochanek i ja byłam jedną z nich. (Mirka wybucha śmiechem) No, cóż, taka prawda – z iloma ja dziewczynami się później zgadałam, że „Ty też?”, „Aha, no ja też”. Anka była donżuanem lesbijskim bez dwóch zdań. Była też superwyemancypowana, miała świadomość polityczną – a ja byłam takim zagubionym trochę lesbijątkiem. Tak, Anka mnie ukierunkowała.

Anka w Warszawie, a ty we Wrocławiu?

MM: Ten nasz romans to był jakiś 2003, 2004 rok – tak, przyjeżdżałam do niej. Z Anką byłam na tej słynnej zakazanej Paradzie w 2005 r. Zaciągnęła mnie, bo ja byłam wtedy niewyoutowana i oczywiście bałam się iść, „bo przecież tam będą kamery”. Odbyłyśmy całą dyskusję, a potem już poszłam jak burza. Do KPH przyłączyłam się jesienią 2005 r. i pamiętam wymiany mejlowe na temat, jak nazwać ten magazyn, który KPH ma zacząć wydawać.

O, jak miło. Ostatecznie dostał nazwę „Replika”. Ty i ja mamy więc taki sam staż aktywistyczny. „Replika” 6 lat później się usamodzielniła, a ty nieprzerwanie od ponad 16 lat działasz w KPH. Przez wiele lat byłaś członkinią zarządu, wiceprezeską, teraz jesteś wicedyrektorką. Chyba nie ma obecnie w KPH nikogo starszego stażem.

MM: Nie ma. Jestem dinozaurem.

Pamiętasz, że gdy zaczynaliśmy, w świecie aktywistycznym niemal nie było już ludzi, którzy zaczynali w latach 90.? Aktywizm LGBT był wtedy tak trudny, że większość bardzo szybko się wypalała.

MM: Masz rację – nie pamiętam żadnych kolegów Roberta Biedronia, z którymi on zaczynał.

Czujesz te 16 lat nieprzerwanego aktywizmu, które masz za sobą?

MM: Niestety, czuję, szczególnie ostatnich sześć, a już ostatnie trzy to w ogóle masakra. W tym roku kończę czterdziestkę. Niedawno usłyszałam, że właściwie to chyba już nie jestem aktywistką, bo przecież w KPH pracuję, zarabiam pieniądze. Wolę więc mówić, że jestem pracowniczką organizacji pozarządowej.

Tyle tylko, że swoją aktywistyczną, wolontariacką wieloletnią pracą przyczyniłaś się do tego, że KPH dziś jest w stanie zatrudniać pracownikow_czki.

MM: Tak, to było dobrych kilka lat pracy czysto wolontariackiej, a potem kilka następnych za pieniądze symboliczne. W 2010 r. dostałam 900 zł za pierwszy raport „Sytuacja społeczna osób LGBT w Polsce”, który współprzygotowałam. Cieszyłam się z tej kasy jak dziecko. (śmiech) Dziś widzę, jak przychodzą do KPH nowi ludzie i płaca jest dla nich oczywista – a ja wiem, ile trzeba było się narobić, byśmy jako organizacja doszli do takiego poziomu, że możemy kogokolwiek zatrudnić. Ci nowi ludzie mają prawo do traktowania KPH jako pracodawcy, ale moja droga była inna, zupełnie inna.

Mirka, a nie frustruje cię, że przez te wszystkie lata nie wywalczyliśmy żadnych zmian w prawie, które postulujemy – związki partnerskie/równość małżeńska, uzgodnienie płci, ochrona przed dyskryminacją w kodeksie karnym, rzetelna edukacja seksualna, zakaz „terapii” konwersyjnych?

MM: Pewnie, że frustruje. Zwłaszcza, gdy zdarza mi się słyszeć – no, jak tyle walczyłaś i nic nie wywalczyłaś, to chyba źle walczyłaś, nie? Natomiast szczerze ci powiem, że czasy Platformy były dla mnie bardziej frustrujące niż to, co jest teraz. Tamci ciągle gadali, że już za chwilę, już już – i to trwało 8 lat i nic, a teraz wiem, z kim gram, jest jasność. Lepiej mieć zdeklarowanego wroga niż fałszywego przyjaciela. Homofobia obecnych władz jest potworna, ale ona napędza też konsolidację naszej społeczności. Nie marzyłabym nawet o 30 Marszach/Paradach Równości, a tyle było w 2019 r. Ostatnio zaś widzę znów początki stagnacji, trudniej nam jest mobilizować ludzi. Czy przed wyborami w 2023 r. znów będzie nagonka na nas?

Dwa miesiące temu wydaliście wraz z Lambdą Warszawa kolejny raport „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce” napisany na podstawie ankiet wypełnionych przez prawie 23 tysiące osób. Ogromna próba badawcza. I zatrważające rezultaty. Raporty są cykliczne, powstają co kilka lat. Dało się w nich zaobserwować trend – ta nasza tytułowa sytuacja powolutku, ale polepszała się. Teraz trend się załamał. Jest gorzej niż przy poprzednim raporcie w 2016 r.

MM: Wielu osobom wydaje się, że polityka to jedno, a zwykłe życie – drugie. Ten raport pokazuje, jak bardzo polityka wpływa na nasze życie. Depresje i myśli samobójcze nękają nas dużo częściej niż osoby heteroseksualne i cispłciowe, dzieje się tak ze względu na homo- i transfobię, ale teraz pokazaliśmy też coś więcej – na przykład to, że depresje i myśli samobójcze są jeszcze częstsze, jeśli mieszkasz w „strefi e wolnej od LGBT”. A przecież to „tylko” takie uchwały samorządowe, niby bez realnego znaczenia. Respondenci często też opisywali sytuacje, w których schemat był następujący: „Tata oglądał »Wiadomości« i tam znów była mowa o ideologii LGBT, tata rzucił komentarz, że też jest przeciw ideologii LGBT, i nie wytrzymałem, wyoutowałem się przed nim, wykrzyczałem mu, że nie jestem ideologią, tylko człowiekiem”.

Zacznijmy właśnie od profilu respondentow_ ek. Uderzyło mnie, że tylko 1% z nich to ludzie powyżej 46. roku życia. Dramat. Nie tylko starsi ludzie LGBT, ale nawet już ci w średnim wieku – milkną, znikają. Sam mam 48 lat, jestem przerażony tymi danymi.

MM: Ja też. Być może przyczyną jest to, że docieraliśmy do ludzi przez portale głównie odwiedzane przez młodych?

To jakie portale odwiedzają 50-letnie osoby LGBT? Bo przecież nie powiesz, że nie korzystają z internetu.

MM: Racja…

Następna ciekawa sprawa: 27% respondentow_ek to biseksualne kobiety, największa grupa spośród wszystkich, a tylko 4% – to biseksualni mężczyźni. System patriarchalny, czyli seksualną perspektywę typowego maczo, widać tu jak na dłoni.

MM: Znów: racja. A zauważyłeś ogromny wzrost odsetka osób trans?

Jasne.

MM: Wynika on również z tego, że zmieniliśmy samą definicję osoby trans. Kiedyś – na pewno też pamiętasz te czasy – osoby trans to były tylko te, które są po tranzycji, w jej trakcie lub do niej dążą. To było dość binarne postrzeganie transpłciowości, które przeszło już do historii. Zdecydowaliśmy się, by do „worka” transpłciowości wkluczyć też takie osoby, które czują się trans, ale nie mają intencji przechodzenia tranzycji.

I bardzo dobrze. Kolejne dane, które „pięknie” pokazują działanie patriarchatu, to odpowiedzi na pytanie, kto w rodzinie wie o twojej orientacji. Najwięcej wie sióstr, potem idą mamy, następnie bracia i na końcu ojcowie.

MM: Przygnębiające jest, że w ogóle tylko 54% matek wie o orientacji swojego dziecka, a z tej połowy, która wie, tylko 60% tę orientację akceptuje. Oczywiście, z ojcami jest jeszcze gorzej. Często słyszę od rodziców osób LGBT, że oni byli źli na to, że dziecko powiedziało im tak późno. Dane pokazują, że ten żal nie ma uzasadnienia, przeciwnie – uzasadnione są obawy młodych ludzi, że ich orientacja nie zostanie przez rodziców zaakceptowana. Przecież to jest jak rzut monetą – powiem im i przestaną mi płacić na studia albo nie przestaną, zepsuję sobie relacje rodzinne lub nie. A 10% ryzykuje wyrzucenie z domu. Przecież to jest koszmar! Zresztą często coming out nie jest żadnym coming outem, tylko ta orientacja „wychodzi” wbrew woli danej osoby – bo mama przeszukała SMS-y, albo ktoś zapomniał przestawić ustawienia prywatności na swoich mediach społecznościowych, wyszedł na chwilę z pokoju, a tymczasem brat zajrzał do laptopa.

Podejrzewam, że zupełnie inaczej wyglądają coming outy przed rodzicami, gdy masz około 30 lat, mieszkasz na swoim, pracujesz i jesteś niezależny_a.

MM: Bo wtedy relacja z rodzicami jest już zupełnie inna i rodzice wiedzą, że nie akceptując orientacji dziecka, mogą po prostu stracić z nim kontakt.

Marta, a u ciebie?

MB: U mnie z wszystkimi jest bardzo dobrze.

I coming out przed rodzicami też poszedł bez problemu?

MB: O, nie.

MM: (śmiech)

Opowiesz?

MB: Przed tatą nigdy się nie wyoutowałam, widział, że razem działamy z Bunią, razem mieszkamy i śpimy w tym samym pokoju i w tym samym łóżku, ale nie było tematu. A mama cały czas patrzyła na nas przez okulary przyjaźni i któregoś razu w końcu stwierdziłyśmy, że to jest ten dzień, trzeba mamie powiedzieć. Umówiłyśmy się, że Bunia zacznie – mama Bunię świetnie znała i bardzo lubiła – a ja, która się bardziej stresowałam, dokończę. Usiadłyśmy, Bunia mówi: „Musimy pani coś powiedzieć…” – i ja wtedy miałam wkroczyć, ale się rozpłakałam.

MM: (śmiech)

MB: Więc Bunia dokończyła, mama coś tam odpowiedziała, ale widziałyśmy obie, że ją zamurowało – jednak musiała mocno jechać na wyparciu. Mama zamilkła na rok. Cały czas mieszkałyśmy razem, ale nie odzywała się do nas ani słowem, a potem stopniowo zaczęła się otwierać. Dwa lata temu była uczestniczką Akademii Zaangażowanego Rodzica – i teraz jest matką wszystkich elgiebetów w Zielonej Górze, na Paradach macha transparentami. Mama nie była nigdy jawną homofobką – pracowała w teatrze w Zielonej Górze, miała tam kolegów gejów, których uwielbiała – problem przyszedł tylko, gdy okazało się, że córka jest lesbijką.

Wrócę do raportu. O 5 punktów procentowych więcej osób ukrywa swoją orientację. Wcześniej trend był odwrotny.

MM: To jest absolutnie wynik sytuacji politycznej, o której już mówiliśmy. Natomiast optymistyczne jest to, że coraz więcej ludzi myśli o sformalizowaniu związku i o posiadaniu dzieci. Ktoś może powiedzieć, że to konserwatywne podejście, ale według mnie to świadczy o tym, że zaczynamy sami o sobie myśleć jako o pełnoprawnych obywatelach.

Natomiast tylko 2,5% ludzi LGBT spośród tych, którzy padli ofiarą homofobicznych przestępstw, zgłasza je na policję.

MM: To jest prawie nic. Praktycznie w ogóle tych przestępstw nie zgłaszamy. A zaufanie do policji drastycznie spadło i zupełnie mnie to nie dziwi.

Ludzie LGBT zresztą zaskakująco często na pytanie, czy spotkali się z homofobią, odpowiadają, że nie – odnosicie takie wrażenie?

MM: Nie identyfikują nawet, co jest homofobią, a co nie jest – poza pobiciami lub wyzwiskami.

MB: Ja faktycznie nigdy nie dostałam za bycie lesbijką, ale różnego rodzaju dyskryminacja jest codziennością.

MM: Nawet jeśli słyszysz jakieś komentarze, które nie są skierowane do ciebie, ani o tobie, to wciąż – stykasz się z tym. Do tego dochodzi cała homofobia dosłownie wylewająca się z mediów i tradycyjnych, i społecznościowych. Albo jak prezydent mówi „LGBT to nie ludzie”.

Mówiliśmy już o tym, ale podkreślę: aż 55% respondentów_ek miewa myśli samobójcze, a wśród osób mieszkających w „strefach wolnych od LGBT” ten odsetek jest jeszcze większy.

MM: KPH od jakiegoś czasu dysponuje mieszkaniem interwencyjnym, historie ludzi, którym pomagamy, to są historie, które znamy jakby tylko z amerykańskich filmów – tyle że dzieją się tu i teraz. Wyrzucony z domu transdzieciak, który nie ma dokąd pójść, tuła się, znajduje w końcu „sponsora”, więc jest sex work, po jakimś czasie jest już od tego sponsora praktycznie uzależniony.

Coś pozytywnego na koniec?

MM: A może nie ma co pudrować rzeczywistości? Albo OK, powiem ci coś optymistycznego. Jeszcze kilka lat temu wiele osób, nawet liberalnie myślących, mówiło: „Ale o co wam chodzi, jaka dyskryminacja, kto wam broni sobie żyć?”. Dziś, po tym jak media pokazały ludzi z zakrwawionymi twarzami, skatowanych po Marszu w Białymstoku w 2019 r., po „tęczowej zarazie” i wielu innych nienawistnych wypowiedziach polityków i duchownych, takiego zaprzeczania jest dużo mniej. Rozumny człowiek już nie powie, że ludzie LGBT nie mają w Polsce o co walczyć.

Jaka będzie polityczna przyszłość naszych postulatów?

MM: Nawet jeśli przyjdzie nowa władza, włącznie z nowym prezydentem, to mogą powiedzieć, że najpierw trzeba np. uporządkować sprawy z Trybunałem Konstytucyjnym – znów będzie coś ważniejszego od naszych spraw – i zresztą sama też uważam, że TK najpierw trzeba uporządkować. Ale tak w ogóle, czego nauczyło mnie 16 lat aktywizmu? By nie prognozować. Napisałam już w życiu kilka scenariuszy, które poszły do kosza.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Akt oskarżenia

Tekst: Piotr Mikulski

Opublikowany w grudniu 2021 r. raport „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce” Kampanii Przeciw Homofobii i Lambdy Warszawa to gotowy akt oskarżenia przeciwko PiS – pokazuje skutki brutalnej nagonki rządzących na ludzi LGBT+

 

Przypomnijmy chronologię

W lutym 2019 r. nowo wybrany prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, w wyniku wysiłków organizacji Miłość Nie Wyklucza, podpisał tzw. Deklarację LGBT. Zgodnie z zawartymi w niej postulatami w Warszawie miały powstać instytucje oraz polityki zwiększające poczucie bezpieczeństwa warszawianek_ ów LGBT oraz przybliżające ich, w miarę możliwości, do równego traktowania. Sukces aktywistów wywołał furię wśród prześladowców ludzi LGBT. To wtedy PiS, czując, że sprawę może wykorzystać do zmobilizowania swojego elektoratu, rozpoczął zmasowaną nagonkę – politycy w kampanii wyborczej zaczęli atakować i Trzaskowskiego, i społeczność LGBT, zaczęli nas odczłowieczać, próbując skrót LGBT sprowadzić do „ideologii”. Jarosław Kaczyński zaczął nami straszyć społeczeństwo, krzycząc do nas „ręce precz od naszych dzieci”. „Gazeta Polska” zapowiedziała dołączanie wlepek „strefa wolna od LGBT”, a samorządowcy z PiS zaczęli uchwalać „strefy wolne od LGBT”, które w szczytowym momencie objęły zasięgiem 1/3 ludności Polski. Na ulice miast wyjechały pogromobusy – busy oklejone hasłami straszącymi ludźmi LGBT, abp Jędraszewski zaczął „nauczać” o „tęczowej zarazie”, na Marsz Równości w Lublinie terroryści przynieśli ładunki wybuchowe, bp Wojda przed Marszem Równości w Białymstoku groził „non possumus – nie zgadzamy się” i nawoływał swoich wyznawców, by nie byli obojętni. Nie byli. Marsz spotkał się z niespotykaną dotąd agresją. Wielu uczestników zostało dotkliwie pobitych. W 2020 r. ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Duda mówił na wiecu: „Próbuje się nam wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia”. W sierpniu 2020 r. policja aresztowała aktywistkę LGBT Małgorzatę Margot Szutowicz, a spontaniczne zgromadzenie ludzi LGBT i sojuszników_czek stających w jej obronie brutalnie rozpędziła, urządzając pokaz tępej siły i zatrzymując w łapankach 48 osób. Nie było miesiąca bez doniesień medialnych o pobiciach ludzi LGBT na ulicach, w transporcie miejskim, nawet w ich mieszkaniach. Usłyszeliśmy o nowych samobójstwach (m.in. Milo Mazurkiewicz, Michał z Warszawy, Zuzia z Kozienic). To w takim czasie – w latach 2019 i 2020 – prowadzono badanie „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce”.

Wina prześladowców z PiS

Wyniki badania przerażają, szczególnie jeśli zestawi się je ze stopniowo poprawiającą się sytuacją osób LGBT w Polsce odnotowywaną w poprzednich latach. Pozytywny trend został zatrzymany przez PiS i rozochoconych neonazistów, kiboli czy fundamentalistów katolickich. Dziś, w wyniku prześladowań, masowo cierpimy na depresję, masowo rozważamy odebranie sobie życia. Masowo padamy ofiarami agresji, kalkulujemy, gdzie i kiedy możemy powiedzieć, że jesteśmy LGBT, żeby nie oberwać. Lawinowo spadło zaufanie do policji – służba powołana do obrony obywateli_ ek stała się zinstytucjonalizowanym oprawcą obywateli_ek LGBT, do rządu zaufania nie mamy w zasadzie żadnego, choć to akurat niewielka zmiana w por. do ubiegłej edycji z 2017 r. (wtedy brak zaufania do rządu deklarowało 96%, dziś 99%). Przełomowe są wyniki związane z doświadczeniem homo- i transfobii. Ludzie LGBT często mówią, że nie mają takiego doświadczenia, ponieważ wiążą je tylko z incydentami traumatycznymi, jak pobicie, oplucie/zwyzywanie na ulicy czy innymi formami agresji. Gdy tylko zmienimy nazwę (w badaniu homo- i transfobia nazwane zostały „mikroagresją”), okazuje się, że ofiarami homo- i transfobii padło 98% z nas – doświadczamy jej więc wszyscy i to nagminnie. Doświadczenie prześladowania za bycie LGBT to nasz chleb powszedni i nigdzie nie jesteśmy w stanie schować się przed mową nienawiści – ani w wielkich miastach, ani w bańkach akceptujących bliskich. W badaniu udowodniono, że doświadczenie homo- i transfobii zwiększa ryzyko wystąpienia myśli samobójczych. Ponieważ jest dla nas doświadczeniem masowym, niestety nie dziwi, że samobójstwo rozważa 55% z nas (wzrost z 45% w 2017 r. i 38% w 2012 r.). Co gorsza, w badaniu czytamy: „Bez względu na swoje cechy indywidualne, osoby mieszkające w powiatach, które ogłoszono »strefami wolnymi «, odznaczały się większym nasileniem myśli samobójczych niż respondenci_tki mieszkający w powiatach, gdzie takie uchwały nie zostały przyjęte”. Mają więc radni naszą krew na rękach. Podajemy za Atlasem Nienawiści: spośród wszystkich samorządowców_ czyń, którzy mogli głosować w sprawie stref, za ich wprowadzeniem, a zatem za intensyfikacją samobójstw osób LGBT w swoich powiatach, gminach i miastach głosowało 91% radnych z PiS, 100% radnych z Kukiz’15 i 49% radnych z PSL.

Wina tradycyjnych polskich rodzin

Podstawowa komórka społeczna, gloryfikowana przez PiS i Kościół ostoja społeczeństwa, czyli rodzina, okazuje się kolejnym prześladowcą ludzi LGBT w Polsce. To dlatego tak ważne jest powstawanie tzw. hosteli lub mieszkań interwencyjnych dla ludzi LGBT w wielu polskich miastach, to dlatego tak często mówimy o „rodzinach z wyboru” – czyli przyjaciołach, bo ludzie, z którymi łączą nas więzy krwi, zawodzą nas masowo i przyczyniają się do naszego cierpienia. 45% matek i 60% ojców nie wie, że ich dzieci są LGBT. Z tych, którzy wiedzą, akceptujących matek jest 61%, a ojców 54%. Jeśli przemnożymy odsetek rodziców wiedzących, że ich dziecko jest LGBT, przez odsetek akceptacji, otrzymujemy obraz ponury – w Polsce jedynie 34% matek i 22% ojców akceptuje swoje dzieci LGBT.

W czym nadzieja?

W nas samych! Wreszcie masowo zaczynamy być prześladowaniami… wkurwieni. 97% z nas zadeklarowało złość z powodu dyskryminacji. Ratunku upatrujemy w sile społeczności LGBT – 87% z nas uważa, że do poprawy sytuacji osób LGBTA w Polsce może doprowadzić wspólny wysiłek osób ruchu LGBTA (wzrost z 70%), 77% z nas zadeklarowało, że ma wiele wspólnego z innymi osobami LGBTA (wzrost z 63%), poczucie solidarności z całym ruchem osób LGBT wzrosło z 66% w 2017 r. do 83% obecnie. Widzimy to także w liczbie Marszów/Parad Równości – w pierwszym roku nagonki, czyli w 2019 r., była ona rekordowa – maszerowano w 31 miejscowościach, udział wzięło 150 tys. osób (do 2015 r. przez Polskę przechodziło co roku zaledwie 5-6 marszów i nigdy nie zgromadziły one łącznie więcej niż 10 tys. osób). Rośnie finansowanie dla organizacji LGBT – po aresztowaniu Margot ponad 400 tys. zł zebrano w zbiórce Stop Bzdurom, w 2021 r. padł kolejny rekord – zebrano ponad 700 tys. zł na ogólnopolską kampanię billboardową „Kochajcie mnie, mamo i tato” podkreślającą koszmar wyrastania w homo- i transfobicznych rodzinach. Przekazaliśmy rekordowe 1,4 mln zł dla organizacji LGBT w ramach 1% podatku dochodowego (rekordowy wzrost – o prawie 70%). I choć nadal do zrobienia jest mnóstwo (np. podatników_ czek LGBT jest 1,1mln, 1% organizacjom LGBT przekazało… 13 tys. osób), postęp jest krzepiący. Co najważniejsze, zaczęliśmy wreszcie masowo wychodzić z szaf (znowu – ogromna droga przed nami, wg badania Agencji Praw Podstawowych UE wyoutowanych jest 27% z nas, w szafach wciąż siedzi 73%) – w mediach społecznościowych akcje #JestemLGBT oraz #LGBTtoJa osiągnęły rekordowe zasięgi, tysiące ludzi oznaczało się tymi hasłami, tysiące tęczowych fl ag pojawiło się na oknach i balkonach, lata 2020-2021 były także rekordowe pod kątem publicznych coming outów – wspomnijmy chociażby Witolda Sadowego, Daniela Kuczaja, Sylwię Chutnik, Agnieszkę Graff , Andrzeja Piasecznego, Martę Warchoł czy Wróżbitę Macieja. Dziś wiemy, że te coming outy mają efekt zbawienny. Jak wynika z omawianego badania, coming out okazuje się jednym z nielicznych czynników, które pozwalają zmniejszyć ryzyko depresji u osób LGBT (!). Co więcej, amerykański Pew Institute w badaniu z 2013 r. udowodnił, że poparcie dla ludzi LGBT bezpośrednio zależy od liczby osób LGBT, którą dana osoba zna. Okazało się bowiem, że poparcie dla równości małżeńskiej wśród ludzi, którzy nie znali żadnej osoby LGBT, wynosiło 32%, natomiast wśród ludzi, którzy znali wiele osób LGBT, już 68%, a jeśli był wśród nich ktoś z najbliższej rodziny oraz para LGBT wychowująca dziecko – aż 76%. Jeśli więc znajdziemy odwagę, by coming outów dokonywać masowo, nie tylko zadbamy o siebie, swoje zdrowie i życie, ale także wytrącimy naszym prześladowcom ich największą broń – zastraszanie. Głośne i dumne mówienie, kim jesteśmy, to coś, czego nie mogą zakazać nam żadnymi przepisami (choć próbują – przykładem projekt zakazów marszów równości Kai Godek). Spieszmy się więc, bo jeśli nie wyjdziemy z tych szaf w porę, mogą zastraszaniem zamknąć nas w nich na dobre.

98% osób LGBTA doświadczyło homo- i/lub transfobii

68% doświadczyło przemocy, w tym 22% seksualnej

70% unika konkretnych miejsc w obawie przed dyskryminacją

75% milczało o byciu LGBT w obawie przed dyskryminacją

55% ma myśli samobójcze

44% ma poważne objawy depresji

140 tysięcy chce wyjechać z Polski

89% nie ufa policji (w por. z 57% w ubiegłej edycji)

99% nie ufa rządowi

45% matek i 60% ojców nie wie, że ich dzieci są LGBT

A z tych, którzy wiedzą:

39% matek i 46% ojców nie akceptuje swoich dzieci LGBTA

1/10 osób LGBTA została wyrzucona z domu

20% osób LGBTA uciekło z domu rodzinnego

Udowodniono wpływ braku akceptacji rodziny na

intensyfikację myśli samobójczych

Z powodu orientacji seksualnej / tożsamości płciowej

ponad 20% lesbijek, gejów i osób trans straciło kogoś bliskiego

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

20 lat Kampanii Przeciw Homofobii

Tekst: Cecylia Jakubczak, Mariusz Kurc

Najważniejsze wydarzenia z historii organizacji

 

 

2001

  • Z inicjatywy 25-letniego wówczas Roberta Biedronia powstaje Kampania Przeciw Homofobii. Założycielska konferencja prasowa została zaplanowana na popołudnie 11 września 2001 r. Biedroń: „Przyszedł tylko jeden dziennikarz – z radiowej Trójki. Czekaliśmy w napięciu na następnych, gdy zaczęliśmy odbierać telefony i SMS-y od znajomych, że w Stanach – wojna, jakieś samoloty walnęły w wieże World Trade Center”. Biedroń został prezesem, a w skład pierwszego zarządu weszli jeszcze: Sławomir Bańcyrowski, Jacek Kochanowski, Sławomir Królak i Bartosz Żurawiecki. Kilka miesięcy później do KPH dołącza Marta Abramowicz, która wkrótce zostaje wiceprezeską. Tandem Biedroń–Abramowicz będzie stanowił trzon KPH przez następne 8 lat.

2003

  • Pierwsza ogólnokrajowa akcja KPH „Niech nas zobaczą” odnosi spektakularny sukces, a jednocześnie obnaża głęboką homofobię. Na billboardach w kilku największych miastach Polski pojawiają się zdjęcia par jednopłciowych trzymających się za ręce. Są niemal natychmiast niszczone, ale akcja ma medialny rozgłos i wywołuje gorącą debatę publiczną o miejscu osób homoseksualnych w naszym społeczeństwie.
  • Powstaje Grupa Prawna KPH. Jej założycielem i pierwszym szefem zostaje Krzysztof Śmiszek, partner Roberta Biedronia, obecnie poseł na Sejm RP.

2004

  • Akcja „Jestem gejem, jestem lesbijką”, w ramach której odbywają się debaty o gejach i lesbijkach na uniwersytetach. „Jeździła z nami prof. Maria Szyszkowska. Jej projekt ustawy o związkach partnerskich, przy którym współpracowaliśmy, znajdował się wtedy w Senacie” – wspomina Tomasz Szypuła, późniejszy prezes organizacji.

2005

  • KPH zyskuje pierwszą siedzibę – dwa pokoje z kuchnią przy ul. Wołoskiej w Warszawie.
  • Powstaje „Replika”, która do kwietnia 2011 r. będzie wydawana przez KPH. Potem usamodzielnimy się – redakcja utworzy Fundację Replika, która wydaje nasz magazyn do dziś.
  • KPH uruchamia pomoc psychologiczną, której w siedzibie organizacji lub telefonicznie udziela Anna Kozek.

2006

  • Po wyborach wygranych jesienią 2005 r. przez PiS rozpoczyna się jeszcze bardziej niż zwykle homofobiczny okres – KPH jako organizacja pozarządowa jest kilkukrotnie kontrolowana przez różnorakie służby, bada się m.in., czy nie ma powiązań z… mafią narkotykową i pedofilską. Jednocześnie rzeczniczka praw dziecka Ewa Sowińska na serio zastanawia się, czy jeden z Teletubisiów (Tinky Winky) jest gejem, wicepremier Roman Giertych grzmi z trybuny sejmowej, że KPH urządza warsztaty, z których wynika, że płeć można dowolną liczbę razy w życiu, a wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski zapowiada zakaz pracy dla nauczycieli, którzy są LGBT.

2007

  • Akcję „Homofobia – tak to wygląda” o homofobicznej mowie nienawiści – na plakatach w kilku polskich miastach pojawiają się wizerunki mężczyzny i kobiety (Greg Czarnecki i nieżyjąca już Daria Chmielewska) z napisami „Pedał? Lesba? Słyszę to codziennie. Nienawiść boli”.

2008

  • Powstaje Trans-Fuzja, pierwsza polska organizacja działająca na rzecz osób transpłciowych. „Od samego początku Trans-Fuzja spotkała się z życzliwością KPH, pierwsze zebrania odbywaliśmy właśnie u nich w siedzibie” – mówi Anna Grodzka, współzałożycielka i pierwsza prezeska organizacji.
  • KPH organizuje kurs wiedzy dotyczącej LGBT – Queer Studies.

2009

  • KPH organizuje objazdową wystawę „Berlin – Yogyakart” mającą na celu przypomnienie historii prześladowań osób homoseksualnych przez nazistów oraz pierwszy Festiwal Tęczowych Rodzin. • Biedronia na stanowisku prezesa KPH zastępuje Marta Abramowicz.

2010

  • Po EuroPride, podczas której KPH opiekowała się projektem PrideHouse, czyli tygodniem debat, projekcji filmowych i happeningów związanych z kwestiami LGBT+, Marta Abramowicz rezygnuje. Nowym prezesem zostaje Tomasz Szypuła.

2011

  • We wrześniu na imprezie z okazji 10. urodzin KPH Janusz Palikot tańczy z Anną Grodzką. Miesiąc później Ruch Palikota wprowadzi Grodzką i Roberta Biedronia do Sejmu – będą to dwie pierwsze jawne osoby LGBT z mandatami poselskimi w Polsce.

2012

  • Na zaproszenie KPH z USA do Polski przyjeżdżają rodzice Matthew Sheparda, który w 1998 r., w wieku 21 lat, został skatowany na śmierć przez dwóch rówieśników za to, że był gejem. Judy i Dennis Shepardowie są gośćmi honorowymi konferencji o przestępstwach motywowanych homofobią, która odbywa się w Sejmie.
  • Rusza wielki projekt KPH: Akademia Zaangażowanego Rodzica, czyli cykl warsztatowych spotkań skierowanych do rodziców osób LGBT. AZR trwa z powodzeniem do dziś.
  • Na osobę prezesującą KPH zostaje wybrany Chaber (będzie pełnił tę funkcję przez 6 lat).

2013

  • Kampania „Rodzice, odważcie się mówić” z udziałem rodziców i ich dzieci LGBT (w tym m.in. znanego aktora Władysława Kowalskiego i jego syna, reżysera Kuby Kowalskiego) – ich zdjęcia pojawiają się na billboardach w całej Polsce.
  • MTV emituje spoty KPH w ramach akcji „Spoko, ja też!”, w której młodzież LGBT opowiada o swoich szkolnych doświadczeniach.

2014

  • Kampania „Popieram związki” i towarzyszący jej spot „Najbliżsi obcy”. Efektem kampanii był podpisany przez ponad kilka tysięcy osób apel, który KPH w Sejmie wręczyła ówczesnej premierce Ewie Kopacz.
  • Akcja „Ramię w ramię po równość” skupiająca znane osoby życia publicznego, które są sojusznikami_czkami LGBT. Pierwszy wsparł tę inicjatywę Zbigniew Wodecki, po nim do akcji dołączają m.in. Maryla Rodowicz, Maffashion, Małgorzata Ostrowska, Zofia Czerwińska i Bogusław Linda.

2016

  • Kampania społeczna „Przekażmy sobie znak pokoju”, pierwsza w Polsce, zrealizowana wspólnie przez organizację LGBT i środowiska katolickie, w tym m.in. przez miesięcznik „Znak” i „Tygodnik Powszechny”.
  • Premierę ma wyprodukowany przez KPH film „Moje jest inne” opowiadający historie rodziców osób LGBT.

2018

  • W odpowiedzi na szkolną homo i transfobię KPH inicjuje Tęczowy Piątek – akcję skierowaną do szkół, której celem jest wsparcie młodzieży LGBT. Na szkolnych korytarzach pojawiają się tęczowe plakaty, a hasztag #TęczowyPiątek rozpala Twittera.
  • Grupa Prawna KPH odnosi sukces, wygrywając w Sądzie Najwyższym głośną sprawę drukarza z Łodzi, który odmówił wydrukowania ulotek o tematyce LGBT. GP KPH wygrywa również sprawę Jakuba Lendziona, który pozwał swoją szkołę za homofobię. Wyrokiem sądu szkoła musi przeprosić – to pierwsze takie orzeczenie w historii polskiego sądownictwa.
  • Dyrektorem zarządzającym KPH zostaje Slava Melnyk (pełni tę funkcję do dziś).

2019

  • Nowoczesna składa w Sejmie projekt ustawy o zakazie „terapii” konwersyjnych przygotowany wspólnie z KPH.
  • KPH organizuje akcję “#SportPrzeciwHomofobii”, w której ludzie ze świata sportu wyrażają sprzeciw wobec toczącej Polskę homofobii.
  • Rusza pierwsza edycja plebiscytu Korony Równości, który w 3 lata zyska rangę najważniejszego plebiscytu LGBT w Polsce.

2020

  • W odpowiedzi na homofobiczną kampanię prezydencką Andrzeja Dudy („LGBT to nie ludzie”) KPH w zaledwie 5 dni przygotowuje spot z udziałem setek osób LGBT+ – „Jestem LGBT – jestem człowiekiem.”
  • KPH wspiera prawnie osoby zatrzymane podczas tzw. Tęczowej Nocy 7 sierpnia 2021 r., a 4 miesiące później wypuszcza krótkometrażowy film dokumentalny „7-My Sierpnia” opowiadający historie pięciu z 48 zatrzymanych osób.

2021

  • W Dzień Widzialności Osób Transpłciowych, czyli 31 marca, KPH wrzuca do sieci serię dziewięciu wideo pod hasłem #JestemPrzeciwTransfobii, której bohaterami i bohaterkami jest dziewięć osób transpłciowych.
  • Startują Program Ochrony Prawnej adresowany do osób, które spotykają represje ze strony władzy w związku z ich działalnością na rzecz osób LGBT oraz fundusz rainbow4.love mający na celu wspieranie lokalnych inicjatyw LGBT.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wolność albo strach

Z ADAMEM BIELECKIM, himalaistą, alpinistą, taternikiem oraz sojusznikiem ludzi LGBTI, rozmawia Julia Fatima Zagórska. W wywiadzie udział bierze również JANUSZ NIEDBAŁ, menadżer i przyjaciel Adama

 

Foto: Mieszko Stanisławski

 

Zacznijmy od twojego udziału w akcji Kampanii Przeciw Homofobii #SportPrzeciwHomofobii.

Potrzeba zaangażowania się w coś takiego narastała we mnie na przestrzeni czasu; poczułem pragnienie zajęcia stanowiska i pokazania, że sport powinien być inkluzywny. W końcu jedną z jego funkcji jest przecież łączenie ludzi: spójrzmy na wyczyny naszych reprezentacji, od lewa do prawa wszyscy cieszą się z sukcesów bądź wspierają, gdy sportowcy ponoszą porażki. I ta inkluzywność powinna dotyczyć każdego aspektu: czy to poglądów politycznych, seksualności, czy tożsamości płciowej. Sport jest dla wszystkich i wszyscy powinni się nim cieszyć, uprawiając go, startując w zawodach i oglądając. Będąc zawodowym sportowcem, sprzedaję swój wizerunek, by zarobić na uprawianie dyscypliny, którą kocham. Rozpoznawalność pozwala mi jednak, niejako przy okazji, na zrobienie czegoś dobrego na rzecz środowisk, których problemy mnie poruszają. A społeczność LGBTQ jest mi bliska dzięki znajomym, którzy dzielą się ze mną swoimi problemami. Skoro mogę ich wesprzeć, to robię to. Janusz (Niedbał – menadżer Adama – dop. JFZ) przywiózł koszulkę z napisem „Sport przeciw homofobii” na lotnisko tuż przed moim wylotem. Informując postem ze zdjęciem o rozpoczęciu kolejnej wyprawy, byłem więc w nią po prostu ubrany – nie mówiłem o samej akcji, uznałem za naturalne i niewymagające dodatkowego komentarza, co założyłem.

Były komentarze?

Wiedziałem, że narażę się na krytykę, ale wystarczył jeden komentarz, by tamte przestały mieć znaczenie. Mama dziecka nieheteronormatywnego dziękowała mi, pisząc, że wyrażanie wsparcia przez osoby takie jak ja, jest bezcenne dla tych dzieciaków. Daje im poczucie, że są akceptowane i mają wsparcie od osób publicznych. Pamiętam też jeden negatywny komentarz: ktoś pisał, żebym spróbował wyjść w takiej koszulce w Pakistanie. Strasznie mnie to rozbawiło, bo w sumie po zrobieniu zdjęcia już w niej zostałem i doleciałem w niej do Katmandu (śmiech). Akurat trafiło, że leciałem do Nepalu, ale gdybym leciał do Pakistanu, to też bym jej nie zdejmował.

Były na lotnisku jakieś reakcje?

Właśnie nie było żadnych. Wyobrażałem sobie, że wywołam reakcje, a tu takie rozczarowanie (śmiech). Wiesz, takie rzeczy najczęściej są tylko w naszych głowach. Pamiętam, jak w czasach studenckich dostałem fuchę i miałem pozować nago na Akademii Sztuk Pięknych. Za pierwszym razem wydawało się to dosyć przerażające, wstydliwe, wyszły na wierzch wszystkie moje kompleksy. A potem to zrobiłem i nagle okazało się, że to nic strasznego. Żaden z moich lęków – że dostanę wzwodu w trakcie, albo że coś innego się stanie – się nie zrealizował. Świat się nie skończył. Świetnie mi to zrobiło na akceptację siebie i swojego ciała wraz z jego mankamentami. To przykład konfrontacji czarnych wizji z rzeczywistością, która częsta okazuje się dużo bardziej przyjazna niż nasze wyobrażenie o niej.

W swojej książce „Spod zamarzniętych powiek” pisałeś, że „jedynymi ograniczeniami jest nasza wyobraźnia”.

Mam bardzo silne przekonanie, że sami musimy pozwolić sobie na pewne rzeczy. Jeżeli siebie nie szanujemy, to trudno wymagać, by inni nas szanowali, nie? I wydaje mi się, że jest to część dramatu środowiska nieheteronormatywnego. Bardzo bym nie chciał, aby to, co próbuję powiedzieć, zabrzmiało oceniająco, natomiast dostrzegam po prostu pewien paradoks, że im bardziej szanujemy siebie samych, tym nam jest łatwiej o szacunek z zewnątrz, ale bez szacunku z zewnątrz trudno nam jest ten nasz, wewnętrzny, zbudować. Dlatego super, że są i działają organizacje wspierające osoby LGBTQ. Mają duże pole do pracy. Nie przemawia do mnie typowa gadka w stylu: „Nie mam nic przeciwko gejom i lesbijkom pod warunkiem, że się nie obnoszą”, bo to jakby powiedzieć, że „nie mam nic przeciwko nim, o ile nie żyją tak jak my, nie funkcjonują na równych prawach i się ich nie domagają”. Powinno być na odwrót. Osoby LGBTQ muszą wychodzić, robić to, co niektórzy nazywają „obnoszeniem się” – czyli po prostu żyć pełnią swojego życia. Bardzo bym się cieszył, gdybyśmy żyli w świecie, w którym nie trzeba już Parad Równości (choć uważam, że są super i powinny zostać jako święto pewnej społeczności!), ale dziś widzę ich dwie istotne zalety. Sprawiają, że osoby LGBTQ chociaż raz w roku mają swoje święto, podczas którego mogą poczuć się sobą, być w swoim towarzystwie i niejako przejąć ulice, które na co dzień nie są im przyjazne, i którymi często muszą się przemykać zamiast iść spokojnie ich środkiem. A dwa: Parady zmuszają ludzi do skonfrontowania się z tematem problemów osób LGBTQ zamiast ich ignorowania. Chodzi o to, by po takiej Paradzie w knajpie ktoś prowadził dyskusję, nawet będąc przeciwko, bo potencjalnie daje to możliwość wejścia na jakiś poziom racjonalnej rozmowy, w której większość zwyczajowych argumentów homofobów jest bardzo łatwa do zbicia. Cudowna byłaby taka utopijna sytuacja, w której nagle wszystkie osoby LGBTQ wychodzą z szafy i okazuje się, że każdy może powiedzieć: „Dobra, ja znam tego geja, tę lesbijkę, kurczę… to prawdziwi, fajni ludzie…”. Społeczeństwo zobaczyłoby, że gej to nie jest odmienny gatunek, tylko pan, który sprzedaje chleb, nauczyciel ich dzieci, hydraulik, a ta lesbijka – prawniczka, lekarka… ludzie, którzy nas otaczają. Nie dałoby się tego dłużej ignorować. Myślę, że to, co można robić na rzecz środowiska, to właśnie: od wewnątrz outowanie się ludzi i wspieranie w tym nawzajem oraz z zewnątrz, wsparcie i akceptacja osób spoza środowiska. Dlatego swoim głosem dokładam małą cegiełkę do tego dyskursu. Pamiętam, jak wyglądały na początku rozmowy z moim tatą. Powolna ewolucja od negacji w stronę pełnej akceptacji mogła nastąpić dopiero wtedy, gdy został zmuszony do dyskusji i określenia własnego stanowiska. Wtedy mogło się zacząć coś zmieniać w jego świadomości. Jeżeli nie ma dyskusji, to pozornie nie ma problemu. Gdy osoba LGBTQ ukrywa prawdę o sobie, to jej otoczenie czy szerzej społeczeństwo może trwać w swoim samozadowoleniu – bo dzięki temu sprawa jakby znika. Tyle, że znika dla całej reszty, a kumuluje się na osobie, która się „nie obnosi”. To żadne rozwiązanie.

Co było punktem zwrotnym dla twojego taty?

Dwie rzeczy. Po pierwsze to, że cały czas pytałem, drążyłem i potrafiłem podeprzeć swoje stanowisko konkretnymi argumentami. A po drugie: konfrontacja z faktami – wprawdzie ja jestem hetero, ale mój dobry przyjaciel z dzieciństwa jest gejem: mój tato i moja rodzina bardzo go lubią, od zawsze akceptowali i traktowali niemal jak członka rodziny… Zresztą swego czasu on wynosił u nas śmieci częściej niż ja, więc mama go wręcz uwielbiała (śmiech). I jak powiedzieć takiej osobie w twarz: „No, ale jesteś nienaturalny i zły i wymrze przez ciebie nasz gatunek”? Zresztą jakoś przez te dziesiątki tysięcy lat nie wymarliśmy i świetnie się mamy, więc spokojna głowa.

Wspomniałeś, że w ogóle masz sporo znajomych LGBTQ.

Tak jakoś wyszło. Miałem też współlokatora, który był trans, przeszedł korektę płci. Sporo osób poznałem też poprzez wspomnianego już przyjaciela Janusza. Na studiach często byłem tą osobą, przy której inni mają łatwość z mówieniem o sobie. Jak ktoś mówi, że nie zna żadnego geja i lesbijki, to ja w to nie wierzę. Po prostu nikt mu jeszcze o sobie nie powiedział. Bo to nie jest tak, że wokół mnie te osoby się magicznie pojawiają, a przy innych nie, tylko przy mnie się nie boją być sobą – jestem w ogóle otwarty na drugiego człowieka, więc to chyba kwestia przestrzeni, którą się tworzy dla innych.

Janusz Niedbał (który siedzi obok Adama): I z drugiej strony przestrzeni, której się szuka. Myślę, że trzeba budować środowisko, w którym czujesz się bezpiecznie. Ja zanim powiedziałem rodzicom, bratu, to powiedziałem o sobie właśnie Adamowi. Bo z ust brata czy taty słyszałem te typowe żarciki, a od Adama – nie.

A im więcej pozytywnych doświadczeń, tym łatwiej potem z tymi negatywnymi sobie poradzić.

(Janusz i Adam razem) Dokładnie. Na pewno trzeba robić coś, działać, być. Każda mniejszość, która chciała uzyskać jakieś prawa, musiała najpierw zacząć być widoczna, choć też każda miała wewnętrzne opory. Czasem słyszę z ust geja czy lesbijki, że „trzeba się chować, nie drażnić i w ogóle po co te marsze”. Dla mnie protestowanie przeciwko Marszom, jeśli popieramy demokrację i swobody obywatelskie, to przejaw homofobii. Słyszę: „Po co epatować, czy hetero mają marsze?” Nie mamy, bo nie musimy mieć, całe życie jest naszym marszem!

JN: Ja gejów-homofobów, którzy krytykują marsze, pytam: „OK, a co ty robisz, by było lepiej?”. I tu często kończy się rozmowa. Albo gdy narzekają na „ludzi z piórami w dupie” – chodzę na te Marsze i szukam i jeszcze nigdy nie spotkałem! (śmiech) Ale dobra, może oni widzą? Skoro im się nie podobają ci z piórami, to niech tym bardziej idą na Marsz, tak jak są ubrani – będzie większy odsetek tych „męskich”, „nieprzegiętych” i pójdzie do mediów bardziej im pasujący wizerunek. Ale nie, nie pójdą. No to sorry, niech nie marudzą. (Adam, kiwając głową) Pokaż swoje oblicze! To ty możesz tworzyć ten marsz, ciesz się i doceń to, że ktoś robi go w twoim imieniu, jeśli tobie się nie chce, łajzo.

Wydaje mi się, że często wynika to ze strachu i życia w homofobicznym społeczeństwie – co byś na to powiedział?

To bardzo delikatna materia, bo nie jestem LGBTQ i nie chciałbym zabrzmieć arogancko: rozumiem, że żyjemy w pewnych uwarunkowaniach kulturowo-społecznych i fajnie jest być białym, wykształconym, heteroseksualnym chłopcem z dużego miasta i prawić mądrości, co ktoś powinien robić, co myśleć i jak się zachowywać, a zupełnie inaczej być tym kimś. Niemniej uważam, że albo wolność, albo strach. W życiu trzeba być wolnym. To, co dały mi góry, to umiejętność konfrontowania się z własnym strachem i umiejętność odróżnienia go od lęku. Bo lęk to stan, który nie ma konkretnego punktu odniesienia i gdy go czujemy, to uważam, że warto spojrzeć w głąb siebie i zapytać: ok, ale czego ja tak naprawdę się boję? Gdy wspinam się na kilkusetmetrową ścianę, to muszę sobie ten strach zracjonalizować. Np. boję się, że spadnę, ale przecież trenowałem wystarczająco długo i jestem gotowy, robiłem podobne rzeczy w przeszłości, mam zaufanego asekurującego, a nawet jeśli odpadnę, to wiem, jak się zachować. Gdy ogólny lęk zamienię na strach przed czymś konkretnym, to mogę na niego zareagować. Ale gdy próbujemy walczyć z własnymi fantazmatami, staje się to donkiszoterią, walką bez końca, bo zawsze wymyślimy sobie jakąś większą przeszkodę bądź coś, co nas powstrzymuje. I tu wracam do stwierdzenia, że „największym ograniczeniem jest nasza własna wyobraźnia”. Jeżeli pozwolimy sobie na wyobrażenie sobie rzeczywistości, w jakiej chcielibyśmy żyć i funkcjonować, jest to pierwszy niesamowicie istotny krok ku temu, żeby ta rzeczywistość taką się stała. Musimy wiedzieć, do czego dążymy i kim jesteśmy i działać z tym w zgodzie. Prawda jest wyzwalająca i czasem te złe doświadczenia są katalizatorem: jeśli coś się zepsuje w twoim życiu codziennym, bo zrobiłeś coming out, rodzina zerwie z tobą kontakt bądź zepsuje się atmosfera w pracy, może jednak długofalowo okaże się to oczyszczające i sprawi, że poczujesz się lepiej we własnej skórze. Bo zaczniesz BYĆ w końcu SOBĄ.

W sumie co to za rodzina, która nie akceptuje cię takim, jakim jesteś?

Prawda? Właśnie! Pieprzyć taki dom rodzinny! Prędzej czy później i tak trzeba wziąć odpowiedzialność za siebie, swoje życie i za to, jakie ono jest, przejąć kontrolę. Kiedy ma się jakąś tajemnicę, to ona i inni ludzie cię kontrolują. Twoje reakcje są przytłumione. Pytają: „A czemu nie masz dziewczyny/chłopaka?”, a ty uśmiechasz się bez słowa… W momencie, gdy to pęknie, nagle okazuje się, że można ten swój potencjał dopiero uwolnić, bo nie jest się skupionym na ukrywaniu prawdy, tylko na życiu. Przestajemy się ukrywać w okopach swojej wyobraźni – „Co będzie jak się ktoś dowie?” – tylko zaczynamy reagować na konkretne, realne problemy. Ostatnio mieliśmy rozmowę biznesową, podczas której Januszowi już się ulało; widziałem nerwowe spojrzenie na mnie, bo jest moim pracownikiem…

JN: No bo trudno, bym mówił, że jestem gejem, na spotkaniach biznesowych…

AB: A ja pomyślałem: „No w końcu!” Był to bardzo budujący przykład.

JN: Rozmawialiśmy z dwoma potencjalnymi kontrahentami. Jeden z nich powiedział do mnie „Dobrze, to jeszcze dla twojej dziewczyny czy tam żony…” Przełknąłem, ale gdy ten drugi też wspomniał moją „dziewczynę lub żonę”, to nie wytrzymałem. Dla mnie to był chyba tysięczny coming out w życiu, a i tak był trudny, bo był w nowym kontekście. Ale powiedziałem: „Nie. Dla chłopaka”. A on: „A! OK!”.

AB: I nawet mu brewka nie drgnęła! A gdybyś nic nie powiedział, to poczułbyś się potem źle.

JN: Tak, i to by we mnie siedziało. I jak byśmy potem wracali do domu, to zastanawiałbym się, czemu udaję kogoś, kim nie jestem. Ale gdybym był w dokładnie tej samej sytuacji, ale pracowałbym nie dla ciebie, tylko kogoś, kto nie wie, to pewnie bym sobie na to nie pozwolił albo byłoby to jeszcze trudniejsze. Bo nie dość, że wyprowadzałbym z błędu ich, to jeszcze informowałbym szefa, który nie wiadomo, jak by zareagował.

Adam, to na koniec dwa pytania. Pierwsze: byłeś na Paradzie Równości?

Nie. Jestem osobą, która bardzo dużo czasu spędza poza domem, a jak już jestem w Polsce, to chce spędzić z kolei czas z rodziną i dzieciakami, więc… aż się zawstydziłem, że nie byłem – obiecuję, że pójdę!

OK! To drugie: jakieś motto, które lubisz, dla czytających „Replikę”?

Często ludziom wpisuję je do książek, dając autografy: „Nic, co przychodzi łatwo, nie ma prawdziwej wartości”. Myślę, że to będzie dobre podsumowanie.

Adam Bielecki – 36 lat. Himalaista, alpinista, taternik i podróżnik. Należy do Klubu Wysokogórskiego Kraków. Członek kadry narodowej we wspinaczce wysokogórskiej. Pochodzi z Tychów, mieszka w Wielkopolsce. Absolwent psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wspina się od 20 lat. Lider kilkudziesięciu wypraw na pięciu kontynentach. Za samotne wejście w stylu alpejskim na Khan Tengri (7010m) w wieku 17 lat został wyróżniony w konkursie Kolosy 2000. Jesienią 2011 r. zdobył piąty szczyt świata – Makalu (8463 m). 9 marca 2012 r. wraz z Januszem Gołąbem dokonał pierwszego zimowego wejścia na Gasherbrum I (8068 m), co zostało uhonorowane Kolosem i nagrodą Travelera „National Geographic”, a także uznane zostało za największe osiągnięcie w dziedzinie eksploracji w 2012 r. przez prestiżowy portal amerykański explorersweb. Zdobywca K2 (31 lipca 2012) i Broad Peak – pierwsze zimowe wejście (5 marca 2013). Wiosną 2014 r. wziął udział w zakończonej sukcesem wyprawie kierowanej przez Denisa Urubkę na północną ścianę Kanczendzongi. Zimą 2016 r. razem z Jackiem Czechem podjął próbę pierwszego zimowego wejścia na Nanga Parbat (8125 m). W ramach ekspedycji „Annapurna Polsped Expedition 2017″ wraz z Felixem Bergiem i Rickiem Allenem zdobył siedmiotysięcznik Tilicho Peak, a także podjął ambitną próbę wyznaczenia nowej drogi na dziewiczej, północnej ścianie Annapurny (8091 m). Uczestnik zimowej wyprawy narodowej na K2, a także bohater głośnej akcji ratunkowej na Nanga Parbat, dzięki której udało się uratować życie francuskiej himalaistce Elizabeth Revol. 16 lipca 2018 r. razem z Felixem Bergiem stanął na szczycie Gasherbrum II (8035 m). Odznaczony Orderem Odrodzenia Polski oraz Orderem Narodowym Legii Honorowej. Nigdy nie używał dodatkowego tlenu z butli podczas swoich wspinaczek. W 2017 r. ukazała się jego pierwsza książka pt. „Spod zamarzniętych powiek”. Oficjalne profile Adama: FB: adambieleckiteam, IG: adamtheclimber

Tekst z nr 83 / 1-2 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Nie można milczeć

Z JOLĄ OGAR-HILL, mistrzynią świata i Europy w żeglarstwie, uczestniczką igrzysk w Londynie (2012) i Rio de Janeiro (2016), o jej udziale w akcji KPH „Sport przeciw homofobii”, o coming oucie, o mamie, o żonie Chuchie i o teściach oraz o życiu na wodzie i na Majorce, rozmawia JULIA FATIMA ZAGÓRSKA

 

Z lewej Jola Ogar-Hill. Foto: Pedro Martinez/Sailing Energy/
Trofeo Princesa Sofia IBEROSTAR

 

Przeczytałam, że około 280 dni w roku spędzasz poza Polską.

Teraz, im bliżej igrzysk (w Tokio 2020 – przyp. JFZ), tym więcej wyjazdów, więc pewnie ze 300. Gdy ktoś pyta, gdzie jest mój dom, na chwilę się zawieszam, muszę pomyśleć. Chyba „pomiędzy”: pomiędzy Hiszpanią, Polską a moją walizką gdziekolwiek na świecie. Gdy zaczynałam, to było super: zwiedzało się różne państwa, bywało w super miejscach. Nie mogę narzekać, aczkolwiek im człowiek starszy i chce się trochę ustabilizować, tym bardziej doskwiera pewna tęsknota za rodziną i miejscem, które można nazwać swoim azylem.

Udział w Rio 2016 był twoim marzeniem. Japonię też tak traktujesz czy może bardziej jako zwieńczenie kariery?

Jeśli uda nam się do Tokio 2020 zakwalifikować, to będą moje trzecie igrzyska. Ale mam lat, ile mam, czyli 37, więc myślę, że to będą moje ostatnie… Aczkolwiek o Rio też tak myślałam, a potem znalazłem jednak siłę i motywację na Tokio, więc nie będę się zarzekać (śmiech).

Najważniejsze osoby, które wywarły na ciebie wpływ? Najważniejszy coming out?

Niezmiennie i przede wszystkim mama. Wpływa na moje życie nie tym, że pokazuje mi jakąś drogę, ale tym, że pozwalała mi realizować pomysły. To rodzic, który pozwala popełniać błędy i wspiera niezależnie od sytuacji. Chciałam ją przygotować do mojego coming outu, ale gdy miałam te 20 lat, dostęp do internetu nie był taki, jak dziś, trudniej było mamę „urobić” (śmiech) Ale gdy tylko coś znajdowałam – cokolwiek! – na temat homoseksualizmu, lesbijek, to otwierałam na tej stronie i zostawiałam. Były to jednak dość nieudolne podchody, więc zdecydowałam się po prostu jej powiedzieć. Szczera rozmowa – strzał w dziesiątkę. Później brat, tata. To były kluczowe coming outy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejsze osoby mnie kochają i akceptują. Widząc akceptację rodziny, poczułam: „Teraz mogę góry przenosić!”. I stało mi się wszystko jedno, kto coś sobie o mnie pomyśli. To było bardzo ważne – wyzbycie się strachu, poczucia, że nie żyje się ze sobą w zgodzie. Polecam! Kluczowym było też poznanie innych ludzi LGBT. Pamiętam jeden klub branżowy, w Krakowie, owiany tajemnicą; nie można było tam wejść ot tak z ulicy, trzeba było pukać do drzwi.

Jak tam trafiłaś?

Gdy zdałam sobie sprawę, że nie jestem hetero, zaczęłam się zastanawiać. Chyba każdy myśli wtedy, że jest jedyną taką osobą w szkole, klasie, że jest się dziwnym człowiekiem, że jest coś nie tak. Czy to jest normalne, czy nienormalne? Czy moje koleżanki też tak mają? Przez to, że żyjemy w społeczeństwie, w którym nie ma rozmowy na temat orientacji, bałam się ją z kimkolwiek zacząć. Adres tego klubu, nazywał się Seven, znalazłam gdzieś i poszłam tam sama. To było jakieś objawienie (uśmiech). Wchodzę do pełnego klubu, a ci wszyscy ludzie są tacy jak ja! Ogarnęła mnie euforia, że nie jestem sama na tym świecie. Pamiętam, że byłam zachwycona i wtedy zaczęłam się bardziej otwierać: przed sobą, ale też przed znajomymi.

Gdy zaczęłaś podróżować jako żeglarka, spotykałaś się też ze społecznością LGBT?

Gdy zaczęłam podróżować i żeglować, to już w pełni zaakceptowałam siebie. Byłam otwarta na znajomości w różnych krajach w środowiskach LGBT. Czasem szukałam klubu, by zobaczyć, jak to jest gdzie indziej. Poznałam też sporo dziewczyn, które żeglują razem ze mną lub przeciwko mnie w mojej klasie a które też są niehetero, więc czasami się spotykałyśmy.

Doświadczyłaś nieprzychylnych reakcji, komentarzy?

Komentarze głównie w Polsce, za granicą raczej spojrzenia, zaciekawienie. Jestem prywatnie osobą spokojną; w sporcie mam tyle adrenaliny i czasem agresji, że w zupełności mi wystarczy, więc takie sytuacje nie wyprowadzają mnie z równowagi. Aczkolwiek jestem zła i jest mi smutno, kiedy widzę narastającą nienawiść i to, z jakim jadem ludzie potrafi ą o kimś mówić, jak się odgrażać. Jestem zaskoczona, później jest mi przykro a na końcu pojawia się ogromne wkurzenie.

Czy to wkurzenie było powodem udziału w tegorocznej akcji „#Sport przeciw homofobii” Kampanii Przeciw Homofobii?

Tak, na pewno. Bycie biernym to danie przyzwolenia na to, co się dzieje dookoła. Nie ma już przestrzeni na milczenie. Trzeba mówić głośno, kim się jest i że mamy takie samo prawo do istnienia i szczęśliwego życia, jak inni. Mam przeświadczenie, że trzeba było pokazać, że można się wyoutować i że bycie lesbijką czy gejem jest OK. Jeśli w jakiś sposób pomoże to nawet paru osobom, to dla mnie chwila dyskomfortu podczas opowiadania o sobie jest tego warta. Chciałabym, by młodsi ode mnie ludzie, nastolatki, którzy odkrywają swą seksualność, nie uważali tak jak ja kiedyś, że są jedyni w szkole i nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. By mieli poczucie, że nie są sami i że w kimkolwiek się zakochują – to jest OK.

Czy przed „#Sport przeciw homofobii” działałaś na rzecz LGBT?

Na rok przed tą akcją KPH zaprosiła mnie na galę – niestety, jako żeglarka musiałam być wtedy w Japonii na regatach, ale nagrałam filmik, który puścili. Z takiego samego powodu nigdy nie byłam na warszawskiej Paradzie Równości! Za to udało mi się w Los Angeles. Ale to wyjątek. Jak ciągle trenujesz, masz naprawdę mało czasu na akcje społeczne, choć muszę przyznać, że zawsze towarzyszyła mi myśl, by się zaangażować.

Dojrzewała przez lata?

Tak. Do tego moja żona jest taką Joanną d’Arc, która sama nie walczy, bo nie lubi publicznych wystąpień, ale zachęca mnie do angażowania się i wspiera we wszelkich działaniach. Mieszkała 15 lat w L.A., gdzie jest zupełnie inna otwartość: jest dzielnica LGBT, są małżeństwa jednopłciowe, adopcja. Dla niej polska rzeczywistość jest kilkadziesiąt lat za innymi. Jeszcze zanim zaczęłam podróżować, miałam tego świadomość, a dzięki podróżom nie tyle uzmysłowiłam sobie jak jest źle, ale zobaczyłam, jak normalnie może być. Mam poczucie, że nie rozwijamy się jako kraj i społeczeństwo; a przecież można! Uważam, że brak dobrej edukacji powoduje, że zamykamy się na drugiego człowieka, boimy się czegoś nowego. A nawet nie nowego – po prostu dotąd ukrytego, więc nieznanego. Często zamiast zapytać, porozmawiać, homoseksualizm traktuje się jak tematu tabu. A ja chciałabym, żeby ludzie, jeśli nie wiedzą, by pytali: by pojawiło się zwyczajne, ludzkie zaciekawienie i otwartość na drugą osobę. A najgorzej, gdy na szczątkowych informacjach tworzy się własną teorię, która powtarzana ewoluuje i odbiega od prawdy tak, że można się czasem aż za głowę chwycić! Dlatego tak ważne jest rozmawianie. Moja mama pyta mnie, jeśli czegoś nie rozumie, i widzę, że gdy później z kimś rozmawia, mówi coraz bardziej merytorycznie.

Tak działa ruch sojuszników. Ty jesteś otwarta, opowiadasz o sobie, ktoś może dopytać i podzielić się wiedzą dalej.

O to chodzi. A wsparcie takich ludzi daje też mnóstwo pewności siebie; przykre sytuacje, odrzucenie, stają się mniej bolesne albo jak w moim przypadku – najczęściej takich momentów nawet nie zauważam lub szybko zapominam. Oczywiście, każdy powinien być pewny siebie, ale jesteśmy różni: mnie ukształtowały i sukcesy, i trudne chwile. W wieku 21 lat straciłam brata, a pięć lat później tatę, co spowodowało, że szybko musiałam ukształtować swój charakter i dzięki wsparciu mamy jednym z jego elementów jest dzisiaj pewność i wiara w siebie. Ona zaś pomaga w reagowaniu na to, co mnie spotyka. Ale jedne osoby są słabsze, inne silniejsze, jedne bardziej wrażliwe a inne mniej. Dlatego kierunkiem powinno być przede wszystkim przeciwdziałanie hejtowi, nienawiści, a nie tylko uczenie, jak sobie z nienawiścią radzić, jak na nią reagować.

Oprócz akcji KPH wystąpiłaś też w programie „Skandaliści” na Polsacie i świetnie się zaprezentowałaś.

Chociaż nie jestem osobą, która łatwo się otwiera i mówi o uczuciach, a tutaj opowiada się osobistą historię: wprowadza obcych ludzi do życia, pokazuje intymne momenty. Gdy po ogłoszeniu akcji rozdzwoniły się telefony, pomyślałam: „O kurde!”. Bo nie chodziło już tylko o mnie, ale też o moją partnerkę i cały team, z którym pływam. Ale jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B, niemniej chciałam wiedzieć, jak oni się z tym czują. Na szczęście mam cudowny zespół, który mnie wspiera. Cieszę się, że kolejne osoby zaangażowane w sport dołączają do akcji i mam nadzieję, że ona będzie kontynuowana.

Miałaś jakąś wyoutowaną osobę, która na ciebie wpłynęła?

Bardzo mi zaimponował młody chłopak Tom Daley, skoczek, który wyoutował się zaraz po igrzyskach w Rio. Dziś ma męża, małe dziecko. Pokazuje, że można mieć fajne życie, będąc gejem i dalej osiągać sukcesy.

Skoro mowa o szczęśliwej rodzinie. Żonę Chuchie poznałaś, gdy zaproponowała ci wywiad, tak?

Zgadza się. Tyle, że ja nie chciałam jej go wtedy udzielić (uśmiech) Nie poddawała się jednak, więc dla świętego spokoju powiedziałam, że OK, ale wymyśliłam taką godzinę, że pomyślałam, że na pewno nie będzie jej pasować. Ale przyjechała! Praktycznie w nocy, była jakaś 22.30. Musiała jeszcze przywieźć kamerę, wszystko rozstawić, ale nie narzekała, więc co miałam zrobić? Porozmawiałyśmy i od tego się zaczęło. Więc mogę powiedzieć, że poznałyśmy się dzięki jej determinacji.

Ona jest reżyserką, ty zawodową żeglarką, siłą rzeczy spędzacie dużo czasu osobno. Jak sobie z tym radzicie?

Chuchie jako dziecko a potem nastolatka sama była żeglarką i dopiero później wybrała studia filmowe. Doskonale zna więc ten styl życia i bardzo mnie wspiera. Do tego współpracuje z Hiszpańską Federacją Żeglarską jako osoba odpowiedzialna za media i filmy dokumentalne o zawodnikach, więc gdy tylko ma okazję, przyjeżdża na regaty, na których i ja jestem (uśmiech). Ale wiadomo, że związek na odległość nie jest łatwy – trzeba dużo zaufania, szacunku i miłości, by działał.

Chuchie podobno jako pierwsza wyznała ci miłość. A jak było z zaręczynami i ślubem?

Tym razem to ja byłam pierwsza… i czekałam, żeby i ona mi się oświadczyła! Stwierdziłam, że skoro obie tego chcemy, to dlaczego tylko jedna z nas ma się oświadczać? Osiem miesięcy wywierałam na niej presję, pytając: „A gdzie jest mój pierścionek?” Więc mogę powiedzieć, że trochę te oświadczyny wymusiłam… ale ślubu już nie! (śmiech) Odbył się na Majorce, w jednej z naszych ulubionych restauracji: elegancko, ale z luzem, najbliższa rodzina i znajomi, piękna pogoda. Było idealnie. Fifty-fifty osób hetero i homo. To dla członków naszych rodzin i znajomych hetero była nowa sytuacja, coś innego i niespotykanego: na 90 metrach kwadratowych nagle spotkali sporo lesbijek i gejów! (śmiech)

Zamieszkałyście razem?

Pomieszkujemy na Majorce u moich teściów. Naszym marzeniem jest wybudowanie tam domu; świetne warunki do pływania, wspólny dom, pies.

Jaką masz relację z teściami?

Fantastyczną! Mój teściu ma 72 lata, a teściowa 65. Są bardzo otwarci, tolerancyjni i wspierający, aczkolwiek teść czasem nadal nie wie, jak ma mnie do końca traktować. Jako męża swojej córki? Jako faceta? Prowadzi to czasem do zabawnych sytuacji. Np. mówi, że musi przewieźć pralkę i „naturalnie” mnie woła do pomocy, albo chętnie pokazuje mi coś w garażu. Czasem mówię do Chuchie: „Kurczę, twój tata traktuje mnie jak zięcia!” Ale jest super uroczym facetem i nie obrażam się; rozumiem, że gdy żyje się przez 60 lat w pewnym przeświadczeniu, a tu „nagle” twoja własna córka ma żonę, to może to być lekko mylące. Jest kochany i szczerze go uwielbiam, zresztą teściową też. Są super.

Czy masz jakąś maksymę, która motywuje cię do działania?

Za każdym razem powtarzam sobie, że karma is a bitch. Wierzę, że to co robisz, potem do ciebie wraca – i jeśli nie jesteś OK, to cię kiedyś dopadnie – w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego staram się żyć tak, aby nie krzywdzić drugiego człowieka.

Gdybyś miała coś powiedzieć Czytelni(cz)- kom Repliki?

Cieszę się, że jest taki magazyn i mam nadzieję, że poszerzy grono odbiorców – i to nie tylko o osoby LGBT, ale też hetero. Myślę, że może to być bardzo uczące!

W takim razie pokażesz nasz wywiad mamie?

Oczywiście!

Tekst z nr 79 / 5-6 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Moi tęczowi rodzice

Z KATARZYNĄ REMIN, koordynatorką Akademii Zaangażowanego Rodzica w Kampanii Przeciw Homofobii, współtwórczynią akcji „Przekażmy sobie znak pokoju”, o rodzicach dzieci LGBT, o Kościele katolickim, o emigracji w Niemczech i o tym, jak to jest być 60-letnią heteroseksualną działaczką LGBT, rozmawia MARIUSZ KURC

 

Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw

 

Ilu rodziców dzieci LGBT przewinęło się przez 7 lat Akademii Zaangażowanego Rodzica?

Co roku mamy kilkunastoosobowe grupy, więc już ponad 100.

Większość to mamy, prawda? Mężczyźni częściej są homofobami, więc ojcowie zgłaszają się do AZR dużo rzadziej – mam rację?

Nie do końca. Większość to mamy, owszem, ale tu chodzi o coś szerszego niż homofobię. Na wszelkich zajęciach, gdzie jest mowa o uczuciach, większość to kobiety. Mężczyźni są od małego uczeni, by o uczuciach nie mówić, więc jeśli masz homoseksualne dziecko i czujesz się zagubiony albo się boisz, to milczysz. Ale jeśli akceptujesz, to również milczysz – do czasu, gdy trzeba bronić dziecka i wtedy ojcowie przechodzą do czynu. Wałkowanie tematu po prostu im często nie leży. Przez Akademię przeszło około 15 ojców i zdarzało się, że przyprowadzali żony, bo akurat one mniej akceptowały homoseksualność dziecka. Ale generalnie – tak, dziecko LGBT na większe zrozumienie liczy raczej u mamy. W wielu przypadkach mama dowiaduje się jako pierwsza, ojciec nieco później.

Kiedy to się dzieje? W jakim wieku?

Na szczęście coraz wcześniej. Coraz więcej jest w AZR rodziców nastolatków. Jednej z „naszych” mam syn ujawnił się, gdy miał 15 lat, dodając, że od 2 lat myślał, jak jej powiedzieć, że jest gejem. Druga pozytywna sprawa: coraz wcześniej rodzice orientują się, że brakuje im wiedzy i chcą ją zdobyć. W początkowej ankiecie mamy pytanie: „Od jak dawna wiesz, że twoje dziecko jest LGBT?”. Odpowiedzi: od 2, 3 czy 5 lat były nagminne. Teraz częściej padają miesiące, jedna odpowiedź nas kompletnie zaskoczyła: „Od wczoraj”. To pokazuje, że coming out dziecka powolutku przestaje być szokiem, z którego rodzic długo nie może się otrząsnąć.

Podobno na pierwszych zajęciach wszyscy płaczą.

Tak, łącznie ze mną. Poziom emocji jest niebywały. Ci ludzie tak się cieszą, że się poznali i że mogą porozmawiać… Po zajęciach zaraz umawiają się na piwo, potem na wspólne wyjazdy; łączy ich ważne doświadczenie: mają dzieci LGBT. Samo głośne powiedzenie: „Moja córka jest lesbijką”/„Mój syn jest gejem” ma taki ładunek, że głos drży, a pozostali słuchają w kompletnej ciszy. Może już opowiadali o homoseksualności dziecka przyjaciołom, sąsiadom, czy dalszym znajomym, ale teraz mówią w kręgu osób, które naprawdę rozumieją i czują, bo same przeszły podobne sytuacje. Pierwsze zajęcia to jak znalezienie swojego „stada”. Nagle nie jesteś już jedyną mamą geja czy ojcem lesbijki na świecie. Zrozumiałam też, jak bardzo rodzice, nie tylko ich dzieci, podlegają mechanizmom dyskryminacji. Po coming oucie dziecka sami wchodzą do szafy – przestają o dziecku mówić, izolują się, zamykają w domach, żyją w obawie, że „ktoś się dowie”, wpadają w depresję. Mama lesbijki czy geja, gdy jest w takiej traumie, często nie pójdzie nawet na spotkanie towarzyskie z koleżankami, „bo one będą opowiadały o swych dzieciach, będą się chwaliły, a ja co”? Bycie rodzicem dziecka LGBT oznacza w wielu przypadkach życie w stresie mniejszościowym. Do tego strach o bezpieczeństwo dziecka, nierzadko poczucie winy, bo z braku wiedzy myśli się, że „to może być przez wychowanie”, a więc „gdzie ja zrobiłam błąd?” oraz ogromne poczucie wstydu, które narusza poczucie własnej wartości. Rodzicom każdej edycji po kilku miesiącach delikatnie proponujemy udział w Paradzie Równości. Jedni nie są na to gotowi, inni chcą iść, ale z boku, a jeszcze inni decydują się pójść w naszej grupie – i to jest też ogromne przeżycie. Widziałam na własne oczy: Parada może być dla rodziców wręcz terapeutycznym doświadczeniem, dawać poczucie siły. „Kasia, to było fantastyczne, ja się w końcu przestałam wstydzić własnego dziecka. Ja jestem z niego dumna!” – słyszałam od wielu mam po Paradzie.

Jakie zajęcia oferujecie w AZR poza tym, że oni się spotykają i to jest wartość sama w sobie?

Czym jest homo- i biseksualność, transpłciowość oraz interpłciowość. Dalej: jak działają stereotypy i uprzedzenia i jak przeciwstawiać się dyskryminacji. Historia ruchów LGBT w Polsce i na świecie, regulacje prawne dotyczące LGBT, kontakty z mediami. I jeszcze, ważne: jak pogodzić religię z akceptacją dziecka LGBT. Kurs składa się z 6 całodniowych, weekendowych spotkań raz w miesiącu i jest darmowy. Na koniec prosimy o ocenę i rok w rok powtarza się, że rodzice bardzo sobie cenią zwyczajne spotkanie z parą gejów lub lesbijek, które im organizujemy. „Wiesz, Kasia, jest mnóstwo pytań, które ja bym chciała jakiejś fajnej lesbijce zadać, a z córką na razie nie mam odwagi tak otwarcie rozmawiać” – usłyszałam parę lat temu od jednej z mam. „No jasne! Że też ja sama na to nie wpadłam…” – pomyślałam, przecież to tak samo działa w drugą stronę – są rzeczy, o które nigdy nie zapytasz rodzica, bo wolisz kolegę, czy nawet kogoś obcego. Geje i lesbijki, których zapraszamy, są zasypywani pytaniami.

Mnie kiedyś mama 20-letniego geja zapytała: „Mój syn ma chłopaka, ale nigdy go jeszcze przy mnie nie pocałował. Dlaczego? Chciałabym, by okazywali sobie miłość w mojej obecności” Była trochę zmartwiona, a ja pomyślałem: „Boże, jaką ten chłopak ma cudowną mamę”.

Padają wszelkiego rodzaju pytania. A gdy przyszła para kobiet, z których jedna była w ciąży – to domyślasz się, był cały zestaw pytań o rodzicielstwo. Wiesz, główny strach rodziców jest o bezpieczeństwo i o samotność dzieci, więc gdy widzą kochającą się parę, to jest miód na ich serca. Wielu rodziców, jak już „przepracuje” sobie pytania, wątpliwości i heteronormę, to są szczęśliwi, bo odkryli jakby nowy świat. On sobie istniał wcześniej obok i ich nie dotyczył, a teraz stał się częścią ich życia. Są mamy, które mówią mi, że kiedyś miały do losu żal, dlaczego akurat im się to przydarzyło, a teraz za nic nie chciałyby się zamienić. „Jakby teraz nagle córka miała mi się zakochać w chłopaku, to co? Przestałabym być częścią tej tęczowej społeczności? No jak to?!” Podobnie mówił ojciec geja z Malty, którego zaprosiliśmy na spotkanie, głęboko wierzący katolik: „Teraz dziękuję Bogu, że zesłał mi syna geja, bo bez niego nie poznałbym całego tego kolorowego świata”.

Jak wpadłaś na pomysł AZR?

AZR to dziecko moje i drugiego działacza Kampanii Przeciw Homofobii – Grega Czarneckiego. Wymyśliliśmy, że zrobimy kampanię społeczną z rodzicami osób LGBT. Greg, bardziej wtedy doświadczony, wiedział, że trudno będzie ich znaleźć, ja byłam bardziej bojowa: „Nie ma wspierających rodziców osób LGBT? Jak to w ogóle możliwe?” Powoli uświadamiałem sobie skalę problemu, skalę wykluczenia, wstydu i lęku przed ujawnieniem. Doszliśmy do wniosku, że musimy nie tylko znaleźć kilkoro rodziców, ale również przygotować ich do tej kampanii, choćby do kontaktów z mediami. Tak zrodził się pomysł warsztatów. A to był i tak wierzchołek góry lodowej! Potem stało się jasne, że potrzebne są kolejne edycje AZR. Umożliwiło nam je długofalowe wsparcie projektu przez Fundację im. Róży Luksemburg.

Nie planowaliście w AZR cykliczności?

A skąd! Gdyby mi ktoś w 2012 r. powiedział, że na początku 2019 r. będę szykowała ósmą edycję AZR, to bym nigdy nie uwierzyła. To miało być tylko narzędzie przygotowania rodziców do „właściwego” projektu, czyli kampanii – tymczasem narzędzie stało się projektem samym w sobie. Pierwsza edycja to była jazda bez trzymanki. Była z nami Elżbieta Szczęsna, mama geja, która jako pierwsza w Polsce zaczęła działać w 2006 r. w Lambdzie. Ze Stanów przyjechali Judy i Dennis Shepardowie, rodzice Matthew, geja zamordowanego w 1998 r. przez homofobów. Zaprosiliśmy Jody’ego Huckaby, szefa PFLAG, amerykańskiej organizacji rodziców – obie wizyty dzięki wsparciu ambasady USA. Mieliśmy konferencję w Sejmie, gdzie „nasze” mamy zrobiły piorunujące wrażenie. Tam też wszyscy płakali, w Sejmie!

Jaka jest obecnie twoja rola w Akademii Zaangażowanego Rodzica?

Prowadzę całość projektu, ustalam program, zapraszam do współpracy trenerki/ów, zbieram grupę, utrzymuję kontakt z absolwentkami. No, i przede wszystkim współprowadzę każdy niemal warsztat. Czuwam nad tzw. procesem grupowym czyli, cytując jedną z uczestniczek, jestem „Matko nasza i ojcze nasz!” Każdy temat prowadzony jest w duecie, przez ekspertkę/eksperta w danej dziedzinie i przeze mnie. Do stałego grona prowadzących należą m. in. Katarzyna Bojarska, Małgorzata Borowska, Aneta Rogowska. Historię ruchów LGBT zdarzało się prowadzić Mariuszowi Kurcowi. Może znasz?

(śmiech) Słyszałem. A kampanię zrobiliście w 2013 r. Nazywała się „Rodzice, odważcie się mówić”. Na billboardach pojawili się: Elżbieta Bajan, matka lesbijki i jej córka Mirka Makuchowska, Aneta Ostrowska z mężem, rodzice lesbijki i ich córka Wiktoria Beczek oraz znany aktor, dziś już nieżyjący Władysław Kowalski, ojciec geja i jego syn, Kuba Kowalski. Kampania miała ogromny społeczny rozgłos. 

Udział pana Władysława był dla kampanii bardzo istotny. Nie znałam go przedtem, umówiliśmy się na spotkanie przy kawie i on po prostu odmówił. Spokojnie wysłuchał propozycji i powiedział „nie”. Zmieniliśmy temat, rozmawialiśmy pozornie o innych sprawach, miał czas sobie to przemyśleć i chyba udało mi się sprawić, że uznał mnie, osobę zupełnie obcą za godną zaufania. Na koniec powiedział „tak”. Po spotkaniu wracałam do biura KPH jak na skrzydłach! Z późniejszych wywiadów można było wyczytać, jak bardzo był zadowolony z tego, że się zgodził. Gdy zmarł w zeszłym roku, odebrałam telefon od jego syna z prośbą, bym była jedną z osób przemawiających na pogrzebie. Odczytano list od Prezydenta RP, od Ministra Kultury, a potem ja mówiłam, jak ważne było, że pan Władysław zgodził się zaistnieć publicznie jako sztandarowy, akceptujący ojciec geja. Rodzina chciała przypomnieć o tym podczas pożegnania pana Władysława i ja odczuwam to jako zaszczyt.

Na AZR trafiają zarówno rodzice, którzy mają problem z homoseksualnością dziecka i szukają wsparcia, jak i tacy, którzy akceptują dziecko, tylko chcą dowiedzieć się więcej oraz działać.

Tak. Co ważne, od paru lat trafiają do nas również rodzice dzieci transpłciowych. Wiele jest też osób, których problem nie leży w tożsamości dziecka, a raczej w lęku przed reakcją otoczenia. Pytasz, czy to się nie kłóci, że oni są jakby na różnych poziomach? Nie. Wręcz przeciwnie, jedni od drugich dużo czerpią. Niektórzy przechodzą drogę od zalęknionego rodzica do działaczki, działacza. Choćby pani Joanna z Lublina, rocznik AZR 2016. Opowiadała mi, że chodziła w tym roku na zebrania przygotowujące Marsz Równości, wspierała młodych, ale „wystąpić publicznie?! Nie jestem na to gotowa”. A potem, gdy prezydent miasta wydał zakaz Marszu, tak ją to wzburzyło, że wystąpiła i na konferencji prasowej i przemawiała na Marszu! Szedł z nami również jej mąż Andrzej, absolwent AZR. Kiedyś na Marsze/Parady myśmy przygotowywali transparenty dla rodziców, teraz oni sami je piszą. Najbardziej podoba mi się ten najprostszy: „Bądź sobą, kochanie – Mama”. Zawsze, jak go widzę, to się wzruszam. Mamy stoją na trasie, mnóstwo osób podchodzi, przytula się, robi sobie selfie. Adam Małecki, tata geja, opowiadał, że wysłuchał wielu historii kumpli syna i stał się dla nich jakby przyszywanym ojcem. W takich sytuacjach masz poczucie, że naprawdę zmieniasz życie ludzi na lepsze. Niektórzy rodzice łapią taki wiatr w żagle, że stają się działaczami, z tego przecież powstały już dwa stowarzyszenia – Akceptacja oraz My, Rodzice.

Jest jakaś różnica w podejściu między rodzicami lesbijek i rodzicami gejów?

Nie zauważyłam. Ilościowo to się rozkłada mniej więcej po połowie. Mieliśmy też, jak wspomniałam, kilkoro rodziców osób trans. Na początku miałam wątpliwości: może transpłciowość jest na tyle innym zagadnieniem, że to zakłóci dynamikę grupy? Okazało się, że to były bezpodstawne obawy. Rodzice są swoich historii bardzo ciekawi.

Jak trafiłaś do KPH?

No tak, bez tego ani rusz. Co 60-letnia cis i hetero kobieta robi w Kampanii Przeciw Homofobii? To jest pytanie, które chcesz mi naprawdę zadać, prawda?

(śmiech)

Wiesz, ilu działaczy i znajomych mnie już o to pytało? Za każdym razem mam trochę inną odpowiedź. Dzisiaj nasuwa mi się taka: Kiedy na Majdanie w Kijowie trwała pomarańczowa rewolucja, wśród protestujących byli też Polacy. Jakoś nikt ich chyba nie pytał, co tam robią?

Dobra odpowiedź, ale i tak bym chciał podrążyć.

Od wielu lat, odkąd mieszkałam w latach 80. w Berlinie, miałam sąsiadów albo przyjaciół gejów. W Polsce zaprzyjaźniłam się z Gregiem Czarneckim, wspomnianym już działaczem KPH. Przez jakiś czas pracowaliśmy w tej samej szkole językowej – on uczył angielskiego, a ja niemieckiego. Miałam na ręce tęczową bransoletkę podarowaną mi przez przyjaciela geja z Niemiec. „Fajną masz bransoletkę” – zagadnął z uśmiechem. To był 2005 r., gadaliśmy o zakazie Parady, który wydał prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Oburzałam się, że to łamanie podstawowych praw obywatelskich, ale nie przyszło mi wtedy do głowy, że sama mogłabym pójść na Paradę.

I za chwilę ciach – zamieszkałaś z Gregiem.

Nie wiem, czy tak od razu „ciach”… Moja mama zachorowała, często jeździłam do niej do Niemiec, Greg się wtedy opiekował moim psem. Wiesz, z Niemiec przywiozłam przeświadczenie, że wspólne mieszkanie to nie tylko coś dla studentów, że to prawdziwa alternatywa dla życia w nuklearnej rodzinie, również w wieku dojrzałym. Zostaliśmy więc współlokatorami i przyjaciółmi. Siłą rzeczy przez Grega poznałam kolejne tysiąc pięćset osób LGBT – Greg robił imprezy, przewijało się mnóstwo aktywistów/ek. Wśród nich niejaki Robert Biedroń, który zaczął mnie namawiać, bym napisała, jako że znam niemiecki, projekt dla KPH, który jakaś niemiecka organizacja mogłaby sfinansować. W ten sposób wymyśliłam i stworzyłam w 2009 r. wystawę dotyczącą homoseksualnych ofiar nazizmu „Berlin-Yogyakarta”, pierwszą taką w Polsce. Planowaliśmy ją na 4 miasta w kraju, ostatecznie była tłumaczona na 6 języków i objechała 50 miast w Europie.

Wystąpiłaś też na plakacie zachęcającym do przekazywania 1% na KPH w 2009 r. -jako radiomaryjna babcia!

Tylko Greg i Robert byli mnie w stanie na to namówić. To była jednak spora żaba do przełknięcia, ale jak mieć dystans do siebie, to jakoś trzeba zacząć. (śmiech)

W 2016 r., równolegle z AZR, zrobiłaś kolejną dużą kampanię „Przekażmy sobie znak pokoju”.

Nie sama – z Pawłem Dobrowolskim i Marcinem Dzierżanowskim z Wiary i Tęczy. Źródłem inspiracji byli m. in. rodzice z AZR. Naocznie przekonałam się, że jest prosty związek: im rodzic bardziej religijny, tym trudniej mu zaakceptować homoseksualne dziecko. Uznałam, że jako KPH nie możemy dłużej pomijać Kościoła, przecież u nas w kraju jakieś 90% ludzi deklaruje katolicyzm. Jakiś czas przedtem wypuściliśmy filmik „Najbliżsi obcy”, w którym dziewczyna opowiada o codziennym życiu z drugą dziewczyną i o tym, że w oczach prawa są dla siebie obcymi ludźmi. Mówi: „Budzę się z obcym, śmieję się z obcym, kłócę i godzę się z obcym, modlę się z obcym” itd. Ten fragment o modleniu się był wcześniej przedmiotem dyskusji w KPH, upierałam się, by wszedł do ostatecznej wersji. Po premierze w TVP (tak!) zgłosił się do nas Marcin Dzierżanowski z WiT z chęcią współpracy. Te dwa słowa z filmiku go zachęciły – tak się zaczęła współpraca, która zaowocowała kampanią „Przekażmy sobie znak pokoju”.

To hasło, wydaje mi się, jest kluczowe.

Okazało się, że kampania oparta na tzw. wartościach do ludzi przemawia. Myślę też, że jeśli ktoś jest naprawdę chrześcijaninem, a więc jego światopogląd opiera się na życzliwości wobec drugiego człowieka i na sprawiedliwości społecznej, to nie sposób zgadzać się z dyskursem Kościoła wobec osób LGBT. Tylko, że mnóstwo jest krzykaczy, którzy są hańbą dla tej instytucji i takie głosy są niestety najbardziej słyszalne. Chcieliśmy tym hasłem pokazać, że zobowiązanie traktowania osób LGBT z szacunkiem wynika z chrześcijańskich wartości. Wsparły nas katolickie pisma: „Kontakt”, „Tygodnik Powszechny”, „Więź”, „Znak”.

Ty jesteś katoliczką?

Nie, ale zostałam wychowana w religii katolickiej i co tu dużo gadać – mała Kasia była wiarą przejęta. Moja ciocia, siostra mamy, była zakonnicą we Francji, matką przełożoną, świetnie się z nią dogadywałam… Teraz, już od dawna, mam mocno krytyczny stosunek wobec Kościoła.

Wśród aktywistów/ek LGBT wyróżniasz się nie tylko jako osoba hetero. Wyróżniasz się też wiekiem. Średnia w KPH to pewnie koło 30 lat, tacy są ludzie, z którymi pracujesz na co dzień. Spotykasz się z opiniami np. jakichś swoich rówieśników, którzy mówią, że ci odbiło i robisz jakieś „pedalskie projekty”?

Czy ty, Mariusz, uważasz, że osoby w moim wieku są z reguły homofobiczne? Bo z mojego doświadczenia to nie wynika. Nie, nigdy. Wracając do pytania, nie, nigdy czegoś podobnego nie usłyszałam. Słyszę natomiast często o wielkim uznaniu, z jakim patrzą na to, co robię, szczególnie na pracę z rodzicami i kampanię „Znak pokoju”. Ale może też być tak, że poruszam się w kręgu osób o podobnych do mnie poglądach. Wiek rzeczywiście mocno mnie w organizacjach LGBT wyróżnia, zdarza się, że wolontariusze/ki jakby bali się do mnie odezwać, bo trudno im powiedzieć „Kasiu”, a „proszę pani” też jakoś nie pasuje. Ale w końcu jak sobie zapuściłam siwe włosy, to muszę je nosić z godnością, nie sądzisz? Poza tym, wiesz, ja zawsze jakoś odstawałam. Byłam 13-letnią dziewczynką, gdy rodzice spakowali mnie i brata i uciekliśmy do Niemiec, gdzie spędziłam w sumie prawie dwie dekady.

Obliczam, kiedy to było.

1971 rok. Jazda w bagażniku samochodu, zielona granica, potem bieg przez las, zaczynanie wszystkiego od nowa, przystosowywanie się… O, widzę, że szczęka ci trochę opadła… Tak, tak, jestem zdecydowanie kobietą po przejściach.

Do których Niemiec?

No, jak „do których”? A wyobrażasz sobie ucieczkę z PRL-u do NRD?

Sorry, jakieś zaćmienie umysłowe mam.

Zamieszkaliśmy na początku w Düsseldorfie. Poszłam do niemieckiej szkoły, nie znając języka, łapałam na bieżąco i uczyliśmy się z bratem po szkole. Miałam wtedy obsesję, by być najlepsza w klasie z łaciny. Bo z niemieckiego wiadomo było, że będę gorsza. Pani od łaciny nie zdążała pytania zadać, a ja już miałam rękę w górze, ambicja wręcz chorobliwa. Sama siebie pytałam, dziewczyno, co ty robisz. Upierałam się też, że jestem Katarzyna, a nie żadna Katharina. Zdaję sobie sprawę, że Polka w Niemczech nie jest tak opresjonowana jak osoba LGBT w Polsce, ale coś tam o stresie mniejszościowym wiem. Jak się już zainstalowaliśmy, to akurat wybuchł w Niemczech skandal – Rosa von Praunheim wypuścił słynny film „To nie homoseksualista jest perwersyjny, tylko sytuacja, w której żyje”. Ten tytuł mnie, wtedy 14-latce, wrył się głęboko w pamięć, mocny jest, a sam film był przełomowy dla niemieckiego ruchu LGBT. Tyle, że wtedy raczej myślałam, że on jakiś niegrzeczny chłopiec jest, ten Praunheim. Do Polski przyjechałam po raz pierwszy w 1981 r. podczas „Solidarności”, potem na studia w 1983 r. za stanu wojennego – do Szkoły Filmowej w Łodzi, gdzie byłam przedstawiana jako „nasza koleżanka z Niemiec”. Zawód mam „operator filmowy” i przez 10 lat w nim pracowałam jako wolny strzelec, bo wtedy jeszcze nie strzelczyni… Do siedzenia przy biurku dopiero mnie Kampania Przeciw Homofobii zagoniła.

Cztery lata byłaś w zarządzie KPH.

Zgadza się.

Nie chciałaś zostać w Niemczech na stałe? Dlaczego zdecydowałaś się wrócić?

Żeby budować świetlaną przyszłość naszej ojczyzny. Poważnie. I buduję.

Tekst z nr 77 / 1-2 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.