O zakochiwaniu się, o erotyce lesbijskiej na ekranie i o holenderskich kontrastach z Urszulą Antoniak, polską reżyserką pracującą w Holandii, autorką filmu „Strefa nagości”, rozmawia Bartosz Żurawiecki
mat. pras.
Twój film otwiera cytat z Rolanda Barthesa, zresztą generalnie można „Strefę nagości” potraktować jak swoistą adaptację „Fragmentów dyskursu miłosnego”. Barthes był homoseksualny – czy to dlatego postanowiłaś pokazać homoerotyczną relację między dwiema dziewczynami?
To Barthes był homoseksualny? Do głowy mi to nie przyszło, gdy go czytałam. (śmiech) Tak więc nie miało to znaczenia. Wzięłam z jego „Fragmentów…” pomysł i strukturę. Koncept, że gdy się zakochujemy, rozmawiamy tak naprawdę sami ze sobą. Ten dyskurs rozłożony został na figury, które są tematem kolejnych rozdziałów opisujących zakochanie. U mnie każdy z tych rozdziałów zaczyna się na literę „l”: „Love”, „Langour”, „Lover” etc.
Homoerotyczna relacja łatwiej niż heteroerotyczna wpisuje się w myśl Barthesa, że miłość jest odbiciem, projekcją siebie na obiekt miłosny.
Barthes mówi, że wytwarzamy nasz idealny obraz osoby, w której się zakochujemy. I to z tym obrazem konwersujemy. Ten obraz nigdy nam nie odpowie, jest niemy, dlatego też mój film nie ma dialogów. Projektujemy na obiekt miłości to, co tkwi w nas, jakąś lepszą wersję nas samych lub jakiś brak, którego doświadczamy. To świetnie widać w przypadku relacji dwóch osób tej samej płci, gdyż znika wtedy podstawowa różnica, którą świat podkreśla i podtrzymuje. Nie ma wówczas heteroseksualnego modelu, który jest kultywowany od stuleci. Sama jestem biseksualna, miałam w swoim życiu parę romansów z kobietami i, gdy przyglądam się sobie, to widzę, że zazwyczaj podobają mi się kobiety, które są odwrotnością mnie samej. Poszukuję dopełnienia, egzotyki …
Tak jest też w filmie. Twoje bohaterki ustawione są na zasadzie kontrastu – drobna, blada Europejka z prostymi, cienkimi włosami staje naprzeciwko dorodnej arabskiej dziewczyny o bujnych, długich, kręconych włosach.
Chodziło mi tu także o aspekt kulturowy. Film traktuje o dwóch kulturach, które się uwodzą, które projektują na siebie wyobrażenia o sobie nawzajem. Kultura arabska nie jest tak obecna w Polsce, jak w Holandii, gdzie dzieje się mój film i gdzie 10 procent ludności to są Arabowie. Ta intensywna obecność jest z jednej strony zagadnieniem politycznym, z drugiej kulturowym – bo co ta kultura nam mówi, na ile ona daje się poznać? Arabowie są bardzo zamknięci. Jak napisał Jean Baudrillard: uwodzą nas swoją tajemnicą.
W kulturze zachodniej silny jest obraz Wschodu, który fascynuje, a jednocześnie przeraża.
Według Baudrillarda w tej tajemnicy tkwi przerażenie pustką, którą możemy znaleźć za zasłoną Wschodu. Odkryjemy wtedy, że tak naprawdę uwodzimy się sami, bo rzutujemy na tamtejszych ludzi przeróżne wyobrażenia i pragnienia, a tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Zresztą, po morderstwie Theo van Gogha, zabitego na ulicy za to, że nakręcił film krytykujący islam, w Holandii tajemnica Arabów stała się czymś, co nie tylko uwodzi, ale co też może się stać śmiertelną pułapką. W moim filmie arabska dziewczyna nieustannie zdejmuje i zakłada swoja chustę, odsłania się i zakrywa. W arabskich środowiskach Amsterdamu chusta jest nie tyle przymusem religijnym, co atrybutem gry erotycznej. Na przykład, dziewczyny, które ją noszą, mogą dłużej pozostawać poza domem, gdyż wysyłają sygnał: „ jestem religijna, jestem czysta, nietykalna, niewinna”.
W „Strefie nagości” to właśnie Arabka jest stroną inicjującą, prowokującą. Ona pierwsza podrzuca liścik miłosny. A potem, w którymś z kolejnych segmentów, odrzuca swoją ukochaną.
Prowadzi nieustającą grę przyciągania i odrzucania. W zachodniej kulturze jest obecny obraz uwodziciela – mężczyzny agresora, myśliwego, drapieżcy. W „Dzienniku uwodziciela” Kierkegaarda facet jest uwiedziony niewinnością i pięknem kobiety , stara się więc ją podbić swoim intelektem. W „Strefi e nagości” też myślimy na początku, że to Holenderka – rozsądna, wyzwolona, z wyższej klasy średniej – będzie stroną dominującą.
Pokazujesz, że mieszka w starym domu pełnym książek, słucha klasycznej muzyki.
Ale przecież tak naprawdę, że znowu odwołam się do Baudrillarda, uwodzi nas słabość. Arabka zdaje sobie sprawę z siły słabości. Bycie świadomym tej siły czyni cię uwodzicielem, uwodzicielką.
Z drugiej strony, kobieta jest generalnie w kulturze elementem słabszym. Pokazujesz więc dwie słabości, które się uwodzą. Szala przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę.
Gdybyśmy mieli do czynienia z relacją hetero, zaraz pojawiłby się znane figury – uwodziciela i femme fatale. Tutaj natomiast mamy czystą, jeszcze nieustawioną grę. Zależało mi, żeby to nie były dziewczyny dwudziestoletnie, już z jakimś bagażem doświadczeń erotycznych, ale 15-letnie dzieciaki. Są w tym wieku, gdy to wszystko, co zawiera się w uwodzeniu – manipulacja, dominacja, władza – istnieje jeszcze w stanie nieskażonym. Zakochanie się, uwodzenie jest dla nich figurą przekroczenia, która wisi nad nimi jak miecz Damoklesa. Na końcu pożądanie zostaje spełnione, ale w sposób przewrotny, symboliczny.
Ciekawe – film nazywa się „Strefa nagości”, ale nagości jest tam niewiele. Seksu zaś nie ma wcale.
Ale on jest cały czas w powietrzu. Pożądanie krąży dookoła, wywołuje zawrót głowy. Erotyzm jest grą, seksualność jest spełnieniem, skonsumowaniem. W kulturze arabskiej najważniejszy jest erotyzm, podczas gdy w kulturze zachodniej – seks. Pokazuję w filmie pojedynek kulturowy między tymi wartościami.
Filmy o relacjach lesbijskich, szerzej – kobiecych, często są mniej dosłowne niż filmy gejowskie. W filmach gejowskich musi być konkret: penetracja, penisy, gołe klaty… Zaczyna się od seksu, gra ewentualnie przychodzi później.
I tu dochodzimy np. do „Życia Adeli” Kechiche’a. Facet zrobił film o dwóch lesbijkach, a ja mam wrażenie, że po pierwsze, nigdy nie był w lesbijskim barze, bo na ekranie wygląda on jak z kosmosu (śmiech). Po drugie – dziewczyny siedzą na ławce, pada promień słońca, po czym bach! mamy napierdalankę w łóżku przez piętnaście minut. Taniec godowy między nimi zostaje całkowicie pominięty. Gdy oglądam filmy lesbijskie zrobione przez facetów, zawsze mam ochotę dowiedzieć się, jakiej reżyser jest orientacji. Jeśli jest hetero, to na sto procent znalazły się na ekranie jego fantazje. Z kolei w filmach gejowskich jest bardzo silne zainteresowanie cielesnością, pożądanie zostaje przełożone na nagie ciała, sauny, szatnie, plaże nudystyczne, pikiety. Świetnie to widać chociażby w „Nieznajomym nad jeziorem”. Moim zdaniem, gdy pokazuje się seks w filmie, należy postawić pytanie nie, czemu on służy, ale co on znaczy.
Ale czy seks musi coś znaczyć?
Dla mnie film jest ciekawszy, gdy znaczy. W „Życiu Adeli” mamy wyłącznie spełnienie pożądania jednej bohaterki i ciekawości drugiej. Ale już w filmach Catherine Breillat seks jest dyskursem, w „Nimfomance” von Triera wiąże się z poświęceniem, w „Nieznajomym nad jeziorem” łączy się ze strachem, z przekroczeniem. W moim „Code blue” obsesja seksualna bohaterki zamienia się na końcu niemal w czarną mszę.
Polskie kino unika homoseksualności, głownie tej męskiej. To ona jest niebezpieczna, wywrotowa. Po „W imię…” i „Płynących wieżowcach” nie mieliśmy już filmu gejowskiego. Tymczasem pojawiło się w ostatnim czasie na ekranie kilka polskich filmów, zrobionych w większości przez mężczyzn, gdzie wprowadzony został łagodny wątek lesbijski. Pozbawiony wymiaru transgresji, znaczenia politycznego, pozostający pod męską kontrolą.
Seksualność w polskim kinie jest generalnie seksualnością facetów. Nawet „W imię…”, choć przecież zrobione przez kobietę, pokazuje facetów, którzy de facto mają ze sobą heteroseksualny seks. Tylko czekać, aż jeden pan drugiemu włoży rękę pod spódnicę (śmiech). A nie ma filmów gejowskich, bo faceci w Polsce nieustannie boją się o swoją seksualność.
Rozumiem, że homoseksualność w Holandii nie jest już żadną kwestią.
Nie jest, ale to też za leży. Bo jak pojedziesz tam, gdzie mieszkają czarni – 20 minut od centrum Amsterdamu – to możesz jako gej dostać wpierdol.
Czy w realnym życiu taka relacja, jaką pokazujesz w filmie, między Europejką a muzułmanką, jest możliwa?
Nie, nie sądzę. Relacje homoerotyczne są akceptowane w świecie arabskim, dopóki są nie do końca poważne, pozostają nienazwane. Gdyby Arabka potraktowała swój lesbijski związek poważnie, na pewno miałaby problemy z rodzicami, z męskimi członkami rodziny, spotkałaby się z ostracyzmem swojej społeczności.
Wyjechałaś do Holandii pod koniec lat 80-tych. To był dla Ciebie duży szok mentalny, przenieść się tam z zamkniętej, konserwatywnej, szarej Polski?
Szokiem były dla mnie przede wszystkim kontrasty, które obserwowałam. Pracowałam w fabryce w małym miasteczku, gdzie mieszkali ludzie z sekty „Czarne pończochy”. Byli bardzo religijni, wystawiali w niedzielę w oknach telewizory na dowód, że nie oglądają telewizji. Krotka podroż pociągiem i znajdowałam się w Amsterdamie, prosto z dworca mogłam pójść do dzielnicy „czerwonych latarni”. Były sex shopy, coffee shopy, prostytucja w oknach. Te opozycje bardzo dużo mówią o Holandii – tam jest miejsce i na to, i na tamto, i na coś jeszcze innego.
Ciebie ten wyjazd otworzył?
Już wcześniej w Polsce zauważyłam, że mój erotyzm jest bardzo szeroki. Nigdy moja seksualność mnie nie zawstydzała, nie budziła przerażenia. Wiedziałam, że można ją eksplorować, można z nią eksperymentować. Natomiast zaskoczyło mnie w Holandii pragmatyczne podejście do seksu. Ten pragmatyzm, oczywiście, kastruje flirt, całą grę erotyczną, ale zarazem ma bardzo praktyczne zalety – np. gdy dziewczyna staje się nastolatką, matka myśli o tym, że może czas dać jej jakąś antykoncepcję, żeby nie zaszła w ciążę. Wreszcie mogłam o seksie porozmawiać, nie tylko po cichu, w dziewczęcym gronie, ale także z facetami. W Polsce natomiast seks jest albo demonizowany, albo romantyzowany. Jest krainą bajkową, w której pojawią się jakieś monstra i fantastyczne stwory, nigdy żywi ludzie.
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Podejrzewam, że osoby, które przez lata muszą grać kogoś innego niż się czują, mają większą świadomość, że wiele życiowych rytuałów to rytuały właśnie i rządzi nimi forma. A skoro rządzi forma, to można ją zmieniać i z nią grać – specjalnie dla „Repliki” pisze Jaś Kapela*
foto: Katarzyna Błahuta
Gdy powiedziałem siedzącym przy stole w Amatorskiej znajomym, że piszę tekst pod tytułem „Czego nauczyłem się od osób LGBTQ?”, koleżanka zażartowała: „Alfabetu.”
Ale nie, nie alfabetu. Moja pani przedszkolanka była raczej hetero. Choć kto ją tam wie i co ja mogłem o tym wiedzieć, małym brzdącem będąc. Nawet nie poznałbym jej na ulicy. Zresztą nikt się raczej w placówkach edukacyjnych ze swoją orientacją nie chwali, bo – jak wiemy z polskiej historii – można za to stracić pracę. Dopiero kilka lat po tym, jak poznałem Martę Konarzewską, dotarło do mnie, że to ona miała taką przygodę. Generalnie ludzie LGBTQ mają chyba więcej przygód niż „normalni”. „Normalnym” oczywiście też zdarzają się dziwne historie, ale będąc nieheteroseksualnym w heteroseksualnym kraju jesteś skazany na anegdoty. Jak na przykład ta powyżej. Warto dodać, że przy stole siedziało też dwóch gejów. Czy rzeczywiście nauczyła się od nich alfabetu? Śmiem wątpić. Skoro nawet w postępowym towarzystwie zdarzają się takie żarty, to wolę sobie nie wyobrażać, co się dzieje w miejscach, gdzie postęp za bardzo nie dotarł.
Pan też pedał?
Gdy ostatnio prowadziłem warsztaty o globalnym ociepleniu z młodzieżą gimnazjalną, na koniec dzieciaki zaczęły się wyzywać od pedałów. Zwróciłem im uwagę. „A co? Pan też pedał?”, powiedział ktoś z tłumu, słusznie podejrzewając, że i tak nie dojdę do tego, czyj to był głos. Nie dochodziłem, ale też nie zaprzeczyłem. Ostatecznie powinni się liczyć z tym, że każdy, kogo wyzwą od pedałów, może naprawdę nim być.
Czy nazwanie pedała pedałem jest jeszcze obraźliwe? Czy już jest tylko stwierdzeniem faktu? Z pewnością pedały mogą się nazywać pedałami. Ale my, heterycy, powinniśmy jednak mieć wątpliwości. Teoria queer to chyba jedna z najlepszych rzeczy, jaka się przydarzyła filozofii od czasów Lacana. Weźmy zwrot, który ma nas obrażać i zróbmy z niego powód do dumy. Czy może być coś fajniejszego? Nie znam lepszego sposobu pokonania opresora. To zresztą stara i najważniejsza zasada jiu-jitsu. Zawodnicy ćwiczący jiu-jitsu już wieki temu wiedzieli, jak wykorzystać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Teraz wiemy to także my. A ponieważ dyskurs publiczny coraz bardziej przypomina zapasy w kisielu, to queerowanie jest moją codzienną praktyką. Było nią, zanim zacząłem czytać Judith Butler czy moją ostatnio ukochaną Judith Halberstam. Halberstam swoją książkę „The Queer Art of Failure” zaczyna brawurowo słowami: „Kiedy już masz pewność, że znalazłeś kraj mlekiem i miodem płynący – mówi Pan Krab do starego SpongeBoba Kanciastoportego – to widzisz swoje nazwisko w jadłospisie”. A dalej jest tylko lepiej. Halberstam zastanawia się: jak wygląda alternatywa dla cynicznej rezygnacji z jednej strony i naiwnego optymizmu z drugiej? Sam też o tym często myślę, ale nie znam rozwiązania, więc podoba mi się, gdy autorka wyznaje: „domagam się nie tylko ponownej oceny dominujących standardów sukcesu i porażki. Staram się również o coś więcej: o rozmontowanie całego systemu związanych z nimi wyobrażeń. W niektórych okolicznościach klęska, utrata, zapomnienie, zaniechanie lub brak działania, podobnie jak odmowa przejścia na wyższy etap rozwoju, wyzwalają więcej twórczej energii niż sukces, oferują większe możliwości współpracy i więcej inspirujących niespodzianek na drodze przez świata.” Czego sobie i państwu życzę, a co przypomina mi jedną z moich ulubionych książek czyli „Dwie poważne damy” Jane Bowles. Choć jej autorka miała męża, pisarza Paula Bowlesa, to nie kryła się ze swoim biseksualizmem. Urocza, frenetyczna, inteligentna, odważna, dowcipna, smutna i bezradna. Tak sobie ją wyobrażam. Takie są bohaterki jej książek. Pełne energii i polotu, ale gotowe w każdej chwili zrezygnować, ponieść porażkę.
Z czasem okazało się, że spora część moich ulubionych pisarzy jest nieheteronormatywna. Oscar Wilde, Frank O’Hara, Gertruda Stein, Witold Gombrowicz, Truman Capote, Judith Butler, Jane Bowles, Michael Cunningham, Marcin Świetlicki. Żartuję. On akurat, nie wiem, jakiej jest orientacji. Ale napisał kiedyś wers: Wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała/całe moje zadanie, więc zakładam, że pisał o sobie, bo chyba nie chciałby nikogo urazić.
Heteryk, tak wyszło
Za bardzo nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale niewątpliwie bycie innym niż większość, przynajmniej w Polsce, skłania do refleksji. A czasem też do potrzeby podzielenia się tą refleksją. Stąd pewnie większy odsetek pisarzy i artystów pośród LGBTQ niż wśród heteryków. No, ale ostatecznie nie o ilość chodzi, tylko o to, co ma się do przekazania. Wszyscy wymienieni dali mi wiele wzruszeń, intelektualnych przygód, a przede wszystkim poczucia, że jest na świecie ktoś, kto myśli podobnie jak ja. Przeżywa podobne dylematy, ma te same problemy i wątpliwości. Oni gdzieś są i piszą książki, więc może są też podobni do nich ludzie, którzy książek nie piszą? Mogłem tylko podejrzewać, bo wówczas jeszcze raczej ich nie spotkałem. Na wszelki wypadek postanowiłem zostać pisarzem. Dopiero później okazało się, że pisarze w większości są tak samo smutni i nudni jak większość. A to, co czyni nas wyjątkowymi, jest czymś zupełnie innym. Trudnym do zdefiniowania, ale łatwym do poczucia. Bo ostatecznie wszystko dzieje się w głowie i między dwoma ciałami, ale nie zawsze musi im towarzyszyć język. A przynajmniej nie zawsze musi to być język mówiony. Czasem wystarczy mowa ciała. Bo świat się na książkach nie kończy, jeszcze są ludzie i z nimi też trzeba dilować. Co nie zawsze jest łatwe, kiedy nie wie się, o co im chodzi. Podejrzewam, że większość osób nieheteronormatywnych nie czuję się nienormalna. Bo dlaczego mieliby? A jednak normy kulturowe i społeczne wtrącają ich w sytuację, że powinny się właściwie tłumaczyć z tego, kim są, kogo kochają. I jeszcze powinniście przestać promować ten cały homoseksualizm. Jakby to była jakaś dziwna moda z kosmosu. Coś, czego można się pozbyć, dużo się modląc. Marzy mi się świat, gdy heterycy przestaną promować heteroseksualizm. Ale wtedy dopiero poczuliby się osaczeni przez homolobby. „Jak to nie mogę iść z żoną za rękę? Chyba mnie nie pobiją gejowskie bojówki?” No, raczej nie, ale jeśli nie chcecie promocji orientacji seksualnych, to przestańcie się afiszować ze swoim heteryctwem.
Na szczęście koleżanka jest już na tyle uświadomiona, że nie pytała dalej: „O co chodzi z tymi całymi literkami? Czy nie wystarczy ich nazywać pedałami i lesbami?” Choć na pewno istnieją w Polsce osoby, które tak właśnie by zrobiły. W przeciwieństwie do koleżanki, jestem pełen ciekawości różnorodnego świata. Jest więcej niż pięć orientacji seksualnych? Super! Na Facebooku jest ich ponad 60 do wyboru? Czad. Lecę zmieniać. Miałem nawet pomysł, żeby zmieniać płeć na Facebooku codziennie, żeby wkurzyć Terlikowskiego, ale szybko go zarzuciłem. Przy sześćdziesięciu orientacjach do wyboru, czasem trudno się samookreślić. Jestem raczej cisgender czy może cis male? A może raczej Gender Nonconforming, bo nie podoba mi, że trzeba być koniecznie przypisanym do jakiejś płci. A może w ogóle źle rozumiem te terminy i lepiej zostać przy uznawaniu się za heteryka? Nigdy nie chciałem być heterykiem, ale tak już wyszło. Bycie heterykiem jest najłatwiejsze, ale nie wszyscy mają to szczęście, żeby się nim urodzić. Jako chłopiec hetero, przez długi czas nie potrafiłem sobie wyobrazić, że można być kimś innym niż hetero. A tu się okazało, że można. Świat jest bogatszy, niż mi to mówili w szkole. Ekstra.
Mój nie-ulubiony hormon
Ludzie zazwyczaj niechętnie przyjmują do wiadomości, że świat jest inny, niż im to się wydaje. Bardziej skomplikowany. Ale dla mnie to właśnie jest wspaniałe. Prawie nic nie jest do końca ani na pewno. Więc prawie wszystko jest prawdopodobnie możliwe. Może to zboczenie, ale wydaje mi się, że osoby LGBTQ, przynajmniej te, które znam, bardziej potrafi ą czerpać z życia. Są bardziej radosne, choć przecież nie zawsze jest im łatwo. Mimo całej masy wykluczeń i nieprzyjemności na jakie są narażone, potrafi ą się cieszyć i bawić jak mało kto. Czy to ja jestem dziwny, że wśród wielu warszawskich dyskotek najlepiej czuję się w Glamie? Przyznaję, że słabo znoszę dominujący wzorzec męskości, który każe być twardym, napiętym i sztywnym. Nie jestem też fanem patriarchatu, więc obyczaje godowe heteryków trochę mnie przerażają. Na parkiecie buzuje testosteron, a to nie jest mój ulubiony hormon. No, po prostu, nie.
Sam nie wiem, kiedy zrozumiałem, że wszystko, co mi się podoba, jest nienormalne. Nienormalne według standardów moich katolickich rodziców i mieszczańskiego, kapitalistycznego świata, w którym żyję. Z pewnością dużo później dotarło do mnie, że trzeba się tym cieszyć. Bo kto ustala normy? I dlaczego nie można by ich łamać, jeśli nikogo nie krzywdzimy? Nie wiem, ale brzmi jak dużo zabawy.
Podejrzewam, że jest też trochę tak, że osoby, które przez wiele lat muszą grać kogoś innego niż się czują, mają większe wyczucie, że wiele życiowych rytuałów to rytuały właśnie i rządzi nimi forma. A skoro rządzi forma, to można ją zmieniać i z nią grać. Jak Kim Lee w swoim epickim wykonaniu „My, Słowianie”, gdzie wywraca na nice wszystkie stereotypy. Tak bardzo mnie zachwycił ten występ, że aż postanowiłem nakręcić teledysk. Bez budżetu, ale z przyjaciółmi, zrobiliśmy chyba coś fajnego. Jeszcze dużo pracy przed nami, zanim uda się squeerować cały świat. Ale jestem dobrej myśli i żadnej pracy się nie boję.
*Jaś Kapela – pisarz, poeta, felietonista i członek Krytyki Politycznej. Jego najnowsza powieść „Dobry troll”, której bohaterem jest bardzo niesforny, biseksualny Januszek, ukazała się w maju nakładem Krytyki Politycznej.
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Kto by pomyślał, że David Walliams, połowa słynnego duetu z „Małej Brytanii”, jest również autorem poczytnych książek dla dzieci? Właśnie trafił do nas „Chłopak w sukience”, jego debiut z 2008 r. Dwunastoletni Dennis jest zwyczajnym chłopcem. Mieszka z małomównym ojcem i o dwa lata starszym bratem. Mamy nie ma – odeszła od rodziny, zaś ojciec zniszczył wszystkie pamiątki po niej. W domu zakazano rozmów o matce i rozczulania się. Dennis jest wrażliwy, brakuje mu ciepła i bliskości. Jest najlepszym graczem w szkolnej drużynie piłkarskiej, ale interesuje się też modą, a szczególnie damskimi kreacjami (zostało mu jedno, ukradkiem chowane, zdjęcie uśmiechniętej, pięknej mamy w żółtej sukience w kwiaty). Ta druga pasja połączy go ze szkolną koleżanką Lisą. Gdy Dennis z coraz większą przyjemnością przymierza uszyte przez nią sukienki, domyślamy się, co stanie się źródłem jego kłopotów. Razem z nim, bohaterem niesztampowym i realistycznie ukazanym, przeżywamy jego rozterki i przejawy nietolerancji, z którymi się spotyka.
„Chłopak w sukience” to książka przeznaczona głownie dla czytelników/czek w wieku 8-13. Jest napisana przystępnym językiem. Uczy, że przebieranki to nie grzech, niekoniecznie „zniewieścienie” i niekoniecznie „odmienne” postrzeganie płci. Skłania też do refleksji: dlaczego nam, dorosłym, czasem tak trudno zaakceptować… chłopaka w sukience właśnie. Wszyscy ci, którzy boją się „ideologii gender”, przestraszą się zapewne i tej książki o przyjaźni, o lojalności i o tolerancji. Ponarzekałabym na nazbyt optymistyczne zakończenie, ale wolę wierzyć, że ono jest jednak możliwe. Takich książek bardzo brakuje, zwłaszcza w Polsce. (Kim Lee)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Miałem być dziewczynką, Martą, albo chociaż psem, czego życzył sobie mój starszy brat – wyznaje Łukasz, urodzony w 1980 r. bohater autobiograficznej opowieści o dorastaniu ze stygmatem i wbrew stygmatowi oraz o życiu po „przepracowaniu” stygmatu. A nawet stygmatów. Co najmniej dwóch. Zbiorowym bohaterem „Świadka” jest wspólnota Świadków Jehowy, do której Łukasz należy – to z nią wiąże się pierwsze naznaczenie. Chłopak jest odmieńcem wśród „nieświadków”, a przy tym ciężko mu pogodzić sztywne zasady religijne z rzeczywistością. Potem dochodzi homoseksualizm, który w zborze skazuje go na wykluczenie. Łukasz w wieku 20 lat zdobywa się na coming out. Jako dorosły, bohater jest tak rożny od swego chłopięcego odpowiednika, że autor nadaje postaci inne imię – Robert.
Retrospekcja podejmowana z perspektywy Roberta pozwala obserwować przemianę chłopaka, który kiedyś tak walczył ze swą seksualnością, że chciał pozbawić się penisa, a po latach pokochał z wzajemnością mężczyznę. W międzyczasie – w Szklarskiej Porębie, w Poznaniu na studiach, czy w Brighton, gdzie rytm pracy w Burger Kingu wyznaczały narkotyki – zaczął zadawać sobie pytania o wiarę. Jego życie stało się bardzo odległe od ideałów zboru: religia założyła mi gacie z drutu kolczastego. „Świadek” to pozbawiony egzaltacji i autobiograficznej martyrologii zapis procesu, który można chyba nazwać „drogą do siebie”. Temat dobrze znany, ale opisany z innej, dość unikalnej w polskim kontekście perspektywy. Dojść samemu z sobą do porozumienia generalnie jest trudno, ale jeśli mieszka się w Polsce i jest się świadkiem Jehowy oraz gejem – to dużo trudniej. (Przemysław Górecki)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
„Encyklopedia Gender” jest efektem pięcioletniej pracy zespołu Instytutu Badań Literackich PAN pod kierownictwem Marii Janion. Wśród ośmiu redaktorek tego imponującego tomu są m.in. Kazimiera Szczuka, Anna Nasiłowska, Agnieszka Mrozik, wśród twórczyń /ów haseł – około stu naukowczyń (takich, jak Anna Zawadzka, Agnieszka Graff, Monika Bakke, Bożena Umińska-Keff czy Wanda Nowicka) i naukowców (Tomasz Basiuk, Błażej Warkocki, Samuel Nowak i inni).
Całość obejmuje niemal dwieście haseł składających się na gruntownie przedstawioną i zniuansowaną w miarę encyklopedycznych możliwości wiedzę. Tom idealnie trafia w swój czas, bo nadal trwa u nas wielka społeczno-polityczna „dyskusja” wokół „zjawiska” czy „ideologii” gender.
Tematyka LGBTQ reprezentowana jest licznie. Nie tylko pod postacią oczywistych pojęć w rodzaju coming outu, homofobii czy queer studies, ale również zagadnień kina LGBT, rodzin z wyboru, transgender, literatury gej/les, homospołeczności czy dumy gejowskiej.
Tom zawiera również hasła rzadko osadzane w kontekście genderowym – i przez to ich obecność może się wydawać odkrywcza – jak np. Holocaust, gotycyzm, depresja czy muzyka klasyczna.
„Encyklopedia Gender” powinna trafić do każdej szkolnej biblioteki – ot, niepobożne życzenie. (Przemysław Górecki)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Zbiór reportaży o rodzinach lub osobach, które wychowują dzieci poczęte metodą in-vitro. Bogactwo rodzinnych konstelacji, dróg życiowych i dylematów do rozwiązania onieśmiela i uczy pokory, by nie wydawać zbyt szybko osądów. Jeden rozdział książki nazywa się „Tęczowe rodziny” – i mamy w nim takie „warianty”:
dwie dziewczynki wychowywane przez dwie mamy (para lesbijska) oraz dwóch ojców (para gejowska) – biologicznymi rodzicami jednej z nich jest kobieta z jednej i mężczyzna z drugiej pary, a drugiej – druga kobieta i drugi mężczyzna z tych par,
parę lesbijek oczekującą na dziecko, dawca nasienia jest anonimowy,
trzech synów wychowywanych przez parę gejów; wszyscy trzej zostali poczęci z ich nasienia oraz z komórek jajowych… ich sióstr a chłopców urodziły trzy rożne surogatki. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
„Co się nażyłam, to się nażyłam…” – taki tytuł mógłby nosić film opowiadający historię Reginy Sowy z wioski Hajborek, dziewczyny, która najbardziej z sześciorga rodzeństwa, wbrew wszystkim i wszystkiemu, chciała zajść dalej i zdobyć więcej. Nie chciała dostosować się do szarej rzeczywistości rodzinnego kraju, nie akceptowała ograniczeń i hipokryzji; była pracowita, pełna dumy, uporu i zawziętości.
Przeżyła wiele lat w nieudanym małżeństwie, urodziła syna Pawełka, miłość życia, ale w końcu, jako prawie 50-latka, uciekła do eleganckiego Wiednia, gdzie „się dorobiła”.
Reginę poznajemy współcześnie – w chwili, gdy ma 77 lat, jest zniedołężniała i niedosłysząca. „Zamyka drzwi” ziemskiej egzystencji. Ale do końca pozostanie kobietą apodyktyczną, władczą, wymagającą wobec siebie i innych. Archetyp divy, tak kochanej w subkulturze gejowskiej.
Do tego dochodzi jej toksyczny związek z synem, historykiem sztuki, gejem, który towarzyszy matce w ostatnich dniach życia. Jego homoseksualizm jest w tej relacji trochę tajemnicą poliszynela. Melchior („XXL”) opisuje ze swobodą i znawstwem realia Polski Ludowej oraz Wiednia ostatnich trzydziestu lat, przywołuje nazwiska polityków, aktorek, gwiazd opery, tytuły filmów itd. Jego portret umierającej, zgorzkniałej divy jest niezwykle sugestywny. (Marcin Dąbrowski)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Choć od śmierci Tove Jansson minęło już 14 lat, zainteresowanie autorką nieśmiertelnego cyklu opowiadań o Muminkach nie cichnie. Trzy lata temu Wydawnictwo Marginesy opublikowało polski przekład biografii „Mama Muminków” (patrz: „Replika” nr 41), w którym do roli marginesu sprowadzono homoseksualność pisarki. Drobną okazją do rehabilitacji jest „Wiadomość” – wydany cztery lata przed śmiercią zbiór opowiadań Tove Jansson. To właśnie w nim artystka mówi bardziej „swoim” głosem, kreując bohaterów/ki w konfrontacji z materią sztuki, tworzenia, niemocy twórczej, relacji z czytelnikami. Siłą, z której czerpią wszelką witalność i natchnienie jest miłość, a ta ma rożne barwy, także gejowskie i lesbijskie: symboliczny „Dom dla lalek” ukazuje relację dwóch dojrzałych mężczyzn, w której pojawia się „ten trzeci”, zaś „Wielka podroż” – niezwykłą i silną więź trzech kobiet – pary lesbijek oraz matki jednej z nich. (Przemysław Górecki)
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Najsłynniejsza drag queen w Europie wydaje pierwszą płytę, w klipie pokazuje się topless oraz… planuje występ w Kielcach. Tekst: Przemysław Górecki
Conchita Wurst, teledysk „You are Unstoppable”
Od połowy maja słuchać już można debiutanckiego albumu Conchity Wurst, austriackiej drag queen, zwyciężczyni ubiegłorocznej Eurowizji. Poza Daną International, transseksualną reprezentantką Izraela, która zwyciężyła w roku 1998, żadna inna finalistka tego konkursu nie wywołała tylu kontrowersji. Conchita, czyli Thomas Neuwirth, pokazała, jak wiele lęków wciąż wywołać może prosta przebieranka, połączona z przesłaniem akceptacji i tolerancji wobec inności (Thomas nie ukrywa, że jest gejem).
27 czerwca Conchita Wurst weźmie udział w corocznym festiwalu „Sabat Czarownic” w Kielcach. Tymczasem słuchamy jej płyty. To dwanaście utworów utrzymanych w świeżej stylistyce i okraszonych, czasem zbyt nachalną, współczesną produkcją. W warstwie tekstowej mamy typowy „empowerment” czyli wzmocnienie poczucia własnej wartości, pewności siebie, wiary w siebie a także dyskusję na temat normalności i natury odmieńca. Jak śpiewa Conchita w „Up For Air”: Show me your scars, I’ll show you mine (Pokaż mi swe blizny, ja pokażę ci moje) – i to zaproszenie to obnażania słabości zyskuje szczególny wymiar jednoczącego gestu. Przełomowy dla kariery Wurst numer eurowizyjny „Rise Like A Phoenix” to tylko jedna strona repertuaru zgromadzonego na albumie. Radiowy sukces można wróżyć też chwytliwej i utrzymanej w modnym ostatnio stylu (patrz: czołówka popularnych ballad z listy Billboardu) piosence „Heroes” czy klubowemu hitowi „Firestorm”, który brzmi jakby był napisany na ostatnią płytę Cher. Conchita zdaje się nawet podrabiać wokalną manierę mistrzyni! Nie brakuje jednak zaskoczeń – do nich można zaliczyć choćby „Where Have All The Good Men Gone”, utrzymany w klimacie retro potencjalny hymn LGBTQ. Jest też oczywiście najnowszy singiel „You Are Unstoppable”, w którym Conchita pokazuje się topless, stylizowana na syrenę.
A co słychać poza Conchitą? „GhostTown” razy dwa! Do tego trzeba było naprawdę dużego zbiegu okoliczności. Najnowsze single Madonny (ktorą stacje radiowe tradycyjnie już chyba zdają się bojkotować) oraz Adama Lamberta mają ten sam tytuł. Wersja Adama zwiastuje jego trzecią płytę „The Original High” (premiera: 12 czerwca br.). Przy okazji jej promocji wyoutowany piosenkarz wyznał, że przemysł muzyczny i fi lmowy jest pełen kryptogejów i z kilkoma z nich spałem. Dlaczego krypto a nie jawnych? Lambert tłumaczy sprawę z perspektywy genderowej: W wytwórniach płytowych i filmowych władzę trzymają mężczyźni (częściej niż kobiety przejawiający homofobiczne poglądy), ale rzeczywiście orientacja nie powinna już mieć takiego znaczenia, zwłaszcza, że wśród publiczności kinowej i klienteli muzycznej większość stanowią kobiety. A swój drugi album, po „La Revolution Sexuelle” z 2011 r., zapowiada Madox. Czekamy.
Tekst z nr 55 / 5-6 2015.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z ANNĄ DŻABAGINĄ, historyczką literatury, autorką książki „Kalkowska. Biogeografia”, o coming outach przed rodziną i na uczelni, o jej bohaterce – biseksualnej pisarce sprzed stu lat – i o widoczności nieheteroseksualnych kobiet w polskich naukach humanistycznych rozmawia Małgorzata Tarnowska
Foto: Emilia Oksentowicz/kolekt
Bohaterką twojej biograficznej książki jest polsko-niemiecka pisarka Eleonora Kalkowska (1883-1937), jak się okazało – biseksualna.
O tym, że Kalkowska była pisarką biseksualną, dowiedziałam się, dopiero kiedy zaczęłam czytać niemieckojęzyczne źródła poświęcone jej twórczości. Pamiętam dokładnie, jak natrafi łam na fragment o tym, że w latach 20. żyła w związku z bardzo uznaną modernistyczną rzeźbiarką Milly Steger. Prowadziła dosyć otwarte, mówiąc współczesnymi kategoriami: wyoutowane, życie nieheteronormatywnej kobiety.
Co poczułaś – jako badaczka lesbijka – kiedy odkryłaś, że masz do czynienia z queerową pisarką?
Było to dla mnie absolutnie zwalające z nóg.
W Polsce o tym nie pisano?
W żadnym z tekstów, które ukazały się o Kalkowskiej – czy to na początku lat 90., czy dwutysięcznych – nigdzie taka wzmianka się nie pojawia.
Skąd ten rozdźwięk w recepcji jej seksualności?
Myślę, że zagadnienie jej nieheteronormatywności zostało dostrzeżone w Polsce dopiero teraz ze względu na większą otwartość zachodniej akademii na poruszanie queerowych wątków. Co prawda polskie studia queerowe są obecnie dość prężnie rozwijającym się obszarem badawczym, przynajmniej w kontekście historii literatury, ale w kontekście literatury francuskiej, niemieckiej i anglosaskiej ten proces trwa już od wielu dekad.
Z czego wynikała trudność związana z tym odkryciem?
Pojawiły się we mnie różnego rodzaju obawy. Moje badania przebiegały w dość bliskiej współpracy z żyjącą rodziną Kalkowskiej, a jak wiemy z różnych przypadków historycznych, zdarza się, że to współczesna rodzina jest głównym cenzorem, który nie godzi się na to, żeby o nieheteronormatywnej przeszłości ważnych postaci historycznych – czy to pisarzy, czy artystów – pisać czy wzmiankować. Często są to pola walki na ten temat. Tak było w przypadku dziennika Anny Kowalskiej, którego fragmenty dotyczące związku z Marią Dąbrowską zostały ocenzurowane ze względu na naciski rodziny. Strategia, którą ostatecznie obrałam w pisaniu o seksualności Kalkowskiej, była najbardziej zgodna z moim sumieniem, ale też faktami historycznymi. Pisałam o tym, że miała męża Marcelego Szarotę, i tak samo napisałam o tym, że miała partnerkę – Milly Steger. W dzienniku jej przyjaciółki, dość znanej malarki ekspresjonistycznej Gabrielle Münter, Kalkowska jest opisywana jako społecznie zaangażowana, lewicowa, feministyczna, pacyfistyczna, otwarcie żyjąca ze swoją seksualnością kobieta biseksualna. Dokładnie w ramach takiej samej narracji wprowadziłam ten wątek do swojej książki.
Nie napotkałaś na opór rodziny?
Profesor Tomasz Szarota, wnuk pisarki, przeczytał doktorat, który stał się podstawą książki, dopiero po jej złożeniu. Pochwalił napisanie wprost o biseksualności Kalkowskiej. Nie tylko obawy, które miałam, były nieuzasadnione, ale wręcz moja praca na tym polu została doceniona.
Outujesz Kalkowską dla polskiej historii literatury?
W przypadku Kalkowskiej sprawa jest o tyle prosta, że istnieją źródła, które potwierdzają, że była wyoutowana. Nie miałam poczucia, że wyciągam historię, która była zamiatana przez pisarkę pod dywan. Ale nawet gdybym badała przypadek autorki, która całe życie poświęciła temu, żeby ukrywać swoje życie osobiste i seksualne, to sądzę, że etycznym wyjściem współcześnie – w XXI w. – byłoby pisanie otwarcie i przywracanie jej schowanej części biografii i twórczości.
Niektórzy uzasadniają to dbaniem o prywatność naszych zmarłych – i kolanem wpychają historyczne postaci queer do szafy.
Nawet jeśli ktoś twierdzi, że robi to z etycznych pobudek, to tak nie jest – utrwala w ten sposób przekonanie, że to brudny sekret, o którym nie należy mówić. W mojej etyce badawczej nie ma miejsca na tego typu strategie. Sądzę, że to właśnie jest etycznym zadaniem badaczy – pokazanie tego, co w tamtym czasie było nie do pokazania, ale w nowym kontekście.
Czy w twórczości Kalkowskiej są wyrażone explicite wątki queer?
Nie jest tego dużo… ale jest. (śmiech) Rozdział, w którym piszę o wyzwolonym seksualnie Berlinie tego okresu, jest o tyle ciekawy, że ilustruje, na ile do twórczości Kalkowskiej mogła przemknąć część tego świata, nawet jeśli nie jest ona bardzo mocno wyeksponowana.
Podasz konkretny przykład?
Jest jeden nigdy nieopublikowany dramat Kalkowskiej pt. „Katharina” z 1928 r. To portret psychologiczny carycy Katarzyny w momencie przewrotu, w którego konsekwencji doszła do władzy w carskiej Rosji. Ciekawy jest wątek poboczny – silnie podszytej homoerotycznym napięciem relacji z jej wieloletnią powiernicą, księżną Daszkow. Są urocze fragmenty, np. scena, w której Katarzyna odtrąca księżnę, gdy ta się do niej zaleca, i mówi, że Daszkow jest szalona, na co ta stwierdza: „Alle Liebe ist sich gleich” – każda miłość jest równa. Brzmi to jak cytat ze współczesnych banerów Miłość Nie Wyklucza albo innej organizacji LGBT.
Te słowa padają w pracy sprzed prawie stu lat.
W pierwszej chwili było to dla mnie szokujące, ale im bardziej zagłębiałam się w queerową historię tego okresu, tym bardziej sobie uświadamiałam, że to w ogóle nie powinno być aż tak zaskakujące.
W jednym z rozdziałów podważasz mit Paryża jako międzynarodowej lesbijskiej stolicy przełomu XIX i XX w. Pokazujesz, że na ten tytuł zasługuje właśnie bliższy Polsce Berlin.
W mojej książce jest cały rozdział poświęcony lesbijskiemu Berlinowi tego okresu. Zawieszamy się na myśleniu, że walka o prawa osób nieheteronormatywnych zaczęła się w drugiej połowie XX w., czyli na Stonewall, i zapominamy o wcześniejszych, prekursorskich inicjatywach. Pierwszy nurt emancypacyjny osób LGBT pochodzi z przełomu XIX i XX w. Mam na myśli oczywiście działania takich osób jak Magnus Hirschfeld, psychiatra i seksuolog, który walczył o depenalizację homoseksualizmu w niemieckim kodeksie karnym.
Męski homoseksualizm był przecież wtedy prawnie karany.
Tak, a paradoksalnie był to jednocześnie czas prężnych działań ruchów emancypacyjnych. Otwarcie działały kluby i miejsca spotkań dla nieheteronormatywnej społeczności i skierowana do niej prasa. Kwitła również kultura lesbijska. W archiwum lesbijskiej historii w Berlinie natknęłam się na wydany w 1929 r. przewodnik pt. „Berlińskie lesbijki”, napisany przez wyoutowaną dziennikarkę Ruth Roellig. Jest to po prostu przewodnik po ówczesnych lesbijskich klubach. Było ich kilkadziesiąt – dla całego przekroju społecznego, od wyższych sfer po klasę robotniczą. Dodatkowo te kluby były inkluzywne – bywały w nich lesbijki, kobiety biseksualne i kobiety trans.
Co oferował lesbijkom ówczesny Berlin oprócz klubów?
Kilkanaście periodyków skierowanych tylko i wyłącznie do społeczności lesbijskiej, np. „Die Freundin” [Przyjaciółka], którego nakłady dochodziły do dziesiątek tysięcy i które było sprzedawane w całej Republice Weimarskiej, również na prowincji. Pismo ukazywało się przy wsparciu Ligi Praw Człowieka – świadczy więc nie tylko o rodzącym się upodmiotowieniu lesbijskim, ale też o upolitycznieniu spraw LGBT i walce o emancypację. Rodząca się podmiotowość lesbijska była nie tylko kulturowa, ale też polityczna.
Czy Kalkowska brała bezpośredni udział w tym życiu?
Na ten temat niestety niewiele wiadomo. Możemy się domyślać, że to były miejsca znane Kalkowskiej, ale reszta pozostaje w sferze domysłu.
Ten świat nagle zniknął.
Wszystko zakończyło się oczywiście wraz z dojściem Hitlera do władzy w 1933 r. To przerwana historia.
Tymczasem w Polsce mamy Marię Konopnicką jako patronkę roku 2022. Cieszysz się?
Oczywiście tak, natomiast odnoszę wrażenie, że będzie to kolejny rok powtarzania, że Konopnicka i Dulębianka to były po prostu przyjaciółki i że inaczej wyglądały wtedy relacje społeczne. Jestem natomiast przekonana, że społeczność queerowa i queerowa świadomość w Polsce są na tyle prężne i aktywne, że nie pozwolimy po raz kolejny wymazać tego wątku. Nawet jeśli w kontekście oficjalnych komunikatów seksualność i queerowość Konopnickiej będą wymazywane.
Historycy i historyczki literatury wyjdą na ulice?
Z pewnością nie wszyscy. (śmiech)
Przyjechałaś na studia do Warszawy. Skąd?
To trochę skomplikowane, bo pochodzę z rodziny imigrantów z Rosji i jestem pierwszym pokoleniem Polaków w naszej rodzinie. Mimo że urodziłam się w Polsce, to dopiero w wieku 25 lat udało mi się wywalczyć polskie obywatelstwo. Ale urodziłam się na Dolnym Śląsku i większość swojego życia spędziłam w Jaworze – małej miejscowości, która ma około 22 tysięcy mieszkańców.
Jak wyglądało twoje dorastanie jako osoby LGBT?
Okres dorastania jako lesbijki był dla mnie szalenie trudny. Pierwsze fascynacje kobietami przeżywałam już w wieku 7-8 lat. Najlepiej pamiętam z niego strach i wszystkie wysiłki wkładane w wyparcie wiedzy na swój własny temat. Pamiętam moment, w którym pierwszy raz świadomie zakochałam się w dziewczynie – koleżance ze szkoły – w wieku 14-l5 lat, i który wywołał we mnie wręcz panikę. Kiedy raz mi się przyśniło, że się pocałowałyśmy – a to był zupełnie niewinny pocałunek – obudziłam się zlana zimnym potem. Wiązało się to z głębokim strachem, że jestem lesbijką. Ta wewnętrzna walka trwała przez kilka następnych lat.
Co było jej przyczyną?
Główny problem wynikał z poczucia odosobnienia i alienacji. Nie znałam żadnej innej lesbijki w całym mieście. W moim liceum były dwie dziewczyny, które chodziły ze sobą za rękę. Pamiętam, jak katechetka na lekcji religii udawała, że ich nie zna. Powiedziała, że „jeśli to prawda, że są parą”, to ona ich nie uczy – „bo uczy tylko normalnych ludzi”. Do tego należy dorzucić brak jakiejkolwiek niemal reprezentacji kulturowej.
Z czym miałaś kontakt?
Przyjaciółka z liceum dała mi na spiratowanych płytach wszystkie sezony „Słowa na L”. Binge’owałam je w drugiej-trzeciej klasie liceum w absolutnej tajemnicy. Do dzisiaj wspominam uczucie ogromnej ulgi, jaką poczułam, kiedy obejrzałam pierwszy odcinek, chociaż jak wiadomo, z dzisiejszej perspektywy jest to serial problematyczny – właśnie z punktu widzenia reprezentacji queerowej społeczności. Ogromną ulgą było dla mnie zobaczyć, że „to” jest możliwe – być dorosłą kobietą, żyć w związku z drugą kobietą i być szczęśliwą. To był przełom.
Jak wyglądał kolejny etap?
Kolejny okres wiązał się z godzeniem się z myślą, że jestem lesbijką, i ulgą, że nie muszę robić różnych rzeczy, które robią moje rówieśnice. Pamiętam ulgę, że nie muszę się interesować chłopakami. (śmiech) I rozmawiać o zauroczeniach nimi. Że po prostu nie musi mnie to dotyczyć.
Dojrzewałaś do coming outu.
Proces coming outu przebiegał powoli. Najpierw wyoutowałam się przed przyjaciółką, która dała mi „Słowo na L”, potem przed starszą siostrą, która od samego początku była wspierająca. Jednak przełomowy był dopiero moment wyjazdu na studia do Warszawy. Miałam wtedy dziwny okres queerowego dojrzewania, kiedy miałam poczucie, że to, że jestem lesbijką, musi paść jako pierwsza informacja w każdej rozmowie. Przez pierwsze miesiące nowego życia w Warszawie niemal przedstawiałam się: „Jestem Ania i jestem lesbijką”.(śmiech) Miałam poczucie, że jeżeli na tym etapie ktoś stwierdzi, że nie chce mnie znać, bo jestem lesbijką, to znaczy, że ta osoba nie zasługuje, żeby w ogóle być w moim życiu.
Napotkałaś takie osoby?
Na jednej z pierwszych domówek, kiedy jakiś kolega przyprowadzony przez koleżankę dowiedział się, że jestem lesbijką, był strasznie zaskoczony i stwierdził, że podzieli się ze mną chyba komplementem: „Jak to jesteś lesbijką, przecież każdy by się z tobą…” – i tu padło niecenzuralne słowo dotyczące czynności seksualnych. To była jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie usłyszałam w życiu. Jak bardzo jest to seksistowskie, umniejszające, mizoginiczne? A była to osoba, której wydawało się, że jest wyzwolona i liberalna.
Został jeszcze coming out w domu.
Zdecydowałam się na niego w tym momencie. Na pierwszym roku wyjechałam na święta Bożego Narodzenia do domu i wyoutowałam się przed mamą. Wydarzyło się to dość spontanicznie. Miałam poczucie, że skoro jestem na nowym etapie życia, to mama, jedna z moich najbliższych osób, nie może o tym nie wiedzieć. W rozmowie uczestniczyła też moja siostra. To było niesamowicie wspierające.
Było trudno?
Było wiele łez i smutku. Mama martwiła się, czy dlatego, że jestem lesbijką, nie będzie mi w życiu trudniej. Ale mimo tej akceptującej reakcji nawet jej zajęło lata dochodzenie do rozumienia, co to znaczy, że jestem lesbijką. Że coming out dziecka nie oznacza, że wszystkie marzenia rodziców przestają istnieć.
A tata?
Był wtedy na wyjeździe zagranicznym.
Jego nieobecność sprzyjała powiedzeniu mamie?
Myślę, że tak. Łatwiej mi było rozbić coming out na kawałki. Przed ojcem wyoutowałam się rok później. Byłam wtedy w pierwszym stałym, poważnym związku. Kiedy przyjechał do mnie do Warszawy, poszliśmy na piwo i przeprowadziliśmy „męską” rozmowę, w której powiedziałam, że mam dziewczynę. Przyjął to chyba nawet lepiej niż mama. Chociaż mam wrażenie, że będąc mężczyzną wychowanym w patriarchalnym świecie, nie do końca potrafi ł nawigować emocjonalną stroną w rozmowie.
Jak oceniasz z perspektywy te rodzinne coming outy?
Było to trudne doświadczenie, ale miałam dużo szczęścia, że spotkałam się z takim przyjęciem. Być może jest to związane również ze specyfiką mojej rodziny. Mój ojciec jest Kazachem, pochodzi z muzułmańskiej rodziny, a moja mama Rosjanką pochodzącą z rodziny prawosławnej. W latach 80., kiedy brali ślub, sami musieli mierzyć się z różnymi problemami związanymi z pochodzeniem z dwóch różnych światów kulturowych i mierzyć się z akceptacją związku przez otoczenie, chociaż ich rodziny były niepraktykujące. Ja w dzieciństwie przeszłam asymilacyjną fazę katolicyzmu, ale wyrosłam na ateistkę.
Wiele lesbijek ukrywa się w cieniu ze strachu przed napiętnowaniem.
To straszliwie smutne i wręcz tragiczne. Nawet jeśli zważenie potencjalnych zysków i strat daje taki bilans, że jeśli się wyoutujesz i może cię spotkać coś nieprzyjemnego, przynajmniej w moim poczuciu zawsze było mniej przerażającą wizją niż decydowanie się na udawanie, że życie wygląda inaczej, niż wygląda naprawdę.
Jesteś wyoutowana w pracy – na uczelni?
Na uczelni nigdy nie ukrywałam swojej orientacji ani związku z kobietą. Jeśli można mówić o jakimś momencie, który można uznać za publiczny coming out, to był to moment mojej publicznej obrony doktorskiej. Na koniec, kiedy dziękuje się promotorowi, recenzentom i rodzinie, podziękowałam też wówczas narzeczonej, a obecnie żonie – Izie. W tym momencie niektórzy zaczęli entuzjastycznie kiwać głowami. (śmiech) Mam wrażenie, że to było przeżycie nie tylko dla mnie.
Nieheteronormatywność to na polskiej uczelni wciąż tabu.
Znowu wracamy do kwestii braku reprezentacji. Kiedy byłam studentką, a później doktorantką, miałam silne poczucie braku figur czy przykładów uznanych badaczek, które byłyby wyoutowanymi lesbijkami i jednocześnie spełniającymi się badaczkami w akademii.
Precedens ustanowiła np. Maria Janion w 2013 r., outując się w wywiadzie z Kazimierą Szczuką.
Pamiętam ten moment – to było dla mnie jak trzęsienie ziemi, absolutnie wspaniały. Pierwszy raz zetknęłam się z czymś takim, chociaż wcześniej, oczywiście zakulisowo, mówiło się o wielu badaczkach, że pozostają w związku z kobietami. Z tym większą wdzięcznością przyjmuję ostatnie coming outy Agnieszki Graff czy wcześniej Ewy Graczyk. Jak w przypadku każdej queerowej biografii, prywatne zawsze jest polityczne. To, czy decydujemy się na to, żeby żyć otwarcie, ma również wpływ na to, jak wygląda życie innych.
Czy z takim podejściem napotkałaś jakiś opór – homofobię?
W pierwszej chwili myślę: nie, przecież nikt mnie nie zwyzywał ani nie pobił pod biblioteką. Natomiast jeśli dłużej się nad tym zastanowię, to przejawów miękkiej homofobii jest cała masa. Kiedyś wygłaszałam referat poświęcony Narcyzie Żmichowskiej i jej powieści „Biała róża”, którą zestawiłam z „Panią Dalloway” Virginii Woolf. Poruszyłam tam wątek homoerotycznego napięcia pojawiającego się w obu powieściach. Wtedy jakiś nieznany mi profesor wstał i zaczął perorować o tym, że to były inne czasy, inna wrażliwość społeczna i że pisarki na pewno nie miały na myśli nic zdrożnego.
„Zdrożnego” – czyli homofobia. Domyślam się, że to nie była ostatnia taka sytuacja.
Kiedy chciałam poprowadzić jako swoje pierwsze konwersatorium zajęcia dotyczące queerowej historii literatury kobiet XX w., usłyszałam od ówczesnej przełożonej, że „to jest zbyt wąski temat i trzeba znaleźć coś szerszego, żeby zainteresować więcej studentów”. Stwierdzenie podszyte homofobią, bo jednocześnie rok wcześniej na tych samych zajęciach mój kolega prowadził konwersatorium dotyczące tylko i wyłącznie twórczości Różewicza. Dlaczego czytanie Różewicza przez cały semestr nie jest wąskie, a czytanie literatury polskiej, rosyjskiej, francuskiej, niemieckiej i angielskiej, queerowej i kobiecej, nagle jest?
Może władze przestraszyły się słowa „queer”?
Nikt mi wprost tego nie powiedział, ale musiało się to wiązać z gamą zakorzenionych stereotypów. A wręcz projekcją – temat po prostu nie był interesujący dla przedstawicieli tego pokolenia. Tymczasem okazuje się, że studenci przyjmują go z wdzięcznością i zaangażowaniem, bez względu na to, czy sami są nieheteronormatywni, czy nie.
Zajęcia o queerowej literaturze kobiet się odbyły?
Wyszłam z tej sytuacji na tyle, na ile byłam w stanie wyjść obronną ręką – zrobiłam zajęcia poświęcone nowym tożsamościom w literaturze kobiet przełomu XIX i XX w. Potrójny blok zajęć na sam koniec tak czy siak był poświęcony twórczości lesbijskiej. Kończyliśmy lekturą „Lesbos” Renaty Lis i rozmową o nieobecności kobiet w historii literatury.
Niedawno wzięłaśślub z Izą.
Po 4 latach od zaręczyn dojrzałyśmy z Izą do kolejnego kroku i wzięłyśmy ślub w Kopenhadze. Skorzystałyśmy z możliwości zamówienia dokumentów przez ePUAP, gdzie złożyłyśmy wniosek o zaświadczenie i po kilku tygodniach przyszły pocztą. Od strony duńskiej dostałyśmy tylko uroczego e-maila – że wszystko jest potwierdzone, prosimy się stawić tego a tego dnia w ratuszu w Kopenhadze, i że proszę się kierować serduszkami na posadzce, które prowadzą do sali ślubnej.
Wzruszające.
To było radosne doświadczenie, ale jednocześnie ambiwalentne. Zetknięcie się z ludzkim potraktowaniem przez duński urząd jeszcze bardziej wyjaskrawiło to, czego nie mamy na miejscu tu, w Polsce. Jak widać, można być normalnie potraktowanym – wcale nie w odległej galaktyce, tylko kilkaset kilometrów na zachód.
Widzisz szanse na wprowadzenie równości małżeńskiej w Polsce?
Nie chcę siać defetyzmu, ale myślę, że obecnie mentalnie jestem o wiele bardziej pesymistyczna, niż będąc na studiach. Ostatnie lata nagonki dają pesymistyczne refleksje na temat tego, że coś miałoby się w niedalekiej przyszłości zmienić.
Historia pokazuje, że akcja rodzi reakcję.
Oczywiście, wraz z nasilającą się nagonką rośnie też akceptacja społeczności LGBT. Ale jednocześnie równość małżeńską wpisaną w program ma tylko Lewica z niewielkim poparciem, a cała reszta „progresywnej” sceny politycznej jest na tyle tchórzliwa i zachowawcza, że trudno robić sobie nadzieję na zmianę.
Dobrze wyczuwam, że rozważacie wyjazd za granicę?
Razem z żoną doszłyśmy do momentu, w którym chciałybyśmy wyjechać na okres próbny np. do Niemiec.
Jak się czujecie z tymi planami?
Słodko-gorzko, bo poza szeregiem trudności, z którymi wiąże się emigracja, mam wrażenie, że dla wielu osób queerowych ten krok może wiązać się z poczuciem winy – że nie walczą o emancypację w kraju. Z drugiej strony my, osoby queerowe, mamy też prawo do własnego życia i niebycia mięsem armatnim.
Własne życie – to dla ciebie też odkrywanie queerowej historii.
Moje plany zawodowe są mocno związane z queerowymi wątkami historycznymi. Działam w oficjalnie powołanej Pracowni Badań nad Historią i Tożsamościami LGBT+ na UW. Czeka mnie w najbliższym czasie dużo archiwalnej pracy badawczej i jeżdżenia po Europie, ponieważ otrzymałam grant na trzyletni projekt badawczy poświęcony queerowej twórczości pisarek z obszarów Imperium Rosyjskiego. Mam w planach Pragę, Petersburg, Wilno i Kijów, siedzenie w archiwach i szukanie nieheteronormatywnych śladów przeszłości.
„Kalkowska. Biogeografia” ukazała się nakładem wydawnictwa Słowo/obraz terytoria.
Tekst z nr 95 / 1-2 2022.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).