Co mogę zrobić? Aktywizm LGBTI dla początkujących

Tekst: Daniel Oklesiński. Rysunki: Beata Sosnowska

 

 

PAKIET PODSTAWOWY

Bądź aktywny/a w mediach społecznościowych 

  • śledź portale (Kampania Przeciw Homofobii, Miłość Nie Wyklucza, queer.pl, „Replika” i inne), by być na bieżąco. Wiedza to potęga
  • spraw, by tęczowe niusy docierały do twoich znajomych, zaproś ich do polubienia stron LGBTI
  • komentuj, dziel się, lajkuj
  • reaguj na homofobię, zgłaszaj homofobiczne posty naruszające zasady netykiety, używaj równościowego języka

 

Głosuj portfelem – bądź świadomym konsumentem / świadomą konsumentką

  • jeśli mieszkasz w dużym mieście, na towarzyskie spotkania wybieraj lokale przyjazne LGBTI
  • korzystaj ze sklepów dedykowanych społeczności LGBTI, np. książki – bearbook.pl; filmy – wypożyczalnia outfim.pl; tęczowe ubrania, merch – outandproud.pl, unipride.pl
  • chodź do kina filmy LGBTI (od tego, czy zapłacisz za bilet, zależy decyzja dystrybutora o sprowadzeniu kolejnych filmów LGBTI)
  • bierz udział w inicjatywach LGBTI (debaty, wystawy itp.)
  • zwracaj uwagę, czy dana firma prezentuje postawę LGBTI-friendly, obojętną czy homofobiczną

 

Bądź świadomym członkiem / świadomą członkinią społeczności LGBTI

  • głosuj w każdych wyborach, a wrzucając kartę do urny, bierz pod uwagę postulaty LGBTI
  • rocznie ukazuje się w Polsce ponad 30 książek i ok. 20 filmów LGBTI – sprawdzaj, ile z nich „zaliczasz”
  • orientuj się. Który kraj jako pierwszy wprowadził związki partnerskie? Równość małżeńską? W ilu krajach UE nie ma wciąż ani jednego, ani drugiego? Kto to jest Hayley Kiyoko? Matt Bomer? Jeffrey Eugenides? Marta Lempart? Czego dotyczył „paragraf 175”? W Nigerii za homoseksualizm grozi śmierć czy „tylko” więzienie? Kiedy powstała pierwsza organizacja LGBTI w Polsce? Nie wiesz? W szkołach niestety nie ma edukacji LGBTI, tą wiedzę musisz zdobyć sam/a
  • edukuj znajomych i rodzinę. Nie siedź cicho, gdy wujek na rodzinnym spotkaniu plecie homofobiczne bzdury. Psuj atmosferę na imprezach, gdy usłyszysz „lesby są spoko, jeśli są ładne, to popatrzyłbym ha ha ha”. Reaguj na obiegowe opinie, że orientacja seksualna to tylko „sprawy łóżkowe” albo że „niech sobie będą, tylko niech się nachalnie nie promują”. Pamiętaj, że seksizm, rasizm, nacjonalizm, antysemityzm i wszelka ksenofobia są podobnie szkodliwe, jak homo- czy transfobia

 

PAKIET Premium

Wspieraj finansowo organizacje LGBTI (nie trzeba być bogatym!)

  • przekazuj 1% podatku na organizacje LGBTI (KPH, MNW, Lambda Warszawa, Trans-Fuzja i inne)
  • utwórz przelew cykliczny. Nie musi być duża kwota! Przekaz choćby 10 zł miesięcznie zwiększa stabilność finansową organizacji i jej niezależność od grantów czy politycznych wiatrów
  • lubisz „Replikę”? Najlepszą formą wsparcia nas jest prenumerata (60 zł rocznie, czyli tylko 5 zł na miesiąc)
  • wspieraj crowdfundingowe akcje LGBTI
  • ale pamiętaj, że finansowe wsparcie organizacji LGBTI nie zwalnia z innych działań

 

Coming out to nie tylko osobista sprawa. Ma też społeczny (i polityczny!) wymiar. Jeśli jesteś gotowy: bądź wyoutowany wszędzie i zawsze

  • najważniejszy jest coming out przed samym/samą sobą, ale ten już masz zaliczony, prawda? Przed rodziną też? (Tak, wiemy, że to niełatwe)
  • outuj się przed kolejnymi przyjaciółmi – wciąż poznajesz przecież nowych, coming out nigdy się nie kończy, chyba że jesteś Eltonem Johnem i zna cię cały świat
  • outuj się w pracy. Myślisz, że to nie miejsce na rozmowy o orientacji? To posłuchaj heteryków, jak nawijają o mężach, żonach, narzeczonych i randkach
  • outuj się przed obcymi, jeśli zachodzi taka potrzeba. A zachodzi całkiem często. Jeśli ekspedientka w sklepie bierze twojego chłopaka „z automatu” za kolegę, poinformuj ją, że jest w błędzie. Jeśli recepcjonistka w hotelu sugeruje pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami, nie kładź uszu po sobie, powiedz, że ty i twoja dziewczyna jesteście parą i wolicie jedno podwójne łóżko. Po kilku razach coming outy w podobnych sytuacjach stają się fajne – człowiek mniej się stresuje, za to z przyjemnością obserwuje reakcje. A przy okazji edukuje obcych: tak, nie wszyscy są hetero!
  • pamiętaj, że „obnoszenie się”, „epatowanie” i „afiszowanie się” to pojęcia ze słownika homofoba – społeczność LGBTI chce tylko funkcjonować na takich samych zasadach, jak ludzie hetero. Nic mniej, nic więcej
  • nie kupuj gadki „homoseksualizm tak, ale promocja homoseksualizmu – nie”. Homoseksualizmu nie da się promować – można natomiast promować postawę LGBTI-friendly
  • Noś tęczowe przypinki lub inne akcesoria

 

Działaj lokalnie

  • Należysz do osiedlowego klubu książkowego/filmowego? Zaproponuj do omówienia tytuł LGBTI
  • podaruj lokalnej bibliotece książki LGBTI, które już przeczytałeś i są ci niepotrzebne
  • pytaj w lokalnym kinie o filmy LGBTI dostępne w Polsce. Są kina, szczególnie studyjne, które spełniają prośby widzów.

 

Bierz udział w Marszach/Paradach Równości

  • Marsze/Parady to najlepsza forma pokazania w przestrzeni publicznej, że społeczność LGBTI (i sojusznicy) realnie istnie i chce mieć pełna prawa. To też rewelacyjna zabawa, doświadczenie, po którym wyjdziesz naładowany energią i z przekonaniem, że „Można? Można!”. Jeśli masz wątpliwości, co do formy, bo nie lubisz „facetów z piórami w dupie”, idź na Marsz/Paradę tym bardziej i koniecznie daj nam znać, jeśli takich zobaczysz (wciąż ich nie widzieliśmy). Marszów/Parad jest w Polsce w tym roku 21. Udział w jednym to minimum. A najlepiej zabierz nie tylko chłopaka/ dziewczynę, ale też przyjaciół i rodzinę.

 

 

PAKIET deluxe

Zapisz się do organizacji LGBTI

Wiemy, że masz super pomysły i silne przeświadczenie, co konkretnie należy zrobić, by wprowadzić w Polsce równość małżeńską od zaraz. Ale jednak nie zaczynaj od propozycji gruntownej reformy organizacji zaraz pierwszego dnia. Powiedz, że chcesz działać i zapytaj, jak możesz być pomocny/a. Wciągnij się, zobacz, jak to działa. A potem rozwijaj skrzydła:

  • jeśli nie mieszkasz w którymś z największych miast, sprawdź, gdzie działa najbliższa organizacja LGBTI (w Warszawie jest ich kilkanaście, do tego około 20 w innych dużych miastach)
  • jeśli jesteś nauczycielem, pamiętaj o „Tęczowym piątku”
  • jeśli jesteś rodzicem dziecka LGBTI, istnieje Akademia Zaangażowanego Rodzica w KPH, a także organizacje Akceptacja i My, Rodzice
  • jeśli jesteś katolikiem, istnieje Wiara i Tęcza
  • jeśli umiesz pisać, zgłoś się do queer.pl lub „Repliki”
  • jeśli wydaje ci się, że nic nie umiesz, tym bardziej zgłoś się do jakiejkolwiek organizacji LGBTI – szybko przekonasz się, jaka drzemie w tobie moc. Serio. W samej „Replice” jest mnóstwo do roboty oprócz samego pisania artykułów – nasi wolontariusze, którzy np. regularnie latają na pocztę, mogą ci opowiedzieć

 

Zorganizuj Marsz Równości w swojej miejscowości

Nowy Jork, Londyn, Paryż, Amsterdam czy Berlin mogą mieć swe Parady, a Warszawa nie? Długi czas polscy działacze LGBTI tak myśleli, ale potem zmienili zdanie i w 2001 r. przez Warszawę przeszła pierwsza Parada. Warszawa może mieć Paradę, a Kraków czy Poznań nie? Łódź? Wrocław? Gdańsk? Mogą! Tak to pączkowało aż do tych 21 Marszów w tym roku. Więc teraz spokojnie możemy napisać: skoro Częstochowa, Koszalin, Gniezno czy Konin mogą mieć swe Marsze, to może też Bytom, Wałbrzych, Tarnów czy Biała Podlaska. I Pcim Dolny również. Trzeba tylko lokalnych działaczy i działaczek bez kompleksu pt. „Nie da się”.

Załóż organizację LGBTI

Mieszkasz w miejscowości, w której nie ma organizacji LGBTI? To ją załóż. Serio. Kampania Przeciw Homofobii też zaczęła się w 2001 r. od inicjatywy jednego człowieka – Roberta Biedronia. Zacznij nieformalnie, zdobądź współpracowników – i do dzieła.

 

Tekst z nr 79 / 5-6 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Freddie Mercury

10 gejowskich wątków z życia lidera Queen, które… no właśnie: pojawią się w biografii „Bohemian Rhapsody” Premiera filmu 2 listopada. Tekst: Mariusz Kurc

 

  1. Freddie i Mary

Ze względu na związek z Mary Austin, czasem mówi się, że Freddie był biseksualny. Jednak historia tej relacji jest dość typowa dla wielu związków gejów z kobietami hetero. Freddie i Mary zakochali się w sobie na początku lat 70. Zamieszkali razem. W 1976 r. 30-letni Freddie wyoutował się przed Mary. Wyprowadził się, ale pozostali przyjaciółmi. Okres życia z Mary był, jak się zdaje, dla Freddiego czasem dochodzenia do akceptacji własnej seksualności. Co nie oznacza, że dziewczyna odgrywała rolę „przykrywki”. Przeciwnie, ich przyjaźń trwała do jego śmierci, mimo że pozbawiona była elementu romantycznego czy erotycznego. Freddie ubóstwiał Mary, poświęcił jej piosenkę „Love Of My Life”, był chrzestnym jej syna, a w testamencie zostawił jej swój dom.

  1. Freddie i Kenny

Radiowy DJ Kenny Everett i Freddie poznali się w 1974 r. Obaj byli gejami, obaj mieli wtedy dziewczyny. Nigdy ponoć nie poszli do łóżka, ale to chyba Everett pomógł Freddiemu zaakceptować swą orientację – połączyło ich zamiłowanie do muzyki, mężczyzn, ekstrawagancji i narkotyków. To właśnie Kenny uparcie grał w radiu singiel „Bohemian Rhapsody” wbrew obawom, że ponad 6-minutowy kawałek „nie chwyci”. Ich przyjaźń przetrwała do połowy lat 80.

  1. Freddie i setki jego mężczyzn

W drugiej połowie lat 70. Freddie zmienił image pod wpływem facetów widywanych w amerykańskich klubach gejowskich. Ci z kolei inspirowali się pracami słynnego gejowskiego rysownika Toma of Finland. W krótkich włosach, z wąsikiem, w obcisłych dżinsach i skórzanych kurtkach Freddie upodobnił się do hipermęskich „ogierów” ze „stajni” fińskiego artysty. Światek gejowskich seks klubów, również w Londynie czy Monachium, porwał Freddiego. O liczbie jego kochanków i niespożytej energii seksualnej krążą legendy. Freddie był ponoć mocno zakręcony – lubił grupówki, s/m, ff , watersports itd. (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi).

  1. Freddie i robotnik wyrwany na „We Are the Champions”

Erotyczne anegdoty na temat Freddiego to ponoć materiał na osobną książkę. W jednej z nich, Freddie, przebywając w swym mieszkaniu w Monachium, pewnego ranka dostrzegł z okna przystojnego robotnika kręcącego się po pobliskiej budowie. Freddie wyszedł nago na balkon i odśpiewał mu „We Are The Champions” – zadziałało! Delikwent dostał od razu zaproszenie na górę i skorzystał.

  1. Freddie i camp

Niepodrabialny był sposób bycia Freddiego na scenie. Gwiazdor łączył kojarzone homoseksualnie przegięcie z kojarzonym heteroseksualnie rockowym twardzielstwem. Wypinał tyłek, kroczył jak królowa w obcisłych rajstopach, a jednocześnie eksponował owłosioną klatę i emanował „samczą” męskością. Kampowe, gejowskie motywy znajdziemy zresztą niemal w całej twórczości Freddiego. „We Are the Champions” stało się hymnem sportowców, ale pisane było z myślą o społeczności LGBT, „Delilah” to wyznanie miłosne do dziewczyny, ale nie gatunku ludzkiego, tylko… kociego. „I Want To Break Free” to pean na cześć wolności, wykonywany in drag w słynnym klipie. Z „Radio GaGa” swój pseudonim sceniczny wzięła sami-wiecie-która obecna gejowska diva… Do tego zamiłowanie do trykotów, ostrego makijażu oraz, last but not the least, do opery („Breathrough”, „Barcelona”, „Innuendo” czy cały album „A Night At the Opera”). Już zresztą sama nazwa zespołu „Queen” ma korzenie w kulturze LGBT: „królowa” w gejowskim slangu angielskim to nie tylko królowa, ale również przegięty facet.

  1. Freddie i imprezy urodzinowe

Freddie znany był z najbardziej szalonych imprez, a wśród nich – najszaleńsze były jego imprezy urodzinowe. Karły nosiły na tacach kokę, drinki podawali nadzy kelnerzy, torty były wielkości stołu bilardowego a liczba gości nie spadała poniżej 300. Zdjęcia z 39. urodzin Freddiego weszły do klipu „Living On My Own”, a na Ibizie wciąż świętuje się rocznicę urodzinowej balangi Freddiego z 1987 r., gdy kończył 41 lat.

  1. Freddie z księżną Dianą w gejowskim klubie

Freddie przyjaźnił się z księżną Dianą. Pod koniec lat 80. zdarzyło się, że przebrał Dianę w „obowiązujący” wówczas strój geja–maczo (wojskowa kurtka, czapeczka, ciemne okulary) i zabrał ją do gejowskiego klubu. Księżna pozostała nierozpoznana. Wyglądała ponoć jak drobny, śliczny twink z okrągłym tyłeczkiem, na którego goście klubu nie zwrócili wielkiej uwagi – bo skupił ją na sobie Freddie.

  1. Freddie i Jim

W 1984 r. Freddie poznał 3 lata młodszego fryzjera Jima Huttona. Po pewnym czasie zostali parą – i pozostali nią do końca życia wokalisty. Mieli otwarty związek, Jim z czasem przyzwyczaił się, by nie robić scen zazdrości. We wspomnieniach (wydanych również w Polsce pt. „Freddie Mercury i ja”) pisze, że Freddie wolał być z nim pasywny. Jim wprowadził się do Freddiego, który miał alternatywną gejowską rodzinę i całe gospodarstwo: kucharz, osobisty asystent, kierowca Freddiego – wszyscy byli jego przyjaciółmi i wszyscy byli gejami. Jim wszedł w rolę ogrodnika.

  1. Freddie i coming out

Prasa spekulowała na temat jego orientacji, on unikał stawiania kropki nad „i”. Ale też nie zaprzeczał. Mówił np. „Jestem, jaki jestem. No i co z tego?”, albo: „Oczywiście, tak – jestem gejem jak i żonkile są gejami”. O tym, że ma HIV, dowiedział się w 1987 r., ale prawie do końca milczał na ten temat. 23 listopada 1991 r. wydał oficjalne oświadczenie, w którym stwierdzał, że choruje na AIDS – co w tamtym czasie równało się homoseksualnemu coming outowi. Zmarł dzień później.

  1. Freddie i Melina

Freddie uwielbiał wymyślać żeńskie imiona dla przyjaciół. Sam był Meliną. Elton John został Sharon, a Rod Stewart – Phyllis. Brian May to Maggie, a Roger Taylor – Liz; trzeci członek Queen – John Deacon – imienia żeńskiego nie miał, bo Freddie uznał, że jest zbyt heterycki. Mary Austin natomiast była, oczywiście, Steve’m. Miesiąc po śmierci Freddiego do Eltona Johna przyszedł gwiazdkowy prezent. Był to ulubiony obraz Eltona z kolekcji Freddiego, który zaordynował wysyłkę jeszcze za życia. Do obrazu dołączył liścik: „Droga Sharon, mam nadzieję, że ci się spodoba. Buziaki – Melina”

Freddie i rozmycie homoseksualności w filmie?

Historia powstania filmu „Bohemian Rhapsody” jest długa i burzliwa. Pierwszą informację podał gitarzysta Queen Brian May w 2010 r. Freddiego miał zagrać Sascha Baron Cohen („Borat”, „Bruno”). W lipcu 2013 r. Cohen wycofał się. Powodem miały być „artystyczne różnice”; Cohen chciał ponoć nakręcić film głównie „dla dorosłych”, dotykający stabuizowanych aspektów życia Freddiego, podczas gdy zaangażowani w produkcję muzycy Queen woleli historię „bardziej rodzinną”. Cohen optował też za pokazaniem Mercury’ego chorego na AIDS, zespół był za zakończeniem historii w 1986 r., gdy triumfowali na największej trasie koncertowej. W grudniu 2013 r. prasa informowała, że Freddiego zagra Ben Whishaw, wyoutowany aktor znany m.in. z „Pachnidła”. Po kolejnych dwóch latach Whishaw zrezygnował, a prace nad scenariuszem wciąż trwały. W 2016 r. reżyserii podjął się Bryan Singer (jawnie biseksualny twórca m.in. serii „X-Men” czy kultowych „Zwykłych podejrzanych”), a główną rolę objął Rami Malek. Zdjęcia ruszyły ostatecznie we wrześniu 2017 r., jednak na dwa tygodnie przed końcem reżyser… przestał przychodzić na plan. Produkcja stanęła. Przyczyną były ponoć kłótnie z Malekiem. Wytwórnia znalazła zastępcę (Dexter Fletcher) i film ukończono.

Pierwszy zwiastun trafił do sieci w maju i… wzbudził ogromne kontrowersje. Twórców oskarżono o „straightwashing” – „uheterowienie” Freddiego; prześlizgnięcie się ponad tematem jego homoseksualności, kochanków, partnerów oraz AIDS. Jak ostatecznie będzie, przekonamy się po premierze filmu 2 listopada.

 

Tekst z nr 75 / 9-10 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tańcz, choćby płonął świat

Zdzisława Sośnicka wróciła z nowym albumem po 17 latach przerwy. Tekst: Przemysław Górecki

 

„Tańcz, tańcz, choćby płonął świat, choćby się kłębiło wokół morze zła” – śpiewa Zdzisława Sośnicka w refrenie najnowszej piosenki, pierwszej od 1998 r. „Tańcz, choćby płonął świat” to nie tylko tytuł singla, któremu towarzyszy czarno-biały teledysk (przypominający… wideoklip Agnieszki Chylińskiej do dance’owego „Nie mogę cię zapomnieć”) – tak nazywa się też cały album. Połowę utworów napisał zasłużony dla Sośnickiej Romuald Lipko, co wpisuje płytę w długą i barwną tradycję polskiego kobiecego popu spod znaku syntezatorów i klasycznej, choć nieco oldskulowo dziś prezentującej się szkoły produkcji. Założyciel Budki Suflera nie tylko nie spoczywa na laurach (skomponował większość piosenek na zeszłoroczne „Zamyślenia” Ireny Santor), ale powraca wciąż w rozmaitych odsłonach tego, co już było („Wielki odlot 2”, zeszłoroczny retrospektywny album Urszuli). A sama Sośnicka, która w sierpniu obchodziła 70-te urodziny (wszystkiego najlepszego, Pani Zdzisławo!) – bez zmian. Jakby od „Magii serc” minął rok, a nie 17 lat. Nadal wytworna, wzniosła i z nieskazitelnym głosem. Na nowej płycie m.in. utwór o miłym dla nas tytule „Tęcza”.

Powrót, choć nietypowy, szykuje też Kayah, która przecież nigdzie nie zniknęła (ostatnio bawiła sporo na międzykulturowych wojażach spod znaku world music) – wraca z wydaną równo 20 (!) lat temu doskonałą płytą „Kamień”, autorskim debiutem artystki. Nawiązując do całkiem świeżego u nas zwyczaju koncertowania po latach z pierwszymi albumami (za Oceanem m.in. Cyndi Lauper, a u nas Kasia Kowalska, Edyta Bartosiewicz czy Sztywny Pal Azji), Kayah rusza jesienią w trasę upamiętniającą tamten niezwykły i nowatorski w zdominowanej przez rockowe dźwięki połowie lat 90., soulowo-jazzowy kamień milowy w historii polskiego popu. Nie można przegapić okazji, by wreszcie usłyszeć „Fleciki” na żywo!

Niedawno ukazał się singiel „Ghost” młodej amerykańskiej piosenkarki Halsey, określającej się jako biseksualistka. Adekwatnie do deklaracji, piosence towarzyszą dwie wersje teledysku: jedna, starsza, przedstawia historię zakochanej pary damsko-męskiej, w drugiej zaś, wypuszczonej przed wakacjami, konfiguracja zmienia się i bohaterkami są dwie dziewczyny.

I jeszcze, pozostając w tematyce teledysków – czy to nie w ostatniej „Replice” wspominaliśmy o gejowskim ślubie w wideoklipie Jennifer Hudson „I Still Love You”? Otóż, mamy polską odpowiedź! To „Ktoś nowy” zespołu Video, w którym w specyficznym, okraszonym absurdem klimacie przedstawione zostało niedo-końca-typowe polskie wesele. Oczywiście, młodej pary panów. A Wy – co chcielibyście usłyszeć na swoim weselu?

Na koniec jeszcze John Grant, którego możecie kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej do kultowego już chyba filmu „Zupełnie inny weekend”. Wokalista zapowiada na październik nowy album „Grey tickles, black pressure” a na razie mamy genialny singiel „Disappointing” z towarzyszącym mu pikantnym i zabawnym clipem rozgrywającym się w gejowskiej saunie.

p.s. Gdy czytacie te słowa, można już pewnie posłuchać bondowskiego singla Sama Smitha „Writing’s on the Wall” (patrz obok) oraz najnowszego kawałka Sii „Alive”, pierwotnie napisanego dla Adele, a teraz zapowiadającego nowy album tej pierwszej – „This is acting”.

 

Tekst z nr 57 / 9-10 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Studniówka nie jest tylko dla par hetero!

Relacje osób LGBT ze szkolnych balów – niespodziewany odzew na spontaniczną akcję „Repliki” na Facebooku. Tekst: Redakcja

 

Rafał Gosiewski (z lewej) i Stanisław Gołębiowski na studniówce Rafała, arch. pryw.

 

Impulsem była wyszukana w sieci informacja o parze gejów ze stanu West Virginia (USA), którzy razem poszli na bal maturalny. Stresowali się, ale okazało się, że niepotrzebnie, bo zarówno uczniowie, jak i nauczyciele przyjęli ich z życzliwością. Zamieściliśmy post o nich na naszym profilu na Facebooku, pytając Czytelników/czki o ich wrażenia ze studniówki. Może są tacy, którzy zabrali na ten bal swego chłopaka/dziewczynę – partnera/kę tej samej płci? Nie spodziewaliśmy się odzewu, tymczasem… otrzymaliśmy kilkadziesiąt relacji! Skrupulatnie publikowaliśmy je na fanpage’u.

Fotograf ciągle czekał, aż się pocałujemy

Jako jedna z pierwszych napisała Ania Jakubisiak, tegoroczna maturzystka: Na studniówkę zabrałam moją dziewczynę. Nauczyciele w naszym liceum zawsze wykazywali pozytywne nastawienie do kwestii równościowych. Nikogo nie pytałam o zgodę. Nie obawiałam się negatywnych reakcji nauczycieli, bardziej niepokoiłam się o komentarze uczniów, rodziców czy osób towarzyszących. Jednak okazało się to niepotrzebne. Było tak… naturalnie… Jakby to, że przyszłyśmy razem, nikogo nie dziwiło. Jeden chłopak nawet podszedł i powiedział, że ładnie razem wyglądamy, a fotograf ciągle się wokół nas kręcił, jakby wyczekiwał, aż znów się pocałujemy, żeby moc to uwiecznić. (…) Bardzo dobrze wspominam ten wieczór i cieszę się, że miałam do czynienia z tak tolerancyjnym środowiskiem i bardzo pozytywną klasą. Gorąco polecam VII LO w Warszawie!”

Fantastycznie, prawda? Ale nie wszyscy mają tak fajne wspomnienia – Iza Mioduchowska, dziewczyna Ani, została „życzliwie” ostrzeżona, że może mieć nieprzyjemności – na swoją studniówkę nie poszła więc w ogóle. Adam Pakulski musiał mocno walczyć z wychowawczynią i dyrektorką, ale postawił na swoim i na studniowce bawił się z chłopakiem – Arnim. Robert Miroszewski zaprosił najlepszą przyjaciółkę: Byłem wtedy w szczęśliwym związku z moim facetem, jednak nie zaprosiłem go… (…) On nie był do końca wyoutowany, więc mógłby czuć się źle.

Wspaniałe studniówki zaliczyły Paulina Stankiewicz i jej dziewczyna Martyna, Aleksandra „Grendżi” Krężel i jej dziewczyna Paula, Justyna Wertelecka i jej dziewczyna Ewa. W ogóle relacji dziewczyn było znacznie więcej niż chłopaków. Ania Gołębiowska i Paulina Hagath poszły jako para „tylko” koleżanek i wywołały… sensację strojem, bo wystąpiły w spodniach. A Oliwia Dolata przesłała nam swoje studniówkowe zdjęcie, na którym całuje i trzyma na rękach swoją dziewczynę Gosię. Natomiast Patrycja Błoch podzieliła się doświadczeniami z coming outu w LO Sióstr Urszulanek w Pniewach. Ujawniła się już po maturze i nagle przestało się liczyć to, że udzielałam się w szkole, pomagałam dzieciakom w przedszkolu i byłam wolontariuszką w domu spokojnej starości (…). Siostra Dyrektor zabroniła mi przyjścia na wigilię szkolną, na którą często przyjeżdżają absolwenci, oraz wchodzenia na teren szkoły.

Mój Staś został wzięty w obroty przez innego!

Zapadła nam też w pamięć wzruszająca opowieść Grzegorza o jego szkolnym balu w małym miasteczku: Nie tańczyłem, siedziałem gdzieś na ławce, gdyż wszystkie dziewczyny były zajęte. Nagle podszedł do mnie kolega z klasy i… zaprosił mnie do tańca! Powiedział, że skoro dziewczyny mogą tańczyć jedna z drugą, to dla czego nie my? Nikt nie wiedział wtedy, że jestem gejem. On też nie. Ale tańczyliśmy przytuleni, a ja byłem w siódmym niebie. Nikt źle nie zareagował, tak jakby nas nie zauważono. Dziś ten mój kolega jest szczęśliwy z żoną, ma dzieci, a ja jestem szczęśliwy z moim facetem. Między nami nigdy nic nie zaszło, oprócz tego jednego tańca – zwykłego, ale dla mnie bardzo znaczącego.

Szymon Jóźwik wspominał szykanowanie za homoseksualność – na gimnazjalny bal nie poszedł: Z perspektywy czasu, żałuję tylko, że wtedy nie miałem bardziej rzetelnej wiedzy na temat tego, kim jestem. Ba! Nie miałem żadnej wiedzy. Może mógłbym się jakoś bronić, a nie uciekać z poczuciem winy. I wydaje mi się, że ta wiadomość, którą teraz do Was wysyłam, również jest pewnym kroczkiem naprzód w mówieniu o sobie bez wstydu.

Wszystkie relacje możecie znaleźć na facebook.com/ReplikaKPH (wpisy od 29.04. do 7.05). Na koniec list, który napawa ogromnym optymizmem – Rafała Gosiewskiego, który na studniówkę zaprosił swego chłopaka Stanisława Gołębiowskiego: Nie było mowy o przychodzeniu z przyjaciółką czy też samemu. Dwa tygodnie przed balem oficjalnie zaprosiłem Stasia. Poszedłem do wychowawczyni i dyrektora mojego technikum poinformować, że taka sytuacja będzie miała miejsce. Powiedziałem również klasie, przed którą byłem wyoutowany. Na efekty nie trzeba było długo czekać – sensacja na miarę całej szkoły, telefony do wychowawczyni od innych nauczycieli z treścią „Jakim prawem…?”. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że podjąłem słuszną decyzję. (…) Pamiętam olbrzymi stres, który w konfrontacji z zachowaniem i wsparciem Stasia oraz ludzi z klasy stopniowo malał. Przyjęci zostaliśmy z zainteresowaniem, bez żadnego negatywnego komentarza, lecz pod ostrzałem spojrzeń. Na ostateczną odwagę zebrałem się przy trzecim tańcu i wtedy ruszyliśmy na parkiet. Największym zaskoczeniem była dla nas para znajomych, którzy podeszli i zrobili klasycznego „odbijanego” – Staś został wzięty w obroty przez innego! Ludzie stopniowo podchodzili, zdobywali się na odwagę porozmawiać, wyrazić aprobatę i poznać Staszka – co miłe – nie tylko uczniowie. Nie przyszedł nikt, komu się nie podobała nasza obecność. Impreza zakończyła się tak nagle, a okazuje się, że minęła cała noc. Trzeba przyznać, że Technikum Łączności nr 14 z Zespołu Szkół Łączności w Krakowie wydające się zakonem męskim o zaostrzonej regule poradziło sobie! (…) Życzymy wszystkim by pamiętali, kto jest dla nich najważniejszy i potrafi li iść przez życie z tą osobą u boku.

Zachęcamy do dzielenia się ciekawymi/ważnymi historiami LGBT z życia w waszej szkole. Ktoś zrobił coming out? Było OK? Nie? Ktoś nie zrobił coming outu, a i tak spotkały go/ją szykany za „podejrzenie” o homoseksualność? Macie LGBT-friendly nauczycieli? A może homofobów? Macie chłopaka/dziewczynę z tej samej szkoły i jesteście traktowani w porządku? Nie? Idziecie razem na studniówkę? A może jesteście nauczycielami LGBT? Piszcie: redakcja@replika-online.pl

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Szef działu lesbijek

Z Pauliną Pilch, prawniczką, feministką, wykładowczynią Gender Studies, o środowisku lesbijskim wczesnych lat 90. i o dalekich podróżach z dziewczyną, rozmawia Marta Konarzewska

 

Pamiętasz magazyn „Filo”?

Oczywiście, że pamiętam „Filo”.

Miałaś tam funkcję: „Szef działu lesbijek”.

Taka była nazwa? (śmiech). Ale szefowałam chyba sama sobie. Nie było innych dziewczyn.

Skąd się tam wzięłaś?

Miałam znajomą, która dostawała pisma z Niemiec. Lesbijskie magazyny. Zaczęłam od tłumaczeń. Pisałam, co się dzieje w Niemczech, jak wygląda scena, jak się kształtuje ruch lesbijski. Potem zaczęłam pisać własne rzeczy. Niewiele się wtedy w Polsce działo, więc nawet dziś już nie pamiętam, o czym.

Ja pamiętam twoją notkę o Drugim Zjeździe Lesbijek w Zakopanem w październiku 1991 r.

A, tak! To organizowała Roma Cieśla, wszystko oczywiście totalnie nieformalne, przekazywane pocztą pantoflową. Było może 15-20 kobiet, w tym 6-8 warszawianek.

A co tam porabiałyście?

Cele były towarzyskie, integracja. OK, mamy ten internet od kilkunastu lat i zdaje nam się, że od zawsze. A wtedy nie było e-maili, portali, trzeba się było spotkać, żeby się poznać. Głownie piłyśmy piwo i łaziłyśmy po Zakopanem. Super miła impreza na ładnych parę dni. Tych zjazdów było kilka, ale ja byóam tylko raz, bo potem matura, studia.

Byłaś strasznie młodziutka. Co miałaś wtedy w głowie?

Sieczkę, no (śmiech).

Już myślałam, że powiesz: tworzenie lesbijskiego dyskursu.

Oczywiście! To też. Wciąż jest z nim źle, ale wtedy nie było go wcale. „Filo” było pierwszym czasopismem, wtedy jeszcze zinem, wydawanym na powielaczu i słanym pocztą. Za chwilę pojechałam do Berlina, zobaczyłam, że istnieją organizacje wyłącznie kobiece – u nas tego nie było i do dziś nie ma.

Były pomysły, by stworzyć?

Skąd! Wtedy ważne było, żeby się poznać, spotykać. W Berlinie zobaczyłam, jak wyglądają kluby.

Jak?

Dużo dziewczyn! W Polsce był wtedy czas działania Fiolki Najdenowicz (założycielki klubu gej/ les – przyp. red.). Dziewczyn przychodziło niewiele. Szok, jak zobaczyłaś, kogoś, kogo nie znałaś.

W „Zakazanych miłościach” Jacek Rzońca opowiadał mi o klubie z lat 90. – jedna kanapa dla lesbijek, gnieździły się.

Ja za to pamiętam ogromną przestrzeń i bardzo mało dziewczyn. Potem może więcej zaczęło przychodzić. Wcześniej, przed Fiolką, wszystko było szeptane: jak przyjdziesz wtedy i wtedy tu i tu, to możesz spotkać dziewczynę. I oczywiście były domówki. Ja wtedy miałam dość dużą grupę znajomych, spotykałyśmy się u jednej z nich.

Same lesbijki?

Raczej tak, czasem, czasem się pojawiła jakaś najlepsza przyjaciółka którejś lub zaprzyjaźniony gej, ale głownie lesbijki. Pary, singielki, rożnie i w rożnym wieku. Choć większość miała 20-25 lat.

I co? Wspólne gotowanie?

Coś ty! Absolutnie, nie te czasy. No, były rozmowy, tańce, alkohol.

A jak się nosiłyście? Kiedyś Izabelę Filipiak zapytano styl na lesbijkę, mówiła coś o spodniach ogrodniczkach. Ale to nieco później.

A mogły być ogrodniczki, mogły być (śmiech). W latach 90. byłby to styl raczej męski. Nie butch, tylko męski.

Męskie ciuchy?

Tak. Krótkie włosy, a przynajmniej raczej krótsze niż dłuższe. Dziewczyny, nawet te, które się malowały, nosiły koszule, marynarki, atrybuty męskiego stylu. Pamiętam jedną dziewczynę, która stylizowała się hiper kobieco, w sukienki, szpilki, mocny makijaż, dużo biżuterii. Była szokiem dla wszystkich, dziewczyny wątpiły, czy jest lesbijką, skoro się tak ubiera: Żadna lesbijka tak nie wygląda, gdzieżby! Nosi się męskie marynarki. Czasem dziewczyny nosiły też całe garnitury, krawaty, pamiętam takie dziewczyny z klubów w drugiej połowie lat 90., ale to nie było dominujące, dominujące były dżinsy i krótkie włosy.

Też miałaś?

Miewałam.

Robiłaś się „na lesbijkę”?

Może trochę, ale nie przywiązywałam do tego dużej wagi. Zresztą trudno mi mówić o takim stylu, bo akurat ja sobie zawsze ceniłam wygodę i to było decydujące przy wyborze stroju. Oczywiście nie wszystkie lesbijki ubierały się „w kodzie”. Te, co siedziały w domu, niewyoutowane, często wyglądały bardzo kobieco. Ale te, które już wychodziły, dawały znaki.

Pamiętasz jakieś kody? Obrączki na kciuku, czerwone skarpetki?

Na kciuku, tak! Pamiętam! Obrączki na kciuku i kolczyki tylko w prawym uchu. To był rzeczywiście rodzaj kodu. A czerwone skarpetki to geje.

E, tam, pamiętam z podstawówki wyzywanki. Ale to były lata 80.

Też coś pamiętam. Z liceum pamiętam taki refren, że lesbijki czerwone skarpetki noszą we wtorki, a geje w piątki. Serio! To był oczywiście absurd.

A pamiętasz jakieś tajemnicze miejsca? Tylko dla dziewczyn?

Pamiętam tylko, jak ktoś mi kiedyś powiedział, że gdzieś w Alejach Jerozolimskich jest knajpa, gdzie spotykają się kobiety. Ale sama wiesz, jak to wygląda. Jak mężczyźni – to pikiety, a jak lesbijka – to usiadła nad kawą, czy kieliszkiem wina i tyle. Do Fiolki, jak przychodziła dziewczyna, to zakładało się, że jest lesbijką, co oczywiście było błędne. Mogła być, i często była, koleżanką geja, czyjąś żoną. Na dyskotekach był ich tłum. A lesbijki siedziały w domach, szczególnie te starsze. Ja byłam gówniarą, większość moich koleżanek też, to chodziłyśmy, ale znałam starsze kobiety, które by do Fiolki nie przyszły w życiu. Bo co by było, gdyby je ktoś zobaczył?! Otwarte wewnątrz środowiska, a poza tym w szafie.

Środowiska?

W sensie grupy towarzyskiej. Choć wokół Lambdy można powiedzieć, że budowało się „środowisko”.

Byłaś członkinią Lambdy?

Miałam być jedną z założycieli/ek, ale gdy Lambda powstawała w 1990 r., to byłam niepełnoletnia.

A co z marginalizacją, nieobecnością dziewczyn w ruchu LGBT? Jak odczuwałyście to wtedy? Myślałyście o tym jako o wykluczeniu? I w „Filo”, i w „Inaczej” „dział les” to była raczej kolumna niż dział.

No tak, ale w „Filo” byłam ja jedna przez ładnych parę lat. Publikowali mi wszystko, nikt mnie nie blokował, nikt nie mówił: nie będziemy drukować o tych lesbijkach, bo to jest nudne. Po prostu żadna inna lesbijka się nie zgłaszała. A to nie było pismo w dzisiejszym rozumieniu. Żadnej redakcji, nadsyłałaś tekst, albo nie.

Miałyście wtedy świadomość feministyczną? Identyfikowałyście się z kobietami, czy raczej z różnicą wobec „kobiet” (tych „kobiecych”, hetero)?

Dla mnie feminizm zawsze był ważny i bliski i pamiętam wiele dyskusji na ten temat z koleżankami. Zasadnicza większość z nich nie miała żadnej świadomości feministycznej – nie, wtedy kompletnie nie. Przez długi czas feminizm kojarzył się z aborcją. Lesbijki mówiły: what the fuck? Co mnie obchodzi ten temat? Więc raczej chyba większość lesbijek definiowała się w opozycji do kobiet: nie obchodzą mnie te wasze antykoncepcje, nie opresjonują mnie tipsy. Jak ciebie opresjonują, to trudno, głupia jesteś.

Jak to jest, że istnieje „sub/kultura gejowska”, a lesbijki są takie nieuchwytne?

Bo właściwie jak taka subkultura miałaby wyglądać? Jak myślę o grupach lesbijek, to tak: tu lewicujące les feministki, a tu laski z korporacji, które codziennie zapieprzają na obcasikach do pracy – co je łączy?

Ale geje też są zróżnicowani, a jednak tworzą sobie światy. Jedna subkultura, w jej ramach druga, do tego style, fetysze…

I to wszystko się wytwarza wokół seksu: który mężczyzna jest dla ciebie interesujący jako partner seksualny? Lubisz brody czy skory? Dziewczyny funkcjonują inaczej. Dobierasz sobie koleżanki, bo je lubisz, a nie na zasadzie typu, który by ci się podobał. Nie tworzysz grup wedle wyglądu. Trudno powiedzieć, żeby lipstick lesbian się trzymały razem, a bucze razem. Mogę się mylić, ale myślę, że subkultury nie ma nigdzie, nie tylko w Polsce. Czemu? Nie mam pojęcia.

Bardzo dużo podróżujesz ze swoją dziewczyną. Interesują was przestrzenie lesbijskie na świecie? Znasz jakieś wyjątkowe miejsca?

W Berlinie, czy Paryżu – interesują. Ale już w takim Bangkoku – wiadomo, że nie będę szukać lesbijskiego miejsca, bo jak zacznę go szukać, to trafi ę raczej do burdelu. Pamiętam jedno przedziwne miejsce w Tokio. Trzeba było wjechać na dziewiąte piętro, jeszcze potem wejść schodami i zapukać do czyichś drzwi. Maleńki barek, tyci, z piętnaście dziewczyn pije piwo, i ja – jedyna biała, czyli kto? Na pewno nie trafiła tu przypadkiem, bo tam się nie da trafi ć przypadkiem… Wszystkie bardzo chciały do mnie zagadać, ale wszystkie mówiły tylko po japońsku. Przedziwna sytuacja. Całe zjawisko klubów to raczej kulturowo europejska rzecz. Będą kluby w Brighton, ale już nie w Bogocie, tam jest inaczej, jak są jakieś miejsca, to podziemne, a taki podziemny klub w Bogocie to nie jest świat, do którego biała baba idzie sama.

Bałyście się kiedyś? Gdzieś? Tak serio-serio?

Nie, żadnych takich przygód. Ale w krajach arabskich, tam gdzie homoseksualizm jest karalny, jesteśmy ostrożne. Nie uważam za słuszne na siłę informować miejscową ludność, że istnieją lesbijki. To jest kwestia kulturowa. Jeśli masz okazję z kimś porozmawiać i opowiedzieć, że u nas to inaczej wygląda, to fajnie, ale nie na siłę. Czasem się możesz miło zdziwić. Kiedyś jadę taksówką już na lotnisko w Belize, to taki malutki kraj w Ameryce Środkowej, facet mnie pyta: było fajnie? Mówię: tak, tak! Bo było. A on mówi: to zostań u nas, znajdź tu sobie chłopaka, albo dziewczynę, jak wolisz.

Mówisz: „W podróżach nauczyłam się patrzeć na świat obcymi oczami”. Podróże otwierają oczy na inność? U takiego Cejrowskiego się to nie sprawdza.

Jest masa ludzi, co jadą do Bangkoku i życzą sobie hamburgera, bo co ich obchodzi miejscowe jedzenie. Itp. A Cejrowski? To jest katofanatyk, który wszystko podporządkował swojej wizji. On ci powie, że w jego ukochanej Ameryce Południowej to te pedały się tak nie panoszą. Gówno prawda! Wyjdź na plaże Rio! Można odnieść wrażenie, że z 50 procent to „pedały, co się panoszą”.

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Soprany, alty, tenory, basy

Jest muzykiem, urodził się w Moskwie. Kilka lat temu postawił wszystko na jedną kartę: rozwiódł się z żoną, pogodził z własną homoseksualnością, przeprowadził z Rosji do Polski i w Warszawie zaczął nowe życie. Od zeszłego roku jest kierownikiem pierwszego polskiego chóru LGBT Voces Gaudiae. Z Miszą Czerniakiem rozmawia Przemysław Górecki

 

Foto: Agata Kubis

 

Voces Gaudiae znaczy Głosy Radości. Taka jest idea chóru?

Taki mały żart, bo „gaudium” to przecież łaciński korzeń angielskiego „gay” znaczącego „radość”. A więc „gay voices” – bo chcemy się cieszyć życiem tacy, jacy jesteśmy i wyrażać to przez śpiew. Razem, chóralnie!

Oczywiście, zarzucano nam, że tworzymy kolejne getto LGBT, pytano, czy geje i lesbijki inaczej śpiewają niż hetero? Ignorujemy te uwagi. Do chóru wstęp ma każdy chętny, kto zgadza się na nasze przesłanie równości i akceptacji osób LGBT. Przez ten pierwszy rok istnienia pojawiło się u nas około 80 osób, co najlepiej świadczy, że inicjatywa jest potrzebna. Niektórzy odeszli, bo nie byli w stanie pogodzić zajęć z pracą, inni nie podołali muzycznie. A reszta została i przybywają wciąż nowi.

W chórze śpiewają profesjonaliści?

Skądże! Amatorzy również. Przychodzą ludzie z rożnym doświadczeniem: zawodowców jest niewielu, trochę osób po podstawowych szkołach muzycznych, są też osoby bez żadnego doświadczenia, choć utalentowane. Nie oczekujemy nawet znajomości nut. Na przesłuchaniu proszę o zaśpiewanie czegokolwiek, od „Wlazł kotek na płotek” po hymn narodowy, przysłuchuję się barwie, skali, możliwościom wokalnym. Potem sprawdzam, czy kandydat/ka łapie ze słuchu to, co zaśpiewam i czy jest to w stanie powtórzyć. Obecnie stała grupa składa się mniej więcej z 24 osób. To nie jest nasza praca, tylko hobby, choć i dodatkowy obowiązek – traktujemy chór poważnie. Jakość śpiewania chóru LGBT nie rożni się od jakości, jaką prezentuje każdy inny chór, ale przesłanie, repertuar i hasło, pod którym śpiewamy, nadaje nam szczególne znaczenie.

Jaki macie repertuar?

Wachlarz tematyczny jest szeroki, pytam ludzi o ich upodobania. Na razie przeważnie wygrywa muzyka rozrywkowa, w niej łatwiej znaleźć utwory zgodne z naszą misją i przesłaniem. „If I can dream” Elvisa Presleya i „We shall overcome” zostaną już z nami chyba na zawsze. Nie obawiamy się rzeczy smutnych czy dramatycznych, w zeszłym semestrze śpiewaliśmy na przykład „Tragedy” Bee Gees, ale to musi być coś nadającego się do chóralnego śpiewu. Po kwietniowej akcji Ostrej Zieleni „Płomień Nadziei”, na której wystąpiliśmy, posłanka Grodzka życzyła nam, żebyśmy za rok na tej akcji śpiewali utwory po polsku. No, właśnie – byle tylko znalazły się odpowiednie… albo powstały.

Ile publicznych występów macie już na koncie?

Najczęściej są to występy open air, gdzie zawsze się śpiewa trudniej. Nasz debiut odbył się w październiku zeszłego roku na warszawskim Placu Zbawiciela podczas Coming Out Day. Później wystąpiliśmy na urodzinach Stowarzyszenia Bez!miar. Na Święta przygotowaliśmy teledysk z „Kolędą spóźnionego anioła”. Ostatnio śpiewaliśmy na wspomnianej akcji „Płomień Nadziei”. Teraz przez cały semestr przygotowujemy się na Paradę Równości i przedparadowe wydarzenia.

Jak wpadłeś na pomysł założenia chóru?

Chciałem się zaangażować, robić coś, co lubię, a jednocześnie, by to miało wymiar społeczny. Poza tym, i to nie tylko moje doświadczenie – odczuwaliśmy, że jak ktoś nieheteroseksualny przychodzi do „zwykłego” chóru – dajmy na to, straży pożarnej, politechniki czy parafii – to ma problem, nie do końca może być sobą. Nie chodzi o to, by się „obnosić” – nienawidzę tego czasownika! – ale o zupełnie zwyczajne sytuacje. Na przykład, jest impreza integracyjna chóru, wyjazd, cokolwiek – czy ktoś taki przyjdzie z osobą towarzyszącą tej samej płci? Raczej niestety nie. Ludzie potrzebują przyjaznego środowiska i poczucia bezpieczeństwa.

Ale orientacji „na wejściu” na pewno nie sprawdzacie.

(śmiech) To jest to chór LGBTQ… plus F. F jak friends, przyjaciele, sojusznicy. Oczywiście, że nie sprawdzamy, choć w ankiecie na „dzień dobry” każdy mógł zaznaczyć swą orientację. I ludzie dobrowolnie to robili. Najwięcej było gejów, później lesbijki, osoby biseksualne i transpłciowe. Heteroseksualiści stanowili jedną piątą chóru, tyle co biseksualiści. Teraz już przestaliśmy to liczyć. Bardziej ciekawi mnie, dlaczego np. mało zgłasza się sopranów. Wśród kobiet dominują alty, są to chórzystki o mocnym charakterze. A wśród mężczyzn, których w chórze jest więcej, proporcje tenorów i basów są bardziej wyrównane.

Jakie cele ma pierwszy polski chór LGBTQ?

Ma wspierać naszą społeczność. Wzmagać rozwój artystyczny, mobilizować do wychodzenia z domu, ponieważ niektórzy ludzie muszą się w coś angażować, żeby w ogóle wyjść do innych. W tym sensie chór stowarzysza ludzi i wpływa na rozwój konkretnych jednostek poprzez spotkania, próby, oprawę muzyczną wydarzeń równościowych. Wychodzimy na zewnątrz, dajemy świadectwo, że jesteśmy otwarci i inkluzywni. Mimo ryzyka, bo pierwszemu występowi towarzyszyły obawy o bezpieczeństwo. Mieliśmy ochronę policji, tego dnia Młodzież Wszechpolska maszerowała przez Warszawę.

Inspirujemy też innych: w Krakowie jesienią powstał chór Krakofonia. Są już więc w Polsce dwa chory LGBT!

Na świecie jest ich znacznie więcej. Czy te zachodnie były inspiracją do Voces Gaudiae?

Znam śpiewaków z chórów LGBT we Francji, w Niemczech, w USA. W Stanach byłem niedawno na koncercie jednego z nowojorskich chórów skupiającego 180 osób – samych gejów. Ma ponad 30 lat historii! W Nowym Jorku są przynajmniej cztery chory, w San Francisco – dziewięć. Ten występ, na którym byłem, miał charakter „Singalong” – „śpiewajcie z nami”: nad sceną wisiał ekran z tekstami piosenek, w ręku każdy widz-uczestnik miał program z tekstami, a obok tłumacz przekładał słowa na język migowy. Wszyscy śpiewali, 700 osób!

W USA funkcjonuje około 250 chórów LGBT, w Europie tyle samo. My jesteśmy trzecim w Europie Środkowo-Wschodniej – pozostałe są w Zagrzebiu i w Pradze.

Dla niektórych w Polsce to jednak „zbyt odważne” przedsięwzięcie?

Akademickie środowiska w Polsce są wbrew pozorom konserwatywne. Homofobia dobrze się ma w tych kręgach, rezultat jest taki, że artystów wyoutowanych prawie nie ma, nawet w muzyce rozrywkowej! „Róbcie co chcecie pod kołdrą w łóżku, ale nie mówcie o tym”, bo przecież „to, że jesteś gejem nie wpływa na jakość twojego śpiewu lub gry na skrzypcach”. Niektórzy nie są w stanie pojąć, dlaczego my to robimy otwarcie. Tłumaczymy, że zbyt długo milczeliśmy, teraz trzeba trochę pokrzyczeć, żeby bycie LGBT stało się czymś normalnym.

Nie baliście się trochę?

Współzałożyciel, mój kolega dyrygent, miał trochę problemów w pracy w związku z angażowaniem się otwarcie w muzykę LGBT. I niełatwo jest znaleźć salę na próby, gdy się powie, że chodzi o chór LGBT.

A ja się już nie chowam, za późno na to! Naszym końcowym celem, jak każdej organizacji LGBTQ, jest zniknąć, nie musieć już być potrzebną. Teraz jednak działamy, przyczyniamy się do dyskusji, to jest nasz wkład w kulturę. Dla niektórych członków chór stał się problemem, gdy zobaczyli, że nie siedzimy cicho, nie tylko zajmujemy się muzyką, ale i idziemy w świat. Chór ma wymiar polityczny, jesteśmy pierwsi i widoczni. Być może nie dla wszystkich przyszła jeszcze pora na to, szanuję to, każdy ma przecież inną sytuację w rodzinie, pracy. Sam jeszcze kilka lat temu miałem podobnie.

Po rozwodzie z żoną i przed przeprowadzką do Polski, tak?

O, długo by mówić. Pochodzę z Moskwy, tam dorastałem. Jako dziecko wierzących rodziców, byłem zaangażowany w życie kościelne, co w czasach ZSRR nie było łatwe. W wieku nastoletnim odkryłem, że mam pewien problem – zakochałem się w koledze ze szkoły, były pewne nastoletnie praktyki, rozumiesz. Gdy kolega z rodzicami wyjechał do Francji, rozłąka skazała mnie na refleksję i weryfikację moich podejrzeń odnośnie własnej orientacji. Był rok 1997, miałem 13 lat i dostałem właśnie dostęp do sieci – wiec weryfikowałem. I pojawił się we mnie rodzaj schizofrenii: z jednej strony rodzice i kościół, a z drugiej – coś takiego, do czego mnie ciągnęło – i nie chciałem sobie na to dawać przyzwolenia. Im bardziej się jednak naciska sprężynę, tym mocniej ona strzela – miałem więc częste „upadki” i „powstania”.

Jak sobie z nimi radziłeś?

Należałem do grupy „Overcoming X”, to rosyjski portal, zrzeszający ludzi walczących z homoseksualną orientacją. Istnieje zresztą do dzisiaj, ale w trochę łagodniejszej odsłonie. Czytałem książki, modliłem się dużo, prosiłem o wsparcie duchowe… i nic. W pewnym momencie uwierzyłem, że z Bogiem wszystko da się zrobić – w co wierzę do tej pory, ale z zastrzeżeniami – i otworzyłem się na tyle, że znalazłem sobie dziewczynę, nawet niejedną. Pierwsze dwie próby były nieudane. A trzecia skończyła się ślubem. Moja była żona jest ode mnie starsza o 3 lata, miała większe doświadczenie i dość szybko ten nasz związek poprowadziła. Od pierwszej randki do ślubu minęło 20 miesięcy, półtora roku później pojawiło się dziecko. A mój problem jakoś nigdzie nie zniknął! Myślałem wcześniej, że może polega on na tym, że mi po prostu brakuje seksu jako takiego; małżeństwo miało tę bolączkę rozwiązać. Stało się wręcz przeciwnie! Pomarańcza może długo udawać, że jest bananem, może nawet pomalować się na żółto, ale bananem się od tego nie stanie. To było udawanie i kłamstwo.

I przygody homoseksualne na boku?

Przez całe małżeństwo trwające 6 lat. Żona wiedziała o mnie już zanim się pobraliśmy, mało tego, zdradziłem ją też przed ślubem. Nasza relacja była jakiegoś rodzaju miłością, ale dużo było w tym samookłamywania się z obu stron i jeszcze więcej naiwności. Bóg może i jest w stanie zrobić wszystko, ale niektóre rzeczy najwidoczniej zwyczajnie go nie interesują. Ewidentnie nie chciał zmienić mojej orientacji. Ukrywanie jej pogłębiało moje rozdwojenie. W pewnym momencie żona miała dość. Czuła, że to nie jest prawdziwe małżeństwo. Dla mnie świat się zawalił, gdy postanowiła to zakończyć.

Jak dziś wyglądają relacje między wami?

Nasza córka ma 10 lat, ma swoją historię, ma ojca i ojczyma. Wytłumaczyliśmy jej z byłą żoną, że musieliśmy się rozstać i absolutnie nie było w tym jej winy. Dziś moja była żona i ja żyjemy w przyjaźni. Mamy nowe związki, ona jest z nowym mężem, któremu urodziła dwoje dzieci. A ja przez półtora roku po rozstaniu mieszkałem w Moskwie i wtedy działy się we mnie największe przemiany – takie, bez których nie mógłbym przenieść się do Polski. Poczułem, że znalazłem się na dnie i muszę sobie wszystko ułożyć na nowo, kawałek po kawałku. Życie w samotności wcale mi się nie uśmiechało, wiedziałem też, że nie zwiążę się już nigdy z żadną kobietą. Miałem 26 lat, wiedziałem od ponad 13 lat, że jestem gejem i walczyłem z tym. Połowa mojego życia była walką, która nie przyniosła skutku. Z powodu lenistwa? Nie sądzę! Trochę się przyłożyłem do tej walki. Powiedziałem więc sobie: jestem otwartym gejem. Koniec. Idę na całość.

Jeszcze w Rosji?

Tam rzeczywiście było trudno, trochę się zmieniło przez ostatnich kilka lat. Na gorsze. Od tej ustawy o zakazie „homopropagandy” stało się jeszcze gorzej – cudowna ukraińska drag queen Wierka Serdiuczka nie występuje już w telewizji. Nie z powodu konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, tylko dlatego, że drag queens nie są już lubiane, choć wcześniej wszyscy ją kochali. W Rosji akceptacja siebie to odważny krok, publiczny coming out tym bardziej. Właściwie prawie nie znam par jednopłciowych w Rosji. Króluje przygodny seks w klubach, ustawki przez internet. Przykładów otwartego życia w związku w pełnej akceptacji nie miałem. W Rosji samo społeczeństwo nie daje możliwości bycia, kim się chce, to był jeden z powodów mojej emigracji.

Najpierw założyłem sobie profil na Fellow.pl. Zaczepił mnie pewien chłopak, zaczęliśmy pisać, pojawiło się zauroczenie. Po miesiącu przyjechałem do niego do Polski, potem on przyjechał do mnie… W końcu się przeprowadziłem. Czułem, że osobiście i zawodowo byłem już w Rosji w ślepym zaułku. Wyjechałem do Polski nie tylko dla niego. Przede wszystkim dla siebie.

Mieszkasz w Polsce od czterech lat…

Pracuję jako tłumacz. Zarządzam też kilkoma projektami w European Forum of LGBT Christian Groups – organizacji skupiającej około 40 grup typu Wiara i Tęcza, do której zresztą należę. I mam chór, który daje mi mnóstwo radości.

Z tym pierwszym chłopakiem spędziłem nieco mniej niż dwa lata. Ponad rok temu znalazłem obecnego partnera, z którym bardzo się kochamy i wspieramy. Co więcej, śpiewa u mnie w chórze! Gdyby małżeństwa jednopłciowe, albo chociaż związki partnerskie były w Polsce legalne, myślelibyśmy już o ślubie, który, poza wszystkim innym, dałby mi też obywatelstwo polskie.

A wracając do Wiary i Tęczy – to ważna dla mnie grupa, bardzo istotna na ostatnim etapie mojej samoakceptacji. Dzięki WiT trzy lata temu po raz pierwszy szedłem w Paradzie Równości. Na najbliższej będę już na platformie!

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Uczę duchowości seksu

O pracy z ciałem i pracy nad uwagą czuciową, o prowadzeniu zajęć gejowskiej tantry, o godzeniu się na własną homoseksualność, o bracie bliźniaku oraz o tym, jak to jest być gejem i tatą dwóch córek z Piotrem Jorem Grabowskim, terapeutą, artystą sztuk wielorakich i modelem, rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Krystian Lipiec

 

Twój homoerotyczny klip „Sharpened lines” spowodował, że wpadłeś w nasz replikowy radar, czy raczej gejdar.

Klip „Sharpened lines” dał mi dużo satysfakcji – został zaproszony na najstarszy i najbardziej prestiżowy festiwal queerowy do Sao Paulo (22 Festival Mix Brasil De Cultura Da Diversidade – przyp. red.). oraz na festiwal filmowy LGBT do Kopenhagi (30th MIX Copenhagen LesbianGayBiTrans Film Festival). Satysfakcja jest ogromna, gdy do międzynarodowego powodzenia klipu doda się fakt, że został zrealizowany bez jakiegokolwiek zewnętrznego wsparcia finansowego i z minimalnym budżetem, którego dużą częścią była wymiana barterowa z mojej strony.

Dwaj nadzy mężczyźni odczuwają wzajemne przyciąganie, ale na początku jakby nie wiedzieli, czy powinni się pobić, czy pocałować.

W ten sposób zaznaczyłem temat uwewnętrznionej homofobii i w ogóle homofobii, która zmienia kontekst, gdy do głosu dochodzi namiętność, uczucia i autentyczne pożądanie.

Sam jesteś jednym z tych mężczyzn. Skąd ten temat?

Nieheteronormatywna seksualność to jest temat, który artystycznie eksploruję od dawna – wcześniej jako reżyser w offowym teatrze w Łodzi, a przez kilka ostatnich lat w moich homoerotycznych grafikach rozwojowych.

Video, teatr, sztuki plastyczne…

Pracuję też jako model. To wszystko w naturalny sposób się łączy.

Multizadaniowy jesteś. Opowiesz o grafikach?

Przez ponad dwa lata przygotowywałem homoerotyczne kolaże z anglojęzycznymi hasłami – żartobliwymi, prowokującymi do refleksji na temat homoseksualności lub męskiej seksualności w ogóle. Publikowałem je na moim facebookowym fanpage’u „Jednorożce”, z którym teraz powoli się żegnam.

Dlaczego?

Multizadaniowość ma swoje cienie… (śmiech).

A skąd taka nazwa?

Jednorożec to jedno z tzw. zwierząt mocy. Symbolizuje niewinność i czystość, ale mówi też o wyjątkowym potencjale seksualnym.

Mnie ten róg się jeszcze kojarzy fallicznie.

No, więc właśnie… (śmiech).

Po prostu jednorożec to jest bliskie ci zwierzę.

Tak jest! Codziennie rano głaszczę różowego jednorożca (śmiech). A serio – odkąd prowadzę ten fanpage, dostaję sporo maskotek jednorożców od znajomych i klientów. Wymyśliłem sobie jednorożca jako mojego „patrona” w specyficznym dla mnie okresie – gdy rozstawałem się z żoną, ujawniałem się jako gej. To był bolesny proces. Przechodziłem terapię, sam pracując z ludźmi od lat.

A więc jesteś też psychoterapeutą.

Skończyłem studia w tym kierunku, ale swoją rolę określam jako nauczyciel duchowości seksu. To jest moje główne zajęcie.

I nie przesłyszałem się: miałeś żonę, tak?

Tak. Jestem też ojcem dwóch córek.

Ach! (chwila ciszy) Super. W jakim wieku?

14 i 7 lat.

To jesteś tatą i gejem – tak określasz swą seksualność?

Tak, dziś określam się jako gej. W 100%. Prowadziłem nawet jakiś czas zajęcia z tantry gejowskiej. Szybko jednak odszedłem od takiego nazewnictwa.

Przyznam szczerze, że o tantrze słyszałem już wiele razy, ale tak naprawdę nie wiem, na czym ona polega. Mógłbyś opowiedzieć? Ale do żony i córek będę mógł wrócić, ok?

A więc tantra. Jestem nadal jedynym prowadzącym zajęcia i sesje w obszarze gejowskiej duchowości seksu w Polsce. To były warsztaty grupowe dla mężczyzn homoseksualnych. Zwykle w grupie było dwanaście osób… Jeśli właściwie odczytuję ten błysk w twoich oczach, to od razu zapewniam, że moja praca nie polegała na organizowaniu orgii.

Dobrze, dobrze (śmiech).

To jest praca rozwojowa. W zachodnich ścieżkach tantry gejowskiej nagość na zajęciach jest oczywistością – i dlatego u nas, w tej obowiązkowo zapiętej na ostatni guzik Polsce – to się zaraz kojarzy z orgiami.

W moich praktykach podstawą jest praca z ciałem, praca nad uwagą czuciową, umiejętność fokusowania uwagi na odczuciach własnego ciała bez doświadczenia dotykowego. Jesteśmy bardzo przywiązani do bodźców dotykowych, a chodzi o to, żeby wyjść poza to, co najprostsze, czyli rozbudzanie czucia dotykiem. Na dalszym planie jest perspektywa doświadczania bliskości seksualnej bardziej ekstatycznie.

Jak to się odbywa? Przychodzi tych dwunastu mężczyzn homoseksualnych i…? To były pary?

Na zajęciach grupowych pary zdarzały się rzadko. Na początku jest rozmowa – odkrywanie kart, kto z jakimi intencjami przyszedł na zajęcia. Najczęściej uczestnicy mówią, że chcieliby w głębszy sposób doświadczać seksu. Dość często pojawia się też chęć zerwania z nawykiem przedmiotowego traktowania partnera seksualnego. Inni mówią tylko, że przyszli z ciekawości albo po prostu, by poznać kogoś. Potem zabieramy się do ćwiczeń praktycznych, do rozwibrowania konkretnych partii ciała, do pracy nad swobodą ekspresji ruchowej i głosowej. Nie patrz dziwnie – to wszystko ma ogromne znaczenie w rozwijaniu nowych jakości w naszym życiu seksualnym.

Ok. Czy ma sens podział na tantrę gejowską i na tantrę heteroseksualną?

Może się wydawać, że nie, bo przecież chodzi o odczuwanie niezależnie od orientacji seksualnej. Ale jednak ma. Źródłowa tantra jest w dużej mierze heteroseksualna i nacisk położony jest na wzmacnianie pierwiastków, które nazywamy „męskimi” i „kobiecymi”. Praktycznie polega to na pracy w ramach warsztatów w grupach męskich i kobiecych, a potem jest odkrywanie potencjałów, jakie wynikają z ponownego spotkania uczestniczek i uczestników razem. W seksie gejowskim ten podział znika. Odchodząc od stereotypów pod tym względem, geje są „tacy sami”. Energetyka pożądania inaczej się zakreśla, jej dynamika nie opiera się na tym, co „męskie” i „kobiece”.

Jest jeszcze aspekt związany z homofobią. W pracy w grupie gejowskiej poczucie bezpieczeństwa „bycia wśród swoich” ma duże znaczenie.

To jest trochę jak yoga? Przychodzi się ze swoja carimatą?

Raczej z dużą ilością poduch (śmiech). Chodzi o uważne obserwowanie siebie i doświadczanie siebie, własnych stanów emocjonalnych i własnego ciała, a także ruchu ciała. Szalenie trudno jest pozbyć się nawyków ruchowych. A celem jest po prostu głębszy kontakt z samym sobą, który z kolei ma wpływ na życie seksualne, na flow pomiędzy partnerami, nie tylko w sensie erotycznym, ale całej relacji. Są też elementy masażu, ale bardzo neutralne.

Jest choćby patrzenie sobie w oczy, czyli to, co my teraz robimy, intensywnie rozmawiając. Albo podawanie dłoni i badanie samego uchwytu i jak na ten uchwyt reagujemy, co wtedy czujemy.

Ogromne znaczenie ma zarówno doświadczanie jak i komunikacja, wnoszenie świadomości w to, co się z nami dzieje.

W grupie gejowskiej warstwa erotyczna odpala się bardzo szybko z oczywistych względów. Ale i wtedy jest miejsce na refleksję i pracę. Często zdarza się, że kilka głębszych spojrzeń i ciach, już jest erekcja. I co dalej? Chęć jej ukrycia? Wstyd, zażenowanie? Ale dlaczego? Przecież niekoniecznie trzeba zaraz lecieć do łazienki i dawać ujście tej fali pożądania, można po prostu w tym stanie trochę sobie pobyć. Bez poczucia obciachu czy zawstydzenia.

Trudne.

No, trudne, trudne. Praca z ciałem w ogóle wyzwala emocje, które z kolei przypięte są do rożnych historii z życia. One się „odciskają” na ciele i odzywają się, gdy zaczynasz mieć z tym ciałem głębszy kontakt. Wydaje ci się, że wszystko masz poukładane, a nagle na zajęciach nie możesz przebrnąć przez niewinną, wydawałoby się, próbę odsłonięcia, opowiedzenia o czymś intymnym. Dlaczego? Skąd tyle wstydu? Dlaczego tak reagujesz? Ludziom przypominają się konkretne sytuacje, czasem traumatyczne – jakieś nadużycia, których doświadczyli, albo nadużycia, których byli sprawcami. Wiele osób boi się bliskości. Bywa, że na zwykłym masażu nagle nie mogą powstrzymać łez, bo oto dopuścili kogoś do strefy, do której sami nawet nie bardzo mieli dostęp.

Jak ma się twoja praca do seksuologii?

Łączy je seks, ale to dwie rożne dziedziny. Ja pracuję z ciałem i z seksualnością w ujęciu rozwojowym, a seksuologia zakłada bardziej medyczne podejście do seksu. Tam jest konkret – tu coś niedookreślonego, związanego z uczuciami i z odczuwaniem.

Na ile te zainteresowania wynikają z twojej własnej drogi życiowej, własnych doświadczeń?

Uhuhu… Żeby pokazać ci, jak bardzo to wszystko jest połączone, musiałbym opowiedzieć całe życie (śmiech). Moja droga jest dla mnie najistotniejszą bazą danych w pracy z ludźmi. Jestem synem buddystów, w ramach poszukiwań odpłynąłem do kościoła katolickiego, ale tylko na kilka lat, szybko wróciłem. Dualizm i pomieszanie wokół seksualności pojawiły się w moim życiu nieco później i w inny sposób odcisnęły swoje piętno. Poznałem przemoc i opresję rówieśniczą oraz społeczną na własnej – czasem dosłownie – skórze. Tym bardziej dotkliwie, że mam bardzo dużą wrażliwość, wręcz nadzmysłowość w postrzeganiu ludzi i świata. Przez fragment swojego życia patologizowałem moją seksualność, przetarmosiłem się z tym mocno – w sumie klasyka, wciąż wielu gejów, lesbijek, osób bi i transseksualnych to przechodzi. I w tym wszystkim od 18. roku życia zajmuję się szeroko pojętą terapią. Sam poczyniłem przez ten czas dużo starań, by zrozumieć, a potem zintegrować własne traumy i stanąć za sobą na wielu płaszczyznach.

Małżeństwo w bardzo młodym wieku – gdy miałem 21 lat, byłem już mężem i ojcem – podniosło moją wartość społeczną w mych własnych oczach. Dostałem wtedy wielkiego kopa do działania i wsparcie otoczenia, rzuciłem się w wir rożnych prac. Żona wiedziała od początku o moim, nazwijmy to, „potencjale”. Obydwoje bardzo wierzyliśmy, że jednak nam się „jakoś” uda. Po rozstaniu przeszliśmy wszelkie możliwe trudne stany emocjonalne. Dziś mamy osobne życia i to też trzeba było wypracować – nauczyć się, że nie wszystko zależy od ciebie, czasem trzeba odpuścić.

Bardzo „sprytnie”, z psychologicznego punktu widzenia, zakochiwałem się w mężczyznach heteroseksualnych. Dzięki temu mogłem nie konfrontować się z rzeczywistością, tkwić w odrzuceniu homoseksualności – bo ci mężczyźni mnie, co logiczne, odprawiali – i mogłem sobie dalej cierpieć, nie dekonstruując rodziny.

Pamiętam jak doszedłem do stanu, w którym miałem dziwne poczucie umierania. Cały system rodzinny, który stworzyłem, był z mojej ówczesnej perspektywy nakierowany na powolne „zabijanie się”, był bez przyszłości. Miałem 27 lat i potrafiłem przez dwa tygodnie praktycznie nie jeść. To było dla mnie doświadczenie wstrząsające, bo ja generalnie celebruję życie. Pamiętam, że córce w przedszkolu czytałem bajki z taką emfazą, z takim teatralnym przejęciem, jakbym miał jej nigdy więcej nie zobaczyć, jakbym się z nią żegnał. Muszę powiedzieć, że w tym trudnym czasie dostałem ogromne wsparcie od moich heteroseksualnych przyjaciół. I wtedy właśnie, gdy zacząłem w końcu wychodzić z dołka, w zaskakujący sposób naprawiły się też relacje z moim bratem bliźniakiem, z którym przez kilka lat nie utrzymywaliśmy kontaktów.

Brat bliźniak jest hetero?

Tak. I był homofobem. Jego agresywna postawa w tej kwestii miała dla mnie ogromne znaczenie. I w tej sprawie mamy teraz happy end. Wspieramy się z bratem i towarzyszymy sobie w naszych działaniach artystycznych, a on sam zajmuje jasne stanowisko w kwestii homofobii.

Występujesz w jego klipie „Jak roluję”.

Tak, długo zwlekaliśmy z wykorzystaniem naszego podobieństwa. W „Jak roluję” zagrałem rolę ciemnej strony pod kilkoma postaciami. Ten projekt jest dla mnie osobiście bardzo ważny. Bez eksploracji cienia trudno być autentycznym w życiu. To na pewno nie wyczerpuje chęci i możliwości naszej współpracy. Paweł wspiera mnie teraz w pracy nad moim solowym albumem.

Mógłbyś swym życiorysem obdzielić kilka osób, a masz dopiero…

A może aż? 35 lat. Wstępny materiał książki, opartej o sporą część mojego życiorysu już powstał. Przymiarki do ekranizacji też już mam za sobą. Trzymaj kciuki.

Mogę zapytać cię o relację z córkami? Szczególnie starsza, czternastolatka, chyba już wiele rozumie.

Wszystko rozumie! Doskonale wie, że ma tatę geja i na swój sposób jest już aktywistką LGBT w takim sensie, że wprowadza temat wśród swych znajomych. Non stop przesyła mi linki do rożnych artykułów o tematyce LGBT – pilnuje, żebym był na bieżąco, żebym niczego nie przegapił. I gadamy o aktorach, którzy nam się podobają, porównujemy gusty (śmiech). Jestem otwarty w sprawach seksualności i ona to wyczuwa, nie waha się pytać, rozmawiamy.

Świetnie, że o tym mówisz, geje-ojcowie tak rzadko chcą robić coming out.

A jest nas więcej, niż się myśli. Ludzie widzą tatę z dziećmi i zakładają, że jest hetero. Nie zawsze, nie zawsze.  

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Z miłości i ze złości

O jego nowej powieści „Bingo” i o kryptogejach z Marcinem Szczygielskim rozmawia Przemysław Górecki

 

 

Dedykacja zamieszczona na pierwszej stronie „Bingo” (patrz: obok) – twojej trzeciej, po „Berku” (2007) i „Bierkach” (2010), powieści z cyklu „Kroniki nierówności”, nadaje książce niemal polityczny wymiar. Marcin Szczygielski, od dawna jawny gej, napisał powieść o kryptogeju.

Gdy zabieram się za pisanie, ważne są dla mnie dwie emocje: albo złość, albo miłość. „Berka” pisałem ze złości na ówczesną sytuację polityczną w Polsce, a „Bierki” – z miłości do bohaterów, którzy byli mi bardzo bliscy. W „Bingo” wróciłem do złości, ona daje więcej siły do, powiedzmy górnolotnie, tworzenia. Jeśli coś wkurza mnie naprawdę w sprawach polskich gejów, to właśnie kryptocioty. Mam na myśli przede wszystkim tych, którzy ukrywają homoseksualizm kosztem innych – najczęściej kosztem okłamywanych dziewczyn i żon.

A kosztem okłamywanych wyborców, w celu sukcesu politycznego?

To też, ale oszukiwanie kogoś, z kim dzieli się życie, jest dla mnie bardziej karygodne, bo żeruje się na uczuciach.

Znasz osobiście takie przypadki?

Och, mnóstwo! Zarówno wśród tzw. zwykłych osób, jak i publicznych, powszechnie znanych. Utajanie homoseksualnej orientacji zapewne nie jest już tak powszechne, jak dwadzieścia lat temu, ale nadal częste. Nie tylko, podkreślam, wśród facetów, którzy żyją z mediów, z pokazywania się w telewizji. Na szczęście wyoutowanych gejów jest coraz więcej.

Podobno ci „dyskretni” geje czasem składają ci propozycje seksualne w sieci, tak?

Zdarza się, ale zazwyczaj piszą tylko po to, by nawiązać kontakt. Kilka razy dostałem na przykład wiadomość: „Jestem gejem!” – i po kilkunastu minutach profil zostawał skasowany. Czasami piszą, bo są tak schowani, że nic nie wiedzą o innych gejach, a sądzą, że skoro ja jestem wyoutowanym gejem, to wiem wszystko – i zadają pytania. Najczęściej o osoby publiczne: czy ten czy tamten „też jest?” Myślę, że to po części „wina” moich książek – opisuję sytuacje gejów w pierwszej osobie, piszę o emocjach, o gejowskiej miłości, zakochaniu, seksie. Wielu czytelnikom wydaje się, że mnie znają, utożsamiają mnie z bohaterami. Stają się odważniejsi, mają złudzenie, że jestem ich dobrym znajomym. Po publicznym coming oucie i „Berku” byłem w uderzeniu, myślałem, że dokonujemy w Polsce rewolucji – my, czyli fala gejowskich pisarzy z 2007 r. Chętnie udzielałem nie zawsze odpowiedzialnych rad, namawiałem wszystkich chłopaków na coming out. Kilku to zrobiło i super, ale w przypadku jednego sprawa zakończyła się niemal tragicznie. Trochę ochłonąłem i uświadomiłem sobie, że każdy tę decyzję musi podjąć sam.

A jakie jest twoje stanowisko w sprawie outingu, czyli ujawniania orientacji wbrew woli zainteresowanego/ej? I jeśli tym zainteresowanym jest np. osoba publiczna znana z homofobicznych poglądów?

Uważam, że tylko po coming oucie człowiek może żyć pełnią życia i być szczęśliwym oraz że każdy coming out, obojętne czyj, działa na rzecz akceptacji gejów w ogóle – ale to jest jednak sprawa, którą każdy powinien robić sam za siebie… poza tymi, którzy szkodzą nam wszystkim! Gdybym znał osobiście kryptociotę, która szerzy homofobię – to znaczy, gdybym miał stuprocentową pewność, że jest to homoseksualista – nie wahałbym się ani przez chwilę i wyoutowałbym go publicznie. Gdy zaczynałem pisać „Bingo”, rozważałem wyoutowanie w książce kilku facetów, ale jednak doszedłem do wniosku, że mógłbym sobie potem tego nie wybaczyć – nie ze względu na nich samych, tylko na ich bliskich, niczego nieświadomych. Niemniej ucieszyłbym się, gdyby w Polsce znalazło się jakaś grupa ludzi o mniejszych skrupułach niż moje i gdyby stworzyli brygadę outującą homofobicznych gejów celebrytów, a w szczególności – polityków. Chętnie przekazałbym 1% podatku na ten cel (śmiech)!

Czy „Bingo” jest wynikiem rozczarowania tą sytuacją?

„Bingo” najpierw miało być bardziej bezceremonialne – Paweł, telewizyjny prezenter, miał być zakłamaną kryptociotą, a jego żona Anna nieświadomą, wykorzystywaną przykrywką. Gdy przemyślałem sprawę, stwierdziłem, że takie podejście byłoby złamaniem idei „Kronik nierówności”, których celem jest przecież proste przesłanie, że „gej jest ok”. Nie chciałem więc zrobić z Pawła potwora hipokryty, a raczej pokazać, że każdy ma na sumieniu rożne sprawki, jego żona także. To zresztą jest bliższe życiu. „Bingo” ma raczej zachęcać kryptogejow do coming outu, niż ich piętnować i potępia nie tyle gejowską, ile w ogóle polską hipokryzję.

Czy to jest możliwe, by, jak Paweł, dopiero w wieku 42 lat odkryć, że jest się gejem?

Kiedyś w to nie wierzyłem, ale poznałem dwóch facetów, którzy uświadomili sobie homoseksualizm dość późno – jeden miał 35 lat, drugi prawie 50. Ten pierwszy był księdzem, co pewnie nie było bez znaczenia przy odkrywaniu homoseksualizmu. Odszedł w każdym razie z kościoła i rozpoczął świeckie życie. A więc tak, to w pewnym stopniu historia z „życia”, a raczej z wielu „żyć”. A Paweł z „Bingo” to jeszcze trochę inny przypadek kryptogeja, on przecież nie tyle ten homoseksualizm odkrywa, co zaczyna go dopuszczać do świadomości. Ale nie będę zdradzał szczegółów. Wszyscy pytają mnie o to, czy wzorowałem postaci z tej książki na prawdziwych osobach – oczywiście tak, ale nie powiem, na kim.

W każdym razie mimo że wyoutowanych gejów jest, jak mówisz, coraz więcej, to jawne życie jest nadal opcją wybieraną przez mniejszość – przeważa opcja ukrywania się.

Emancypacja postępuje, ale wolno – wciąż niestety cechą polskich gejów jest to, że ich tożsamość gejowska w wielu przypadkach ogranicza się do sfery seksu. Nie tworzą społeczności.

Na profilach randkowych piszą, że są „spoza środowiska”.

I nawet nie mają poczucia, że to obciach. Nie chodzą na parady, nie zależy im na związkach partnerskich. Żyją sobie po cichutku jako obywatele drugiej kategorii i nie mają marzeń o równości.

W świecie mediów, zdawałoby się bardziej liberalnym, też jest kiepsko. Od dawna nie mieliśmy coming outu jakiejś powszechnie znanej osoby publicznej.

Myślałem, że po coming outach moim i Tomka (Raczka, partnera Marcina – przyp. red.), czy Jacka Poniedziałka ruszą następni. Nie ruszyli, bo prawdopodobnie uważają, że to się nie opłaca. Przekonanie, że widzowie i słuchacze natychmiast odwracają się od wyoutowanego aktora – geja, czy dziennikarza – geja wciąż obowiązuje. Ja, po naszych doświadczeniach, przekonałem się, że to nie tyle publiczność nie lubi gejów, ile ci, którzy decydują o tym, kogo i jak tej publiczności się przedstawia.

Czy to dlatego nie doczekaliśmy się ekranizacji „Berka”?

Scenariusz do „Berka” rzeczywiście powstał – i to naprawdę dobry, jego autorem jest Maciej Pisuk, który stworzył między innymi „Jesteś Bogiem”. Jest reżyser, jest odtwórca roli Pawła, ale nie pytaj, kto, bo na razie nie mogę mówić. Niestety sprawa utknęła w martwym punkcie ze względu na pieniądze. Myślałem, że „Berek” będzie pierwszą ekranizacją mojej powieści, ale jednak na pierwszy ogień idą moje książki dla młodzieży – w tym roku zakończyły się zdjęcia do filmu na podstawie „Za niebieskimi drzwiami”, a w następnej kolejności będą filmowane „Arka Czasu” i „Czarny Młyn”.

Jak wygląda twój kontakt z tą grupą odbiorców? Czy podczas spotkań autorskich pytają o książki „dla dorosłych”?

W liceach – tak. Natomiast podczas spotkań z młodszymi dzieciakami – nie, bo ich to zupełnie nie interesuje. To zresztą jest wielkim plusem pisania dla dzieci – one naprawdę nic sobie z tego nie robią, kim jest autor. Liczy się tylko książka. Podczas spotkań w liceach najczęściej uczestnicy wiedzą, kim jestem i co napisałem. Na szczęście to pokolenie ma inny stosunek do gejów – nie widzą w tym nic nadzwyczajnego i dobrze. Dużo większe emocje budzi wśród nich „Sanato” niż „Berek”.

Wracając do „Bingo” – liczysz, że wywołasz dyskusję o kryptogejach w mediach?

Nie wiem, czy jakakolwiek książka może jeszcze wywołać prawdziwą dyskusję w mediach. Ucieszyłbym się, gdyby zwrócono uwagę na temat kryptogejów, żyjących w udawanych małżeństwach – wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło „mój mąż jest homoseksualistą”, żeby przekonać się, jak istotny jest to problem dla wielu kobiet, a nie mówi się o nim wcale. Sam wielokrotnie spotykałem „homomężów” zarówno wśród znanych osób, jak i tych, mających prozaiczne zawody. Jednego z takich panów poznałem nad morzem podczas wakacji, na które przyjechał tam z żoną i dwójką dzieci – poznał mnie, zaczepił i rozpoczął rozmowę. Pracuje w państwowej instytucji jednego z większych miast. On akurat miał pewne wyrzuty sumienia Inny przypadek był bardziej kuriozalny – kupowałem farby w jednym ze sklepów Fluggera. Sprzedawca, pan koło pięćdziesiątki, poznał mnie, upewnił się, że ja to ja, gdy podałem mu kartę kredytową, a następnie zaczął dość natarczywie zapraszać na zaplecze sklepu. Oczywiście miał obrączkę. To tylko dwa z kilkunastu podobnych przypadków, jakie mi się przytrafiły.

Czy „Bingo” ma być ostatnią częścią „Kronik nierówności”?

Mam pomysł na czwartą część. Wszystko zależy od czytelników. Pierwotnie „Kroniki nierówności” miały być pewnego rodzaju prowokacją – sądziłem, że wywołają oburzenie, będą opluwane itd. Okazało się jednak, że stało się inaczej – jest spora grupa osób, która je lubi, a wręcz uważa te książki za swoje ulubione. To o tyle zaskakujące, że wśród czytelników geje stanowią na moje oko może ze 20% procent, nie więcej – reszta to kobiety oraz trochę heteroseksualnych facetów. To ostatnie zaskoczyło mnie najbardziej. Pamiętam, że kiedyś rozbawił mnie facet, który przyszedł na spotkanie autorskie z żoną i powiedział z wyrzutem, że kiedy czytał „Bierki”, to podczas opisu zbliżenia Pawła i Piołuna dostał wzwodu, czym się potem zamartwiał (śmiech).  

Powieść „Bingo” ukazała się w maju nakładem Wydawnictwa Latarnik.

Dedykuję tę książkę okłamywanym żonom polskich kryptogejów – w szczególności tych oglądanych codziennie na ekranach naszych telewizorów, na deskach scen naszych teatrów, na murawach boisk, w fotelach naszego Sejmu oraz w internetowych portalach i celebryckich rankingach. Dedykuję ją także zakłamanym pedziom, którzy umierają ze strachu przed ujawnieniem, którzy oszukują swoje żony i dzieci, udając macho i gorliwych konserwatystów – Marcin Szczygielski

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Egzamin z płci

Co łączy europejskie kraje: Norwegię, Finlandię, Belgię, Francję, Czechy, Szwajcarię, Grecję, Turcję, Czarnogórę, Włochy, Słowację, Ukrainę, Łotwę i Cypr? Wymuszona sterylizacja osób transpłciowych starających się o prawną zmianę płci

 

Kraj przyjazny osobom LGB to zarazem kraj przyjazny osobom T? Niekoniecznie – pisze Wiktor Dynarski*  

– Wyjadę do Czech, naprawdę, tam na pewno będzie lepiej, mają związki partnerskie i w ogóle!

– Związki, związki… – powtarzam ironicznie – Na co ci te związki, jak ty chcesz tam tranzycję zrobić? Wiesz chociaż, jak to wygląda?

– No… nie, ale nie może być gorzej niż tutaj.

– Słyszałeś kiedyś o przymusowej kastracji? – pytam, przeglądając zbiory naszej organizacji w poszukiwaniu niezawodnej angielskojęzycznej mapki.

 – Że niby co? Że nas?

Kiwam głową i nie przestaję szukać.

– Wymyślasz – rozmówca zbywa mnie niecierpliwym spojrzeniem i szykuje się do wyjścia.

– Usiądź – zachęcam, a po chwili rzucam na stół znaleziony materiał edukacyjny – Teraz zobaczysz, że w Polsce wprawdzie nie jest dobrze, ale nie tak tragicznie.

* * *

Wyjaśniam więc, że, aby prawnie zmienić dokumenty w naszym kraju, trzeba mieć transseksualność zdiagnozowaną, być od jakichś trzech miesięcy na hormonach oraz – w przypadku trans mężczyzn – zrobioną rekonstrukcję klatki piersiowej (nie zawsze, to się rożni w zależności od… regionu). Ale kastracja, w odróżnieniu od Czech, nie jest konieczna.

Rozmowy na temat sytuacji osób transpłciowych w innych krajach powracają nie tylko podczas spotkań samopomocowych czy towarzyskich w Trans-Fuzji, lecz także w ramach dyskusji na internetowych forach i blogach. Spotkałem nawet osoby, które z niemożliwości uwierzenia w to, co rzeczywiście działo się lub dzieje w krajach Europy (wschód i zachód nie mają tu większego znaczenia), usilnie próbowały dowieść, że świat aktywistyczny kłamie. Że z jakiegoś powodu zależy nam, działacz(k)om LGBT, na szerzeniu fałszywych informacji na temat wymagań co do procesu tranzycji. Tymczasem jednak drakońskie wymagania, wychodzące daleko poza zwykłą diagnostykę, są codziennością wielu osób transpłciowych nawet w krajach, które uznaje się za otwarte na kwestie LGBT.

Otwartość tę często mierzy się na podstawie zapisów o niedyskryminacji ze względu na orientację seksualną (tylko w niektórych krajach występuje również ochrona tożsamości płciowej), ściganie mowy nienawiści, bądź zbrodni z nienawiści, czy związków partnerskich albo małżeństw. Czy to jednak wystarcza? Co z problemami typowymi dla osób transpłciowych? Co z procesem tranzycji?

W Szwecji wreszcie koniec ze sterylizacją

W 2013 r. Szwecja zaniechała sterylizacji osób transpłciowych, wcześniej wymaganej przed zmianą dokumentów. Szwecja sterylizowała osoby transpłciowe? Kraj równości małżeńskiej, feminizmu, niemal idealnego podejścia do kobiecości i męskości w życiu społecznym dopuszczał się czegoś takiego? Zrozumieliśmy: nasza często pozytywna opinia wynikała ze stosunkowo niezłej sytuacji cispłciowych kobiet i mężczyzn oraz (głownie cis) osób LGB. A umykało nam na przykład to, że oprócz sterylizacji przed zmianą prawną należało w Szwecji zniszczyć, jeśli istniały, zamrożone komórki jajowe, embriony czy spermę. Szwecja stawiała sprawę jasno – jeśli jesteś trans i chcesz ten fakt odnotować prawnie, nie wolno ci się rozmnażać. Jeszcze do 2011 r. podobnie myśleli Niemcy, którzy zmianę imienia zapewniali bez większego problemu, ale jako warunek zmiany oznaczenia płci nadal podtrzymywali sterylizację. Nic do tej pory nie zmieniło się w Norwegii, Finlandii, Belgii, Francji, Czechach, Szwajcarii, Grecji, Turcji, Czarnogórze, we Włoszech, na Słowacji, Ukrainie, Łotwie i Cyprze. Wszystkie te kraje łączy wymuszona sterylizacja, zjawisko praktykowane w pełnym majestacie prawa tylko na jednej grupie społecznej – osobach transpłciowych. W 2014 i 2015 odeszły z tej listy, na szczęście, Malta i Dania.

W Czechach: tymczasowo neutralne imię

Zatrzymajmy się na chwilę przy Danii. Pierwsze państwo w historii świata, które uchwaliło związki partnerskie (w 1989 r.). Celebrowane jako bardzo przyjazne osobom LGBT. Czy na pewno? Być może żyje się tam dobrze osobom LGB – tym, którym korekta i uzgodnienie płci nigdy nie przyszły do głowy i nie musieli stanąć przed dylematem: albo własna tożsamość albo zachowanie integralności cielesnej czy (później) rodzicielstwo. Osoby T przed takim dylematem stawały – przechodziły długotrwałe diagnozy i kolejne operacje, a gdy wreszcie osiągnęły ciało i wygląd, które społeczeństwo powinno uznać na odpowiednie, stawały przed specjalną komisją orzekającą, czy wszystko poszło zgodnie z planem. Następowała ocena i ostateczna decyzja – egzamin z płci. Niektórzy oblewali, otrzymując negatywne opinie od lekarzy. Po co tyle testów i cierpień po drodze, skoro i tak można oblać całość?

Czechy – związki partnerskie, antydyskryminacyjna polityka, jedna z największych Parad Równości w tej części Europy i trwająca właśnie dyskusja o rozszerzenie związków partnerskich o możliwość adopcji. Czy raj dla osób trans? Nie bardzo. Zmiana oznaczenia płci, a tym samym danych osobowych, może odbyć się dopiero po operacji genitalnej, która następuje po pozytywnym zaopiniowaniu dotychczas przeprowadzonych zmian w ciele przez specjalną komisję, w skład której wchodzi siedem osób. Rada siedmiu decyduje o przynależności do danej płci. System ma jednak nagrodę – podczas tranzycji można zmienić imię i nazwisko na neutralne płciowo. Taki „przerywnik” w drodze do bycia sobą.

W Wielkiej Brytanii: małżeńskie veto

Komisje rozpowszechnione są w wielu krajach Europy, być może dzięki brytyjskiej ustawie o uzgodnieniu płci (Gender Recognition Act), która jako pierwsza wyobraziła sobie osobę trans zdającą egzamin z płci. Egzamin w zasadzie połączony z przyrzeczeniem – zanim otrzyma się pozytywną decyzję, należy potwierdzić, że poczucie bycia osobą transpłciową jest stałe i nigdy przenigdy nie wróci się do „starej” płci. W pewnym sensie aż żałuję, że nie istnieje komisja weryfikująca osoby cispłciowe, które musiałyby przyrzekać: „Nigdy w życiu nie zrobię tranzycji!” Brytyjską ustawę uchwalono jednak dawno temu – w 2007 r., a postęp w tym kraju, jeśli chodzi o prawa LGB gna do przodu. Niedawno przecież wprowadzono równość małżeńską dla wszystkich… o ile są cis. W duchu „równości” i „niedzielenia” obywateli/ek na kategorie postanowiono wprowadzić małżeńskie weto (spousal veto), które wstrzymuje proces tranzycji, jeśli małżonek nie zgadza się na tranzycję drugiego/ drugiej. Tranzycja może zostać rozpoczęta dopiero po rozwodzie, a prawo tym samym namaszcza jedną osobę do podejmowania decyzji dotyczącej reszty życia drugiej. Tak przecież powinny wyglądać zdrowie związki, prawda?

W Irlandii: prawna pustka

W sąsiedniej Irlandii jest gorzej, dużo gorzej. Irlandia pozostaje jednym z ostatnich europejskich krajów, które nie tylko nie posiadają żadnego prawa regulującego uzgodnienie płci, ale też najzwyczajniej tranzycja jest tam niemożliwa. Oznacza to, że wiele osób, pomimo zmiany ciała, stosowania hormonów i przechodzenia operacji zwyczajnie nie ma możliwości zmiany swoich danych osobowych. Dr Lydia Foy, znana w tym kraju postać, od ponad 20 lat walczy o uznanie swojej tożsamości płciowej przed sądem. Dopiero w 2013 r. irlandzki parlament zobowiązał się do wprowadzenia stosownego aktu prawnego do końca br. Podczas kampanii parlamentarnej w Polsce obiecywano nam drugą Irlandię. W przypadku osób transpłciowych byłoby to urzeczywistnienie najczarniejszego scenariusza. Wprawdzie w Polsce też nie ma ustawy regulującej uzgodnienie płci, władza nie zauważa trans obywateli/ek, ale sądy otworzyły drogę do tranzycji, są procedury. Proces tranzycji więc, choć pełen dziwacznych prawnych zawiłości, jest możliwy i się odbywa.

Malta! Malta!

Na szczęście coraz więcej krajów wychodzi osobom transpłciowym naprzeciw. Po Szwecji i Danii przykładem, i to nie byle jakim, świecić może Malta. To konserwatywne, bardzo religijne postkolonialne państewko (tylko 400 tys. mieszkańców) do niedawna nie miało nawet rozwodów, a pierwsze (różnopłciowe) małżeństwo transkobiety (po tranzycji) miało miejsce w 2011 r. Od zeszłego roku Malta ma związki partnerskie, a kilka tygodni temu tamtejszy parlament zdecydował o wprowadzeniu jednej z najbardziej progresywnych ustaw dla osób trans. Nie tylko pozwala ona na szybkie, jasne uzgodnienie płci na żądanie zamiast konieczności diagnostyki transseksualności czy interwencji medycznych, lecz także otwarcie chroni interpłciowe dzieci przed niechcianymi zabiegami chirurgicznymi. Ochrona ta jest nie tylko kompleksowa, ale praktyczna – oznaczenie płci dziecka następuje dopiero po samookreśleniu tożsamości. Na Malcie ustawodawca rzeczywiście wsłuchał się w realne potrzeby zainteresowanych osób.

*Wiktor Dynarski jest osobą prezesującą Fundacji Trans-Fuzja, działającej na rzecz osób transpłciowych Wymuszona sterylizacja osób transpłciowych starających się o prawną zmianę płci.

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tęczowy biały dom

Zbliżająca się powoli do końca prezydentura Baracka Obamy to okres bezprecedensowego postępu praw osób LGBT w USA. W kwietniu zamiar kandydowania w przyszłorocznych wyborach ogłosiła Hillary Clinton. Czy zostanie następczynią Obamy, również jako nasza sojuszniczka? Tekst: Katarzyna Matuszewska

 

Barack Obama, Hillary Clinton, mat. pras.

 

Nathan Johnson i Jared Milrad są parą od ośmiu lat. Poznali się w 2008 r., gdy razem pracowali przy pierwszej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. 12 kwietnia br. przeżyli swe 5 minut sławy – tego dnia premierę miał klip video Hillary Clinton z ich udziałem. Polityczka ogłosiła w nim swą kandydaturę w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.

Dwuminutowy filmik przedstawia kilkadziesiąt osób w rożnych życiowych sytuacjach. „Zwykłych Amerykanów/ki” – jak mówi Clinton. Opowiadają o planach na najbliższe miesiące i lata. Hillary mówi: „Zamierzam startować w przyszłorocznych wyborach” a Nathan i Milrad – „Zamierzamy wziąć ślub tego lata”. Pod koniec filmiku widać jeszcze parę lesbijską – Christy Spitzer i Kassie Thornton.

Włączenie jednopłciowych par do grupy przykładowych, typowych obywateli wzbudziło wielki aplauz amerykańskiej społeczności LGBT. Jej poparcie dla kandydatki Partii Demokratów wydaje się oczywiste, zważywszy, że Republikanie „tradycyjnie” przedstawią w najlepszym razie kogoś unikającego tematyki LGBT, a w najgorszym – jawnego homofoba.

Przyjrzyjmy się więc dossier w zakresie LGBT zarówno obecnego prezydenta, jak i – być może – przyszłej prezydentki.

Nasi homoseksualni bracia i siostry

Progres w sytuacji osób LGBT w USA za czasów prezydentury Obamy jest tak imponujący, że komentatorzy zwracają uwagę, iż trudno będzie Hillary Clinton mu dorównać:

28 października 2009 r. prezydent podpisał ustawę, która przestępstwa z pobudek homofobicznych zrównuje z przestępstwami z pobudek rasistowskich, nazywając je wszystkie przestępstwami z nienawiści. O potrzebie takiej ustawy mówiono głośno od lat, szczególnie po bestialskim zabójstwie 22-letniego Matthew Sheparda w 1998 r. Chłopak został zamordowany przez znajomych za to, że był gejem.

20 września 2011 r. dzięki wysiłkom i przy udziale prezydenta zniesiona została dyskryminacyjna zasada „Don’t ask, don’t tell”, zgodnie z którą osoby LGBT mogły służyć w amerykańskiej armii tylko pod warunkiem, że ukrywały własną seksualność; jeśli wychodziła na jaw – były dyscyplinarnie zwalniane. Zasada ta istniała od 1993 r. (wcześniej osoby LGBT nie mogły służyć w armii w ogóle, czy swą seksualność ukrywały czy nie). Obama wielokrotnie wypowiadał się przeciwko DADT, a 22 lipca 2011 r. podpisał specjalny certyfikat zaświadczający, zgodnie z wymogami ówczesnego prawa, że jej zniesienie nie wpłynie negatywnie na stan amerykańskiej armii.

9 maja 2012 r. Barack Obama jako pierwszy urzędujący prezydent ogłosił, że popiera legalizację małżeństw jednopłciowych. Wcześniej mówił, ze popiera związki partnerskie, w sprawie małżeństw jednopłciowych zaś jego poglądy „ewoluowały”: Wahałem się w tej sprawie, myślałem, że związki partnerskie będą wystarczające, a także miałem na uwadze, że wiele osób jest wrażliwych na punkcie samego słowa „małżeństwo” i rozumie je tylko jako związek kobiety i mężczyzny. Prezydent powiedział, że zmienił zdanie, gdy poznał jednopłciowe pary, m.in. rodziców przyjaciół swych córek, i przekonał się, jak dyskryminujące jest prawo zabraniające im małżeństwa. Tuż przed ogłoszeniem nowego stanowiska prezydenta wobec małżeństw jednopłciowych, poparcie dla nich w USA dochodziło do 50%. Po wypowiedzi Obamy natychmiast podskoczyło o kilka punktów procentowych i już nie spadło. Pół roku później Obama został wybrany na drugą kadencję. W dniu wyborów w trzech stanach USA – Maryland, Maine i Washington – odbyły się referenda w sprawie małżeństw jednopłciowych. We wszystkich zagłosowano na „tak”.

26 czerwca 2013 r. Sąd Najwyższy USA wydał wyrok w sprawie ustawy DOMA (Defense of Marriage Act) zakazującej małżeństw jednopłciowych na poziomie federalnym – uznał ją za niekonstytucyjną. Prezydent Obama już wcześniej ogłosił, że jego zdaniem ustawa ta jest niezgodna z konstytucją USA i jego administracja nie będzie broniła jej przed sądem. Gdy Obama został prezydentem w listopadzie 2008 r., małżeństwa jednopłciowe były legalne w dwóch stanach (Massachussetts i Connecticut). Obecnie są one legalne w 38 stanach. Wyrok Sądu Najwyższego w sprawie legalności zakazu w pozostałych 12 stanach spodziewany jest pod koniec czerwca i choć teoretycznie prezydent nie może nań wpływać, to praktycznie – owszem. Nominuje bowiem sędziów zastępujących tych, którym kadencja akurat się kończy. Być może więc prezydentura Obamy zakończy się wynikiem 50:0 dla stanów z legalnymi małżeństwami jednopłciowymi.

Do tej krótkiej wyliczanki należałoby dodać poparcie Obamy dla ENDA – ustawy wprowadzającej zakaz dyskryminacji w zatrudnieniu, której projekt znajduje się obecnie w Kongresie, a także wiele wypowiedzi i gestów przyjaznych osobom LGBT. Mają one niebagatelne znaczenie, bo kreują przyjazną wobec spraw LGBT atmosferę, która od władzy promieniuje przez media i trafia „pod strzechy”. Obama zatrudnił rekordową liczbę wyoutowanych urzędników na rożnych szczeblach swej administracji – ponad 150 osób podczas samej pierwszej kadencji. O osobach LGBT mówi: „nasi bracia i siostry” a nie „ci ludzie”, jak to się zdarza polskim politykom. Gdy publiczny coming out zrobił koszykarz Jason Collins, pierwszy jawny gej w historii prestiżowej ligi NBA, Obama pospieszył z gratulacjami, a potem zaprosił Collinsa do Kongresu na doroczne przemówienie „Raport o stanie państwa”.

Strona internetowa prezydenta wylicza jeszcze szereg innych jego osiągnięć w dziedzinie praw LGBT, włącznie z udziałem w kampanii „It Gets Better” skierowanej do nastolatków LGBT. Zresztą, samo istnienie zakładki „LGBT” na stronie Białego Domu też o czymś świadczy. Zajrzyjcie: whitehouse.gov/lgbt

Gay rights are human rights

Poglądy Hillary Clinton na temat jednopłciowych małżeństw, podobnie jak Baracka Obamy, ewoluowały. W 2003 r., gdy była ona senatorką stanu Nowy Jork, opowiedziała się za związkami partnerskimi, ale w sprawie małżeństw odparła, że Amerykanie prawdopodobnie nie są jeszcze na nie gotowi. Dodała też, że kwestia ta powinna być rozstrzygana przez każdy stan z osobna (co w istocie przez następne lata się działo). Cztery lata później, w 2007 r. Clinton powiedziała, że opowiada się zarówno za obaleniem DADT, jak i DOMA. W 2013 r. ostatecznie zmodyfikowała swe stanowisko i w specjalnym klipie Human Rights Campaign, największej organizacji LGBT w USA, powiedziała, że opowiada się za wprowadzeniem małżeństw jednopłciowych na całym terytorium USA, zarówno na poziomie stanowym jak i federalnym.

Ale najważniejszym bodaj „momentem LGBT” w karierze Hillary Clinton było przemówienie na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych 6 grudnia 2011 r. w Genewie z okazji Dnia Praw Człowieka. To właśnie wtedy, jako sekretarz stanu USA, Clinton wygłosiła słynne zdanie, którego tłumaczyć chyba nie musimy: Gay rights are human rights.

Przemówienie Clinton spotkało się z entuzjazmem części słuchaczy, ale sporo delegatów na znak protestu wyszło, gdy ta mówiła: Bycie osobą homoseksualną nigdzie na świecie nie powinno być przestępstwem. Homoseksualność pozostaje przestępstwem aż w 78 krajach świata. Clinton kontynuowała: Osoby LGBT rodzą się i żyją we wszystkich społeczeństwach. Są dziećmi, nastolatkami, osobami młodymi, dojrzałymi, seniorami. Mają wszelkie kolory skory i wyznają wszelkie religie. Są lekarzami i nauczycielami, rolnikami i bankierami, żołnierzami i sportowcami. Bez względu na to, czy o tym wiemy, czy nie i bez względu na to, czy się na to godzimy lub nie – są członkami naszych rodzin. Są naszymi przyjaciółmi i naszymi sąsiadami. Bycie LGBT to nie jest wynalazek Zachodu. To część ludzkości.

W ślad za przemówieniem ambasady amerykańskie otrzymały od swej szefowej wytyczne, by wspierać społeczności LGBT na całym świecie.

Amerykańskie portale LGBT jawnie, choć niebezwarunkowo popierają Hillary Clinton. Klip z 12 kwietnia tylko utwierdził ich wybór. Czasem poparcie to przybiera niezwykłe formy: pewien gej z San Francisco o imieniu Ryan (media nie podają nazwiska) zaczął sprzedawać koszulki z napisem „I’d bottom for Hillary”. Tłumaczenie na polski wypada albo zbyt dosadnie, albo drętwo, więc po prostu… uczcie się angielskiego! Ryan tłumaczy, że choć polityka to poważna sprawa, to zachęcać do zaangażowania się można na wszelkie, również tak frywolne sposoby, a gotowość na „bottoming” dla Hillary to oznaka zaufania.

Aktywiści LGBT podpowiadają też, co kandydatka powinna zrobić, by pokazać, że „szanuje nasze głosy”. A więc powinna np. szczegółowo wyjaśnić ewolucję poglądów w sprawie małżeństw jednopłciowych, podzielić się swymi osobistymi historiami dotyczącymi bliskich jej osób LGBT, odnieść się do plotek, że sama nie jest hetero, a także przedstawić szczegółowy plan działań w kwestiach LGBT na czas swej prezydentury. Na załatwienie czekają m.in. wspomniana już ENDA, a także prawa osób transpłciowych.

Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy po czterdziestu czterech mężczyznach Ameryka jest gotowa na pierwszą kobietę w fotelu prezydenckim? Przekonamy się 8 listopada 2016 r.

p.s. Szefem kampanii Hillary Clinton został Robbie Mook. Ma 35 lat, polityczną karierę zaczynał podczas drugiej kampanii prezydenckiej męża Hillary – Billa, jako szesnastolatek. I jest, co nie bez znaczenia, jawnym gejem.  

 

Tekst z nr 55 / 5-6 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.