Żadnego „status quo”

Tammy Baldwin jest pierwszą jawnie homoseksualną osobą w Senacie USA. Ale wyoutowani amerykańscy politycy/czki to już cała grupa z własną historią

 

fot. mat. pras.

 

Tekst: Agnieszka Szyk

Ignorujcie malkontentów, cyników i wszystkich tych, którzy kurczowo trzymają się status quo. Tych, którzy powtarzają „nie da się”, „to niemożliwe” – oto główne przesłanie Tammy Baldwin z Partii Demokratycznej. W listopadzie 2012 r. Tammy została pierwszą jawnie homoseksualną osobą w Senacie USA. Jest też pierwszą kobietą, która w Senacie reprezentuje stan Wisconsin – ten sam, z którego kiedyś mandat zdobył Joseph McCarthy, osławiony pogromca komunistów i homoseksualistów. Co więcej, zwolnione po Baldwin miejsce w Izbie Reprezentantów (niższej Izbie Kongresu), w której polityczka zasiadała przez 13 lat, zajął teraz Marc Pocan, wyoutowany gej.

Nie wierzcie tym, którzy wmawiają: nie możesz, nie powinnaś albo nie wypada – mówi Baldwin. Kilka lat temu na konferencji poświęconej coming outom w pracy opowiadała: Mój własny proces coming outu zaczęłam w 1983 r., gdy byłam studentką. Stopniowo ujawniałam się moim przyjaciołom i rodzinie. Rozpoczynając karierę zawodową, byłam jednak przeświadczona, że muszę dokonać wyboru: albo chcę realizować się w dziedzinach, które mnie pasjonują, czyli w prawie i polityce, albo chcę żyć jako dumna, całkowicie wyoutowana lesbijka. Nie sądziłam, że mogę mieć jedno i drugie.

Dziewczyna z Wisconsin

Tammy Suzanne Green Baldwin urodziła się 11 lutego 1962 r. w Madison w stanie Wisconsin. Wychowywana była przez mamę oraz babcię i dziadka. W 1989 r. skończyła studia prawnicze i podjęła pracę w kancelarii prawnej. Karierę polityczną rozpoczęła już w 1986 r., gdy została radną hrabstwa Dane. Gdy w 1992 r. startowała w wyborach do stanowego parlamentu, była jedną z tylko sześciu wyoutowanych kandydatów/ ek w całych Stanach. Zdobyła mandat. Powtórzyła ten sukces jeszcze w dwóch kolejnych stanowych wyborach. W 1999 r., jako pierwsza jawna osoba homoseksualna, dostała się na szczebel krajowy – do Izby Reprezentantów. Zasiadała w niej aż do 2012 r.

Od 2010 r. Baldwin jest singielką. Wcześniej, przez 15 lat była w związku z Lauren Azar – panie rozstały się niecały rok po zawarciu związku partnerskiego w 2009 r.

Senatorka jest niestrudzoną działaczką na rzecz praw kobiet i osób LGBT. Otwarcie krytykowała Billa Clintona, gdy ten wprowadzał zasadę „Don’t ask, don’t tell”, zgodnie z którą geje i lesbijki mogli służyć w armii pod warunkiem, że ukrywali swą orientację. Już w latach 90-tych proponowała również wprowadzenie małżeństw jednopłciowych w stanie Wisconsin.

Ale pytana przy okazji zeszłorocznej kampanii, jaką rolę odgrywa w niej jej orientacja seksualna, odpowiedziała: Ta sprawa w ogóle nie pojawia się na moich spotkaniach z wyborcami. Ludzi o wiele bardziej interesują moje poglądy na walkę z bezrobociem. Niemniej, republikański kontrkandydat Tammy, gubernator Tommy Thompson, próbował lesbianizm rywalki wykorzystać: jeden z jego sztabowców kpił, pokazując zdjęcie Baldwin tańczącej na Paradzie Równości, że ta kandydatka na pewno nie zapewni tradycyjnych wartości.

Wyborcy znali jednak dokonania Baldwin, która była aktywną członkinią Komisji ds. Energii i Handlu w Izbie Reprezentantów. Lobbowała na rzecz energetycznej niezależności USA, popierała reformę systemu ochrony zdrowia Baracka Obamy. Doprowadziła do zmiany w przepisach pozwalającej nieubezpieczonym kobietom na bezpłatną mammografię. Jako nowo wybrana senatorka deklarowała: Zajmować się będę przede wszystkim amerykańskimi rodzinami borykającymi się z bezrobociem i niezapłaconymi rachunkami, przedsiębiorcami i robotnikami, emerytami oraz opieką nad nimi, weteranami, którzy walczyli za nas, a teraz my musimy zawalczyć o nich. Obiecuję, że zrobię absolutnie wszystko, żeby nie zawieść zaufania mieszkańców naszego stanu.

Spraw LGBT nie zaniedbuje: gorąco pochwaliła prezydenta Obamę, gdy ten w maju zeszłego roku oficjalnie poparł małżeństwa jednopłciowe. Doprowadziła też do wprowadzenia przepisów, zgodnie z którymi ubezpieczenia zdrowotne mogą również dotyczyć partnera/ki w związku jednopłciowym. Lobbowała na rzecz niższych cen leków dla ubogich osób żyjących z HIV lub chorujących na AIDS.

Baldwin opowiada się za upaństwowieniem całego systemu ubezpieczeń zdrowotnych i rządowej kontroli nad służbą zdrowia. Współtworzyła przepisy zapewniające dodatkowe fundusze dla osób sparaliżowanych, dla ubogich kobiet cierpiących na raka piersi, dla weteranów wojennych. W 2009 r. przeforsowała w Kongresie ustawę o zakazie dyskryminacji pracowników ze względu na płeć, w praktyce zobowiązującą pracodawców do płacenia kobietom takich samych stawek jak mężczyznom. Działa również na rzecz ochrony środowiska i energii odnawialnej.

Musicie się wyoutować

Fakt, że Tammy Baldwin może dziś łączyć karierę polityczną z postawą „dumnej, wyoutowanej lesbijki” jest jej wielkim osobistym sukcesem, ale nie osiągnęłaby go w pojedynkę. Na ten sukces pracowali też inni politycy, którzy dokonując coming outów, przełamywali tabu dotyczące homoseksualności. Na „liście wyoutowanych polityków/czek w USA” w Wikipedii widnieje już ponad 100 nazwisk. Ich historia liczy sobie 40 lat. Nie ma dziś stanu USA, w którym nie byłoby wyoutowanych polityków/czek.

Pierwszymi osobami homoseksualnymi, które dokonały coming outu w trakcie sprawowania politycznej funkcji byli Jerry DeGrieck i Nancy Weschler – radni z Ann Arbor w Michigan. Oboje „wyszli z szafy” w 1973 r.

Kathy Kozachenko w 1974 r. i Elaine Noble w 1975 r. były pierwszymi lesbijkami, które wybrano na polityczne stanowiska (pierwsza była radną Ann Arbor, druga zasiadła w stanowym parlamencie Massachusetts). Noble znalazła się w pierwszej delegacji gejów i lesbijek, którą w 1977 r. zaproszono do Białego Domu w celu przedstawienia kwestii istotnych dla społeczności LGBT.

Pierwszym jawnym gejem, który został wybrany na polityczne stanowisko był Harvey Milk, dziś ikona ruchu LGBT na całym świecie, bohater biograficznego filmu „Obywatel Milk” z 2008 r. z oscarową rolą Seana Penna. Milk zdobył mandat radnego San Francisco w 1977 r. Sprawował go niecały rok: 27 listopada 1978 r. został zamordowany z pobudek homofobicznych. 12 sierpnia 2009 r. prezydent Obama pośmiertnie odznaczył Harveya Milka Medalem Wolności. Jego główne przesłanie do społeczności LGBT akcentowało potęgę ujawnienia: Musicie się wyoutować. Wiem dobrze, jak to jest trudne, ale musicie powiedzieć o sobie swej rodzinie, krewnym, przyjaciołom, ludziom, z którymi pracujecie, ludziom, u których robicie zakupy i tak dalej. Gdy oni się zorientują, że jesteśmy wszędzie, że jesteśmy ich dziećmi, sąsiadami, kolegami, to kłamstwa, mity i uprzedzenia zostaną zniszczone. A poza tym, poczujecie się wspaniale.

Po Milku

Po Harveyu Milku homoseksualna szafa zaczęła otwierać się szerzej. W 1987 r. wyoutował się pierwszy członek Kongresu USA – Barney Frank. To chyba najbardziej znany, obok Baldwin, wyoutowany amerykański polityk. Sprawował mandat w Izbie Reprezentantów nieprzerwanie przez ponad 30 lat – od 1983 do 2012 r. W zeszłym roku, gdy wziął ślub ze swoim partnerem Jimem Ready, stał się pierwszym członkiem Kongresu pozostającym w jednopłciowym związku małżeńskim.

Osobny rozdział to outingi, czyli przypadki polityków, którzy się nie wyoutowali, tylko których wyoutowano (Gerry Studs, Steve Gunderson i inni). Jeszcze inni – ci, którzy aktywnie popierali homofobiczne przepisy – outowali się niekoniecznie z własnej woli, lecz pod presją organizacji LGBT tropiących hipokryzję (opowiada o nich świetny fi lm dokumentalny „Outrage”).

Sygnałem rosnącej akceptacji dla mniejszości jest również zdobywanie mandatów przez ludzi takich, jak Mark Takano, który w 2012 r. został pierwszym otwarcie homoseksualnym i niebiałym członkiem Kongresu. Takano jest pochodzenia japońskiego.

Kariery polityczne Tammy Baldwin, Barneya Franka, Marka Takano czy Annise Parker, wyoutowanej burmistrzyni Houston w słynącym z konserwatyzmu Teksasie, pokazują, że rzeczywiście nie warto oglądać się na status quo. Nie da się? Da się! Otwarcie homoseksualny prezydent? Czemu nie? Choć może na początek, po czterdziestu czterech mężczyznach, przydałaby się na tym stanowisku po prostu kobieta?

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Zaangażowana

Z wokalistką Agnieszką Olszewską, liderką zespołu Back To The Ocean, rozmawia Marta Konarzewska

 

foto: Grzegorz Banaszak

 

Teraz będzie twój coming out?

Publiczny – tak. Absolutnie. Wiele osób „o mnie” wiedziało od dawna, przyjaciele, fani, ale nigdy nie podałam informacji, że jestem lesbijką tak oficjalnie. Więc – tak, coming out. Właśnie teraz.

Właśnie teraz, bo?

Dostałam zaproszenie od „Repliki” do wywiadu i… zgodziłam się. Poza tym zmobilizowała mnie chyba też współpraca z Pabiedą. Pabieda to legendarny punkrockowy zespół. Zeszli się po latach, zdecydowali nagrać płytę i zaprosili mnie do nagrania utworu „Piwnica”, w którym śpiewam: „Chodź tu do mnie dziewczyno z ulicy w brudnej spódnicy/Zrobimy szaleństwo w brudnej piwnicy”. Tekst – manifest. Pabieda chciała pokazać, że w dyskusji o związkach partnerskich jest: „za”. Pomyślałam wtedy: o, to jest super temat dla „Repliki”.

Chciałaś o spódnicy, a wyszłaś z piwnicy?

Trochę tak (śmiech).

To dla ciebie raczej ruch prywatny czy polityczny?

Polityczny. O prywatności wcale nie lubię mówić i wcale nie chcę. Nie interesują mnie okładki, pudelki, plotki, takie rzeczy.

A polityka?

Polityka tak. Oczywiście na polską politykę jestem wkurzona od lat. Czasem na koncertach mnie poniesie. Niedawno graliśmy w Lemon Tree w Łomiankach i zapowiadając jeden z utworów, powiedziałam, że jestem zaangażowana politycznie i społecznie, i wiele spraw mnie w tym kraju irytuje. Użyłam mocniejszych, wulgarnych słów, a potem zaśpiewałam „I say no”, mój protest song i na koniec powiedziałam, żeby ludzie mówili głośno „nie”, gdy na coś się nie zgadzają.

Określasz się jako „zaangażowana artystka”?

Tak. Moje teksty są zaangażowane. I bardzo osobiste. Dużo śpiewam o uczuciach, o stanach duszy, ale nie tylko. W „I say no” mówię wprost, przeciwko czemu jestem.

Przeciwko czemu jesteś?

Powiązaniu polityki z religią, wykorzystywaniu przewagi finansowej pewnych grup społecznych, marginalizowaniu innych grup, jak kobiety, samotne kobiety, kobiety z dziećmi, osoby homoseksualne, osoby z niepełnosprawnościami.

Śledzę wydarzenia społeczno-polityczne, codziennie czytam gazety, przyłączam się do akcji fejsbukowych i to się przedostaje do mojej twórczości.

Chodzisz na parady?

Oczywiście, co roku. Występuję też na zaangażowanych imprezach. Na beneficie akcji „Miłość nie wyklucza”. Na Pomadzie. Ale gdy wychodzę na scenę, to przede wszystkim jako artystka. Wiem, że nie żyjemy w rzeczywistości, gdzie prawa są równe, więc trzeba o nie zawalczyć, że trzeba oswajać ludzi, ale z drugiej strony ja tworzę muzykę. To jest mój język, moja największa miłość i pasja. To muzykę daję ludziom i to ją chcę, żeby najpierw zobaczyli, usłyszeli. Dlatego byłoby trudne dla mnie, gdyby „lesbijka” była pierwszym skojarzeniem. Najważniejsze są emocje, które mam do przekazania, teksty, klimat, który wytwarzam. Ale jeśli przy okazji mogę zrobić coś więcej dla siebie jako lesbijki i dla innych, to chętnie.

Dorastałaś w muzyce?

Już jako kilkuletnia dziewczynka tworzyłam muzykę, ona jakoś powstawała w mojej głowie. Tak po prostu, bo nie umiałam grać na żadnym instrumencie, nie znałam nut, zresztą nie znam do tej pory.

Nie zapisujesz melodii?

Nie, śpiewam sobie. Zapamiętuję albo nagrywam, nawet w telefonie. Muzyka sama do mnie przychodzi. Czasem nagle czuję, że muszę wziąć gitarę i powstaje piosenka.

Zawsze grałaś autorską twórczość?

Pierwsze występy, kilkanaście lat temu, to były kompromisy z muzykami, którzy narzucali swoją wizję. Dopiero w 2009 roku poznałam przez ogłoszenie Rafała Smolińskiego, basistę, aranżera i producenta, z którym nagrałam pierwszy maksisingiel „Yes, You Are The Sun”. Tytułowy utwór dostał się do pierwszej piętnastki amerykańskiego konkursu songwriterskiego „Song Of The Year”, co było ogromnym wyróżnieniem, bo na takie konkursy napływa kilkanaście tysięcy zgłoszeń z całego świata. Dostałam komunikat: twoja muzyka się podoba, jest ceniona. Zaczęłam koncertować – najpierw akustycznie: ja z gitarą i towarzyszeniem perkusjonaliów, aż w końcu dopracowałam się pełnego składu.

Zespoł Back To The Ocean?

Tak, Back To The Ocean to ja plus towarzyszący mi muzycy, którzy zmieniają się, choć mam nadzieję, że obecny skład przetrwa długo.

Pamiętam taki komunikat w internecie. „Back To The Ocean “Burnin’4U”: lesbijski teledysk. Sami oceńcie”.

Reżyserował Kuba Remiszewski. Utwór jest o namiętności do drugiej osoby, do kobiety, a w klipie jestem ja i jest dziewczyna – modelka. Koncepcja nie była moja, ale nie wtrącałam się, byłam ciekawa efektu końcowego. Podczas nagrywania teledysku świetnie się bawiłam, bo byłam ubrana nie w swoim stylu: w mocnym makijażu, w obcisłej sukience. Nie miałam pojęcia, jak będą wyglądać ujęcia z moją „teledyskową ukochaną”. W internecie było „sami oceńcie” i faktycznie ocenili. Pamiętam szok, bo wydawało mi się wtedy, że „branża” mnie wesprze. Że skoro pojawił się wątek lesbijski, to ludzie będą kibicować. A pojawiło się sporo niemiłych komentarzy. Że nie mam głosu, że kto ja jestem, czy jestem trans, czy lesba, czy co. Ja takich rzeczy nie rozumiem. Sama zawsze się cieszę, gdy dzieje się coś pro LGBT, gdy chociażby widzę Anię Grodzką w TV. Za to nie cierpię – i mówię o tym głośno, powiedziałam to na przykład ze sceny na „Jałowcowce” – wewnętrznej krytyki. Jeżdżenia powiedzmy po Biedroniu. Że „po co on to mówi?” „Po co bierze udział w tym czy innym programie?” „Ja bym to zrobiła lepiej” – takie głupoty. To dla mnie niepojęte. Ludzie! Halo, wspierajmy się! Nie chodzi o bycie bezkrytycznym, ale o podstawowe wspieranie się jako mniejszości.

Chcesz zostać w Polsce, czy wyjedziesz?

Zawsze chciałam wyjechać z powodów muzycznych. Zawsze pisałam po angielsku i zawsze celowałam w światowy rynek muzyczny. Oczywiście, namawiają mnie, bym śpiewała po polsku, ale nie chcę. To może zabrzmi górnolotnie, ale tak jest: moja dusza śpiewa po angielsku. Zawsze, gdy przychodzi do mnie melodia, to od razu z fragmentem tekstu. Po angielsku. To jestem prawdziwa, szczera ja.

Wychowałaś się na zachodnich brzmieniach?
Właśnie nie. Na polskiej muzyce rockowej. Wczesny Perfect, wczesna Budka Suflera, Maanam. Potem Edyta Bartosiewicz. Dopiero po latach odkryłam zagraniczne piosenkarki Tracy Chapman, Melissę Etheridge.

Lesbijska scena. Przypadek?

Sama nie wiem, duża część moich ukochanych wykonawczyń to faktycznie lesbijki. Cenię Się, Meshell Ndegeocello, Skin… ale też Sade, Suzanne Vega, Anouk, no i wspaniałych mężczyzn, jak David Gray, Damien Rice, Charlie Winston.

Trudno przechodziłaś proces akceptacji własnej homoseksualności?

Coming out przed samą sobą był wcześnie. Byłam świadoma tego, że jestem lesbijką, może nie wiedziałam, że to się tak nazywa, ale zwyczajnie bardziej podobały mi się dziewczyny a z chłopakami kumplowałam się i grałam w piłkę. Jak byłam nastolatką, dotarłam do środowiska, mało jeszcze wtedy sformalizowanego. No i bywałam. Dyskoteki, biwaki, spotkania w klubach… Kiedyś skłamałam mamie, że jadę do koleżanki do Warszawy, a jechałam na imprezę lesbijską. Sprawa się sypnęła i w obliczu podejrzeń, że wpadłam w narkotyki, uznałam, że lepiej będzie powiedzieć prawdę i tak oto zrobiłam coming out przed rodziną. Nie było łatwo. Zresztą wtedy byłam poddawana presji z rożnych stron. Korzystałam ze wsparcia psychologicznego, bo miałam problemy z poczuciem własnej wartości i … moja terapeutka za źródło wszelkich problemów uznała to, że jestem lesbijką. Bolesne pranie mózgu i duszy, żebym zmieniła orientację.

Próbowałaś?

Tak, ale to miało bardzo krótkie nogi. Czułam się tak nieszczęśliwa, że wycofałam się. Potem szybko się usamodzielniłam, wyprowadziłam z domu. Mimo tego na studiach wciąż nie byłam wyoutowana. Studiowałam psychologię i miałam przez poł roku przedmiot „Homoseksualizm”, gdzie słyszałam najgorsze kłamstwa na ten temat. Że to choroba, że homoseksualiści częściej popełniają przestępstwa – wszystko na podstawie badań, o których już wtedy wiedziałam, że są niezgodne z żadną metodologią i niewiarygodne statystycznie.

A studenci grzecznie notowali.

Nikt by nie śmiał zaprotestować. Ja też nie. Dopiero parę lat potem, w pracy wyoutowałam się przed większą grupą osób. Leciały jakieś głupie żarty o Tomaszu Raczku. Nie wytrzymałam i powiedziałam: ja też jestem homo. Reakcje były fantastyczne – nie spodziewałam się. Bałam się, że stracę pracę albo sympatię tych osób, a było przeciwnie: miłe rozmowy, ciepłe żarty. Zaangażowali się na przykład w głosowanie na Ewę i Gosię, na ich ślub w chmurach. Byli super. Do tej pory utrzymujemy serdeczne kontakty i bardzo ciepło wspominam cały mój departament w wielkiej korporacji.

Jest takie miejsce, w którym na pewno nie powiesz „jestem lesbijką? Szpital?

Akurat szpital nie. Podpisałam nawet odpowiednie dokumenty, żeby moja partnerka mogła mnie odwiedzać i dowiadywać się o mój stan zdrowia, gdyby coś mi się stało. Ale oczywiście, że to kalkuluję. Strasznie chciałabym mieć taki luz, żyć swobodnie i w każdej chwili potrafi ć powiedzieć coś w stylu: „o, to dla mojej dziewczyny”. Tymczasem wciąż, gdy listonosz pyta, do kogo paczka, mówię po prostu: „ja odbiorę, dziękuję”. A potem czasem jestem zła. Ale to jest takie stopniowe poszerzanie pola wolności i godności. Krok po kroku. Trzeba też szanować swój proces i swoją wrażliwość.

***

Agnieszka Olszewska, Back To The Ocean Wokalistka, autorka muzyki i tekstów, gitarzystka, laureatka międzynarodowych konkursów dla songwriterów – m.in. Song Of The Year 2009 („Yes, You Are The Sun”), Indie International Songwriting Contest 2011 („But You Can Believe My Lies”), Show Me The Music Songwriting Contest 2011 („Snow and Rain”), International Songwriting Competition 2012 („Take Away”). Wraz z zespołem wygrała eliminacje do Sceny Folkowej Przystanku Woodstock 2012. W tym roku została zaproszona na festiwal songwriterski do Nashville (USA). W połowie czerwca ukaże się minialbum Back To The Ocean zawierający 5 nowych utworów.
Więcej na:
reverbnation.com/backtotheocean
facebook.com/backtotheocean
youtube.com/backtotheocean

 

Tekst z nr 43/5-6 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Widoczne niewidoczne

Agnieszka Łuczak, Joanna Kasprowicz i Magdalena Stoch wzięły udział w badaniu dotyczącym sytuacji lesbijek i kobiet bi z małych miast i wsi. Jako jedyne ujawniły swe imiona i nazwiska. Opowiadają nam o sobie

 

fot. arch. pryw.
Agnieszka Łuczak

 

Tekst: Agnieszka Szyk

Raport „Niewidoczne (dla) społeczności. Sytuacja społeczna lesbijek i kobiet biseksualnych mieszkających na terenach wiejskich i w małych miastach w Polsce” Fundacji Przestrzeń Kobiet ukazał się w końcu zeszłego roku. Prenumeratorzy/ rki otrzymali go gratis wraz z 40. numerem „Repliki”. W poprzedzającym raport badaniu wzięło udział ponad dwieście kobiet. Tylko trzy z nich zdecydowały się ujawnić swe imiona i nazwiska – Agnieszka Łuczak z Tomaszowa Mazowieckiego, Joanna Kasprowicz spod Zielonej Góry i Magdalena Stoch spod Zakopanego.

Chętnie zgodziły się opowiedzieć „Replice” o sobie.

Żyją zwyczajnie, ale dla mnie są bohaterkami. Sama też jestem lesbijką i też pochodzę z małego, 12-tysięcznego miasteczka. W wieku 19 lat wyjechałam stamtąd na studia do Trójmiasta. Mieszkam w Gdańsku i nie myślę o powrocie na stałe w rodzinne strony.

Najważniejsze: przestać się bać

Agnieszka Łuczak od ponad 20 lat jest dziennikarką lokalnego, niezależnego tygodnika w Tomaszowie Mazowieckim (ok. 68 tysięcy mieszkańców). Mieszka ze swoją partnerką. Rodzina oraz koleżanki i koledzy z pracy wiedzą, że jest w związku jednopłciowym. W pracy liczy się mój profesjonalizm i zaangażowanie, nie jestem na państwowej ani samorządowej posadzie. Rodziców mam super, sąsiadów – życzliwych – mówi.

Trzy lata temu wyoutował ją radny miejski. Na popularnej w Tomaszowie stronie internetowej napisał, że Agnieszka krytykuje w swych artykułach wiele poczynań Rady Miejskiej tylko dlatego, że jako „osoba innej orientacji” sama nie ma szans zostać radną. Od tego czasu postanowiła, że gdy okoliczności sprawią, że będzie musiała zabierać głos jako lesbijka, nie będzie się ukrywała (patrz: „Replika”, nr 24). Powtarza za Anią Laszuk: Nie ma się czego wstydzić.

Cieszy się, że są w Polsce miejsca, gdzie swobodnie może chodzić za rękę ze swoją dziewczyną, pocałować ją, przytulić. Nie ma natomiast najlepszego zdania o swoim mieście: Moje miasto jest marne pod każdym względem. Biedne, źle zarządzane, skorumpowane z kapitałem społecznym poniżej depresji. Ale ta opinia nie ma nic wspólnego z moim homoseksualizmem. Takich miejsc w Polsce są tysiące. Jak jakość życia w takich miasteczkach i wsiach się podniesie, to i odbiór związków osób tej samej płci będzie się zmieniał. Najważniejsze, by ludzie przestali bać się miejscowego księdza, a dzieci od najmłodszych lat nie były zaczadzane pseudowiedzą na lekcjach religii. Dlatego tak ważne jest wymienić polityków (na każdym szczeblu) na światłych, nowoczesnych, tolerancyjnych i zwyczajnie mądrych.

Na pytanie, dlaczego zgodziła się wziąć udział w badaniu, odpowiada: Podzielenie się własnymi doświadczeniami, spostrzeżeniami, to wkład, jaki mogę wnieść na rzecz budowania pozytywnego wizerunku osób homoseksualnych. Przypuszczam, że wciąż wielu młodych ludzi zmaga się ze swoją orientacją. Przykład starszych osób, które żyją w związkach, prowadzą zwykłe, normalne życie, powinien im uświadamiać, że inność nie jest niczym złym, przerażającym, że warto walczyć o siebie, nie wypierać się siebie.

Agnieszka, jak sama mówi, żyje normalnie i uważa, że nie możemy popadać w histerię, myśląc, że jesteśmy wyłącznie napiętnowani, prześladowani. Zależy jej, abyśmy zwracali uwagę na to, że wiele i wielu z nas ma ciekawe życie, realizuje się zawodowo, ma wspaniałych przyjaciół, rodziny. Konsekwentnie, krok po kroku, trzeba walczyć o nasze prawa i uczyć otoczenie tolerancji – dodaje.

Agnieszka jest osobą 50+ i ma nadzieję w ciągu kilku najbliższych lat zalegalizować swój związek w Polsce. Obecną sytuację osób LGBT w naszym kraju, którą obserwuje od dawna, ocenia dziś jako znakomitą – uważa, że zmiany na lepsze postępują teraz w tempie więcej niż przyspieszonym. Oczywiście każdy z nas chciałby, żeby to było już i natychmiast. Po drodze jednak będzie jeszcze wiele walki i pewnie jakieś ofiary nietolerancji, kołtuństwa. Ale takie zmiany to zawsze jest proces. Zważywszy, że jako kraj mamy za sobą 50 lat komunizmu, a Polska stała się na chwilę państwem wyznaniowym, to to, co się dzieje w sprawie poszanowania praw osób LGBT i w jaki sposób wiedza o tym dociera do ogółu społeczeństwa, jest naszym ogromnym sukcesem, z którego należy się cieszyć i który należy doceniać.

Musisz mieć męża i dzieci”

Joanna Kasprowicz mieszka razem z mamą w 11-tysięcznym mieście koło Zielonej Góry. Pracuje sezonowo i studiuje zaocznie historię. Ma wiele pomysłów na życie. Działa w Seksuologicznym Kole Naukowym i w Zielonych 2004 (bezskutecznie kandydowała do parlamentu w 2011 r.), nieustannie bierze udział w rożnych szkoleniach i warsztatach organizowanych przez Biuro Karier Uniwersytetu Zielonogórskiego. Staram się wykorzystać każdą okazję do rozwoju osobistego. Wolne chwile poświęcam na poszerzanie wiedzy. Czasami piszę krótkie opowiadania o tematyce les/gej – opowiada.

Jej sytuacja nie jest najłatwiejsza. Mama Joanny od kilku lat ma chory kręgosłup, więc większość obowiązków domowych spoczywa na córce. Jednocześnie mama nie akceptuje jej orientacji psychoseksualnej. Jej homoseksualność tłumaczy tym, że ojciec nadużywał alkoholu i córka zraziła się w ten sposób do małżeństwa. Tata, który w pełni ją akceptował, zmarł, gdy dziewczyna miała 17 lat. Mama uważa, że orientacja nieheteroseksualna jest powodem do wstydu, że jest to choroba. A te medialne ujawnienia, których kiedyś nie było, to wynik panującej obecnie mody na bycie homoseksualistą. Jej zdaniem powinnam wyjść za mąż i mieć dzieci, bo to jedyny sens w życiu kobiety – wyjaśnia Asia. Cała rodzina ma podobne poglądy. Gdy raz pojechała na imprezę branżową do Warszawy, kuzynka Joanny doradzała mamie, aby ta zadzwoniła na policję. Uważała, że ludzie, których spotka, są chorzy psychiczne i mogą ją zamordować.

Mimo to Joanna od najmłodszych lat mówiła o sobie otwarcie: Było to dla mnie coś naturalnego, choć czułam, że różnię się w tym aspekcie od koleżanek. Ale ta różnica zawsze była w moim odczuciu czymś pozytywnym.

Bardzo rzadko miała do czynienia z negatywnymi reakcjami ludzi: W pracy zawsze spotykałam się z pozytywnym odbiorem poza jednym incydentem, gdy byłam na stażu w sklepie i praktykantki ze szkoły zawodowej wysyłały mi smsy z wyzwiskami odnoszącymi się do mojej orientacji. Nie podobało im się także to, że studiuję. Zupełnie się tym nie przejęłam. Asia spotykała się raczej z ciekawością ze strony koleżanek i kolegów. Wiele osób pytało ją o rożne rzeczy, ponieważ większość nie znała wcześniej żadnej osoby homoseksualnej.

Asia podkreśla, że w małym mieście trudniej jest z życiem towarzyskim. Lesbijki czy kobiety biseksualne, które poznawała, mieszkały zawsze daleko od niej, a związki na odległość nie sprawdzały się. Wszystkie osoby nieheteroseksualne z jej miejscowości wyprowadziły się do większych miast. Jeśli chce kogoś spotkać, jeździ do klubów w Zielonej Górze. Dziewczyny z okolicy próbowały jednak kiedyś się zorganizować: Pod koniec lat 90. koleżanka z Gorzowa Wielkopolskiego za pośrednictwem „Gazety Lubuskiej” założyła klub, do którego w ciągu paru miesięcy zapisało się około 60 osób nieheteroseksualnych z całego województwa lubuskiego. Wśród nich były cztery osoby z mojego miasta. W ten sposób poznałam ludzi, którzy mieszkali tak blisko mnie! Joanna przyjaźni się z parą kobiet 50+, które są razem od 27 lat. Co dziwne mama Joanny lubi je i stawia za wzór: Twierdzi, że inne osoby nieheteroseksualne są bardzo rozwiązłe i często zmieniają partnerki/partnerów.

Asia zdecydowanie wolałaby mieszkać w większym mieście, zawsze marzyła o Warszawie, ponieważ zna w stolicy wiele osób i dzieje się tam mnóstwo fantastycznych rzeczy, w których chciałaby uczestniczyć. Przeprowadzka nie jest jednak łatwą decyzją. Bardzo bym chciała zamieszkać w stolicy, ale z drugiej strony moja mama choruje i nie chcę jej zostawiać samej, ponieważ nie byłaby w stanie sobie poradzić. Gdyby udało mi się namówić ją do przeprowadzki, wtedy mogłabym się przenieść, miałabym szansę na stałą pracę, udział w życiu społecznym i kulturalnym na wysokim poziomie i na poznawanie wielu nowych fajnych ludzi, którzy myślą i czują podobnie jak ja.

Lesbijka? Stara panna!

Magda Stoch pochodzi z małej wsi nieopodal Zakopanego, gdzie mieszkała do czasu studiów. Później wyjechała do Krakowa, ale po obronie pracy magisterskiej wróciła na wieś. Spędziła tam kilka lat ze swoją ówczesną partnerką. Teraz znów mieszka w Krakowie. Wróciłam na wieś ze względu na możliwość korzystania z uroków natury. Mam poczucie, że dzięki temu życie nabiera realności. Umysł się resetuje, a ciało nabiera wigoru. To cenne.

Na co dzień Magda pracuje w dziale rekrutacji jednego z krakowskich call centers. Po godzinach, w ramach intelektualnego hobby, pisze doktorat z dziedziny gender studies. Prowadzi również zajęcia ze studentami na jednej z krakowskich uczelni.

W miejscowości, z której pochodzi, sąsiedzi i sąsiadki niczego się nie domyślają, traktują jej „staropanieństwo” w kategoriach „poświęcenia dla nauki”. Rodzice, podczas odwiedzin, okazują w stosunku do Magdy i jej partnerki pełną akceptację i życzliwość. Magda zwraca jednak uwagę, że swobodny spacer z dziewczyną za rękę, wspólne wychowywanie dzieci w homoseksualnej rodzinie czy otwarte mówienie o orientacji na Podhalu to abstrakcja. W góralskiej społeczności „kozły” (określenie gejów) to obiekt żartów i drwin. Zagadnienie lesbijstwa to najwyżej problem staropanieństwa.

Magda nie zna żadnych osób, które na Podhalu otwarcie mówią, że są homoseksualne. Podejrzewa, że, podobnie jak ona, ewakuują się ze wsi do miasta lub zaprzeczają temu, co czują. W samym Zakopanem (czyli de facto w mieście) nie zna żadnego miejsca, które w jakikolwiek sposób integrowałoby mniejszości seksualne, choć podobno kiedyś taki klub istniał. Według Magdy, najsłynniejszy polski kurort w górach to tylko miejscowość turystyczna: można tam dobrze zjeść, zrobić zakupy w markowych sklepach i nieźle się zabawić, ale trudno stworzyć jakąś lokalną wspólnotę. Ludzie zamykają się ze swoimi problemami w czterech ścianach. Dlatego też zdecydowała się na wyjazd do Krakowa: Wróciłam do miasta, dzięki czemu zyskałam więcej czasu na realizację życia pozazawodowego. W przyszłości planuję wybór opcji pośredniej: dom na obrzeżach, może znów na wsi. Na pewno nie planuję ukrywania orientacji. Uważam, że słuszne jest dawanie świadectwa, czyli mówienie o sobie. Takie „świadectwo” zakorzenia się w świadomości zbiorowej i wywiera na nią wpływ. Mam nadzieję, że dzięki temu zmniejszy się grono osób przeżywających swoją „odmienność” w kategoriach życiowego dramatu – mówi Magda.

Większość bliskich jej ludzi oraz znaczne grono znajomych wie, że jest lesbijką. Natomiast w środowisku wiejskim stawiała do tej pory na anonimowość: w czasach licealnych samo wyobrażenie sobie, że jest się tzw. zdeklarowaną lesbijką było przerażające. Później, z racji rzadkich wizyt w domu, nie nawiązała bliższych relacji z sąsiadami i sąsiadkami. Na szczęście pochodzenie i orientacja psychoseksualna nie wpłynęły na jej poczucie wartości. Na tym etapie życia mogę powiedzieć, że odkrywając mechanizmy wykluczenia, stałam się bardziej uważna na jego przejawy we wszelkich sferach ludzkiej aktywności, również ekonomicznej, politycznej czy etnicznej. Stałam się bardziej uważna. Szkoda, że człowiek uczy się tego poprzez strach i permanentne doświadczanie przemocy; w moim przypadku na szczęście „tylko” przemocy symbolicznej.

 

Tekst z nr 42/3-4 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Susan Sontag

W pierwszym tomie dzienników „Odrodzona” wielka intelektualistka opisuje m.in. drogę do akceptacji homoseksualizmu i swe pierwsze związki lesbijskie

 

fot. mat. pras
nastoletnia Susan Sontag

 

Tekst: Roger Weichert

Wiesz, gdzie są dzienniki – powiedziała synowi Davidowi Rieffowi, gdy była już bardzo chora. Zostawiła go z tą lakoniczną informacją i decyzją: publikować czy nie? Dziesiątki zeszytów, które zapisywała od 15. roku życia, stały poukładane na półkach sypialnianej garderoby.

Pierwszy tom dzienników Susan Sontag „Odrodzona”, obejmujący lata 1947-1963, ukazał się właśnie, prawie osiem lat po jej śmierci, nakładem wydawnictwa Karakter. W „Przedmowie” Rieff twierdzi, że opublikowane zapiski nie mogą być traktowane jako „cała prawda o mojej matce”, choć z pewnością dają przestrzeń do jej osądzania, czyli do tego, co sama uwielbiała robić wobec innych. Syn przyznaje również, że ocenzurował niektóre wpisy dotyczące życia seksualnego Sontag. Ale sporo na szczęście pozostawił.

Matka kampu

Z perspektywy LGBT jej najważniejszym dziełem jest esej „Notatki o kampie” z 1964 r. To Sontag nazwała i opisała zjawisko mające swe źródła w kulturze LGBT. Kamp, czyli zamierzony kicz, świadoma przesada, okazał się pojęciem nośnym i stosowanym do dziś – kampowe są drag queens, kampowy jest Almodovar, kampowa jest, oczywiście, Lady Gaga.

Sontag jest także autorką słynnego eseju „O fotografii” oraz innych – m.in. „Przeciw interpretacji” czy „Choroba jako metafora”. Pisała również powieści – np. „W Ameryce” – fabularyzowaną historię aktorki Heleny Modrzejewskiej.

Szturm na kanon

Z historią swojego życia zadebiutowała 16 stycznia 1933 r. w Nowym Jorku. Przyszła na świat pod nazwiskiem Susan Rosenblatt. Jej ojciec zmarł, gdy miała pięć lat. W 1945 r. przyjęła nazwisko ojczyma – Sontag. Wychowywana przez nianię, spoglądała na niezbyt oczytaną matkę z coraz większym znudzeniem oraz pogardą. Pragnęła być jej przeciwieństwem, tę opozycję zapewnić jej miała przestrzeń intelektualna. Jako piętnastolatka szturmowała więc Sontag kanon klasycznej literatury, sięgała po Arystotelesa, Dostojewskiego, Gide`a, Manna czy Rilkego. Studia rozpoczęła na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley w wieku 16 lat.

W listopadzie 1947 r., w pierwszym zdaniu „Dzienników” zapisała: Wierzę, że nie ma boga osobowego ani życia po śmierci, a rok później: O ile dawniej byłam okropnie, neurotycznie wręcz religijna i myślałam o tym, by pewnego dnia zostać katoliczką, o tyle teraz czuję, że mam skłonności lesbijskie (z jakim wahaniem piszę te słowa).

Niezbyt piękna, ale mimo to atrakcyjna

Niezbyt piękna, ale mimo to atrakcyjna – tak opisała Harriet Sohmers Zwerling, która została jej dziewczyną i która wprowadziła ją w meandry środowiska homoseksualnego San Francisco. Obie odwiedziły gejowskie i lesbijskie kluby z występami drag queens i drag kings. W 1949 roku!

Harriet odpowiada również za inicjację seksualną Susan, a tym samym za jej wyzwolenie i zredefiniowanie pojęcia seksualności. 16-letnia Sontag uznała, że biseksualizm wyraża pełnię człowieczeństwa i stanowi otwarte potępienie zboczenia, jakim jest ograniczanie doświadczeń seksualnych. (…) Wiem teraz, co chcę robić w życiu. Dziś to, co dawniej było mi tak trudno pojąć, jest całkowicie oczywiste! Chcę sypiać z jak największą liczbą osób – zapisała, dodając: Jeśli mam błądzić, wolę nurzać się w brutalności i nie znać umiaru, niż przeżywać życie na poł gwizdka. Eksplorowała więc seksualność: Po tym, jak dla H. byłam „femme”, a dla K. – „butch”, odkryłam, że większą satysfakcję cielesną czerpię z bycia „bierną”, chociaż emocjonalnie jestem zdecydowanie typem kochanki, a nie ukochanej… (Boże, jakie to wszystko niedorzeczne!!).

Nowym etapem w życiu nastolatki miała być edukacja w Chicago. Wszystko zaczyna się teraz – jestem odrodzona.

Nagły odwrót

Tymczasem Chicago przyniosło jej ślub z wykładowcą socjologii Philipem Rieffem. Stosunkowo szybko zaczęła zauważać opresyjny charakter małżeństwa. W małżeństwie utraciłam pewną część własnej osobowości – początkowo ta utrata była przyjemna, łatwa; teraz sprawia mi bol i z nową siłą nieustannie podsyca moją tendencję do niezadowolenia. Dostrzegała w mężu emocjonalnego dyktatora, który ortodoksyjnie odnosił się do kategorii rodziny i traktował ją jako swego rodzaju misterium. W 1952 r. przyszedł na świat syn David, lecz jego pojawienie się nie zahamowało degradacji stosunków między Susan i Philipem, z którym nie było ani prywatności, ani namiętności. Zmęczenie wojnami małżeńskimi i otępieniem, jakie przygniatało pisarkę, pchnęło ją do realizacji pomysłu o wyjeździe do Oksfordu, a później Paryża. Choć czuła silną więź z synem, postanowiła zostawić go z ojcem, z którym po ośmiu latach wzięła rozwód. Odsiedziałam trzy wyroki: dzieciństwo, małżeństwo, dzieciństwo dziecka. W sposób arbitralny udzieliła sobie amnestii, aby za pośrednictwem kolejnego raptownego zwrotu powrócić na ścieżkę odrodzenia.

Reanimacja zahibernowanej natury

Kochankowie walczą na noże i bicze (…). Kłótnie małżeńskie zaś pełne są wyrafinowania, zaopatrzone w białe rękawiczki stosownych pozorów. Nie wiadomo, co dla Susan było właściwie gorsze. Ostatnie miesiące 1957 r. zetknęły ją na powrót z Harriet Sohmers Zwerling (znów toczy się gra w seks, miłość, przyjaźń, przekomarzanki i melancholijne gesty). W ciągu następnego roku doświadczana była kryminałem miłości, żonglowaniem bliskością, używaniem ciała i namiętności, poniewierana sadystyczną obojętnością partnerki: Ten zakłamany i niebezpieczny związek. Bardziej zakłamany i niebezpieczny dla mnie niż dla H. Ja traktuję go poważnie. Ona – jako męczący pozór, który musi od niechcenia podtrzymywać, opłakując swoją Irene. Musiała się zmagać z krytyką ze strony Harriet, która podważała i deprecjonowała wszystko, co konstytuowało osobę pisarki. Susan Sontag zamiast odrodzenia znalazła w ramionach swej kochanki jedynie rozczarowanie. Było ono tak głębokie, że doszła w końcu do wniosku, iż da radę żyć bez H.

Zdecydowała się powrócić do Nowego Jorku i w 1959 r. rozpoczęła pracę w czasopiśmie „Commentary” w roli redaktorki, autorki artykułów i recenzji. Zmiana miejsca zamieszkania przyniosła związek z pisarką Marią Irene Fornes. Tym razem miało być inaczej, Sontag postawiła wysokie wymagania nowej partnerce, nie kryła się z zazdrością i zaborczością. Chciała, aby tym razem relacja odbywała się na jej warunkach. Dla I. kochać kogoś to go obnażyć. Dla mnie kochać to wspomagać, wspierać nawet wtedy, gdy kłamie. Niemniej ponownie poniosła klęskę, nie mogła czuć się pewna miłości Irene, wciąż pozostawała w swoich oczach na gorszej pozycji, uważała, że jest słabsza od partnerki. Trwała przy jej boku na pasku uzależnienia od złudzenia miłości. Przestała mnie kochać. Nie jest zwrócona ku mnie, spojrzenie ma puste, przestało jej zależeć.

X-factor

Idąc przez życie, Susan Sontag nie mogła pozbyć się swych dwóch drażniących cech: braku taktu oraz chęci krytykowania innych. Skłonność do potępiania być może nie byłaby niczym strasznym, gdyby nie inklinacje pisarki do zdradzania „przy okazji” intymnych szczegółów z cudzego życia. Tendencja do przekraczania granic wiązała się z przesadną szczerością połączoną z silną potrzebą akceptacji. Zjawisko to nazwała „X”. Jego źródła upatrywała w nieznajomości swoich uczuć, ale również w przekonaniu, że (…) każda osoba, z którą przebywam, musi być moim numerem 1. A to oznaczało kompulsywne dążenie do tego, aby być taką, jaką oczekuje od niej druga osoba. Miała świadomość tej niedoskonałości, ale nie mogła nic zrobić z faktem, iż była w stanie poświęcić uwagę tylko jednej osobie, tym samym „zdradzając” pozostałe przebywające wówczas w jej towarzystwie.

To przez „X” nawykowo kłamię, mówiąc to, co druga osoba pragnie usłyszeć. Próby ciągłego imponowania, szokowania, pretendowania do cudzej uwagi stawiały Sontag w destrukcyjnym położeniu.

Dziennik pełen jest tego typu analiz. Zawiera też mnóstwo przeróżnych list (ulubionych filmów, książek do przeczytania itd.), a także impresje z dzieciństwa.

W styczniu 1958 r. zapisała: Ikony kobiecej niezależności, żywe obrazy feminizmu, są homoseksualistkami – Garbo, Hepburn, de Beauvoir. (…) Czy to podkopuje feministyczną sprawę? A pod koniec 1959 r.: Dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak wielkie poczucie winy wywołuje we mnie homoseksualizm. (…) Bycie lesbijką sprawia, że czuję się bardziej podatna na atak.

Susan i Annie

Żądza pisania łączy się u mnie z homoseksualizmem. Potrzebna jest mi jakaś tożsamość, której mogę używać jako broni, broni równie skutecznej jak ta, którą wymierzyło we mnie społeczeństwo – pisała w 1959 r. Wartość dziennika oceniła sama: Prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna.

Taką lata później pokochała ją fotografka Annie Leibovitz. Były razem kilkanaście lat. Leibowitz urodziła syna, którego biologicznym ojcem był syn Sontag.

Annie była przy Susan, gdy ta, po raz kolejny, zapadła na raka. Pokonał ją 28 grudnia 2004 roku.

Dwa pozostałe tomy dzienników mają ukazać się wkrótce.

 

Tekst z nr 40/11-12 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wyśpiewałam sobie dziewczynę

Z wokalistką Patrycją Malinowską, finalistką programu „Mam talent”, rozmawia Marta Konarzewska

 

foto: Agata Kubis

 

Naprawdę uwielbiasz karaoke?!

Naprawdę! Co środę prowadzę karaoke w warszawskim klubie Galeria.

Mistrzyni ceremonii.

(Śmiech) Można tak powiedzieć. Zabawiam ludzi, namawiam do śpiewania. Czasami pomagam im śpiewać. Sama też śpiewam. A za sterami didżejsko-muzycznymi siedzi moja dziewczyna.

Co w karaoke cię porwało?

To, że można się wyżyć. Odkryłam karaoke, jak byłam bardzo młoda. Już kochałam śpiewać, ale jeszcze nie miałam gdzie. Myślę, że w przypadku tych ludzi, którzy przychodzą do Galerii, by pośpiewać, zakochanych w śpiewaniu, jest podobnie. A dla innych – po prostu fajna zabawa. Wychodzisz ze znajomymi, śpiewasz sobie w grupie, dostajesz brawa, jesteś gwiazdą przez trzy minuty, wygrywasz konkursy. Bo mamy zawsze sporo konkursów i promocji „na barze”, to zachęca, by śpiewać, a nie siedzieć ze spiętymi pośladkami przy stoliku (śmiech). Jak już zaczniesz, nie możesz przestać – śpiewanie wciąga!

I pociąga. Kiedyś wyśpiewałaś sobie dziewczynę na karaoke.

Ale nie tę, z którą jestem teraz.

Tę pierwszą.

Tak. Pięć lat temu. Znałyśmy się już trochę wcześniej, ale udawałam chłodną – że niby mi się Ania nie podoba, że tylko koleżanka itd. Czułam jakąś barierę – nawet nie dlatego, że to dziewczyna, a ja wcześniej miałam chłopaków – tylko że byłam szaloną nastolatką w klasie maturalnej, która chce się podobać, grając niedostępną, bo jej się wydaje, że to cool. Po miesiącu znajomości poszłyśmy razem na karaoke, właśnie do Galerii, tam wypiłam za dużo o jednego drinka i zaczęłam ją podrywać, a ona nie była mi dłużna, a potem…

Potem opowiedziałyście o tym u Ewy Drzyzgi.

To było tak: któregoś dnia Ania do mnie dzwoni: słuchaj, znalazłam link tu i tu, szukają ludzi, którzy chodzą na karaoke – do jakiegoś programu telewizyjnego. Mówię: ok, zobaczę. Przeczytałam i nie zastanawiając się długo wysłałam zgłoszenie. I zapomniałam o tym. Po pewnym czasie dzwoni do mnie jakaś pani i zaprasza do programu.

Nie wiedziałaś, że to „Rozmowy w toku”?

Domyślałam się, ale nie zastanawiałam się specjalnie. I ta pani mnie pyta, co z tym moim karaoke, i czy poznałam tam jakiegoś chłopaka. Ja, że „nie”, a ona posmutniała. No to mówię: „ale poznałam swoją dziewczynę”. Ona na to: „taak?” – z wielkim zainteresowaniem. Potem dzwoniła parę razy dziennie. Namawiała i namawiała na program. Ania bardzo długo nie chciała tam jechać. Ale w końcu ktoś ją przekonał. Myślałyśmy: fajna przygoda, Kraków, pozwiedzamy sobie, obejrzymy studio Drzyzgi od kuchni.

Wyoutujemy się przed całą Polską.

(śmiech) No, tak to nie myślałam. Ale faktycznie, przez pierwszy etap bycia z Anią chciałam zmieniać świat. Myślałam: na pewno nie będę nigdy ukrywać, że mam dziewczynę i niech się ludzie do tego przyzwyczajają, niech wiedzą, że to jest normalne. Bo jest. I tak miałam zamiar to traktować. Bo wszystko, co robisz, wraca do ciebie z podwójną siłą.

Lubisz być les, to inni też to lubią?

Coś takiego. Z takim przeświadczeniem tam pojechałam i się sprawdziło.

W programie traktują was jak każdą inną parę (hetero), która tam wystąpiła. Byłyście parą osób, co się poznały na karaoke, nie parą lesbijek. To efekt po montażu, czy podczas nagrania tak było?

Tak było. Traktowali nas bardzo normalnie, ani źle, ani wyjątkowo dobrze – i Ewa, i publiczność. My też się zachowałyśmy „normalnie”. Nie robiłyśmy żadnego show typu „uwaga! dwie dziewczyny, patrzcie na nas”, ani odwrotnie: „ukrywamy się pod perukami”. Pytania były OK i w ogóle było bardzo miło. Choć potem nie chciałam tego oglądać. Mówiłam: o, nie, brzydko wyglądałam, grubo, nie chcę. I nie obejrzałam. Więc tylko z opowieści wiem, że nasze wypowiedzi mocno pocięto.

Rok później znów wylądowałaś w telewizji. Zachwyciłaś jury i doszłaś aż do finału w programie „Mam talent”. Ale tam już nie byłaś „lesbijką

No bo po co?

Czasem wychodzi przy okazji. Zadają ci pytanie: „a kto cię wspiera na widowni?”, a ty wtedy: „mój chłopak”, albo: „moja dziewczyna”.

Ale nie zapytali (śmiech). To znaczy zapytali, ale już potem.

Potem, czyli wtedy, kiedy wiadomość, że jesteś les zaczęła bombardować „pudelki”: „Finalistka Mam talent jest lesbijką! Zdjęcia tutaj!” albo „Czy to przeszkodzi jej w karierze w programie?”.

Tak. I już po tym boomie prowadzący zapytali mnie „Kto cię wspiera, kto z tobą przyjechał?”. Ale co ja zrobię – akurat wtedy byłam sama, więc powiedziałam, że wspiera mnie rodzina i przyjaciele. Wiesz, ja zanim coś zrobię, zawsze najpierw zadaję sobie pytanie: po co? Jeżeli nie uzyskuję od siebie jasnej satysfakcjonującej odpowiedzi, nie robię tego i już.

Dla mnie bycie lesbijką to naprawdę nic nadzwyczajnego. Żaden skandal. Więc nie umiem na tym „skandalu” robić kariery (śmiech). A z całą tą „plotką” było tak, że się jej spodziewałam. Wiedziałam, że prędzej czy później ktoś życzliwy to puści i zrobi z tego aferę. Bo jak wiadomo, życzliwi są wśród nas. Artykuły pokazały się w nocy po półfinale. Plotek, a rano wszystkie portale, nawet wp.pl.

A na planie „Mam talent” były plotki, komentarze? Gadaliście o tym? Śmialiście się z tego?

Nic. Tylko to jedno pytanie od prowadzących – „Kto z tobą przyjechał?”. Jak oglądasz pod tym kątem, widzisz, jak oni czekają, że ja jednak powiem „moja dziewczyna”. Której wtedy nie miałam.

Lubisz telewizję?

Można tak powiedzieć. U Ewy było super, w „Mam talent” też nas super traktowali. Więc lubię. Nic mnie tam złego nie spotkało (śmiech).

Przeciwnie. Dzięki TV robisz to, co kochasz. Nagrywasz płytę?

Pracuję nad materiałem i jednocześnie współpracuję z DJami przy projektach klubowych, czyli występach na żywo do muzyki house. Nagrywam też utwory w tym stylu pod pseudonimem Pati Mali.

Zero przykrości.

Zero. A mam wielu poukrywanych znajomych, których wiecznie coś złego spotyka. To strach tak działa. Ludzie albo wiedzą, że sobie mogą z tobą na więcej pozwolić, albo odwrotnie: w nich też rodzi się strach, niepewność. Czy ona na pewno jest OK? Czy to, że jest lesbijką jest OK? A wiadomo, ludzie uważają, że najlepszą obroną jest atak.

Kiedy wyoutowałaś się przed rodzicami?

Jak zakochałam się w Ani, od razu powiedziałam mamie. Bo to było bum! Coś, czego nigdy wcześniej nie czułam i wiedziałam, że to serio i że muszę opowiedzieć o tym mamie, no bo przecież nie będę się ukrywać. Niedługo powiedziałam też tacie, mama powiedziała babci i po kilku tygodniach już cała rodzina wiedziała, że jestem z Anią. A potem u Drzyzgi był coming out przed resztą: jakaś tam ciocia klocia, piąta woda po kisielu, nauczycielki, dalsi znajomi.

Bo bliżsi wiedzieli.

Tak. Ja miałam zawsze niewyobrażalne szczęście. Bliskie osoby mnie wspierały. Nikt nie dokuczał. Żadnych nieprzyjemności, dyskryminacji. I teraz… Nawet nie potrafi ę o tym mówić, nie potrafi ę sobie wyobrazić innego życia. W szafie, bez akceptacji.

Nie umiem udawać, kręcić w stylu: o rany, skąd tu wziąć chłopaka na ten czy inny bankiet, czy mam pójść ze swoim przyjacielem, czy może fryzjerem. Nie wyobrażam sobie.

Ale w showbiznesie wciąż tak jest. Pełno takich „narzeczonych” – fryzjerów.

Tak. Bardzo wielu, naprawdę. Wiele osób kłamie, ukrywa się. Nie mam pojęcia dlaczego! Sama sobie od długiego czasu zadaję to pytanie. Naprawdę nie rozumiem. Przecież to wcale nie jest łatwiejsze tak w kółko kombinować. Bo jak przychodzisz non stop sama na bankiety, to też są jakieś komentarze w pismach. Więc zmyślasz. Żyjesz w kłamstwie, nie da się być z tego powodu szczęśliwym. Rozmawiałam z kilkoma moimi kumplami – gejami z branży i oni mówili: Patrycja, wiesz, ty to masz spoko. Dziewczynie jest łatwiej. Wiadomo, faceci hetero, te ich pornosy, les jest dla nich sexy i tyle. Sama się kilka razy przekonałam. Słyszałam: „OK, jesteś lesbijką, mnie nie przeszkadza, ale jak bym miał syna geja, to bym go… nie wiem… zastrzelił”.

A córkę – lesbijkę?

Nie wiem. Raczej mówią „syna”. Potem poznają jakiegoś mojego kolegę geja, zakładają oczywiście, że jest heterykiem, piją z nim wódkę, luz. I nagle on mówi: „Mam faceta” i oni wcale nie przestają go lubić. Po prostu zostaje tym fajnym kolesiem, którym był.

Homofobia jest abstrakcyjna?

Często tak. Mam kumpli hetero, co jak wchodzili pierwszy raz do klubu gej/les, do Galerii, to mówili: „O rany, boję się iść do kibla”. A ja mówiłam „Weź się puknij w czoło. Ktoś cię zaczepił?”. On: „No, nie”. „A jak długo już tu siedzisz?”. „No, z trzy godziny”. No, właśnie. Przecież wiadomo – w klubie homo czy hetero jest tak samo. Nikt cię nie ciągnie, nie napada w kiblu, najpierw, jeśli już coś ma się wydarzyć, pojawią się gesty, spojrzenia.

Tych spojrzeń faceci też często się boją

No, tak. Myślą, że wchodzą do jaskini lwa i zaraz ich ktoś zaatakuje, zaknebluje, wywiezie. Ja specjalnie ich do Galerii zabieram. Niech zmienią swoje przeświadczenia.

Udaje się?

Czasem.

Super. To zapraszamy na karaoke, nie?

I pozdrawiam wszystkich czytelników i czytelniczki „Repliki”!

A powiesz coś więcej o tajemniczej didżejce?

Ma na imię Agnieszka. Wypatrzyła mnie na castingu „Mam talent”. Napisała do mnie, odpisałam. Potem przyjechała na moją imprezę w Galerii, i tak od słowa do słowa. Jesteśmy razem dwa lata.

Tekst z nr 41/1-2 2013.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Lesbijki na scenę!

Postaci homoseksualnych kobiet w polskim dramacie i teatrze. Rekonesans

 

foto: Stefan Okołowicz

 

Tekst: Hubert Michalak

O tym, że lesbijek, w porównaniu do gejów, w przestrzeni publicznej niemal nie widać, napisano sporo. Teatr i literatura dramatyczna nie stanowią tu wyjątków. Homoseksualnych postaci kobiecych na scenach jest zdecydowanie mniej od ich męskich odpowiedników. Podobnie sprawa ma się z pracującymi w teatrze lesbijkami: przecież niedawna dyskusja o (rzekomym) homolobby w polskim teatrze właściwie dotyczyła tylko gejów. Co z lesbijkami?

Cokolwiek się zdarzy, kocham cię

Gdyby zapytać przeciętnego polskiego teatromana o kilka spektakli, w których pojawiają się postaci lesbijskie, prawie na pewno pojawiłby się wśród nich utwór Przemysława Wojcieszka „Cokolwiek się zdarzy, kocham cię” (prapremiera w reż. autora: TR Warszawa, 25.10.2005). Sugar (Roma Gąsiorowska) i Magda (Agnieszka Podsiadlik) to główne bohaterki przedstawienia, wyoutowana para. Zasadniczy konflikt rozpięty jest między dziewczynami a bratem Sugar, Piotrkiem (Krzysztof Czeczot/Michał Czernecki), żarliwym katolikiem, żołnierzem, który dopiero co wrócił do kraju z polskiej misji w Iraku. Dość przewidywalne i ocierające się o stereotyp zestawienie frontów przebija Wojcieszek postacią tolerancyjnej Matki Sugar i Piotrka (Magdalena Kuta). Jako ornament zaś wprowadza niebanalne fragmenty poetyckie autorstwa Marcina Cecki (w dramacie zapisano je jako slam, w przedstawieniu jednak są wykonywane w wersji koncertowej, z muzyką zespołu Pustki). De facto „Cokolwiek się zdarzy…” to rodzaj lesbijskiego rom-comu, którego bohaterki dążą do uporządkowania życia, ale po swojemu („Stworzymy małą lesbijską rodzinkę. Maleńką wywrotową komórkę, która wysadzi w powietrze to popieprzone społeczeństwo”, mówi jedna z nich). Owszem, borykają się z niechęcią najbliższej rodziny, ale w nieciekawej codzienności znajdują miejsce na śmiech, w ich życiu powaga przeplata się z komizmem, są przeciętniaczkami (np. Magda zmywa naczynia w podrzędnej warszawskiej smażalni kurczaków). Nie jest to sielski obrazek z „homofobią na wesoło”, ale też twórcy unikają obrazów ostrej dyskryminacji. Na scenie pokazano „żyćko”, przeciętne ludzkie „dzianie się” umiejscowione na sprawnie zarysowanym tle społecznym. Okazuje się (co za zaskoczenie!), że lesbijki mają swoje, bardzo przeciętne, życie prywatne, swoje proste marzenia.

4:48 Psychosis

Drugim tytułem, który mógłby wskazać odpytywany „przeciętny polski teatroman”, jest „4:48 Psychosis” według tekstu Sarah Kane w reż. Grzegorza Jarzyny (prem. w Teatrze Polskim w Poznaniu 8.02.2002, w TR Warszawa: 22.02.2002; koprodukcja dwóch scen). Utwór Kane, eksplorujący temat depresji i dążenia do śmierci, to tekst bez wyszczególnionych bohaterów, z pustymi przestrzeniami między poszczególnymi fragmentami, przeplatany ciągami liczb, rozrzucony na kolejnych stronach, pozornie nieuporządkowany i chaotyczny. Można powiedzieć, że ma kształt przestrzennego wiersza a nie klasycznego dramatu, z rolami i didaskaliami. Do tego, ze względu na specyfikę języka angielskiego, płeć bohaterów jest zwykle nieoczywista; po angielsku można powiedzieć bezosobowo „I did”, jednak język polski domaga się doprecyzowania: „zrobiłam”, „zrobiłem”. Z tej nieoczywistości skorzystali polscy twórcy.

Jarzyna odnalazł dla tekstu Kane formę sceniczną, w której połączył multimedia i tradycyjną scenografi ę, a głównej bohaterce nadał twarz Magdaleny Cieleckiej. Bezimienna protagonistka kilkakrotnie przywołuje „osobę, którą kocha” – w spektaklu ma ona twarz kobiety. Pojawia się ona na scenie krótko, jest tylko sygnałem dla widza, informacją, że pogrążonej w głębokiej depresji bohaterce przydarzyła się relacja intymna. Namiastkę tej intymności w dwóch odsłonach oglądamy na scenie: grająca jej partnerkę Katarzyna Herman uważnie słucha bolesnego monologu protagonistki, później zaś obie kobiety z czułością oddają się sobie, co na scenie pokazano z poszanowaniem intymności tej relacji. Nawet miłość jednak nie była w stanie powstrzymać pędu ku śmierci, jaki od samego początku towarzyszy głównej bohaterce. Relacja miłosna jest dla niej bardzo ważna: to jedyny w przedstawieniu obraz przywołany „z zewnątrz”, spoza przypominającej szpital przestrzeni, którą widzimy na scenie. Jednak nawet miłość przegrywa ze śmiercią.

Kostka smalcu z bakaliami

Dwie lesbijki uczynił jedynymi bohaterkami swojej „Kostki smalcu z bakaliami” Ingmar Villqist (to pseudonim polskiego dramatopisarza Jarosława Świerszcza). Kameralny utwór Villqista doczekał się kilku realizacji w profesjonalnych teatrach (prapremiera sceniczna: 13.05.2001, Teatr Zakład Krawiecki we Wrocławiu, reż. Szymon Turkiewicz, inscenizacje powstały również w Szczecinie, Gdyni i Tychach), licznych premier w teatrach niezawodowych oraz najbardziej znanej realizacji w Teatrze Telewizji z Małgorzatą Hajewską-Krzysztofi k i Mają Ostaszewską (reż. Łukasz Barczyk, prapremiera: 18.02.2001).

Villqist przygląda się nagim emocjom swoich bohaterek „przyłapując” je w najintymniejszej możliwej sytuacji: w łóżku, po stosunku seksualnym. Jedna z kobiet, Młodsza (postaci nie mają imion, określa je wiek), jest zamężną biseksualistką uwiedzioną kiedyś przez kobietę, obok której leży. Ta druga, Starsza, ma za sobą sporadyczne kontakty z mężczyznami, ale to Młodsza jest teraz dla niej całym światem. Dla Młodszej jednak to rodzina jest naprawdę istotna, Starsza to „zaledwie” kochanka. I to do rodziny w finale sztuki Młodsza wraca.

Tematem sztuki jest gęsta, skomplikowana, nieustabilizowana sieć emocjonalnych powiązań między nimi, okrutno-czułych walk o władzę w relacji, dominację i ustalenie nienaruszalnego stanu rzeczy. W grzecznych, dość tradycyjnych dialogach mówi się raczej o dążeniu do samej siebie, własnej podmiotowości, nie o erotyce. Nie obyczajowość zatem, ale ludzka psychologia jest tu uważnie oglądana i prezentowana widzowi.

Alicja i Alicja

W repertuarze sceny OCH-Café warszawskiego OCH-Teatru od trzech lat jest przedstawienie „Alicja i Alicja”, kameralna propozycja wyreżyserowana przez Marię Seweryn (tekst: Amy Conroy, prem. 16.11.2013). Dwie Alicje, młode kobiety żyjące w homoseksualnym związku, nieco skrępowane tym, że stają na scenie przed publicznością, opowiadają widzom o swojej relacji. Robią to w prosty, pozbawiony efektownej teatralności sposób, czym – jak piszą krytycy – ujmują widzów i zjednują ich sobie. Ta z założenia intymna, skromna i zrealizowana najprostszymi środkami produkcja, jest propozycją szczerego spotkania, które nie chce chować się za wyrafinowaną formą teatralną. Na scenie widzimy niewymuszone „sprawozdanie z życia”, prywatną opowieść o relacji miłosnej, przepełnioną banalnymi historiami o zakupach, domowych obowiązkach oraz mniejszych i większych kłopotach. Aleksandra Domańska i Aleksandra Grzelak, wcielające się w tytułowe bohaterki, trafiają do widzów opowieścią o swej miłości, szczęściach i nieszczęściach (jedna z bohaterek była w związku z mężczyzną, obecnie jest wdową, pojawia się również wątek nieuleczalnej choroby). Nie wiemy, jak się skończą rozpoczęte wątki. Maria Seweryn delikatnie zdaje się mówić widzom: patrzcie, homoseksualne życie to życie takie jak inne.

Coming out

Najnowszą premierą w tym rekonesansie teatralnym jest „Coming out” (tekst: Jacek Górecki, prapremiera: 8.07.2016, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy, reż.: Aleksandra Popławska). Jedna z bohaterek przedstawienia, Justyna Jabłońska (Agnieszka Wosińska), odkrywa w sobie pociąg do kobiet i podrywa młodszą od siebie studentkę. Płaci za to wysoką cenę: spotyka ją potępienie rodziny (jest zamężną matką dwójki dzieci), zostaje pozbawiona praw rodzicielskich, zderza się z przerażającą samotnością. Konsekwencją takiej „wycieczki” w stronę relacji lesbijskiej jest więc dla niej publiczne upokorzenie, odarcie z budowanych przez całe życie, mozolnie wypracowanych jakości. Zderzenie dotychczasowego, poukładanego, heteroseksualnego życia z homoseksualną sytuacją burzy ład, jaki do tej pory ją otaczał, zostawia ją w chaosie. W dwugodzinnym przedstawieniu pojawiają się jeszcze dwie inne postaci kobiece, jednak ich monologi (przedstawienie zbudowane jest na trzech solowych wypowiedziach) nie dotyczą obszaru seksualności. Tytuł całości – „Coming out” jest przeniesieniem coraz popularniejszego terminu dotyczącego ujawnienia homo/bi/transseksualności na inne sfery życia, w których człowiek konfrontuje się z jakąś skrywaną dotąd prawdą o sobie.

Noc trybad

Jeśli nasz hipotetyczny teatroman byłby obznajomiony z nieco starszymi inscenizacjami, może przywołałby „Noc trybad” Pera Olova Enquista (polska prapremiera: 25.09.1976, Teatr im. S. Jaracza w Łodzi, reż.: Jan Maciejowski, inscenizacje również w Gdańsku, Toruniu, Warszawie, Olsztynie, Kaliszu, Wrocławiu i w Teatrze Telewizji). Ostatni raz w zawodowym teatrze sztuka miała premierę w 1991 r., w 2009 r. jako dyplom grano ją we wrocławskiej fi lii PWST w Krakowie.

Siri von Essen, protagonistka sztuki, żona słynnego dramatopisarza Augusta Strindberga, spotyka się na próbie w teatrze ze swym mężem (z którym właśnie się rozwodzi) i z Marią David, swoją przyjaciółką sprzed lat, z którą Strindberg, oskarżający David o skłonności homoseksualne, rozdzielił ją. Po okrutnych szermierkach słownych kobiety wygrywają w tej wielowarstwowej sytuacji. Rozwód Siri ze Strindbergiem staje się faktem, dwie kobiety zaczynają wspólne życie.

Zachodzi tu rzadko spotykana (przynajmniej w teatrze) sytuacja mężczyzny „wyrzuconego” z heteroseksualnego związku przez żonę na rzecz innej kobiety. Być może właśnie to szczególne zaaranżowanie sytuacji i nietypowa oś konfliktu sprawiły, że „Noc..” cieszyła się w Polsce dużą popularnością: zrealizowano aż 9 premier!

Bostońskie małżeństwo

Warto przypomnieć również dwie inscenizacje „Bostońskiego małżeństwa” Davida Mameta (polska prapremiera: 11.05.2007, Teatr „Scena Prezentacje” w Warszawie, reż. Romuald Szejd; w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej spektakl na podstawie tego samego tekstu, pod tytułem „Różowe małżeństwo”, kilka miesięcy później wyreżyserowała Katarzyna Deszcz). Dramatopisarz pokazał kunsztownie wymyśloną intrygę, na poły kryminalną, na poły miłosną, osnuwając tekst na kanwie homoseksualnego związku dwóch kobiet. Mianem „bostońskiego małżeństwa” określano nieformalne związki dwóch kobiet żyjących razem bez finansowego wsparcia mężczyzn – czy to w przyjaźni, czy w miłości w końcu XIX w. i na początku XX w. (polecamy powieść Henry’ego Jamesa „Bostończycy” o właśnie takim związku – przyp. „Replika”). Na scenie zaś widz obserwował taki związek w krytycznej chwili rozpadu starych i jednoczesnego wiązania nowych sojuszy. Mamet, jeden z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy amerykańskich, zawiązał potężny supeł intrygi i powoli, metodycznie, przy pomocy trzech kobiet rozwiązywał go na oczach widzów. Polscy krytycy podkreślali, że sztuka była świetnym materiałem na role aktorskie. Napisany pierwotnie dla żony autora tekst pozwolił zabłysnąć w rolach kochanek Ewie Wiśniewskiej i Joannie Bogackiej (w Warszawie) oraz Marii Suprun i Katarzynie Skrzypek (w Bielsku- Białej). Na okrasę i dla przełamania ciężkiej atmosfery erotyczno-kryminalnej autor stworzył drugoplanową postać heteroseksualnej pokojówki (Joanna Pokojska w Warszawie i Edyta Duda- Olechowska w Bielsku-Białej), która celnymi, dowcipnymi kwestiami puentuje poważne dialogi obu protagonistek.

Poezja Safony

W historii teatru polskiego obecna była również poezja Safony, ikony lesbijskiej twórczości; pojawiała się ona jednak raczej ze względu na wartość artystyczną a nie wątki obyczajowe, erotyczne czy miłosne (przedstawienie „Poezja Safony” w Teatrze Telewizji w reż. Wandy Laskowskiej, prem. 18.06.1960). Sama poetka również była obiektem zainteresowań twórców („Róże dla Safony” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wyreżyserowała w Teatrze Rapsodycznym Danuta Michałowska, prem. 14.03.1959 r., „Safonę” Anny Kowalskiej pokazano w Teatrze Telewizji w reż. Henryka Drygalskiego, 19.10.1970 r., nieco wcześniej zaś, 24.05.1970 r., nadano tę sztukę w Teatrze Polskiego Radia w reż. Zbigniewa Bieńkowskiego, w obu produkcjach w tytułowej roli wystąpiła Nina Andrycz, jedna z najwybitniejszych aktorek teatralnych).

Off

Rzućmy jeszcze okiem (razem z naszym teatromanem) poza teatralny mainstream. Znajdziemy tu m.in. Damski Tandem Twórczy, czyli Agnieszkę Małgowską i Monikę Rak. Ich działalność jednak to nie tylko teatr: twórczynie organizują m.in. cykle spotkań poświęcone kobietom nieheteronormatywnym, O’LESS Festiwal, upowszechniają wiedzę o lesbijskim teatrze i performansie, interesują się lesbijską poezją, zajmują rękodziełem. Ich strona internetowa aż kipi od różnorakiej aktywności.

Przepytywany amator teatru mógłby również przypomnieć sobie o queerowym kabarecie Barbie Girls. Była to dość popularna grupa lesbijska, której domeną były żarty z… lesbijek. Barbie Girls cieszyły się dużą popularnością, w 2009 r. pojawiły się na okładce „Wysokich obcasów”. Pamięć Internetu przechowuje niektóre skecze twórczyń oraz kilka interesujących wywiadów z nimi (członkinią Barbie Girls była Ewa Tomaszewicz – pierwsza redaktorka naczelna „Repliki” – przyp. „Replika”).

Trudno powiedzieć, by wątek lesbijski w polskim teatrze, tu powierzchownie naszkicowany, tworzył zwartą całość. To raczej pojedyncze „wyspy”, nijak ze sobą niepowiązane, nie tworzące wyrazistego nurtu czy spójnej wypowiedzi. Niemniej, te współczesne teatralne lesbijki dążą do szeroko rozumianej stabilizacji, uporządkowanej relacji miłosnej, zadekretowanego spokoju społecznego. Nie zawsze chcą się do końca precyzować, nazywać i kategoryzować, a od życia oczekują minimalnej choćby dawki spokoju.

 

***

Od redakcji: Nieżyjąca już Anna Laszuk, jedna z najbardziej znanych polskich lesbijek, wspominała kiedyś o satyrycznym rysunku Marka Raczkowskiego, na którym widać tłum protestujących osób pod jednym wspólnym transparentem z napisem „K… mać!”. Mówiła, że bardzo jej się podobał – że jak patrzy na polską rzeczywistość, to chce jej się wziąć taki transparent i wyjść na ulicę. Na taką postać lesbijki polski teatr chyba wciąż czeka.

 

Tekst z nr 64/11-12 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Patricia Highsmith

Desperacko poszukując Carol

 

Fot. mat. pras.

 

Tekst: Katarzyna Wajda

Bez kobiet nie ma odpoczynku, wytchnienia, piękna życia, ale związki ranią czasem śmiertelnie – notuje dwudziestoparoletnia Pat. W dziennikach często łączy Erosa z Tanatosem: Morderstwo to rodzaj aktu miłosnego, rodzaj całkowitego zawłaszczenia. Przez kolejne dekady Patricia Highsmith (1921-1995), „mistrzyni psychothrillera” w swoich książkach umiera z miłości i dla niej zabija. W każdej zostawia cząstkę własnego życia, w tym tęsknotę za kobiecym ideałem. Marzenie najbliższe spełnienia w „The Price of Salt” (1952), potwierdzającej, że kochała paradoksy z wzajemnością: ta lesbijska love story nie powstałaby, gdyby Pat nie chciała wyleczyć się z homoseksualizmu. Powieść wyjątkowa: jedyna wydana pod pseudonimem (Claire Morgan), z kobiecym porte parole i namiastką happy endu (film „Carol” na jej podstawie, w reżyserii Todda Haynesa i z Cate Blanchett, Rooney Mara oraz Sarah Paulson w rolach głównych – na naszych ekranach od 4 marca br. – przyp. „Replika”). Wpisana w Nowy York lat 50. historia Kopciuszka (prawie) zdobywającego swą Księżniczkę, to jasne (bo bez śmierci) miejsce na mapie mrocznego Highsmith Country, jak biografka pisarki, Joan Schenkar, nazywa jej twórczość. I nieprzypadkowo powstałe na początku, tuż po debiutanckich „Znajomych z pociągu” (1950), bo z czasem Pat pozbywa się złudzeń, że Carol może znaleźć. Choć szukać nie przestaje.

Szlak nieposłanych łóżek

Na dobre zaczyna jako studentka nowojorskiego Barnard College, inicjując swój „szlak nieposłanych łóżek”: to czas erotycznego rozbudzenia, romansów z kilkoma dziewczynami na raz. Swą inność odkrywa jednak znacznie wcześniej, pogłębiając traumę dzieciństwa. Rośnie z piętnem dziecka niechcianego, urodzonego po rozwodzie rodziców, z ojczymem (jego nazwisko nosi) i matką tworzy – pierwszy z wielu – emocjonalny trójkąt. Mary Highsmith to najważniejsza kobieta w życiu Pat: równie mocno kochana, co potem nienawidzona, winiona przez córkę za jej emocjonalny chłód, niepowodzenia w związkach, bo podświadomie wybiera partnerki, które też ją skrzywdzą. Obie, niczym bohaterowie prozy Highsmith (będący jak ona, sierotą z rodzicami) nigdy, mimo mieszkania na rożnych kontynentach, nie uwolnią się od siebie.

Dla nastolatki odkrycie homoseksualnej tożsamości to szok. W jej ulubionym „The Human Mind” Menningera, katalogu dewiacji, lesbijki są bliskie pedofilom i satanistom. Poważne czasopisma dają jednak szansę na normalność: wystarczy usunąć nadnercza… 16-latka zaczyna pierwsze próby „normalizacji”, ale seks z kolegą nie daje żadnej przyjemności. Podobnie jak późniejsze, bo będzie sypiać z mężczyznami, zazwyczaj co najmniej biseksualnymi, jak fotograf Rolf Tietgens – który nie sprawdzi się w roli kochanka, za to zrobi jej serię pięknych aktów. Dla pisarza Marca Brandela, pod koniec lat 40. zdecyduje się nawet poddać terapii i by ją opłacić, bierze dorywczą pracę w dziale zabawek Bloomingdale’a. Przelotne spotkanie z klientką (ulubiony typ: posągowa blondynka) da impuls do napisania „The Price of Salt”. Mimo półrocznej terapii od dawna wie, że naprawdę kocha kobiety.

Jej hejterska lista

Ta wiedza bywa kłopotliwa, stąd częste, podszyte mizoginią, (auto)analizy. Jako nastolatka traktuje siebie niczym mężczyznę w ciele kobiety, tym tłumacząc m.in. zamiłowanie do zajęć ze stolarki. Jako dorosła kobieta powtarza, że ma męski mozg, uważa facetów za kreatywniejszych, z większym poczuciem humoru. Zazdrości gejom, że mogą znaleźć równego intelektem partnera, na co jako lesbijka ma małe szanse, choć większość jej kochanek to artystki i intelektualistki. Świat kobiet bywa dla niej niezrozumiały, bo Pat funkcjonuje poza życiem rodzinnym i normalnym rynkiem pracy: jeszcze na studiach decyduje o zarabianiu piórem. W feministkach widzi głownie sfrustrowane gospodynie domowe, a mimo to napisze… feministyczną powieść „Edith’s Diary” (1977), opisującą horror banału domowego życia. Wstrząsający też portret rodzinny w „Those Awful Dawns” z tomu „Slowly, Slowly in the Wind” (1979): on, irlandzki katolik, to nieodpowiedzialny dzieciorób, ona przed ciężarem macierzyństwa ucieka w szaleństwo. Tekst wymierzony głownie w Watykan, jeden z wielu celów (m.in. obok Żydów, Afroamerykanów, korporacji czy Ronalda Reagana) na – stale się powiększającej, zwłaszcza po 50-tce – jej hejterskiej liście.

Miłość to choroba

Identyfikuje się ze swoimi męskimi bohaterami, uwięzionymi w związkach z partnerkami jednocześnie kochanymi i nienawidzonymi. Jak oni, nie znosi kobiet, ich (rzekoma) głupota ją odrzuca, ale ciało wciąż pociąga. Wie, jakich kobiet powinna unikać, a jednak powtarza błędy. W nowe związki wchodzi z – krótkotrwałą – nadzieją na zmianę schematu „szczęśliwy początek i nieuniknione piekło końca”. Ma, jak jej bohaterowie, skłonność do idealizowania partnerek, robienia z nich bogiń do wielbienia, a nie kobiet do wspólnego życia. Gdy wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością – problemy nieuniknione. Miłość to nie namiętność, miłość to choroba – powtarza nie raz. Sama leczy ją pisaniem, książki są terapią po rozpadzie związków, które też prowokuje, bo, jak mawia, czuję się nędznie, gdy nie mogę pisać. A szczęśliwa pisać za bardzo nie umie. Stąd silny autobiograficzny podtekst twórczości, układającą się w kryminalną kronikę wypadków miłosnych Patricii Highsmith. Czasem sygnalizowanych tylko przez dedykację, np. otwierającą „Znajomych z pociągu”: Wszystkim Virginiom, hołd złożony dotychczasowym muzom, w tym Virginii Kent Catherwood, stanowiącej jedną z inspiracji Carol. Ginnie – choć ich burzliwy związek wpędził pisarkę w depresję – pozostanie jedną z tych najważniejszych, a jej literackim wcieleniem m.in. Lotte w „Drżącej ręce fałszerza” (1969), powieści dedykowanej innej bogini, Rosalind Constable. Niektóre miłości inspirują fabułę, np. w mizoginicznym „Niedołędze” (1954) echa 4-letniego, toksycznego związku z socjolożką Ellen Hill, której znienawidzonego pudla tu zabija. Podobnie odreaguje poźniejszy, też burzliwy, romans z pisarką Marijane Meaker, uśmiercając ją jako Nicky w „Krzyku sowy” (1962). Ta, w rewanżu, w swoim kryminale zabije postać noszącą prawdziwe nazwisko Pat – Plangman. Niektóre powieści to zapis tęsknoty pisarki za utraconymi (i idealizowanymi) ukochanymi, jak „Słodka choroba” (1960), inspirowana związkiem z graficzką Mary Ronin, znakomite studium szaleństwa z miłości, pokazujące, jak niebezpieczna wiara we własne fantazje. Główny bohater to porte parole Pat, często zafiksowanej na punkcie nieosiągalnych bogiń (nie bez powodu nazywana „piewczynią stalkingu”) i krzywdzącej sympatyczne dziewczyny gotowe znosić jej trudny charakter, dziwactwa (np. fascynacja ślimakami) i wzrastającą mizantropię. Wśród nich m.in. Monique Buffet, której dedykuje 4. część Ripliady, czyli „Ucznia Ripleya” (1980). Niemiecka część powieści inspirowana jest pobytem Pat w Berlinie, zwłaszcza tym undergroundowym, poznanym dzięki Tabei Blumenschein, ówczesnej muzie reżyserki Ulrike Ottinger. I, oczywiście, kolejnej blond bogini pisarki. Inna wcześniej, w latach 60., przesądza o przeprowadzce Pat do Europy: oficjalnie tam cenią ją bardziej, w istocie chce być bliżej londyńskiej ukochanej.

Wbrew homofobicznym schematom

Dla znajomych jej orientacja nie jest tajemnicą. Dla nieznajomych czasami też: w trakcie przyjęcia jakiś mężczyzna zagaduje ją i Marijane: Wy dwie młode, samotne dziewczyny mieszkacie razem? Na co Pat: Nie – my dwie, młode dziewczyny żyjemy razem. Nie robi oficjalnego coming outu, partnerki przedstawia jako asystentki. Rzadko udziela wywiadów, o życiu prywatnym nigdy, za to, z detalami, opisuje w osobistych dziennikach, więc wie, że po jej śmierci prawda wyjdzie na jaw. Trochę wychodzi za życia, bo w 1990 r. reedycja jej lesbijskiej love story: już jako „Carol”, pod nazwiskiem i ze wstępem. Propozycje były wcześniej, ale odmawiała, bojąc się, że nazbyt się w niej odsłoniła. Jest świadoma wyjątkowego statusu książki, która dając, wbrew homofobicznym schematom, Therese i Carol szansę na wspólne życie, wywołała (homo) seksualną rewolucję, w epoce mccarthyzmu szczególnie potrzebną społeczności LGBT. W jej późniejszych thrillerach, np. „Utalentowanym panu Ripleyu” (1955), męskie relacje bywają podszyte homoerotyzmem, kobiece nader rzadko, na dodatek w tle, jak lesbijski (i morderczy) trójkąt w „Found In the Street” (1986). Pat na początku lat 60. planuje sequel „The Price of Salt”, ale brak jej dobrego pomysłu. Inny lesbijski projekt, „Girls’ Book”, ewoluuje, ale jako „First Person Novel”, nie wychodzi poza szkic: bohaterka 50+ opowiada mężowi siedem, zaczerpniętych z biografii Pat, historii rozstań i miłości.

Ostatnia powieść to „Small g: a Summer Idyll” (1995). Jej bohaterowie, bywalcy (częściowo gejowskiego) klubu, powiązani są skomplikowanymi, homo i heteroseksualnymi relacjami. Highsmith, dotąd pokazująca destrukcyjną siłę umysłu, fałszywych wyobrażeń o sobie i innych – tu wykonuje woltę, pozwalając im żyć (ze) swymi fantazjami, potencjalnie nieszkodliwymi. Może to próba (po)godzenia się ze światem umierającej na białaczkę Pat albo ostatni sygnał autobiograficzności: wszak jej te przelewane na papier fantazje – w tym o Carol – pozwalały (prze)żyć. Odchodzi tak, jak chce – sama, w szpitalu. Pochowana na cmentarzu w szwajcarskiej Tegnie, gdzie spędziła ostatnie lata. Na pogrzebie nie ma żadnej eks.

***

Artykuł w ramach projektu realizowanego przy wsparciu Ambasady U.S.A. w Polsce.

This article was funded in part by a grant from the United States Department of State. The opinions, fi ndings and conclusions stated herein are those of the author and do not necessarily refl ect those of the United States Department of State.

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jesteśmy cierpliwe i wygramy

O litygacji strategicznej dotyczącej związków partnerskich, o zmianie nazwiska, o rodzinnych coming outach i o patriotyzmie z Barbarą StarskąCecylią Przybyszewską rozmawia Bartosz Pałocha

 

foto: Agata Kubis

 

Jak to się stało, że postanowiłyście uczestniczyć w litygacji strategicznej?

B: Wszystko zaczęło się w styczniu zeszłego roku. Chciałam wtedy przyjąć nazwisko Cecylii. Niestety, otrzymałam odmowę. Wtedy udałyśmy się do Kampanii Przeciw Homofobii po poradę. Poznałyśmy tam Pawła Knuta, prawnika. Nie tylko pomógł nam przygotować skargę do Sądu Rejonowego, ale także powiedział nam o litygacji.

Skąd się wziął pomysł przyjęcia nazwiska Cecylii i dlaczego akurat ty jej, a nie na odwrót?

B: Chodziło o czysto symboliczny gest, by pokazać, że jesteśmy razem. Bo, niestety, dla państwa jesteśmy obcymi sobie osobami. To nazwisko nie daje nic realnego, ale miało być symbolem, że jesteśmy rodziną. A dlaczego akurat nazwisko Cecylii?

C: To było na drodze negocjacji. Basia miała przyjąć moje nazwisko, a w zamian to ona miała wybierać imiona dla dzieci.

Czyli macie w planach dzieci.

B: Tak. Chciałybyśmy mieć dzieci drogą sztucznej inseminacji, ale w tej chwili tzn. od listopada obowiązuje w Polsce nowa ustawa o leczeniu niepłodności, uchwalona jeszcze przez poprzedni Sejm – kobiety singielki albo w związkach jednopłciowych mają problem z inseminacją. Dwie próby inseminacji mamy za sobą, obie niestety nieudane. Czy będzie kolejna – to się dopiero okaże.

Znacie jakieś pary, którym udało się z przyjęciem nazwiska?

B: Kilka, tak. Z Krakowa, Wrocławia czy Kartuz.

C: Otrzymujemy dużo e-maili od par, które starają się o zmianę nazwiska, a także od tych, którym udało się to już przeprowadzić. Każdy taki e-mail to jest dla nas wsparcie.

B: Dzięki nim wiemy, że sporo osób w Polsce czeka na efekt naszych starań, bo chcą pójść tą samą ścieżką. To samo w przypadku litygacji. Otrzymujemy wiele podziękowań od ludzi, którzy zapewniają, że działamy również w ich imieniu. Część osób ceni nas za odwagę, część podziwia, a inni się zwyczajnie po ludzku cieszą. Tym bardziej, że same mamy wielu znajomych, którzy w litygacji nie mogliby uczestniczyć. Najczęściej ze względu na pracę, w której boją się wyoutować – na co dzień mocno się ukrywają. Wystąpienia publiczne absolutnie nie wchodziłyby w rachubę, ale „po cichu” dodają nam odwagi i otuchy.

Zmiana nazwiska i litygacja dotycząca zawarcia związku to dwie rożne sprawy. Na jakim etapie jest sprawa zmiany nazwiska?

B: Czekamy na rozprawę w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, w którym w grudniu została złożona skarga kasacyjna.

Długo się zastanawiałyście nad udziałem w litygacji?

C: Nie, przeciwnie, zdecydowałyśmy się bardzo szybko. Wiedziałyśmy, jak może wyglądać ta cała droga sądowa, a że bardzo chcemy zawrzeć związek małżeński, czy choćby partnerski, to się nie wahałyśmy. Istotne było to, że zgodziłyśmy się też na występy w mediach. To nas nie przestraszyło, bo mamy już doświadczenie.

To pochwalcie się.

B: Zaczęłyśmy się pojawiać w mediach już przy sprawie odmowy zmiany nazwiska. Artykuły o nas były m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku” i w „Elle” a także na portalu „Na temat”. Wzięłyśmy udział w programach telewizyjnych: w „Interwencji” na Polsacie, „Dzień Dobry TVN”.

C: Zresztą dzięki programom TV mój wujek i ojciec dowiedzieli się, że żyję w związku z kobietą.

To rodzice nie wiedzieli o twojej orientacji?

B: Mogę najpierw ja powiedzieć? Moja mama wie o mnie od 11 lat. Przez ten czas byłam w kilku związkach. Nie były one najbardziej udane i moja mama to widziała. Nie miała dobrego zdania o moich poprzednich dziewczynach. A kiedy przyprowadziłam do domu Cecylię, mama powiedziała, że to jest najlepsza dziewczyna, na jaką trafi łam. Może dlatego, że na tym pierwszym spotkaniu zaproponowała, że pozmywa naczynia (śmiech).

C: W ten sposób u niej zaplusowałam. Zresztą mama Basi uczestniczyła w programie „Interwencja”. A jeżeli chodzi o moją sytuację rodzinną, to początek związku z Basią był jednocześnie moim coming outem. Początkowo mama kiepsko to znosiła. Sytuacja zaczęła się poprawiać, gdy wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam z Basią. Mama potrzebowała dwóch lat, by w pełni to zaakceptować. Z tatą i wujkiem mam słaby kontakt, ale obaj zareagowali bezproblemowo.

Litygacja strategiczna może potrwać nawet ok. 5 lat. Nie bałyście się tej odpowiedzialności, która na was spoczęła?

B: Że się rozstaniemy w międzyczasie? Nie. Planujemy wspólne życie – ani przegranej, ani rozstania nie zakładamy. Dużo razem już przeszłyśmy i to tylko umocniło nasz związek.

Od czego litygacja się zaczęła?

B: Jest cały harmonogram postępowania. Pierwszym krokiem była wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego w celu uzyskania zaświadczenia, że nie ma przeciwwskazań do zawarcia przez nas związku małżeńskiego.

I?

B: Pani urzędniczka powiedziała, że wyda mi zaświadczenie, jak przyjdę do urzędu z mężczyzną. Stwierdziłam, że w takim razie będę musiała skontaktować się z prawnikiem. Kiedy to usłyszała, skierowała nas do kierowniczki urzędu. Okazało się, że kierowniczka już o nas słyszała.

C: Od niej dostałyśmy te wnioski. Nie obeszło się bez drobnego zgrzytu. Pani kierowniczka uległa stereotypowi: ponieważ w tych dokumentach są rubryki przeznaczone dla kobiety i mężczyzny, to poleciła, byśmy wypełniły je… w zależności od tego, kto jaką rolę odgrywa w naszym związku.

B: Wyszłyśmy bez komentarza. Wniosek został przyjęty, a po jakimś czasie pocztą przyszła odpowiedź odmowna.

Wasze rodziny wspierają was w tej całej sprawie?

B: Mamy pełne wsparcie naszych najbliższych. Na początku byli trochę przestraszeni i przestrzegali nas przed prześladowaniami. Jednak jak na razie nic złego się nie stało, a nawet otrzymujemy wsparcie od tzw. zwykłych ludzi.

C: Któregoś razu, jak szłam do pracy – pracuję w dużej firmie – zobaczyłam, jak jedna z koleżanek do mnie macha. Nie znałyśmy się blisko, wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że widziała program telewizyjny z naszym udziałem. Powiedziała, że jesteśmy super. Mała rzecz, ale było mi bardzo miło.

B: Ja również mam miłe doświadczenia z pracy. Do niedawna pracowałam jako fizjoterapeutka. Po artykule w „Gazecie Wyborczej” otrzymałam wiele ciepłych głosów ze strony innych pracowników, a także od klientów.

Czy sformalizowanie waszego związku jest dla was ważne ze względu na plany posiadania dzieci?

B: Nie, nie chodzi tylko o dzieci. I nie tylko o prawa, które legalny związek daje. Ten tak zwany papierek jest nam potrzebny dlatego, że się kochamy i chcemy mieć prawo do zawarcia związku małżeńskiego – tak samo jak pary heteroseksualne.

C: Oczywiście brak „papierka” nie sprawia, że kochamy się mniej (śmiech), ale chcemy mieć możliwość podjęcia decyzji, taką, jaką mają wszystkie pary heteroseksualne. Tak, żeby nikt nam niczego nie mógł zabraniać.

Jak się poznałyście?

B: Na portalu Innastrona.pl (obecnie Queer. pl) w sierpniu 2011 r. Mówiąc szczerze, nie szukałam partnerki, tylko koleżanki. I tak też było przez pierwsze tygodnie naszej znajomości. Jednak w pewnym momencie coś zaiskrzyło i zostałyśmy parą. Po pięciu miesiącach od poznania się zamieszkałyśmy razem.

C: A od grudnia zeszłego roku wreszcie mieszkamy na swoim.

B: Załapałyśmy się jeszcze na dawne reguły przyznawania kredytu, gdzie trzeba mieć wkład własny wynoszący 10 proc. Dzięki pomocy rodziny udało się i 2 grudnia kupiłyśmy mieszkanie. Razem dostałyśmy kredyt, a więc, owszem, jesteśmy już związane – „świętym” węzłem hipotecznym (śmiech).

C: Mieszkamy prawie w centrum Łodzi na 33 metrach kwadratowych. Salon i mała sypialnia, która obecnie jest jeszcze graciarnią. Nie jesteśmy jednak same. Mieszkają z nami trzy koty i pies.

Czujecie, że uczestniczycie w sprawie być może bardzo ważnej dla wielu par jednopłciowych, a może nawet dla prawa w Polsce?

B: Oczywiście. Miałyśmy tego świadomość już od momentu, kiedy rozpoczęłyśmy całą tą sprawę ze zmianą nazwiska. Mogłyśmy oczywiście pójść na skróty i załatwić to np. w mieście, gdzie już komuś się udało to zrobić. Albo w ogóle to zostawić. Jednak dla nas jest ważne, by przejść cały ten proces i wygrać. Przetrzeć ścieżkę dla innych podobnych par w naszym mieście.

Jak to jest z miejscowym środowiskiem LGBT w Łodzi. Udzielacie się?

C: Staramy się uczestniczyć w licznych aktywnościach, np. w Marszach Równości. Działam w łódzkiej Fabryce Równości, która istnieje od pięciu lat, finansowana głownie ze składek członkowskich. Udzielam porad jako psycholog w ramach wolontariatu.

Życie klubowe?

C: Zdarza się od czasu do czasu.

B: Jeżeli już chodzimy, to zazwyczaj do klubu Narraganset, gdzie można poczuć się swobodnie.

Słyszycie jakieś opinie ludzi LGBT o waszym udziale w litygacji strategicznej?

B: Reakcje są rożne, zarówno pozytywne jak i negatywne. Wolimy się skupić na tych pierwszych. Niektórzy mówią, że są dumni, że znają takie osoby jak my, bo robimy coś ważnego i nie tylko dla siebie. Ale są też tacy, którym nie podoba się ten medialny szum. Jedna znajoma stwierdziła w kwestii zmiany nazwiska, że zrobiłyśmy to za szybko, a powody, które podajemy – czyli to symboliczne zaznaczenie, że jesteśmy razem – są „żadne”. Ale generalnie więcej jest pozytywnych reakcji.

W litygacji strategicznej uczestniczy pięć par z całej Polski. Gracie jako jedna drużyna?

B : Wszystkie pary w litygacji uczestniczą osobno. Przede wszystkim ze względu na to, że mieszkają w rożnych częściach Polski i każda para jest na innym etapie tego procesu.

Na jakim jesteście obecnie etapie?

24 lutego Sąd Rejonowy wydał niekorzystny dla nas wyrok, czego oczywiście się spodziewałyśmy. Następny krok to Sąd Okręgowy. Chociaż powiem szczerze, że gdzieś w głębi serca ja mam taką nadzieję, że jest ktoś, kto chce zrobić na przekor i może nagle wyda wyrok, którego się nie spodziewamy? Wiem, wiem, raczej nierealne, ale… Ostateczną instancją ma być Trybunał w Strasburgu.

Czujecie się patriotkami?

B: Zdecydowanie tak. Wiele osób pyta nas, dlaczego nie chcemy wyjechać za granicę, gdzie byłoby nam łatwiej żyć, gdzie miałybyśmy szansę wziąć ślub. Odpowiedź jest prosta. Polska jest naszym krajem, Polskę kochamy. I kochamy też naszą Łódź.

C: Co prawda ja na pięć lat wyjechałam z Łodzi…

 B: Ale na szczęście wróciła. Obie jesteśmy takimi lokalnymi patriotkami i lubimy to, co się dzieje w naszym mieście. Polska to jest mój kraj, za który walczyli moi przodkowie. Nie wyobrażam sobie, żebym ja nie poszła ich śladem. I nie mam tu na myśli jakiś enigmatycznych przodków. Moja babcia była zesłana na Sybir, dziadek wylądował w Afryce. Moja prababcia na zesłaniu w Kazachstanie odmówiła przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego, przez co zesłano ją do łagru, a moja kilkuletnia wówczas babcia wraz z siostrą walczyły o przetrwanie w Kazachstanie. Moja prababcia walczyła o wolność i polskość. I ja na swój sposób też walczę.

 

***

Paweł Knut, koordynator Koalicji na rzecz Związków Partnerskich:

Litygacja strategiczna trwa

Pięć jednopłciowych par przy wsparciu prawników/czek z Koalicji na rzecz Związków Partnerskich walczy o związki partnerskie na drodze sądowej. W zeszłym roku złożyły one w urzędach stanu cywilnego oświadczenia, że chcą zawrzeć związek małżeński i że nie ma ku temu przeciwwskazań. Wszystkie otrzymały odmowy i złożyły sprawy w sądach pierwszej instancji. Trzy z nich są już po orzeczeniach tych sądów – niekorzystnych. Obecnie jesteśmy w trakcie przygotowywania apelacji do sądów drugiej instancji. Po wyczerpaniu ścieżki sądowej w Polsce pary planują wnieść skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Podobną drogę przeszedł niedawno włoski ruch LGBT: w sprawie Oliari i inni Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Włochom wprowadzenie rozwiązań prawnych dla par jednopłciowych, bo ich brak „narusza gwarantowane w art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka prawo do poszanowania życia rodzinnego”. Można zatem założyć, że w polskiej analogicznej sprawie Trybunał zachowa spójność i orzeknie tak samo.

Do grona prawników/czek wchodzących w skład Koalicji należą Dorota Pudzianowska (Helsińska Fundacja Praw Człowieka), Krzysztof Śmiszek (Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego), r. pr. Marcin Gorski (Tataj Gorski Adwokaci), Krystian Legierski, adw. Małgorzata Mączka-Pacholak, adw. Paweł Osik, adw. Mikołaj Pietrzak i r. pr. Ewa Ryczko (cała czwórka z kancelarii Pietrzak Sidor & Wspólnicy), r. pr. Marcin Wojciechowski oraz moja skromna osoba – Paweł Knut (Kampania Przeciw Homofobii). Organizacyjną opiekę nad działaniami Koalicji zapewnia Maja Korzeniewska (Stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza).

Przewiduje się, że cały proces tzw. litygacji strategicznej potrwa ok. 5 lat.

Od redakcji: Dwie pary z pięciu uczestniczących w litygacji zgodziły się na upublicznienie imion i nazwisk i na wywiady w mediach. W poprzednim numerze „Repliki” zamieściliśmy rozmowę z Krzysztofem Łosiem i Grzegorzem Lepianką.  

 

Tekst z nr 60/1-2 2016.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Super Lesba

O komiksie „Super Lesba” opowiada jego autorka – Beatrix (Beata Cymerman)

 

 

Przygotowała: Marta Konarzewska

 

Kim jestem?

Rysowniczką amatorką. Rysuję od 6. roku życia. Jako dziecko rysowałam gazetki i pisałam książki. Na studiach zostałam redaktorką naczelną gazety studenckiej. Miałam tam rubrykę z krótkimi formami komiksowymi. Później na krótko porzuciłam rysowanie, zaczęło się życie, działactwo LGBTQ, wyjazd do Warszawy, praca, dziewczyna, kot. Pomysł narysowania komiksu o lesbijskiej superbohaterce pojawił się 3 lata temu podczas Openera, na zasadzie żartu z koleżankami. Jedna z nich namawiała mnie przez cały czas, żeby wcielić go w życie (dzięki, Ela!). Minął ponad rok zanim ukształtowało się to w pierwsze niezgrabne rysunki. Pokazałam je po raz pierwszy w 2013 roku na otwarciu łódzkiej klubokawiarni Granda. Później komiks wkroczył do Internetu. I wtedy… spotkałam się z prawdziwym hejtem.

Super Lesba, bo?

Bo to jedyny polski internetowy komiks całkowicie LGBTQ. Super Lesba zmaga się z przeciwnościami „polszczego” systemu, z homofobią, w szerokim znaczeniu tego słowa. Walczy z każdym, kto stanie na drodze do równości o prawa osób LGBTQ. Wrogiem jest kibol z ulicy, naziol, polityczka, ksiądz, sąsiadka obrażająca geja. Bohaterka nie stroni też od uciech z uratowanymi z opresji lesbijkami. Na stały związek nie ma czasu, musi ugasić płonącą tęczę! Wszystko to okraszone (nie)wybrednym humorem i ciętym językiem. Zapraszam do mojego świata.

Lesbijka i seks? To nie przejdzie!

Na początku hejtu było więcej niż pozytywnych reakcji. Super Lesbie oberwało się za wszystko, a to za sprośność, a to za wygląd, a to za kreskę. Już sama nazwa „Lesba” wzbudzała niesmak. Bo to obraźliwe, bo nie przystoi. Poza tym: „wibru paluch” ? „Fu! I jak ona może tak zmieniać heterolki w lesbijki? To umacnia przekonanie, że wystarczy przespać się z facetem, żeby przestać być lesbijką”. W dodatku wulgarność, bo gdzieś pokazałam kawałek gołej piersi… „Poczytaj sobie Alison Bechdel, a nie wypuszczasz buractwo” – tak obrywałam. Na imprezie, na której rozdawałam skserowane kopie komiksu, usłyszałam, że „mogłabym nie być taka bezpośrednia”. Poznałam kilka osób, które uwielbiały prowadzić intelektualne dysputy o wolności seksualnej, queer, poliamorii, a nie potrafiły skonfrontować się z prawdziwym seksem. Seks tylko z intelektualnym zapleczem, dosłowność jest nie na miejscu. Co to tym myślę? Nie wiem czemu ma służyć taki hejt. Mam to gdzieś. Jak widać wcale mnie to nie powstrzymało przed rysowaniem.

Butch

Wygląd Super Lesby też wzbudzał niesmak. Bohaterka jest za bardzo „butchowata, dlaczego jak lesbijka, to zaraz krótkie włosy?” Przecież skoro kobieca superbohaterka, to powinna być jak Wonder Woman. A właśnie, że nie! Niech będzie swojska, niech ma wygoloną głowę, niech myśli o seksie!

Moje hejterki uważają, że lesbijki nie powinny wyróżniać się z tłumu ani sugerować swoim wyglądem orientacji. Kobieta ma być piękna, zgrabna i pruderyjna, nie przystoi jej wcielać się w męskie role ani mówić głośno o seksie. Bzdura!

Nie wszystkie jesteśmy takie i nie będziemy! Walczymy w końcu o różnorodność, a nie o sztywne, patriarchalne normy. Najbardziej rozbawił mnie chyba argument, że obrażam Polskę za sformułowanie „Polszcza” i co powie prawica, jak zobaczy komiks. Wyjdzie, że znowu myślimy tylko o seksie. Przecież to komiks, to jest fikcja… Poza tym seks jest tylko elementem. Jest seks…

…i polityka

A właściwie polityka i seks. Bo tak naprawę polityka i codzienne wydarzenia towarzyszące środowisku LGBTQ są głównym tematem mojego komiksu. Święto niepodległości, płonąca tęcza, hejt wylewający się z ust polityków, z ambon kościelnych, homofobiczne media, brak akceptacji osób LGBTQ w rodzinie. Czyli codzienność życia lesbijki w dużym mieście w Polsce. No i seks, bo tak. Bo lesbijki nie istnieją, nie mają klubów. Geje mają darkroomy, lesbijki niech mają chociaż swoją Super Lesbę.

Pozytywne reakcje i jaka przyszłość czeka komiks?

Oprócz hejtu było oczywiście mnóstwo pozytywnych reakcji. Ludzie wysyłają wiadomości, że im się podoba, słyszę pochlebne opinie, że robię postępy. Komiks ewoluuje razem ze mną.

W lutym ruszyła nowa strona Super Lesby. Porzuciłam krótkie formy na rzecz długiego komiksu z wstępem i rozdziałami. Będzie dojrzewanie bohaterki z historią Polski oraz ruchem LGBTQ w tle. Pomysły powstają na bieżąco.

Super Lesba to taka moja druga praca. Często rysuję po nocach, potem chodzę niewyspana. Chętnie zamieniłabym rysowanie w pełnoetatową pracę. Może kiedyś komiks pojawi się na papierze? Przyszłość pokaże. Wszystkich zainteresowanych promocją i wsparciem komiksu zapraszam do współpracy.

Beata Cymerman „Beatrix” – rocznik 85, rysowniczka amatorka, z zawodu biolożka-specjalistka od małży (serio). Była działaczka łódzkiego oddziału Kampanii Przeciw Homofobii. Od kilku lat mieszka w Warszawie. Wegetarianka, miłośniczka kotów, dinozaurów i potwora z Loch Ness. Wielbicielka electro, Aldony Orłowskiej i dramatów obyczajowych. Zakochana w berlińskim Kreuzbergu. Jej mama od kilku lat działa w „Akademii Zaangażowanego Rodzica” KPH.

 

Tekst z nr 54/2-4 2015.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Oddział kobiecy

O tym, jak w latach 90. działały organizacje LGBT, a także o nastoletnich flirtach z dziewczynami i o późniejszych dorosłych związkach, z Romą Cieślą, aktywistką Lambdy Kraków i Grupy Safo, rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Krystian Lipiec

 

Zastrzegam z góry, że na temat lat 70. i 80. niewiele mam do powiedzenia, bo nigdzie wtedy nie bywałam ani nie działałam” – napisałaś mi przed spotkaniem. Jednak to niebywanie i niedziałanie to też jest jakaś prawda – może nie tylko twoja własna, ale i wielu innych gejów i lesbijek?

Może, ale ja nie chcę mówić źle o tamtych latach. Byłam młoda i mimo komuny to był dobry dla mnie czas.

Homoseksualność nie była dla ciebie traumą?

Nie. Odkryłam, że podobają mi się dziewczyny, będąc nastolatką, a więc jakoś w końcu lat 60. i nie przeraziło mnie to, raczej zaintrygowało. Nawet może trochę podekscytowało? „O, ze mną jest inaczej!” Może i będzie trudniej, ale też chyba ciekawiej? Wiedziałam dobrze, że nie mogę tego nikomu wyjawiać, ale próbowałam szukać książek czy filmów na temat homoseksualności. Pamiętam jak przez mgłę jakiś francuski fi lm oglądany z rodzicami. Była w nim kobieta ubrana jak do jazdy konno, w wysokich butach, ze szpicrutą. Zwróciłam na nią uwagę, a mama powiedziała z dezaprobatą, że to pewnie lesbijka. Ten jej komentarz utkwił mi w głowie.

Ale poza tym – flirtowałam! To było cudowne i zupełnie niewinne. Uwielbiałam patrzeć na dziewczyny, trzymać je za rękę, przytulić na chwilę. Zaprzyjaźniałam się łatwo, ale żadnej nie byłam w stanie powiedzieć, o co naprawdę chodzi. Zbyt wielka była presja wychowania, stereotypów, kultury. Jednak nie odczuwałam tego jako jakiegoś szczególnego gnębienia.

Sześć lat jeździłam na obozy harcerskie i zawsze mi się tam jakaś dziewczyna podobała. Zaraz zagadywałam, opowiadałam żarciki, proponowałam, czy mogłybyśmy siedzieć w autokarze obok siebie. I jak potem ona usnęła i położyła mi głowę na ramieniu, to byłam w siódmym niebie. Albo innym razem tak zakombinowałam, że nocną wartę miałam akurat z tą najładniejszą z całej drużyny. Nawet zaproponowała, że mi pokaże, jak się całuje z chłopakami, ale nie chciałam, bo wystąpienie w roli chłopaka mi nie odpowiadało. Chętnie bym się z nią pocałowała, ale jak dziewczyna z dziewczyną! (śmiech)

A gdy dorosłaś?

To już na flirty się nie odważałam. Wylądowałam na okropnych, nudnych studiach – ekonomii. Marzyłam o anglistyce, ale była tak oblegana, że nawet nie próbowałam. Przez całe studia miałam chłopaka. Był fajny, studiował rok wyżej, wprowadził mnie w życie studenckie, zabierał na imprezy, do klubów. Odpowiadało mi to. Dziewczyny wydawały mi się nieosiągalne. A on się zakochał. Powiedziałam mu, że jestem homoseksualna i żeby sobie nie robił nadziei. Był strasznie rozgoryczony, ale kochał dalej, tylko prosił, żebym nikomu nie mówiła. Po studiach chciał się żenić.

Wiele osób homoseksualnych szło w małżeństwa dla przykrywki, nie?

Może, ale dla mnie małżeństwo byłoby nie do przyjęcia. Związek się skończył. Później poznałam kobietę, z którą byłam osiem lat.

Jak wtedy, w latach 70., kobiety homoseksualne szukały partnerek?

Nie wiem. Byłam chyba na to zbyt nieśmiała, brakowało mi przebojowości. Szukanie partnerek, coming out przed rodzicami czy dwoma braćmi nawet nie przychodziły mi do głowy.

Traktowałaś lesbianizm jak „wyrok” życia w samotności?

Nie. Ja po prostu nie miałam pojęcia, co się zdarzy. Tę kobietę poznałam zupełnie przypadkiem. Była mężatką, miała dwóch synów. Kilkanaście lat starsza. Wszystkimi rządziła, mną potem zresztą też. Typ lesbijki butch, jak dziś by się powiedziało. Życie zgodne z homoseksualną orientacją wydawało jej się nie do pomyślenia. Chciała mieć duży dom, samochód, męża, dzieci, przyjaciółki, podróże i kochankę. I miała to wszystko! Miała też pokój do wynajęcia w tym domu, wprowadziłam się tam. Jej mąż górnik wiecznie pracował albo spał. Funkcjonowaliśmy w takiej konfiguracji jako przyjaciółki. Nawet na wakacje jeździłam z nimi. Jej synów nauczyłam jeździć na nartach.

Dlaczego to się rozsypało?

Była tak silną osobowością, że zaczęłam czuć potrzebę wyzwolenia się. Byłam już śmielsza i w pracy, w biurze, poznałam inną dziewczynę. Podchody trwały z rok. Okazała się hetero, ale była ciekawa, by spróbować. Ostatecznie to ona zrobiła „ten” krok, nie zdając sobie sprawy, że to ja delikatnie do tego doprowadziłam. Do tej pory jestem z siebie dumna (śmiech). Ale nic więcej nie było. W kraju eksplozja Solidarności, potem stan wojenny, a ja miałam swoje rozterki. A druga połowa lat 80. to była taka marność. Partnerek nie szukałam, bo nie miałam na to sił. Nie było Internetu, gazet, klubów. W kolejnej pracy spodobała mi się kolejna kobieta hetero. Zaprzyjaźniłyśmy się, mogłam być z nią całkiem szczera. We wrześniu 1990 roku to właśnie ona pokazała mi ogłoszenie w „Dzienniku Polskim”, że na fali tej całej wolności i demokratyzacji rożne grupy społeczne przejawiają inicjatywę, by się organizować i tak zawiązało się stowarzyszenie Lambda Kraków dla ludzi homoseksualnych. „Chętnych zapraszamy” i podany numer skrzynki pocztowej. Fantastycznie! Natychmiast do nich napisałam i zapytałam, czy są w tej grupie też kobiety, bo ja chętnie bym przyszła. Dostałam odpowiedź, że jak najbardziej, jest także „oddział kobiecy” (śmiech). Poszłam na spotkanie w Śródmiejskim Ośrodku Kultury przy ulicy Mikołajskiej. Wszystko pamiętam z detalami, to był przełom, strasznie ważne wydarzenie.

I jak było?

Super. Z Warszawy przyjechały dwie dziewczyny, jedna z nich pracowała w redakcji „Okay”, czasopisma, które dopiero co wystartowało. Obie bardzo chętne do działania, bojowe. Ale generalnie „oddział kobiecy” był niewielki – oprócz mnie jeszcze może z siedem kobiet, w tym dwie to były hetero koleżanki gejów.

A gejów ilu przyszło?

A chyba ze stu!

Naprawdę?

Tak! Z Krakowa i spoza Krakowa. To było wielkie spotkanie. Połączone z projekcją jakiegoś filmu na temat bezpiecznego seksu. Później dostaliśmy pozwolenie na korzystanie z siedziby MONARu na Starowiślnej w piątkowe wieczory.

Mieściliście się?

To było duże mieszkanie na piątym piętrze starej kamienicy z drewnianymi schodami. Strasznie hałasowaliśmy po tych schodach i w końcu sąsiedzi zaczęli narzekać, ale to już wybiegam naprzód.

W każdym razie w te piątkowe wieczory – tłum. To było fantastyczne moc choć raz w tygodniu być sobą. Od dymu papierosowego – szaro. Chłopcy grali w bilard, bo tam był bilard. Luz. Co chwila czyjeś urodziny, imieniny. Sylwester z 1990 na 1991 – razem.

Jurek Krzyszpień cały czas mówił, że jest ILGA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Gejów i Lesbijek – przyp. red.), inne międzynarodowe organizacje, że powinniśmy przedyskutować postulaty i zacząć działać. Miał rację, ale mało kto go słuchał. (wywiad z Jerzym Krzyszpieniem – patrz: „Replika” nr 35) Byliśmy zachłyśnięci samym faktem, że jesteśmy we własnym towarzystwie, że można o wszystkim mówić swobodnie.

Doszliście do jakichś postulatów?

Jurek miał z nami skaranie boskie. No, co my tu mieliśmy… (Roma zagląda do legitymacji Lambdy i czyta cele stowarzyszenia) „Kształtowanie pozytywnej świadomości mężczyzn i kobiet homoseksualnych”. Tym postulatem akurat się przejęłam – pewnie, że kształtowałam! (śmiech) Pozawiązywało się mnóstwo przyjaźni i miłości oczywiście też. Właśnie w Lambdzie, od razu na tym pierwszym spotkaniu, poznałam moją Violę, z którą byłam przez następne lata. Taka była efektowna, ruda. I miała temperament działaczki. Od razu sobie przypasowałyśmy. A wiesz, jak się dowiedziała o Lambdzie? Była nauczycielką w szkole zawodowej z klasą fryzjerską, zakolegowała się tam z jednym uczniem gejem, niewiele młodszym od niej. To on Violi powiedział.

Z Violą założyłaś „LL” – Lesbian Lambda.

Otworzyłyśmy odrębną skrzynkę pocztową. Ile dziewczyn do nas pisało! Na każdy list odpowiadałam. Własnoręcznie, to jeszcze nie był czas komputerów. (Roma pokazuje mi wielki segregator z listami). Lambda się rozrastała, zaczęłyśmy organizować spotkania w Warszawie, w Zakopanem. Nawiązałyśmy kontakty zagraniczne. Byłyśmy na zjazdach ILGI w Wiedniu i w Bratysławie. W 1992 r. lesbijki z Danii zaprosiły nas na dwutygodniowy międzynarodowy zjazd. Pojechało nas z Polski dziesięć dziewczyn. Na miejscu okazało się, że uczestniczki z Litwy, Łotwy i z Rosji nie zrozumiały, że chodzi o spotkanie lesbijskie. Przyjechały po prostu przedstawicielki komsomołu! Oczy im na wierzch wychodziły na widok całujących się Dunek. Ale po kilku dniach się przyzwyczaiły i była komitywa.

Początek lat 90. to musiał być wybuch energii, co?

Myśmy myślały, że teraz to już w ogóle tak będzie. Jest nas siła, a będzie jeszcze więcej. Wydawało nam się, że wszystko jest w zasięgu ręki. Tymczasem jak nas wyrzucili z tej Starowiślnej za zbyt głośne zachowanie, to zaczął się schyłek. Jeszcze przez jakiś rok spotykaliśmy się w kawiarni Pod Chochołami w budynku Teatru im. Słowackiego, ale potem ludzie zaczęli się wykruszać. Posiadanie siedziby było kluczowe – to była ta przestrzeń, w której mogliśmy czuć się bezpiecznie.

Kilka lat później nastąpiła reaktywacja.

Dzięki Demokratycznej Unii Kobiet i nieżyjącemu już politykowi SLD Andrzejowi Urbańczykowi, który użyczył nam lokalu grupy literackiej Kuźnica na Kazimierzu. W 1997 r. założyłyśmy tam Grupę Safo. W sobotnie popołudnia urządzałyśmy imprezy, projekcje filmowe, dyskusje o homoseksualności, o tym, czy mówić o sobie w domu, jak o tym mówić. Mniej więcej w tym czasie poznałam Anię Laszuk.

Jeden rozdział jej książki „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy” jest o tobie.

Tak, ale to dużo później. Ania przyjechała do nas w 1998 r. i dała występ, z którego dochód poszedł na zakup komputera dla Grupy Safo. Ania pięknie śpiewała i grała na pianinie. Była też zainteresowana komunami lesbijskimi. Lata później sama mieszkałam w takiej komunie. Było nas cztery kobiety, ale nie wyszło nam, poprztykałyśmy się. Ania nawet nas odwiedziła, by zobaczyć, jak to działa. Nie przegadałyśmy zasad wspólnego mieszkania i nie wyszło. Potem pojechałam do takiej komuny w Berlinie. Świetna organizacja, regulamin, pokoje od jedno- do sześcioosobowych. Pełen profesjonalizm!

Jak długo funkcjonowała Grupa Safo?

Do 1999 r. Potem rozwalił się mój związek z Violą i już przestałyśmy to ogarniać. Następczynie kontynuowały przez jakiś czas organizację pod nazwą Labrys.

I to był koniec twojego aktywizmu?

Viola i ja stanowiłyśmy pewien wzór pary. Pokazywałyśmy, że można. Gdy się nasz związek rozpadł, to poczułam się trochę tak, jakbym nie miała nic do zaoferowania. Poszłam w prywatny biznes – zaczęłam organizować kursy komputerowe dla kobiet w średnim wieku i to mnie całkowicie pochłonęło.

Jak patrzysz na dzisiejszą sytuację osób LGBT?

Już jest dokąd pójść. Nowe pokolenie ośmiela się żyć otwarcie. Nie ma tej pustki, jak za moich młodzieńczych lat. Są organizacje, kluby. Łatwiej jest mówić. Widzę to sama po sobie – niedawno zaczęłam z bratem normalnie rozmawiać o homoseksualizmie. On niby wiedział, ale wcześniej to był temat nie do ruszania, a teraz jakaś bariera pękła. Na każdy Marsz Równości w Krakowie idę dumnie z tęczową parasolką w ręku. A z drugiej strony wciąż wiele osób jest tak zblokowanych, jak w latach siedemdziesiątych, to jest smutne.

Ale twoje rówieśniczki nie są widoczne.

Siedzą po domach. Przyjaźnię się z paroma. Jedna para to są panie już pod siedemdziesiątkę, od ponad 40 lat razem. A Jurek Krzyszpień cały czas ma energię do działania.

Nie sądzisz, że brakuje międzypokoleniowej łączności?

Brakuje. Do klubu na całonocną balangę nie chce mi się iść, już w końcu jestem po sześćdziesiątce. Ale poznać kogoś, pogadać – chętnie. Chodzę na spotkania krakowskiej Wiary i Tęczy. Wcale nie jestem kościołkowa, ale oni takich też przyjmują. Są w ogóle bardzo fajni, dobrze się tam czuję.

Na zajęciach literackich, na które uczęszczam, dostałam zadanie napisania opowiadania „o 20 latach z życia kobiety urodzonej w 1952 r.” Oczywiście z mojej bohaterki zrobiłam lesbijkę. Na te zajęcia chodzą ludzie w moim wieku i starsi. Nie zawiodłam się na nich. Przyjęli opowiadanie ze zrozumieniem, wywiązała się dyskusja. (tekst Romy znajdziecie tu: http://sagowce.eu/index.php/nasze-teksty/romaciesla/19-marianna-postac-z-serialu– przyp. red.)

A kilka miesięcy temu koleżanka zadzwoniła do mnie, by się pochwalić: „Jesteśmy w ciąży!”. Osłupiałam. Jak to? A było jeszcze lepiej, bo okazało się, że powinna była powiedzieć „Jesteśmy w ciążach”. Ona i jej dziewczyna niedawno urodziły. Jedna chłopca, druga dziewczynkę. Mówią, że jestem matką chrzestną tej rodziny, bo poznały się kilkanaście lat temu w Grupie Safo.

 

Tekst z nr 52/11-12 2014.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.