48 aktorskich coming outów. Jedyne takie zestawienie w Polsce

Dokładnie 20 lat temu, w numerze 1. „Repliki” (sty/lut 2006), zamieściliśmy wywiad z Jackiem Poniedziałkiem, który kilka tygodni wcześniej zrobił coming out. Był to zaledwie trzeci aktorski coming out w Polsce. Dziś doliczyliśmy się takich coming outów (i ich bohaterów) aż 48. Prezentujemy ich wszystkich z przyjemnością i z dumą. Każdy coming out jest osobnym wyzwaniem rzuconym systemowi, zgodnie z którym aktorów LGBT+ obowiązują inne, restrykcyjne zasady funkcjonowania w zawodzie niż aktorów hetero. Aktorzy hetero mogą w mediach swobodnie mówić o swej seksualności, związkach, rodzinach, miłościach czy rozstaniach. Ba! Nawet powinni, bo to przyciąga uwagę odbiorców. Natomiast aktorzy LGBT+ mają w tych kwestiach milczeć, ewentualnie mogą udawać, że są hetero i zmyślać. Dzięki tym 48 coming outom otaczający nas mur dyskryminacji zaczyna pękać.

Zestawienie jest ułożone alfabetycznie i obejmuje żyjące osoby. Jakkolwiek dołożyliśmy wszelkich starań, by było ono możliwie najbardziej kompletne, zdajemy sobie sprawę, że najprawdopodobniej takie nie jest. Wszystkich aktorów/ki, którzy są wyoutowani (mówią o swojej nieheteronormatywności również publicznie), a nie zostali ujęci w zestawieniu – prosimy o kontakt, będziemy chcieli o Was napisać. Wszystkich niewyoutowanych, którzy być może zgodziliby się udzielić nam wywiadu z coming outem, tym bardziej prosimy o kontakt: redakcja@replika-online.pl. A jaką historię o polskiej branży aktorskiej opowiada nam to zestawienie? Szczegółową analizę zamieszczamy na stronach 16-17.

Joanna Balasz (1991) Aktorka Teatru Capitol w  Warszawie, role m.in. w  serialach „Odwróceni. Ojcowie i  córki” (2019), „Wojenne dziewczyny” (2017–2019). W wywiadzie w „R” nr 100 (lis/gru 2022) mówiła: „Publiczny coming out dał mi power, żeby powiedzieć o mojej partnerce: O, nie. To jest moja kobieta, a nie moja koleżanka! (…) Jest mi dużo lepiej i dużo osób zaskoczyło mnie pozytywną reakcją”.

Marek Barbasiewicz (1945) Aktor Teatru Narodowego w Warszawie, znany również z wielu ról fi lmowych (grywał gejów, np. w „Magnacie” i „Deborah”). Zrobił coming out jako pierwszy polski aktor – na łamach magazynu „Pani” w tekście Marii Nurowskiej w 1992 r.: „Jest homoseksualistą i to dla niego taki sam fakt, jak to, że świeci słońce czy pada deszcz. Od wielu lat związany jest z jednym partnerem. Uważa, że to związek udany i bardzo dla niego ważny”.

Kamil Błoch (1989) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, obecnie występuje w serialu „Na sygnale”. Zapy[1]tany w  2024 r. z  okazji Tęczowego Piątku o wspomnienia z okresu edukacji, odpowie[1]dział: „Jako mężczyzna nieheteronormatywny ze szkolnych lat przede wszystkim pamiętam jednak swoją pierwszą relację i pierwsze zako[1]chanie się. To był piękny czas, piękna relacja i piękne doświadczenie”.

Bartłomiej Bobrowski (1976) Aktor Teatru Narodowego, ukończył warszaw[1]ską Akademię Teatralną. Jako drag queen Graża Grzech wystąpił w serialu „Królowa”, filmach: „Królowe” i  „Zaprawdę Hitler umarł” oraz w dwóch kalendarzach „Repliki” (nagim i „dra[1]gowym”). W wywiadzie dla „R” (nr 85, maj/ cze 2020) mówił: „Zacząłem się outować pod koniec Akademii, ale głównie wśród kolegów z roku. Nie był to jeden moment, w którym wszem i wobec ogłosiłem, że jestem gejem”.

Krzysztof Broda-Żurawski (1980) Aktor musicalowy, współpracuje z licznymi te[1]atrami (Syrena, Rampa) i grywa epizody w po[1]pularnych komediach („Teściowie 3”, „Uwierz w Mikołaja 2”, „Koniec świata czyli kogel mo[1]gel 4”). W spektaklu „Nogi Syreny” śpiewająco („Co mi panie dasz” Bajmu) wcielił się w geja z pikiety, gościł wówczas w audycji LGBT „Le[1]piej późno niż wcale” w radiu Tok FM

Greta Burzyńska (1993) Aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej”; również fotografka. W  wywiadzie w  „R” (nr 97, maj/cze 2022) powiedziała: „Mówiłam o  sobie otwarcie, odkąd uzmysłowiłam sobie homoseksualną orientację w wieku 24 lat. (…) Im więcej będzie się mówiło o coming outach, tym szybciej staną się one czymś zwyczajnym i nie będzie już trzeba mówić, że wyszłam z sza[1]fy, tylko będzie się mówiło, kogo się kocha”.

Bartłomiej Cabaj (1990) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, w la[1]tach 2017–2023 aktor Teatru im. Żeromskie[1]go w Kielcach, gdzie zagrał kochanków głów[1]nych bohaterów w spektaklach „Ale z naszymi umarłymi” i  „Ludwig”. Obecnie występuje w  serialu „Dzielnica strachu”. W  wywiadzie dla portalu Milk powiedział: „Moja homo[1]seksualna relacja i orientacja są pełnoprawne i  pełnowartościowe, naturalne i  normalne. Tutaj nie ma nic kontrowersyjnego”.

Konrad Cichoń (1992) Aabsolwent wydziału aktorskiego w Krakowie, od 2016 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu. Zapytany o najważniejsze queerowe role wymienia „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Klarę w „Ślubach panieńskich” (wszystkie role grali mężczyźni) z  końcową nagą sceną miłosną z  Piotrem B. Dąbrowskim oraz „Kolorowe sny”. W  2017 r. brał udział w  czytaniu performatywnym sztuki o  AIDS „Normalne serce” Larry’ego Kramera w tłumaczeniu i reżyserii Mike’a Urbaniaka.

Maciej Cymorek (1993) Aktor Teatru im. Stefana Jaracza w  Olsztynie, od 2017 r. zagrał ponad dwadzieścia epizodów w filmach i seria[1]lach. Zrobił coming out w  osobistym monologu w spektaklu „Susan Sontag” Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana – recenzja w „Replice” nr 115 (maj/cze 2025).

Ryszard Czubak (1952) Znana tęczowa persona, od końca lat 70. grywał queerowe epizody w fi lmach („Lata 20, lata 30”, „Podróże pana Kleksa”, „Po[1]ra na czarownice”), w 1994 r. wziął udział w  programie „Na każdy temat” o  homo[1]seksualności. W wywiadzie w „Replice” (nr 79, maj/cze 2019) mówił o genezie swojego „przegiętego” wyglądu: „Od czasów mło[1]dzieńczych czuję się i w związku z tym także ubieram się w stylu over sex, poza płcią”.

Piotr B. Dąbrowski (1979) Aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Na por[1]talu Inny Poznań opowiadało coming oucie wśród najbliższych: „Najpierw powiedziałem siostrom, które przyjęły mój coming out pozytywnie. Potem powiedziałem bratu, co nie było łatwe – i dla niego, i dla mnie. Nie przyjął tego dobrze. Dzisiaj jest już zupeł[1]nie inaczej, bo ma nie tylko brata geja, ale i  transpłciowe dziecko, jest więc oddanym sojusznikiem społeczności LGBT+”.

Daniel Dobosz (1986) Aktor Teatru Studio w Warszawie, wcześniej wy[1]stępował w Lublinie. Jego „sceniczny coming out” to tytułowa rola w „Końcu z Eddym”. W wywia[1]dzie dla „Repliki” (nr 107, sty/lut 2024) opowia[1]dał o pierwszym związku z facetem: „Dzięki tej relacji sporo się o sobie dowiedziałem, na nowo mogłem się siebie nauczy. Zrozumiałem, że tak dalej nie mogę, że do tej pory nie żyłem swoim ży[1]ciem. Określiłem się. Na początku wydawało mi się, że jestem biseksualny, ale nie, jestem gejem”.

Maciej „Gąsiu” Gośniowski (1990) Tancerz i  drag performer (udział w  produkcji TVN „Czas na show. Drag me out” i niezliczo[1]ne występy w queerowych klubach całej Polski), który coraz częściej bywa aktorem. Wystąpił m.in. w spektaklu „Wyjeżdżamy” (2018, Nowy Teatr, Warszawa) Krzysztofa Warlikowskiego czy „You can fail! Porażka show” (2024, Teatr 21, Warsza[1]wa) Justyny Sobczyk. Wyoutowany od początku kariery. Trzykrotny bohater nagich kalendarzy „Repliki”. Wywiad w „R” nr 67, maj/cze 2017.

Maciej Grubich (1992) Aktor Teatru im. Osterwy w  Lublinie. „Od kiedy jestem aktorem, nie ukrywam w życiu zawodowym mojej homoseksualnej orientacji. Bo to ważne, by być sobą nie tylko we własnym domu, dla najbliższej rodziny, ale też i w pracy, niezależnie od tego, jaka ta praca miałaby być. To są dla mnie kwestie właściwie nienegocjo[1]walne” – powiedział nam Maciej. Cały wywiad pojawi się wkrótce na łamach „Repliki”.

Klaudia Janas (1997) Aktorka Teatru S. Żeromskiego w  Kielcach, znana m.in. z serialu „Na sygnale”. W wywiadzie w „R” (nr 111, wrz/paź 2024) mówiła: „W szko[1]le teatralnej miałam ze strony niektórych profe[1]sorów bardzo nieprzyjemne sytuacje odnośnie do mojego wyglądu, mojej ekspresji. Słyszałam komentarze, że chodzę jak chłop. Szukano u nas „kobiecych dziewczyn” i „męskich chłopaków”. (…) Wymuszano na mnie chodzenie w sukien[1]kach, ćwiczenie „kobiecego” chodu na korytarzu przy innych kolegach. To było upokarzające”.

Wiktor Korszla (1987) Wokalista, tancerz i  aktor – przede wszystkim musicalowy (m.in. „Metro” i  „Tarzan”, gdzie grał tytułową rolę). W okładkowym wywiadzie w „R” (nr 49, maj/cze 2014) mówił: „Prawdziwy męż[1]czyzna bez problemu założy szpilki i nie umrze ze strachu, co się stanie, jeśli mu się to spodoba”.

Edmund Krempiński (1998) Pierwszy i jak na razie jedyny transpłcio[1]wy aktor zatrudniony na etacie w polskim teatrze – Teatrze Nowym w  Łodzi, gdzie zagrał m.in. tytułową rolę w „Dobrze uro[1]dzonym młodzieńcu” (2023). Wystąpił także dwukrotnie w  nagich kalendarzach „Repliki”. Wywiad w  „R” nr 88, lis/gru 2020.

Kamil Krupicz (1989) Ma na koncie osiem głównych ról musicalo[1]wych. Zagrał m.in. w kultowej gejowskiej „Klat[1]ce wariatek” (2013, Teatr Komedia, Warszawa), w „Mamma Mia!” (2015, Teatr Muzyczny Ro[1]ma, W-wa) czy „Rent” (2024, Krakowski Teatr Variete). Również wokalista, komik i konferan[1]sjer. Z Błażejem Stenclem tworzy gejowskąpower couple branży aktorskiej. Obaj udzielili wywiadu „Replice” (nr 111, wrz/paź 2024)

Cały tekst do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Maria Minakowska, genealożka, marszałkini Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego i transpłciowa kobieta

Z MARIĄ JADWIGĄ MINAKOWSKĄ, filozofką, genealożką, doktorą nauk humanistycznych, wydawczynią, twórczynią Wielkiej Genealogii Minakowskiej, współzałożycielką i pierwszą marszałkinią Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego, rozmawia Angela Getler

fot. Joanna Mezyk

Skąd u ciebie wzięło się zainteresowanie genealogią?

Zaraził mnie dziadek, to był początek lat 80. Kiedy byłam w podstawówce, opowiadał mi o swoim dziadku. Ściągnął z półki „Słownik biografi czny Teatru Polskiego” i  gdzieś pod literą „M” jest tam Karol Minakowski, jego dziadek. Był baletmistrzem w  Teatrze Wielkim za czasów Heleny Modrzejewskiej. W  międzyczasie trafi ł do Archangielska nad Morzem Białym, gdzie mieszkał w  jednym mieszkaniu z Bolesławem Limanowskim, który opisał go w pamiętnikach. Razem tam na zesłaniu podrywali laski.

Pogłębiło się, gdy tata przyniósł do domu „Polski Słownik Biograficzny”. Był kierownikiem biblioteki Ośrodka Badań Naukowych w Olsztynie i tam dostał zeszyt, w którym było nazwisko „Radzicki”, a moja babcia była z domu Radzicka. Znajdował się tam biogram: „Józef Radzicki, podkomorzy Zakroczymski, poseł na Sejm czteroletni, członek Rady Nieustającej…” i coś tam jeszcze. Babcia powiedziała, że to jej praprapradziadek.

Na zainteresowanie genealogią miał też wpływ fakt, że urodziłam się i wychowywałam w Olsztynie. To było takie miasto, do którego ludzi przywożono wagonami w 1945 r. – wszyscy byli sobie obcy i nie czuli więzi.

Dziadek pracował na uczelni w Warszawie, ale w 1953 r. dostał ofertę katedry biochemii na Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. Było to dla niego tym atrakcyjniejsze, że rok wcześniej rozstrzelali mu brata w ramach procesów stalinowskich wobec wyższych oficerów.

Mój tata jeszcze postudiował w Warszawie, gdzie skończył bibliotekoznawstwo na UW, ale potem też dołączył. Było tu duże środowisko zainteresowane historią Prus Wschodnich. Mój tata też, bo napisał pracę magisterską o Warmii, Mazurach i Powiślu. Ale to był kraj egzotyczny, nie kraj naszych przodków.

Co ci dały te odkrycia?

Ta genealogia pozwoliła mi się wtedy odnaleźć. Jak zaczęłam w tym grzebać, to wpadłam w króliczą norę, aż doszłam do średniowiecza. Nagle się okazało, że ci, których portrety wiszą na ścianach szkolnej pracowni, mają takie ludzkie twarze i nie są obcy. Że jak się bardzo dobrze poszuka, to jesteśmy rodziną. Byłam umoczona w historię. Nie czułam się już tak wyobcowana.

Czy tylko to poczucie niedopasowania tak cię motywowało?

W roku 2024 dostałam naraz dwie diagnozy. Mając 52 lata, dostałam diagnozę transpłciowości i również diagnozę spektrum autyzmu. Mój autyzm przejawiał się tak, że jak zaczynałam jakiś przedmiot badawczy, to siedziałam w nim po kilka lat, aż go wygrzebałam do samego końca.

Też teraz rozumiem siebie – z wzorcami, że „najlepszym” zajęciem dla młodego chłopaka jest siedzieć w domu i czytać książki o historii sztuki, filozofi i i  tak dalej. Więc nawet moja nieuświadomiona wtedy transpłciowość mi nie przeszkadzała. W naszej rodzinie mężczyźni się zajmują nauką, dziadek z  tatą przerzucają się sentencjami łacińskimi. Wiadomo było, że to jest to normalne i tak wszyscy robią.

Potem się okazało, że jednak nie wszyscy. Koledzy mnie bili, bo byłam inna. Chciałam się bawić z dziewczynami, ale one ze mną nie. To siedziałam w domu i dalej czytałam książki.

To wszystko dało efekty. Poszłam na studia na fi lozofi ę na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, gdzie już siedem lat po maturze obroniłam doktorat na temat logiki formalnej przed czasami Arystotelesa. Żeby to zrobić, musiałam się nauczyć starogreckiego i przeczytać wszystko, co się zachowało w tym języku przed 350 r. p.n.e. „Normalni, zdrowi” ludzie na studiach w  tym czasie zajmowali się imprezowaniem. Autyzm poza tym, że mnie trochę wyłączał ze społecznego funkcjonowania, dał mi szansę zrobienia dużej ilości rzeczy, które z kolei dały mi rozpoznawalność i pozycję. Jak to się stało, że dopiero w wieku 52 lat przebadałaś się i na autyzm, i na transpłciowość?

Nic u siebie wcześniej nie podejrzewałaś?

Będąc właśnie taką osobą, która sobie nie bardzo radziła w relacjach, „zostałam spotkana” przez pewną panią asystentkę z Muzeum Narodowego w  Krakowie, która była ode mnie o połowę starsza. Miałam 21 lat, ona miała 30 lat i okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów, na przykład możemy dużo rozmawiać o starożytnych Grekach.

Zakochałam się i wzięłyśmy ślub. To był związek, który z czasem się okazał bardzo toksyczny, ale i taki, w którym od ślubu do orzeczenia rozwodu cywilnego przetrwałam prawie 30 lat. Żyłam zdysocjowana od mojego ciała – jak „czysta inteligencja”, cyborg, który jest przypięty do komputera.

Moje potrzeby emocjonalne czy potrzeby ciała były przeze mnie bardzo ignorowane i w ogóle się nimi nie przejmowałam. Tak naprawdę żyłam myślą, żeby jakoś tam dożyć do śmierci, a po śmierci to już będzie fajnie. Zasłużę sobie na zmartwychwstanie, dostanę nowe ciało i  wtedy będzie dobrze, byle tylko jakoś zapracować na to.

Skąd taki pogląd?

Naczytałam się trochę złych książek w okresie młodzieńczym jak „Tristan i Izolda”. Stąd wiedziałam, że jak się złoży ślub, to potem człowiek ma obowiązek go za wszelką cenę dotrzymać do końca. Złożę się na ołtarzu wierności małżeńskiej, będę sobie tak jakoś żyła i zasłużę na zbawienie. Tylko jeszcze kilkadziesiąt lat trzeba wytrzymać i ciężko pracować.

Ale w międzyczasie urodziło nam się dziecko – córka, która nie odnalazła się w tej rodzinie do tego stopnia, że mając dwanaście lat chciała popełnić samobójstwo, bo „tak się dłużej żyć nie da”.

Co zrobiłaś?

Mimo protestu żony, zaprowadziłam córkę do psychiatry dziecięcego. Dostała antydepresanty i skierowanie na psychoterapię. Żona zerwała terapię z  pierwszą terapeutką, znalazłam drugą. Ta po jakimś czasie dała mi książkę „Wsparcie dla dorosłych córek narcystycznych matek”. Powiedziała: „Panie Marku, to jest o pana rodzinie”.

I co na to żona?

Sytuacja w domu była już pełna awantur. Żona stała się zazdrosna o moją relację z córką. Ujawnił się bardzo złożony konflikt.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Mateusz Wąsik o tym, jak wypada polski projekt ustawy „o statusie osoby najbliższej…” na tle ośmiu krajów, w których są związki partnerskie, a nie ma równości małżeńskiej

Osoba najbliższa kontra związki partnerskie – jaką drogą idzie Polska? Jak wypada polski projekt ustawy „o statusie osoby najbliższej…” na tle ośmiu krajów, w których funkcjonują związki partnerskie, a nie ma równości małżeńskiej?

fot. arch. pryw.

Polska debata o  prawach osób żyjących w  związkach nieformalnych trwa od lat. Od pierwszego projektu, który miał wprowadzić instytucję związku partnerskiego mijają właśnie 22 lata. Był to projekt złożony przez grupę senatorów z prof. Marią Szyszkowską (SLD) na czele w 2003 r., w  Senacie V kadencji (druk 548). Na przestrzeni tych lat do Sejmu wpływało wiele projektów, które koncentrowały się na wprowadzeniu zinstytucjonalizowanej formy pożycia między osobami tej samej płci w formie związku partnerskiego. Polska nie była w tym sposobie poszukiwania adekwatnej formy ochrony praw osób tej samej płci oryginalna, gdyż taką ścieżką, tj. jednoczesnym funkcjonowaniem małżeństwa i związku partnerskiego, podążało początkowo wiele państw. Podczas gdy w Polsce nadal trwały debaty czy związki partnerskie są potrzebne, czy też jest to temat zastępczy, większość państw europejskich wprowadziło równość małżeńską. Wśród 49 państw świata, które zapewniają jakąkolwiek systemową ochronę dla związków jednopłciowych aż 37 (ponad 75%) uznaje pełne małżeństwo. Pozostałe zapewniają możliwość zawarcia związku partnerskiego (dane za ILGA-World; w  niektórych państwach funkcjonują i  związki partnerskie, i  równość małżeńska, w  innych równość małżeńska zastąpiła związki partnerskie, a w pozostałych funkcjonują jedynie związki partnerskie).

Polska – podejście numer…

Pod koniec 2025 r. otrzymaliśmy kolejny projekt, z którego tym razem wygumkowano nazwę „związku partnerskiego” i  zastąpiono pojęciem „osoby najbliższej”. To projekt, który ma być odpowiedzią na potrzeby tych, którzy nie chcą (pary różnopłciowe) lub nie mogą (pary jednopłciowe) zawrzeć małżeństwa, ale pragną zabezpieczyć podstawowe prawa. Czy jednak to rozwiązanie jest wystarczające? Czy Polska sili się na oryginalność w  dobie dominującej równości małżeńskiej? A może to polityczny pragmatyzm wynikający z  tego, że przy obecnym układzie politycznym to minimum oferowane przez rządzących to maksimum, które można otrzymać?

Co naprawdę załatwia „osoba najbliższa”?

Najnowszy projekt, który ma na celu regulację pożycia osób tej samej i odmiennej płci, to Ustawa o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu wraz z  ustawą Przepisy wprowadzające ustawę o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu (obie dostępne na stronach Sejmu). Projekt ten jest wynikiem trudnego kompromisu politycznego (głównie między Lewicą a PSL) i został ofi – cjalnie przyjęty przez rząd 30 grudnia 2025 r. Projekt różni się od klasycznych „związków partnerskich” tym, że nie tworzy nowego stanu cywilnego, lecz opiera się na umowie cywilnoprawnej. Projektodawcy zakładają, że umowa o  wspólnym pożyciu zawierana byłaby u  notariusza przez dwie pełnoletnie osoby, bez względu na płeć. Notariusz byłby zobowiązany przesłać informację o umowie do specjalnego rejestru Urzędu Stanu Cywilnego, dzięki czemu państwo „zobaczyłoby” związek, a  partnerzy otrzymaliby status „osób najbliższych”. Ofi cjalnie jednak w  dokumentach stanu cywilnego osoby te figurowałyby jako osoby stanu wolnego.

Umowa o  wspólnym pożyciu dawałaby osobom najbliższym możliwość złożenia wspólnego zeznania podatkowego po pełnym roku podatkowym i przy wyborze wspólności majątkowej. Osoby najbliższe zyskałyby także zwolnienie z podatku od spadków i darowizn, gdyż ustawa wprowadzająca umowę o wspólnym pożyciu nowelizuje także „grupę zerową” w podatku od spadków i darowizn. Obecna „grupa zerowa” dotyczy najbliższej rodziny (małżonek, zstępni, wstępni itd.); projekt rozszerza ochronę na partnerów z  umową o  wspólnym pożyciu. To istotna zmiana, gdyż w  przypadku śmierci jednego z  partnerów, drugi może odziedziczyć majątek bez konieczności płacenia ponad 20% podatku. Domyślnym ustrojem majątkowym miałaby być rozdzielność z możliwością zapisania w umowie o wspólnym pożyciu wspólności majątkowej.

Projekt zakłada, że osoby, które podpiszą umowę o  wspólnym pożyciu, będą miały dostęp do informacji o stanie zdrowia partnera i  wgląd w  dokumentację medyczną w  szpitalach, co pozwoliłoby zrezygnować z  funkcjonujących w  obiegu tzw. pełnomocnictw medycznych. Otwartym pozostaje pytanie, jak lekarz miałby posiąść wiedzę o tym, że partnerzy są osobami najbliższymi. Status osoby najbliższej pozwoli na zgłoszenie partnera do ubezpieczenia zdrowotnego jako członka rodziny. Projekt wprowadza prawo do zasiłku opiekuńczego z  tytułu opieki nad chorym partnerem, a  osobie pozostającej w  zarejestrowanej umowie o  wspólnym pożyciu nada prawo do renty rodzinnej po zmarłym partnerze. W  ramach pakietu przepisów wprowadzających, status osoby najbliższej ma pozwalać na wskazanie partnera jako osoby uprawnionej do otrzymania środków zgromadzonych na subkoncie w  ZUS lub w  OFE w  przypadku śmierci ubezpieczonego. Dziedziczenie? Tylko w drodze testamentu.

Cały tekst do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Hubert Sobecki (Miłość Nie Wyklucza) o „magicznej kombinacji” premiera i prezydenta oraz o innych politycznych kwestiach dotyczących LGBT+

Co dalej po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z listopada 2025 r.? Czy rządowy projekt ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu ma szansę na podpis prezydenta? Jakie są efekty działań Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza związanych z realizacją 10-letniej strategii wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce? Na te i inne pytania odpowiada HUBERT SOBECKI – członek zarządu MNW. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. Paweł Szamburski

Jako MNW w 2015 r. ogłosiliście „Strategię wprowadzenia równości małżeńskiej 2015–2025”. Rok 2025 właśnie minął. Nie mamy równości małżeńskiej ani nawet związków partnerskich. Co poszło nie tak?

Kiedy MNW zaczynało działać w 2010 r., to była grupa ludzi spotykających się w kawiarni, bez pieniędzy, bez zaplecza, z  minimalnym know-how. Mówiąc wprost: zebrała się banda marzycieli i  stwierdziła: „Zajebiście, za trzy lata zmienimy Polskę”. I coś nam wtedy wyszło. W trzy lata udało się zrobić ogólnopolską kampanię społeczną (i to za pieniądze od darczyńców!), nasz profi l na Facebooku od razu zyskał bardzo dobre zasięgi i  w  końcu: przygotowaliśmy kompromisowe projekty ustawy o związkach partnerskich, które trafi ły do Sejmu w 2012 r. Rządziła wtedy koalicja Platforma Obywatelska–PSL, a  ostatecznie… projekty zostały odrzucone głosami PiS, PSL i  101 osób z samej Platformy Obywatelskiej. Zresztą 46 posłów i  posłanek PO (tzw. frakcja Jarosława Gowina – przyp. red.). głosowało przeciw mocno okrojonemu projektowi ich własnego klubu z tego samego roku. Wystarczyło. Wszystkie ustawy przepadły. Po tym brutalnym zderzeniu z  polityką stanęliśmy przed wyborem: „No dobra, to co teraz robimy?”. Część ludzi miała tego dość, a  pozostali stwierdzili, że działamy dalej, tylko trochę inaczej – przestajemy z  góry zgadzać się na ustępstwa. Te ustawy były dla nas kompromisem i miały realizować tak zwaną taktykę małych kroków? Tymczasem debata w  Sejmie to był jakiś żałosny cyrk o  tym, że to są homomałżeństwa i że nie można dopuścić do adopcji dzieci – cyrk dotyczył tego, czego w ustawie właśnie nie było. To po co walczyć o mniej praw, skoro i tak politycy odbierają to jako maksimum? Poprosisz o połowę – nie dostaniesz nic, poprosisz o  całość – dostaniesz ćwierć. Walczmy więc od razu o wszystko! Wiedzieliśmy, że to zajmie dużo czasu, że potrzebujemy strategii, a do tego: ustawy o równości małżeńskiej. Założyłyśmy też, że nie możemy skupiać się na samym Sejmie, że trzeba tłuc ogólnopolskie kampanie społeczne, żeby ludzie też chcieli równości.

Wracam więc do pytania: co poszło nie tak?

Przede wszystkim zawiodła klasa polityczna. Być może w Sejmie mamy już nieco więcej osób sojuszniczych niż dziesięć lat temu, ale jakość debaty, podejście do tematu ze strony czołowych polityków – tu nic się nie zmieniło. Obecny projekt rządowy to w gruncie rzeczy odgrzewany pomysł sprzed lat – wariacja na temat projektu Platformy Obywatelskiej z lat 2012–2013. To polityczna porażka rządu. Od kogo tak naprawdę zależy to, czy w Polsce będzie równość małżeńska? Od premiera i  prezydenta. Premier może nawet jutro powiedzieć na spotkaniu rządu: „Trzeba przegłosować ustawę o  równości małżeńskiej. Mamy gotowy projekt od organizacji społecznej, możemy już pracować nad wszystkimi analizami. W zamian za poparcie mam X stanowisk dla waszych polityków”. Nie oszukujmy się – nie ma znaczenia, w  co politycy wierzą – liczy się wyłącznie interes polityczny: słupki poparcia, wpływy, stołki, pieniądze, władza. Potem oczywiście byłby jeszcze prezydent, który musiałby to podpisać. Więc dopóki nie ma tej magicznej kombinacji: premier i prezydent, dopóty nie będzie żadnej ustawy.

Nie zapowiada się, by szybko miało to nastąpić.

To prawda. Ostatnim momentem, kiedy to naprawdę było realne, były lata 2012– 2013, czyli rządy PO–PSL i  prezydentura Bronisława Komorowskiego. Dla tamtych polityków prawa osób LGBT+ były czymś egzotycznym, ale jednocześnie aspirowaliśmy do standardów Unii Europejskiej. Mieliśmy poczucie, że skoro na Zachodzie coś funkcjonuje, to u nas też w końcu trzeba będzie to zrobić. W 2015 r., kiedy wybory wygrało PiS, zaczęła się zupełnie inna epoka. Nasze prawa, nawet samo nasze istnienie, stały się narzędziem do polaryzowania elektoratu.

Jakie cele waszej strategii udało się zrealizować?

Przede wszystkim ogromnie wzrosło poparcie społeczne dla równości małżeńskiej. Kiedy zaczynaliśmy, wynosiło około 29%. Zakładaliśmy, że chcemy dojść do ponad 50% i to właściwie się udało, mimo ośmiu lat brutalnej nagonki ze strony PiS. W pierwszy sondaż z wynikiem 50% można wątpić, ale dziś potwierdzają to trzy badania z  różnych źródeł. Drugą kluczową zmianą jest to, że równość małżeńska przestała być tabu w  mediach. Dziennikarze pytają dziś polityków o małżeństwa jednopłciowe, a tęczowe rodziny są obecne w mainstreamie. To efekt wieloletniej pracy – wcześniej trzeba było przekonywać redakcje, przysłowiowe telewizje śniadaniowe, że to w ogóle jest temat. Zmiana zaszła też wreszcie wewnątrz samego uchu LGBT+. Dziś postulat równości małżeńskiej wydaje się oczywisty, ale kiedy z nim wyszliśmy, byli aktywiści, którzy uważali, że szkodzimy sprawie. Przełomem był kongres w 2019 r., gdy 27 organizacji podpisało wspólną deklarację. Udało się również przygotować projekt ustawy o równości małżeńskiej – celowo prosty, znacznie prostszy niż projekty związków partnerskich – i pokazać, że to nie jest legislacyjna rewolucja. I wreszcie: od początku wiedzieliśmy, że sama polityka nie wystarczy. Dlatego postawiliśmy na litygację strategiczną (wykorzystywanie postępowań sądowych do osiągania celów społecznych i politycznych – przyp. red.). Akcja „do Strasburga”, która zaczęła się w 2015 r., po dziewięciu latach zakończyła się pierwszym wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przeciwko Polsce (Przybyszewska i  inni v. Polska – skarga 11454/17 – przyp. red.), który jasno wskazał, że państwo musi zapewnić osobom LGBT+ ochronę prawną w  postaci przynajmniej związków partnerskich. Dziś pracując nad nową strategią na lata 2025–2035, opieramy się na wyroku TSUE jako realnym narzędziu nacisku.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Małgorzata Potocka „w łóżku z lesbijką” – wywiad z aktorką i reżyserką

Z Małgorzatą Potocką, aktorką, reżyserką, producentką filmową, rozmawia Rafał Dajbor

fot. Magdalena Franczuk

Jest pani aktorką, producentką, performerką, reżyserką filmów dokumentalnych o sztuce, kierowała też pani radomskim Teatrem im. Kochanowskiego i łódzkim oddziałem TVP. Z którą sferą swojej działalności identyfi kuje się pani najbardziej?

Na szczęście nie musiałam tych wszystkich aktywności uprawiać jednocześnie, więc mnie ta rozmaitość zajęć nie uwierała. Czuję się po prostu artystką spełniającą się w różnych rodzajach twórczości. Lubię też robić zdjęcia, lubię mieć wystawy, lubię reżyserować, a przede wszystkim bardzo lubię mieć wpływ na wszystko, co się wokół mnie dzieje. Dlatego dyrektorowanie teatrowi było dla mnie z jednej strony kompletnie nieciekawe, a z drugiej fascynujące. Byłam odpowiedzialna za fi nanse, administrację, ale też za stan psychiczny pracowników i ich bolączki, a teatr to nie jest hala produkcyjna, tylko miejsce pełne ludzi przepełnionych swoimi emocjami, bo tacy są artyści. Z drugiej strony jako dyrektorka miałam tę sprawczość – mogłam wymyślić przedstawienie, dobrać znakomitego reżysera, scenografa, kompozytora. Była to dla mnie świetna przygoda.

Bywała pani także stylistką i w tej roli współtworzyła wizerunek swojego partnera, wybitnego muzyka Grzegorza Ciechowskiego. Pamięta pani, jak odbierali go geje? Podobał się im?

To bardzo ciekawe pytanie, ale niestety chyba nie potrafi ę na nie odpowiedzieć. Grzegorz miał raczej dość szorstki image, nie miał w sobie tej miękkości, która mogłaby podobać się gejom. Nie pamiętam, żeby któryś mówił mi coś na temat Grzegorza i jego wizerunku, ale nie wykluczam, że mógł on zwracać uwagę także gejów.

A czy przypomina sobie pani swoje własne pierwsze zetknięcie się z homoseksualnością?

Już jako mała dziewczynka mieszkająca w Łodzi zetknęłam się z pierwszym gejem, fryzjerem, wielkim przyjacielem naszej rodziny, u którego wszyscy się czesaliśmy. Mój tata był scenografem, twórcą rekwizytów i kostiumów. Cały ołtarz Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” to jego dzieło. Do naszego domu przychodzili tancerze, muzycy, wśród których byli tacy, o  których mawiało się wtedy, że „wolą mężczyzn” (słowa „gej” jeszcze nie było). Jeden z moich przyszywanych wujków, malarz, miał żonę i dzieci, ale gdy dzieci dorosły – odszedł do mężczyzny. To było coś, o  czym mówiła wtedy cała artystyczna Łódź. Nigdy nie było to dla mnie żadnym problemem, ponieważ od najwcześniejszych lat stykałam się nie tylko z  ludźmi różnych orientacji seksualnych, ale też różnych narodowości, wyznań, kolorów skóry. Nigdy nie musiałam być „tolerancyjna”, bo dla mnie różnorodność była czymś, co jest normalne, zwykłe, niewymagające żadnego „tolerowania”.

Domyślam się, że pani córki także w ten sposób podchodzą do świata?

To teraz opowiem, co kiedyś zrobiła nasza z Grzegorzem córka Weronika. Na lekcji religii usłyszała od zakonnicy katechetki, że homoseksualizm to choroba, którą trzeba leczyć. Wstała i powiedziała: „Takich głupot to ja nigdy nie słyszałam, a siostrze nie wolno takich bzdur opowiadać”, po czym wyszła, trzaskając drzwiami. Oczywiście zrobiła się chryja, zostałam wezwana do szkoły, ale powiedziałam, że córka miała rację, a katechetka jest po prostu niedouczona i skoro jest kołtunką, to powinna stracić pracę, zaś jeśli dyrektor szkoły ma co do tego jakieś wątpliwości, to niech porozmawia z lekarzem. Pamiętam święta, na których jedynymi heteroseksualnymi osobami byłyśmy Weronika i  ja, a poza tym – dwie pary lesbijskie i dwie pary gejowskie. Wśród nich był także mój przyszywany siostrzeniec, na którego ślubie zresztą byłam.

Wróćmy jeszcze do pani taty Ryszarda Potockiego, który jako scenograf współtworzył wybitne filmy: „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza czy „Jak daleko stąd, jak blisko” Tadeusza Konwickiego. W 1972 r. współpracowaliście przy „Szklanej kuli” Stanisława Różewicza. Jak państwu pracowało się razem?

Genialnie! Nie myśleliśmy, że to nasze jedyne zawodowe spotkanie. Traktowaliśmy „Szklaną kulę” jako początek wspólnej filmowej przygody, ale niestety wkrótce tata zmarł. W przeciwieństwie do wielu rodziców, których przeraża myśl, że ich dziecko mogłoby być artystą – tata w pełni akceptował to, kim chcę być. To bardzo ważne, żeby mieć takiego wspierającego rodzica.

Czy pani dziecięcy występ w filmie Marii Kaniewskiej „Awantura o Basię” był momentem, w którym pojawiła się myśl o zostaniu aktorką?

Brałam udział w zdjęciach próbnych do roli tytułowej, które zawaliłam z powodu swojego paskudnego charakteru, bo od razu oznajmiłam, że nie założę żadnej z sukienek, które mi proponują, gdyż wszystkie były okropne. Dostałam więc tylko malutką rólkę. Ale to nie był przełom, raczej wprawka, bo od kiedy pamiętam, wiedziałam, że będę artystką. Śpiewałam przed lustrem, wcielając się w  Ellę Fitzgerald albo Violettę Villas…

…czyli gejowską diwę!

…która do końca życia nie miała świadomości, że jest gejowską diwą. Bycie artystką było dla mnie czymś tak oczywistym, że dzisiaj wręcz się dziwię, że żadna z moich córek nie poszła w tym kierunku, chociaż Weronika świetnie śpiewa, a Matylda tak urządza wnętrza, że byłaby, według mnie, rewelacyjną architektką wnętrz.

Z dzienników Andrzeja Wajdy wynika, że w roli Małej we „Wszystko na sprzedaż”, która stała się pani „dorosłym” filmowym debiutem, planował pierwotnie obsadzić Małgorzatę Braunek. Czy miała pani więcej takich sytuacji, gdy trzeba było wyjątkowo starać się o rolę?

W połowie lat 70. zaproszono mnie na zdjęcia próbne do Macedonii do jugosłowiańskiego filmu „Jad”. Reżyser szukał aktorki wśród wielkich diw z całej Jugosławii i Włoch, ale miał jakieś kontakty z Polską, co sprawiło, że i mnie mu polecono. Gdy znalazłam się na miejscu, odwrócił się do aktora i kierownika produkcji w jednej osobie i powiedział, że kompletnie mu się nie podobam. Tamten stwierdził jednak, że skoro aktorka przyleciała z Warszawy, to trzeba spróbować. To była główna rola dziewczyny podejrzewanej o  bycie czarownicą. Jeździłam konno (byłam niedługo po „Hubalu”, więc zrobiłam taką rundę wokół ekipy, że wszyscy byli w szoku), miałam przywiązywany kamień do szyi i  byłam topiona w  rzece. Nie znałam języka, więc wszystko odbywało się na ruchu, krzyku i emocjach, a w scenie topienia zaczęłam się głośno modlić po polsku. Po tych zdjęciach próbnych ów aktor i szef produkcji powiedział, że albo ja gram, albo on wycofuje się z przedsięwzięcia. Oczywiście reżyser musiał przyznać mu rację.

W tym samym czasie zagrała pani w „Niespotykanie spokojnym człowieku”, mniej znanym filmie Stanisława Barei. Jak pani wspomina reżysera uznawanego za klasyka polskiej komedii?

Bardzo żałuję, że zagrałam tylko w  jednym jego filmie. Bareja był nieprzeciętnie inteligentny, tak grał z  cenzurą, że właściwie nie pozwolił się cenzurować, na dobrą sprawę wręcz wykpił cenzorów. Przekazywał w  swoich filmach wszystkie te myśli, które chciał przekazać. Gdyby dziś ktoś młody chciał dowiedzieć się prawdy o tamtej Polsce, to nie dowie się jej z filmów Wajdy, tylko właśnie od Barei.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„Niegrzeczny chłopiec” – z Damianem Glinką, dziennikarzem showbiznesowym Pomponika, plotkuje Tomasz Piotrowski

fot. YouTube @PomponikTV

Dwóch gejów idzie na randkę do restauracji. Kto powinien zapłacić?

(śmiech) Chyba oglądałeś moją rozmowę z Dodą sprzed czterech lat.

Dokładnie. W jednym z wywiadów pytasz Dodę, kto powinien płacić na pierwszej randce, a potem dopytujesz, jak to u gejów powinno wyglądać. Na co Doda po krótkim zastanowieniu: „To ty mi powiedz!”. Nie udzieliłeś odpowiedzi, więc dopytuję.

Mogę powiedzieć, jak to jest u  mnie. Jeżeli ktoś mi się podoba, to zapłacę, a jeżeli nie… (śmiech) Nie no, żartuję, zazwyczaj ja płacę. Zgodnie z zasadami – ten, kto zaprasza, ten płaci, a że zazwyczaj ja wychodzę z tą propozycją, to koszt spada na mnie. A ty jak uważasz?

Zapraszając na spotkanie, jestem gotowy zapłacić, ale zazwyczaj druga osoba się buntuje wobec takiego scenariusza i każdy płaci za siebie. Można cię spotkać na aplikacjach randkowych?

Na Tinderze, ale ostatnio zablokowali mi konto.

Wysyłasz ludziom niecenzuralne zdjęcia i Tinder cię blokuje?

(śmiech) Nie! Po prostu ktoś zgłosił mój profi l, nie zweryfikowałem się w wyznaczonym przez Tindera czasie i usunęli mi profil. Przez ten incydent straciłem cały swój magazyn potencjalnych związków. Mam teraz nowego Tindera, ale… niestety nie cieszę się dużym powodzeniem.

Ludzie cię tam nie rozpoznają?

Rozpoznają i  to jest problem. Dużo osób ma już jakieś zdanie na mój temat. Jedni mnie nie lubią, inni wiedzą, czym się zajmuję i uważają, że to byłoby przytłaczające. Jest wiele powodów, dlaczego nie mam powodzenia. A finał jest taki: wydaje mi się, że jeśli kogoś poznam, to raczej w życiu, nie w aplikacji.

Może masz słaby opis?

Zajebisty mam opis! „Ten, który drugi dołączy do pary, ten się odzywa”. I jak go dodałem pięć lat temu, to mnóstwo osób pisało, że „wow, ale pomysłowe”. Teraz sporo osób też ma takie opisy, ale ja taki miałem, kiedy to jeszcze nie było modne. Moim zdaniem to ja ten opis wymyśliłem i ludzie ode mnie go ściągnęli! Generalnie od kiedy zacząłem pracować w Pomponiku, to zainteresowanie mną zaczęło falować. Jak mam dobry feedback, ludziom podoba się to, co robię, to widzę więcej par, jak zły – mniej. Na przykład ostatnio po reality show „Good Luck Guys” (Prime Video), w  którym brałem udział, zainteresowanie spadło.

Ludziom nie spodobał się twój udział w tym programie?

Byłem jedną z  najmniej lubianych osób. Chodziło w nim o rywalizację, o grę. I  pod tym względem uważam, że zaprezentowałem się okej, ale ludzie przez to odebrali mnie jako kogoś, kto idzie „po trupach do celu”. Jednak na całe szczęście była też grupa osób, która mi kibicowała. Mniejsza, ale była.

Jednak ludzie uwielbiają oglądać twoje wywiady z gwiazdami, bo chyba nikt inny nie ma odwagi zadać niektórych pytań.

Na początku robiłem zupełnie „normalne” wywiady i mało kto je oglądał, bo nikogo to nie interesowało. W  pewnym momencie skumałem, że najlepszą opcją jest zadawać pytania, które wzbudzają emocje. Niektórzy myślą, że nie zdawałem sobie sprawy, że to przekracza granice. Doskonale o tym wiedziałem. To była część mojego planu, aby „wybić się”. To była ciężka droga, bo regularnie byłem krytykowany, jednak w Pomponiku jest dużo fajnych osób, które mnie wspierały i razem przetrwaliśmy ten ciężki czas. Teraz jest trochę inaczej, bo „wybicie się” mam za sobą i trochę spuściłem z tonu. Nie idę w stronę kontrowersji.

O swojej orientacji mówisz raczej mimochodem: w jednym z wywiadów mówiłeś „my” w kontekście: „my, osoby LGBT”, w innym mówisz, że miałeś chłopaka. Jesteś gejem? Czy może identyfikujesz się jako biseksualny facet?

Przez pewien czas myślałem, że jestem biseksualny. Jednak teraz wiem, że jestem gejem.

To można powiedzieć, że ten wywiad będzie twoim coming outem?

Kurde… no można! To właściwie nigdy nie była też jakaś wielka tajemnica. Mimo że nie zrobiłem coming outu, to mówię o tym dość swobodnie. Chociażby o tym, że biorę ślub z chłopakiem, bo miałem już takie plany! Gdy wynika to z rozmowy, że ktoś pyta, co robiłem w weekend, to mówię, że na przykład byłem gdzieś na randce z chłopakiem.

To też są przecież coming outy.

No to tak, takich to robię pełno, bo to dla mnie nie jest jakiś wielki temat. Nigdy po prostu nie wydawałem jakiegoś oświadczenia, nie pisałem długiego postu na Instagramie, w  którym ogłaszałem wszem i wobec, że jestem gejem. Bo po prostu to dla mnie naturalne.

A przed rodzicami nie miałeś coming outu?

Nigdy nie usiedliśmy przy stole i  nie powiedziałem im: „Mamo, tato, jestem gejem”. Zresztą do tej pory nie rozmawialiśmy o tym wprost. To nie jest tak, że oni nie wiedzą – doskonale wiedzą. Mama kiedyś zapytała: „To jest twój chłopak?”, powiedziałem: „tak”. Ona: „okej”. I tyle. Mega mi pomogło, że u mnie w rodzinie była już lesbijka. Ona chyba „przetarła ścieżki” – w naszym domu pojawiały się rozmowy na ten temat. I to nie były rozmowy: „Matko Boska, lesbijka, co teraz będzie?!”, tylko po prostu: że ona ma dziewczynę, że będzie z nią na rodzinnym spotkaniu. To mi dodało pewności siebie. Rodzice poznawali moich chłopaków. Wiem, że jestem szczęściarzem, że u mnie był taki luz z orientacją. Jedynie w technikum było inaczej.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

LES*Środy w QueerMuzeum. Wywiad z Adrianą Kapałą, jedną z organizatorek

Rozmowa Angeli Getler.

fot.: LES*Środy

Kiedy w Polsce zaczęły się lesbijki*?

Zawsze były, a pierwsze opowieści sięgają czasów średniowiecznych. To skrawki historii nie tylko lesbijek*, ale szerzej queerowych osób. Do XVIII–XIX wieku to są pojedyncze historie, wyłowione często z ksiąg sądowych lub kronikarskich zapisów. Mamy na wystawie w  QueerMuzeum opowieść o  kobiecie, która poślubiła swoją partnerkę, dlatego że miała dokumenty na męskie nazwisko. Później skazano ją za posługiwanie się nieprawdziwymi dokumentami, ale co interesujące, już nie za relację, choć te kobiety rzeczywiście żyły ze sobą w związku.

A czym są LES*ŚRODY w QueerMuzeum?

Są próbą z jednej strony dotknięcia polskiej herstorii, zestawienia jej z teraźniejszością les*kobiet. Zamysł był taki, żeby tę kulturę pokazać i ożywić. Chciałyśmy sięgnąć po to, co minione i opowiedzieć o tym, ale też spotkać się – tu i teraz – z doświadczeniem kobiecym i z osobami, dla których to ważne.

My, czyli kto?

Jesteśmy w zespole cztery. Ja i Magdalena Staroszczyk, obie reprezentujemy QueerMuzeum, oraz Monika Rak i Agnieszka Małgowska, które na co dzień działają w Stowarzyszeniu Sistrum. Przestrzeń Kultury Lesbijskiej*, pilotującym projekt Lesbijskie* Archiwum Wirtualne.

LES*ŚRODY odbywają się co dwa tygodnie w QueerMuzeum, z małymi wyjątkami. Wszystko zaczęło się w lutym zeszłego roku. Pierwszy sezon trwał do wakacji. Drugi zaczął się po wakacjach i trwał do grudnia. W styczniu 2026 r. rozpoczął się trzeci sezon.

Na czym polegają wasze wydarzenia?

Oba sezony zaczęły się performatywnymi spacerami po lesbijskiej* osi czasu. Występowało sześć-siedem performerek. Wcielałyśmy się w  różne postacie, które można oglądać w QueerMuzeum. Osoby uczestniczące mogły poznać herstorię np. lekarki Zofi i Sadowskiej, pisarki Narcyzy Żmichowskiej, ikonicznej pary Konopnicka–Dulębianka.

Ciekawie jest opowiadać inaczej i  na nowo o osobach, o których można poczytać chociażby w Wikipedii. Tylko że tam często nie znajdziemy za wiele na temat ich relacji uczuciowych i  życia prywatnego. Dla przykładu: reżyserka Wanda Jakubowska ze swoją partnerką Gerdą Schneider razem pracowały nad filmem „Ostatni etap”. To klasyk kinematografi i. Ale związek twórczyń był przemilczany.

Fascynującą postacią jest dla mnie Maria Rodziewiczówna. Z jednej strony ziemianka, pisarka, która w dwudziestoleciu międzywojennym działała w  ruchu narodowym. Była przez ten ruch zresztą bardzo hołubiona. Przyjeżdżały do niej wycieczki, żeby pokłonić się wielkiej patriotce. Z  drugiej strony cały czas żyła z kobietami i to nawet w poliamorycznej relacji. To są tematy, jakie staramy się wyciągać, by pokazywać nieoczywistość tych biografii.

Co jeszcze się dzieje?

Proponujemy różne formaty naszych spotkań, by każda ktosia mogła coś dla siebie znaleźć. Prócz oprowadzań mamy pogadanki. Mogą dotyczyć obiektu wyciągniętego ze zbiorów QueerMuzeum albo lesbijskiego* motywu w kulturze. Zapraszamy gościnie – artystki czy osoby związane z jakąś dziedziną les*sztuki. Była u nas artystka wizualna Karolina Sobel, która podjęła próbę stworzenia lesbijskiego* archiwum fotografi cznego lat 90.

W  październiku odkryłyśmy nową formułę – les*storyczne słuchanki. To były biografi czne wywiady z  projektu Lambdy Warszawa „Historia mówiona społeczności LGBT+”. Słuchałyśmy wspólnie fragmentów rozmów przeprowadzonych z dwiema bohaterkami, a potem o nich dyskutowałyśmy.

Zaproponowałyśmy też les*czytanki. To jest trochę bardziej wymagająca forma, bo prosimy uczestniczki, by podzieliły się tym, co czytają. Zależało nam, by to była polska literatura. Lista polskich tekstów lesbijskich* jest naprawdę różnorodna. Nawet jeśli nieporównywalna z seriami zagranicznymi, zwłaszcza young adult.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„Macajcie jajka” – Witold i Mateusz Machowiczowie dzielą się onkologiczną historią

Witold i Mateusz Machowiczowie byli bohaterami wywiadu „Repliki” dwa numery temu (Witold niedawno zmienił nazwisko na nazwisko partnera). Opowiedzieli wtedy o swoim ślubie podczas spektaklu „Spartakus. Miłość w  czasach zarazy” w  szczecińskim Teatrze Współczesnym. Kilka dni po udzielonym wywiadzie Witek usłyszał diagnozę lekarską: rak jądra. Obaj są zdania, że dzielenie się informacjami onkologicznymi może być bardzo pomocne. Dlatego zgodzili się wrócić na nasze łamy i opowiedzieć tę rakową historię. Chłopaków wysłuchał i tekst zredagował Mariusz Kurc

fot. Jacek Sikorski

Jak to wszystko się zaczęło?

Witek: Zaczęło się 6 września zeszłego roku. Wieczorem wziąłem prysznic i  wskoczyłem do łóżka. Mateusz jeszcze się mył, czekałem na niego. Pomacałem się po jajkach bardziej nieświadomie niż świadomie. Ot, taki bezwiedny odruch, chyba wielu facetów go ma. Bez żadnego zamysłu: „A  teraz zbadam sobie stan moich jąder”, nic takiego. Ale poczułem, że z jednym jajkiem jest coś nie tak – nieregularność, zgrubienie lekko pofałdowane. Nie tak jak normalnie. Jakby coś na tym jajku było, jakaś narośl. Przyszedł Mateusz, powiedziałem mu.

Mateusz: Dotknąłem dokładnie jajek Witka, których często przecież dotykam i w ogóle dobrze je znam – rzeczywiście też to coś poczułem. Narośl obejmowała może jakieś 20% całego jajka.

Witek: Mati od razu rzucił: „Umawiaj urologa”. To była bardzo mądra myśl. Jeszcze tego samego wieczoru zarezerwowałem w  Lux Medzie wizytę. Pierwszy termin był za dwa tygodnie. Dziś wiem, że trzeba było umawiać specjalistę gdziekolwiek jak najszybciej, ale wtedy te dwa tygodnie wydawały mi się w miarę rozsądnym terminem – grunt, że miałem już potwierdzoną wizytę.

Mateusz: My, geje, mamy chyba łatwiejszy psychiczny „dostęp” do jajek, nie wiem, jak inaczej to nazwać. Może generalizuję i tak dalej, ale mam wrażenie, że partnerki facetów hetero nie mają takiej atencji w stosunku do ich jąder jak geje do jąder swoich facetów. Jestem pewny, że gdybyśmy nie wykryli tej narośli tamtego wieczoru, odkryłbym ją u Witka podczas najbliższego seksu. Najczęściej mamy jajka ogolone do zera i co tu dużo mówić, poświęcamy im nawzajem wiele uwagi (śmiech).

Witek: Nawet jeśli jest to „nadwrażliwość” na te części ciała, to lepiej dmuchać i chuchać niż bagatelizować zagrożenie.

Mateusz: Co więcej, teraz, gdy mamy nieporównanie większą wiedzę na temat nowotworów jąder, chcemy powiedzieć tym, którzy wyczują podobną narośl, by nie czekali dwa tygodnie, by w ogóle nie czekali, tylko żeby zrobili wszystko, by umówić wizytę u lekarza jak najszybciej. Czas ma ogromne znaczenie. Nie wolno zwlekać. My, nie licząc tych początkowych dwóch tygodni, działaliśmy bardzo szybko. Na różnych blogach facetów z  przerzutami i  po chemioterapii czytaliśmy, że oni zrobili wielki błąd na początku, zwlekając z pierwszą wizytą. Nie wolno zwlekać!

Witek: Po tych dwóch tygodniach narośl jakby troszkę się powiększyła. Wizyta u urologa była w piątek 19 września. Po badaniu USG od razu zdiagnozował, że jest podejrzenie nowotworu. Dał mi skierowanie na markery z krwi, a z wynikami miałem zgłosić się znów do urologa – do niego lub do innego. Zrobiłem to badanie od razu. Wyniki były do ściągnięcia z sieci w trakcie weekendu. W poniedziałek (inny) urolog dał mi na cito skierowanie na oddział urologiczny – bo tak, jest nowotwór do wycięcia. „Proszę się zgłosić na oddział jak najszybciej”. Właściwie on tylko potwierdził to, co już wiedziałem, bo przez weekend „konsultowałem się” wielokrotnie z Gemini. Wiadomo, że trzeba mieć ograniczone zaufanie do tego typu narzędzi i ostatecznie kierować się zdaniem lekarzy, ale muszę przyznać, że w historii z jajkiem sztuczna inteligencja nieraz mi pomogła. Zdawałem więc sobie sprawę, że trzeba to jądro wyciąć i to już, bo to jedyna stosowana praktyka przy tym nowotworze, gdyż bez wycięcia nie ma szans na precyzyjną diagnozę.

Mateusz: Czekanie na wyniki markerów w tamten weekend to był duży stres. Dzięki tym markerom można wstępnie „zobaczyć”, czy ten nowotwór jest bardziej złośliwy, czy łagodniejszy, czy jest bardzo zaawansowany, czy chyba jeszcze nie. Sprawdzaliśmy ileś razy w internecie, czy te wyniki już są. Gdy tylko się pokazały, nasz niezawodny asystent Gemini był od razu w użyciu. Poinformował nas, jakie są rokowania przy każdym z możliwych wariantów. Jeszcze później, przy badaniu histopatologicznym, które robi się już po operacji, wyszło, że Witek wpadł w najlepszy z  możliwych wariantów, czyli taki bez przerzutów. Jeśli by były przerzuty, to rak jądra idzie na węzły brzuszne, następnie są ogniska na płucach, a potem trafi a do mózgu. Jak ten rak sobie „wisi” przy jajku, które w tej mosznie jest jakby trochę oddzielone od reszty ciała, to pół biedy. Gdy są przerzuty, potrzebna jest chemioterapia lub radioterapia, ale nawet wtedy jest raczej wyleczalny – tym bardziej, im wcześniej wykryty. Niemniej stres dotyczył też tego, czy Witka czeka chemioterapia, czy nie?

Witek: W  tamten weekend czułem lęk, nawet dość duży, ale nie była to panika. Dzięki Gemini i dość łatwemu dostępowi do specjalistów przez Lux Med, nie czułem się pozostawiony sam sobie. Wpadłem w  tryb zadaniowy. Teraz muszę zrobić to, następnie tamto i  tak dalej. Do tego doedukowywanie się. Przetrząsanie internetu, fora nie fora. Na tyle, na ile mi się udało doedukować, to generalnie nowotwory jądra mogą być dwa: nasieniaki i nienasieniaki. Bywają też warianty mieszane. Nasieniaki to są te „lepsze”, łatwiej wyleczalne. Ale nawet te gorsze i bardziej zaawansowane niż mój, są w zdecydowanej większości przypadków wyleczalne. Byle nie zwlekać z  pierwszą wizytą – powtórzę to po Matim. Okazało się, że prawdopodobnie mam nasieniaka, ale tak na 100% to nie wiadomo, bo te początkowe badania nie są zupełnie jednoznaczne. Ostateczna diagnoza jest dopiero po badaniu histopatologicznym, czyli – przypomnę – po tym, jak bada się próbkę wyciętego jądra. Bo warto dodać, w przypadku jąder nie robi się biopsji, tylko od razu pełne wycięcie przy podejrzeniu nowotworu – i dopiero takie wycięte jądro się dogłębnie bada.

Mateusz: Wszystko zadziało się w sumie bardzo szybko. 6 września odkrywamy narośl, a trzeciego października Witek już był po operacji.

Witek: Ale nie wyprzedzaj. Wcześniej było jeszcze szukanie szpitala. Pan doktor wystawił skierowanie na operację, ale ja w sumie nic nie wiem, dokąd mam iść? Dzwonię do jednego czy drugiego oddziału urologicznego w  szpitalach we Wrocławiu, nikt oczywiście nie odbiera. Biorę więc na następny dzień wolne z pracy i jadę tam. To był 23 września. W jednym szpitalu kogoś tam wypytuję, ktoś tam mnie kieruje gdzieś na drugie piętro, czekam, w końcu dostaję się do lekarza… Ach, ale zapomniałem powiedzieć – jest coś takiego jak karta DILO, czyli karta diagnostyki leczenia onkologicznego, która przyspiesza terminy różnych badań. Wystawia ją lekarz, ale dostać się do lekarza, już nie z Lux Medu, tylko z Narodowego Funduszu Zdrowia, nie jest tak łatwo

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Barbara Bursztynowicz nie tylko o „Tańcu z gwiazdami”

Nie tylko o „Tańcu z gwiazdami” – z aktorką BARBARĄ BURSZTYNOWICZ rozmawia Rafał Dajbor

fot. Andrzej Tyszko

 

Gratuluję pani serdecznie dojścia do ćwierćfinału „Tańca z gwiazdami”! Miała pani wiele kibicek i wielu kibiców. Czym był dla pani udział w tym programie?

Bardzo wiele zyskałam! Dostałam olbrzymi zastrzyk emocji – zupełnie dla mnie nowych. To jest wielkie show, nad którym pracuje sztab ludzi. Musiałam się mierzyć z trudnymi dla mnie bodźcami, ciągłym ruchem, pośpiechem, hałasem, bardzo intensywnymi reakcjami publiczności, cudownie wspierającymi nas, bardzo pozytywnymi i, o dziwo, podołałam temu. Jestem osobą raczej kameralną i taki program to nie jest dla mnie naturalne środowisko. Wzmocniłam się fi zycznie, moje ciało stało się bardziej plastyczne. Poznałam wspaniałych ludzi, którzy na każdym etapie otaczali mnie przyjaźnią i opieką. Były takie sytuacje, w których czułam, że gdyby nie ta serdeczność, to byłoby mi dużo trudniej. Ale dałam radę i jestem z siebie teraz naprawdę bardzo dumna!

Pani taneczny partner Michał Kassin był w ubiegłym roku jednym z okładkowych bohaterów „Repliki”. Pozował ze swoim ówczesnym partnerem. Dobrze się pani współpracowało z Michałem Kassinem?

Michał jest fantastycznym człowiekiem, mężczyzną z ogromnym wdziękiem i urokiem, a do tego genialnym tancerzem i nauczycielem tańca. Cierpliwym, delikatnym, przekazującym wiedzę o tańcu w sposób wrażliwy i inteligentny. To, jakim jest człowiekiem, przekładało się na relacje uczennica – trener. Niesamowite wraż enie robi jego falujące ciało, które bez wysiłku, płynnie i z niespotykaną gracją wyraża każdą emocję, wręcz magnetyzuje. Michał wyczarowuje to z taką łatwością, że za każdym razem zadziwia. Po prostu ma to na zawołanie. W przygotowywanych dla nas choreografi ach udowadniał, że taniec może być piękną, ludzką historią opowiedzianą ciałem w ruchu. Podsumowując naszą niezwykłą przygodę w „Tańcu z Gwiazdami”, wyznałam, że Michał jest jedną z moich największych miłości i wiem, że zyskałam w nim przyjaciela. Mam nadzieję, że jest to przyjaźń na długie lata. My nie tylko odbywaliśmy razem treningi, godzinami ćwiczyliśmy taniec, żeby potem zademonstrować przed publicznością efekt naszych zmagań, my bardzo dużo rozmawialiśmy o życiu, opowiadaliśmy o sobie, o swoich małych i dużych problemach. Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru, że o wielu sprawach myślimy podobnie. Miałam dotąd duży dystans do świata youtuberów, do TikToka. Michał mnie w to wciągnął. Nasze wspólne filmiki rozbawiały wielu naszych fanów. Ja też się w to wciągnęłam. Wspólne poczucie humoru jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Lubimy żartować i co ważne, mamy do siebie ogromny dystans.

Występowała pani w tej edycji „Tańca z gwiazdami” razem z Katarzyna Zillman, pierwszą wyoutowaną lesbijką w programie, tańczącą z Janją Lesar w pierwszej jednopłciowej parze w historii programu. Jak się pani podobał ich taniec?

Każdy taniec Kasi z Janją Lesar bardzo mi się podoba. Kasia jest przede wszystkim sportsmenką, ale okazało się, że jest też niezwykle utalentowana tanecznie i aktorsko. Ma przy tym ogromny, wręcz trudny do okiełznania w życiu temperament. Ale przełożony na parkiet sprawia, że ona elektryzuje. W tańcu była zdyscyplinowana, ambitna, piękna w ruchu ciała, żywiołowa i dynamiczna. Prywatnie jest cudowna, kochana, przyjacielska, lubi się przytulać, okazywać przyjaźń. Czasami jak przytuli, to… ojej, aż boli! Ale ta jej siła okazywania uczuć, jej spontaniczność, to wszystko jest w niej prawdziwe, nieudawane, emocjonalne i płynące prosto z serca. Potrzeba nam bardzo takich autentycznych, spontanicznych reakcji. Kasia to ma, dlatego bardzo ją wszyscy lubimy.

Rozmawialiśmy o geju i o lesbijce, których spotkała pani w programie. To dobry moment, by porozmawiać o kwestii związków partnerskich i równości małżeńskiej, które wciąż w Polsce są gorącym tematem czy raczej gorącym kartoflem, który politycy przerzucają między sobą, bojąc się go jak ognia. Jakie jest pani zdanie na ten temat?

Uważam, że powinna być równość małżeńska i nie mam już dziś żadnych obaw, by mówić o tym otwarcie. Jeżeli dwoje ludzi się kocha na tyle, że chcą nie tylko ze sobą być emocjonalnie, ale też dzielić razem życie, co ma określone konsekwencje społeczne, prawne – to dlaczego im się to uniemożliwia? Dlaczego ludziom zabrania się poczucia bezpieczeństwa? Bo komuś się wydaje, że to jest „fuj”? A jakim prawem ktoś ma decydować o życiu innych ludzi? Jest to strasznie przykre i mnie to osobiście boli

 Przez wiele lat była pani jedną z gwiazd serialu „Klan”, z którego już jakiś czas temu pani odeszła. W „Klanie” pojawiały się takie m.in. postacie jak gej, osoba z wirusem HIV czy dziecko z zespołem Downa. Twórcy serialu nie kryli, że te wątki wiążą się z misją Telewizji Publicznej, realizowaną także przez jej fl agowy serial. Czy ta misyjność „Klanu” była dla pani ważna?

Tak, było to dla mnie ważne. Serial był tworzony jako misyjny i od początku zakładano, że będą w nim poruszane trudne tematy, które budzą społeczne emocje. Że będziemy chcieli edukować, przedstawiając dziedziny życia, o których Polacy mało wiedzą, które są wypierane ze świadomości, są tematami tabu. Brak wiedzy lub niepogłębiona wiedza prowadzą do niezrozumienia i odrzucenia. My edukowaliśmy, że, na przykład, HIV to nie jest coś, czym można się zakazić przez ukąszenie komara. Że dzieci z zespołem Downa są takimi samymi dziećmi jak każde inne. Że homoseksualiści to kochani i wspaniali ludzie, którzy różnią się tylko tym, że zakochują się wewnątrz swojej płci. Jeszcze jeden ważny temat – depresja, na którą cierpiała moja bohaterka Elżbieta, a wtedy o depresji w naszym kraju właściwie nic nie wiedziano. Dostawałam mnóstwo listów od osób dotknię tych tą chorobą , które dziękowały mi za to, że „Klan” poruszył ten temat i wiarygodnie go przedstawił. Jest cała sfera zagadnień, o których trzeba mówić, edukować, które wciąż pozostają tematami tabu. I żeby trafi ały do wszystkich, najlepiej poruszać je właśnie w popularnym serialu, w sposób przystępny i delikatny. Bez brutalności, bez polityki można zdziałać cuda. Może nie powinnam się wypowiadać na ten temat, bo dawno „Klanu” nie oglądałam, ale wydaje mi się, że „Klan” tę swoją misyjność stracił. Gram teraz w nowym serialu „Szpital św. Anny”, nagrodzonym Telekamerą już po pierwszym sezonie. Moja bohaterka jest alkoholiczką. Jest skonfl iktowana z córką, zdradzana przez męża. Jest bardzo samotna i szuka pocieszenia w alkoholu. Poczucie zdrady, konfl ikty z dziećmi, samotność i sięganie z tego powodu po alkohol są dzisiaj powszechnym problemem kobiet w każdym wieku. Szukają oparcia, ale kiedy go nie znajdują, łagodzą pustkę coraz bardziej popadając w chorobę alkoholową, którą z czasem coraz trudniej pokonać. A do tego, jako kobiety „pijaczki” spotykają się z pogardą i hejtem. Ten wątek w serialu „Szpital św. Anny” pokazuje i wyjaśnia w bardzo prawdziwy, nienachalny sposób, skąd się biorą takie przypadki. Bardzo się cieszę, że mogę znów

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Radek Pestka: po zwycięstwie w „Top Model” totalnie mi odbiło

Z RADKIEM PESTKĄ, DJ-em i influencerem, zwycięzcą „Top Model” sprzed dziesięciu lat, a obecnie jednym z bohaterów nagiego kalendarza „Repliki” „Intymność” na 2026 rok, rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Kuba Stachowiak

W tym roku mija dziesięć lat od twojego udziału w „Top Model”. Jak minął ten czas?

Szybko. Nawet nie wiem kiedy. Dla mnie najważniejsze było ostatnich pięć lat. Zrobiłem największy progres. Byłem na terapii, zdałem maturę, rozpocząłem studia – japonistykę, choć musiałem je rzucić. Long story.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że po programie „uderzyła ci sodówka do głowy”.

Strasznie mi wtedy odbiło. Myślałem, że wszystko mi się należy, byłem samolubny, narcystyczny. Potrafiłem spóźnić się na sesję dwie godziny. Wiem też, że nie zawsze zachowywałem się dobrze wobec przyjaciół, wobec mojej siostry bliźniaczki. Ale z drugiej strony trochę się nie dziwię, że mi odbiło. Wrzuć do telewizyjnego programu chłopaka z totalnie biednej rodziny – u nas była taka bieda, że kaczki nam chleb rzucały. (śmiech) Ale na poważnie – daj temu dwudziestoletniemu chłopakowi nagle jakąś „rozpoznawalność” i pieniądze. Nie wiedziałem, jak je zainwestować, jak wykorzystać ten rozgłos. Jak współpracować z tymi firmami, które zaczęły się do mnie odzywać? Jakie są stawki? Tego w programie nikt mnie nie nauczył.

Dziś zarabiasz chyba głównie jako DJ, a nie jako model. Co z tymi wielkimi kontraktami obiecywanymi po wygranej w „Top Model”?

To nie do końca tak wygląda. Umówmy się, to nie jest program, który odzwierciedla świat modelingu, to reality show. Po programie od razu się okazało, że nie będę na tym zarabiać. Gdy pojechałem na kontrakt do Chin, przez dwa miesiące miałem bardzo mało pracy. Chodzisz na castingi, nie dostajesz roboty. Po co się pieprzyć i wmawiać sobie, że wszystko będzie OK? Dodatkowo modeling to jeden z niewielu zawodów, gdzie kobiety zarabiają 30% więcej niż mężczyźni, a konkurencja jest i tak ogromna. Jak idziesz w pokazie w Polsce, zarabiasz grosze. Żeby się przebić do Paryża czy na inne kontrakty – potrzeba masy wyrzeczeń, a do tego backupu finansowego, żeby spokojnie chodzić na castingi i nie martwić się, za co kupić jedzenie. Życie zweryfikowało, że się do tego nie nadaję. Na Instagramie można zarobić, tylko czy to jeszcze jest modeling, czy bycie influencerem? I szczerze? Z perspektywy czasu jestem dziś bardziej nieśmiały przed aparatem niż kiedyś. Straciłem tę pewność siebie przez te wszystkie castingi.

Tym bardziej chyba muszę ci podziękować, że zgodziłeś się wziąć udział w naszym nagim kalendarzu na 2026 rok.

Biłem się z myślami, czy powinienem, a już szczególnie, czy powinienem zgodzić się na okładkę. Z jednej strony chciałem, ale z drugiej miałem w głowie tę wpadkę z 2016 roku, gdy przypadkowo wrzuciłem nieocenzurowane zdjęcie na Snapchata. Opowiadałem chyba o tym w naszej ostatniej rozmowie (wywiad z Radkiem i Romkiem Gelo, jego ówczesnym chłopakiem, znalazł się w „Replice” nr 76, lis/gru 2018 – przyp. red.). Mój świat runął, straciłem wszystkie kontrakty, współprace, ludzie na ulicy pokazywali mnie palcami i wyśmiewali, a portale plotkarskie pisały tylko o tym. Ale czy ja kogoś skrzywdziłem tą sytuacją? Zabiłem kogoś, pobiłem, okradłem, złamałem prawo? A porównywano mnie do najgorszych ludzi. Najpierw spójrzmy na siebie, a potem oceniajmy innych. Taka sytuacja mogła zdarzyć się każdemu. Słyszałem, że inni też mieli takie wpadki, tyle tylko, że ja jestem osobą publiczną. Uderzyło we mnie tsunami nienawiści i pogardy, z którymi ledwo dałem sobie radę. Miałem wtedy próbę samobójczą. Dlatego chcę podkreślić: hejt upadla, niszczy, a nawet zabija.

Sprawa tego nagiego zdjęcia sprzed dziewięciu lat wciąż się za tobą ciągnie?

Trochę tak, trochę nie. Właśnie dlatego zastanawiałem się nad kalendarzem – czy to nie będzie taka przypominajka tamtej sytuacji. Ale z drugiej strony chyba już od tego nie ucieknę, pogodziłem się z tym. Wiele od tamtej pory się zmieniło. Wtedy temat seksualności czy w ogóle „niebieskiej platformy” (OnlyFans – przyp. red.) był znikomy, a jeśli był, to bardzo stygmatyzowany. Gdyby coś takiego wydarzyło się teraz, myślę, że poradziłbym sobie zupełnie inaczej. Boli mnie jedynie, że wciąż są marki, które mówią: „Radek? Nie, bo afera!”. Co z tego, że to było prawie dziesięć lat temu, a dziś współpracują z kimś, kto świadomie założył konto na Only- Fans. Mówię im, że u mnie to był przypadek. I tak jestem na gorszej pozycji, niż ktoś, kto świadomie wrzuca swoje nagie fotki do netu. Co mogę zrobić? Nic, patrzę już z dystansem. Ci, co mnie mnie poznali bliż ej przez te lata i współpracują ze mną, wiedzą, że mam inne wartości. Wraz z Romkiem brałem już udział w waszym kalendarzu na 2020 rok. Jednak wtedy byliśmy jeszcze dzieciakami, dopiero ostatnio stałem się bardziej świadomy siebie, swojego ciała, seksualności. Tego, że naprawdę cieszę się, że jestem gejem. Totalnie nie wyobrażam sobie być hetero. Jeżeli po śmierci czeka nas jakaś reinkarnacja, to mam nadzieję, że znowu będę gejem. Mimo wszystkich rzeczy, które dzieją się wokół nas – stygmatyzacji, hejtu, braku praw.

W 2022 roku, w odpowiedzi na czyjeś pytanie na IG, napisałeś, że po pięciu latach rozstałeś się z Romkiem, ale jest „git między wami”. Do dziś chyba jesteście przyjaciółmi.

Tak, ale zanim to się stało, potrzebowaliśmy trochę czasu. Przez pół roku nie odzywaliśmy się do siebie. Potem umówiliśmy się na „pranie brudów” i teraz… nie wyobrażam sobie życia bez Romka.

Mnóstwo relacji kończy się tak, że jedna osoba blokuje drugą na komunikatorach i nie chce jej znać. Wy pokazujecie, że można inaczej.

Wiele osób tego nie rozumie. Mówią, że pewnie jeszcze do siebie wrócimy, ale… no fucking way! Śmiejemy się, że zamieszkamy razem w domu starości. Kocham Romka nad życie. Wiem, że on mnie też. To jest tylko czysta przyjaźń, taka platoniczna miłość. Gadamy ze sobą codziennie, naprawdę codziennie i możemy powiedzieć sobie wszystko bez oceniania, bez tajemnic. Właściwie to jesteśmy jak bracia. Znamy się osiem lat, gdy zaczęliśmy się spotykać, szybko poznałem jego mamę, tatę, siostrę. Oni zastąpili mi rodzinę, której nie miałem. Jego rodzice zaczęli mówić do mnie „synek” po miesiącu. I mówią tak do dziś, mimo że nie jesteśmy razem. Mamy ze sobą kontakt, wciąż jestem zapraszany na wszystkie święta.

Takie przyjaźnie z byłymi partnerami, niestety, często psują kolejne związki.

Przyznaję: zarówno były chłopak Romka, jak i mój mieli trochę z tym problem. Mój partner niby go lubił, ale jednak nie rozumiał naszej relacji, zdarzały się o nią kłótnie. Tylko… to nie jest mój problem. Wiemy, że do siebie nie wrócimy. Nie wszyscy to rozumieją. To nie jest mój były chłopak, to moja rodzina. Nieważne, jak bardzo byśmy byli pijani i tak nie skończylibyśmy razem w łóżku. Była taka sytuacja w Amsterdamie. Coś tam wypiliśmy, spojrzeliśmy na siebie i mieliśmy takie… No nie, nic z tego. (śmiech)

Wspomniałeś, że wróciłeś do edukacji, zdałeś maturę i poszedłeś na studia.

Skończyłem szkołę średnią w trakcie pandemii i podszedłem do matury, ale zabrakło mi 2% z matmy. Nie odpuściłem. W 2024 roku spróbowałem znowu. Musiałem jednak oprócz tej nieszczęsnej matmy podejść już też do ustnego polskiego i angielskiego. Byłem załamany, non stop książki. Ale udało się! Na matmie strzelałem i ustrzeliłem 35%. Polski ustny 100%, angielski ustny – 100%. Byłem w szoku. Potem poszedłem na japonistykę, ale nie dałem rady. Lektury, historia, gramatyka, słówka, kultura, wiedza o języku, rozmówki, kanji – zajęć było ogromnie dużo, codziennie w godzinach 13-20, po szkole wciąż siedziałem nad książkami. A jeszcze przecież musiałem kiedyś pracować, żeby się utrzymać. Wiem, że każde studia są trudne, i nie chodzi o to, że „było trudno, to się poddałem”, tylko o to, że musiałbym mieć naprawdę zajebisty backup finansowy, by skupić się tylko na edukacji. Na razie odpuściłem.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.