Patryk Michalski – szef tęczowego klubu sportowego Volup

Z PATRYKIEM MICHALSKIM, prezesem tęczowego stowarzyszenia Warszawski Klub Sportowy Volup, rozmawia Leon Żółty

fot. Jacek Daniel Sikorski

Licząc od pierwszych treningów, jeszcze przed formalnym zarejestrowaniem stowarzyszenia, Volup w tym roku kończy 20 lat, jest rówieśnikiem Repliki! A ty  od 6 kwietnia tego roku jesteś nowym prezesem klubu. Jak wygląda wasza oferta na rok 2025?

Aktualnie Volup to dziesięć sekcji sportowych, w ramach których organizujemy cotygodniowe treningi: siatkówki, od której zaczęła się historia klubu, badmintona, crossfi tu, defence (czyli samoobrony – przyp. red.), jogi, pływania, squasha, tańca, tenisa stołowego i tenisa ziemnego. Dodatkową sekcją jest Volup Active, która jest od „wydarzeń” typu spływy kajakowe, wycieczki rowerowe, wyjazdy. I jest jeszcze sekcja Kultura, która działa od 2022 roku – organizujemy wyjścia do kina, teatru, na wystawy, szukamy najczęściej tych związanych z kulturą queer. Już wcześniej organizowaliśmy takie wyjścia, ale pomyśleliśmy o wyodrębnieniu nowej sekcji, aby dać przestrzeń osobom, którym niekoniecznie jest po drodze z aktywnością sportową, ale chciałyby być w społeczności naszego klubu.

Jaki charakter mają wyjazdy w ramach sekcji Active? Jesteśmy klubem sportowym, więc na wyjazdach jest oczywiście sporo aktywności sportowych. Na wyjazdach kilkudniowych, jak np. biwak w Borach Tucholskich czy nasze flagowe wydarzenie – obóz na Mazurach, nacisk kładziemy na sport. Jest cały grafi k zajęć. Są trenerzy, którzy prowadzą zajęcia. W tym roku robimy przerwę z obozem sportowym, żeby za rok zorganizować jeszcze fajniejsze wydarzenie – marzy mi się obóz sportowy na zakończenie Miesiąca Dumy. A jeżeli chodzi o wyjazdy w góry, to tam nie organizujemy ćwiczeń, bo samo chodzenie po górach to już wystarczająca aktywność fizyczna.

Ile osób bierze udział w wydarzeniach klubu?

Bywają tygodnie, kiedy na wszystkie zajęcia zapisuje się 200 osób, ale bywają i takie, że 300. Na innych wydarzeniach to jest róż nie: rowerami jeździ z nami kilkanaście osób, na imprezach pojawia się nieraz 100-150.

Wiem, że Volup to przede wszystkim mężczyźni. Poprzedni prezes Jacek Daniel Sikorski, z którym wywiad ukazał się w Replice nr 101 (styczeń/luty 2023), mówił, iż najczęściej jest tak, że ci, którzy już przychodzą na treningi, przyprowadzają swoich kolegów jako nowych uczestników.

Tak, marketing szeptany jest chyba najlepszą formą reklamy Volupu. Zdaję sobie sprawę, że dużo osób z naszej warszawskiej społeczności nie wie, że istnieje taki klub sportowy i że tyle fajnego u nas się dzieje.

Czy w takim razie nie myśleliście o jakiejś formie reklamy?

Mamy media społecznościowe: profile na Facebooku i Instagramie; to jest podstawowa forma naszej promocji. Cieszę się też, że rozmawiamy teraz i nasz wywiad ukaże się w „Replice”. Korzystając z okazji, serdecznie zapraszam wszystkich czytelników, aby skorzystali od września z nowego sezonu treningów, z którym ruszamy po wakacyjnej przerwie.

Jak można dołączyć na treningi?

To bardzo proste. Wystarczy wejść na naszą stronę volup.pl albo skorzystać z aplikacji, którą można pobrać ze strony volup.wod.guru – właśnie tam można zapisać się na trening. Chciałbym mocno podkreślić, że nie trzeba być członkiem stowarzyszenia, aby korzystać z zajęć. Natomiast informacje o innych wydarzeniach typu wyjazdy, wyjścia do kina, są dostępne na grupach na Facebooku: Volup – Active i Volup – Kultura.

Poprzedni prezes chciał przyciągnąć kobiety do klubu. Miał m.in. pomysł treningów tenisa dla kobiet, jednak finalnie chyba nie spotkał się on z zainteresowaniem. A jak teraz jest z obecnością kobiet czy osób niebinarnych?

Wiem, że dziewczyny tworzą własne inicjatywy oraz stowarzyszenia i bardzo im kibicujemy. Jakiś czas temu rozmawialiśmy z kolegami z zarządu o tym, jak moglibyśmy przyciągnąć dziewczyny. Osobiście wychodzę z założenia, że mając ofertę sprofilowaną, czyli skierowaną głównie do gejów, łatwiej nam przyciągnąć nowe osoby, bo gdy kieruje się ofertę do bardzo szerokiego grona, to ona tak naprawdę staje się ofertą dla nikogo. Co nie oznacza, że inni nie mają wstępu na nasze treningi – wręcz przeciwnie. Na naszych treningach pojawiają się dziewczyny. Jesteśmy także otwarci na osoby niebinarne. Każdy może być u nas sobą i czuć się bezpiecznie.

Jak wygląda funkcjonowanie klubu na co dzień, także od strony finansowej?

Z trenerami mamy podpisane umowy i oni dostają wynagrodzenie za prowadzenie treningów. Wszyscy członkowie zarządu i koordynatorzy sekcji pracują pro bono. Naszym głównym źródłem finansowania są wpłaty za uczestnictwo w treningach. Z tych kwot pokrywamy koszty wynajmu sal, pensji trenerów, kosztów administracyjnych, wykupienia domeny w Internecie itd. Od ubiegłego roku można nam przekazywać 1,5% podatku przy rozliczaniu się z urzędem skarbowym. W zeszłym roku udało nam się zebrać dzięki temu ponad 23 tys. zł. Wszystkim, którzy przekazali swoje 1,5% podatku bardzo dziękuję! Z tej kwoty ponad 13 tys. przeznaczyliśmy na zakup sprzętu sportowego, a pozostała suma poszła na bieżące wydatki, takie jak organizacja turniejów.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Mateusz Machowicz i Witold Chudy – ślub w teatrze, wesele na statku

O ślubie podczas spektaklu „Spartakus. Miłość w czasach zarazy”, o weselu, a także o ich hobbitowym azylu Matajamie na Dolnym Śląsku – z MATEUSZEM MACHOWICZEM i WITOLDEM CHUDYM rozmawia Tomek Kern

fot. Tomek Kern

„Spartakus. Miłość w czasach zarazy” to jeden z ważniejszych spektakli poruszających tematykę LGBT ostatnich lat. Premiera odbyła się 13 maja 2022 roku w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Reżyser Jakub Skrzywanek, dyrektor artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie, został uhonorowany Paszportem „Polityki” w 2023 roku w kategorii teatr, między innymi za spektakl „Spartakus…”. Podczas każdego kolejnego spektaklu jedna prawdziwa jednopłciowa para wchodzi na scenę i w fi nałowej sekwencji bierze symboliczny ślub. „Śluby na »Spartakusie« wzięły tak znane pary, jak Agnieszka Graff z Magdą Staroszczyk i Robert Biedroń z Krzysztofem Śmiszkiem. Jedna para gejów spod Bolesławca przyjechała z sześćdziesięcioma osobami i po spektaklu bawiła się na weselu” – mówił Jakub Skrzywanek w „Replice” (nr 108, mar/kwi 2024). Tą parą byli właśnie Mateusz i Witold.

Jak to się stało, że 6 stycznia 2023 roku wzięliście ślub podczas Spartakusa?

Witek: Późną jesienią 2022 roku zadzwoniła nasza znajoma, a zarazem krytyczka teatralna Magda Piekarska, która wciąż była pełna emocji po spektaklu „Spartakus”. Opisała cały finał, w którym para jednopłciowa bierze symboliczny ślub na scenie i powiedziała, że natychmiast pomyślała o nas. W tamtej chwili nie byliśmy jeszcze nawet zaręczeni, ale Mati zawsze powtarza, że szczęście czeka na odpowiednią okazję.

Mateusz: Zaczęliśmy czytać recenzje, oglądać fragmenty, przegadywać temat. Pewnego listopadowego wieczoru, gdy jechaliśmy samochodem, zapytałem: „To co, robimy to?”. Usłyszałem od Witka „tak” – słodkie jak klasyczne „oświadczyny”, tylko bez klękania i pudełeczka. Gdy dotarliśmy do domu, zarezerwowaliśmy termin. Zaproponowano nam 6 stycznia 2023 roku, czyli około pięć tygodni później. Spodobała nam się ta data, bo dzięki niej zawsze będziemy mieli dzień wolny w rocznicę.

Pięć tygodni? Ale poradziliście sobie?

M: Brzmi to jak szaleństwo, ale tak, poradziliśmy sobie. Patrząc z perspektywy czasu, uważam, że jakkolwiek byśmy chcieli zaplanować nasz ślub i wesele, nie bylibyśmy w stanie zrobić tego lepiej, niż to, co się wydarzyło. Spontaniczność oszczędziła nam wielu stresów.

W: Organizacja nie odbyła się bez niespodzianek. Pojawiły się kwestie, które wymagały od nas kreatywności. Na przykład w dniu spektaklu przyjechaliśmy zająć się salą i przekąskami, przywieźliśmy kilkanaście litrów własnej cytrynówki, a kompletnie zapomnieliśmy o wodzie do picia. Uratowała nas obsługa, która miała kilka zgrzewek wody mineralnej pod ladą, chyba specjalnie na takie chwile.

M: A kwestię tortu rozwiązaliśmy w ten sposób, że tydzień przed ślubem, gdy byliśmy na urodzinach znajomej, zobaczyliśmy tam piękny tort, poznaliśmy dziewczynę, która go upiekła, i od razu zapytaliśmy, czy przygotowałaby tort na nasze wesele. Zgodziła się. Później nasze przyjaciółki wiozły go przez pół Polski samochodem – z Wrocławia do Szczecina – zimą, z włączoną klimatyzacją, żeby dekoracje się nie rozpuściły.

Jak wyglądały przygotowania do spektaklu?

W: Kuba Skrzywanek i cała ekipa teatralna przyjęli nas z niezwykłą serdecznością. Reżyser poprosił nas, byśmy przyszli godzinę przed spektaklem na szybką próbę. Oprowadzono nas po scenie. Pokazano, z której strony wejść, w którym miejscu stanąć, jakie gesty wykonać. Potem usiedliśmy w pierwszym rzędzie z naszymi mamami po obu stronach, ubrani w garnitury z muszkami w kolorowe polne kwiaty.

To musiały być niezapomniane chwile.

M: Trzysta osób na widowni, my w pierwszym rzędzie otoczeni najbliższą rodziną i przyjaciółmi. W drugiej części spektaklu aktorzy przebrani w tęczowe stroje podeszli do nas i zabrali na środek sceny. Dostaliśmy kolorowe czepce z mnogością kwiatów oraz ludowe pelerynki.

Aktorka grająca urzędniczkę stanu cywilnego poprowadziła ceremonię ślubu. Po tym, jak uroczyście ślubowaliśmy sobie miłość i wsunęliśmy sobie teatralne obrączki, powiedziała: „Niezgodnie z obowiązującymi przepisami prawa RP, stwierdzam i uroczyście ogłaszam, że związek małżeński między Witoldem a Mateuszem został zawarty!”. I nastąpiła burza braw, publiczność zerwała się z krzeseł. Zostaliśmy mężem i mężem. To było niesamowite – nasza miłość, nasza przysięga stały się częścią spektaklu i naprawdę czułem, że razem z zebranymi osobami tworzymy coś wspaniałego.

W: Słowa o niezgodności z obowiązującym prawem stały się aktem silnego sprzeciwu – były nie tylko stwierdzeniem aktualnego stanu prawnego, ale także wyrażeniem niezgody na ten stan.

Mateusz, powiedziałeś: teatralne obrączki?

M: Tak. Podczas spektaklu nie mieliśmy własnych obrączek – założyliśmy teatralne, zabawkowe pierścionki dla dzieci, które dostaliśmy godzinę przed spektaklem. W szale organizacji zupełnie nie zdążyliśmy z zakupem własnych. Ale czułem, że te teatralne pierścionki, choć dziecięce i symboliczne, znaczą dokładnie to, co powinny – obietnicę wypowiedzianą publicznie, wśród ludzi, którzy nas wspierają.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Miko Czerwiński z Amnesty International: X stawia krzyżyk na LGBT

Mamy prawo rozliczać Elona Muska z homo- i transfobii na portalu X, duże platformy internetowe powinny podlegać kontroli państw – mówi MIKO CZERWIŃSKI z Amnesty International. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Marcin Szczaniecki

Miko jest osobą niebinarną i poprosiło o stosowanie w wywiadzie neutralnych płciowo końcówek.

W Amnesty International koordynowałxś prace nad wydanym kilka tygodni temu raportem na temat wspomaganej technologicznie przemocy, która uderza w polską społeczność LGBTQIA+ na platformie X (dawny Twitter). Tytuł publikacji Śmierć przez tysiąc cięć nie mógłby być bardziej alarmujący.

Dla wielu osób, z którymi przeprowadziliśmy wywiady, X od dawna jest jedną z przestrzeni życia. Nie czują się one w niej bezpiecznie. Już w 2018 roku podnosiliśmy jako Amnesty, że serwis ma problemy z moderacją, natomiast po jego wykupieniu przez Elona Muska dostrzegamy na tym polu rażący spadek jakości. Najbogatszy człowiek świata zmienił standardy, zezwalając w pewnym momencie na deadnaming i misgenderowanie osób trans (wycofał się z tych zmian w wyniku nacisku międzynarodowej opinii publicznej – przyp. red.). Ponadto rozluźnił regulamin portalu, rozwiązał radę do spraw zaufania i bezpieczeństwa, a także dokonał drastycznej 80-procentowej redukcji zespołów zajmujących się moderacją.

Czytając raport, najbardziej byłem zadziwiony tym, że na 5,33 mln polskojęzycznych użytkowników_czek X przypada dziś zaledwie dwójka moderatorów, z czego jeden z nich nie jest nawet native speakerem.

Skuteczna moderacja po prostu się VLOP-om (Very Large Online Platforms – wielkie platformy internetowe – przyp. red.) nie opłaca. Nie bez przyczyny o modelach biznesowych X, TikToka czy Facebooka mówimy, że są surveillance based, oparte na inwigilacji. Algorytmy – na podstawie wiedzy o tym, co czytamy i piszemy na danej platformie – podsuwają nam content, który najbardziej nas zaangażuje, a niestety najbardziej angażują nas negatywne emocje. Skonfrontowanie nas z hejtem sprawia, że spędzamy na cyfrowych platformach więcej czasu, a one same mogą więcej na nas zarobić.

Z naszych badań wynika, że to, co dociera do nas za pośrednictwem X, to treści w dużej mierze niemoderowane. Nawet jeśli organizacje pozarządowe zgłaszają je jako mowę nienawiści, to serwis nic sobie z tego nie robi.

Powołujecie się na raport Stowarzyszenia Nigdy więcej, które monitorowało los 343 zgłoszeń mowy nienawiści. Jakiejkolwiek reakcji niekoniecznie usunięcia doczekało się raptem co dziesiąte z nich. Sam ostatnio przeczytałem pod swoim artykułem komentarz: Obyś zdechł, pedale, którego X do tej pory nie usunął.

Na X czy Facebooku pierwsza warstwa sprawdzania zgłoszenia odbywa się automatycznie. Jestem już przyzwyczajony, że nawet jeżeli przedkładam do kontroli oczywistą mowę nienawiści, algorytm zazwyczaj odmawia usunięcia posta, a ja muszę odwołać się do żywego człowieka. Tu wracamy do liczebności polskojęzycznej moderacji. Nie wyobrażam sobie, aby dwie osoby mogły się uporać z contentem generowanym przez pięć milionów ludzi.

Jak X powinien modelowo zareagować na hejt?

W raporcie szeroko odnosimy się do przyjętego przez Komisję Europejską Aktu o Usługach Cyfrowych, czyli DSA (Digital Services Act – przyp. red.). Mówi on jasno, w jaki sposób platformy online powinny reagować na nielegalne treści: mowę nienawiści, groźby karalne czy patostreamy. Powinny z marszu je usunąć. Jeśli zaś nie dostosują się do zapisów Aktu – KE może nałożyć na nie karę sięgającą sześciu procent globalnych wpływów z całego roku.

Swoją drogą, nadal często zgłaszamy hejt jako „naruszenie standardów społeczności”, gdy tymczasem przyjęcie DSA pozwala je oznaczyć jako „niezgodność z prawem unijnym”. Bardziej skuteczne może się okazać skorzystanie z tej drugiej metody.

Kraje unijne powinny wdrożyć DSA, ale Polska a wraz z nią Hiszpania, Czechy, Cypr i Portugalia nadal zwlekają z dostosowaniem prawa krajowego do zapisów DSA. W maju Komisja Europejska skierowała pozwy do TSUE przeciw tym krajom. Dlaczego Polska siedzi w oślej ławce, skoro ministrem cyfryzacji (w dodatku w randze wicepremiera!) jest lewicowy Krzysztof Gawkowski?

Prace nad wdrożeniem DSA ponoć postępują, tylko strasznie powoli. Jako Amnesty International apelujemy do ministerstwa o przyspieszenie: Polska musi powołać krajowego koordynatora do spraw usług cyfrowych, który będzie zajmował się zgłoszeniami nielegalnych treści i – jeśli zajdzie potrzeba – nakładał na X kary lub wzywał firmę do złożenia wyjaśnień.

Na ile realne jest starcie Unii Europejskiej z X w obecnej sytuacji geopolitycznej? Administracja Trumpa wydaje się przeciwna uregulowaniu działalności big techów niedawno groził on krajom, które debatują nad wprowadzeniem podatku cyfrowego, wyższymi cłami i ograniczeniami eksportu technologii.

Podatek cyfrowy jest dość nową inicjatywą, wciąż toczą się rozmowy na ten temat, które Stany Zjednoczone próbują storpedować. Ale DSA nowe nie jest. Pod koniec 2023 roku Komisja Europejska wszczęła nawet formalne postępowanie w sprawie możliwego naruszenia przez X zapisów tego rozporządzenia.

Jako UE mamy prawo rozliczać Elona Muska z podporządkowania się DSA, uważam, że nie powodujemy w związku z tym wielkiego zagrożenia dyplomatycznego czy politycznego. Nie wątpię, że podczas prac nad wdrożeniem DSA pojawią się lobbyści, którzy będą próbowali wybić takiemu projektowi zęby. Naszą rolą jest jednak rzecznictwo za tym, by polskie prawo było zgodne z unijnym, a duże platformy internetowe nie stały ponad państwami, lecz podlegały kontroli ze strony państw.

Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„Zawsze lubiłam gejów, a oni mnie”

Z aktorką EWĄ SKIBIŃSKĄ rozmawia Rafał Dajbor

Fot: Tomasz Kempa

Rozmawiamy krótko po wyborach prezydenckich, wszystko wskazuje na to, że kwestia związków partnerskich, nie mówiąc już o równości małżeńskiej, znów zostanie odłożona ad Kalendas Graecas. Czy, według ciebie, związki partnerskie wystarczą?

Uważam, że powinna być pełna równość małżeńska. Chociaż dzieje się wokół nas wiele rzeczy, które muszą niepokoić, martwić – żyjemy jednak w czasie „odwilży”. W różnych dziedzinach życia mamy prawo mieć swoje zdanie, żyć w swojej tożsamości, mieć różne poglądy polityczne i ta różnorodność jest szanowana. Przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, ale to przenika też do innych miejsc świata. Dlatego nie ma powodu, by tu i teraz stawiać granice ludziom, którzy chcą żyć po swojemu. Znam dzieci, które urodziły się w związkach nieheteronormatywnych, dzieci lesbijek i gejów, które są w tych rodzinach megaszczęśliwe. Rozmawiamy w Nowym Teatrze w Warszawie, akurat w Boże Ciało, przez podwórko i hall teatru przechodzą dziewczynki w białych strojach, które będą sypały kwiatki podczas procesji. Są uśmiechnięte i wyglądają na szczęśliwe. Tak samo jak dzieci żyjące w rodzinach tęczowych, które też chętnie zobaczyłabym w takich strojach, sypiące kwiatki, niebędące w żaden sposób piętnowane.

A co byś powiedziała tym, którzy uważają, że małżeństwa homoseksualne zagrażają tradycyjnej rodzinie?

Zacznę od tego, że dla mnie tradycyjna rodzina jest mocno przereklamowana. Jesteśmy wychowywani tak, by wierzyć, że bez niej, w dodatku bez uświęcenia jej sakramentem, nie można szczęśliwie żyć. Jestem ochrzczona, przystąpiłam do pierwszej komunii, ale świadomie nie przystąpiłam do sakramentu małżeństwa, mimo to przeżyłam ponad trzydzieści szczęśliwych lat ze swoim partnerem, a rozstaliśmy się z klasą i w przyjaźni, bez krzywdzenia nikogo, bez „proszenia” sądu, by sprawiedliwie podzielił nasz majątek. W jaki niby sposób małżeństwo dwóch gejów albo lesbijek miałoby komukolwiek zagrażać? W jaki sposób w ogóle różnorodność może zagrażać? Wręcz odwrotnie. To przez brak akceptacji dla różnorodności ludzie cierpią. I to jest zagrożenie. Dopowiem jeszcze, że czasami mam pewne wątpliwości – moja wnuczka jest wychowana w duchu ateizmu, nie sypie dziś kwiatków. I przeszło mi przez myśl, czy ona czegoś nie traci. Dla mnie udział w procesji był dużym przeżyciem, ale bardziej aktorskim niż religijnym. Mogłam być pięknie ubrana, wykonywać jakąś niecodzienną czynność, brać udział w czymś, co było dla mnie występem.

Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z osobami homoseksualnymi?

Mój ojciec był szefem Domu Kultury Kolejarza we Wrocławiu. Był tam m.in. kabaret i zespół muzyczny, bywali u nas artyści amatorzy, wśród nich geje. Pamiętam, jak mawiano o nich, że nie lubią kobiet, a wolą mężczyzn. Ale jeśli chodzi o czasy mojej aktorskiej młodości, lata 80. i 90. ubiegłego wieku, to zupełnie niedawno uświadomiłam sobie, że w ogóle nie było gejów i lesbijek.

Jak to nie było?

Nie pamiętam nikogo takiego – ani na studiach, ani w moim otoczeniu. Pierwszą taką osobą, z którą się zetknęłam, była pracownica Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu z pionu operatorskiego. Miała krótkie włosy, zawsze męski ubiór, ale widać było, że ma chyba nieduży biust. Była zawsze bardzo smutna, wycofana, jakby nieodpowiadająca na spojrzenia, czując się najwyraźniej obiektem przypatrywania. Dla mnie, 20-letniej dziewczyny, był to szok, nie wiedziałam, jak się do tej osoby odnosić. Oczywiście, że mówiąc „nie było”, miałam na myśli, że osoby nieheteronormatywne – ta osoba z Wytwórni była wyjątkiem – nie okazywały w żaden sposób swojej inności, a temat homoseksualizmu po prostu nie istniał. O tym się nie mówiło. Dopiero gdy spotkałam Igora Przegrodzkiego…

Miałem o niego zapytać! Uczył cię w szkole teatralnej?

Był moim dziekanem, a potem krótki czas dyrektorem, bo gdy przyszłam do Teatru Polskiego, on właśnie kończył dyrekcję. Igor Przegrodzki był tym jednym gejem, który się zupełnie nie krył. Chodził po Wrocławiu z młodym chłopakiem. Moja mama mawiała, że to jedyny „pederasta” (takiego słowa używała, to pamiętam), który się nie ukrywa i nic mu we Wrocławiu za to nie grozi. Był kimś takim, że nikomu to nie przeszkadzało. Zwłaszcza iż prywatnie wszystko w jego wykonaniu było jakby kreacją aktorską. Ubierał się przepięknie, tak elegancko, że zacierała się granica między codziennym ubiorem a kostiumem. Nawet gdy już odchodził – powiedział z przekorą: „Mam w pawlaczu sto par butów, ale wszystkie za małe na moich bratanków”. Do końca życia miał poczucie humoru i dystans. W szkole poznałam też jeszcze jednego geja – Jerzego Kozłowskiego, który uczył mnie tańca.

Jak ich odbierałaś?

Lubiłam ich, a oni mnie. Byłam nieśmiałą blondynką o delikatnej urodzie. Zaczęłam studia na Wydziale Lalkarskim, który miał siedzibę w tym samym budynku, co Wydział Aktorski. I to właśnie Igor Przegrodzki zatrzymywał mnie ciągle na korytarzu i pytał „A dlaczego ty, śliczna blondynko, jesteś na lalkach? Kiedy będziesz zdawała na aktorski?”. Z kolei Jerzy Kozłowski zachwycał się moimi biodrami: „Boże, Skibińska, z ciebie dzieci to będą jak pestki ze śliwki wyskakiwać”. W końcu wyskoczyło tylko jedno. Według nauk Kościoła katolickiego, chyba zmarnowałam te swoje biodra. Komplementy ze strony gejów były dla mnie bardzo ważne, bo szczere, bez seksualnego podtekstu. Niedawno Jacek Poniedziałek powiedział mi genialny komplement: „Wiesz, dlaczego cię lubię? Bo ty też lubisz chłopaków”.

A lesbijki? Byłaś obiektem pożądania, podrywu? Grałaś lesbijskie sceny erotyczne w filmie In flagranti (1991).

Znam lesbijki, ale nie przypominam sobie, żebym była podrywana przez kobietę. Wydaje mi się, że trzeba mieć otwartość na taki podryw, a ja tej otwartości nie czuję. Sceny w „In flagranti” grałam z Małgosią Foremniak. Było to czysto zawodowe zadanie. Przyjaźniłyśmy się, obie byłyśmy skupione na swoich chłopakach i przy kręceniu tych scen nie było podejrzenia, że może którąś to podnieca. W ogóle bliżej mi do gejów niż do lesbijek. Aczkolwiek… Mocne kobiety, noszą ce się po męsku, mnie seksualnie obezwładniają. Oczywiście w pozytywnym sensie. Po prostu omdlewam na ich widok.

Wróćmy jeszcze do Igora Przegrodzkiego. Wśród studenckiej braci nie było tekstów w rodzaju: Pedała mamy za dziekana?

Absolutnie nie. Miał tak wielki autorytet, że nic takiego nie mogło mieć miejsca. Powiem jeszcze, że gdy Przegrodzki poznał mojego chłopaka, a potem partnera, po prostu oszalał na jego punkcie. Igor był niezwykle wrażliwy na tego typu urodę – blond loki, niebieskie oczy plus to coś, co potem nazwano metrosekualnością, czyli widoczna na zewnątrz delikatność i wrażliwość, a pod spodem – silna męskość.

Jaki był stosunek dziekana Przegrodzkiego do chłopaków?

Myślę, że chłopcy mogą go różnie wspominać, ale bynajmniej nie dlatego, by pozwalał sobie na niestosowne zachowania, tylko… po prostu widać było, że reprezentanci jego ulubionego typu urody mieli pewne fory, a inni musieli się starać nieco bardziej.

Muszę zapytać o Garderobianego z 1990 r., w którym zagrałaś Irenę. W sztuce jest dwóch głównych bohaterów Sir, heteroseksualny stary aktor, i Norman, gej, jego garderobiany. W spektaklu Macieja Wojtyszki to homoseksualny Przegrodzki grał Sira, a heteroseksualny Jerzy Schejbal Normana.

To było coś wspaniałego. Między Przegrodzkim a Schejbalem genialnie iskrzyło i ewidentnie się znakomicie tą „zamianą” bawili. Muszę dodać, że dla Igora Przegrodzkiego granie heteryka nie było żadnym problemem. To był po pierwsze naprawdę wielki aktor, a po drugie potrafi ł być – patrząc przez pryzmat stereotypów, według których można niby poznać geja po stylu bycia, zgiętych nadgarstkach i wysokim głosie – stuprocentowo męski. Miał tę moc, mógł grać każdą rolę, podobał się kobietom, niektóre wręcz się w nim kochały. W „Śmierci Dantona” grał rolę tytułową, a ja jego kochankę Julię. Pamiętam scenę erotyczną, gdy Igor kładł się na mnie i grał stosunek seksualny. We mnie nie było żadnego skrępowania, tak samo jak przy scenach lesbijskich z Małgosią Foremniak; traktowałam to zawodowo, tylko się bałam, że potężny Igor mnie, taką drobniutką, po prostu zgniecie. A co do „Garderobianego”, to jest w ogóle świetna sztuka i coś mi przyszło do głowy. Tyle sztuk się teraz przerabia, pokazuje ich drugie dno… A gdyby tak z „Garderobianego” zrobić „Garderobianą”? Opowieść o wielkiej aktorce, wielkiej diwie sceny i jej garderobianej – lesbijce? To by mogło być bardzo interesujące.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

O swojej miłości opowiadają dramaturg Piotr Gruszczyński i dziennikarz Dawid Dudko

Z PIOTREM GRUSZCZYŃSKIM, dramaturgiem warszawskiego Nowego Teatru, oraz z DAWIDEM DUDKĄ, dziennikarzem kulturalnym Onetu, rozmawia Mariusz Kurc

fot. Marek Zimakiewicz

Piotr Gruszczyński – dramaturg, od 2008 r. związany z Nowym Teatrem, obecnie wicedyrektor ds. programowych. Pracował z Krzysztofem Warlikowskim przy adaptacji tekstów m.in. „(A)pollonii”, „Francuzów”, „Odysei”, „Elizabeth Costello”. Opublikował m.in. zbiór rozmów z Warlikowskim „Szekspir i uzurpator” (2007) i nominowany do Nagrody Literackiej Nike zbiór esejów i wywiadów „Ojcobójcy. Młodsi zdolniejsi w teatrze polskim” (2003). Wykładowca warszawskiej Akademii Teatralnej.

Dawid Dudko – dziennikarz Onetu, gdzie zajmuje się tematyką kulturalną i lifestyle’ową. Specjalizuje się w wywiadach. Publikował na łamach „Didaskaliów”, „Newsweeka” oraz portali teatralnych.

Zacznę trochę sztampowo: jak się poznaliście?

Dawid: Odpowiedź też będzie sztampowa – przez Grindra.

Piotr: Miał być niezobowiązujący seks, nic więcej.

Ale wyszło coś zdecydowanie więcej.

D: Piotrek był w wieloletnim związku, a ja chwilę po rozstaniu z moim wieloletnim partnerem. Wierz mi, Mariusz, w tamtym momencie ostatnie, o czym myślałem, to kolejna poważna relacja.

Chciałeś się bawić.

D: Myślę, że tego wtedy potrzebowałem, te trzy lata temu. Dokładnie to był 18 maja, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się z Piotrkiem.

P: Moim zdaniem to był 20 maja.

Kto kogo poderwał?

D: Ja jego. Chyba pierwszy raz zabiegałem o faceta.

Wiedziałeś, że ten facet z Grindra to Piotr Gruszczyński?

D: Wiedziałem, kim jest, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie umawiasz się z kimś na jednorazowy seks, bo na studiach czytałeś jego książki, tylko dlatego, że kręci cię jego fizyczność. Poza tym Piotrek był niedostępny, co tylko bardziej mnie do niego przyciągało.

A to, że jest sporo starszy?

D: Między nami jest dokładnie 28 lat różnicy. Wiek też składa się na fizyczność, ale nie powiedziałbym, że cyferki odegrały tutaj jakąś kluczową rolę.

Dawid, teraz masz 32 lata. Wyglądasz na 10 mniej, choć jak się zacznie z tobą rozmawiać a rozmawialiśmy już kilka razy przed tym wywiadem to brzmisz dojrzale.

D: Ja chyba po prostu mam starą duszę, co zresztą słyszałem od bliskich. Te trzy lata temu byłem w trakcie życiowej rewolucji: przeprowadzka z Krakowa, gdzie pracowałem i studiowałem, ale też zakończyłem wspomniany już związek z Krzyśkiem, z którym dziś się przyjaźnimy, ja, on, jego obecny partner i mój Piotrek. Nie tylko się spotykamy, ale też wyjeżdżamy razem. Jak w patchworkowej rodzinie. A jeszcze odnośnie do mojej determinacji w poderwaniu Piotrka, pierwszą wiadomość wysłałem do niego w styczniu.

W styczniu? A spotkanie było w maju?

D: Widzisz? Prawie pięć miesięcy to trwało. Musiało mi zależeć.

Wspomniałeś o czytaniu książek Piotra.

D: Owszem, na zajęciach z teatru współczesnego.

P: Dawida uczyli moi koledzy ze studiów. Trochę mnie to bawi, a trochę wzrusza.

D: Ale nasz związek nie jest skutkiem fascynacji typu uczeń-mistrz, zwłaszcza że nigdy nie chciałem wiązać się z kimś z artystycznej bańki. Mój poprzedni facet jest z innego świata, twardo stąpa po ziemi, mimo że bardzo lubi teatr czy kino. No, a poza tym, umówmy się, na Grindrze szukasz głównie kogoś w jednym celu, raczej nie do rozmowy o Kancie.

Piotrze?

P: Mój poprzedni związek trwał 13 lat i był bardzo udany. Zaczęło się w podobny sposób, od spotkania na seks, więc może ja już tak mam.

D: Odpisałeś mi dopiero za trzecim razem. Zwykle nawet drugiego podejścia nie robię, odpuszczam, gdy druga strona nie wykazuje zainteresowania. Tobie w końcu napisałem: „Piotrze, czy powinienem traktować brak odpowiedzi jako odpowiedź?”. Podziałało, wreszcie odpisał.

Bo pokazałeś, że wiesz, kim jest.

P: Nie pamiętam, czy była między nami wcześniej jakaś rozmowa i czy się sobie przedstawiliśmy, nie zwróciłem na tego „Piotra” uwagi. Ja po prostu mam mało czasu, dużo pracuję, a poza tym Dawid był wówczas przyjezdny, dopiero na etapie szukania mieszkania w Warszawie. Trudno więc było się nam umówić. A poza wszystkim, to w dniu pierwszej randki zachorowałem, więc znowu się nie odbyło.

D: Uznałem, że to już kompletna ściema, praktycznie odpuściłem. W ostatniej chwili odwołał spotkanie słowami „Sorry, ale mam covid”. Co byś pomyślał? (śmiech)

Piotrze, miałeś covid?

P: Tak!

D: Po covidzie sam napisał. Przyszedł do mojego mieszkania na Mokotowie i od razu zwrócił uwagę na wiszący tam plakat „Rodzeństwa”, wybitnego spektaklu Krystiana Lupy, skądinąd granego w Starym Teatrze do dziś, od niemal 30 lat.

P: Zupełnie się takiego „środowiskowego” spotkania nie spodziewałem. Świadomie mam na Grindrze profi l z wyraźną twarzą, by uniknąć niezręczności wynikających z otrzymywania intymnych propozycji od osób, które znam zawodowo.

D: „Nie bierz dupy z jednej grupy”. Obaj kierowaliśmy się tą zasadą.

Piotrku, a ty co myślałeś? Zgłasza się do ciebie taki koleś młody, ładny.

P: No właśnie. To nie wystarczy?

To dlaczego tak zwlekałeś?

P: Pewnie sam dobrze wiesz, jak wiele takich ustawek kończy się niczym. Ale chciałbym wrócić do tej, wywołanej przez ciebie, Mariusz, różnicy wieku. To jest dla mnie poważny temat, sporo o tym z Dawidem rozmawialiśmy. Z jednej strony oczywiście podoba mi się, że mam takiego fajnego chłopaka, którego bardzo kocham. Z drugiej nieraz przypominam sobie, jak sam postrzegałem facetów koło sześćdziesiątki, gdy miałem 30 lat. No, nie najlepiej. Przemek, mój poprzedni partner, też jest ode mnie młodszy, o 12 lat. Dziś mogę powiedzieć, że tylko 12.

Boisz się tej obecnej różnicy wieku?

P: Różnica wieku między Dawidem a mną jest taka jak między mną a moim ojcem. Gdy widzę mojego tatę, który ma dziś 88 lat, zastanawiam się, jak będzie wyglądała nasza relacja z Dawidem za 20, 30 lat. Ale postanowiłem o tym nie myśleć. Przecież w końcu nic nie wiemy o przyszłości, nie wymyślimy jej na zapas. Będziemy się martwić albo cieszyć, nie wiem.

D: Dajmy już spokój z tym wyolbrzymianiem różnicy wieku w związkach. Wiadomo, że wolałbym, żeby Piotrek był młodszy i że boję się jego przemijania, ale swojego też się boję. I starości, jak każdy. Ale przez te wszystkie kulturowe uprzedzenia najbardziej bałem się reakcji moich rodziców na to, że partner ich syna jest starszy od nich samych.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Aktorka i wokalistka Julia Kamińska

Z aktorką i wokalistką JULIĄ KAMIŃSKĄ rozmawia Piotr Grabarczyk

fot. Ula Rost

Pamiętasz ten moment, w którym zdałaś sobie sprawę z konceptu inności? Że nie wszyscy jesteśmy tacy sami?

Jako bardzo małe dziecko chodziłam na balet i tam miałam koleżankę – najlepszą z tej grupy. I ta dziewczynka była Czarna. Ale kolor jej skóry w ogóle nie był tematem. Zauważyłam, że wygląda inaczej i na tym to się skończyło. Dopiero później, już jako dorosła osoba, zaczęłam myśleć o tym, że to było cenne doświadczenie w moim życiu. Takie spotkanie osoby, która wyglądała inaczej niż większość dzieci, nie stanowiło absolutnie żadnej przeszkody dla nikogo z tej grupy.

Czy później, wraz z okresem dojrzewania, zwracałaś uwagę na te wszystkie różnice, które zaczynają nas dzielić i są, na przykład, powodem do wytykania palcami czy wyśmiewania w szkole?

Moi rodzice bardzo zwracali uwagę na tego typu zagadnienia, ponieważ historia mojej rodziny była naznaczona innością. Część rodziny to gdańscy autochtoni. Zdecydowali się zostać w Gdańsku, mimo że zmienił się kraj i język. Trzeba było nauczyć się języka polskiego. To dla mojej babci było bardzo trudne przeżycie. Rozmawiałyśmy o tym, że ona była w swoim mieście, ale to nie było już jej Wolne Miasto, tylko inny kraj, w związku z czym trudno było jej się odnaleźć. Kwestia tożsamości i akceptacji inności była w naszym domu obecna i rodzice kładli duży nacisk na to, żeby szanować wszystkich bez względu na to skąd są, kim są, jakim językiem mówią i jak wyglądają. I za to jestem bardzo wdzięczna, bo myślę, że to bardzo dużo mi dało i ustawiło inną perspektywę na życie w ogóle.

To pewnie sprawiło, że na inność patrzyłaś z zaciekawieniem, a nie z podejrzliwością. Mam wrażenie, że jako naród mamy trochę wdrukowaną tę podejrzliwość, gdy widzimy kogoś innego lub obcego.

Sposób, w jaki rodzice przedstawiali mi świat, bardzo na mnie wpłynął. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jest na świecie wrogość, bo ona przewijała się w historiach, które mi opowiadano. Że moja babcia, którą tak bardzo kocham, która jest niezwykle serdeczną i otwartą osobą, doznawała dyskryminacji. Dobrze pamiętam to moje zdziwienie i poczucie niesprawiedliwości, że ona, ta naprawdę dobra osoba, niemająca w sobie ani krzty złości czy chęci czynienia komukolwiek krzywdy, była prześladowana. Zauważam, że teraz szczególnie jest duż a nagonka na ludzi z zagranicy i to mnie przeraża, bo przecież ludzie wszędzie są ludźmi. Jesteś my do siebie bardzo podobni. Taki rodzaj straszenia ludźmi z zewnątrz jest manipulacją znaną od lat. Z przerażeniem obserwuję, w jaki sposób jest to używane i na jak bardzo podatny grunt to pada. Niejednokrotnie zauważałam to u moich znajomych, że oni przyjmują tę narrację i to mnie bardzo martwi.

Czy ta otwarta postawa i energia akceptacji sprawiła, że naturalnie stałaś się powierniczką sekretów i desygnowaną przyjaciółką od coming outów? Wydaje mi się, że wybieramy sobie te osoby bardzo instynktownie, gdy czujemy, że nie zostaniemy odrzuceni.

To się faktycznie zaczęło dziać w moim życiu, ale nieco później. Nie w szkole podstawowej czy gimnazjum, bo wtedy niespecjalnie miałam łatwość w budowaniu więzi, dopiero w teatrze. Część relacji tam zbudowanych trwa do dziś i tak, mam na koncie kilka coming outów jako, tak mi się wydaje, jedna z pierwszych znajomych tych osób, które chciały się wyoutować. To się wiąże z dużym strachem i niepewnością, więc to bardzo miłe uczucie być kimś, przy kim ludzie czują się na tyle bezpiecznie, że mogą powiedzieć prawdę o sobie i trwać w niej razem. To też daje wspaniałe podstawy do budowania tej relacji w przyszłości i poczucie odpowiedzialności za tę osobę, ale w taki partnerski sposób. Otwierasz się przede mną, a ja mogę dać ci wsparcie i to, czego w tej danej chwili potrzebujesz. Kwestia seksualności i psychoseksualności była dla mnie zawsze bardzo jasna, więc też nigdy nie robiłam z tego jakiejś wielkiej sprawy.

W swojej działalności sojuszniczej nie ograniczasz się jednak tylko do tego słowa wsparcia starasz się edukować, angażujesz się w rozmaite akcje i kampanie, dyskusje. Skąd ten impuls, z czego to wynika?

Myślę, że to jest chęć dążenia do sprawiedliwości. Polska jest krajem niesprawiedliwym w wielu aspektach. Bardzo chciałabym to zmieniać i czuję się w pewnym sensie za to odpowiedzialna. To jest mój kraj i kocham go, dlatego bardzo chciałabym, żeby osoby, z którymi się przyjaźnię i ludzie w ogóle, czuli się w nim dobrze i bezpiecznie. Jeżeli mogę do tego się przyczynić, to zdecydowanie będę to robić. Chciałabym, żeby nastą piła zmiana, a wiem, że jeżeli będziemy wybierać bierność, to ta zmiana albo nie nastą pi, albo nastąpi duż o, duż o później. Oczywiście, to wymaga czasu, ale też takiej rozkminy, co zadziała najlepiej, a co gorzej albo w ogóle. To są czę sto trudne wybory. Idę tą ścieżką już od dłuższego czasu i nie zamierzam z niej schodzić, pomimo że nie mam na koncie jakichś wielkich sukcesów, bo pod względem praw osób LGBTQ+ w Polsce nie zmieniło się niestety nic.

Jesteś jednak osobą publiczną, a wszystko co powiesz, może mieć konsekwencje, w tym również zawodowe. Głos w sprawie osób LGBTQ+ zabierałaś już dekadę temu, gdy sojusznictwo nie było specjalnie popularne. Coś o tym wiem, bo próbowałem wtedy namawiać celebrytów na jakieś drobne nawet gesty i nie było to łatwe.

Nie wahałam się nigdy od czasu, kiedy Kampania Przeciw Homofobii po prostu zadała mi to pytanie: czy chcesz być sojuszniczką? Wydało mi się to oczywiste, że tak, ja chcę być sojuszniczką i chcę o tym mówić. Nie było przestrzeni na jakieś zawahanie czy kalkulację, bo to jest po prostu duża część mnie. Moi przyjaciele i przyjaciółki to są osoby queerowe. Czuję się bardzo związana ze środowiskiem queerowym, czuję się w nim szczęśliwa, czuję się dumna, że mogę być jego częścią i też potencjalnie częścią takiej zmiany. Ja w ogóle lubię mieć poczucie bycia potrzebną, więc jeżeli namierzam takie miejsce, gdzie jest możliwość wsparcia i ja mogę to wsparcie zaoferować, to raczej zdecyduję się to zrobić.

Jak to rezonuje na twoje relacje z odbiorcami? Czy twoja otwarta postawa coś w nich uruchamia, że oni przychodzą do ciebie powiedzieć dziękuję, opowiedzieć coś o sobie?

Tak, jest tego sporo i to są czasami takie zupełnie małe rzeczy, spowodowane moim drobnym gestem. Jeżeli udostępnię u siebie na stories, na przykład jakiś występ czy nagranie, gdzie ludzie do moich piosenek robią lipsync i ja to z wielką radością wrzucam do siebie, czasem nie spotyka się to z żadną reakcją, czasem z serduszkiem, a czasami z czymś bardzo wylewnym. Ta osoba się tego nie spodziewała i jest to dla niej bardzo ważne. To jest super, a naprawdę niewiele mnie to kosztuje, za to sprawia mi ogromną przyjemność obserwować, że ludzie na tę moją twórczość reagują, że wzbudza w nich radość, a przy okazji jeszcze nawzajem się wspieramy.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Poeta Stanisław Kalina Jaglarz

Ze STANISŁAWEM KALINĄ JAGLARZEM, poetą, autorem nagradzanych* tomów „zajęczy żar” (2024) i „gościć sójki” (2022), rozmawia Dawid Dudko, dziennikarz Onetu

fot. Michał Korta

Kiedy czytam twoje wiersze, myślę o schronieniu.

Chciałbym. W gruncie rzeczy obnażam się tymi wierszami, pokazuję swoje miękkie podbrzusze.

Robisz to poprzez odwołanie do świata przyrody z jednej strony miękkiego, z drugiej bezwzględnego.

Przyrody nie da się zamknąć w określonych ramach, chociaż kapitalistyczne społeczeństwa nieustannie starają się to robić, „czynić sobie ziemię poddaną”. Przyroda jest jaka jest. Nam z tą ludzką ekspansywnością wydaje się, że to przyroda coraz bardziej wdziera się do naszego życia. Tymczasem to my pokrywamy mapy tego świata, karczujemy lasy, niszczymy siedliska i stawiamy własną wygodę ponad wszystko inne.

W kontekście swoich inspiracji wymieniasz na przykład Julię Fiedorczuk. Mnie do głowy przychodzi oczywiście również aktywizm przyrodniczy Olgi Tokarczuk. Ale ty podkreślasz, że nie chcesz być nazywany ekopoetą.

Myślę, że Julia Fiedorczuk także prawdopodobnie nie chciałaby być szufladkowana, jej poezja jest globalna, planetarna, przekracza wszelkie ramy. Nie chodzi o to, że nie troszczę się o naturę, po prostu nie chcę być zamknięty w jednej szufl adce z napisem „ekopoeta”, „transpoeta”, „poeta elgiebetowski” albo „poeta wiejski”. W przyrodzie dostrzegam wszystko to, co nie daje się poskromić, ujarzmić przemocą, upodobnić do wzorca. Przyroda stawia nam opór, bywa, jak słusznie powiedziałeś, bezwzględna. W naiwnym raju sentymentalnego powrotu do natury również mieszka śmierć.

Ale to nie przed bezwzględnością przyrody, jak wnioskuję z twoich wierszy, chciałbyś się chronić.

Jak by to powiedzieć… Nie mam dobrego zdania o gatunku ludzkim. Przyroda pozwala mi zmierzyć się z własną skończonością, jakąś niemocą i kruchością. Wszyscy jesteśmy tak samo podatni na skaleczenia. To przyroda sprawiła, że zacząłem w końcu wsłuchiwać się w swoje ciało, zamiast zagłuszać to, kim jestem.

Jesteś transpłciowym poetą ze Śląska, wychowanym na wsi.

Właśnie wsi zawdzięczam bliskość natury. Ale także wiedzę o tym, że wieś jest okrutna, jak w poezji Tadeusza Nowaka. Przez większość życia nie byłem skory do społecznych aktywności, wolałem towarzystwo zwierząt i drzew, rodzinnego ogrodu, który gwarantował mi pewną samowystarczalność. Paradoks związany z wsią polega na tym, że to jednocześnie polska wieś stała się dziś symbolem opresji religijno-obyczajowej.

To krzywdzący mit?

Wieś, w której mieszkam, jest złożona niemal wyłącznie z osób głosujących na PiS. Wyoutowałem się, w okolicy wiedzą, że jestem osobą transpłciową. Nic mi się tam nie stało, nie usłyszałem wprost, że jestem niemile widziany. Podskórnie czuję jednak, że moja rodzina jest inaczej traktowana, czujemy się odmienni. Moi rodzice też są w to wciągnięci.

Polityczne prowokacje zbierają żniwo.

Powtarzam sobie, że i tak mam łatwiej niż wiele osób transpłciowych z niewielkich miejscowości, bo mieszkańcy mojej wsi chyba zdążyli mnie polubić, zanim powiedziałem wszystkim, kim jestem. Chciałem, żeby najpierw poznali mnie na swoich tradycyjnych zasadach.

To w czym przejawia się ta religijno-obyczajowa opresja?

W tym, że za religią, która teoretycznie ma u swoich podstaw miłosierdzie, nie stoi delikatność, troska i akceptacja, taka najzwyklejsza, czysto ludzka, gdy każdemu z nas potrzeba wsparcia. Przecież nie zamieszkujemy bezpiecznie tego świata, musimy się z tym pogodzić. Ten świat nie daje nam żadnych gwarancji, on się bardzo szybko zmienia, modyfikuje, przebodźcowuje nas, sprawia, że jesteśmy coraz bardziej zdezorientowani.

Ten przyspieszający świat generuje radykalizowanie się coraz bardziej zagubionych w nim ludzi.

Ludziom się wydaje, że potrzebują teraz twardej ręki przewodnika, który im powie, że są tylko dwie płcie i nie muszą się już o nic więcej martwić.

W jednym z moich tekstów o homofobicznych i transfobicznych zachowaniach polityków, zachęcanych do takich postaw przez prezydenta Donalda Trumpa, zwracałem uwagę, że w pytaniach o liczbę płci bynajmniej nie chodzi o udzielanie na nie odpowiedzi. Chodzi o to, w kogo i dlaczego próbuje się tymi pytaniami uderzyć.

Donald Trump i jego naśladowcy niewątpliwie chcą uderzyć we mnie i osoby takie jak ja – marzą ce o tym, żeby żyć w zgodzie ze sobą, bez krzywdzenia samych siebie i innych. Nieustannie zaskakuje mnie tylko, jak różnorodnie możemy używać narzędzia języka. Owszem, język w jakimś sensie zawsze jest przemocowy i wykluczający. Wyklucza, na przykład zwierzę ta albo wszystko to, co dopiero szuka nazwania. Ale uważam, że mimo wszystko powinien służyć do lepszych celów niż pozbawianie innych ludzi chęci do życia czy wzmacnianie podziałów cofających nas do niechlubnej przeszłości.

Straciłeś chęć, żeby żyć? O swoich nowych wierszach mowisz, że są wydarte depresji.

Od dawna mierzę się z tą chorobą, ma swoje wzloty i upadki, czasami mnie porywa, czasem wyrzuca na brzeg. Bywało naprawdę źle, jak wtedy, gdy przez pół roku właściwie nie wstawałem z łóżka.

 

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Jelito LGBT – o zdrowiu z Michałem Czaplą

Z MICHAŁEM CZAPLĄ, doktorem habilitowanym nauk o zdrowiu z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, dietetykiem, ratownikiem medycznym, specjalistą w dziedzinie promocji zdrowia i edukacji zdrowotnej rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Kopke Photo

 

Dzień dobry panie doktorze.

Michał, proszę.

Tytuł doktora habilitowanego budzi respekt i działa paraliżująco.

To tylko stopień naukowy. A trzeba być przede wszystkim człowiekiem.

Dobrze, będziemy rozmawiać bez panowania. Spotykamy się w związku z twoimi badaniami nad jakością opieki zdrowotnej w odniesieniu do osob LGBT+, chociaż nie tylko  także uchodźców i seniorów żyjących samotnie.

To projekt, który robiliśmy na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu we współpracy z hiszpańskim Uniwersytetem de La Rioja w Logrono. Projekt realizował także mój serdeczny przyjaciel Antoni Dissen ze Stanów Zjednoczonych, który jest dietetykiem i specjalistą od zdrowia publicznego, oraz dr Piotr Karniej z Uniwersytetu WSB Merito we Wrocławiu. Stwierdziliśmy, że czas najwyższy zacząć walczyć z nierównościami w opiece zdrowotnej i w ten sposób zrobić coś dla naszej queerowej społeczności. Istnieje kwestionariusz LGBT-DOCSS służący ocenie wiedzy i kompetencji do pracy z pacjentami LGBT. Jego autor, profesor Markus Bidell, pozwolił nam go przetłumaczyć na polski i hiszpański, a potem opublikować wyniki badań.

Sytuacja osób LGBT+ w Polsce jest trochę inna niż w Hiszpanii.

Oni właśnie świętują dwudziestolecie równości małżeńskiej, a my nie mamy nawet związków partnerskich. Nic więc dziwnego, że Hiszpanie w naszych badaniach osiągnęli lepsze wyniki. Polski system opieki zdrowotnej jest nieco… z tyłu, tak to powiedzmy. Na przykład – w Hiszpanii 35 proc. uczestników badania zadeklarowało, że w ciągu ostatnich pięciu lat brało udział w kursach dotyczących zdrowia osób LGBT+, podczas gdy w Polsce było to jedynie 17 proc.

Jak te badania wyglądały? Rozumiem, że wysłaliście kwestionariusze do pracowników ochrony zdrowia.

Tak, brali w tym udział lekarze, personel pielęgniarski, studenci kierunków medycznych, dietetycy, ratownicy medyczni i inni pracownicy. Problem z polskimi badaniami polegał na tym, że duż o osób do nich przystą piło, grupa liczyła 684 badanych, ale ukończyło tylko 124.

Dlaczego?

Rezygnowały przede wszystkim osoby o poglądach prawicowych i te, które deklarowały się jako wierzące. Pytaliśmy bowiem na początku o takie rzeczy, jak właśnie religia, poglądy polityczne, ale też o wielkość miasta, w którym badany mieszka, o miejsce, w którym pracuje, czy jest to szpital, czy przychodnia. Chodziło nam o te wszystkie czynniki, które mogą być predyktorami wiedzy i kompetencji wobec pacjentów LGBT+. Następnie badani mieli zaznaczyć w kwestionariuszu, na przykład, czy w skali 1-7 zgadzają się z twierdzeniem, że transpłciowość to zaburzenie psychiczne itp. Wyniki badań dotyczących wyłącznie Polski opublikowaliśmy w międzynarodowym czasopiśmie naukowym „Sexuality Research and Social Policy”. I recenzenci naszego artykułu zwrócili uwagę, że jest to problem badawczy nie tylko w Polsce – ludzie nie chcą brać udziału w tego typu badaniach. Ktoś więc powie – 124 osoby, co to za badanie! Ale od czegoś trzeba przecież zacząć  

Natomiast teraz prowadzimy badania z drugiej strony. Czyli jakie mają doświadczenia z polską ochroną zdrowia osoby LGBT+. Zachęcam do udziału w ankiecie, dostępnej internetowo (lgbtq-hces.webankieta.pl). To zajmuje tylko 8 minut. Nikogo tutaj nie wykluczamy. Badanie dotyczy i gejów, i lesbijek, i osób biseksualnych, transpłciowych, niebinarnych… Jeżeli nas nie wspomożecie, to i my nie będziemy mogli wspomóc naszej społeczności. A przecież robimy to po to, żeby propagować postawy afirmatywne wśród personelu medycznego wobec osób LGBT+ i zwiększyć świadomość problemów, z którymi się borykają.

No właśnie. Gadamy już chwilę, a jeszcze nie zadałem ci podstawowego pytania po co badać stosunek akurat do pacjentów queerowych? Czy oni się czymś różnią od innych pacjentów?

Podobne pytanie zadał mi jeden z wykładowców na uczelni – czy pacjent LGBT+ ma inne jelito niż pacjent heteroseksualny? Co to w ogóle za problem, czyżby się już skończyły tematy na doktoraty? Tymczasem pacjenci LGBT+ częściej milczą u lekarza o swojej sytuacji życiowej i problemach zdrowotnych, obawiając się stygmatyzacji. Albo w ogóle nie idą z nimi do lekarza.

Weźmy taki przykład – terapia hormonalna osób transpłciowych i ryzyko sercowo-naczyniowe. To sytuacja, w której informacja o tożsamości płciowej jest niezbędna do właściwego prowadzenia działań profilaktycznych czy leczenia. Tożsamość pacjenta ma tu bezpośrednie znaczenie kliniczne. Inny przykład – przychodzi do proktologa pacjent gej ze szczeliną odbytu.

Jeśli na wstępnym etapie leczenia nie powie na przykład, że jest osobą pasywną w kontaktach seksualnych, to zastosowane metody leczenia mogą nie odnieść pożądanego skutku. Lekarz powinien porozmawiać z takim pacjentem, wyjaśnić, że nawet jeśli po tygodniu przestanie boleć, to jeszcze przez miesiąc nie można odbyć stosunku, bo musi się porządnie wygoić. Tak samo ryzyko zakażenia wirusem HPV jest większe wśród homoseksualnych mężczyzn, którzy są pasywni w seksie. Dalej – kwestia PrEP-u. Osoby, które przyznają się u lekarza do jego przyjmowania, są od razu postrzegane jako rozwiązłe. Z drugiej strony wielu lekarzy spoza środowiska LGBT+ nie wie, czym są PrEP i doxy PEP. Dlatego ważne jest, aby środowisko medyczne chciało zrozumieć pacjenta ze szczególnymi – w tym przypadku – potrzebami.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Anna Grodzka: Zaplanowałam swój pogrzeb

Z celebrantkami DOROTĄ OYRZANOWSKĄ i NATALIĄ ZAKRZEWSKĄ-SOBCZAK z Kolektywu Niezapominajki rozmawia Anna Grodzka

fot. Anken Berge

„To był piękny pogrzeb” – nigdy nie pomyślałabym, że takie zdanie przyjdzie mi kiedykolwiek do głowy. A jednak właśnie tak pomyślałam. Kiedy jest się w moim wieku, coraz częściej zdarza się uczestniczyć w pożegnaniu osób bliskich. Uczestnicząc wcześniej w katolickich i świeckich pogrzebach, czułam żal i smutek, ale nigdy nie udało mi się w trakcie pogrzebu przeżyć jeszcze raz takiego samego uczucia bliskości, jakie miałam, kiedy zmarła osoba jeszcze żyła    Tym razem – oczywiście, w tle był smutek, przecież brałam udział w pogrzebie bliskiej mi osoby, ale jednocześnie poczułam sympatię i ciepło, jakie towarzyszyło moim spotkaniom ze Zmarłą. Jak to było możliwe? Gdy tylko weszłam do domu pogrzebowego, zaskoczyła mnie Jej symboliczna obecność. Sala udekorowana była przedmiotami, jakie mi się z Nią kojarzyły. Stała Jej gitara jak u Niej w domu – jakby Ona miała za chwilę na niej zagrać. W wazonach hortensje, których zawsze pełen był Jej ogródek, a przed urną i Jej zdjęciem – dekoracja z mchu, traw i polnych kwiatów. Na każdym z krzeseł dla gości ktoś położył misternie wycięte czarne profile ptaków. Wszyscy, którzy Ją znali, pamiętają, że zawsze dbała o dosypanie karmy dla ptaków do karmnika w ogrodzie. W uszach brzmiała cicho muzyka, o której wiem, że jej słuchała i lubiła.

Usiadłam na krześle zdumiona. Zamiast przygnębienia, jakie towarzyszyło mi w drodze na tę uroczystość, poczułam pewien rodzaj rozpromienienia i spokoju. Byłam znowu u Niej – z Nią. Nigdy bym się nie spodziewała tego uczucia w chwili pożegnania – w chwili gdy Jej już nie ma. Gdy przyszedł na to czas, pani celebrująca pogrzeb – celebrantka – zabrała głos. Mówiła o zmarłej w taki sposób, jakby był to ktoś, kto przeżył z Nią całe życie – ktoś Jej bardzo bliski. Były to związane z Nią wspomnienia. Czasem wzruszające, czasem radosne, chwilami nawet zabawne. Nie znałam wielu tych szczegółów. Skąd ta celebrantka to wie? – pomyślałam.

Po raz pierwszy w życiu nie wyszłam z pogrzebu zdołowana. A przecież chciałoby się, aby każde takie ostatnie pożegnanie pozwalało uczestnikom na czuły, skupiony ostatni kontakt z osobą zmarłą – z Nią, właśnie z Nią – taką, jaka była w swej najlepszej i w prawdziwej postaci.

Do tamtej pory jeszcze nigdy nie myślałam o swoim pogrzebie. Teraz pomyślałam, że nie chciałabym ludziom, którzy zechcą przyjść mnie pożegnać, fundować tradycyjnej traumy. Zwróciłam się zatem do dwóch kobiet, które przygotowały oraz przeprowadziły ten pogrzeb i zapytałam, czy pomogłyby mi go zaplanować.

Czy to jest OK, że razem z wami zaplanuję swój pogrzeb?

Natalia: Bardzo OK. To dojrzała decyzja, najlepsze, co możemy po sobie zostawić, to porządek.

Ale ja mam na myśli przede wszystkim komfort żałobników.

N: Jasne. Czy masz jakiś pomysł, jakieś wyobrażenie o przebiegu tego wydarzenia?

Jedyne, czego jestem pewna nie chcę księdza. Reszty nie jestem pewna. Dlatego pomóżcie mi. Chciałabym, aby ludzie zebrali się w jakimś swobodnym miejscu. Koniecznie nad brzegiem wody albo jeziora. Żeby było ognisko, wino, piwo i wiele pięknej muzyki. Takiej, jaką lubiłam, i chciałabym, żeby oni także lubili. Bo ostatnio moją pasją jest komponowanie muzyki.

Dorota: A jeśli to będzie zima?

Nie da się poczekać do lata? Bo przecież chcę być skremowana. Urna poczeka.

D: Urna zostanie, ale twoim bliskim będzie trudno czekać tyle czasu. Pogrzeb jest ceremonią domykającą i pozwala bliskim zamknąć pewien etap i pójść dalej, już bez ciebie. Wymyślmy jakieś alternatywne miejsce na wypadek mrozu i zawieruchy. Możemy na tę ceremonię wynająć klub lub inne miejsce, z którym czujesz się związana.

No tak. To w takim razie awaryjnie muszę postawić na muzykę, a nie widoki. Albo tak zakombinować, żeby umrzeć latem.

N: Ale zaraz, zaraz, jeszcze nie umierasz, na razie planujemy. Widoki też mogą być. Może nam towarzyszyć ekran z widokiem płynącej rzeki albo jeziora, mogą się na nim przewijać twoje zdjęcia. Często osoby planujące swój pogrzeb piszą lub nagrywają list – pożegnanie. Możesz też nagrać nam jakiś fi lm ze swoją muzyką. Byłoby dobrze, żebyś przekazała nam informacje, z kim mamy rozmawiać, żeby zebrać wspomnienia o tobie. Bo twoi pogrzebowi goście będą chcieli, aby ktoś o tobie opowiedział. Temu służy mowa pogrzebowa. Dobrze jest też nie planować wszystkiego w szczegółach, żeby zostawić trochę decyzyjności i sprawczości najbliższym, aby poczuli się częścią tej ceremonii.

Ale wiecie co? Mam problem. Nie wiem, co zrobić z moim grobem. Bo z jednej strony przychodzi mi na myśl, żeby rozsypać moje prochy oddać je jakoś przyrodzie, a z drugiej strony zastanawiam się, czy nie byłoby sensowne, aby było jakieś miejsce, w którym jestem pochowana. Co radzicie?

D: Porozmawiaj o tym z najbliższymi. Jeśli chcesz rozsypać prochy, istnieje możliwość zrobienia tego na Łące Pamięci, niestety tylko na kilku cmentarzach w Polsce. A jeśli chcesz mieć grób, to zostaw informację, na którym cmentarzu chcesz być pochowana.

Gdzie mam zostawić tę i inne informacje?

D: Proponuję stworzyć tzw. czerwoną teczkę memo, do której włożysz wszystkie informacje będące przewodnikiem dla twoich najbliższych.

OK!

N: Jak będziesz gotowa, to spotkamy się jeszcze raz i spiszemy wszystko, żebyś mogła zostawić jasne wytyczne.

To teraz powiedzcie osobom czytelniczym Repliki, jak to się stało, że zostałyście celebrantkami.

D: Wszystko zaczęło się od jogi – poznałyśmy się na studiach podyplomowych z jogi na warszawskiej AWF. Obie miałyśmy ciężko chore matki. Myślę, że to spotkanie było nieprzypadkowe, obie podświadomie szukałyśmy wytchnienia, wyrwania wolnego czasu dla siebie, zawalczenia o zdrowie fizyczne i psychiczne. W tym czasie już dużo czytałam o śmierci i umieraniu, brałam udział w warsztatach i spotkaniach Instytutu Dobrej Śmierci. Miałam wówczas myśl, że chciałabym sama celebrować pogrzeb mojej mamy, ale bałam się, że zrobię coś nie tak i że to wpłynie na resztę członków rodziny. Dlatego gdy mama umarła, zdecydowałam się na ceremonię pogrzebową przy pomocy domu pogrzebowego i celebrantki humanistycznej, również członkini Instytutu Dobrej Śmierci. Praca z nią przy ceremonii była dla mnie bardzo wspierająca. Czułam, że odzyskuję kontrolę nad sytuacją, że wiem, co się będzie działo na pogrzebie, wiem, co zostanie powiedziane, mam wpływ na to, jak mama zostanie przedstawiona i zapamiętana. Ten pogrzeb był tak dobry, że obie z Natalią podeszłyśmy do dziewczyn obsługujących ceremonię, by im podziękować. Pamiętam, że powiedziałyśmy im, że też chcemy to robić.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Niemiecki aktor Hans Berlin

O podbijaniu Hollywood, o graniu w gejowskim porno, o życiu z HIV, o jego musicalu „Shooting Star” oraz o jego wspaniałych rodzicach – rozmowa Mathiasa Foita

fot. Daniel M. Schmude

Chciałbym zacząć od tego, z czego, jak myślę, zna cię wielu polskich gejów czyli od twojej kariery w branży porno. Współpracowałeś m.in. z takimi wytwórniami, jak Titan, Kristen Bjorn czy Lucas Entertainment. Często mowisz, że wyruszyłeś na podbój Hollywood, by zostać niemieckim Bradem Pittem, ale życie potoczyło się trochę inaczej. Jak wylądowałeś w tej branży?

Zacznę od tego, że w moim odczuciu wielu mężczyzn – obojętnie, czy hetero, czy homo – skrycie marzy o karierze w przemyśle porno. Kto nie chciałby dostawać kasy za seks z pięknymi osobami? Niemniej, nigdy do tego nie dążyłem ze względu na łączące się z tą karierą piętno społeczne. Sama myśl wydawała mi się super, ale nigdy nie był to mój świadomy plan. Jak wspomniałeś, w 2002 r. trafiłem do Stanów Zjednoczonych, do Los Angeles, by rozwinąć karierę aktorską, ale jednocześnie z czegoś musiałem się utrzymywać. Przez długi czas pracowałem przy obsłudze prywatnych imprez dla pięknych i bogatych tego świata jako kelner, miałem okazję obsługiwać m.in. małżeństwo Obamów, Jennifer Lopez, Barbrę Streisand, Meryl Streep…

Wow!

Tak, to było zabawne. Często myślę, że wszechświat chyba źle zrozumiał moje marzenia: w końcu nie chciałem pracować dla gwiazd, lecz razem z nimi! W ramach tej pracy poznałem pewną parę tancerzy go-go z West Hollywood, gejowskiej dzielnicy Los Angeles. Podpowiedzieli mi, że mógłbym tam nieźle dorobić jako tancerz w klubach nocnych, a że miałem już doświadczenie w tej branży z mojego pobytu w Berlinie, to zgodziłem się. Taniec go-go w USA różni się od tego w Niemczech, jest o wiele bardziej seksualny. To właśnie w klubie w 2010 r. otrzymałem propozycję wystąpienia w gejowskim porno. Moja początkowa reakcja brzmiała: „Nie, jestem prawdziwym aktorem. Nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez to zniszczę moją karierę aktorską”. Trochę mi to zajęło, zresztą musiałem być długo namawiany, ale gdy w końcu uświadomiłem sobie, że nie mam kariery aktorskiej, którą mógłbym zniszczyć i że mógłbym z mojego „hobby” uczynić pracę… (śmiech) No i tak w 2012 r. nakręciłem swój pierwszy film.

Wychowałeś się w małej, bawarskiej wiosce nieopodal Garmisch-Partenkirchen. Opowiedz, proszę, o twoich pierwszych coming outach, miłościach.

W wieku osiemnastu lat powiedziałem mojej mamie, z którą miałem bardzo dobry kontakt, że jestem gejem, chociaż nie byłem tego jeszcze w stu procentach pewny. Zaakceptowała to, ale wyraziła nadzieję, że sąsiedzi się nie dowiedzą i zasugerowała, że to tylko taka faza. To spowodowało we mnie pragnienie bycia „normalnym”, próbowałem nawet seksu z kobietami. Ale w wieku dwudziestu lat, 16 maja 1992 r. – tę datę obchodzę do dzisiaj jako rocznicę mojego comingu outu – pojechałem z mojej wioski do Monachium, a tam udałem się sam do klubu New York (dzisiaj NY.Club – przyp. red.). Poznałem tam mojego pierwszego partnera, który niesamowicie mi pomógł w coming oucie. Ale nawet wtedy nie odważyłem się powiedzieć o tym moim rodzicom, zamiast tego twierdziłem, że w Monachium poznałem dziewczynę, a chłopakowi mówiłem, że pochodzę z innej miejscowości, bo obawiałem się, że może zechcieć odwiedzić mnie w domu rodzinnym. Po którymś pytaniu mojej mamy, kiedy pozna moją wybrankę serca, przyznałem w końcu, że mam chłopaka i że jednak definitywnie jestem gejem. Wcześniej dowiedział się o tym jeszcze mój brat, ale upłynęły aż dwa lata zanim porozmawiałem o tym z ojcem. Starałem się to przed nim ukryć, ale pewnego razu w trakcie pewnej kłótni rzuciłem do niego: „Nic o mnie nie wiesz!”. Na co on odpowiedział: „Myślisz, że nie wiem, że jesteś gejem? Jesteś moim synem, dlaczego miałbym cię z tego powodu mniej kochać?”. W tym momencie opadła mi szczęka. Po czym otworzyliśmy szampana i wznieśliśmy za mnie toast.

Boże, jak pięknie!

Tak, totalnie, chociaż żałuję, że mój ojciec nie zakomunikował mi tego wcześniej, bo może łatwiej byłoby mi z coming outem. Mojego następnego chłopaka Stefana, mogłem już bez strachu zaprosić do rodzinnego domu i przedstawić rodzicom. Ale to ukrywanie się, udawanie, ten balast psychiczny – to trauma, która towarzyszy mi do dzisiaj i którą ciągle próbuję przepracować.

A jak wyglądały twoje coming outy jako osoby seropozytywnej i jako aktora porno?

O mojej seropozytywności dowiedziałem się w 2001 r. O wirusie HIV usłyszałem po raz pierwszy jeszcze w dzieciństwie z reklam dotyczących bezpiecznego seksu. Zakodowałem sobie, że przy każdym seksie muszę używać prezerwatywy. Tak też robiłem, nawet gdy zdradzałem Stefana i gdy z kolejnym chłopakiem otworzyłem związek. Uważałem, że skoro używam prezerwatyw, to nie muszę się regularnie testować. W 1999 r. zachorowałem na mononukleozę zakaźną, prawdopodobnie wtedy się zakaziłem, bo jeździłem ze Stefanem po paradach w całych Niemczech i chodziliśmy razem do saun gejowskich. Jako pasyw polegasz na drugiej osobie, że będzie pilnować, żeby kondom nie zsunął się w trakcie stosunku, ale przecież pewności nigdy nie masz.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.