Z arielem rosé*, androgynicznym, queerowym poetą, tłumaczem, poliglotą i nomadą, rozmawia Małgorzata Büthner-Zawadzka

Jesteś w Polsce przelotem. Skąd przybywasz i dokąd zmierzasz?
Z Danii i Szwecji. Odwiedzałem w Kopenhadze przyjaciółkę filozofkę. I byłem na festiwalu w lesie w Skanii organizowanym przez rezydencję, podczas której rok temu pisałem esej o piasku do książki o krajobrazie. Chcieli, żebym przeczytał fragment i kilka wierszy. A zmierzam do Berlina na kolejną rezydencję. Jest dla uchodźców, ale ponieważ piszę o ukraińskich poetach, zostałem do niej nominowany przez poetów z Niemiec.
Piękne masz imię, arielu. Szekspirowskie.
Uwielbiam „Burzę” Szekspira. Postać Ariela jest agender, nie wiadomo kto to, duch wodno- -powietrzny, który dostanie wolność, jak wypełni zadania. Ale „Ariel” to też tytuł ostatniej książki Sylvii Plath. Musiała wiedzieć, że to ostatnia. Pisała wiersz dziennie, czasem nawet dwa. To olbrzymi wysiłek i ogień, jak się jest non stop w takim diapazonie ognia, można się spalić. I spłonęła. Tomik rewelacyjny, ale jaki koszt. Imię jest więc przestrogą, bo miałem tendencję do takiej pracy. A w ogóle wywodzi się z tradycji hebrajskiej. Kiedyś zadzwoniłem do Ireneusza Kani (legendarny tłumacz – przyp. MBZ), mówię mu, że zmieniłem imię i trochę nie wiem, jak zareaguje. Spytał: „Na jakie? Ariel? A, lew boga!”. Ha, ha, całą wiedzę miał w głowie. Niekoniecznie się utożsamiam z lwem, może to bardziej ironiczne. Niestety, państwo polskie nie pozwala mi oficjalnie być arielem. Próbowałem pięć lat temu, za PiS-u. Dostałem długi list odmowny; profesorka z PAN-u się wypowiedziała, że nie mam prawa zmienić imienia na ariel, bo jest męskie. Ja kiedyś zmienię sądownie marker płci, ale co mają zrobić osoby niebinarne, które nie mają na to ochoty? Okropność. Zapytałem, czy jak zaprosimy piosenkarkę Ariel z Ameryki, to będziemy o niej mówić piosenkarz? To neutralne imię. I nieobraźliwe.
A czemu piszesz się małą literą?
Po prostu mam słabość do minuskuły.
Ariel to także jeden z księżyców Urana. Blisko ci do Paula B. Preciado, autora „Testo ćpuna” i „Mieszkania na Uranie”, który okreś la się dysydentem z porządku płci?
„Testo ćpun” to nie była „moja” książka. Przy okazji – ciekawostka: kiedy pierwszy raz poszedłem do endokrynologa, okazało się, że mam zaburzoną gospodarkę hormonalną. Całe życie miałem poczucie pikowania w dół, nie depresji, ale jakby bycia w limbo. A na testosteronie to odpuściło, po dwóch tygodniach poczułem totalny spokój. Co do Preciado – jest błyskotliwy, jednak nie z wszystkim się zgadzam. Odejście od polityki tożsamości – owszem, lepiej rozpuścić tę całą normatywność i hierarchię. Ale ja mam zupełnie inną koncepcję Europy niż Paul, opartą na przyjaźniach. Znam osoby piszące, kompozytorów, malarzy z różnych krajów i utrzymuję z nimi głębokie relacje, odwiedzam co roku. Do Oslo zapraszam poetów z Europy Środkowej oraz Wschodniej i to też jest budowaniem mostów.
Pozwoliłeś mi użyć deadname Alicja, pod którym ukazały się twoje wiersze, bo część osób cię z nimi nie łączy. W pierwszym tomie, wydanym w Znaku („Północ. Przypowieści”, 2019) jesteś jeszcze poetką. W drugim, „morze nocą jest mięśniem serca” (PIW 2022) już poetą, ale masz zaimki on i ona. Oba opisy ci nie odpowiadają…
Nigdy mi nie odpowiadały. Nie znosiłem, jak ktoś mówił poetka, prostowałem wiele razy. A że Znak tak napisał… nie miałem w to wglądu i źle się z tym czułem. W PIW-ie wydawałem za czasów PiS. O pracy redaktorskiej mam jak najlepsze zdanie, wszyscy traktowali mnie serdecznie i z szacunkiem. Jednak mieli problem, żeby na stronie internetowej pisać o mnie w męskich zaimkach.
Ty od małego wiedziałeś, że nie jesteś dziewczynką.
Miałem dwa lata i już wiedziałem. Wychowywałem się w komunie hipisowskiej. Rodzice mamy byli weterynarzami, mieli lecznicę w Braniewie, a po ich śmierci, w stanie wojennym, mama z tatą zaprosili tam przyjaciół. Dom pełen ludzi i zwierząt, wolność, można było malować po ścianach. Był Szymon oraz mój brat cioteczny Kamil i wiedziałem, że przynależę do nich, a Justynka jest kimś innym. Zastanawiam się, czy wtedy chodziło mi o rolę? Bo Justynka była zawsze w białej sukience, a ja miałem totalną swobodę. Czułem też przynależność do grupy Szymona i Kamila pod względem tego, co nas interesowało. Słowa przyszły później. W latach 90. wyszedł numer „Wiedzy i Ż ycia” o dzieworództwie. Pomyślełem: „Fascynujące, muszę poczytać więcej o biologii” – a mieliśmy pełno książek, bo mama też studiowała weterynarię. Kiedy dowiedziałem się, że istnieją osobniki androgyniczne, doznałem olśnienia – to ja! Przyszedłem do kuchni i powiedziałem rodzicom: jestem androgynem. Nie wiedzieli, co z tym zrobić. Przemilczeli.
Dalej mówisz o sobie androgyn, ale niektórzy uważają cię za trans mężczyznę. W angielskim używasz zaimków they/them, w polskim nie…
Po polsku nie brzmią najlepiej. Kojarzą mi się z komunizmem: my partia, wy towarzysze, winni są oni. A termin transpłciowość jest dla mnie problematyczny, sam bym się tak nie określił. Ktoś mnie ostatnio spytał o tożsamość seksualną i stwierdził, że jeśli jestem trans mężczyzną i chcę być z kobietą, to jestem hetero. No nie, jestem hybrydą i to jest dla mnie queer. Ale bardzo chcę wspierać transpłciową społeczność. Natomiast heteroseksualizm jest w odwrocie, skończył się. Możemy się rozmnażać przez in vitro, trans mężczyźni zachodzą w ciążę, człowiek jest dziś w stanie w laboratorium stworzyć spermę. I tyle. To też łamie system więzów krwi.
Nie chcę dociskać, ale czy bardziej pasuje do ciebie niebinarność?
Wolę mówić o androgyniczności. Albo o dwupłciowości, połączeniu, hermafrodytyzmie.
W zasadzie to ostatnie jest przestarzałą nazwą interpłciowości.
Ale w mitologii Hermafrodyta jest synem Hermesa i Afrodyty, a gdy gwałci go nimfa Salmakis, łączą się w jedno. We Florencji zakochałem się w pewnej rzeźbiarce, ona mnie otworzyła na rzeźbę i w galerii Uffi zi zobaczyłem „Śpiącego Hermafrodytę”. Wow! Ta podwójność, która łączy w sobie jedno i drugie, i rozlewa. Takie postaci zawsze mnie pociągały. W eseju o piasku piszę o Isabelle Eberhardt, szwajcarskiej podróżniczce, która przeszła na islam, nauczyła się arabskiego i jako Si Mahmoud Saadi, męski wyznawca islamskiej sekty, jeździła po pustyni. Aniela Rosé, moja prababcia, też była nietypową osobą. Rodzina pochodzi ze Szkocji, w XVIII wieku znaleźli się w Polsce, tam, gdzie dziś Ukraina. Byli bardzo bogaci, prababcia dostała w edukacji trzy języki, czterech kolejnych nauczyła się sama. Dzieci zostawiała pod opieką siostry, za to uczyła języków, przekładała Goethego i publikowała wiersze. Miała trochę męską twarz, mówią, że jestem do niej podobny. Imponowała mi. Ale mam problem z biopolityką opartą o więzy krwi, bo rodziny chłopskie nie mają takiej dokumentacji jak arystokracja. Ważne, żeby znaleźć inne drogi budowania relacji, poza systemem pokrewieństwa.
Rodzice hipisi pewnie szybko zaakceptowali, że jesteś arielem?
Nie, bo moi rodzice są katolikami. Wolność w stanie wojennym była w Kościele. Ruch hipisowski też się tam odbywał. Więc rodzicom zaakceptowanie mojej tożsamości zabrało czterdzieści lat. Ale teraz mamy dobrą relację.
Jak wspominasz dorastanie w systemie szkolnym?
Na początku było bardzo miło, bo tata mi założył szkołę. Pierwszą społeczną szkołę w Polsce. On i jego przyjaciele byli w radzie. Jeśli któryś z nauczycieli nadużywał władzy, dzieci od razu mówiły. A nauczyciele byli niezwykli: biologii uczyła profesorka akademii, plastyki malarka, z germanistką ornitolożką chodziliśmy rozpoznawać ptaki. Mała szkoła, wszyscy się znali, jak w rodzinie. Byłem w klasie jedyną dziewczynką, prócz mnie było dziewięciu chłopców. Więc było nas dziesięcioro. Kumplowałem się z nimi, grałem w piłkę nożną, choć wolę samotnicze sporty. Do liceum poszedłem już do zwykłej szkoły. Szok. Przemoc psychiczna, upokarzanie. Nauczyciele mówili do mnie po nazwisku, więc też tak do nich mówiłem i miałem problemy. Sprawę ratował wspaniały Włodzimierz Kowalewski, pisarz. Dużo rozmawialiśmy i w którymś momencie chodziłem tylko do niego na polski. A tak szwendałem się po lesie i czytałem książki, nieobecności usprawiedliwiałem samodzielnie, ha, ha. I wcześnie zacząłem wyjeżdżać. Gdy miałem lat 17, pojechałem do Londynu do pracy.
Uznałeś, że się w Polsce nie odnajdziesz nie tyle jako osoba queer, ile z powodu braku wolności i przemocy ze strony systemu?
Tak. Ale na pewno też dlatego, że nie czułem się akceptowany. Nawet nie było odpowiednich narracji. Wiedziałem, że zauraczam się dziewczynami, ale że dwie kobiety mogą być razem, dowiedziałem się dopiero, jak zobaczyłem w kinie „Fucking Amal”, niewinny fi lm o nastolatkach. I od razu wyznałem miłość koleżance z liceum. Dla niej to był szok, po prostu: NIE! To było bolesne doświadczenie. No i był też lęk przed agresją. Któregoś razu kolegę hetero, który miał kolorową bluzę, grupa kibiców pociągnęła za kaptur, przewróciła i zaczęła wyzywać: „Ty pedale!”. Bardzo to przeżyłem.
Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
































































































































