Punkt odniesienia

Z wyoutowanym aktorem COLMANEM DOMINGO, gwiazdorem serialu „Euforia”, rozmawia Artur Zaborski

 

 

Drugi sezon „Euforii” można właśnie oglądać na HBO i HBO GO. Serial opowiada o współczesnych nastolatkach żyjących w rzeczywistości paradoksów i płynnych tożsamości. Niby wszystko już wolno, więc gdy najpiękniejsza dziewczyna w szkole, uzależniona od narkotyków Rue (kapitalna Zendaya) wchodzi w związek z transpłciową Jules (Hunter Schafer), nikogo to specjalnie nie elektryzuje. Z drugiej strony Nate Jacobs, szkolny przystojniaczek (Jacob Elordi), drży na samą myśl, że mogą go pociągać faceci. Jego problem jest tym głębszy, że z młodymi chłopcami i trans kobietami sypia jego własny ojciec, zdradzając żonę. Wśród kochanek ojca znalazła się także Jules. Reprezentację osób LGBT+ na ekranie dopełnia niebinarna TC, którą gra również niebinarna aktorka Bobbi Salvör Menuez. W obsadzie znalazł się również Colman Domingo, wyoutowany i zamężny gej, który wciela się w postać Aliego, sponsora Rue. Ali pomaga wytrwać Rue w trzeźwości.

„Euforia” to serial o ludziach z generacji Zet, którzy w ekstremalny sposób korzystają z beztroski młodości – ćpają, co akurat jest na stole, uprawiają seks z osobami, które akurat są obok, i… nic w tym szokującego, poprzednie pokolenia też tak robiły. Ciekawe jednak jest to, że bohaterowie „Euforii” niewiele sobie robią z seksualności i płci. Gdy w szkole pojawia się transpłciowa Jules, nikt specjalnie nie docieka, z kim ona sypia – poza tymi, którzy sami chcą się z nią przespać.

To prawda – pod tym kątem młode pokolenie żyje inaczej niż moje. Generacja Zet buduje świat, w którym przestają obowiązywać podziały ze względu na płeć czy seksualność. Jej przedstawiciele bardzo się wkurzają, gdy ktoś próbuje mówić im, że te podziały jednak istnieją. Świetnie pokazuje to przykład naszej obsady. Zendaya zdobyła popularność w bardzo młodym wieku i wykorzystuje ją m.in. do tego, by mówić o własnym doświadczeniu: niebiałej kobiety wychowanej w dwurasowej rodzinie.

Zaczynała jako gwiazdka Disneya, a teraz gra uzależnioną od narkotyków Rue w poważnym, śmiałym serialu.

Zendaya, podobnie jak całe to pokolenie, ma świadomość płynności norm w naszym świecie, co świetnie pokazuje nawet to, jak podchodzi do mody. Jednego dnia nosi za duże koszulki i sportowe buty, a innego powala elegancją na czerwonym dywanie. Można być wszystkimi jednocześnie i nie trzeba się zamykać w definicjach ani serwowanych nam przez społeczeństwo rolach. Zendaya raz jest klasycznie piękna, a raz jest chłopczycą. Walczy o prawa kobiet, jest feministką, realizuje się jako aktorka, ale też maluje i robi zdjęcia.

Gdy ty byłeś w jej wieku…

Moje pokolenie częściej definiowało się według naturalnych cech, tożsamości. Nie mieściło mi się w głowie, że one mogą być płynne. Kiedy zrobiłem publiczny coming out, dziennikarze wciąż pytali o wszystko, co wiązało się z moją homoseksualnością. Nie zliczę, ile razy odpowiadałem na pytanie: „Jak trudno jest być gejem we współczesnej Ameryce?”. Nie zapomnę też jednego z wywiadów, którego udzieliłem po premierze filmu „Passing Strange” Spike’a Lee. Dziennikarz zapytał, jak Spike czuje się z tym, że jestem gejem. Najdurniejsze pytanie, jakie kiedykolwiek usłyszałem.

Co odpowiedziałeś?

Prawdę: że nigdy ze Spikiem o mojej homoseksualności nie rozmawiałem, bo niby dlaczego miałbym? Spike to mój ziomek, współpracownik, a na planie szef – tyle. Niestety, dyskryminacja, która wciąż istnieje, sprawia, że gdy prasa pisze o aktorach gejach, to informacja o ich homoseksualności zaraz też się pojawia, natomiast news o, przypuśćmy, nowym filmie Brada Pitta, nie otrzymuje tytułu: „Heteroseksualny Brad Pitt gra w nowym filmie”.

Nieheteronormatywni aktorzy, którzy mówią otwarcie o swojej seksualności, to było w twoim pokoleniu wydarzenie. Poniekąd wciąż jest. Chyba nie tylko dziennikarze nie do końca wiedzieli, co z wami zrobić.

To prawda, my przecieraliśmy szlaki. Taki Daniel Day-Lewis czy Leonardo DiCaprio zawsze mają się od kogo „odbić”, mają liczne punkty odniesienia, mogą do kogoś nawiązać, z kimś się porównać. Ja nie znałem żadnego homoseksualnego czarnego aktora, który przede mną zrobiłby karierę, miał jakieś osiągnięcia, które ja mógłbym postawić sobie za cel. A DiCaprio ma takich ludzi całe mnóstwo. Mógłby się cofnąć nawet do klasycznych gwiazd Hollywood i marzyć: „Chcę być taki jak on!”. Ja takiej możliwości nie miałem, dlatego bardzo się cieszę ze wszystkich moich osiągnięć podwójnie – raz, że satysfakcjonują mnie, a dwa, że mogą posłużyć innym czarnym wyoutowanym gejom za punkt odniesienia.

Tak też mówi się o „Euforii”: że stała się punktem odniesienia dla wielu młodych ludzi i ich rodziców. Ci drudzy dzięki serialowi odkryli, z jakimi problemami mierzą się ich dorastające dzieci.

Po premierze pierwszego sezonu dostaliśmy mnóstwo niesamowitych reakcji. Często dostawałem wiadomości typu: „Wow, ten odcinek był bardzo wartościowy. Dzięki niemu odważyłem się porozmawiać o tym, co mnie trapi, z rodzicami”. Reprezentacja na ekranie ludzi z mniejszości seksualnych czy etnicznych, które mierzą się z problemami związanymi z tożsamością, jest bardzo ważna. Okazuje się bowiem, że wielu ludzi, nawet żyjąc obok nas, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak faktycznie wygląda codzienność ludzi LGBT, a szczególnie niebiałych ludzi LGBT.

Pokazujecie też w „Euforii”, że nie ma krystalicznych ludzi, a błędy zdarzają się każdemu. W waszym serialu Nate, prawdopodobnie nieheteronormatywny, ma skłonność do przemocy, nie wybielacie go z powodu jego seksualności.

Podążamy też za Rue, narratorką, która jest kompletnie niewiarygodna, cały czas nas zwodzi i oszukuje. I nie ma znaczenia, że to miła czarna dziewczyna, która ma romans ze swoją koleżanką. To, że Rue jest nieheteronormatywna i że sama wywodzi się z mniejszości, w żaden sposób nie czyni ją lepszą od innych. Jest zakłamana, w jej życiu liczą się narkotyki – one są dla niej priorytetem. W drugim sezonie to się nasila, bo Rue wchodzi w czas mroku i coraz częściej manipuluje otoczeniem, a także nami, widzami. Często zbija nas z tropu, a i tak się jej trzymamy i spadamy w te same otchłanie, co ona. „Euforia” mówi jasno, że na to, jaką mamy moralność, nie wpływają nasze pochodzenie etniczne ani nasza seksualność, tylko właśnie na przykład… uzależnienie od narkotyków.

Zaskoczył cię sukces „Euforii”?

Nie, bo od dawna powtarzam, że rozrywki mamy w kinie i na platformach streamingowych aż nadto, natomiast brakuje nam filmów i seriali, które będą traktować widza poważnie. My rzuciliśmy wyzwanie naszym odbiorcom, a oni je podjęli, chociaż tematy, które pojawiają się w serialu, są trudne, niezręczne i niekomfortowe. I są ukazane z różnej perspektywy – osób o różnym kolorze skóry, różnej płci i seksualności, co też zadaje kłam przekonaniu, że większość widzów jest zainteresowana opowieściami tylko o takich ludziach, z którymi się może identyfikować poprzez ten sam kolor skóry, tę samą płeć czy tę samą seksualność. My, aktorzy, nieraz obnażaliśmy się psychicznie na ekranie, co wcale nie było proste. „Euforia” określana jest jako serial edukacyjny, ale nie dlatego, że uczy nas, jak mamy żyć, tylko dlatego, że pozwala nam z bezpiecznej pozycji własnego salonu podejrzeć, jak żyją inni, a to jest naprawdę wielka edukacyjna wartość.

Ty też obnażyłeś się na planie?

Tak, w odcinku specjalnym, który nagraliśmy na święta Bożego Narodzenia 2020. Cały tamten odcinek jest zapisem naszej rozmowy z Zendayą. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i rozmawialiśmy o naszej tożsamości. Dostałem scenariusz tego odcinka, gdy wybuchały pożary na amerykańskich ulicach, a miasta żyły ruchem Black Lives Matter i morderstwem George’a Floyda. Nie mogłem uwierzyć, do jak wielu rzeczy nawiązuje tekst naszego scenarzysty Sama Levinsona. Poczułem się z nim głęboko związany. Chciałem się mu oddać kompletnie i zacząłem go ćwiczyć sam ze sobą, przed lustrem. Poświęcałem temu jakieś 40 godzin tygodniowo. Z drugiej strony, była pandemia, więc i tak nic lepszego nie miałem do roboty. (śmiech) Po nagraniu musiałem się zupełnie odciąć od tego, o czym mówię na ekranie. Nadal dostaję wiadomości od widzów, którzy piszą mi, że ten odcinek obejrzeli nawet dwadzieścia kilka razy. Mówią, że tego potrzebowali, że oglądanie go wpływa na nich jak sesja terapeutyczna, że dzięki niemu lepiej rozumieją, co to znaczy być reprezentantem mniejszości. Piszą wszyscy – czarni i biali, nienormatywni i hetero, kobiety i mężczyźni, młodsi i starsi. Muszę powiedzieć, że ten specjalny odcinek „Euforii” to jest coś, z czego jestem najbardziej dumny w całej mojej karierze.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Niebinarność w wielkim mieście

Z aktorką SARĄ RAMÍREZ, odtwórcą roli Che w serialu „I tak po prostu”, kontynuacji kultowego „Seksu w wielkim mieście”, rozmawia Artur Zaborski

 

Foto: HBO

 

Uzgodniliśmy z Sarą, że w treści wywiadu zastosowane zostaną naprzemiennie zaimki/końcówki męskie i żeńskie, zarówno w odniesieniu do samej Sary, jak i granej przez nią postaci Che.

Twoja serialowa bohaterka Che Diaz jest osobą niebinarną. Odnoszę wrażenie, że twórcy „I tak po prostu” naprawdę postarali się, by go właściwie zaprezentować na ekranie.

To prawda. Nie dostajemy jakichś szczątkowych informacji na jej temat, dokładnie poznajemy jego życie. Dowiadujemy się, że przy urodzeniu została zidentyfikowana jako biologiczna kobieta, ale nie określa się ani jako kobieta, ani jako mężczyzna. Czasami jest obiema płciami, czasami żadną. Jest w spektrum tożsamości płciowej, choć ma bardziej męską ekspresję. Jej orientacją psychoseksualną jest biseksualność, ale Che czuje pociąg seksualny i romantyczny do więcej niż jednej płci. Identyfikuje się natomiast jako osoba queer. Bardzo lubię Che.

Za co?

Ma wielkie serce i świetną prezencję. Jest osobą mądrą, ludzką, zabawną, dynamiczną, bałaganiarską i niezwykle złożoną. Pojawia się w serialu, żeby trochę namieszać. Jest postacią prawdziwą, żyje w zgodzie ze sobą i za nic nie przeprasza, bo bardzo ciężko zapracował na to, żeby być tam, gdzie jest. Swoją postawą inspiruje innych bohaterów, rozbudzając w nich refleksje na temat skrywanych potrzeb i smutków.

Podobał ci się oryginalny „Seks w wielkim mieście”?

Mam do niego szczególny sentyment z powodu Nowego Jorku, który stał się moją miłością po raz pierwszy, gdy się do niego wprowadziłam we wczesnych latach 90., a po raz drugi, gdy stał się moim ulubionym bohaterem „Seksu w wielkim mieście”. Mam też dużo szacunku do tego, jak na ekranie pokazano relacje, które łączyły serialowe bohaterki. Cieszyło mnie, jak bardzo się nawzajem wspierały. Serial inspirował mnie również seksualnie, co pokazuje, jak mocno przyczynił się do progresu społecznego. Oczywiście, nie był idealny, ale ja powtarzam, że ważne jest, by dążyć do postępu, a nie do perfekcji. Przełom wieków to dla mnie początek pracy w aktorstwie i zarazem okres marzeń, by wystąpić gościnnie – chociażby jako drzewo! – w „Seksie…”. Bardzo się cieszę, że teraz te marzenia się dla mnie spełniły.

Uważasz, że „I tak po prostu” też może się przysłużyć progresowi społecznemu?

Oczywiście, bo dzięki Che możemy się dowiedzieć, jak wygląda randkowanie osób queer czy związki, które zawierają. Na przykładzie tej postaci przekonamy się też, czym jest indywidualne doświadczenie osoby niebinarnej. Cieszę się, że serial podkreśla to, że osoby LGBT+ są różne, różnorodne, a ich doświadczenia nie da się zawrzeć w jednej osobie na ekranie. Che poprzez swój humor i człowieczeństwo pokaże nam, jak wygląda jedna „opcja” bycia queer, a przy okazji widzowie dowiedzą się czegoś więcej na temat tego, czym są konstrukcja płci i role płciowe.

Pojawienie się Che to w serialu prawdziwy przewrót. Pamiętam scenę z oryginalnego „Seksu w wielkim mieście”, w którym Carrie była roztrzęsiona po tym, jak przyszło jej pocałować inną kobietę.

Ta scena rzeczywiście była chybiona, ale nie zgodzę się, żeby „Seks…” sprowadzać tylko do niej. W oryginale pojawiali się reprezentanci społeczności LGBT+, ale tacy, którzy potrafili się zidentyfikować płciowo i seksualnie. Teraz dzięki „I tak po prostu” mamy na ekranie bohaterów, którzy przypominają widzom, że istnieją też osoby transpłciowe i queerowe, a także że nie wszyscy zostali właściwie zidentyfikowani jako mężczyźni lub kobiety przy urodzeniu, że są osoby niebinarne, które ubierają się bardziej męsko albo bardziej kobieco. Ekranowa społeczność LGBT+ jest tym razem bardzo szeroka. Najbardziej jednak cieszy mnie, że scenariusz jest tak napisany, że choćby z moją postacią mogą się identyfikować nie tylko osoby niebinarne, ale też te, które nie żyją w stu procentach w zgodzie ze sobą, bo np. wykonują pracę, która im na to nie pozwala. Che przypomina, że wszystko w naszym życiu jest płynne i musimy się nauczyć to akceptować.

Che pracuje w stand-upie i ma swój własny podcast. Czy geneza tej postaci ma swoje źródła w rzeczywistości?

Reżyser i scenarzysta „Seksu w wielkim mieście”, Michael Patrick King, wyoutowany gej, był standupowym komikiem. Wniósł do postaci Che dużo własnych doświadczeń. Dla mnie, osoby niebinarnej, to oczywiście wielki przywilej móc zagrać postać niebinarną, której wątek nie jest w opowieści poboczny, tylko jest jednym z głównych. Dzięki temu możemy razem z nią płakać i się śmiać. Poznajemy Che w momencie wielkiego sukcesu zawodowego, kiedy dostaje wciąż nowe oferty pracy, staje się pożądaną postacią w Nowym Jorku. Jednak z kolejnymi odcinkami przekonamy się, że w jego życiu jest też sporo goryczy i wyzwań. Poznajemy Che z wielu różnych stron.

Nie martwisz się, że przez to, że oryginalny „Seks w wielkim mieście” był oskarżany o zawężanie perspektywy do białych, zamożnych, heteroseksualnych kobiet, „I tak po prostu” będzie teraz szczególnie mocno brane pod lupę, a każde potknięcie – piętnowane?

Nie, bo Michael Patrick King i Sarah Jessica Parker dali jasno do zrozumienia, że zrobili „I tak po prostu” po to, by stworzyć wielowymiarowe postaci. Jesteśmy w ważnym miejscu jako artyści, osoby tworzące sztukę. To w dużej mierze od nas zależy, jak postrzegane są poszczególne mniejszości, dlatego tak istotne jest, żebyśmy przekazywali widzom prawdę. Mogę zagwarantować, że za „I tak po prostu” stoją przemyślane decyzje i właściwe intencje, dlatego z wielką ciekawością przyglądam się reakcjom widzów na kolejne odcinki naszego serialu. Wiem, że opinii będzie wiele i nie wszystkie będą sprzyjające. Zresztą już słyszę krytyczne głosy.

Jakie?

Choćby twierdzenie, że za bardzo staramy się pokazać na ekranie różne osoby LGBT+, co ma być próbą rehabilitacji za ich niedostateczną reprezentację w „Seksie w wielkim mieście”. Na tym jednak polega piękno człowieczeństwa, że każdy ma swoje zdanie. Nie za bardzo przejmuję się negatywnymi opiniami, bo wiem, że one będą się zmieniać wraz z kolejnymi odcinkami. Carrie, Charlotte, Samantha i Miranda też przecież nie zawsze cieszyły się poważaniem, ale zawsze były sobą. A teraz dochodzą do nich inne postaci, które dzielą się historiami ze swojego życia i też nikogo przy tym nie udają.

Masz dużo scen, w których występujesz u boku Sarah Jessiki Parker i Cynthii Nixon. Jak ci się z nimi pracowało?

To była czysta przyjemność i wielki zaszczyt. Sarah Jessica Parker była pierwszą osobą, którą poznałam zaraz pierwszego dnia pracy – podczas prób czytania scenariusza. Od razu do mnie podeszła i powiedziała, że bardzo się cieszy, że tu jestem. Zapytała, jakie są moje zaimki, bo chciałaby mieć pewność, że zwraca się do mnie tak, jak sobie tego życzę. Powiedziałem, że preferuję „they/them”. Zaimponowało mi, że od pierwszego momentu była ze mną szczera i dała mi możliwość bycia sobą. Sarah wnosi wiele gracji i wdzięku do naszej społeczności. Nie boi się też wyrażać swojego zdania. Jest świetną szefową i partnerką na planie. Jeśli mam być z tobą szczera, to muszę jeszcze dodać, że Sarah Jessica Parker niesamowicie mi się podobała, gdy dorastałem. Uwielbiałam ją nie tylko w „Seksie w wielkim mieście”, ale też np. w „Square Pegs” i „Rodzinnym domu wariatów”. Gdy ją poznałem, starałam się nie zachowywać jak psychofan. (śmiech)

Udało ci się?

Zdecydowałam, że kiedy ją poznam, to uprzedzę ją, że jeśli kiedyś zacząłbym rozwodzić się nad tym, jak ją uwielbiam, to ma mi przerwać, bo stałybyśmy tak godzinami, zanimbym skończył. Jednak kiedy rzeczywiście ją poznałam, zapomniałem, że powinnam się kontrolować, i powiedziałem: „Uwielbiam cię i podobasz mi się od zawsze! Ups, naprawdę to powiedziałam!”. Sarah zareagowała uśmiechem i wdzięcznością. Zresztą Cynthia Nixon jest równie wspaniała. Podziwiam, jak oddaną jest partnerką dla swojej żony Christine i matką dla ich dziecka.

Dopuściły cię tak blisko?

Zaprosiły mnie do swojego domu w Nowym Jorku – Cynthia kandydowała na gubernatorkę stanu Nowy Jork, jeszcze zanim weszliśmy na plan serialu. Spędziłam z nimi mnóstwo czasu. Cynthia zrobiła to tak po prostu – żebyśmy mogły lepiej się poznać i przełamać lody. Bardzo mi to zaimponowało, czułem się doceniony, zadbany i ciepło przyjęty. Sarah, Cynthia i reszta ekipy postarali się, by dać mi poczucie bycia częścią ich zespołu, kimś akceptowanym. Dostrzegali mnie i moją wartość. Naprawdę nie mogłam trafić lepiej.

Mówisz, że Sarah Jessica Parker od razu zapytała o twoje zaimki. W serialu jest scena, w której grana przez Cynthię Miranda stara się wobec twojej postaci używać właściwych zaimków, ale czasami jej się mylą. Co robisz w sytuacji, w której przy tobie ludzie zapominają, jak się do ciebie zwracać, albo niechcący się mylą?

Ja przede wszystkim doceniam chęci i ciekawość. Bardzo lubię, gdy ludzie pytają, jak mają do mnie mówić. W ogóle chętnie podejmuję trudne rozmowy. Jestem zdania, że trzeba być wyrozumiałym i ludzkim dla siebie nawzajem, dawać sobie prawo do pomyłek. Doceniam progres i właśnie ciekawość, bo sam taki jestem. A że zdarza mi się, jak i innym, pomylić? Cóż, perfekcjonizm potrafi być przygnębiający, jest narzędziem białej supremacji, dlatego go nie lubię.

Myślisz, że perfekcjonizm to coś złego?

Tak, bo on paraliżuje ludzi. Sprawia, że się boją i nie chcą zadawać pytań. Jeśli naprawdę pragniemy zmian na plus i progresu społecznego, które pozwolą nam stworzyć bezpieczną przestrzeń dla innych, to musimy dać ludziom możliwość popełniania błędów. To jest coś, na czym naprawdę mi zależy, o to walczę. Dlatego nie pozwalam, by inni wywierali na mnie presję idealności, perfekcjonizmu. Nie jestem i nie będę nigdy kimś idealnym, i mam świadomość, że inni też nie są i nie będą. Ważniejsze jest, żebyśmy chcieli spotkać się ze sobą gdzieś pośrodku, zadawali sobie nawzajem pytania i uważnie słuchali swoich odpowiedzi. Myślę, że wtedy damy sobie dowód na to, że mamy wobec siebie dużo szacunku. Nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale na pewno musimy być siebie ciekawi i akceptować, że nie zawsze musimy rozumieć, co usłyszymy z ust innej osoby. Należy natomiast doceniać, że zostało zadane pytanie, dlatego ja autentycznie się cieszę, gdy ono pada.

Nawet gdy pytanie jest tak niekomfortowe, jak w serialu, gdy ktoś pyta cię, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną, nie mająświadomości, że to nie są wszystkie tożsamości płciowe?

Czasami musi być niekomfortowo, bo pytający tylko w ten sposób może się nauczyć nowych umiejętności, a ja – tego, jak tolerować dyskomfort. Przynajmniej tyle jesteśmy w stanie zrobić. To bardzo ważne zwłaszcza dziś, w czasach, w których tylu polityków chce, żebyśmy nie zadawali pytań. Mnie zależy na czymś odwrotnym – chcę tworzyć świat, w którym zachęcamy się wzajemnie do zadawania pytań i w którym nie boimy się mówić niepoprawnych rzeczy. Bo to i tak się stanie. To, co się liczy najbardziej, to jak się od tego odbijemy i czego nas to nauczy. Błąd sam w sobie ma znaczenie, ale nie aż tak duże jak sposób, w jaki go naprawimy. Musimy nauczyć się podnosić wspólnie z niekomfortowych sytuacji. Dopiero wtedy można mówić o ukojeniu i naprawieniu błędu.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Adelon zrósł się ze mną

O tym, jak wszedł w świat dragu, wcielając się najpierw w Adele, a ostatnio również w inne postacie, w tym – z ogromnym sukcesem – w Magdę Gessler, o tym, jak jego zawód wizażysty pomaga w kreowaniu wizerunku, a także o tym, co łączy drag i cosplay, opowiada LUCAS REMBAS, znany jako drag queen ADELON. Rozmowa Jakuba Wojtaszczyka

 

Foto: arch. pryw.

 

Niedawno stuknęło ci 5 lat na dragowej scenie. Wszystkiego najlepszego!

Dzięki! Nawet nie wiem, kiedy to zleciało.

Postanowiłeś świętować trochę inaczej, niż na drag performera_kę przystało, prawda?

Na tradycyjne urodziny sceniczne drag queens zapraszają koleżanki po fachu do klubu i razem występują. Mam wielu znajomych, którzy nie lubią spędów lub chodzą wcześniej spać, dlatego nie tylko postanowiłem podzielić imprezę na dwie części, ale również połączyć ją z moją zaległą trzydziestką. Najpierw odbyła się część bardziej oficjalna, z szampanem i tortem. Następnie wszyscy chętni pojechali piętrowym brytyjskim autobusem na występy i tańce do warszawskiego klubu Glam. Nikt nie narzekał, a nawet usłyszałem, że powinienem zająć się organizacją imprez, ha, ha.

Jakie osoby w dragu zaprosiłeś?

Wpadły przede wszystkim moje najbliższe przyjaciółki. Szczególnie doceniam, że moje sceniczne matka Elektroda i siostra Gabryjella specjalnie przyleciały z Londynu. Była również moja dragowa siostrzenica Lucy d’Arc, która uszyła mi na okazję urodzin specjalną kreację. Pojawiły się też Dżaga, Ka Katharsis, Gąsiu z partnerem Silver Daddym, Hieemeras, Kitty, Druga Maryla, te osoby, z którymi rzeczywiście blisko się trzymam. Nieobecnym wybaczyłem, jak np. przebywającej w Sacramento Coco Bechamel.

Patrzysz na te 5 lat z sentymentem?

Bardziej z niedowierzaniem. Przypominam sobie same początki, kiedy obskakiwałem kilka show w tygodniu albo wychodziłem tak po prostu ze znajomymi i miałem na to siłę. Nie mam pojęcia, gdzie ona zniknęła. Może to przez wiek, a może tylko przez zimowe przesilenie, ale jestem mniej skory do pojawiania się w przebraniu niż kiedyś.

W takim razie cofnijmy się o te 5 lat, kiedy twoje obcasy po raz pierwszy uderzają o bruk Krakowskiego Przedmieścia, a mijane osoby zastanawiają się, czy w Warszawie pojawiła się Adele, czy to tylko jej sobowtór_ka.

Z przyjaciółką mieliśmy taką tradycję, że co roku na Noc Muzeów przebieraliśmy się wedle jakiegoś klucza. Pięć lat temu padło na piosenkarzy i piosenkarki. Faktycznie ludzie reagowali super, prosili o wspólne zdjęcie, co mnie miło zaskoczyło. Wtedy też po raz pierwszy poszedłem z koleżanką do klubu LGBT+. Padło na Galerię w Hali Mirowskiej, bo nieopodal niej mieszkałem. Akurat trafiliśmy na AIDS Memorial, czyli doroczną imprezę w Międzynarodowy Dzień Pamięci o Osobach Zmarłych na AIDS, na którym było pełno drag queens, wśród nich wspomniana Elektroda. Zamówiliśmy piwo i usiedliśmy przy stoliku. Po chwili poczułem przeszywający wzrok zgromadzonych performerek. Myślałem, że wydrapią mi oczy, dlatego bardzo szybko się stamtąd z przyjaciółką zmyliśmy. Teraz wydaje mi się to zabawne, ale wtedy przestraszyłem się tego towarzystwa.

Zazdrość czy ciekawość?

Jeśli jestem kogoś ciekawy, to chcę się o tej osobie jak najwięcej dowiedzieć, podchodzę i rozmawiam, a nie stroszę pióra. Tego wieczoru mój wizerunek może nie był idealny, ale na pewno się wyróżniałem. Już wtedy pracowałem jako wizażysta w jednej z perfumerii, więc zarówno makijaż, jak i włosy były w porządku. Jakiś czas później zaprzyjaźniliśmy się z Elektrodą i zapytałem ją o ten wieczór. Powiedziała, że wszystkie drag queens zastanawiały się, skąd się to nowe „czuczło”, jak na siebie w żartach mówimy, wzięło. Co najśmieszniejsze, kiedy zobaczyłem je w Galerii, sam zadawałem sobie bardzo podobne pytanie: „Gdzie się rodzą drag queens?”.

Ciągnęło cię do dragu mimo chłodnego przyjęcia?

Tak. W Adele podobała mi się jej klasa, czyli duże i misternie uczesane włosy, biżuteria, klasyczne, najczęściej czarne kreacje, delikatna gestykulacja dłonią. Polubiłem się w nią wcielać, w pamięci miałem reakcję ludzi, dlatego chciałem ją przenieść dalej, do klubów. Zacząłem wysyłać swoją ofertę. Odezwał się nieistniejący już klub Toro i zaprosił mnie na wybory Miss Drag Queen. Mimo że przeszedłem pierwszą rundę, w drugiej kazali mi lipsyncować na elektrycznym byku.

Adele w czarnej kiecce na rodeo? Brzmi oryginalnie.

Wykonywanie „Skyfall” w taki sposób totalnie mi nie pasowało. Jeszcze wtedy nie potrafiłem lawirować balladami tej piosenkarki w taki sposób, by pasowały do klubowych sytuacji. Zresztą nie czułem się komfortowo na wyborach. Chciano mi podciąć skrzydła, co zresztą pokazano na dyplomie za trzecie miejsce, na którym zamiast „Adelon”, czyli zbitki „Adel” i „on”, napisano „Adela”. Brak szacunku zawsze wyprowadzał mnie z równowagi!

Kiedyś powiedziałeś mi, że pierwszy rok Adelona to rok łamania obcasów na schodach klubów całej Polski. Coraz częściej wychodziłeś na scenę.

Na wyborach w Toro byli managerowie wielu klubów. Musiałem im się spodobać, bo nigdy więcej nie wysłałem już maila z prośbą o występ. Zapraszano mnie też na prywatne show. Wtedy jeszcze miałem stałą pracę, też w weekendy, więc zdarzało się, że z nocki spędzonej na scenie leciałem do perfumerii. Już wtedy robiłem bardzo dużo, a występy pozostawały miłym dodatkiem. Staram się ciągle robić coś nowego i się rozwijać, stąd też w pewnym momencie pojawiły się tutoriale makijażowe na moim kanale na YouTubie, nauka makijażu w szkole czy współpraca na planach seriali lub teledysków. Niektórzy nie mogą znieść, że jestem grubym facetem, który w Polsce maluje się i przebiera za babę, pokazuje to w sieci i jeszcze na tym korzysta. Wiesz, o co mnie teraz pytają?

O co?

Kiedy schudnę, jak Adele? Słyszę: „Nie widzę jej w tobie”. I bardzo dobrze, bo nie chcę być jej sobowtórem, tylko impersonatorem. Wiele osób ze środowiska LGBT+ próbuje wsadzić mnie w szufladkę z napisem: „Promocja otyłości”. Zawiść to taka polska cecha charakteru. Czy skoro jestem gruby, to znaczy, że powinienem zniknąć ludziom z oczu?

Tymczasem stajesz się jeszcze bardziej widoczny, tworząc kolejną ze swoich person – Magdę Gessler, o której najczęściej mówisz per Pani Magda, co mnie zawsze rozczula.

Zawsze mam szacunek do osoby, którą odgrywam lub którą się inspiruję, stąd też nie wyobrażam sobie, by móc powiedzieć o niej inaczej niż „Pani Magda”. Pomysł na tę impersonifikację narodził się rok po Adelonie, gdy zaproszono mnie na prywatną halloweenową imprezę. Miałem dosyć zombie, wampirów, potworów, wszystkich tych krwawych charakteryzacji, które wrzucałem na konto na YouTubie. Wtedy pomyślałem, że przecież Halloween to nie tylko strach, ale też zabawa i radość. Kto jak kto, ale pani Magda Gessler potrafi rozbawić ludzi i dodatkowo wszyscy ją kojarzą z programu „Kuchenne rewolucje”. Postanowiłem spróbować.

Z jakimi reakcjami się spotkałeś?

Publiczny debiut mojej nowej charakteryzacji nastąpił w Barze Studio w Pałacu Kultury i Nauki. Był szał! Jak wsiadałem do taksówki, ludzie biegli za samochodem. Z kolei w McDonaldzie myślałem, że wszystkim głowy się pourywają, bo chcieli się upewnić, czy to naprawdę jest ona. Byłem w szoku, bo ta charakteryzacja zrobiła lepszą robotę niż Adele. Podoba się, bo jest nasza, swojska. Podobnego zdania były kluby, bo zaczęły mnie zapraszać w zmiennych rolach, raz Pani Magdy, raz Adele.

Co daje ci impersonifikacja Magdy Gessler, czego nie uzyskujesz w Adele?

Jest dla mnie odskocznią, bo mogę bardziej poszaleć. Zdarza się, że kluby przygotowują starą zastawę, którą tłukę. Podczas show zawsze coś leci, ha, ha. Mogę też kombinować z repertuarem, w którym mam m.in. sławnego mięsnego jeża, czyli „Bende Go Zjad!” Klejnut. Przy Adele skupiam się na jej utworach, które wcześniej remiksuję. Choć zdarza się, że lip-syncuję do ballad, a osoby zgromadzone pod sceną śpiewają głośniej od oryginału. Oczywiście, kiedy schodzę ze sceny i przebywam między ludźmi, nie udaję, że jestem Brytyjczykiem, tylko wracam do Adelona i mówię po polsku.

Podobno pojawiają się głosy, że robisz cosplay Magdy Gessler.

Bardzo mnie one bawią! Cosplay kojarzy mi się z konkretnymi eventami, a cosplayerzy z osobami, które odtwarzają fikcyjne postaci z gier, filmów czy seriali, tworzą rekwizyty i kostiumy, aby jak najbardziej upodobnić się do wybranego bohatera. Moje bycie drag queen polega nie tylko na tym, że wybieram postaci autentyczne, ale też występuję, mam swoją publiczność, utrzymuję kontakt z ludźmi, draguję rzeczywistość. Samo zrobienie przez faceta makijażu i zdjęcia na Instagram nie czyni go drag queen. Do tego trzeba czegoś więcej.

Może drag jest przedłużeniem osoby go robiącej? Bardziej wychodzi z jej wnętrza?

Coś w tym jest. Wcieliłem się w wiele postaci, a moje metamorfozy często pokazuję na kanale na YouTube. Jednych bohaterów lubiłem bardziej, innych mniej, ale np. pod względem technicznym byli wyzwaniem, co mnie zawsze bardzo pociąga. Mówię tutaj nie tylko o cosplayu, a robiłem m.in. bohatera z serialu „Dom z papieru”, Wiedźmina i Yennefer czy Dżina z „Aladyna”, ale też o postaciach dragowych, takich jak Beata Kozidrak czy Violetta Villas. Drag i cosplay się ze sobą pokrywają, bo wymagają odgrywania roli. Coraz częściej też drag queens wcielają się w postaci filmowe czy w bohaterów bajek. Z kolei cosplayerzy robią postaci o płci przeciwnej do swojej. Dlatego może po prostu powinniśmy przestać używać metek? Dopóki wszystko ma smak i ludzie widzą w tym daną inspirację, dopóty możemy się bawić cosplayem czy dragiem. Jednak to, co różni te dwie formy, to odbiór społeczny – to pierwsze, podobnie jak przebranie się faceta za babę w kabarecie, jest dopuszczalne; natomiast taka sama sytuacja budzi wielkie oburzenie osób, które nie chodzą do klubów LGBT+ czy na Parady i Marsze Równości.

Wspomniane wyzwanie w robieniu postaci jest dla ciebie kluczowe?

Tak, ale chyba najbardziej lubię to, że mogę niemal zupełnie zmienić swój wizerunek.

Jednym z najczęściej „odwiedzanych” przez ciebie postaci są te wykreowane w serii o Harrym Potterze.

Ta przygoda zaczęła się lata temu! Na pierwszy film zabrała mnie mama w moje urodziny. Pamiętam, że od razu pokochałem ten świat. Chłonąłem kolejne książki i ich ekranizacje. Pod koniec studiów przez 3 lata pracowałem jako opiekun młodzieży na koloniach Potterowskich. Uwielbiałem to, ale kiedy narodził się Adelon, postanowiłem przerwać tę przygodę. Choć nikt mi niczego nie zarzucił, nie chciałem, aby łączono bycie drag queen z wychowywaniem dzieciaków, bo wiedziałem, do jakich homofobicznych sytuacji może to doprowadzić w naszym kraju. Dlatego teraz wchodzenie w bohaterów z książek i filmów z czarodziejskiego uniwersum jest powrotem do tego magicznego czasu.

Jak wybierasz postaci?

Najpierw przeszukuję internet i sprawdzam, jak inni podchodzą do tego typu charakteryzacji. Wiem, że nie zabrzmi to zbyt skromnie, ale najczęściej nie są to udane projekty. Sam tkam włosy i zarost bohaterów, zlecam szycie szat, do makijażu wykorzystuję moje niemal dziesięcioletnie doświadczenie. Najpierw pojawiła się Bellatrix Lestrange, którą ćwiczyłem na koleżance. Jednak nie mogłem się powstrzymać i też się w nią wcieliłem. Odzew był bardzo pozytywny, podobnie z Albusem Dumbledore’em. Jednak największym wyzwaniem była czwórka założycieli Hogwartu, którą postanowiłem zrobić za jednym zamachem. Zacząłem od sprowadzenia rekwizytów z Londynu, w czym pomogła mi Elektroda. Z kolei Lucy d’Arc, która potrafi szyć, zaprojektowała kostiumy. Ponownie tkałem włosy, tworzyłem zakola. Oglądający tutoriale nie zdają sobie sprawy, ile to wszystko pochłania czasu – np. na stworzenie brody potrzebuję 10 godzin. W tym całym przygotowaniu tkwi ta magia. Powoli, włosek po włosku, kreska po kresce staję się konkretną postacią.

W przebraniu komentujesz również homofobiczną politykę polskiego rządu.

Charakteryzacja na K. Smrodek i Krystynę P. pomaga mi się uporać z nagonką na społeczność LGBT+. Jest to też moja odpowiedź na zarzuty, że jako drag queen żyję w bańce, w której jest miejsce na paczki PR-owe, a nie na komentarz polityczny. Prócz peruki i makijażu lipsyncuję wierszyki, do których ułożenia używam słów wypowiedzianych przez pierwowzory. Taki sposób wyrażania tego, co czuję, wydaje mi się bardziej autentyczny niż np. wypowiedź na czarnym tle.

Czy coś rożni wcielanie się w te postaci od robienia Adelona?

Trudno mi powiedzieć, że w postaci z gier czy filmów się wcielam, bardziej się na nie charakteryzuję. Później istnieją przez 30 minut – w tym czasie robię zdjęcia, nagrywam film. Adelon, czy to jako Adele, czy Pani Magda, jest nie tylko przez całe show, ale też w prywatnym życiu. Gesty, pewne zachowania weszły mi w codzienny nawyk. Czasami się na nich łapię. Adelon zrósł się ze mną. Już nikogo nie muszę udawać.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Gry wideo wciąż trochę z tyłu

AIMEE HART, redaktorka naczelna „Gayming Magazine” i współorganizatorka Gayming Awards, opowiada, dlaczego welociraptor może być przykładem dobrej reprezentacji LGBTQ+, czemu milowym krokiem była dla naszej społeczności premiera gry wyścigowej i gdzie się podziali niebinarni protagoniści. Rozmowa Mateusza Witczaka

 

Rozczarowana?

Ale czym?

Wydany w 2020 r. „Hades”, w którym kierowaliśmy poliamorycznym, biseksualnym bogiem, sięgnął po najważniejsze statuetki w branży: Golden Joystick, The Game Awards, a nawet BAFTA. Wydany w podobnym czasie „The Last of Us: Part II” był pierwszym blockbusterem, w którym kierowaliśmy lesbijką. „Tell Me Why” to z kolei pierwsza gra dużego wydawcy (Microsoft), w której protagonistą jest transpłciowy chłopak. Ubiegły rok wypada na tym tle odczuwalnie słabiej.

Owszem, mainstream nie wyszedł naprzeciw społeczności LGBT+, ale w zamian dostaliśmy mnóstwo znakomitych gier indie. Błysnęło „Unsighted”, hack’n’slash transpłciowych twórców, którego bohaterowie niby są androidami, ale znajdują się w podobnym położeniu, co osoby ze społeczności queer. Poza tym premierę miał niesamowity „Unpacking”.

Zaraz, zaraz… „Unpacking”? Gra o rozpakowywaniu pudeł?!

No pewnie! Przy czym trzeba przyjrzeć się jej uważnie, bo inaczej można w niej nawet nie dostrzec queeru. „Unpacking” traktuje o kobiecie, która, o czym już powiedzieliśmy, wypakowuje rzeczy w mieszkaniu. Ostatnio sama się przeprowadziłam, a że nie znoszę pakowania i rozpakowywania się, niespecjalnie ucieszyła mnie perspektywa, że ktoś poświęcił tym czynnościom całą grę – jednak w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że między wierszami studio Witch Beam opowiada intrygującą historię. Z czasem okazuje się, że ta kobieta pozostaje w trudnym związku z drugą kobietą. Ten lesbijski wątek pojawia się znikąd, ale bardzo mi się on spodobał. Nie chcę spoilować czytelnikom „Repliki” zakończenia, powiem tylko, że jest ono słodko-gorzkie. Dodam jeszcze, że w 2021 r. wyszło „Lake”, moja gra roku. Ekipa Gamious cofa nas do połowy lat 80. Meredith Weiss, czterdziestokilkulatka z wielkiego miasta, porzuca swoją pracę jako programistka, by wrócić na prowincję i zostać listonoszką w fikcyjnym Providence Oaks w Oregonie. Gameplay jest oszczędny: dostarczasz pocztę. Rozmawiasz. Wsiadasz do samochodu. Jedziesz dalej. I tak w kółko.

Brzmi pasjonująco…

W trasie ponownie spotykasz starych przyjaciół Meredith… ale także potencjalnych partnerów: Roberta lub Angie, zdeklarowaną lesbijkę. Możesz zignorować jej wątek, czyniąc z Meredith osobę hetero (lub taką, która nie wyszła z szafy), ale wówczas gra będzie mniej ciekawa. Jeżeli zdecydujesz się na związek z Angie, w żadnym momencie nie odczujesz ze strony mieszkańców Providence Oaks otwartej bi- czy homofobii… ale „Lake” bardzo dobrze prezentuje na monitorze akty mikroagresji, jakie w tamtych czasach były dla osób queerowych codziennością. Choć samo miasto jest kolorowe i piękne, nie czułam się w nim bezpiecznie.

W popularniejszym „Life is Strange: True Colors” kierujemy Alex, świetnie napisaną postacią biseksualną, która jest w stanie „czytać” emocje innych ludzi.

Seria „Life is Strange” od dawna przesuwa granicę medium i oswaja odbiorców z wątkami LGBTQ+. Tegoroczna gala Gayming Award będzie zapewne zdominowana przez gry indie – i dobrze, bo ich twórcy od zawsze zapuszczają się w miejsca (jeszcze) niedostępne dla większych studiów, przedstawiając historie, których mainstream nie może lub nie chce opowiadać. Właśnie dlatego jednak „True Colors” się wyróżnia. To chyba jedyna ubiegłoroczna gra z nieheteronormatywną protagonistką, która trafi do masowego gracza.

W naszej bańce niesamowicie dobrze rezonował w tym roku także „Raptor Boyfriend”, visual novelka, w której randkujemy z dinoza…

Abso-kurwa-lutnie kocham „Raptor Boyfriend”! Bardzo, bardzo mocno! I nie jestem w tej miłości sama, to szalony, pokręcony queer, który jednocześnie stroni od prezentowania nieszczęść i krzywdy. Owszem, mimo żartobliwej otoczki scenariusz porusza trudne tematy – choćby depresji czy uzależnienia od alkoholu – ale przede wszystkim jego autorzy pokazują, że nieheteronormatywność nie musi zawsze łączyć się z cierpieniem. „Raptor Boyfriend” ma dość typowy dla gatunku licealny setting, tyle że zamiast romansować w ogólniaku z cisgenderowymi gośćmi, randkujemy z wróżką, Wielką Stopą i raptorem. Co ważne: wciąż możemy dostrzec w nich siebie samych. A fakt, że nimi wszystkimi, mimo ich dziwaczności, interesuje się główna bohaterka, w jakiś sposób umacnia gracza w przekonaniu, że inność jest w porządku. Owszem, na rynku jest mnóstwo powieści wizualnych, ale nie ma drugiego „Raptor Boyfrienda”, słodkiej gry o całowaniu welociraptora. Fajnie, że jest nasz, queerowy.

„Nasz, queerowy” wydawał się także „Mass Effect”, wysokobudżetowa space opera, która dostała w ubiegłym roku remaster Legendary Edition. Lata temu jej twórców, kanadyjskie BioWare, chwalono za portretowanie osób nieheteronormatywnych, ale odświeżenie spotkało się z krytyką. Fani narzekali, że studio nie nadpisało scenariusza, by dostosować go do współczesnych standardów.

Pamiętajmy, że „Legendary Edition” jest remasterem, nie remakiem. Osobiście jednak bardzo bym chciała, żeby BioWare poszło o krok dalej. Cholera, to nieliniowy RPG, w którym sami określamy, podejmując setki wyborów moralnych, kim ma być komandor Shepard (protagonista_ka – przyp. red.). Tymczasem przez dwie gry trylogii nie może być on_a lesbijką lub gejem. Szczególnie gejem.

Dopowiedzmy czytelnikom_czkom, że jeśli w pierwszej grze zdecydowaliśmy się grać kobietą – w teorii mogła ona związać się z Liarą, tyle że ta jest przedstawicielką rasy, która posiada tylko jedną płeć.

Czyli mamy związek lesbijski, ale wcale nie, bo Liara nie jest kobietą. (wzdycha) A Shepard mężczyzna nie mógł liczyć nawet na to. Pamiętam wywiad, jakiego Casey Hudson (reżyser trylogii – przyp. red.) udzielił Kotaku. Zapytany, dlaczego w „Mass Effekcie” nie ma homoseksualnych opcji romansowych, odparł, że ich wprowadzenie wymagałoby dużo czasu, a poza tym „to ma być film 13+” – tak jakby całujący się mężczyźni mieli podnieść klasyfikację wiekową!

Czytałem artykuł The Gamera, który rzuca na sprawę nieco światła. Część bohaterów i bohaterek „Mass Effect 2” miała być w założeniach nieheteronormatywna, np. Jack planowano uczynić postacią panseksualną. Zrezygnowano z tego pomysłu po nagonce, jaką w związku z „lesbijskimi” pocałunkami z Liarą urządziło Fox News.

Biorąc pod uwagę, że planowali taki content, należało zrobić wszystko, by go przywrócić. Reagowanie na materiały Fox News jest niedorzeczne, nikt nie powinien zwracać uwagi na treści publikowane przez tę stację. Bez wątpienia fani i fanki oczekiwali od BioWare mocnego stanowiska, bo „Mass Effect” brzydko się zestarzał, zwłaszcza dla gejowskich graczy, dla których pierwsza opcja romansowania z osobą tej samej płci pojawia się dopiero w… zwieńczeniu trylogii! Przypominam, że mówimy o studiu, które zasłynęło sojusznictwem, to jego gry otwarły publiczność głównego nurtu na towarzyszy gejów czy postaci trans. W przeszłości BioWare podniosło sobie poprzeczkę wysoko, mamy więc prawo wymagać od niego więcej niż od innych zespołów.

Dziesięć minut rozmawiamy o możliwości romansowania w RPG-ach z osobami tej samej płci. Dlaczego to takie ważne?

Bo BioWare to mistrzowie opowiadania historii. A my łakniemy dobrych opowieści, szczególnie takich, w których moglibyśmy zobaczyć kawałek siebie. Mimo że gry studia toczą się w uniwersach fantasy lub science fiction, a ich bohaterami są elfy, krasnoludy albo kroganie, są oni bardzo ludzcy. Co więcej: stają się popularni, dzięki grom trafiają do komiksów, książek i filmów, a cosplayerzy przebierają się za nich podczas konwentów. Uczynienie takiej postaci gejem, osobą niebinarną albo transpłciową sprawiłoby, że zyskalibyśmy jako społeczność świetnego ambasadora.

W twoim podsumowaniu roku przeczytałem, że jednym z najlepszych, ubiegłorocznych przykładów reprezentacji osób LGBT+ jest… „Forza Horizon 5”, a więc gra wyścigowa!

Jako osoba niebinarna (Aimee używa również żeńskich zaimków – przyp. red.) doceniłam, że pozwala ona na swobodny wybór zaimków i personalizację postaci, w ramach której możemy dodać nawet protezy rąk i nóg. Pewnie zachodzisz w głowę, dlaczego to takie ważne, skoro przez 98% czasu odbiorca obserwuje samochód, a nie kierowcę. Otóż z prostej przyczyny: „Forza Horizon 5” to jedna z największych premier 2021, do tej pory zagrało w nią 15 milionów ludzi. Jej autorzy i autorki wysłali w świat sygnał, że nawet w grze wyścigowej możesz być sobą. Oczywiście trochę mi dziwnie stawiać na piedestale kogoś, kto po prostu wykonał niezbędne minimum roboty, ale mówimy o Microsofcie! Jeżeli dzięki komuś „niezbędne minimum” może stać się standardem – to właśnie dzięki nim.

„Forza” pozwala nam stworzyć postać od zera, ale kiedy w mainstreamie pojawi się wyłącznie niebinarny protagonista? Gdy o tym myślę, do głowy przychodzi mi jedynie Kris z niezależnego „Deltarune”.

To złożony problem. Pewną jego częścią są niektórzy gracze, którzy wciąż nie mogą przejść do porządku dziennego nad faktem, że bohaterkami bywają kobiety, a co dopiero osoby nieheteronormatywne. Czy tego chcemy, czy nie, gry wideo wciąż są trochę z tyłu. Odnoszę też wrażenie, że jako ludzie queer jesteśmy zbyt podzieleni. Dam przykład: w strzelance „Apex Legends” pojawia się niebinarny Bloodhound. Przez niektórych to postać kochana, czują z nią więź, ale inni fani krytykują autorów i autorki, bo Bloodhound ma dość „robotyczny” wygląd, przesterowany głos i chodzi w masce. Choć jest więc niebinarny, nie wydaje się dostatecznie ludzki. To zasadne uwagi, ale przez nie inni projektanci obawiają się wykonać ruch, bo wiedzą, że naraziliby się w ten sposób na krytykę. Trzecia sprawa: potrzebujemy w gamedevie więcej osób niebinarnych. Nie tylko muszą one czuć się w branży bezpiecznie, ale także obejmować w niej kluczowe stanowiska. Wiele mainstreamowych gier wciąż jest tworzonych przez starych, białych, cispłciowych mężczyzn. W głównej roli obsadzają oni kolesia z brodą, albo w najlepszym wypadku białą kobietę. Właśnie dlatego Alex z „Life is Strange: True Colors”, biseksualna dziewczyna o chińsko-wietnamskich korzeniach, stanowi małą rewolucję.

Pewnie trochę namiesza podczas drugiej edycji Gayming Awards.

Już teraz zapraszam na kwietniową galę (nominacje ogłosimy w połowie lutego). Ale przed nami w ogóle świetne perspektywy. „Gayming Magazine” stale zyskuje czytelników, a w tym roku mamy apetyt, by stać się jeszcze więksi: chcemy wystartować z naszym własnym eventem LGBTQ+ Gayming Live, szukamy też możliwości, by edukować developerów na temat różnorodności. 2021 był dla nas dużym rokiem, ale patrząc na to, co mamy zaplanowane na 2022: to było dopiero preludium! Patrzę w przyszłość z olbrzymim optymizmem.

Nic dziwnego. Tegoroczne rozdanie nagród wsparli finansowo najwięksi wydawcy – Ubisoft, Sony, Microsoft, Electronic Arts – a także Facebook i Twitch. Trudno ich było przekonać do mecenatu?

Nietrudno, przecież ci „wielcy wydawcy” zatrudniają mnóstwo osób LGBT+. Pracują u nich także wrażliwi, pełni empatii sojusznicy, którym nie jest wszystko jedno. Oni naprawdę w nas wierzą, co przyjmuję z olbrzymią pokorą. Każdego dnia loguję się na nasz portal i widzę rosnącą liczbę ludzi, z którymi rezonują gry LGBTQ+. Gracze chcą takiego contentu, a wydawcy robią, co mogą, by im go dostarczyć. Czy czynią to z altruistycznych pobudek – nie wiem. Wiem, że nie moglibyśmy wydawać naszego magazynu 10 lat temu, a dziś żyjemy w czasach, gdy wspierają nas najwięksi z największych.

10 lat temu sama byłaś jeszcze nastolatką. Jak patrzyli wtedy na naszą społeczność twórcy gier, dziennikarze branżowi i sami gracze?

O LGBTQ+ nie potrafi ono wtedy pisać i nie potrafi ono wtedy pisać postaci LGBTQ+. Branża patrzyła na nas tak, jak wszyscy inni: jak na mityczne istoty, tymczasem ja nie chciałam być mityczną istotą. W liceum widziałam, jak koledzy i koleżanki wpadały w przegródkę „gej” lub „lesbijka” byli przez to gnębieni. Na korytarzu zawsze znalazł się jakiś dupek, który używał przymiotnika „gejowski” jako obelgi. Sama długo zachowywałam swoją orientację dla siebie. Również dlatego, że moja rodzina, a w każdym razie jej starsi członkowie, wypowiadali się o osobach nieheteronormatywnych bardzo nieprzychylnie.

Czy gry mogą pomoc takim zagubionym młodym ludziom?

Sama jestem tego przykładem! Pierwszą produkcją, w której zobaczyłam queerową postać, był rolplej „Dragon Age: Origins”. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo on na mnie wpłynie. Miałam 14, może 15 lat, i przyłączyłam do drużyny bardkę Lelianę. Pomyślałam sobie: Boże, o co tu chodzi? Czemu chcę romansować w grze z kobietą? Czy to coś złego? O co chodzi?! Równolegle grałyśmy w „Dragon Age’a” z licealną przyjaciółką. Na którejś przerwie zapytała mnie ona, z kim stworzyłam związek… i odpowiedziałam. Wyszłam z szafy właśnie w ten sposób. Przynajmniej dla niej, bo takiego „uczciwego” coming outu dokonałam parę lat później, już na uniwersytecie. Pamiętam zresztą, że Fox News i inne prawicowe media bardzo wtedy atakowały grę za możliwość lesbijskiego romansu, bo przecież „to zdeprawuje nasze dzieci!”.

Dobrze, że to już za nami.

Nawet nie wiesz jak się cieszę, że nastał czas, w którym nie musimy tłumaczyć, że umieszczenie w grze geja nie jest niemoralne, ale możemy się pokłócić o portretowanie osób niebinarnych.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Polityczne marzenia

Z filmowcem ANU CZERWIŃSKIM, pierwszą osobą transpłciową, która zagrała transpłciową postać w polskim serialu – Franka w drugim sezonie „Kontroli” – rozmawia Jakub Wojtaszczyk

 

Foto: Diana Lelonek

 

Jak trafiłeś na plan „Kontroli”?

W Polsce nie mamy specjalistycznych agencji aktorskich o queerowym profilu, dlatego zazwyczaj poszukiwanie aktorów i aktorek ze społeczności LGBT+ odbywa się pocztą pantoflową. Tak też było w moim przypadku. Julia Maciocha, prezeska Parady Równości, zapytała mnie, czy kojarzę „Kontrolę”. Oczywiście znałem pierwszy sezon i bardzo go ceniłem. Okazało się, że Julia jest znajomą Nataszy Parzymies, reżyserki serialu, która zdradziła jej, że myśli o wprowadzeniu osoby trans do obsady i chciałaby do mnie w tej sprawie zadzwonić. Moje serce zabiło mocniej, bo w polskiej produkcji nigdy wcześniej nie pojawiła się transpłciowa postać. Chciałem pomóc Nataszy ją znaleźć.

Nie zagrać?

Byłem przekonany, że zadzwoni do mnie w sprawie konsultacji. Od jakiegoś czasu osoby ze środowiska teatralnego i filmowego proszą mnie o radę w sprawie rozwiązań fabularnych, kiedy chcą wprowadzić do swojej produkcji osobę queerową. Tymczasem szybko okazało się, że Natasza widziałaby mnie w roli Franka. Jestem filmowcem i zazwyczaj stoję po drugiej stronie kamery, ale mam za sobą też epizod w filmie „Wszystkie nasze strachy”, pojawiłem się również w małych rolach w dwóch spektaklach teatralnych. Jednak postać w „Kontroli” miała mieć większe znaczenie, a także powrócić w ewentualnym trzecim sezonie. Podszedłem do zadania z entuzjazmem, bo byłem pod wielkim wrażeniem pierwszego sezonu serialu.

Co cię w nim urzekło?

Już przy pierwszym odcinku nie mogłem uwierzyć, że powstał polski serial o romansie dwóch dziewczyn! Było coś niesamowitego w tym, że nie dostajemy historii o cierpieniu i zmaganiu się z homofobicznym społeczeństwem, tylko bezpretensjonalną historię miłosną, która nie rości sobie prawa do bycia głosem w debacie światopoglądowej. Żeby tego było mało, jest jeszcze przepięknie sfilmowana i świetnie zagrana. Osobiście lubię kino, które niepokoi, otwiera umysł, zaprowadza w nowe rejony czy wykoleja z utartego sposobu myślenia. Ale film, również dla mnie, jest środkiem wyrazu, który pozwala ludziom poczuć się mniej samotnie, przejrzeć się w postaciach, odnaleźć ukojenie. Oglądając „Kontrolę”, przypomniałem sobie swoje emocje, rozterki i pragnienia, które towarzyszyły mi w wieku 13 lat. Pamiętam jak dziś wrażenie, kiedy myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi, bo jakaś cząstka mnie została opowiedziana na ekranie.

Jaki film pomógł ci odkryć siebie?

Dorastałem w czasach, kiedy internet nie był rozhulany, więc dostęp do informacji i reprezentacji był bardzo utrudniony. Kiedy miałem naście lat, usłyszałem, jak moje koleżanki przyciszonym głosem rozmawiają o filmie na HBO z lesbijkami, w którym dwie bohaterki uprawiają ze sobą seks. Nie znałem słowa „lesbijka”, choć wiedziałem już, że dziewczyny mi się podobają. Niestety nie miałem dekodera, więc poprosiłem jedną z koleżanek o nagranie filmu na kasetę wideo. Była to „Gia” z Angeliną Jolie. W mojej głowie nastąpiło przebudzenie – nie tylko odkryłem erotykę, ale też film pomógł mi zrozumieć własną tożsamość, z którą się wtedy identyfikowałem. Zakochałem się w Angelinie jako archetypie lesbijki, a plakaty z jej wizerunkiem zdobiły ścianę mojego pokoju. Później aktorka zagrała jeszcze w „Przerwanej lekcji muzyki”, w której całowała się z Winoną Ryder. Te sceny pielęgnowałem w pamięci jako punkty odniesienia. Pamiętam, jak w wieku 15 lat przerażony dokonywałem pierwszego coming outu przed przyjaciółką. Zamiast powiedzieć „jestem lesbijką”, powiedziałem: „Jestem jak Gia z filmu”. Gdyby „Kontrola” powstała w tamtym okresie mojego życia, na pewno bałbym się o wiele mniej.

Przez dziesięciolecia w kinie i TV osoby trans były przedstawiane jako zagrożenie lub żart, co pokazuje film dokumentalny „Disclosure” w reżyserii Sama Federa. Gdzie szukałeś reprezentacji?

Po maturze wyjechałem do Francji. Wtedy, prócz chodzenia na nieheteronormatywne imprezy, zacząłem ubierać się w bardziej „męskie” ciuchy i mocniej ściąłem włosy. Podskórnie czułem, że właśnie tego potrzebuję. Pojechałem też na Letni Uniwersytet Homoseksualności, czyli obóz aktywistyczny, który oddolnie organizowany jest we Francji od lat 70. Tam po raz pierwszy spotkałem trans mężczyzn. Dziś, w dobie Instagrama zabrzmi to głupio i naiwnie, ale wtedy myślałem, że istnieją tylko trans kobiety. Instynktownie zaprzyjaźniłem się z tymi osobami. Zaczęło mi coś świtać w głowie. Toczyłem walkę z samym sobą – z jednej strony tożsamościowe pragnienie zaczęło we mnie buzować, z drugiej pojawiały się okropne myśli typu: „Nie mogę być czymś takim”. Rok po obozie obejrzałem film dokumentalny „Venus Boyz”, który pokazuje szeroki przekrój kobiecych męskości – od historii pionierki drag king, choreografki Diane Torr, przez opowieści osób interpłciowych, po trans mężczyzn i ich dochodzenie do męskości. Dokument pomógł mi usystematyzować moją tożsamość. Osoby hetero nieustannie widzą swoje wzory osobowościowe na ekranie. My, osoby LGBT+, musimy ich szukać. Mnie udało się to dopiero w wieku 20 lat. Na szczęście tych postaci jest coraz więcej w kinie i telewizji.

O Franku, którego grasz w „Kontroli”, wiemy niewiele. Jego rodzice wciąż zwracają się do niego deadname’em, dlatego woli spędzać czas wśród osób, które go akceptują. Czy na własny użytek stworzyłeś jego biografię?

Kiedy dostałem scenariusz wigilijnej sceny, w której Franek po raz pierwszy się pojawia, zrozumiałem, że Nataszy w kilku zdaniach udało się streścić moją prywatną historię. Nie lubię określenia „gram siebie”, bo wynikałoby z niego, że nie jest to gra aktorska, ale tak naprawdę odgrywałem własne doświadczenia. Do niedawna sam mogłem wypowiedzieć podobne słowa podczas gwiazdkowej kolacji. Był taki okres w moim życiu, w którym cały świat zwracał się do mnie w formie męskiej, tylko nie rodzina. Na planie wystarczyło, że zamknąłem oczy i przypomniałem sobie, jak to naprawdę wyglądało. Dla mnie właśnie ta autentyczność, która jest tak pożądana w kinie czy telewizji, jest głównym argumentem za tym, by postaci trans nie były grane przez cispłciowych aktorów. Jednym z głównych zadań aktorskich jest przecież twórcza interpretacja własnych doświadczeń i emocji.

Autentyczność to jedno, ale osoby trans dostają szansę, której do tej pory po prostu nie miały.

 Tak! W ostatnim czasie dostaję propozycje interpretowania postaci trans w filmach i spektaklach teatralnych. Co prawda nie mogę jeszcze mówić o tych projektach, ale zastanawiam się: gdy twórcy wyeksploatują temat, czy będę mógł kontynuować pracę aktora? Chciałbym zagrać też osobę cis. Często zadaję sobie pytania: czy w kinie trans dziewczyna będzie mogła wcielić się w rolę matki? Czy osoby trans będą mogły zagrać ludzi, którzy nie tylko są swoją tożsamością, ale też rodzicami, bossami mafii, papieżem, a nawet Jamesem Bondem? Byłaby to prawdziwa rewolucja!

Przez to, że w polskich mediach praktycznie nie ma reprezentacji osób trans, domyślam się, że Franek może reprezentować wszystkie takie osoby, być generyczną osobą trans. Czy taka perspektywa jest przytłaczająca?

Ostatnio organizowałem casting dla Netflixa do filmu o trans chłopaku, więc niedługo nie będę już jedyną reprezentacją. Jednak jestem dumny i bardzo wzruszony, że dziś mogę dać komuś coś, czego ja nie miałem. Mimo że wciąż jestem młody, wyczuwam u siebie potrzebę zatroszczenia się o queerowe dzieciaki, które teraz są w tych potwornych, nacjonalistycznych szkołach, które szukają tego, czego nie dostały w rodzinnych domach – otwartości i poczucia bezpieczeństwa, Mam nadzieję, że „Kontrola” będzie dla nich taką spokojną przystanią.

W takim razie czy „Kontrola” – przez to, że pokazuje osoby LGBT+ nie przez pryzmat ich tożsamości czy orientacji, tylko przez to, że one po prostu są – może być w dzisiejszej Polsce odbierana jako przejaw politycznego zaangażowania?

Jest taki slogan z feministycznej manifestacji: „Chcemy całego życia”. Co prawda mówi o prawie do aborcji i decydowaniu o własnym ciele, jednak mnie, jako osoby trans, również dotyczy. Chcę swobodnie żyć, kochać, móc zrobić tranzycję bez przymusu pozywania rodziców do sądu, wziąć ślub, mieć prawo do pochówku partnera… To podstawa życiowa, której nie mają osoby LGBT+ w Polsce, bo nie ma w Polsce równych praw. Kiedy te prawa osiągniemy, chcę mieć możliwość bycia aktorem, chcę studiować fizykę molekularną lub być wychowawcą w przedszkolu – chcę bez lęków być kimkolwiek sobie wymarzę. „Kontrola” mówi do widza z tego właśnie poziomu, bo opowiada o utopijnym świecie bez homofobii. Pozwala nam mieć marzenia o dobrym, całym życiu. W młodości myślałem, że jako osoba trans będę skazany na margines, że będę musiał wiecznie toczyć walkę i wyszarpywać sobie możliwość istnienia. Ten stereotyp w mojej głowie rozwiała dopiero Anna Grodzka, kiedy została posłanką. Wtedy odważyłem się na coming out przed znajomymi. „Kontrola” pozwala wyobrazić sobie właśnie to „całe życie”, czyli świat, w którym osoba trans może przyjść na imprezę, poznać dziewczynę, spojrzeć jej głęboko w oczy i w kolejnej scenie skraść jej pocałunek, bez tłumaczenia się z własnej tożsamości. W tym wypadku ten serial jest polityczny. Każde marzenie o lepszym świecie takie jest.

Anu Czerwiński – filmowiec, dokumentalista, twórca wideo do spektakli teatralnych i performansów, aktor. Jako członek pionu reżyserskiego współpracuje przy produkcji filmów fabularnych i dokumentalnych w Polsce i we Francji.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tęczowi niezłomni

JAROSŁAW IWASZKIEWICZ, WITOLD ZDZITOWIECKI, JULIUSZ MIECZYSŁAW KRAWICZ – szkice Marka Telera o trzech nieheteroseksualnych artystach, bohaterach, którzy w czasie wojny ratowali Żydów i angażowali się w walkę z okupantem

 

Czy ludzie LGBT mogliby być bohaterami narodowymi? Pytanie retoryczne, bo dlaczego nie, jednak całe lata homofobii i niepisanego nakazu milczenia o „tych sprawach” sprawiły, że dla wielu Polaków i Polek samo mówienie o nieheteroseksualności w kontekście bohaterstwa zakrawa na dziwną ujmę na honorze. Domniemany heteroseksualizm naszych wielkich stał się oczywistością i dopiero ostatnie dekady przynoszą „rewelacje” dotyczące choćby, jak ostatnio, Fryderyka Chopina czy Juliusza Słowackiego, którym zdecydowanie bliżej było, jak dziś byśmy to ujęli, do bycia queer niż życia w heteronormie. W czasie II wojny światowej bohaterską postawą – ratowaniem Żydów czy działalnością konspiracyjną – odznaczali się również artyści, w tym artyści nieheteroseksualni. Oto krótkie szkice dotyczące trzech z nich – Jarosława Iwaszkiewicza, Witolda Zdzitowieckiego oraz Juliusza Mieczysława Krawicza. Chociaż sami, ze względu na swoją orientację seksualną, należeli do grupy narażonej na prześladowania ze strony Niemców, nie wahali się pomagać tym, którym groziła Zagłada, ani angażować się w podziemną walkę z okupantem.

Kryjówka na Stawisku

Jarosław Iwaszkiewicz już w wieku 17 lat był na tyle świadomy swoich homoerotycznych fascynacji, że w dzienniku pod datą 19 stycznia 1911 r. zapisał: „W poniedziałek, to jest pozawczoraj, byłem u najukochańszego; miły on stale i ciągle; tak go kocham, że boję się, czy nie jestem homoseksualistą”. Jego późniejsze liczne relacje erotyczne i miłosne z mężczyznami były tajemnicą poliszynela, a jego żona Anna, choć nie było to zapewne łatwe, starała się podchodzić do męża z akceptacją i zrozumieniem. „Wolę, żeby Jarosław latał za chłopcami niż za dziewczynami” – mawiała, próbując żartować na temat swojej sytuacji. Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie w czasie II wojny światowej razem starali się nieść pomoc prześladowanym i potrzebującym. Należący do nich majątek ziemski Stawisko w Podkowie Leśnej stał się wówczas bezpiecznym azylem dla osób ukrywających się przed Niemcami. Jak wyliczają badacze, łącznie schronienie u Iwaszkiewiczów znalazło ponad 60 osób, w tym m.in. były kochanek pisarza Wacław Mila, żołnierz Armii Krajowej z Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego. Przybył on ze swoim szwagrem do Stawiska 3 sierpnia 1944 r., dzień po starciu z wojskiem niemieckim pod Pęcicami. „Mieszkali u mnie wtedy dosyć długo, potem Wacek przekradł się do siebie do Ożarowa, już był wtedy żonaty” – wspominał Iwaszkiewicz w swoim dzienniku. Sam Iwaszkiewicz działał zresztą w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego przy ratowaniu zabytków kultury polskiej. W Stawisku ukrywały się też osoby żydowskiego pochodzenia, m.in. małżeństwo Muszkatów. Kiedy zaś Iwaszkiewiczowie nie mogli już zapewnić im bezpieczeństwa, przetransportowali parę do domu zaprzyjaźnionego z nimi pisarza Jerzego Mieczysława Rytarda (partnera Jarosława jeszcze z czasów kawalerskich) w Milanówku. Iwaszkiewicz i jego żona wspierali też finansowo córkę Muszkatów Anielę Neufeld-Nowicką i wnuczkę Janinę Nowicką. Neufeld-Nowicka często nocowała u Iwaszkiewiczów, a za ich pomoc odwdzięczyła się, dając córkom pary lekcje fizyki. Małżonkowie udzielili również pomocy Wandzie Wertenstein, córce profesora fizyki Ludwika Wertensteina, oraz znaleźli bezpieczne schronienie dla znajomego z Brwinowa Wiesława Gelbarta. Ojciec Wiesława, Michał Gelbart, był zaś jedną z osób ukrywających się w Stawisku. To tylko kilka przykładów z wielu aktów bezinteresownej pomocy ze strony Iwaszkiewiczów w czasie II wojny światowej. Po wojnie Jarosław i Anna zaangażowali się z kolei w pomoc sierotom wojennym. W 1947 r. adoptowali czternastoletniego Wiesława Kępińskiego, który cudem ocalał z rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. „Przez lata wykształciło się w nas pokrewieństwo nie krwi, a ducha. Być »prawie synem« takiego człowieka, żyć na Stawisku to cud” – opowiadał Kępiński o Iwaszkiewiczu w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim”. Po latach córka Iwaszkiewiczów, Maria Iwaszkiewicz, wspominała: „Rodzice moi uważali pomoc ludziom zagrożonym za rzecz tak naturalną, iż nigdy nie starali się o jakieś wyróżnienia czy nagrody”. Anna Iwaszkiewiczowa zmarła 23 grudnia 1979 r. w Stawisku, a Jarosław Iwaszkiewicz zmarł 2 marca 1980 r. w Warszawie. Za pomoc, którą bezinteresownie okazywali Żydom, 21 stycznia 1988 r. Instytut Yad Vashem w Jerozolimie nadał im tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Ogolony przez „swoich”

Aktor i reżyser Witold Zdzitowiecki należał do elity artystycznej II Rzeczypospolitej, a jego specjalnością były operetki, które z powodzeniem wystawiał na scenach w Warszawie, Toruniu i Poznaniu. Największą popularność zdobył w latach 30., kiedy był głównym reżyserem w teatrach 8.30 i 8.15. Często współpracował wówczas z aktorem, dziennikarzem i autorem tekstów Leopoldem Brodzińskim. Zarówno Zdzitowiecki, jak i Brodziński dali się wówczas poznać jako łowcy młodych talentów, pomogli rozwinąć aktorskie skrzydła m.in. Zbigniewowi Rakowieckiemu, Włodzimierzowi Łozińskiemu i Olgierdowi Jacewiczowi. W kręgach artystycznych nie było tajemnicą, że część z promowanych przez nich artystów była jednocześnie ich kochankami. W latach 1932–1933 Zdzitowiecki intensywnie lansował na łamach prasy filmowej aktora Harry’ego Corta (właśc. Stanisław Bielski), notabene również byłego kochanka Iwaszkiewicza. Kiedy w grudniu 1935 r. podopieczny reżysera został aresztowany we Francji za posiadanie narkotyków, na łamach dziennika „Dzień Dobry” ukazał się artykuł, w którym pisano wprost, w jaki sposób Cort zaistniał w polskiej kinematografii i na teatralnej scenie. „Pod pozorem rozwijania i budzenia w nim talentu – reżyser filmowy p. Z. spędza z Harrym Cortem weekendy w zacisznym pensjonacie pod Warszawą na linii otwockiej” – pisał dziennikarz przedwojennej bulwarówki. Nie ulega wątpliwości, że owym „reżyserem Z.” był Witold Zdzitowiecki, który na początku lat 30. planował obsadzić Corta w swoim (ostatecznie niezrealizowanym) debiucie filmowym „Portret Doriana Graya”. Harry Cort po francuskim skandalu był już skończony jako aktor, więc dziennikarz nie miał oporów, by de facto ujawnić jego homoseksualizm. Zdzitowiecki cieszył się zaś na tyle dużą popularnością, że zdecydowano się zatuszować jego nazwisko. W sierpniu 1939 r., po premierze „Panny wodnej”, ostatniej przedwojennej operetki teatru 8.15, Zdzitowiecki wygłosił przemówienie, w którym domagał się końca niemieckiej operetki. Kiedy zaś wiosną 1940 r. w Warszawie zaczęły powstawać koncesjonowane przez niemieckiego okupanta teatry jawne, nie chciał zaangażować się w ich działalność. Dopiero po tym jak dyrektor jawnych teatrów Stanisław Heinrich zaczął grozić Zdzitowieckiemu, że przekaże Niemcom artykuł z jego antyniemieckimi wypowiedziami, reżyser uległ szantażowi i zgodził się na współpracę. Od 14 września 1941 r. do 2 czerwca 1944 r. pracował więc jako kierownik artystyczny, reżyser, aktor i autor tekstów komedii w teatrze Maska. Reżyserował też dorywczo w innych teatrach jawnych. 13 maja 1944 r. wyrokiem Kierownictwa Walki Podziemnej Witold Zdzitowiecki został ukarany ogoleniem głowy za działalność ubliżającą godności obywatelskiej i artystycznej aktorów polskich. Po latach reżyser Bohdan Korzeniewski wspominał w książce „Sława i infamia”: „Wyciągnięto zza sceny Zdzitowieckiego, który krzyknął: »Panowie, szanujcie moje siwe włosy« – i zaczął szlochać. Tego tylko ogolono”. Nie omieszkał przy tym podkreślić „niemęskie” zachowanie Zdzitowieckiego, który rozpłakał się zamiast przyjąć karę „z godnością”. Trudno się jednak dziwić reakcji skazanego artysty, ponieważ przez cały okres okupacji Zdzitowiecki aktywnie wspierał działalność Polskiego Państwa Podziemnego. Już w pierwszych miesiącach okupacji zaczął pisać artykuły do gazety podziemnej „Głos Polski”, której redaktorem naczelnym był żołnierz ZWZ–AK Tadeusz Betley ps. Huragan. Pismo to było zresztą drukowane w mieszkaniu wieloletniego partnera Witolda Zdzitowieckiego, aktora i reżysera Karola Bendy. W nocy z 8 na 9 czerwca 1940 r. do domu Zdzitowieckiego weszli Niemcy, poszukując drukarni i wydawcy „Głosu Polskiego”. Betley wspominał w powojennym liście w obronie Zdzitowieckiego: „Tragiczną dla mnie sytuację uratował obywatel Witold Zdzitowiecki. Bo kiedy śp. Karol Benda uprzednio obity i zmaltretowany był bliski załamania się i na żądanie gestapowców chciał wskazać moją prawdziwą fotografię, uprzedził go w tym ob. Witold Zdzitowiecki, wskazując zdjęcia teatralne naszego wspólnego znajomego (Rybarczyka), który w tym czasie prawdopodobnie przebywał we Włoszech”. Tylko szybka reakcja Witolda Zdzitowieckiego pozwoliła uchronić znajdującą się w sąsiednim budynku drukarnię Betleya przed dekonspiracją. Zdzitowiecki zaangażował się również w niesienie pomocy znajomym żydowskiego pochodzenia. Przez kilka miesięcy ukrywał w swoim mieszkaniu dziennikarkę i pisarkę Jadwigę Migową, wywodzącą się z żydowskiej rodziny inteligenckiej. „Ukrywał męża swej gosposi niejakiego Wołkowyskiego – i że gestapo jako Żyda ścigało go, a on go nocą przechowywał pod swoim pokojem” – wspominał po wojnie aktor Aleksander Olędzki. Pomagał też aktorce Joannie Poraskiej, która w czasie okupacji prowadziła tajny podsłuch i rozdział informacji radiowych. Po wojnie tłumaczyła: „Kiedy jesienią w 1942 r. Niemcy zabrali dom, w którym mieszkałam, ukryłam aparat radiowy, wyniesiony w koszu od bielizny, w mieszkaniu kolegi Zdzitowieckiego na Nowym Świecie. Stamtąd dopiero poszedł dalej”. W 1943 r. reżyser zajmował jeden z pokoi w mieszkaniu śpiewaczki Olgi Orleńskiej, w którym powielano gazetki podziemne i ukrywano jednostki zagrożone. Zdzitowiecki pomagał jej w kolportażu konspiracyjnej prasy i – jak utrzymywała Orleńska – „wspomagał, ukrywał i wspierał moralnie i materialnie ukrywających się i potrzebujących pomocy ludzi, nieraz zupełnie sobie obcych”. Kiedy 31 grudnia 1943 r. w mieszkaniu Orleńskiej pojawili się funkcjonariusze gestapo, jej i Zdzitowieckiemu udało się uchronić lokal przed dekonspiracją. Co prawda przez pewien czas mieszkanie było pod obserwacją niemieckiej policji, ale artyści zdołali uniknąć kary. Karę Zdzitowiecki poniósł natomiast pół roku później z rąk „swoich”, czyli działaczy polskiego podziemia. Po wojnie Witold Zdzitowiecki musiał toczyć walkę o swoje dobre imię przed komisjami i sądami weryfikacyjnymi Związku Artystów Scen Polskich, który badał sprawy artystów działających w okupacyjnych teatrach jawnych. 25 lutego 1945 r. zaocznym wyrokiem Komisji Weryfikacyjnej przy Tymczasowym Zarządzie ZASP został skreślony raz na zawsze ze Związku Artystów Scen Polskich. Odwołał się jednak od wyroku, a w jego obronie stanęło liczne grono artystów, którym pomagał w czasie okupacji. Ostatecznie 7 grudnia 1947 r. Sąd Centralny do spraw weryfikacyjnych II instancji udzielił mu surowej nagany, lecz przywrócił prawa członka ZASP. Choć pod koniec lat 40. i w latach 50. Zdzitowiecki reżyserował jeszcze m.in. w Warszawie, Łodzi i Gliwicach, nie odzyskał już dawnej pozycji w artystycznym świecie. Zmarł 15 września 1960 r. w Gliwicach w wieku 64 lat.

Na ratunek przyjacielowi

Juliusz Mieczysław Krawicz był jednym z najpopularniejszych przedwojennych polskich reżyserów, odpowiedzialnym za takie filmy jak „Szpieg w masce”, „Dwie Joasie” i „Jadzia”, w których występowały gwiazdy – m.in. Hanka Ordonówna, Jadwiga Smosarska i Ina Benita. W latach 30. często pojawiał się na warszawskich salonach i był fotografowany w towarzystwie najpiękniejszych polskich aktorek, lecz jego życie prywatne owiane było tajemnicą. W prasie próżno szukać informacji na temat jego żony, chociaż z zachowanych źródeł wynika, że był żonaty. Pochodził z katolickiej rodziny, ale otaczał się reżyserami i producentami filmowymi żydowskiego pochodzenia, co wzbudzało plotki, jakoby sam również był Żydem. W październiku 1939 r. ukazała się w Warszawie jednodniówka „W natarciu” autorstwa antysemickiej, związanej z radykalnymi nacjonalistami Polskiej Organizacji Akcji Kulturalnej, w której zamieszczono informację o żydowskim pochodzeniu Krawicza. Dla reżysera stało się więc jasne, że w nowo proklamowanym Generalnym Gubernatorstwie musi on zadbać o poprawne stosunki z Niemcami, aby nie trafić do obozu koncentracyjnego. Zapewne udało mu się sprostować nieprawdziwą informację o żydowskim pochodzeniu, ponieważ w czasie okupacji w kinach pokazano premierowo dwa filmy, które ukończył tuż przed wybuchem wojny: „Sportowiec mimo woli” i „Ja tu rządzę”. W okupowanej Warszawie nie zajmował się już jednak działalnością artystyczną; otworzył sklep filatelistyczny przy ul. Marszałkowskiej 114, w którym bywali jego starzy znajomi, m.in. aktorzy Adolf Dymsza i Czesław Skonieczny. Niektórzy przyjaciele Krawicza, jak choćby reżyser Józef Marian Czauski, współpracowali w czasie wojny z Abwehrą, co ściągnęło na Krawicza zainteresowanie polskiego wywiadu i kontrwywiadu. W lutym 1944 r. Alfred Klausal ps. Mecenas meldował o nim: „Często powraca dorożką po godzinie policyjnej. Stale urządza u siebie przyjęcia. Na owych przyjęciach oprócz aktorów miał się pojawiać jakiś agent Kripo czy też Gestapo imieniem Tadeusz”. Klausal nie omieszkał również zbadać szczegóły życia prywatnego Krawicza. „Żonaty, jakkolwiek podaje się za kawalera. Żona odeszła od niego, gdy stwierdziła, że jest homoseksualistą” – pisał. W innym miejscu dodał jednak, że ma kochankę, jakąś aktorkę, sugerując, że Krawicz był biseksualny. Uwagę „Mecenasa” zwrócił również ubiór reżysera, który w okupowanej Warszawie bywał widywany w futrze, co świadczyło o jego wysokim statusie materialnym. Z pozoru meldunek Klausala wydaje się obciążać Juliusza Mieczysława Krawicza, lecz informował on zarazem, że reżyser zatrudnia w swoim sklepie filatelistycznym Żyda, byłego suflera teatralnego. Z kolei w raporcie z 5 stycznia 1951 r. funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który badał sprawę Krawicza w związku z jego domniemaną współpracą z Abwehrą, pisał, że po rozwodzie reżysera w 1940 r. mieszkał u niego ob. Szebeko. Nie ulega wątpliwości, że chodziło o reżysera i kierownika produkcji Stanisława Szebegę (właściwie: Stanisław Finkelsztajn), który przed wojną wielokrotnie współpracował z Krawiczem przy rozmaitych filmach i był nazywany przez dziennikarzy jego dzielnym towarzyszem. Chociaż Szebego był homoseksualistą i nie było to w środowisku artystycznym tajemnicą, z Krawiczem łączyła go najprawdopodobniej tylko przyjaźń. W latach 1940–1942 Stanisław Szebego, w związku ze swoim żydowskim pochodzeniem, przebywał w getcie, gdzie grał w sztukach Nowego Teatru Kameralnego, a w marcu 1942 r. obchodził z aktorem Michałem Zniczem dwudziestopięciolecie pracy artystycznej. Tuż przed akcją likwidacyjną getta warszawskiego (Grossaktion) w lipcu 1942 r. Szebego i Znicz zostali uwolnieni z getta przez swoich przyjaciół. Dotychczas nie było wiadomo, gdzie Szebego ukrywał się przez kolejne dwa lata. Wspomniany dokument MBP z 1951 r. pozwala jednak z całą stanowczością stwierdzić, że to właśnie Mieczysław Krawicz udzielił schronienia swemu wieloletniemu przyjacielowi z przedwojennych lat. Poprawne stosunki reżysera z Niemcami miały zaś na celu odsunięcie od niego podejrzeń, że ukrywa w swoim mieszkaniu i sklepie filatelistycznym osoby żydowskiego pochodzenia. Juliusz Mieczysław Krawicz udowodnił zresztą patriotyczną postawę w czasie Powstania Warszawskiego, kiedy to został szefem operatorów filmujących działania powstańców. 13 września 1944 r. został ciężko ranny w głowę po wybuchu bomby, kiedy znajdował się na balkonie swojego mieszkania przy ul. Lwowskiej 8. Na skutek odniesionych ran zmarł 4 dni później w szpitalu polowym „Sano” przy ul. Lwowskiej 13. Świadkiem ostatnich chwil jego życia była artystka Mira Zimińska, która pisała w swoich wspomnieniach: „Nie żyłam samotnie”: „Było z nim bardzo źle. Cały czas mówił o swoich planach filmowych. W piwnicy kopciły się świece, rzucały długie cienie na zwilgotniałe ceglane ściany. Krawicz wpatrywał się w to migotanie i cicho powiedział: »Mira, patrz, jakie ładne światło, muszę to zapamiętać, muszę…«. Widziałam, jak mu bieleje nos, potem uszy… To już był koniec”. Początkowo artysta spoczywał w powstańczej mogile przy ul. Lwowskiej, lecz po wojnie przeniesiono jego zwłoki na Cmentarz Powązkowski. W Powstaniu Warszawskim zginął również Stanisław Szebego, którego Krawicz z narażeniem życia ukrywał.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Seks i uczucia

Z JARKIEM JAMIŃSKIM, trenerem medycznym, bohaterem nagiego kalendarza „Repliki” na 2022 r. „Strefa wolna od wstydu”, o jego panseksualności, o sporcie, a także o poczuciu bezpieczeństwa i strachu przed odrzuceniem rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: arch. pryw.

 

Wystąpiłeś nago na zdjęciu w naszym kalendarzu „Strefa wolna od wstydu” – miałeś jakieś reakcje?

Byłem zaskoczony, jak wiele osób do mnie napisało, że widziały albo nawet kupiły kalendarz. Dostałem pozytywne oceny, to miłe. Choć powiem ci, że zdjęcie, którym ilustrujemy ten wywiad – zrobione na pomoście podczas tej samej sesji – bardziej mi się podoba niż to kalendarzowe, na którym ciągnę wóz.

Zapomniałeś o jednym „drobiazgu”: na tym zdjęciu masz na sobie kąpielówki, a na tym kalendarzowym jest full frontal.

(śmiech)

A spotykasz się też z hejtem?

Po wygranych zawodach sylwetkowych w Mens Physique zdarzały mi się hejterskie komentarze. Zauważyłem pewną prawidłowość: masz sukces – masz wrogów. Tak to niestety działa. Ludzie potrafi ą przyczepić się do zupełnie niedorzecznych kwestii i wynika to zazwyczaj z niskiej samooceny zamieszczającego komentarz. Kiedyś ktoś napisał, że mam zbyt wymuskane ręce i paznokcie. Ech, chciałbym! Jest odwrotnie.

Jak długo i jak intensywnie pracuje się na takie ciało jak twoje?

Na poważnie sport uprawiam od 12 lat. Ruch pomagał mi w pracy nad psychiką, nad charakterem. Po maturze dostałem się na AWF, skończyłem też kursy z fizjoterapii, po studiach wyjechałem do USA, gdzie pracowałem w spa. Od 3 lat jestem z powrotem w Polsce – w Warszawie.

To dodajmy jeszcze, że masz 30 lat i pochodzisz z…?

Z Krakowa.

Do kalendarza podałeś, że jesteś trenerem medycznym. Nasi czytelnicy pytali, kto to jest. Napisałeś wtedy: „Praca trenera medycznego zakłada holistyczne podejście. Posiada on narzędzia pozwalające zaprogramować kompletną terapię ruchową w pracy z osobami po przebytych urazach czy operacjach ortopedycznych (oczywiście po wcześniejszej rehabilitacji), osobami z zaburzeniami wad postawy lub dysfunkcjami aparatu ruchu, czy też np. osobami dotkniętymi chorobami przewlekłymi oraz permanentnym stresem”.

Dokładnie tak. W Poznaniu znalazłem fajną szkołę treningu medycznego, zajarałem się tym. Generalnie sport jest moją metodą na zaopiekowanie się sobą. Nie będę udawał, że o wygląd tu nie chodzi. Chodzi również, ale nie na pierwszym miejscu. Jako dojrzewający nastolatek miałem bliżej nieuzasadnione stany lękowe – potrafiłem bać się wyjść z domu przez kilka dni, tydzień. A normalnie jestem dość pewny siebie. Do tej pory muszę być ostrożny, by się nie przebodźcować.

Co to znaczy?

Na przykład na jednej siłowni, na której pracowałem, było dla mnie za głośno, za jasno, za kolorowo – po wielu godzinach pracy w takich warunkach wracałem stamtąd kompletnie wykończony. Przeniosłem się do innej siłowni, w której jest idealnie. Często stykam się z klientami, którzy zaczynają trenować pod moim kierunkiem i mówią mi, że chcą mieć wspaniałe ciało w ciągu roku. Powtórzę: w ciągu roku. Oprócz tego oczywiście dobrą pracę, bujne życie towarzyskie i seksualne oraz czas na relaks. Tymczasem sportowcy niejednokrotnie nie mają życia towarzyskiego w ogóle. Często jesteś tak zmęczony, że wieczorem, nawet w sobotę, wolisz uwalić się na kanapie z Netfliksem niż wyskoczyć do klubu na całonocne „zeszmacenie”. A presja, by mieć atrakcyjne życie i wrzucać superfotki na Instagram, jest ogromna. Cóż, moje życie w ciągu tygodnia nie jest jakoś powalająco ciekawe.

Jak często trzeba ćwiczyć, by mieć jakieś efekty?

Dwa razy w tygodniu to jest absolutne minimum. Jednak przede wszystkim zaczynam od zrobienia klientowi diagnostyki. Muszę zobaczyć, jak wygląda motoryka u tej osoby, jak wygląda sprawność jej ciała jako takiego. Klasyczna kulturystyka bazowała na ćwiczeniu mięśni bez względu na to, czy one ze sobą dobrze współpracowały, czy nie; jeśli miałeś jakieś wady czy kompensacje, to taka kulturystyka mogła je nawet pogłębić. Rozumiem, że dla wielu osób wygląd jest główną motywacją, ale ja jako trener nie mogę tak patrzeć. Wygląd z czasem sam przyjdzie. Zdarzają mi się klienci, którzy mówią, że ćwiczą od 10 lat i wciąż nie mają wyniku w postaci fajnej klaty i czy może ja znam jakieś specjalne ćwiczenie? A widzę od razu, że gość nie opanował samych podstaw. Wielu na szczęście udaje mi się przekonać.

Są tacy, którzy mówią, że chcą wyglądać jak ty?

Tak – i najlepiej w 6 miesięcy. (śmiech) Bo w ogóle, wiesz, jest trenowanie i jest chodzenie na siłownię. Jak ja wszedłem w reżim dwugodzinnych treningów, to były to naprawdę dwugodzinne treningi. W czasach liceum sam sobie złożyłem siłownię w domu, kupując poszczególne części przez internet. Tylko znów, po pewnym czasie zaczynasz patrzeć na siebie z dystansu i… widzisz chomika, który zasuwa po tym kółku, wiesz. Zatrzymujesz się, bo zdajesz sobie sprawę, że może jednak nie musisz tak gnać. Tym bardziej że owszem, widzisz, że wyglądasz lepiej, ale, cholera, twoja samoocena nadal jest na tym poziomie, co była. I jeszcze, co gorsza, może pojawić się stres, że przecież musisz ten wygląd i tę formę co najmniej utrzymać, a najlepiej – podwyższyć.

Spotkaliśmy się z tym zjawiskiem kilka razy – proponowaliśmy udział w naszym kalendarzu bardzo atrakcyjnym facetom i w odpowiedzi słyszeliśmy: „Bardzo chętnie, ale może za rok, bo muszę poćwiczyć, nie wyglądam dobrze”.

Cóż, ja też czasami tak mam – dążenie do perfekcji nie ma końca.

W kalendarzowej notce o sobie mówisz, że jesteś panseksualny.

Początkowo identyfikowałem się jako gej, potem ta seksualność zaczęła u mnie jakby ewoluować. Szufladka z napisem „gej” okazała się za ciasna. W szufladce bi- czy panseksualności też mi czasem niewygodnie. Odpowiada mi teoria, że to jest spektrum i ja gdzieś na tym spektrum pomiędzy homo- a bi- czy panseksualnością jestem. Z jednej strony szufladki są złe, bo ograniczają, ale z drugiej to przypisanie się do panseksualności daje pewne poczucie przynależności – że nie jesteś zupełnie sam, tylko należysz do pewnej grupy.

A gdy dojrzewałeś?

To była homoseksualność. Pierwszego chłopaka miałem w wieku 16 lat. Dziewczynę w tamtym okresie zresztą też miałem, ale z nią seksu nie było, natomiast z tamtym chłopakiem i później też z innymi – był. Na studiach zauważyłem, że jednak nie tylko na mężczyzn patrzę pod kątem seksualnym – na kobiety również. Tylko na ile to było naturalne, a na ile chęć założenia rodziny, która w mojej głowie łączyła się z kobietą? Pierwszy raz z kobietą miałem 4 lata temu – w wieku 26 lat. Dziś stwierdzam, że właściwie to seksualnie nie dzielę ludzi według płci, tylko po prostu: albo mnie ktoś kręci, albo nie. Tak, częściej to są u mnie mężczyźni, ale zaraz łapię się na zastanawianiu: czy mężczyźni naprawdę bardziej mi się podobają, czy może to jest moje przyzwyczajenie, mój znajomy teren? Nie mam na to odpowiedzi, mam tylko pytania. Zdarzało mi się, że szukałem „czystego” seksu po to, by rozładować napięcie – w takich sytuacjach nawet przytulanie jest zbyt intymne i wtedy zdecydowanie szukałem faceta, nie kobiety, bo gdzieś z tyłu głowy pojawiał się sygnał, że takim mechanicznym seksem kobietę mogę bardziej skrzywdzić niż faceta. Czyli znów stereotypy.

Widać, jak na seksualność nakładają się rożne rzeczy wyrosłe z kultury, w której żyjemy.

Tak. I chyba nigdy tego nie rozpracuję do końca.

Gdy w wieku dojrzewania odkryłeś homoseksualność, nie byłeś przerażony? Ja byłem.

Raczej nie. Miałem kolegę geja, który zaczął mnie zabierać do klubu Cocon, również do Kiczu, gdzie sufi t zawalił się akurat, jak tam byłem. (śmiech) Nie opowiadałem, że jestem gejem, wszem i wobec, ale jak przychodziło co do czego, nie ukrywałem.

Wyoutowałeś się przed rodzicami?

Tak.

I?

Teraz to już normalnie, ale mieli problem z ogarnięciem emocji. Reakcją obronną mamy była cisza.

Ale nie miałeś traumy, tak?

Była trauma, bo w moim domu – jak i w wielu innych domach w Polsce – o uczuciach się nie rozmawiało. Czułem się z tym samotny, niezrozumiany. Emocjonalnie dojrzałem praktycznie dopiero w ciągu dwóch ostatnich lat. Dziś wiem, jakich facetów przyciągałem – typy unikające, a sam byłem typem lękowo-ambiwalentnym.

Czyli?

Jest jeszcze trzeci typ przywiązania: bezpieczny. Oraz mieszanki. Lękowy, ten mój, jest wtedy, gdy np. dziecko boi się, że opiekuna może zabraknąć, więc usilnie zabiega o jego uwagę, panicznie bojąc się straty. Typ unikający unika emocji, bliskości – np. zamiast płakać, zamknie się w sobie. Ja w kółko zabiegałem o atencję partnera, który z kolei nigdy mi jej nie dawał, trwała więc nieustanna gonitwa. A tacy, którzy by realnie dali mi poczucie bezpieczeństwa, nie przyciągali mnie – lgnąłem do tych, u których musiałem się o wszystko dopraszać. Sporo czasu zajęło mi, by się w tym wszystkim zorientować.

Dobrze, że to mówisz. Wyglądasz jak góra mięśni, „prawdziwy twardziel”, a mówisz o uczuciach, bliskości, o słabościach, o tym, że potrzebujesz bezpieczeństwa, że potrzebujesz być kochanym.

Dziękuję. Interesuję się psychologią sportu, a także psychosomatyką, czyli tym, jak psychika wpływa na ciało i odwrotnie. Miałem taką klientkę, która zapytała, czy będę ją prowadził, bo wszyscy wcześniejsi trenerzy się poddali – i ona rzeczywiście była najbardziej spiętą osobą, z jaką miałem do czynienia. Udawała wyluzowaną, a w środku…

Twoje zainteresowania biorą się z własnych doświadczeń i problemów, prawda?

To chyba oczywiste.

Jak te problemy udało ci się rozwiązać?

To nie tak, że się udało. To jest droga. Możesz na co dzień myśleć i funkcjonować totalnie logicznie, ale masz taki swój trigger, który powoduje, że rozum idzie w kąt i lecą same emocje. Ja zdałem sobie sprawę, jaki mam problem z odrzuceniem – nawet gdy ktoś wcale nie był dla mnie ważny, to odrzucenie przez tę osobę eskalowałem do niewiarygodnych rozmiarów. Nieraz zdawałem sobie sprawę, że chłopak mnie nie szanuje i powinienem zakończyć tę relację, ale nie kończyłem jej – a gdy to on mnie rzucał, świat mi się załamywał. Albo pozwalałem facetom na roszczeniowość – zdarzało mi się odmówić komuś seksu i spotykała mnie za to „kara” – on przestawał mnie zauważać, blokował mnie w mediach społecznościowych, a ja byłem tym odrzuceniem przerażony.

Jak myślisz, na ile te problemy wynikają z tego, że stanowimy dyskryminowaną mniejszość seksualną?

To część szerszego problemu polegającego na tym, że jesteśmy przyuczani do tego, by być „tacy jak inni”, a nie, by cieszyć się różnorodnością, innością.

Rozmawiamy w dobrym dla ciebie okresie, bo jesteś w szczęśliwym związku, tak?

Od 4 miesięcy – tak. Przeszliśmy już etap stąpania na paluszkach jeden wokół drugiego, spędzamy ze sobą dużo czasu i zaczęliśmy zachowywać się normalnie. (śmiech) Mam nadzieję, że to będzie mężczyzna na resztę mojego życia. A jeśli chodzi o mój „dobry okres”, to tak, ale on przyszedł po bardzo złym okresie – w lockdownie 8 miesięcy nie pracowałem i już naprawdę było ciężko, zwalniali nas na 2 tygodnie, a potem przedłużali o kolejne dwa i tak wielokrotnie. A ja potrafi ę przeprowadzić 8-10 treningów dziennie. Straszną frajdę mi sprawia, jak widzę, gdy moja praca komuś realnie pomaga – ktoś chodził o kulach, a teraz chodzi bez, albo nawet biega.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bowie w Warszawie

reż. Marcin Liber. Wyst. M. Pankiewicz, M. Zięba, B. Porczyk, M. Pempuś, E. Żak, D. Biernat, R. Wasiewicz, R. Mierzicka, S. Roszczuk, A. Szeremeta. Teatr Studio w Warszawie. Premiera: 18 XI 2021.

Dominika Biernat i Maja Pankiewicz, foto: Natalia Kabanow

Tak, chodzi o tego Davida Bowiego, muzyczną legendę i biseksualną ikonę, który w 1976 r., jadąc z Moskwy do Berlina, znalazł się na chwilę w Warszawie. Gdzie był, kogo spotkał? Czy poza spacerem i zakupem płyty zespołu Śląsk coś jeszcze robił? To świetny punkt wyjścia g g g j dla sztuki, szczególnie, gdy jej autorką jest Dorota Masłowska – wykorzystać figurę innego, obcego, żeby jego oczami poznać Polskę tamtych lat, dla nas też już obcą, odległą, nawet jeśli wśród publiczności znajdują się osoby, które epokę Gierka dobrze pamiętają. Drugi pretekst napędzający akcję to poszukiwania przez milicję dusiciela kobiet, Dusidamka z Mokotowa. A w tym wszystkim jest Regina (Maja Pankiewicz), młoda dziewczyna mająca myśli samobójcze, która właśnie rzuciła studium nauczycielskie, próbuje znaleźć pracę. Nie pasuje jej facet (Rob Wasiewicz), z którym chce ją połączyć matka (Marta Zięba), ale na dłuższą metę nie mają też sensu seksualne seanse z rozbudzoną kuzynką (Dominika Biernat). Dziewczyna zadręcza się wspomnieniem blondynki poznanej na koloniach (Sonia Roszczuk), swojej pierwszej miłości, pierwszego erotycznego spełnienia i pierwszego odrzucenia. Wątek lesbijski stylistycznie odstaje od całości. Pewnie dlatego, że temat kobiet kochających kobiety w przeszłości praktycznie nie istnieje, nie ma swojej mitologii, trzeba ją dopiero stworzyć, dlatego trudno o pastisz i ironię, czyli znak firmowy Masłowskiej. Więc choć ogólny wydźwięk jest słuszny („pomnik pamięci miłości niemożliwej”), inne fragmenty spektaklu decydują o jego sukcesie. W dialogach, strojach, charakteryzacji i dekoracjach pełno odwołań do gadżetów dobrze znanych z PRL. Aktorstwo bywa na najwyższym poziomie: Marcin Pempuś, Marta Zięba, Ewelina Żak i Dominika Biernat tworzą prawdziwe kreacje, „w języku” Masłowskiej czują się jak ryby w wodzie. Do tego Bartosz Porczyk jako Bowie, przez cały spektakl nie widać jego twarzy, gra jedynie ciałem (złoty, obcisły uniform) i głosem. Od kończącej pierwszą część piosenki z powtarzającym się słowem „OK” nie mogłem się uwolnić jeszcze kilka godzin po spektaklu. (Krzysztof Tomasik)

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Hamer

reż. Justyna Sobczyk. Wyst: K. Hamer. Koprodukcja Teatru 21 i Teatru Studio w Warszawie (scena Modelatornia). Premiera: 13 XI 2021.

Karolina Hamer, foto: Grzegorz Press

Karolina Hamer: pływaczka, paraolimpijka, wielokrotna medalistka Mistrzostw Europy i Świata, brała udział w proteście osób z niepełnosprawnościami i znalazła się na okładce „Repliki” (nr 73/2018). W spektaklu mówi, że nigdy nie była tak popularna, jak wtedy, gdy jako pierwsza polska sportsmenka dokonała coming outu. Po zakończeniu kariery pływackiej przyszedł czas na podsumowania i nowe wyzwania. W ten sposób wkroczyła do teatru, oczywiście na własnych warunkach, w nieznanym dotąd gatunku sit-upu, czyli autorskiej odpowiedzi na stand-up: „zupełnie nowej, solowej scenicznej formule komediowo-dramatycznej”. Przez niemal godzinę Hamer opowiada swoje życie. Oczywiście nie jest to chronologiczna historia, raczej autoironiczne anegdoty z różnych okresów, urozmaicane quizami i rozmową z publicznością. Hamer kreuje się na hiphopową gwiazdę, która nawet kule ma złote, a już w dzieciństwie musiała udowadniać swoją wyjątkowość; samo nauczenie się chodzenia było wyczynem, w który nikt nie wierzył, a przede wszystkim lekarze. Potem były kolejne sukcesy, ale bohaterka nie przemilcza też porażek, mówi o nieudanych zawodach sportowych, braku emerytury olimpijskiej, depresji po śmierci mamy, książce autobiograficznej, której nie udało się wydać drukiem. Kiedy ogląda się Hamer przez kilkadziesiąt minut na scenie, trudno nie zadać sobie pytania, gdzie powinna teraz wkroczyć: do filmu, telewizji, a może polityki? (Krzysztof Tomasik)

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kontrola 2

(Polska, 2021), reż. N. Parzymies; dystr. Player.pl, od 21.12.2021

mat. pras.

Niewiele było ostatnio „momentów” w queerowej kulturze, które zapadałyby w pamięć tak, jak pierwsza scena „Kontroli”: lotnisko, przypadkowe spotkanie dwóch dziewczyn, powolny ruch kamery, naśladujący odżywającą pamięć ciała, odgłos deszczu bębniącego o szklany sufi t hali wylotów – i dramatyczne napięcie między ciszą a gwałtownymi emocjami Natalii i Majki, które, jak wiemy po pierwszym sezonie, w miłości chcą całego życia. W drugim sezonie „Kontroli” reżyserka Natasza Parzymies ponownie wprawia w ruch to piękne lesbijskie perpetuum mobile: znów zastajemy Natalię i Majkę w środku ich codziennych spraw, choć oczywiście osobno, bo istotą tej relacji jest przecież gra w przyciąganie i odpychanie. Ale miłość musi zwyciężać, więc na jej drodze piętrzą się przeszkody: kryzys w związku Natalii, plany wyjazdowe Majki, a przede wszystkim – wspólna zagmatwana przeszłość. Brzmi znajomo? Tak, ale to nie psychologia jest mocną stroną „Kontroli”, tylko sprawne budowanie napięcia i krótkich, intensywnych błysków. Znowu więc mamy niezapomniane sceny: inkluzywnej „Wigilii dla wszystkich” (sic!) ze wspaniałą rolą Franka (Anu Czerwiński) – pierwszej w Polsce postaci trans granej przez aktora trans – czy kameralnego, spontanicznego seksu dziewczyn na porzuconej wersalce (to queerowanie PRL-u znacznie piękniejsze i bardziej wywrotowe niż wszelkie tegoroczne „Hiacynty”). Trzeci sezon już został zapowiedziany. Na lotnisku – tym razem w hali przylotów – znowu będzie się działo. (Małgorzata Tarnowska)

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.