Trzy dziewczyny, trzy kolejne piątki, trzy historie o dojrzewaniu. Mimmi i Rönkö są najlepszymi przyjaciółkami, uczennicami, pracują razem w galerii handlowej. Rönkö jest hetero, ale ciągle poszukuje swojego miejsca na spektrum aseksualności. Skoro wszyscy dookoła zachwycają się tym seksem, to na pewno ona sama robi coś źle, że jej seks nie rusza. Mimmi z kolei to bucz lesba nieuznająca żadnych autorytetów. Ich rówieśnica Emma od dzieciństwa skupiona jest tylko na łyżwiarstwie fi gurowym. Dopiero spotkanie Mimmi wyrwie ją ze sportowego monotematyzmu. Tak, to brzmi trochę jak film, który widzieliśmy już wiele razy. „Dziewczyny” momentami przypominają zlepek hitów ostatnich lat. Pierwszym skojarzeniem jest oczywiście „Skam” z portretem skandynawskiej młodzieży, choć początkowe fazy związku Mimmi i Emmy czasem wpadają w sentymentalne tony amerykańskich komedii romantycznych. Rozmowy o seksie przywodzą na myśl „Seks w wielkim mieście”, a same dość naturalistyczne sceny erotyczne przypominają nieco amerykańskie serialowe „Dziewczyny”. Ten wieloskładnikowy koktajl niestety nie składa się na nic nowego. Choć poszczególne elementy są sprawnie poprowadzone, pozostaje poczucie, że nic świeżego nam nie zaserwowano. I czy naprawdę w każdym młodzieżowym queerowym romansie jedna z osób zawsze musi mieć istotny wątek sportowy? Zaraz się okaże, że najwięcej sportu widziałem w życiu na queerowych filmach o dojrzewaniu. (Daniel Oklesiński)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Everything Everywhere All at Once (USA, 2022), reż. Dan Kwan & Daniel Scheinert, w kinach: 15.04.2022
mat. pras.
W drugim filmie duetu Daniels (od pierwszych imion obu reżyserów) – niskobudżetowym, ale wyglądającym jak hollywoodzki blockbuster – są tony ciekawych pomysłów i coraz bardziej szalonych uniwersów. Ale, jak zauważa w licznych wywiadach Michelle Yeoh, odtwórczyni głównej roli, najbardziej szalonym zabiegiem jest umieszczenie w centrum historii zwykłej 60-latki azjatyckiego pochodzenia. Evelyn prowadzi małą pralnię, taką, jakie w USA łatwo spotkać na co drugiej ulicy. Ma córkę lesbijkę i to właśnie stosunek matki do orientacji córki staje się kołem napędowym fabuły filmu. A wszystko opakowane jest w widowiskową walkę w złowieszczym urzędzie skarbowym na przestrzeni wielu alternatywnych rzeczywistości. Głównym zagrożeniem staje się córka, która – odrzucona przez matkę – przyjmuje postawę totalnego nihilizmu będącego w stanie zniszczyć nie jeden, a każdy świat. Ale to już tylko fajerwerki. Prawdziwą rewolucją jest zrobienia kina, które wygląda jak wysokobudżetowe, nie boi się poświęcać dużo miejsca niedoreprezentowanym mniejszościom, a sprzedaje się na całym świecie jak świeże bułeczki. Wielkie studia, czas na wasz ruch – mrugacie do nas już często i gęsto (ostatnio chociażby kolejne części „Fantastycznych zwierząt” czy „Dr. Strange’a”), to kiedy w końcu doczekamy się queerowego głównego wątku? (Daniel Oklesiński)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
(UK, 2022), twórczyni: Alice Oseman, premiera na Netflixie: 22.04.2022
mat. pras.
Czy można się głupio szczerzyć do ekranu przez bite 4 godziny kolejną banalną, wręcz trywialną, historią miłosną dwóch chłopaków? Ano można. Cynicy, strzeżcie się, nawet wasze zmarznięte serce nie zatrzymają tej lawiny miodu. Charlie, 14-letni główny bohater, poznaje Nicka, starszego o rok nowego kolegę z ławki. Charlie jest wyoutowanym gejem, Nick domniemanym heterykiem. Charlie – trzymającym się tylko swoich przyjaciół outsiderem, Nick – popularnym dzieciakiem, gwiazdą szkolnej drużyny rugby. Ale to nie ma znaczenia. Wzajemne zauroczenie zwala ich z nóg, a nas przykuwa do oglądania, jak chłopcy radzą sobie z tak silnym, nowym i czystym uczuciem. A robią to fenomenalnie. Nie tworzą sztucznie problemów czy tajemnic, komunikują swoje potrzeby i potrafi ą dać sobie przestrzeń, żeby razem dojść na wspólny grunt. Cynikom, którzy twierdzą, że prawdziwi ludzie tak nie rozmawiają, mówię: bierzcie i uczcie się z tego wszyscy. A to i tak tylko wierzchołek góry lodowej wspaniałości „Heartstoppera” – bo spójrzmy chociażby na inne postaci: wspaniale chaotyczną parę lesbijek, Tarę i Darcy, bojącą się zmian transpłciową Elle czy tokenowego heteryka, impertynenckiego Tao. Wśród dorosłych sceny kradnie Olivia Colman jako wspierająca matka Nicka. „Heartstopper” to adaptacja opublikowanego najpierw w internecie komiksu Alice Oseman (ciągle dostępnego za darmo i regularnie poszerzanego o kolejne rozdziały), który następnie został wydany na papierze (wszystkie cztery tomy są dostępne także po polsku!). Adaptacji tej – wybitnie wiernej – dokonała sama autorka. Znam z komiksów dalsze losy chłopaków, a i tak nie mogę doczekać się kolejnych sezonów, by znów się do nich poszczerzyć. (Daniel Oklesiński)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
(USA, 2022), twórca: Andrew Rossi, Ryan Murphy, premiera na Netflixie: 9.03.2022
mat. pras.
W jednej ze swoich słynnych wypowiedzi Andy Warhol stwierdził, że chciałby być maszyną. Cóż, był jednak człowiekiem – miał intelektualne i emocjonalne rozterki, sprzeczności i kompleksy. Właśnie takiego, „ludzkiego” Warhola, stara się pokazać sześcioodcinkowy dokument wyprodukowany przez Ryana Murphy’ego, nie pomijając przy tym jego artystycznej drogi i wpływu na sztukę drugiej połowy XX w. Podstawę filmu stanowią dzienniki Warhola wydane w 1989 r. Andy tworzył je od 1976 r., gdy miał 48 lat, do śmierci w 1987 r. Stosował przy tym specyficzną metodę: dyktował kolejne „wpisy” niemal każdego ranka przez telefon swojej przyjaciółce Pat Hackett. W filmie słyszymy z off u wiele z tych „wpisów” – są wypowiadane beznamiętnie głosem aktora, ale dzięki technice przetworzonym tak, że brzmi jak głos Warhola. Są to przede wszystkim sprawozdania z codziennych wydarzeń, stąd w „Dziennikach…” prawie nie ma miejsca na dzieciństwo czy okres dorastania. Film skupia się na związkach Warhola z Jedem Johnsonem oraz Jonem Gouldem. Pierwszy zaczynał od zamiatania podłóg w kultowej Fabryce, a potem został wziętym dekoratorem wnętrz. Drugi był żyjącym w połowicznej szafie menadżerem w wielkiej wytwórni filmowej Paramount. Dowiadujemy się też sporo o przyjaźni Andy’ego z Jeanem-Michelem Basquiatem. Setki zdjęć i nagrań wideo przeplatają przeprowadzone dziś wywiady z osobami, które znały Andy’ego – wśród nich Jay Johnson (brat bliźniak Jeda), Jay Gould (brat bliźniak Jona), a także gwiazdy takie jak Debbie Harry, Rob Lowe, Fab 5 Freddy czy Jerry Hall. Muszę przyznać, że dzięki „Dziennikom…” enigmatyczny Warhol stał się dla mnie mniej enigmatyczny. Było w nim mnóstwo kreacji, a w środku siedział zahukany nieatrakcyjny gej ubóstwiający wszystkich pięknych chłopaków. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
(Finlandia, Szwecja, 2020), reż. Zaida Bergroth, premiera na HBO MAX: 9.04.2022
mat. pras.
Któż z nas nie był w dzieciństwie (i nie tylko) wiernym fanem Muminków? Film fi ńskiej reżyserki Zaidy Bergroth opowiada o znaczącym okresie życia autorki tej kultowej bajki – Tove Jansson. Akcja rozpoczyna się w 1944 r. w Helsinkach, gdy Tove bezskutecznie próbuje zostać malarką. W przerwach od zmagań z płótnem i krytycznych uwag ojca, wielkiego rzeźbiarza pragnącego dla córki przynajmniej takiego samego sukcesu, szkicuje na kartkach notesu zabawne, oryginalne postaci i dopisuje do nich historie. Jej artystyczna osobowość i zalotne spojrzenie przyciągają niczym magnes najpierw Atosa Wirtanena, żonatego dziennikarza, który stanie się pierwowzorem Włóczykija, a później reżyserkę teatralną z zamożnej rodziny, Vivicę Bandler. Romans z tą ostatnią będzie dla legendarnej pisarki przełomowy – zarówno pod kątem inspiracji do napisania sztuki o Muminkach, która przyniesie upragniony sukces, jak i odkrywania swojej seksualności. Całość jest bardzo klimatycznym i nieprzesłodzonym zapisem wydarzeń, pokazującym często pomijaną sferę życia Jansson, a także wielowymiarowym portretem artystki, której charakter wolnego, nieposkromionego ducha idealnie oddaje pełna naturalnego wdzięku Alma Pöysti. Gdzie w tym wszystkim jest zaś miejsce dla wieloletniej partnerki Tove, fi ńskiej grafi czki Tuulikki Pietilä, będącej wzorem dla postaci Too-tiki? Musicie się sami przekonać. (Agnieszka Pilacińska)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
(Hongkong, 1997), reż. Wong Kar-Wai, w kinach (odrestaurowana wersja): 17.06.2022
Z okazji 25-lecia „Happy Together” do kin 17 czerwca trafi odrestaurowana wersja filmu. Cofnijmy się do roku 1997. Wong Kar-Wai zaczyna być ceniony i rozpoznawalny na całym filmowym świecie. Jego na wpół oniryczne, afabularne portrety romansów hongkońskiej młodzieży zyskują kolejnych wyznawców. Pokazywane na festiwalu w Cannes „Happy Together” przypieczętuje jego renomę jako mistrza kina autorskiego, ale zapisze się też w historii kina queerowego. Ho i Lai to para młodych mężczyzn. Nie mogą żyć bez siebie, nie mogą żyć ze sobą. Chcą zobaczyć słynny wodospad Iguazú w Argentynie, jednak po kolejnej sprzeczce gubią się i tracą dobytek. Kończą bez grosza, nie umiejąc rozróżnić między miłością a nienawiścią. Zostają skazani i na siebie – i Argentynę. Mistrzowskie budowanie klimatu i rozedrganych emocji buzującego związku spowodowało, że wierni już fani Kar-Waia nie zająknęli się nawet na pokazany u niego pierwszy raz jednopłciowy związek. W końcu dostrzeżono, że film może jednocześnie być i queerowy, i uniwersalny. Czyli jednak heterycy są w stanie utożsamić się również z gejowską parą – tak jak tęczowe osoby od zawsze utożsamiają się z heteronormatywnymi bohaterami. (Daniel Oklesiński)
Tekst z nr 97 / 5-6 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z MIRKĄ MAKUCHOWSKĄ, wieloletnią aktywistką, a obecnie wicedyrektorką Kampanii Przeciw Homofobii, i z jej żoną MARTĄ BARTOSIAK rozmawia Mariusz Kurc
Foto: Emilia Oksentowicz/kolektyw
Jesteście małżeństwem, w Polsce oczywiście nieuznawanym, zawartym w Danii w 2018 r. Jak się poznałyście?
Marta Bartosiak: 2009 rok, Zielona Góra, w której całe życie mieszkałam. W kwestiach LGBT nic się w moim mieście nie dzieje, z grupką znajomych i z moją ówczesną partnerką Bunią patrzymy na Wrocław, gdzie powstał właśnie oddział Kampanii Przeciw Homofobii. Chciałyśmy coś robić. Cokolwiek. Choćby to było roznoszenie tęczowych ulotek walentynkowych, które zrobiła Kampania Przeciw Homofobii. Bunia napisała do KPH o te ulotki i że chcemy działać. Ekipa z KPH, w tym właśnie Mirka, przyjechała z Wrocławia zobaczyć, kim jesteśmy. Przywieźli nam te ulotki. Tak powstał oddział KPH w Zielonej Górze. Był 15 sierpnia 2009 r. Przez ponad 5 następnych lat prężnie działaliśmy.
A parą zostałyście kiedy?
MB: Parą zostałyśmy w 2015 r., wcześniej było luźne koleżeństwo i spotkania czysto aktywistyczne, mniej więcej raz na rok, od Parady do Parady. W 2015 r. Bunia zmarła, a Mirka przyjechała na pogrzeb.
Zaraz, zaraz… Czy Bunia to Kasia Bienias?
MB: Tak.
O, Boże. Kasia była kontaktem „Repliki” w Zielonej Gorze. Pamiętam, że zginęła tragicznie, gdy podczas wichury drzewo spadło na jej auto. Marta, nie wiedziałem, że miała ksywkę Bunia ani że byłą twoją dziewczyną.
MB: To właśnie Mirka stała się dla mnie wsparciem w tym potwornym okresie. Powolutku się do siebie zbliżałyśmy. Dzięki niej podniosłam się po tragedii, dzięki niej w ogóle zaczęłam chcieć się podnosić. Mirka była moim światełkiem.
Mirka Makuchowska: A dla mnie Kasia i Marta, które były razem kilkanaście lat, stanowiły jakby wzorcowy lesbijski związek, obserwowałam i podziwiałam je.
MB: Miesiąc po wypadku wyprowadziłam się z Zielonej Góry. Nie byłam w stanie tam dalej mieszkać, musiałam całkowicie zmienić scenerię. Przyjechałam do Warszawy.
Mirka, ty jesteś z Wrocławia.
MM: Tak, ale już wtedy, od 2012 r., mieszkałam w Warszawie.
Parom jednopłciowym, które biorąślub za granicą, zadaje się zwykle pytanie, dlaczego się zdecydowały, skoro ten ślub nie ma prawnego znaczenia w Polsce.
MM: Dla mnie niewątpliwie śmierć Kaśki wpłynęła na decyzję. Marta była w żałobie, zobaczyłam z bliska kruchość życia. Koniec może być nagły, to zostało w mojej głowie. Więc gdy zaczęłyśmy o ślubie rozmawiać, zniknęło mi myślenie: „Musimy poczekać, aż to będzie w Polsce możliwe”. Nie, na nic nie będę czekać, bo nie wiem, czy jutro będę jeszcze na tym świecie. Wcześniej jak najbardziej miałam postanowienie, że nie zrobię tego za granicą, uważałam to wręcz za ujmę na godności, by jechać gdzieś, bo w Polsce jest zakaz. Poza tym, tak, dziś ten certyfikat leży w szufladzie i kurzy się, jednak jest dla mnie symbolicznym znakiem chęci ustatkowania się.
MB: Żadnego ślubu humanistycznego, żadnego ślubu za granicą – no way! Chcę mieć ślub prawdziwy i w Polsce i musimy najpierw to wywalczyć, inaczej to jest jakiś rodzaj zdrady. Taki miałam pogląd przez całe lata. A potem, już kilka miesięcy po śmierci Buni, wiedziałam, że Mirka jest tą osobą, z którą wezmę ślub, i nie mogę z nim czekać na Polskę.
Minęło 3,5 roku od waszego ślubu. Tak jak wtedy, tak chyba i dziś trudno przewidzieć, kiedy równość małżeńską w naszym kraju wywalczymy.
MM: Nie byłabym aż taką pesymistką. Czytałam niedawne badania IPSOS-u mówiące o tym, że ludzie aspirujący do klasy średniej w Polsce dokonali skoku nie tylko, jeśli chodzi o materialny poziom życia, ale też o wartości – przynajmniej tolerowanie naszego istnienia jest już normą w tej klasie. To jeszcze trochę potrwa, ale związki partnerskie w ciągu 5 lat jestem sobie w stanie wyobrazić. Polskie społeczeństwo jest absolutnie na nie gotowe.
Nawet jeśli opozycja wygra wybory parlamentarne w 2023 r. i będzie skora związki partnerskie wprowadzić, to do 2025 r. będziemy mieli prezydenta Dudę.
MM: A czytałeś badania, według których 40% wyborców PiS nie miałoby nic przeciwko równości małżeńskiej? A jednocześnie wielu wyborców PO, pytanych o horror na granicy polsko-białoruskiej, nie mówiło o wartościach i o prawach człowieka, tylko „niech się trzymają od nas z daleka”. Sporo jest takich sprzeczności. Nie zdziwiłabym się też, gdyby poglądy prezydenta Dudy uległy uelastycznieniu, gdy PiS przestanie rządzić.
Dziewczyny, cofnijmy się do początku. Co was skłoniło do aktywizmu LGBT?
MB: Nazywanie mnie dziś aktywistką LGBT jest na wyrost. Mój aktywizm tak naprawdę skończył się wraz z wyjazdem z Zielonej Góry – uczestniczę w wydarzeniach, demonstracjach, ale właśnie jako uczestniczka, a nie kreatorka. W Warszawie najpierw w ogóle zbierałam się do kupy – mieszkanie, praca. A poza tym tu jest tylu wspaniałych ludzi chcących działać, tyle inicjatyw, że to mnie aż przytłacza.
MM: Nieformalnie Marta bardzo dużo mi pomaga.
MB: Generalnie to mnie do aktywizmu popchnęła złość. Na przykład złość na Donalda Tuska, który jakoś chyba w 2008 r. przyjechał do Zielonej Góry na uniwersytet i zapytany, czy podpisałby ustawę o związkach partnerskich, odpowiedział jednoznacznie „nie” – nawet bez komentarza.
Mirka, a ty?
MM: U mnie to był 2005 r. I też złość. Z jednej strony nastały czasy Romana Giertycha jako ministra edukacji, a z drugiej – poznałam ludzi z wrocławskiego oddziału KPH i bardzo ich polubiłam, to całe towarzystwo LGBT… Nie, wtedy nie mówiło się LGBT.
Mówiło się „geje i lesbijki”, a w mediach głównego nurtu tylko „geje” i walczyliśmy, by dodawano „lesbijki”.
MM: Tak jest, pamiętam. W każdym razie miałam paczkę przyjaciół i poczucie jakiejś sprawczości działania, to mi dawało satysfakcję.
Gdzieś słyszałem, ale może to plotka, że do aktywizmu pchnęła cię Ania Laszuk (dziennikarka radia TOK FM, autorka książek „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy” i „Mała książka o homofobii”, wyoutowana lesbijka – przyp. red.).
MM: Wiesz co? Anka miała mnóstwo kochanek i ja byłam jedną z nich. (Mirka wybucha śmiechem) No, cóż, taka prawda – z iloma ja dziewczynami się później zgadałam, że „Ty też?”, „Aha, no ja też”. Anka była donżuanem lesbijskim bez dwóch zdań. Była też superwyemancypowana, miała świadomość polityczną – a ja byłam takim zagubionym trochę lesbijątkiem. Tak, Anka mnie ukierunkowała.
Anka w Warszawie, a ty we Wrocławiu?
MM: Ten nasz romans to był jakiś 2003, 2004 rok – tak, przyjeżdżałam do niej. Z Anką byłam na tej słynnej zakazanej Paradzie w 2005 r. Zaciągnęła mnie, bo ja byłam wtedy niewyoutowana i oczywiście bałam się iść, „bo przecież tam będą kamery”. Odbyłyśmy całą dyskusję, a potem już poszłam jak burza. Do KPH przyłączyłam się jesienią 2005 r. i pamiętam wymiany mejlowe na temat, jak nazwać ten magazyn, który KPH ma zacząć wydawać.
O, jak miło. Ostatecznie dostał nazwę „Replika”. Ty i ja mamy więc taki sam staż aktywistyczny. „Replika” 6 lat później się usamodzielniła, a ty nieprzerwanie od ponad 16 lat działasz w KPH. Przez wiele lat byłaś członkinią zarządu, wiceprezeską, teraz jesteś wicedyrektorką. Chyba nie ma obecnie w KPH nikogo starszego stażem.
MM: Nie ma. Jestem dinozaurem.
Pamiętasz, że gdy zaczynaliśmy, w świecie aktywistycznym niemal nie było już ludzi, którzy zaczynali w latach 90.? Aktywizm LGBT był wtedy tak trudny, że większość bardzo szybko się wypalała.
MM: Masz rację – nie pamiętam żadnych kolegów Roberta Biedronia, z którymi on zaczynał.
Czujesz te 16 lat nieprzerwanego aktywizmu, które masz za sobą?
MM: Niestety, czuję, szczególnie ostatnich sześć, a już ostatnie trzy to w ogóle masakra. W tym roku kończę czterdziestkę. Niedawno usłyszałam, że właściwie to chyba już nie jestem aktywistką, bo przecież w KPH pracuję, zarabiam pieniądze. Wolę więc mówić, że jestem pracowniczką organizacji pozarządowej.
Tyle tylko, że swoją aktywistyczną, wolontariacką wieloletnią pracą przyczyniłaś się do tego, że KPH dziś jest w stanie zatrudniać pracownikow_czki.
MM: Tak, to było dobrych kilka lat pracy czysto wolontariackiej, a potem kilka następnych za pieniądze symboliczne. W 2010 r. dostałam 900 zł za pierwszy raport „Sytuacja społeczna osób LGBT w Polsce”, który współprzygotowałam. Cieszyłam się z tej kasy jak dziecko. (śmiech) Dziś widzę, jak przychodzą do KPH nowi ludzie i płaca jest dla nich oczywista – a ja wiem, ile trzeba było się narobić, byśmy jako organizacja doszli do takiego poziomu, że możemy kogokolwiek zatrudnić. Ci nowi ludzie mają prawo do traktowania KPH jako pracodawcy, ale moja droga była inna, zupełnie inna.
Mirka, a nie frustruje cię, że przez te wszystkie lata nie wywalczyliśmy żadnych zmian w prawie, które postulujemy – związki partnerskie/równość małżeńska, uzgodnienie płci, ochrona przed dyskryminacją w kodeksie karnym, rzetelna edukacja seksualna, zakaz „terapii” konwersyjnych?
MM: Pewnie, że frustruje. Zwłaszcza, gdy zdarza mi się słyszeć – no, jak tyle walczyłaś i nic nie wywalczyłaś, to chyba źle walczyłaś, nie? Natomiast szczerze ci powiem, że czasy Platformy były dla mnie bardziej frustrujące niż to, co jest teraz. Tamci ciągle gadali, że już za chwilę, już już – i to trwało 8 lat i nic, a teraz wiem, z kim gram, jest jasność. Lepiej mieć zdeklarowanego wroga niż fałszywego przyjaciela. Homofobia obecnych władz jest potworna, ale ona napędza też konsolidację naszej społeczności. Nie marzyłabym nawet o 30 Marszach/Paradach Równości, a tyle było w 2019 r. Ostatnio zaś widzę znów początki stagnacji, trudniej nam jest mobilizować ludzi. Czy przed wyborami w 2023 r. znów będzie nagonka na nas?
Dwa miesiące temu wydaliście wraz z Lambdą Warszawa kolejny raport „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce” napisany na podstawie ankiet wypełnionych przez prawie 23 tysiące osób. Ogromna próba badawcza. I zatrważające rezultaty. Raporty są cykliczne, powstają co kilka lat. Dało się w nich zaobserwować trend – ta nasza tytułowa sytuacja powolutku, ale polepszała się. Teraz trend się załamał. Jest gorzej niż przy poprzednim raporcie w 2016 r.
MM: Wielu osobom wydaje się, że polityka to jedno, a zwykłe życie – drugie. Ten raport pokazuje, jak bardzo polityka wpływa na nasze życie. Depresje i myśli samobójcze nękają nas dużo częściej niż osoby heteroseksualne i cispłciowe, dzieje się tak ze względu na homo- i transfobię, ale teraz pokazaliśmy też coś więcej – na przykład to, że depresje i myśli samobójcze są jeszcze częstsze, jeśli mieszkasz w „strefi e wolnej od LGBT”. A przecież to „tylko” takie uchwały samorządowe, niby bez realnego znaczenia. Respondenci często też opisywali sytuacje, w których schemat był następujący: „Tata oglądał »Wiadomości« i tam znów była mowa o ideologii LGBT, tata rzucił komentarz, że też jest przeciw ideologii LGBT, i nie wytrzymałem, wyoutowałem się przed nim, wykrzyczałem mu, że nie jestem ideologią, tylko człowiekiem”.
Zacznijmy właśnie od profilu respondentow_ ek. Uderzyło mnie, że tylko 1% z nich to ludzie powyżej 46. roku życia. Dramat. Nie tylko starsi ludzie LGBT, ale nawet już ci w średnim wieku – milkną, znikają. Sam mam 48 lat, jestem przerażony tymi danymi.
MM: Ja też. Być może przyczyną jest to, że docieraliśmy do ludzi przez portale głównie odwiedzane przez młodych?
To jakie portale odwiedzają 50-letnie osoby LGBT? Bo przecież nie powiesz, że nie korzystają z internetu.
MM: Racja…
Następna ciekawa sprawa: 27% respondentow_ek to biseksualne kobiety, największa grupa spośród wszystkich, a tylko 4% – to biseksualni mężczyźni. System patriarchalny, czyli seksualną perspektywę typowego maczo, widać tu jak na dłoni.
MM: Znów: racja. A zauważyłeś ogromny wzrost odsetka osób trans?
Jasne.
MM: Wynika on również z tego, że zmieniliśmy samą definicję osoby trans. Kiedyś – na pewno też pamiętasz te czasy – osoby trans to były tylko te, które są po tranzycji, w jej trakcie lub do niej dążą. To było dość binarne postrzeganie transpłciowości, które przeszło już do historii. Zdecydowaliśmy się, by do „worka” transpłciowości wkluczyć też takie osoby, które czują się trans, ale nie mają intencji przechodzenia tranzycji.
I bardzo dobrze. Kolejne dane, które „pięknie” pokazują działanie patriarchatu, to odpowiedzi na pytanie, kto w rodzinie wie o twojej orientacji. Najwięcej wie sióstr, potem idą mamy, następnie bracia i na końcu ojcowie.
MM: Przygnębiające jest, że w ogóle tylko 54% matek wie o orientacji swojego dziecka, a z tej połowy, która wie, tylko 60% tę orientację akceptuje. Oczywiście, z ojcami jest jeszcze gorzej. Często słyszę od rodziców osób LGBT, że oni byli źli na to, że dziecko powiedziało im tak późno. Dane pokazują, że ten żal nie ma uzasadnienia, przeciwnie – uzasadnione są obawy młodych ludzi, że ich orientacja nie zostanie przez rodziców zaakceptowana. Przecież to jest jak rzut monetą – powiem im i przestaną mi płacić na studia albo nie przestaną, zepsuję sobie relacje rodzinne lub nie. A 10% ryzykuje wyrzucenie z domu. Przecież to jest koszmar! Zresztą często coming out nie jest żadnym coming outem, tylko ta orientacja „wychodzi” wbrew woli danej osoby – bo mama przeszukała SMS-y, albo ktoś zapomniał przestawić ustawienia prywatności na swoich mediach społecznościowych, wyszedł na chwilę z pokoju, a tymczasem brat zajrzał do laptopa.
Podejrzewam, że zupełnie inaczej wyglądają coming outy przed rodzicami, gdy masz około 30 lat, mieszkasz na swoim, pracujesz i jesteś niezależny_a.
MM: Bo wtedy relacja z rodzicami jest już zupełnie inna i rodzice wiedzą, że nie akceptując orientacji dziecka, mogą po prostu stracić z nim kontakt.
Marta, a u ciebie?
MB: U mnie z wszystkimi jest bardzo dobrze.
I coming out przed rodzicami też poszedł bez problemu?
MB: O, nie.
MM: (śmiech)
Opowiesz?
MB: Przed tatą nigdy się nie wyoutowałam, widział, że razem działamy z Bunią, razem mieszkamy i śpimy w tym samym pokoju i w tym samym łóżku, ale nie było tematu. A mama cały czas patrzyła na nas przez okulary przyjaźni i któregoś razu w końcu stwierdziłyśmy, że to jest ten dzień, trzeba mamie powiedzieć. Umówiłyśmy się, że Bunia zacznie – mama Bunię świetnie znała i bardzo lubiła – a ja, która się bardziej stresowałam, dokończę. Usiadłyśmy, Bunia mówi: „Musimy pani coś powiedzieć…” – i ja wtedy miałam wkroczyć, ale się rozpłakałam.
MM: (śmiech)
MB: Więc Bunia dokończyła, mama coś tam odpowiedziała, ale widziałyśmy obie, że ją zamurowało – jednak musiała mocno jechać na wyparciu. Mama zamilkła na rok. Cały czas mieszkałyśmy razem, ale nie odzywała się do nas ani słowem, a potem stopniowo zaczęła się otwierać. Dwa lata temu była uczestniczką Akademii Zaangażowanego Rodzica – i teraz jest matką wszystkich elgiebetów w Zielonej Górze, na Paradach macha transparentami. Mama nie była nigdy jawną homofobką – pracowała w teatrze w Zielonej Górze, miała tam kolegów gejów, których uwielbiała – problem przyszedł tylko, gdy okazało się, że córka jest lesbijką.
Wrócę do raportu. O 5 punktów procentowych więcej osób ukrywa swoją orientację. Wcześniej trend był odwrotny.
MM: To jest absolutnie wynik sytuacji politycznej, o której już mówiliśmy. Natomiast optymistyczne jest to, że coraz więcej ludzi myśli o sformalizowaniu związku i o posiadaniu dzieci. Ktoś może powiedzieć, że to konserwatywne podejście, ale według mnie to świadczy o tym, że zaczynamy sami o sobie myśleć jako o pełnoprawnych obywatelach.
Natomiast tylko 2,5% ludzi LGBT spośród tych, którzy padli ofiarą homofobicznych przestępstw, zgłasza je na policję.
MM: To jest prawie nic. Praktycznie w ogóle tych przestępstw nie zgłaszamy. A zaufanie do policji drastycznie spadło i zupełnie mnie to nie dziwi.
Ludzie LGBT zresztą zaskakująco często na pytanie, czy spotkali się z homofobią, odpowiadają, że nie – odnosicie takie wrażenie?
MM: Nie identyfikują nawet, co jest homofobią, a co nie jest – poza pobiciami lub wyzwiskami.
MB: Ja faktycznie nigdy nie dostałam za bycie lesbijką, ale różnego rodzaju dyskryminacja jest codziennością.
MM: Nawet jeśli słyszysz jakieś komentarze, które nie są skierowane do ciebie, ani o tobie, to wciąż – stykasz się z tym. Do tego dochodzi cała homofobia dosłownie wylewająca się z mediów i tradycyjnych, i społecznościowych. Albo jak prezydent mówi „LGBT to nie ludzie”.
Mówiliśmy już o tym, ale podkreślę: aż 55% respondentów_ek miewa myśli samobójcze, a wśród osób mieszkających w „strefach wolnych od LGBT” ten odsetek jest jeszcze większy.
MM: KPH od jakiegoś czasu dysponuje mieszkaniem interwencyjnym, historie ludzi, którym pomagamy, to są historie, które znamy jakby tylko z amerykańskich filmów – tyle że dzieją się tu i teraz. Wyrzucony z domu transdzieciak, który nie ma dokąd pójść, tuła się, znajduje w końcu „sponsora”, więc jest sex work, po jakimś czasie jest już od tego sponsora praktycznie uzależniony.
Coś pozytywnego na koniec?
MM: A może nie ma co pudrować rzeczywistości? Albo OK, powiem ci coś optymistycznego. Jeszcze kilka lat temu wiele osób, nawet liberalnie myślących, mówiło: „Ale o co wam chodzi, jaka dyskryminacja, kto wam broni sobie żyć?”. Dziś, po tym jak media pokazały ludzi z zakrwawionymi twarzami, skatowanych po Marszu w Białymstoku w 2019 r., po „tęczowej zarazie” i wielu innych nienawistnych wypowiedziach polityków i duchownych, takiego zaprzeczania jest dużo mniej. Rozumny człowiek już nie powie, że ludzie LGBT nie mają w Polsce o co walczyć.
Jaka będzie polityczna przyszłość naszych postulatów?
MM: Nawet jeśli przyjdzie nowa władza, włącznie z nowym prezydentem, to mogą powiedzieć, że najpierw trzeba np. uporządkować sprawy z Trybunałem Konstytucyjnym – znów będzie coś ważniejszego od naszych spraw – i zresztą sama też uważam, że TK najpierw trzeba uporządkować. Ale tak w ogóle, czego nauczyło mnie 16 lat aktywizmu? By nie prognozować. Napisałam już w życiu kilka scenariuszy, które poszły do kosza.
Tekst z nr 95 / 1-2 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Początek 2022 r., ogłoszonego przez parlament rokiem Marii Konopnickiej, świętujemy gratisowym magnesem dla prenumeratorów_ek „Repliki” z wizerunkiem jej partnerki – malarki i aktywistki na rzecz równouprawnienia kobiet Marii Dulębianki. Samą Konopnicką uczciliśmy już 2 lata temu – pierwszym magnesem z serii „Polskie tęczowe ikony”. Teraz sylwetkę Dulębianki przybliża Michalina Chudzińska
„W czasach, gdy kobiety nosiły na głowach kunsztowne, fryzowane czuby, a dziewczęta pielęgnowały starannie warkocze, aby były jak najdłuższe i jak najgrubsze, jej krótko ścięte włosy wyglądały na objaw dziwactwa”. Maria Dulębianka – artystka, aktywistka i emancypantka, a przez niemal 20 lat – partnerka Marii Konopnickiej. Urodzona 21 listopada 1858 r. (wiele źródeł podaje 1861 r., ale datę 1858 r. potwierdza Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu), wyrosła na wszechstronnie uzdolnioną kobietę: grała na skrzypcach, znała biegle kilka języków, jeździła konno, lubiła polować i, co najważniejsze, była malarką. Uczennica Jana Matejki i Wojciecha Gersona, studiowała malarstwo m.in. w Paryżu, Wiedniu i Warszawie. Wystawiała swoje dzieła na większych wystawach europejskich i polskich. Jej obrazy pojawiały się w towarzystwie dzieł Matejki, a także m.in. Olgi Boznańskiej czy Jacka Malczewskiego. Zdobyła sporą popularność i uznanie krytyki. Jej dziełami zachwycali się nawet sam Stanisław Witkiewicz oraz Stefan Żeromski.
„Pietrek z powycieranymi łokciami”
Około 1887 r., przebywając w Warszawie, niespełna trzydziestoletnia Maria Dulębianka poznaje Marię Konopnicką. Niestety nie są znane okoliczności pierwszego spotkania obu kobiet. Wielka poetka, matka ośmiorga dzieci, była już wtedy po rozstaniu z mężem, młodsza o 16 lat Dulębianka wciąż była singielką. Około 1890 r. stały się nierozłączne i spędziły razem następne 20 lat – do śmierci Konopnickiej. Paulina Kuczalska-Reinschmitt, ówczesna działaczka feministyczna, wspominała relację obu kobiet: „Poznanie się z Konopnicką wywarło na Dulębiankę wpływ zasadniczy, ponieważ zawiązała się między niemi jedna z tych wielkich przyjaźni, które stają się życia ostoją, jego osłodą, dźwignią wzajemnego doskonalenia się”. Później stwierdziła również, że Dulębianka była dla Konopnickiej „kimś w rodzaju wspierającej żony dla wybitnego męża”. W listach do swoich dzieci Konopnicka często wspominała Dulębiankę. Nie tłumaczyła pojawienia się malarki w swoim życiu, po prostu w pewnym momencie zaczęła używać liczby mnogiej – „my”. W listach do dzieci, a także do najbliższych znajomych, nazywała ją czasami „Pietrkiem z powycieranymi łokciami”. W jednym z listów do córki Konopnicka, opisując tłum, który niemal ją stratował, napisała: „Pietrek, blady i mężny, nic się nie bał, tylko mnie bronił”. Przez lata Maria Dulębianka uważana była jedynie za przyjaciółkę poetki, dodawano co najwyżej, że łączyła je „więź siostrzana”. Kronikarka polskiego feminizmu Sławomira Walczewska (w książce „Damy, rycerze i feministki” z 1999 r.) bodajże jako pierwsza zasugerowała nieheteronormatywność poetki, pisząc o niej i o Dulębiance: „Również na temat związku Marii Konopnickiej z Marią Dulębianką, malarką i działaczką na rzecz praw politycznych kobiet, można jedynie snuć domysły. […] Przyjaźń i wspólne zamieszkanie z kobietą właśnie, a nie kolejnym mężczyzną, musiało mieć dla niej wartość, o której jednak trudno znaleźć informacje w jej bogatej twórczości”. Inni badacze zaznaczają, że w momencie poznania się obu kobiet Dulębianka nie była przecież typem dojrzałej kobiety szukającej przyjaciółki na ostatnie lata życia. Przeciwnie, była młodą, utalentowaną malarką z ambicjami, która wybrała życie z kobietą. Marie razem mieszkały, razem podróżowały po Europie, inspirowały się wzajemnie, a także wspólnie walczyły o równouprawnienie kobiet. Ich relacja trwała dłużej niż małżeństwo poetki z Jarosławem Konopnickim. Po rozwodzie z nim wiecznie odrzucała zaloty mężczyzn, podobnie Maria Dulębianka, która nigdy nie wyszła za mąż. Obie kobiety, obracając się w środowisku feministycznym, miały w gronie przyjaciół również lesbijki (choćby Stefanię Wechslerową czy Marię Rodziewiczównę). W słynnej Académie Julian, paryskiej szkole artystycznej dla kobiet, gdzie Dulębianka studiowała w latach 80. XIX w., przypuszczalnie znała lesbijskie pary; Joanna Sosnowska pisała o młodych malarkach studiujących za granicą, że często „wynajmowały w kilka wspólną pracownię i mieszkanie, co było wygodne ze względów ekonomicznych i właściwe obyczajowo. Nierzadko jednak przeradzało się to w uczucie i trwały homoerotyczny związek”. Mogło mieć to znaczny wpływ na życiowe decyzje Dulębianki związane z działaniami emancypacyjnymi czy może nawet na jej związek z Konopnicką, który, przynajmniej prywatnie, nie był tajemnicą, zaś publicznie o nim nie mówiono. Zdarzało się jednak, że ta kwestia przedostawała się na forum – nie umykała wtedy uwadze współczesnych im osób. Podczas jubileuszu Elizy Orzeszkowej w 1907 r., który połączono z ogólnopolskim zjazdem kobiet, w trakcie przemówienia Marii Dulębianki wśród publiczności pojawił się pewien „zgrzyt”. Uczestniczki kongresu przeszkadzały prelegentce protestami, uszczypliwymi uwagami i śmiechem. Szeptano, że nie chodziło wcale o sytuację polityczną, a o relację Dulębianki i Konopnickiej, która, rozdrażniona zachowaniem publiczności, wstała z fotela prezydialnego i opuściła demonstracyjnie salę, nie pożegnawszy kongresistek (o czym wspomina m.in. „Kurier Warszawski”). Największa wrzawa przeciw relacji obu kobiet pojawiła się na zebraniu wtedy, gdy Zofia Rygier-Nałkowska przemówiła, „domagając się rewizji zasad etyki społecznej i pełni życia” dla kobiet wbrew tradycyjnej moralności, szczególnie w dziedzinie erotycznej. Poza tym jednym incydentem oraz, jak to ujął Krzysztof Tomasik (w „Homobiografiach”), „nielicznymi plotkami ich wspólne życie przyjęto bez większych emocji”. Z dzisiejszej perspektywy relacja Dulębianki z Konopnicką przypomina typowy związek butch i femme, w którym Maria Dulębianka odgrywa rolę tej pierwszej. „Wysoka, przystojna, o niebieskich oczach, regularnych rysach, wysokim czole. Ubierała się w sposób oryginalny i bardzo skromny, jak na owe czasy, wyprzedzając modę ówczesnego pokolenia na pół wieku” – „Kołnierzyk męski, krawat, ciemny kostium z żakiecikiem przypominającym męską marynarkę, ostrzyżona, siwiejąca już głowa i binokle na oczach, dawały nieomal złudzenie, że ma się przed sobą mężczyznę. Mężczyznę bardzo sympatycznego, energicznego i mądrego” – w ten sposób postrzegano Dulębiankę. W swoim tekście „O twórczości kobiet” ona sama stwierdziła, że prawdziwym artystą jest ten, kto łączy w sobie cechy zarówno mężczyzny, jak i kobiety, i sama się trochę w tę definicję wpisywała. Być może dziś Dulębianka definiowałaby się jako osoba niebinarna, transpłciowa? Maria Konopnicka była za to jej definitywnym przeciwieństwem – jako typowa femme, ubierała długie suknie i kapelusze, nierzadko ozdobione kwiatami. Maria Dulębianka stała się dla Marii Konopnickiej najważniejszą osobą, traktowaną na równi z jej dziećmi, a zdarzało się, że nawet osobą bliższą. Dulębianka pojawiała się u jej boku na zjazdach rodzinnych Konopnickich. Nie była jednak mile widziana przez jej córki – „Zofię i Laurę raziła u panny Dulęba jej nonszalancja i odrobina skandalu, jaka musiała takiej to postaci, w takim czasie, w takim kraju towarzyszyć” – czytamy we wspomnieniach Leszka Solińskiego, partnera Mirona Białoszewskiego.
Malarka, patriotka, feministka
W latach 1903-1910, w okresach letnich, kiedy obie kobiety mieszkały w dworku w Żarnowcu, Dulębianka miała tam swoją pracownię malarską, w której często portretowała nie tylko samą Konopnicką (była zresztą zazdrosna, nikt inny nie mógł portretować poetki), ale również mieszkańców wsi. Natomiast w okresach zimowych, w trakcie wspólnych podróży do Francji, Austrii, Niemiec, Toskanii czy Szwajcarii, zarabiała na życie, portretując miejscową ludność. W czasie pobytu w Paryżu Konopnicka namówiła partnerkę na zapisanie się do szkoły malarskiej, by ta odświeżyła swój warsztat. Co więcej, poetka gorąco wspierała „Pietrka” w walce o przyznanie kobietom praw do studiowania na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pomoc szła także w drugą stronę – Dulębianka znacząco pomagała poetce w jej pracy literackiej. To właśnie dzięki jej wsparciu powstało dzieło Konopnickiej „Pan Balcer w Brazylii”. „Bez przesady więc uznać można tę epopeję ludową pióra kobiety za pomnik przyjaźni Dulębianki z Konopnicką”, powiedziała Paulina Kuczalska-Reinschmitt. Obie kobiety były dla siebie wzajemną inspiracją. Poza malarstwem Maria Dulębianka znaczną część życia poświęciła pracy społecznej i politycznej, a przede wszystkim – feministycznej. Zadebiutowała w 1894 r., gdy na łamach czasopisma „Prawda” opublikowała tekst „Damscy kaznodzieje” – ostrą krytyką „Emancypantek” Bolesława Prusa. Protestowała przeciwko mężczyznom wypowiadającym się na temat obowiązków kobiety, przeciwko wyłącznie męskim poglądom na kobiecą emancypację. Maria Dulębianka należała do warszawskiego Koła Pracy Kobiet, walczyła o dopuszczenie kobiet do studiowania na uczelniach wyższych, organizowała wiece, na których przemawiała z zaangażowaniem, pisała referaty, a w czasie podróży po Europie uczestniczyła w międzynarodowych zjazdach kobiet jako przedstawicielka polskiego ruchu kobiecego. Była również pierwszą Polką, która startowała do sejmu galicyjskiego w 1908 r. – był to start symboliczny, bo kobiety nie miały jeszcze wtedy praw wyborczych. Dulębiankę popierały działaczki Koła Oświatowego Postępowych Kobiet i Komitetu Ludowców we Lwowie. W trakcie „kampanii” Dulębianka wygłosiła mowę kandydacką, a także pojawiały się plakaty nawołujące do głosowania na nią. Zdobyła 511 głosów, , ale komisja wyborcza oczywiście je unieważniła. Śmierć Marii Konopnickiej w 1910 r. odbiła się znacznie, co zrozumiałe, na stanie psychicznym pięćdziesięciodwuletniej wówczas Marii Dulębianki. Malarka zorganizowała na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie uroczysty pogrzeb poetki, który przyciągnął tłumy. Nie obyło się bez skandalu – księża nie pojawili się na nim, gdyż uważali, że Konopnicka nie była „prawowierną katoliczką” (poetka nie chodziła do kościoła, a w swoich listach wielokrotnie pisała o duchownych: „O, zgnilizna sama te klechy!”). Maria Dulębianka po śmierci partnerki nie była mile widziana przez córki Konopnickiej. Z tego powodu, nie mogąc zostać w Żarnowcu, zamieszkała na stałe we Lwowie wraz z inną działaczką feministyczną, Sabiną Jaworską. By poradzić sobie z utratą bliskiej osoby, zaangażowała się całkowicie w działalność społeczną i polityczną. Stała się prekursorką walki o prawa wyborcze kobiet w Polsce. W swoich przemówieniach przedstawiała rolę kobiet w życiu politycznym, podkreślała ich istotność oraz żądała dla nich pełnych praw obywatelskich. W 1918 r., po wywalczeniu praw wyborczych dla kobiet w Polsce, została wybrana Przewodniczącą Zarządu Naczelnego Ligi Kobiet. Była także członkinią delegacji kobiet, w imieniu której przemawiała na audiencji u Józefa Piłsudskiego. W ostatnich 9 latach życia po śmierci Konopnickiej Dulębianka niewiele malowała. Badaczka Joanna Sosnowska zauważyła, że wir pracy społecznej miał być rekompensatą utraty obiektu miłości, jakim była Konopnicka. „W gruncie rzeczy to miłość, związek z ukochaną osobą był najważniejszą rzeczą w życiu, tak wielką, że tylko praca dla całego społeczeństwa mogła mu dorównać”. Zaangażowała się również w działalność strzelecką, a potem legionową. W 1912 r. została członkinią Oddziału Związku Strzeleckiego i brała udział w ćwiczeniach strzeleckich, zdobywając pozycję najlepszej w strzelaniu z pistoletu i karabinu.
Śmierć
W listopadzie 1918 r. uczestniczyła w obronie Lwowa podczas wojny polsko-ukraińskiej. Jako wysłanniczka Czerwonego Krzyża wyruszyła 26 stycznia 1919 r. z misją zbadania jeńców w obozach ukraińskich, by pomóc internowanym żołnierzom polskim. Niestety, po odwiedzinach w obozie w Mikulińcach, wróciła zarażona tyfusem plamistym i po kilku dniach jej serce nie wytrzymało – zmarła 7 marca we Lwowie. Jej pogrzeb, będący jedną z większych manifestacji politycznych, odbył się na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Została pochowana w jednym grobie z Marią Konopnicką. W 1927 r., a więc po 8 latach, wspólny grób obu kobiet uznano za zbyt kontrowersyjny – szczątki Marii Dulębianki przeniesiono na Cmentarz Obrońców Lwowa. Maria Dulębianka nie doczekała się za życia zorganizowania wystawy swoich prac malarskich. Jej pierwsza indywidualna wystawa miała miejsce w czerwcu 1919 r. we Lwowie. Wystawiono na niej około 50 prac. W latach 30. pojawiła się także pierwsza biografia malarki, jednak pamięć o niej została na wiele lat zatarta. Dziś na szczęście coraz częściej mówi się i pisze o Dulębiance. W Teatrze Polskim w Poznaniu można oglądać spektakl Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina o jej związku z Konopnicką pod tytułem „O mężnym Pietrku i sierotce Marysi” (premiera z 2018 r.). W tym roku ma ukazać się nowa biografia Dulębianki.
Tekst z nr 95 / 1-2 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z JULIĄ SOBCZYŃSKĄ, finalistką niedawno zakończonej 10. edycji programu „Top Model”, rozmawia Michał Pawłowski
Foto: Łukasz Dziewic
Pochodzisz z małej miejscowości. Dostajesz się do programu „Top Model”, który oglądają prawie 3 miliony widzów_ek i od razu na samym początku, w materiale filmowym o tobie, dowiadujemy się, że masz dziewczynę. W Polsce na publiczny coming out gotowych jest wciąż niewielu z nas, ludzi LGBT+. Ty się odważyłaś.
W żaden sposób nie bałam się o tym powiedzieć, bo związek z Judytą jest bardzo ważną częścią mnie – nie mówiąc o tym, zataiłabym coś o sobie. Rodziców pytałam przed programem, co oni na to, że wszyscy się dowiedzą. Odpowiedzieli prosto – chcą, abym była szczęśliwa, i skoro ja jestem szczęśliwa z Judytą, to to, co inni mówią, nie jest istotne. Sama też staram się skupiać na pozytywach, mam super znajomych i rodzinę, która mnie akceptuje.
Ta edycja „Top Model” była wyjątkowa pod względem liczby wyoutowanych osób LGBT+. Pisaliśmy w naszych mediach społecznościowych o Bartku Klochu (geju) czy Sophii Mokhar (trans kobiecie), którzy rywalizowali z tobą. W jednej z konkurencji, gdy zadaniem było zwrócenie uwagi na nierówności społeczne i hejt, mocno podkreśliłaś swoją dumę z przynależności do społeczności LGBT+. Czy ten temat była ważny dla innych uczestników? Rozmawialiście o tym w domu modeli_ek?
Rozmawialiśmy często na przeróżne tematy i na ten również, ciekawiło nas nawzajem, jaką drogę przeszło każde z nas, jakie trudności nas spotkały i jak sobie z nimi poradziliśmy. Każdy był naprawdę dobrym i wyrozumiałym słuchaczem. Wszyscy staraliśmy się akceptować w 100% i dla mnie właśnie akceptacja, nie tylko tolerancja, jest kluczowa w komunikacji. Bo tolerancja wyznacza podział, a akceptacja pozwala włączać wszystkich do grupy. Słyszeliśmy też dużo komentarzy od gości i jury programu, że jesteśmy bardzo świadomymi ludźmi. Według nich właśnie to wyróżniało uczestników 10. edycji.
Kiedy odkryłaś, że jesteś biseksualna? Łatwo poszło ci zaakceptowanie swojej orientacji?
Odkąd pamiętam, zwracałam uwagę na dziewczyny i chłopaków. To jest tak, że widzisz kogoś i czujesz chemię albo nie – nie rozdzielam tego na płeć, nie jest to dla mnie zbyt istotne. Tak miałam w przypadku chłopców i dziewczynek, jak byłam dzieckiem. Zawsze tak samo interesowały mnie obie płci. Nawet miałam w życiu tyle samo chłopaków, co dziewczyn. (śmiech)
W jednym z odcinków „TM” powiedziałaś: „Jestem dumna z tego, że mam dziewczynę – każdy ma prawo do tego, aby żyć tak, jak chce”. Jesteś młoda, ale bardzo świadoma siebie. Zawsze tak było?
Kiedyś temat mojej biseksualności sprawiał mi wiele przykrości. Czułam się niezrozumiana. Bałam powiedzieć się rodzicom. Nie akceptowałam siebie, a gdy widziałam parę hetero wśród znajomych, czułam dziwny niepokój, że odstaję od wymaganej normy. Nikt nie powiedział mi nic złego, ja sama siebie linczowałam, bo miałam z tyłu głowy to, że moi rodzice na pewno by chcieli, żebym była w hetero związku. Mieszkając na wsi, nie znałam żadnej osoby LGBT+. W szkole temat nigdy nie został poruszony. A gdyby się o nim mówiło, uchroniłoby to wiele młodych ludzi przed zrobieniem sobie krzywdy. Ja sama miałam stany lękowe, budziłam się i płakałam, nie wiedziałam, co się dzieje, i po prostu chciałam, żeby już się to skończyło i żebym nagle po prostu stała się tylko hetero. Kiedy dojrzałam i poznałam kilka osób takich jak ja przez internet, a one podzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami – poczułam, że nie jestem sama, i to bardzo mi pomogło.
Te wszystkie problemy, o których mówisz – stany lękowe itd. – były w okresie, kiedy jeszcze nikomu nie powiedziałaś o sobie, czy może już jakieś coming outy zaczęłaś robić?
To było już po kilku rozmowach z tatą, a mama dowiedziała się wcześniej. Powiedziała od razu, że mnie akceptuje, będzie kochać taką, jaka jestem, a tata – nie do końca, nie był zadowolony i ja dalej z tym walczyłam. W pewnym momencie już nie mogłam – w ogóle przestałam o tym rozmawiać, robiłam swoje. Jak rodzice zauważyli, że nie mają już wpływu, że jak będę miała pojechać do dziewczyny, to i tak do niej pojadę, to wtedy tata odpuścił i uświadomił sobie, że musi mnie zaakceptować, innego wyjścia po prostu nie ma w naszej relacji.
Jak rodzice poznali Judytę?
Rodzice na początku znali Judytę jako moją koleżankę. Potem pojechałyśmy razem do Holandii do pracy na wakacje. Pod koniec wyjazdu mama w rozmowie przez telefon zapytała mnie, czy Judyta to ktoś więcej. Odparłam, że tak. Po powrocie pojechałyśmy z Myszą już razem do rodziców. Gdy pojawiłyśmy się w domu jako para, tata na początku wyszedł, powiedział, że go tu nie ma – było to dla niego za trudne. Mama starała się z nim rozmawiać. Po kilku spotkaniach jednak przekonał się i zaakceptował nasz związek. Teraz relacje moich rodziców i Judyty są bardzo dobre. Pomogła w tym również moja babcia, która wytłumaczyła mojemu tacie, że powinien przestać taki być, zanim będzie za późno, zanim mnie straci.
Super babcia.
Gdy babci powiedziałam, to odparła: „Dziecko, no jak ty tak wolisz te dziewczyny, to dobrze”. Co prawda nie jest akurat tak, że „wolę” dziewczyny, ale mniejsza z tym – babcia wytłumaczyła wszystkim ciotkom, dziadkowi, połowie rodziny, że ja taka jestem i to jest OK, i ona mnie taką kocha. Gdy siostra babci powiedziała, że „to” nie jest normalne, babcia odpowiedziała, że woli mieć dwie wnuczki niż nie mieć żadnej.
Julia, czy spotykasz się z jakimiś stereotypami dotyczącymi samej biseksualności? Jeśli tak, to jakimi?
Teraz, gdy jestem w związku z kobietą, najczęściej spotykam się z takim stereotypowym pytaniem: „Kto jest facetem, a kto kobietą w waszym związku?”. U nas oczywiście takiego podziału nie ma, dzielimy się obowiązkami, jesteśmy partnerkami i obie mamy tak samo ważny głos.
A czy po „TM” spotkałaś się z hejtem np. w swojej lokalnej społeczności albo w internecie?
W sieci pojawiał się hejt na mój temat, ale więcej było tego pod zdjęciami na fanpage’u „Top Model” niż na moim własnym profilu. Dostałam też ileś niemiłych wiadomości na Instagramie, na które na początku odpisywałam, ale potem przestałam to robić, bo ci ludzie nie chcieli rozmawiać, chcieli tylko skrytykować mnie i koniec. Jeśli chodzi o moją wieś i okolice, to dużo osób do mnie podchodzi, prosi o zdjęcia ze mną. W sieci wiele osób do mnie napisało, że ma trudną sytuację z rodzicami. Pisały też dziewczyny, które też są bi lub les, a nie wiedzą, jak powiedzieć o tym bliskim. Zawsze staram się im pomóc, dzieląc się moimi doświadczeniami. Myślałam, szczerze mówiąc, że spłynie na mnie większy hejt – teraz uważam, że przez to, że tak otwarcie o tym mówię i się nie boję, ludzie czują, że nie będę przejmowała się ich opinią.
Wiele znanych osób jest LGBT+, ale boi się, że coming out wpłynie niekorzystnie na ich kariery. Miałaś takie obawy?
Wszyscy chyba wiemy, w jakim kraju żyjemy. Klienci mają różne poglądy, a osoby ze świata show-biznesu dzięki współpracy z różnymi markami zarabiają na reklamach. Rozumiem, że wiele osób boi się, że to, czego dokonali, to, na co zapracowali, nagle przestanie się liczyć, a ludzie będą mówić tylko o ich seksualności. To trudne, a przy tym niedorzeczne, bo to, kogo kochamy, nie powinno mieć wpływu na naszą karierę. Ten świat musi się zmienić. Wierzę jednak, że gdy do „Top Model” przychodzi dziewczyna i trzyma za rękę drugą dziewczynę, to w głowach wielu ludzi zapala się lampka, widzą we mnie swoje dziecko – i przekonują się, że bycie LGBT+ to całkiem normalna sprawa. Oczywiście, każdy ma swój czas i powinien dokonać coming outu w zgodzie ze sobą. Ja po prostu tak czułam, było to dla mnie naturalne. Jak chce się coś zmienić, to warto zacząć od siebie, a ja uważam, że widzialność osób LGBT+ w mainstreamie jest bardzo potrzeba do zmiany w Polsce.
Możemy porozmawiać o twojej narzeczonej? Jak zostałyście parą?
Poznałyśmy się przez pewną grupę na Facebooku. Na początku były to przyjacielskie rozmowy. Spotkałyśmy się kilka razy na zlotach tej grupy i tak utrzymywałyśmy kontakt przez 3 lata. Gdy ona rozstała się ze swoją dziewczyną, a ja w tym samym czasie – ze swoją, to zaczęłyśmy spędzać więcej czasu same i poznawać się bliżej. Podczas jednego ze spotkań pocałowałyśmy się i było super. Od tamtego czasu nie mogłyśmy przestać o sobie myśleć. 10 miesięcy później Judyta oświadczyła mi się w Mediolanie, a ja powiedziałam „tak”. Właśnie teraz minęły dokładnie 3 lata, od kiedy jesteśmy parą.
No właśnie, na koniec finału „Top Model” to ty oświadczyłaś się Judycie – mimo że byłyście już narzeczeństwem. Dlaczego zdecydowałaś się na drugie zaręczyny?
W relacjach hetero regułą jest, że to mężczyzna daje kobiecie pierścionek, i chciałam ten stereotyp obalić. Bo często pojawiają się głupie pytania do par tej samej płci – np. to, które już wcześniej wymieniłam. Chciałam też, aby Judyta poczuła się tak wyjątkowo jak ja, gdy ona mi się oświadczała. Uznałam, że finał „TM” to będzie dobra okazja. Gdy byliśmy na finałowej sesji na Malediwach, Dominika Wysocka, która ostatecznie wygrała „TM”, razem z Nicole, trzecią finalistką, pomagały mi wybrać pierścionek dla mojej Myszy. Podczas przygotowań cały czas rozmawiałyśmy, w którym momencie mogłabym to zrobić.
Czyli twoje programowe rywalki cię wspierały.
Tak. Ale to nie było tak, że ja chciałam skraść show Dominice, bo dużo pojawiło się też takich opinii. Ona po tym, jak odebrała swoją nagrodę, nagrała instastories z Judytą i powiedziała, że jej wygrana nie jest tak ważna, bo wydarzyło się coś jeszcze piękniejszego. To było superwspierające.
To Judyta zachęciła cię do udziału w „Top Model”, prawda? A jak zareagowała na to, że chcesz powiedzieć o waszej miłości publicznie?
My nie myślimy już o tym, czy mamy o tym mówić, czy nie, to nie jest temat tabu i tyle. Prawda, Judyta zachęciła mnie do modelingu i to ona pierwsza zauważyła mój potencjał. Ja akceptowałam swoje ciało, ale nie akceptowałam swojej twarzy. Przez ten czas, kiedy spotykałyśmy się z Judytą jako koleżanki i potem, kiedy byłyśmy już razem, ona podnosiła mi samoocenę, mówiąc: „Jesteś piękna”, „Ale dzisiaj pięknie wyglądasz” itd. Ja nie pozwalałam sobie robić zdjęć, a jak je robiłam, to zakrywałam twarz. Czułam, że jestem zbyt mało delikatna w porównaniu do innych dziewczyn. Judyta robiła mi zdjęcia z ukrycia i mówiła: „Patrz, ładne to zdjęcie”. Za każdym razem prosiłam, by usunęła. Aż za którymś razem po prostu tak spojrzałam i nagle… zaczęło mi się podobać. Potem Judyta mnie namówiła, żebym założyła profil na jednym z portali, gdzie modelki mogą hobbistycznie rozpocząć współpracę z fotografami, i zrobiłam tak kilka sesji. Oczywiście na wszystkie jeździła ze mną Mysza. Ważnym momentem była sesja w Chorwacji – marzyłyśmy, by pojechać tam na wakacje, a nagle trafiłyśmy na fotografa, który zaproponował mi tam sesję. Siedziałyśmy sobie, był zachód słońca – nagle Judyta zaczęła mówić, że według niej miałabym szanse wygrać „Top Model”, i zaczęła nakłaniać mnie, abym się zgłosiła. Wysłałam zgłoszenie, a potem już się działo. Co prawda nie wygrałam programu, ale wygrałam miłość. Może gdyby nie ten związek, ta kariera w ogóle się nie wydarzyła.
Jakie są wasze plany po tych podwójnych zaręczynach? Planujecie jużślub?
Dopiero niedawno zamieszkałyśmy w Warszawie razem. Nie wiem jak, będzie wyglądać moje życie, ile czasu będę w domu, a ile na wyjazdach zawodowych. Choć tego się nie boimy, mieszkałyśmy już kilka miesięcy na odległość i nasz związek to przetrwał. Na ślub jeszcze przyjdzie czas, ale marzymy, by zrobić to w Las Vegas. Na razie nie chcę mówić nic więcej, rozmawiamy o tym, ale nie chcemy się spieszyć – już jesteśmy bardzo szczęśliwe.
A o czym marzysz zawodowo jako modelka, finalistka 10. edycji „Top Model”?
Właśnie wybrałam agencję modelingową i jestem bardzo zadowolona, bo są tam też takie modelki jak Anja Rubik, Zuzanna Bijoch czy Monika Jagaciak, które mają dość nietypową urodę, i wydaje mi się, że to jest idealne miejsce dla mnie. Mam ambicję, determinację i nie boję się ciężko pracować. A cała reszta nie zależy już ode mnie. Na ten moment chcę skupić się bardziej na modelingu niż influencerstwie. Mam takie duże marzenia, jak robienie pokazów dla Diora, YSL czy Gucciego. Ale na razie cieszę się z tego, co się zadziało – „Top Model” spełnił wiele moich marzeń: spotkanie z „moją” Zuzą Kołodziejczyk, sesja z Pająkiem, wyjazd na Fashion Week. No i w ogóle doszłam do finału! Pomijam już fakt, że polecieliśmy na Malediwy, gdzie widziałam rafę koralową, więc w krótkim czasie spełniło się tyle marzeń, że chwilowo nie nadążam już sobie marzyć. (śmiech)
Tekst z nr 95 / 1-2 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z MICHAŁEM SIERMIŃSKIM, historykiem idei, laureatem Nagrody Prezesa Rady Ministrów za swoją pracę doktorską, gejem i autorem listu otwartego do premiera Morawieckiego, rozmawia Bartosz Żurawiecki
Foto: Paweł Spychalski
Zacznijmy od listu, bo wywołał on sporo szumu. Przypomnijmy – otrzymał pan Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za swoją pracę doktorską o inteligencji opozycyjnej w PRL. Następnie napisał pan list otwarty do Mateusza Morawieckiego opublikowany 14 grudnia w „Gazecie Wyborczej”. Nie zostawił pan w tym liście suchej nitki na obecnej władzy i ogłosił, że przekazuje całą nagrodę, prawie 26 tys. zł, inicjatywie Aborcja Bez Granic. Czy to był impuls, czy też od dawna pan się zbierał, żeby coś takiego napisać?
Nie był to do końca impuls, bo od dłuższego czasu jestem, mówiąc oględnie, wkurzony na to, co się w Polsce dzieje. Teraz jednak nadarzyła się okazja, gdyż – z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów – zostałem wyróżniony przez Morawieckiego za swoją rozprawę pisaną przecież z pozycji wyraźnie lewicowych. Już w pierwszym zdaniu pada w niej wyklęte słowo „marksiści”! Po wiadomości o nagrodzie radziłem się przyjaciół, co z tym zrobić, bo nie ukrywam, że wyróżnienie przez znienawidzoną przeze mnie władzę było nie lada problemem. Nie mam finansowego noża na gardle; skoro dotychczas jakoś dawałem sobie radę, jakoś się utrzymywałem, mogę to robić dalej. Mam lewicowe poglądy, a do obecnego rządu potwornie krytyczny stosunek. Zrobienie z tych pieniędzy osobistego użytku byłoby więc czymś na kształt moralnego czy naukowego samobójstwa. Wiedziałem jednak też, że nie ma sensu odmawiać przyjęcia nagrody. Z prostego względu – szkoda, żeby te pieniądze u nich zostały. Jest naprawdę ogromna liczba osób, którym mogą się one bardzo przydać. Zacząłem wszystko obmyślać – że przekażę pieniądze Aborcji Bez Granic, a powody wyjaśnię w liście otwartym. Długo jednak czekałem, żeby go opublikować – od połowy października, kiedy nagroda została przyznana. Nie mam do tych ludzi za grosz zaufania, bałem się więc, że decyzja o wyróżnieniu mnie może ulec jakiejś nagłej „reasumpcji”. Chciałem najpierw dostać pieniądze na konto, a następnie przelać je dalej. I dopiero wtedy upubliczniłem swój list.
Jednym z jego elementów jest pana coming out jako geja. Długo się pan nad tym coming outem zastanawiał, czy też od razu uznał, że z oczywistych względów musi się on w liście znaleźć?
Chciałem tej władzy zagrać na nosie. Proszę – oto skrajnie homofobiczny rząd dał nagrodę nie tylko „lewakowi”, ale też gejowi. Poza tym, skoro społeczność LGBT+ jest w Polsce ofiarą szczujnii zinstytucjonalizowanej przemocy, to po prostu trzeba zacząć się bronić. I obrona polega na tym, że należy deklarować otwarcie, kim się jest. Ale zastanawiam się też, czy warto o tym, co zrobiłem w liście, mówić jak o coming oucie. Bo coming out przed kim? Nie jestem przecież celebrytą, którego życiem osobistym emocjonują się tłumy. Pisząc artykuły czy książki, dotychczas właściwie nie zahaczałem o kwestie LGBT+. Ale też się nie ukrywałem. Moi przyjaciele, rodzina, wszyscy wiedzieli. Według mnie coming out nie jest moralnym obowiązkiem. W Polsce, najbardziej homofobicznym kraju UE, nie można ludzi szantażować, to powinna być indywidualna decyzja. Natomiast jeśli ktoś ma odpowiednie warunki i nie musi się bać reakcji otoczenia, jeśli kogoś stać na to emocjonalnie, to warto wtedy coming out zrobić, bo jest to także gest o politycznym znaczeniu. Dla mnie fakt, że napisałem w liście „jestem gejem”, nie wiązał się z wielkim kosztem emocjonalnym, bo generalnie nieszczególnie obchodzi mnie to, co inni myślą na mój temat.
A pana wcześniejsze coming outy przed rodziną, znajomymi? Były wyzwaniem, traumą?
Traumą nie, ale wyzwaniem tak. Nie potrafi ę sobie wyobrazić osoby wychowanej w Polsce, dla której byłaby to rzecz zupełnie neutralna. Wspomniałem w liście o nastolatkach LGBT+, bo to oni są najbardziej bezradni. Ich zwłaszcza trzeba bronić przed homofobiczną przemocą. U mnie było o tyle łatwiej, że pochodzę z rodziny owszem, katolickiej, ale o otwartych horyzontach. Nigdy nie było u nas obyczajowego kołtuństwa. Nie czułem, że dorastam w atmosferze nieprzychylnej mniejszościom seksualnym. To na pewno ułatwiało start w dorosłość, ale nie rozwiązywało wszystkich problemów, bo nie żyje się przecież wyłącznie w domu. Nadto zawsze mieszkałem w Warszawie lub bliskich okolicach, co też ma ogromne znaczenie. Choćby dlatego, że jest tu więcej ludzi, są kluby gejowskie, miejsca, w których można się spotkać. Człowiek ma zupełnie inną perspektywę.
Były jakieś reakcje na pana publiczny coming out? Czy też uznano, że to nie jest meritum tego listu?
Mój list spotkał się z bardzo dużym odzewem. Nie spodziewałem się, że będzie on aż taki. Z moim partnerem Maciejem próbowaliśmy wszystkie te reakcje prześledzić, ale nie dawaliśmy rady. W przeważającej większości były to zresztą reakcje pozytywne. Ale i hejt nie dotyczył chyba mojej orientacji seksualnej. Ten wątek poruszył portal wpolityce.pl, ale też raczej nie jakoś agresywnie. Oni bardzo szybko wrzucili paszkwil na mnie, w którym pisali coś na zasadzie: „Co to premiera obchodzi, jaką orientację ma pan Siermiński?”. Myślę, że w moim liście znalazły się rzeczy, które prawicę bardziej wkurzyły niż to, że pisze gej.
Wróćmy do pana pracy doktorskiej, która w formie książkowej ukazała się pod tytułem „Pęknięta Solidarność”. Pokazuje pan tam zwrot ideowy opozycji peerelowskiej, jaki dokonał się po 1968 r. Analizuje pan poglądy osób takich jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń. Śledzi pan ich ewolucję z pozycji lewicowych, socjalistycznych na pozycje konserwatywne, gdzie najważniejsze stało się zachowanie tkanki duchowej i jedności narodu. Pan do tego zwrotu odnosi się krytycznie. Nie ma jednak w książce niczego, co by dotyczyło sfery obyczajowej. A przecież koniec lat 60., lata 70. to na Zachodzie początek nowoczesnego ruchu gejowsko-lesbijskiego, to walka o prawo do aborcji. Ciągle żywa jest też kontrkultura, która przyniosła rewolucję seksualną. Czy pracując nad swoim doktoratem, natrafi ł pan na jakieś teksty, materiały, dokumenty peerelowskiej opozycji, które by się do tych kwestii odnosiły?
Kwestia praw kobiet czy mniejszości seksualnych nie budziła zainteresowania opozycji. Tego nie było, co jest oczywiście wielkim zaniedbaniem. Można to się starać zrozumieć, ale nie można tego usprawiedliwiać. Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę z tego, że przewrót październikowy w Rosji w 1917 r. przyniósł ogromne zdobycze, jeśli chodzi o prawa kobiet i mniejszości seksualnych. Oczywiście w tamtych warunkach materialnych rewolucja seksualna mogła odbyć się przede wszystkim „na papierze”. Ale i tak bolszewickie prawodawstwo i praktyki z pierwszych lat po październiku stanowią absolutny ewenement na skalę światową. To są rzeczy nieprawdopodobne, trzeba o nich pamiętać. Tylko że te wszystkie zdobycze padły łupem kontrrewolucji stalinowskiej. Już w pierwszej połowie lat 30. homoseksualizm ponownie zaczął być penalizowany, niedługo później odebrano kobietom prawo do aborcji. W kolejnych dekadach ruch komunistyczny nigdy nie powrócił już do rewolucyjnej retoryki i rewolucyjnych praktyk z pierwszych lat po październiku. W drugiej połowie lat 50. Leszek Kołakowski – wtedy wciąż zdeklarowany komunista, potem guru polskiej opozycji – w jednym ze swoich tekstów bez cienia zawahania kojarzy homoseksualizm z chorobą i zbrodnią. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie słowa Zbigniewa Lew-Starowicza, który przyznał, że „leczył” homoseksualistów prądem, bo tak go w PRL w latach 60. uczono na studiach. To pokazuje degenerację tych wszystkich postępowych tendencji, które pojawiły się bezpośrednio po rewolucji październikowej.
Można dyskutować, czy PRL był państwem wyzwolonym obyczajowo, ale jednak w 1956 r. wprowadzono liberalną ustawę o przerywaniu ciąży, homoseksualizm też nigdy nie był w Polsce Ludowej penalizowany. Może więc konserwatyzm opozycji wynikał ze sprzeciwu wobec „niemoralnego” systemu, który odrzuca tradycyjne wartości?
Taki trop mógłby być do pewnego stopnia słuszny, ale raczej w przypadku dysydentów o orientacji prawicowej. Jest jednak faktem, że na przełomie lat 60. i 70. zanikają rewolucyjno- lewicowe sposoby myślenia o walce z systemem i za tym idzie coraz bardziej postępujący konserwatyzm opozycji na wszystkich polach. Zaczyna się też sposób myślenia, który ma charakter manichejski. Jest dobry naród i zły, totalitarny system. Widać to zwłaszcza po stanie wojennym. Zmienia się również reżim. Ostatnia dekada PRL to, wbrew mitom funkcjonującym w polskiej historiografii, coraz bliższe układanie się władzy z Kościołem katolickim. Naciski Kościoła poskutkowały np. tym, że w latach 80. w nowo otwartym szpitalu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi zakazano aborcji.
Pamiętam z lekcji religii w latach 80. wałkowanie, że aborcja to zbrodnia. Ta retoryka stawała się coraz bardziej powszechna.
Jej intensyfikacja następuje na początku lat 90., w czasach transformacji, gdy mamy obłęd antykomunistyczny, bezkrytyczny kult Jana Pawła II, wkraczanie Kościoła we wszystkie sfery życia. Na mnie samym śmierć papieża w 2005 r. – miałem wtedy 15 lat – zrobiła spore wrażenie. Pamiętam tamtą atmosferę. Przekonanie, że kończy się pewna epoka. Teraz wydaje mi się to absurdalne. To się zresztą szybko wyczerpało. Miało być pokolenie JP2, a go nie ma. Dzisiaj młodzi ludzie urządzają w necie mistrzostwa w szkalowaniu papieża-Polaka. To pokazuje ogromną zmianę obyczajową, kulturową, która jednak w Polsce się dokonała.
Kiedy miała miejsce?
Trudno to dokładnie zlokalizować w czasie. To jest proces, który przebiega od może 10 lat. Młodzi ludzie, powiedzmy poniżej 25. roku życia, nie pamiętają tych rzeczy, którymi ja jeszcze w jakiś sposób nasiąkałem. Tej całej bogoojczyźnianej atmosfery potransformacyjnej Polski. Ta atmosfera wciąż istnieje, ale wyraźnie słabnie. Gdy dorastałem w pierwszej dekadzie XXI w., powszechna homofobia była czymś oczywistym. Teraz w wielu, zwłaszcza młodzieżowych, środowiskach homofobia to jest po prostu obciach. Proszę wziąć pod uwagę to, że z jednej strony mamy tę tępą, agresywną propagandę, kompletnie nieliczącą się z tym, jak świat wygląda, a z drugiej portale społecznościowe i Netfliksa. Młodzi ludzie nie są już zamknięci w granicach państwa narodowego. Wielu z nich swobodnie czyta po angielsku, wszyscy oglądają filmy z całego świata. Trzymam się z nimi, słucham ich, oni mają mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Zupełnie inaczej definiują polskie podziały. Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie mem, który pojawił się po tym, jak Donald Tusk wrócił do polskiej polityki. Widać na nim obecnego przewodniczącego PO mówiącego z patosem: „Wróciłem żeby cię uratować”, a młoda dziewczyna z niebieskimi włosami odpowiada: „Nawet nie wiem kim ty jesteś typie xD”. Osoby w jej wieku już nie pamiętają Tuska, sceny politycznej sprzed 2015 r.
Tylko że Tusk może zaraz wrócić do władzy. A przecież powtarza, że rewolucji obyczajowej robić nie będzie.
Nie wiem, czy pan czytał wywiad w „Krytyce Politycznej” z Tuskiem i Anne Applebaum, który ukazał się w związku z ich świeżą książką „Wybór”. Jest to rzecz zupełnie porażająca. Poziom niezrozumienia, dziaderskiej mentalności jest straszny. Nie wpadam jednak w panikę. Uważam, że restauracja porządku sprzed 2015 r., także w wymiarze obyczajowym, może być bardzo trudna. Polską chyba już nie da się tak rządzić. Dla mnie bardzo istotna jest perspektywa ruchów społecznych i ich wystąpień. Fascynują mnie ludzie, którzy w grupach mniejszych i większych biorą swój los we własne ręce i zaczynają walczyć. Momentem przełomowym był dla mnie Strajk Kobiet. Wczesną jesienią 2020 r. nie spodziewałem się, że w najbliższym czasie coś takiego w Polsce zobaczę, że będę mógł wziąć w tym udział. Jeszcze tydzień przed wybuchem protestów trudno byłoby mnie przekonać, że to się wydarzy. A jednak stało się. Rewolucje spadają z nieba, jak słusznie mawia mój przyjaciel.
Ale Strajk Kobiet wygasł. To było bardzo intensywne parę tygodni protestów, które się skończyły. Czy ta rewolucja wróci, czy znowu spadnie nam z nieba?
Nie mam pojęcia, ale nie wierzę, że ta energia wyczerpała się na dobre. Ten ruch był potężny nie dlatego, że jakaś grupka radykalnych „lewaków” zrobiła w Warszawie ruchawkę. To był ruch, który ogarnął bardzo wiele miast i miasteczek w całej Polsce. Odważne kobiety, które często bez żadnego doświadczenia wychodziły z inicjatywą i organizowały protesty „u siebie”, to prawdziwe Joanny D’Arc tej rewolucji. To przede wszystkim w nie, jak sądzę, wymierzona była brutalna reakcja władzy. One były ciągane po posterunkach, przesłuchiwane, zastraszane. Władza metodycznie tłumiła ten ruch i to się, niestety, udało. Rewolucja nie doszła do skutku. Na razie przegrała. Zobaczymy, w jakiej formie powróci, zobaczymy, co się będzie działo w kraju; sytuacja jest trudna do przewidzenia. Ale jest bardzo dużo wrzącej nienawiści, wiele osób się zradykalizowało w ostatnich latach, bo czują się gnębione przez tę władzę. Ja też się tak czuję.
Jest więc pan gotowy pójść na barykady?
Pewnie!
Rozprawa doktorska Michała Siermińskiego – nagrodzona przez Mateusza Morawieckiego – ukazała się w postaci książki zatytułowanej „Pęknięta Solidarność. Inteligencja opozycyjna a robotnicy 1964-1981”, Książka i Prasa, Warszawa 2020.
Tekst z nr 95 / 1-2 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).