„Tęczowa” miłość jest jak każda inna

O kultowych w społeczności LGBT hitach, o występach w klubach gejowskich i o homoseksualnych przyjaciołach z Alicją Majewską rozmawia Przemysław Górecki

 

Foto: Maria Eriksson

 

Proszę przyjąć serdeczne gratulacje „Repliki” z okazji pierwszego miejsca w zeszłorocznym redakcyjnym plebiscycie tęczowych przebojów! Piosenka „Odkryjemy miłość nieznaną znalazła się na szczycie, a wraz z nią „Jeszcze się tam żagiel bieli” i „Być kobietą. Jaka była Pani reakcja na to zwycięstwo?

Jestem bardzo dumna, bo mojej pozycji zawodowej nie budowałam nigdy na listach przebojów. To były raczej nagrody na festiwalach a później – media, antena radiowa i tak dalej. I to zwycięstwo w „Replice” to właściwie jedna z pierwszych takich sytuacji, a może nawet pierwsza, w której zdobyłam najwyższe miejsce na jakiejkolwiek liście przebojów! Bardzo się cieszę, bo każde zwycięstwo jest czymś cudnym.

Domyślam się, że trudno byłoby spośród takich szlagierów wybrać ten jeden jedyny…?

Wszystkie trzy utwory są bardzo ważnymi pozycjami w moim repertuarze. Śpiewam je wciąż, koncert bez tego mojego „Żagla” jest w zasadzie nieważny. Uważam, że piosenkarz o najwspanialszym nawet głosie jest mniej ważny od tego, który posiada piosenkę kojarzącą się z nim. „Kawiarenki” Jarockiej, „Orkiestry” Kunickiej, „Dziwny jest ten świat” Niemena… Zbyszek Wodecki (który niedawno został sojusznikiem LGBT w akcji KPH „Ramię w ramię po równość, patrz: strona 9 – przyp. red.) twierdzi, że moją „Pszczółką Mają” jest właśnie „Jeszcze się tam żagiel bieli”. To dobrze, że dojrzała wykonawczyni może śpiewać takie piosenki i być w tym repertuarze wiarygodna.

A bywało, że na widowni „zima”?

Owszem, z tego powodu zyskałam nawet miano skandalistki. Po długich namowach zgodziłam się na udział w imprezie charytatywnej, otrzymując wielokrotne zapewnienia, że będą spełnione wszelkie wymogi pozwalające na normalny i kulturalny koncert. Niestety na miejscu okazało się, że widownię zdominowali celebryci, którzy stojąc przy stoliczkach z alkoholem, głownie byli zainteresowani zwracaniem uwagi na siebie, głośnymi rozmowami i ostentacyjnym niezauważaniem, że na scenie ktoś śpiewa. Przerwałam występ i choć organizatorzy wyprosili u mnie powrót, a później były nawet i bisy, niesmak pozostał na długo.

A skąd się w ogóle wziął ten niezatapialny „Żagiel” w Pani repertuarze?

Wytypowano mnie na festiwal międzynarodowy „Człowiek i morze” do Rostocku w NRD. I stąd wziął się temat morski. Najpierw Włodek Korcz napisał cały przebieg melodyczny, a później Wojtek Młynarski do tej muzyki napisał tekst. Biorąc pod uwagę spójność emocjonalną z muzyką, jaką udało się Wojtkowi uzyskać, jest to dla mnie mistrzostwo świata. Dostałam za wykonanie Grand Prix, ale ponieważ był to tak udany utwór, zaśpiewałam go jeszcze wcześniej w Opolu, gdzie również dostałam nagrodę. Pierwsza żona mojego męża (ja byłam trzecią) po usłyszeniu go powiedziała, z szacunkiem, że od tej pory będzie się do mnie zwracać „pani Majewska”.

To jest opowieść o tym, jak piosenka okolicznościowa staje się ponadczasowym szlagierem.

Tak się czasem dzieje, co pokazuje przykład piosenki Jana Pietrzaka z muzyką Korcza „Żeby Polska była Polską”, piosenki, która powstała w 1976 r. i była półfinałem w kabarecie. Zrobiła kolosalne wrażenie, a późniejszy bieg wydarzeń sprawił, że przez jakiś czas funkcjonowała jako drugi nieoficjalny hymn Polski.

Jak Pani rozumie „tęczowość tych trzech zwycięskich piosenek?

Właściwie to ja powinnam państwa zapytać: dlaczego te piosenki? Mogę się jedynie domyślać, brać na przykład pod uwagę to, że ich emocjonalność może trafiać do państwa wrażliwości, nieraz nadwrażliwości. Emocje – myślę, że o to w ostateczności zawsze chodzi.

Odkryjemy miłość nieznaną, czyli…? O jakiej miłości Pani myśli, gdy śpiewa tę piosenkę?

O nieznanej. Takiej, która mówi, że wszystko jeszcze przed nami. Dobry tekst to tekst uniwersalny. Czy może chodzić o inną miłość w takim rozumieniu, jakie mamy tu na myśli? Nie wiem – może tak. Każdy przecież odnosi to do innej sytuacji i własnego doświadczenia. Może to być każda miłość, a czym się ta „tęczowa” rożni od pozostałych? Czy Pan sugeruje, że samo sformułowanie „odkryjemy miłość nieznaną” ma szczególne znaczenie wśród homoseksualistów? Trzeba by zadać pytanie: nieznana, czyli jaka? Dla hetero jest przecież tak samo nieznana. Tak samo kochamy i tak samo przeżywamy, w końcu miłość to miłość.

Akurat ten utwór jest rzeczywiście najbardziej uniwersalny z całego zestawu. Sukces pozostałych dwóch w naszym rankingu można już trochę konkretniej wytłumaczyć. Na przykład „Być kobietą. Spróbuje Pani?

To już chyba takie trochę bardziej ewidentne, prawda? (śmiech)

Fantazja na temat kobiecości upragnionej, poza Kopciuszka marzącego o byciu damą?

Ale czy popularność w społeczności gejowskiej miałaby wprost znaczyć, że tu chodzi o dosłowne bycie kobietą? Myślę, że nie. Jakieś dwadzieścia lat temu pewien młody człowiek, który stał się częstym gościem w moim domu z racji tego, że zajmował się ogródkiem, chcąc być uczciwym, już na początku wyznał mi, że jest gejem. Tymczasem ja wtedy nawet nie znałam tego pojęcia! Oczywiście, homoseksualizm był dla mnie czymś jasnym, ale „gej” to była przecież nowość. I kiedy spytałam go – „Słuchaj, a ty chciałbyś być kobietą?” oburzył się, że nie, skądże znowu. Tak samo więc tej piosenki nie interpretowałabym wprost – nie „być kobietą” w sensie „zmienić płeć”, a stać się nią może przez taki styl życia a, idąc dalej, poczuć się jak diva.

Drag queens nie chcą zmienić płci – przemieniają się na jeden wieczór. Co Pani o nich sądzi?

Ano tak – przemieniają się, i to w jakie kobiety! – nie w kury domowe, a w błyszczące divy właśnie, w gwiazdy. Ale w końcu, gdyby nie miały tego blasku, nie byłyby tak atrakcyjne dla widowni. Byłam na występach drag queens – to zjawisko istnieje, jak i jego potrzeba w ludziach, i już. Dodałabym – dla mnie to potrzeba zadziwiająca. Niektóre z nich traktują to zawodowo, ale generalnie nie jest to moja bajka, więc nie ma mowy, by mnie to zachwyciło od strony artystycznej, w końcu zazwyczaj jest to śpiewanie pod taśmę. No tak, ewidentnie nie moja bajka. Ale nie dziwię się, ostatecznie zarówno w drag queens jak i w tzw. „zwykłych” kobietach jest to samo pragnienie: raz zakosztować tego innego świata. A później ocknąć się, że jednak może to moje miejsce gdzieś tam przy kuchence, ze swoim partnerem życiowym, ma większy sens…

 

W klubach gejowskich publiczność śpiewała ze mną wszystkie teksty

 

A czy uczestniczyła Pani kiedyś w karaoke? „Być kobietą jest jednym z żelaznych punktów każdego wieczoru podczas takich imprez.

Tak, ale chyba tylko raz. Miałam koncert w klubie, w którym było też karaoke. A ponieważ po koncercie jeszcze nie wychodziliśmy, uległam namowom ludzi, którzy skandowali: „Żagiel! Żagiel!”. To było dla mnie nowe doświadczenie. I nie wiedziałam, że w ludziach jest aż na tę skalę potrzeba śpiewu. Karaoke to absolutnie fantastyczna instytucja.

Co odważniejsi próbują też zaśpiewać „Odkryjemy miłość nieznaną. Ale Pani repertuar jest ogólnie znany – choćby taki „Wielki targ”.

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście „Wielki targ” jest tak bardzo znany, ale ja bardzo sobie cenię tę piosenkę, i cieszę się, że Pan ją zauważył. Parokrotnie występowałam w klubach gejowskich. Po raz pierwszy w Warszawie, to był taki wspólny występ paru artystów i artystek – m.in. Ewy Bem, Stanisława Soyki – w ramach akcji na rzecz nosicieli wirusa HIV, zwłaszcza matek i dzieci. Zaprosiła nas tam pani Jolanta Kwaśniewska, wtedy prezydentowa. Po pewnym czasie odezwali się młodzi ludzie z prośbą, bym zaśpiewała w ich klubie w Poznaniu – i dodali, że to dyskoteka. Na to ja: „Panowie, ale ja w dyskotece?! Kto tam może znać moje piosenki?” Odparli, że znają wszystkie, a jedna z nich jest wręcz ich hymnem: „Być kobietą”! No i już wiedziałam, o co chodzi. Godzina występu była szaleńcza, chyba jakoś po północy, a ja nigdy tak późno nie śpiewałam. Wszystko było jednak zorganizowane świetnie, technicznie, opiekuńczo. Włodek Korcz przerażony – taki łomot, taka godzina… My elegancko ubrani, a tam prawdziwy tłum kotłujący się przed sceną! Występowałam chyba półtorej godziny, a oni skandowali i śpiewali wszystkie teksty, włącznie z „Wielkim targiem”. No i skandowali nie tylko moje imię, bo panowie zaczęli też krzyczeć: „Włodziu! Włodziu!”. Więc myślę, że był usatysfakcjonowany (śmiech). Mimo to niechętnie jeździ do takich klubów, ja już zresztą też – ale nie ze względu na publiczność, tylko warunki. Te kluby są zwykle bardzo obskurne, poza tym te późne godziny. No i papierosy – absolutnie odpada. Za to widownia fantastyczna.

A jest jakaś różnica między publicznością, dla której występuje Pani zazwyczaj, a tą „kochającą inaczej”?

Wyłącznie na korzyść. Fantastycznie i emocjonalnie reaguje. Tylko żeby nie w tych godzinach i nie w takich warunkach (śmiech).

Wracając do piosenek – dlaczego „Jeszcze się tam żagiel bieli”? Gejowski archetyp marynarza-kochanka?

Nie wpadłabym na to, ale skoro Pan tak uważa… To piosenka o dramatach rozstań i, jak to u Młynarskiego, nadziei na szczęśliwe powroty. Od początku pisały do mnie rozmaite kobiety, dla których ta piosenka była symbolem rozłąki z mężami: pokolenie wojenne, emigracyjne, żony marynarzy.

Czy listy od homoseksualnych słuchaczy i słuchaczek przychodziły także?

Listy nie, ale do dzisiaj mam sporo kontaktów w tym gronie. Przychodzą na koncerty ludzie, których nie pytam przecież o to, ale wyczuwam, że są innej orientacji. Mam nawet zaprzyjaźnione pary, nie jest to grono za duże, choć stałe. Jeden z moich fanów mieszka ze swoim partnerem, ale to nie jest tematem naszych rozmów. Oni nie pytają mnie o moje życie osobiste, a ja nie pytam o ich. Ich życie się po prostu dzieje, spotykamy się. Wynikają czasem z tego zabawne sytuacje, jak wtedy, kiedy mój znajomy meloman zaprosił mnie na premierę do opery. Zrobiono nam zdjęcie, które później ukazało się z podpisem w rodzaju „Tylko we dwoje!”. Gdy spytałam go, śmiejąc się, czy jego partner nie jest zazdrosny, odparł, że to właśnie on poinformował go o tym artykule, mówiąc: „Kup sobie tę gazetę, a potem w domu porozmawiamy!”

Rzeczywiście bywa śmiesznie, ale czy poza takimi incydentami zdarzają się jakieś poważniejsze, być może nawet dramatyczne sytuacje?

Mam taką historię, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Był kiedyś, w latach siedemdziesiątych, taki trzynastoletni chłopiec, którego kiedyś podwiozłam do domu po koncercie i który podzielił się ze mną dość poruszającą opowieścią o nieszczęśliwym domu rodzinnym. Był niezwykle nadwrażliwą osobą i pamiętam, że później, na pogrzebie Ani Jantar, pojawił się w tłumie i wyznał, że oddałby za mnie życie. Takie sytuacje są niezwykle obciążające psychicznie, w dodatku często do mnie telefonował i opowiadał rożne rzeczy, dość mocno konfabulował. Po latach pojawił się w Sali Kongresowej, zobaczyłam go tam już jako dziewczynę. Od początku wyglądał na osobę skomplikowaną psychicznie. Mam nadzieję, że się odnalazł w życiu.

Jak by Pani oceniła poziom tolerancji i akceptacji w naszym społeczeństwie?

To się niewątpliwie zmienia. Zmienia się poziom świadomości, są środowiska, które zabiegają i walczą o to, i chwała im za to. Nie będę oryginalna, gdy powiem, że nie przepadam za słowem „tolerancja”, bo wyraża protekcjonalną wyższość. Ci moi znajomi orientacji homoseksualnej, z którymi utrzymuję bliski kontakt, sami nie uczestniczą choćby w Paradach Równości, i tak jak ja uważają, że te parady mogą nawet szkodzić środowisku w tym sensie, że ktoś, kto nie ma w ogóle pojęcia o problemie, zacznie postrzegać go w ten sposób, że to właśnie na tym polega: przebrać się, wymalować i narobić szumu. Przyjmuję też inny punkt widzenia, że parady zwracają uwagę na problem. Przecież, jak świat światem, „samo się nie zrobi” i ktoś w czyimś imieniu musi powalczyć – tak było ze wszystkim. Fakt, że ludzie mogą być sobą i nie kryć się jest wielką wartością.

 

Popularności „Być kobietą” w społeczności gejowskiej nie interpretowałabym wprost – nie chodzi o to, by zmienić płeć, tylko by poczuć się divą

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Być jak John (Shiloh), być jak Brad i Angelina

Połowa wiadomości z prośbą o pomoc, które otrzymuje Fundacja Trans-Fuzja, pochodzi od rodziców, których dzieci, najczęściej nastoletnie, ujawniają się ze swą transpłciowością

 

John (Shiloh) Jolie-Pitt w środku, za nim jego tata – Brad Pitt, obok dwaj bracia i babcia na premierze filmu „Niezłomny” wyreżyserowanego przez mamę Angelinę Jolie; mat. pras.

 

Shiloh Nouvel Jolie-Pitt, pierwsze biologiczne dziecko Angeliny Jolie i Brada Pitta, urodzone jako dziewczynka, wychowywane jest jako chłopiec, zgodnie ze swoim psychicznym poczuciem płci – informowały światowe media. Podkreśla się również, że rodzice akceptują tożsamość dziecka od pierwszych przejawów identyfikacji innej niż płeć biologiczna, które pojawiły się już w trzecim roku życia. Zwraca ją się do niego „John” zgodnie z jego prośbą. John, dziś ośmioletni, lubi nosić tylko męskie stroje – więc takie nosi. Angelina była ponoć zła na teściową, gdy ta obdarowywała Johna sukienkami.

Większość transpłciowych dzieci w Polsce nigdy nie będzie miała szansy realizować swojej tożsamości płciowej od tak wczesnego wieku. Postawy rodziców podobne do tych, które prezentują Brad i Angelina, to wciąż rzadkość. Pod koniec grudnia społecznością LGBT wstrząsnęła samobójcza śmierć 16-letniej Leelah Alcorn, która rzuciła się pod ciężarówkę. Po urodzeniu uznano ją za chłopca, nadano imię Josh. W liście pożegnalnym Leelah napisała, że czuje się dziewczyną odkąd skończyła 4 lata. Płakała ze szczęścia, gdy 10 lat późnej dowiedziała się, że na jej poczucie jest nazwa – transpłciowość – i że istnieją operacje korekty płci. Zrobiła coming out, na który rodzice, głęboko wierzący chrześcijanie, zareagowali bardzo negatywnie. Powiedzieli, że to tylko faza, a Bóg nie popełnia błędów. Odmówili zgody na tranzycie. Leelah nie zniosła czekania do skończenia osiemnastki. Chcę, by moja śmierć coś znaczyła. Doliczcie ją do samobójstw osób trans w tym roku. (…) Wszystko, co posiadam, przekazuję na organizacje działające na rzecz osób transpłciowych – zakończyła i podpisała się: Leelah Josh Alcorn. Matka nawet po jej śmierci pisała o „ukochanym synu”.

„Nic nie jest dla mnie tak ważne, jak bezpieczeństwo i dobro mojego dziecka” – mawiają często rodzice i opiekunowie. Czym jest zatem dobro dziecka? Według jakich kryteriów i przez kogo jest weryfikowane? Czyim dobrem kierują się najbliżsi, kiedy dziecko ma trzy, siedem, 10 lat – jego, czy może swoim? Czy nie pozwalając na swobodną ekspresję płciową własnych dzieci, rodzice rzeczywiście postępują zgodnie z dobrem i prawami dziecka, czy raczej – z własnym o nich wyobrażeniem?

Na tożsamość płciową, którą ma każdy, składają się dwa obszary: wewnętrzna tożsamość płciowa (z ang. core gender identity) oraz poczucie kobiecości lub męskości i odpowiednie do tego zachowania. Amerykański psychiatra i seksuolog profesor John Bancroft podkreśla, że wewnętrzna świadomość płciowa kształtuje się bardzo wcześnie – wiele dzieci już przed ukończeniem drugiego roku życia potrafi określić swoją płeć i związane z nią zachowania. Już w wieku pięciu lat, obserwując cechy charakterystyczne dla określonej płci, dzieci mogą wykazywać zachowania świadczące o niezgodności z płcią zdeterminowaną kulturowo (z ang. gender non-conformity).

Transpłciowości nie da się przeoczyć

Co wtedy? Czy trzyletniemu dziecku, które nie rozumie jeszcze otaczającego świata, można zaufać i pozwolić mu rozwijać się tak, jak nam na miarę swoich trzyletnich możliwości komunikuje? Agnieszka, matka transpłciowgo sześciolatka, zgłosiła się do Fundacji Trans-Fuzja pewna transpłciowości swojego dziecka. Transpłciowości nie da się przeoczyć. Jest rozpoznawalna już w wieku 2-3 lat, kiedy to dziecko zachowuje się bardzo naturalnie, wyraża siebie autentycznie. Nie sposób jej nie widzieć. Można jedynie nie chcieć widzieć – mówi. Te ostatnie słowa potwierdza Anna, matka nastolatka: Myślałam, że bierze przykład ze starszego brata, dlatego nie przejmowałam się tym.

Grupa psychologiczna Fundacji Trans-Fuzja od września 2012 r. wymieniła z osobami z całej Polski około poł tysiąca e-maili. Prawie połowa z nich to wiadomości od zatroskanych i zagubionych rodziców, których dzieci, najczęściej nastoletnie, ujawniają się ze swoją transpłciowością. Rodzice ci, jak sami podkreślają, są przerażeni, nie wiedzą, co zrobić, do kogo się udać po pomoc, z kim porozmawiać, jak wspierać dziecko w jego zachowaniach. Gdy zaproponuję im spotkania w biurze Fundacji, rozmowę telefoniczną lub przez Skype’a, czekam na moment ustalenia terminu. Po tygodniach milczenia wracam myślami do tych pozostawionych bez odpowiedzi wiadomości i zastanawiam się, jaką decyzję podjęli rodzice. Jak reagują, jak rozmawiają ze swoim dzieckiem, czy zdecydowali się pójść na konsultację do specjalisty seksuologa? W większości historii opowiedzianych mi przez rodziców – nie znam zakończenia. Ze smutkiem jedynie odbieram kolejne wiadomości od młodszej i starszej już młodzieży, która z rozpaczą pisze: rodzice trafili do psychologa, który twierdzi, że zachowanie dziecka świadczy o jego nieheteroseksualnej orientacji seksualnej, a nie o tożsamości płciowej. Psycholodzy ci czasem winą obarczają doświadczenie inicjacji seksualnej lub zaburzenia psychiczne. A rozwój identyfikacji płciowej, jak potwierdzają badania, nie jest zależny od wychowania lub wpływu grupy rówieśniczej.

Edukacja dotycząca transpłciowości jest konieczna dla całego społeczeństwa. Transpłciowość to obszar nie tylko trudny medycznie, ale także przynoszący wielopłaszczyznowe konsekwencje indywidualne i społeczne. Inaczej wygląda rozmowa z dzieckiem, które ma pięć lat, a inaczej – z tym, które ma lat 15. Rodzicom zazwyczaj jest bardzo trudno wspierać swoje transpłciowe dziecko, które zaczyna dojrzewać i widzi, że jego ciało nabiera kształtów innych od oczekiwanych, kiedy zaczynają rosnąć piersi, których się nie chce, kiedy pojawia się miesiączka lub kiedy trzeba zakładać sukienki, na które się nie może patrzeć. Co gorsza, dziecko, u którego do czasu pokwitania nie było widać tych zmian, mogło funkcjonować społecznie w roli, w której się czuje. A problem pojawia się wtedy, kiedy rówieśnicy, opiekunowie, wychowawcy i nauczyciele zaczynają zauważać te zmiany.

Przedszkola, szkoły i uczelnie wyższe nie są przygotowane na takie sytuacje. Dziecko do 18. roku życia społecznie funkcjonuje pod całkowitą kontrolą swoich prawnych opiekunów. I bez ich zgody, bez wsparcia, a także otwartości szkół nie będzie w stanie funkcjonować w miejscach, w których się uczy, zgodnie ze swoją tożsamością – mówi Edyta Baker, rzecznik prasowy Fundacji Trans-Fuzja, działającej na rzecz osób transpłciowych. Cały czas „walczymy” o dziecko Agnieszki i prawie już 18-letnie dziecko Hani. Szkoły nie tylko są nieprzygotowane edukacyjnie do rozmowy na temat transpłciowości. Przede wszystkim – a to w obecnej sytuacji najtrudniej jest zmienić – nie ma odpowiednich rozporządzeń, które pozwalałyby transpłciowemu dziecku funkcjonować zgodnie z jego tożsamością. Brak odpowiednich procedur budzi lęk wśród dyrekcji i nauczycieli – dodaje.

Ten błysk w oku

Bywa jednak, że szkoły same zwracają się o pomoc do Trans-Fuzji. Proszą o szkolenia, o warsztaty, o informacje o tym, jak mogą rozwijać się transpłciowe dzieci i jak należy im pomoc. Pomoc Trans-Fuzji to nie tylko rzetelna edukacja w zakresie transpłciowości, ale również uczenie otoczenia, jak wspierać i jak reagować na zachowania dzieci, aby optymalizować warunki do ich rozwoju i redukować stres, którego doświadczają.

Dziecko Agnieszki ma obecnie sześć lat. Nie jest tajemnicą (a argument ten jest dość często przytaczany przez przeciwników), że nie wiadomo, jak rozwinie się tożsamość transpłciowego dziecka, gdy wejdzie ono w wiek nastoletni. Nie wiadomo, czy John Jolie-Pitt, znany również jako Shiloh, jest rzeczywiście transpłciowy. Prognozowanie tego jest bardzo trudne, jeśli wręcz nie niemożliwe. Część z dzieciaków, które w dzieciństwie mówiły, że czują się płci odmiennej od metrykalnej, rozwijają w późniejszym wieku identyfikację zgodną z płcią biologiczną. Nie zmienia to jednak faktu, że większość z dorosłych osób transpłciowych deklaruje, że już we wczesnym wieku dziecięcym odczuwała przynależność do płci odmiennej od biologicznej. Najtrudniejszy moment, ten, w którym dziecko Agnieszki zacznie rozumieć, co się dzieje z jego ciałem, z reakcją i spojrzeniami otoczenia, jeszcze przed nimi.

Dziecko Hani ma prawie 18 lat – wkrótce będzie mogło wystąpić do sądu o zmianę dokumentów – jest po długotrwałej diagnozie i w trakcie leczenia hormonalnego. Pamiętam jak dziś, kiedy Hania pojawiła się w biurze Fundacji Trans-Fuzja. Towarzyszyła jej córka – onieśmielona, zawstydzona, obawiająca się kolejnych rozmów ze specjalistami. Nigdy jednak nie zapomnę tego błysku w oku, kiedy wspomniała, że rodzice zgodzili się, aby poddała się leczeniu hormonalnemu, a matka głośno zadeklarowała, że będzie ją wspierać, jak tylko może. I długo nie musieliśmy czekać na informacje od niej. Otoczenie rówieśników potrafi być okrutne. Młodzież przyjmuje wzorce zachowania od dorosłych, pojawiają się akty dyskryminacji, przemocy, złośliwości. Aby temu zapobiec, przeprowadziliśmy zarówno szkolenie antydyskryminacyjne, jak i indywidualne rozmowy z gronem pedagogicznym, ale do dziś Hania jest ostrożna w mówieniu o transpłciowości swojej córki – właśnie z uwagi na ryzyko, które związane jest z ujawnieniem.

Systemowy strach

Dzieci, młodzież, ale także dorośli, którzy w jakikolwiek sposób odbiegają od większości, zwykle są narażeni na brak zrozumienia, brak akceptacji, drwiny i ośmieszenia. To między innymi z tego względu rodzice nie reagują na jakiekolwiek przejawy transpłciowości ich dziecka – boją się, że zostanie mu wyrządzona krzywda, że zostanie samo, bez pomocy i przyjaciół. Pomimo że wypowiedzi do tego tekstu są anonimowe i z zachowaniem największego bezpieczeństwa, pierwszą reakcją rodziców na naszą prośbę o wypowiedź był niepokój i lęk przed tym, że zostaną zidentyfikowani. Lęk przed reakcją społeczeństwa, dalszego otoczenia, które nie wiedząc, czym jest transpłciowość, reaguje agresywnie. Tymczasem najważniejszy jest fakt, że osamotnienie, brak inicjatywy w kontaktach rówieśniczych, ewentualne słabe wyniki w nauce, nadużywanie alkoholu, sięganie po narkotyki czy myśli samobójcze nie wynikają z problemów, które są związane z trudem wychowawczym, ale zakorzenione są w systemie społecznym, w którym dziecko funkcjonuje.

Imiona występujących w tekście rodziców i dzieci zostały zmienione.

Izabela Jąderek jest psycholożką, edukatorką seksualną, wykładowczynią i doktorantką warszawskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Prowadzi konsultacje i terapie w gabinecie w Warszawie, prowadzi szkolenia i warsztaty. Współpracuje z Fundacją Trans-Fuzja, Fundacją Promocji Zdrowia Seksualnego, Stowarzyszeniem Akceptacja.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Bi to nie lans

O biseksualności, poliamorii, kodzie „podrywowym” a także o lewicy i polityce miejskiej z Joanną Erbel, polityczką Zielonych, kandydatką na prezydentkę Warszawy w zeszłorocznych wyborach, rozmawia Marta Konarzewska

 

Joanna Erbel (z prawej) i Marta Konarzewska, styczeń 2015 r.; foto: Agata Kubis

 

Są tacy, którzy uważają, że przyłączyłaś się do comingoutowej, przedwyborczej akcji „Repliki” (patrz nr 52), żeby podwoić swoją popularność.  

Są też tacy, co sądzą, że straciłam przez to wiele głosów. Pamiętasz ten wspaniały komentarz starszej pani, wyborczyni Biedronia? Dziennikarz pyta, czy jej nie przeszkadza, że głosowała na geja, a ona, że nie wybierała partnera do łózka, tylko prezydenta.

Wszystko wskazuje na to, że orientacja przestaje wyborcom robić różnicę. Ale jeżeli jeszcze robi, to wciąż na niekorzyść – raczej mogło mi to odjąć głosów niż je pomnożyć. Coming out to nie była oczywista decyzja na parę dni przed wyborami. W kampanii unikałam tematów obyczajowych. Swój program kierowałam nie tylko do lewicy. W drugiej turze jedna trzecia moich wyborców głosowała przecież na Sasina. Ale też nie chciałam udawać, że nie powiedziałam kiedyś pewnych rzeczy w paru artykułach czy wystąpieniach, np. w dyskusji w Krytyce Politycznej mówiłam, że mam chłopaka i dziewczynę (dyskusja „Poliamorystki” do obejrzenia na youtube – przyp. red.).

W kampanii unikałaś kwestii obyczajowych, bo…

Na poziomie samorządu kwestie obyczajowe są drugorzędne. To nie tu toczy się walka o związki partnerskie. Pomijając kontekst, biseksualny coming out nie był dla mnie największym wyzwaniem. Na studiach dla wielu moich kolegów egzotyczne było to, że jestem feministką. Drugi coming out, o ile tak można powiedzieć, to był wywiad dla „Wysokich Obcasów” z hasłem „Mieszkanie prawem, nie towarem”. Wtedy wylał się szlam o lewaczce, które podważa święte prawo własności. Młoda dziewczyna ma czelność mówić, że ludzie mają prawo do mieszkań. Wbrew pozorom właśnie to o wiele bardziej interesuje młodych korwinistów niż z kim ta dziewczyna śpi. Zresztą przy bi im zaraz pracuje wyobraźnia. Reakcje są takie: kobiety się uśmiechają, a mężczyznom się włączają fantazje.

Przy coming oucie poliamorycznym się nie włączyły?

Wtedy dostałam bardzo dużo komentarzy pozytywnych, wszystkie miały podobną strukturę: „Fajnie, że o tym powiedziałaś! Kibicuję ci, mam nadzieję, że nie miałaś mega negatywnych komentarzy na ten temat”. Oczywiście pojawiły się też chamskie „chcesz się poruchać?”. Ale ich było o wiele, wiele mniej. Osoby poli dziękowały za głos, za odwagę, bo mają świadomość, w jakim żyjemy społeczeństwie. Ale wyniki wyborów pokazały, że żyjemy w nieco innym społeczeństwie. I wiesz, co mnie najbardziej zdziwiło ostatnio? Hejt od „swoich”: „Bi? Co za lans!”, „Jest za wcześnie, jeszcze nie wolno”, „Po co ci to?”. Jedna z moich starszych koleżanek z lewicy napisała na moim FB, że to tani i głupi chwyt i czy mam zamiar zalegalizować związek jednocześnie z kobietą i mężczyzną. To mnie zszokowało.

Ta niewiedza, że biseksualność to nie synonim bigamii?

To bifobia! Okazuje się, że oswoiliśmy się z gejem czy lesbijką…

tymczasem literka B w LGBT jest wciąż niewygodna. Ciebie to zaskakuje?

Jako socjolożka rozumiem, że rozmyta tożsamość seksualna może być kontrowersyjna, ale osobiście praktycznie nie odczuwałam tej niechęci. Może dlatego, że nigdy nie ustawiałam swojej tożsamości społecznej według tożsamości seksualnej. Nawet ludzi ze społeczności poliamorycznej poznałam całkiem niedawno, nie chodziłam na ich spotkania, imprezy. Nie tam koncentrowała się moja polityczna aktywność, ale w miejskiej polityce: w mieszkaniach, w zrównoważonym transporcie, tanich biletach. Ale nie boję się powiedzieć, że jestem poliamorystką. Nie udaję też, że jestem „normalna”. Ale widzisz, współpracuję z wieloma urzędnikami, patrzę na czyjś biogram: żona, szóstka dzieci, myślę: O! Będziemy mieć kosę. A okazuje się, że wcale nie, super się współpracuje. Wbrew pozorom, większe cięgi zebrałam od środowiska, od „naszych”. Jeden kolega, który występuje jako drag queen uważał, że nie powinnam mówić, że jestem bi!

Są mizoginiczni geje, lesbijki pro-life, czemu nie ostrożne gejowskie drag queen?

To było dla mnie ciekawe spotkać się z tym. Oczywiście skrajna prawica też reagowała. Terlikowski o mnie pisał w kontekście poliamorii, niedługo potem spotkałam go w radiu, poszłam się przywitać, życzyć miłego dnia.

I co?

Wiesz… Korytarz był wąski. Trudno było mu się nie przywitać.

Pewnie wielu się w tobie boi własnego pożądania.

Ale to ich fantazje, nie moje.

Chłopcy zawsze fantazjowali o tobie?

(śmiech) Moj pierwszy chłopak okazał się gejem. Mieliśmy po 14 lat, romantyczny roczny związek. Potem Martin wciąż wybierał same ideały dziewczyn, nieszczęśliwe miłości. Po paru latach spotkaliśmy się. Wreszcie się zakochał. W chłopaku. Najpierw się ucieszyłam. A potem pomyślałam: ocho, mam problem. Facet, który wyznaczał mój archetyp mężczyzny jest gejem. Ale szybko mi przeszło. Nie tylko mnie. Kiedyś rozmawiam z babcią: ona się rozpływa, jaki to Martin najlepszy chłopak dla mnie. „Babciu, ja nie będę z nim szczęśliwa”. „A niby czemu?”. „Bo mu się podobają chłopcy i będziemy mieli bardzo zły seks”. „Acha!” – mówi babcia, a po chwili pyta: „A fajnego ma chłopaka?”.

I jak się zakochałaś w dziewczynie, to też powiedziałaś sobie: „acha”?

To było zabawne, miałam wtedy 20 lat, a w otoczeniu zawsze dużo kolegów, kumplowałam się z chłopakami, bo jakoś nie interesowały mnie ani paznokcie, ani szminki, ani sukienki, jak moje koleżanki. Wtedy się nie malowałam. Uważałam, że dziewczyny mają głupie zainteresowania. Jak się zakochałam w tej koleżance, to sobie zadawałam mnóstwo pytań, które wydają mi się teraz śmieszne: np. „Czy jak się przytulam do kolegów, siedząc obok, to do niej też mogę?”

Wstydziłaś się?

To był stres! Nie wiesz, co robić, nie masz kodów, szok. Potem okazało się, że też się jej podobam. Miałyśmy krótki romans, choć miała chłopaka wtedy. Widzisz, wokół mnie było zawsze jakoś więcej tych osób. Kiedy pojawiła się poliamoryczna rama, to wszystko stało się jaśniejsze i normalne.

Powiedziałaś rodzicom, czy znów babci, o tej dziewczynie?

Kiedyś rozmawialiśmy z rodzicami o dzieciach. Powiedziałam im, że będę pewnie mieć dziecko, ale nie z chłopakiem, tylko z dziewczyną. „Yy… okeej…”. Potem sama sobie zdałam sprawę, że niekoniecznie to takie proste. Że nie jestem lesbijką, chłopcy też mi się podobają. Tylko na trochę przestali, jak byłam zakochana w konkretnej osobie – dziewczynie. Moje relacje erotyczne z dziewczynami były zawsze z tymi bi. Wydaje mi się, że operujemy tym samym kodem podrywowym. Pamiętam, jak jedna z moich koleżanek bi próbowała poderwać lesbijkę, nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Jakby to były zupełnie inne kody romansowe: jak tu podejść, jak zacząć?… Będąc bi, operujesz kodem heteroromantycznym.

Masz bi-dar?

Tak! To jest podobna kompetencja do tej, którą rozpoznajesz swój typ. Na przykład lubisz, nie wiem, szalonych chłopaków. Albo osoby bipolarne. Wchodzisz do pomieszczenia i wiesz, który lub która to. Z dziewczynami bi pojawia się takie delikatne potencjalne napięcie erotyczne.

Osoby z homo środowiska też to często wyczuwają. I często uważają osoby bi za…

…zdrajców. Wiem.

Pierwszy lęk: moja dziewczyna odejdzie do chłopaka, bo tak naprawdę bi to hetero.

Rozumiem ten lęk. Parom hetero jest w Polsce łatwiej.

Drugi: będzie potrzebowała faceta jednocześnie ze mną, bo bi nie potrafią się zdecydować.

Również dobrze mogłaby odejść do innej dziewczyny, która wygląda inaczej, to nie musi być facet.

Ale ten najbardziej podstawowy brzmi: ona podważa moją seksualność. Bi podważa stateczność bycia homo, jak homo podważa stateczność bycia hetero.

 Ale niby dlaczego? W ogóle nie podważa. Rzeczywistość nie jest biała albo czarna – jest ciągła. I to nie dotyczy jedynie seksualności. Też poglądów politycznych. Miałam do czynienia z radykalną lewicą, która uważała, że jak rozmawiam z urzędnikami, to jestem automatycznie po tamtej stronie, że nie ma przestrzeni pomiędzy. Bzdura. Wspieranie przestrzeni „pomiędzy” wspiera także cześć radykalną. Jest ciągłość poglądów.

I tego powinna nauczyć się lewica?

Lewica powinna mieć kompleksowy program, a nie wybierać jedne tematy kosztem innych. Powinno być miejsce i na postulaty stricte socjalne, jak specjalne strefy ekonomiczne, mieszkania komunalne, zablokowanie eksmisji na bruk, i na te uważane niesłusznie za lajfstajlowe, jak ścieżki rowerowe, miasto bez krawężników, przyjazna przestrzeń, parki. Powinny one iść ramię w ramię z poszanowaniem ludzkich życiowych wyborów. Bo o to w gruncie rzeczy chodzi w postulatach obyczajowych. Nie chciałabym też jednak, żeby lewica stawiała głownie na argumenty obyczajowe i wokół tego się budowała, bo wtedy powstaje projekt średnioklasowy.

Po ostatnich wyborach jako działaczka miejska patrzę z nadzieją na Słupsk. Tam jest zielony, lewicowy program: zielona reindustrializacja, postulaty socjalne plus prezydent, który jest jawnym gejem. Biedroń wygrał te wybory, choć pewnie dla wielu analityków był niewybieralny. Prawica jest przerażona, prowincja, a proszę, lewicowy gej na rowerze!

Osoby niehetronormatywne z założenia powinny popierać lewicę? Czemu lewica ma nam więcej do zaoferowania?

Lewica dąży do stworzenia środowiska, gdzie możemy być rożni i to nam nie zagraża. Wymiarów tego jest bardzo dużo: nie chodzi tylko o stworzenie polityki edukacyjnej, ale też o redystrybucję grantów. Prawicowy samorząd może odcinać finansowanie pewnych ważnych dla LGBT inicjatyw. Tu chodzi o lokale, kulturę (pamiętamy „Golgota Picnic”), o sposób, w jaki działają centra aktywności lokalnej. Czy można tam zrobić za darmo spotkanie z pisarzem gejowskim, czy nie. Albo parady, marsze.

Politycy, kandydatki powinni się outować?

Nie, jestem przeciwna przymusowi coming outu. Znam osoby, które są w takie sytuacji zawodowej, czy rodzinnej, że jest im to w tym momencie niepotrzebne. Przejście z poziomu towarzyskiego (bliscy wiedzą) na poziom publiczny (ludzie cię googlują i widzą, że nie jesteś hetero) bywa ryzykowne. Może się okazać za jakiś czas, że to nie będzie żadnym problemem. Ale jeszcze jest. Więc to powinien być indywidualny wybór.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Przestajesz być najważniejszy

Jacek i Andrzej Kacprzak-Kubińscy opowiadają o sobie, o swoich synach i o życiu w Wielkiej Brytanii społeczeństwo

 

Jacek (z lewej) i Andrzej Kacprzak-Kubińscy z synami;  arch. pryw.

 

Pytam o ich zwykły dzień. Jacek i Andrzej Kacprzak- Kubińscy patrzą na siebie lekko zdezorientowani, pytanie chyba nie jest najmądrzejsze. Jacek: Budziki mamy dwa, a nawet trzy. Zanim o siódmej zadzwoni ten właściwy, obaj chłopcy przychodzą do nas do sypialni i oznajmiają: koniec spania! Potem jest mycie, ubieranie, śniadanie i wychodzimy. Czasem ja zaprowadzam synów do szkoły, czasem Andrzej. Na szczęście obaj czas pracy mamy elastyczny. Po szkole obiad… Właściwie co tu opowiadać? Dużo hałasu jest cały czas. Między siódmąósmą chłopcy idą spać.

Taki mniej więcej rytm życia mają od prawie dwóch lat, czyli odkąd adoptowali Adama (dziś 6-letniego) i Brandona (dziś 4-letniego). Mieszkają w Brighton. Od pięciu lat są w związku partnerskim, który teraz zamienią na małżeństwo, od 10 grudnia taka zamiana jest już w Wielkiej Brytanii możliwa.

Nie ma opcji?

Jacek ma 39 lat, Andrzej – 36. Razem są od sześciu. Pochodzą z Gdańska. Poznali się w sopockim klubie gejowskim „69”. Tydzień później kolega Jacka zawierał związek partnerski w angielskim St Ives. Na wesele pojechali już jako para. Jacek: Mieszkałem w Wielkiej Brytanii już wcześniej, widziałem, że to jest inny świat niż w Polsce. O wyjeździe na stałe za granicę zaczęli rozmawiać krótko po poznaniu się. Czy homofobia grała rolę w ich decyzji o emigracji? Jacek: Grała. Ja już byłem „zarażony” – zobaczyłem, jak otwarcie i swobodnie tu można żyć. W Gdańsku nasza sąsiadka „zwęszyła”, że jesteśmy parą, robiła nieprzyjemne przytyki. Tu można chodzić za rękę po ulicy i nikt się nawet nie obejrzy, chyba że Polacy (śmiech). Drag queens zobaczyć można nie tylko w klubie, ale też i np. na zwykłych zakupach. Tu jest bardziej kolorowo. No, i są związki partnerskie, a teraz też już małżeństwa.

Andrzej: Dla mnie to był jednak rodzaj szoku. Musiałem się nauczyć żyć normalnie, to znaczy bez tego zakłamania. Chodzenie za rękę to przecież jest zwykła rzecz, ale w Gdańsku – zapomnij. Jak się skosztuje tego normalnego życia, to dopiero widać, jak człowiek w Polsce był zastraszony.

Andrzej prowadził w Gdańsku zakład fryzjerski wraz ze swym byłym chłopakiem. Wyjazd był skokiem na głęboką wodę: Byłem przyzwyczajony do pracy na swoim, nie znalem angielskiego.

Z pracą nie było problemu. Jacek pracuje jako kierownik regionalny jednej z firm. Andrzej szybko znalazł zatrudnienie w swoim zawodzie. Musiałem tylko iść na bardzo intensywny kurs angielskiego, ale dałem radę. Kiedy wiesz, że dobrze znasz język? Jak możesz się w nim kłócić. Już ten chrzest przeszedłem. Tylko repertuar przekleństw pewnie mam mniejszy niż przeciętny Anglik (śmiech).

Kiedy pojawił się pomysł, by powiększyć rodzinę? Andrzej: Jakieś trzy lata temu. Wiesz, ja nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek zostanę ojcem. Od tego chyba trzeba zacząć: jak jesteś gejem i dorastasz w Polsce, to opcję „rodzicielstwo” po prostu wyrzucasz z głowy. Nawet tego nie rozpatrujesz. Człowiek się godzi z tym, że nie będzie ojcem, bo nie ma wyjścia. Dopiero tu zobaczyłem, jak ten polski świat cię ogranicza, jak robi z ciebie kogoś drugiej kategorii, kogoś mniej wolnego niż reszta. I sam w te buty wchodzisz. Tu na paradzie w Brighton widzieliśmy anonse agencji adopcyjnych zachęcające pary jednopłciowe do adopcji! Na ostatniej paradzie sami reklamowaliśmy „naszą agencję.

Jacek: Osiągnęliśmy stabilność i stwierdziliśmy, że możemy zadbać nie tylko o siebie. Już się wyszaleliśmy, trzydzieści parę lat to chyba jest dobry wiek na ojcostwo. A że jesteśmy gejami… no i co z tego?

Nadajemy się czy nie?

Andrzej: Tutejsze agencje adopcyjne organizują specjalne spotkania dla osób, które chcą zostać rodzicami. Omawiane są wszystkie możliwości razem z praktycznymi szczegółami. Jeśli chodzi o pary gej/les, to trochę inaczej mają pary dziewczyn, inaczej pary facetów. Np. dowiedzieliśmy się wszystkiego o matkach surogatkach. Doszliśmy do wniosku, że to nie dla nas. Po pierwsze: nie było nas stać. Po drugie: może lepiej, zamiast powoływać nowe życie na świat, pomoc dzieciom, które już na tym świecie są, tylko nie miały tyle szczęścia?

W Wielkiej Brytanii adoptować dziecko może singiel/singielka lub para, zarówno małżeńska, jak i związek partnerski, jak i para żyjąca nieformalnie – ważne, by związek trwał co najmniej trzy lata. Trzeba mieć ukończone 21 lat. Żadna agencja adopcyjna nie ma prawa odmówić adopcji tyko ze względu na fakt, że para jest jednopłciowa.

Czy fakt, że są parą gejowską, miał znaczenie na jakimkolwiek etapie adopcji?

Jacek: Nie. Czekaj, raz miał. Jedno ze standardowych pytań testowych, które nam zadano, brzmiało: „Jak byś zareagował, gdyby dziecko w przyszłości zrobiło coming out?”. Pracownik socjalny – nasza prowadząca, która je odczytała, uśmiechnęła się i powiedziała: „Panowie chyba nie mieliby z tym problemu, tak?”. Ale też zapytano nas, jak wyjaśnimy dzieciom, gdy zapytają, jak powstała nasza rodzina – o co chodzi z tym, że u jednych dzieci jest mama i tata, a u innych – tata i tata, albo mama i mama.

W Polsce z procesu adopcyjnego eliminuje się pary gejowskie i lesbijskie, w Wielkiej Brytanii – eliminuje się homofobów. Pytam też, czy odczuli jakiekolwiek nierówne traktowanie, ponieważ są emigrantami z Polski. Andrzej: Nie. Tylko ewentualnie nieznajomość angielskiego mogłaby być problemem.

Agencja adopcyjna organizuje kurs przygotowawczy dla przyszłych rodziców. Są m.in. zajęcia z psychologami, pracownikami socjalnymi, którzy opowiadają o możliwych zachowaniach dziecka spowodowanych traumami. Samo wejście do nowego domu, do kompletnie nieznanego otoczenia to wielki stres. Bywa, że dochodzi do samookaleczeń, walenia głową o ścianę. Andrzej: Na szczęście nasi synowie przeszli ten proces gładko. W ramach kursu mieliśmy też spotkania z rodzicami, którzy już wychowują adoptowane dzieci, a także z dorosłymi, którzy kiedyś zostali adoptowani.

Czy już zapytali?

Wybór dziecka. Jacek: Są strony internetowe, gdzie możesz przeglądać niektóre profile dzieci do adopcji. Pełny dostęp otrzymujesz po panelu kwalifikującym cię do bycia rodzicem adopcyjnym. Czytasz opisy, oglądasz zdjęcia, ale „oglądania/poznawania” samych dzieci nie ma na tym etapie. Nie możesz ich traktować jak towarów w sklepie. Myśmy tylko od początku chcieli adoptować rodzeństwo i najlepiej, gdyby miało polskie korzenie. Udało się. Dopiero gdy wybraliśmy i zostaliśmy „zakwalifikowani” do tych konkretnych dzieci, zaczęły się komisje, zebrania, spotkania – bo pracownicy socjalni muszą być pewni, że jesteś zdecydowany w stu procentach. Wreszcie: wielkie emocje – pierwsze spotkanie. Nasi synowie byli w rodzinie zastępczej w innym mieście. Pojechaliśmy tam i przez tydzień mieszkaliśmy w hotelu, spotykaliśmy się z nimi godzinę, dwie, trzy dziennie. Takie stopniowe zapoznawanie się. Potem oni przyjechali do nas do Brighton, zamieszkali z opiekunką w hotelu – i znów spotkania, wspólne zabawy, spacery. Aż w końcu przeprowadzka.

Muszą pewnie ten dzień dobrze pamiętać. Jacek: Jasne. 25 kwietnia 2013 r. Całżycie się zmienia. Nie tylko fizycznie więcej zajęć, ale też psychicznie – wszystko na nowo musi się w człowieku ułożyć. Andrzej: Sam dla siebie przestajesz być najważniejszy, teraz już ważniejsi są oni. Ogromna odpowiedzialność, ale przyjmujesz to. Po prostu nie może się im stać krzywda – twoja w tym głowa i koniec. I przychodzi miłość – to są już nasze dzieci.

Czy synowie zapytali już, dlaczego mają dwóch tatusiów, a nie mamusię i tatusia? Andrzej: Nie, jeszcze nie. Kilka razy byliśmy na kempingach z innymi tęczowymi rodzicami. Mamy znajome tęczowe rodziny w Brighton i w Londynie. Chłopaki widzą, że inne dzieci też czasem mają dwóch tatusiów albo dwie mamusie. Ważne jest, by nie robić z tego wielkiej sprawy. Wychowawczyni Adama opowiadała, że mieli lekcję o rodzinie i Adam podobno powiedział, że ma najfajniejszą rodzinę na świecie. U Brandona w zerówce na ścianie wiszą portrety rodzin wszystkich dzieci. W samym środku – my. Jego wychowawczyni wie o nas, wiedzą też inni rodzice.

Razem na Paradę

Jacek i Andrzej oczywiście zdają sobie sprawę, jak ta cała ich normalność brzmi w Polsce – kontrowersyjnie, dla niektórych pewnie wręcz skandalicznie. Jacek: Tu o emancypacji osób LGBT mówi się jako o „wychodzeniu z ukrycia”. W Polsce to nazywa się „promocja homoseksualizmu”, przy okazji adopcji mówi się zaraz o molestowaniu, gwałtach. Przecież takie rzeczy, jeśli się zdarzają, to niezależnie od orientacji seksualnej rodziców. Andrzej: Sami na własnej skórze odczuliśmy, że związek partnerski, małżeństwo to nie tylko papierek, prawa i obowiązki. To również inne funkcjonowanie. Oficjalny związek wiąże mocniej. W Polsce słychać tyle narzekania, że związki gejowskie są nietrwałe. Założę się, że gdyby małżeństwa rożnej płci nie istniały, to pary hetero rozstawałyby się dużo częściej. A, i tak przecież, ile jest rozwodów?

Jacek: Teraz doradzamy dwom dziewczynom z Polski w procesie adopcji. Myślimy, by otworzyć profil na Facebooku „adopcja przez pary jednopłciowe w Wielkiej Brytanii”. Nasza agencja adopcyjna PACT z Reading otrzymała niedawno rządową dotację na biuro w Brighton skierowane głównie, ale nie wyłącznie, do par jednopłciowych.

Jedynym problemem okazało się uzyskanie dla chłopców polskich paszportów. Jacek: Nie było opcji, żebyśmy figurowali jako rodzice naszych synków. Trudno. Nie będą mieli polskich paszportów. Będą obywatelami Wielkiej Brytanii.

Pytam na koniec, czego im życzyć. Andrzej: Jest dobrze, a więc: żeby się nic nie zmieniało. Żeby dzieciaki się dobrze chowały tak, jak do tej pory. Jacek dorzuca: Żeby takie wywiady nie były w Polsce potrzebne.

Dla wszystkich pragnących uzyskać więcej informacji na temat adopcji w Wielkiej Brytanii, Jacek i Andrzej założyli specjalny adres e-mail: adopcjadzieckawuk@gmail.com

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kościół bez LGBT

Co katolicy/czki LGBT w Polsce mówią o swych relacjach z Kościołem? Wiara i Tęcza koordynowała akcję wypełniania „Ankiety Franciszka”

 

Wiara i Tęcza na Paradzie Równości (2014) foto: Justyna Łapińska

 

Podczas pielgrzymki na Jasną Gorę usłyszałem od spowiednika: „Twoja noga nie powinna wstąpić w to święte miejsce”. Od tamtej pory się nie spowiadam, bo się po prostu boję – relacjonuje Jarosław, gej z Jastrzębia-Zdroju.

Pierwszą osobą, której powiedziałem o swojej orientacji, był spowiednik – opowiada 29-letni Krzysztof z Krakowa. Bardzo się bałem ujawniać, ale potrzebowałem wsparcia. Na spowiedzi spotkałem się jednak z murem niezrozumienia i ogromnym chłodem. Ta rozmowa mnie zdruzgotała, bezpośrednio po niej otarłem się o samobójstwo. Od tego czasu byłem u spowiedzi tylko przy okazji pogrzebu babci i ślubu członków mojej rodziny. Nie przystępuję też do komunii. Do dziś nie wyleczyłem się z tego zranienia.

Nie wszyscy odchodzą

To tylko dwie spośród blisko stu relacji, które polscy katolicy/czki LGBT nadesłali w ramach koordynowanej przeze mnie akcji zbierania odpowiedzi na „Ankietę Franciszka” przed zwołanym w Rzymie Synodem ds. Rodziny. Do nadsyłania refleksji m.in. na temat położenia osób homoseksualnych w kościele zachęcał Watykan. Grupa polskich chrześcijan LGBT „Wiara i Tęcza”, której jestem członkiem, postanowiła na ten apel odpowiedzieć.

Największym zaskoczeniem była duża liczba ankiet, jakie nadeszły od katolików/czek LGBT z całej Polski. Na ogół panuje przekonanie, że osoby nieheteronormatywne odchodzą z Kościoła. To jednak tylko część prawdy. Rzeczywiście, wiele lesbijek, gejów i osób transpłciowych pod wpływem kościelnej mowy nienawiści odchodzi od praktyk religijnych, jednak przez sam fakt homoseksualności lub transseksualności nie traci się na ogół wiary. Ani potrzeb duchowych. Co więcej: duża część z nas pozostaje w Kościele, starając się jakoś ułożyć sobie relację z tą instytucją, a jeszcze bardziej z Bogiem.

Możliwości artykulacyjne wierzących osób LGBT w Polsce są mocno ograniczone, i to nie tylko ze względu na kościelną homofobię. Świeckie środowiska lesbijsko-gejowskie przez lata patrzyły na nas z dystansem, co łatwo zrozumieć, biorąc pod uwagę ogromną krzywdę, jaką osobom nieheteronormatywnym wyrządza wielu ludzi Kościoła. Organizacje LGBT zaczynają jednak coraz mocniej dostrzegać emancypacyjny potencjał istniejący w religijnych grupach takich, jak Wiara i Tęcza. Mówił mi o tym latem ubiegłego roku Bjorn van Roozendaa z ILGA-Europe podczas spotkania z przedstawicielami organizacji chrześcijańskich organizacji LGBT z Europy Wschodniej w Amsterdamie: My na Zachodzie zrozumieliśmy, że bez współpracy z organizacjami LGBT nie zmienimy homofobicznych postaw konserwatywnej części społeczeństw. Ma to szczególne znaczenie teraz, gdy coraz większe poparcie społeczne uzyskuje w naszych krajach radykalna prawica. Także w Polsce widać coraz większe zainteresowanie Wiarą i Tęczą.

Wewnętrzna emigracja

Jest jednak drugi, o wiele ważniejszy powód, dla którego katolicy LGBT w Polsce nie są wystarczająco słyszalni. Otóż przytłaczająca większość z nich żyje w ukryciu. W parafiach i wspólnotach religijnych osoby wierzące decydują się na wewnętrzną emigrację. A przecież z najbardziej ostrożnych obliczeń wynika, że w polskim Kościele rzymskokatolickim ponad 1,5 mln wiernych to lesbijki i geje. Liczba porównywalna z największymi diecezjami w naszym kraju!

Odpowiedzi na ankiety, jakie uzyskałem od katolików/czek LGBT, pokazują swoisty mechanizm błędnego koła, który sprawia, że osoby homoseksualne są w Kościele niewidoczne. Nieprzyjazna wobec osób LGBT atmosfera w Kościele powoduje, że wierzący ukrywają swoją orientację psychoseksualną. Przez to Kościół funkcjonuje jako „wyspa bez gejów i lesbijek”, a to z kolei sprawia, że zarówno księża, jak i świeccy nie mają okazji poznać osobiście „żywych” i „realnych” gejów, lesbijek, osób transpłciowych czy biseksualnych w ich codzienności. Wiedza duszpasterzy na temat osób LGBT opiera się zatem głownie na przekazie medialnym, wrogiej wobec nas literaturze oraz sakramencie spowiedzi, podczas którego penitenci spowiadają się z nadużyć seksualnych, ewentualnie opowiadają o swoich seksualnych lękach, nieraz zresztą podsycanych przez samych duszpasterzy. Powstaje z tego obraz osoby LGBT chorobliwie skupionej na seksie, głęboko niepogodzonej ze swoją orientacją psychoseksualną. Utwierdza to tylko księży w negatywnych stereotypach na temat osób LGBT.

O tym, jak ta kościelna szafa na co dzień wygląda, uczestnicy ankiety wiedzą aż nadto dobrze. 30-letnia Olga z Warszawy na niedzielną mszę chodzi razem z partnerką. Ale udajemy, że jesteśmy jedynie znajomymi. Przekazując znak pokoju, pamiętamy, by nie robić tego zbyt serdecznie. Taka konieczność konspiracji uniemożliwia nam głębsze zaangażowanie siężycie parafii – mówi. Moj chłopak jest zaangażowany w życie oazowe, ale swoją orientację musi ukrywać. Nie jest łatwo, ale się nie poddajemy – dodaje Jarosław z Jastrzębia-Zdroju.

Często próby ujawnienia się przynoszą negatywne konsekwencje. 47-letnia Katarzyna z Gdańska od lat mieszka ze swoją partnerką. Postanowiły kiedyś razem przyjąć księdza po kolędzie. Ksiądz najpierw się spłonił, po czym nieskładnie zaczął fukać: „Jak ja mam TO tutaj wpisać?” Wskazywał przy tym na kartoteki, w których zaznaczał, kto w danym domu mieszka – opowiada Katarzyna.

Lesbijka śpiewa psalmy

Najczęściej jednak osoby wierzące pod wpływem nieprzyjaznej atmosfery same odchodzą na kościelne peryferie. Trudno im się odnaleźć, bo w polskich ruchach duszpasterskich panuje założenie, że wszyscy myślą jednakowo. Nie spotkasz tam nikogo, kto ma na przykład poglądy feministyczne – skarży się 38-letnia Agnieszka, lesbijka z Warszawy. 25-letni Kamil z Wałbrzycha podczas rozmowy z księdzem powiedział, że ma lewicowe poglądy i popiera małżeństwa homoseksualne. To, że sam jest gejem, nie przeszło mu przez usta. Ksiądz mi odpowiedział: „W takim razie nie ma tutaj dla ciebie miejsca”. Od tego momentu zacząłem unikać oazowych spotkań i po miesiącu odszedłem ze wspólnoty – mówi.

32-letnia Joanna miała więcej szczęścia. Jej przewodnik duchowy powiedział jej, że nie ma nic przeciwko temu, by jako lesbijka nadal była liderką wspólnoty oazowej. Postawił jednak warunek: o orientacji nikt nie może się dowiedzieć! Powiedział, że ujawnienie homoseksualizmu przed innymi członkami wspólnoty uniemożliwi mi nie tylko bycie animatorką, ale wręcz uczestnictwo w grupie – relacjonuje Joanna.

Kobieta szybko się zresztą przekonała, że to nie tylko teoria. W jej grupie ujawniła się bowiem inna osoba homo. Nie dokonała publicznego coming outu, jedynie zwierzyła się wspólnocie, którą traktowała jak rodzinę. Wywołało to ogromne oburzenie liderów i członków grupy. Nagle z dnia na dzień ta osoba stała się niegodna tego, by przy ołtarzu zaśpiewać psalm czy odczytać czytanie. Wszelkie formy aktywności liturgicznej okazały się dla niej niedostępne. W tak niesprzyjającej atmosferze po jakimś czasie odeszła. A dla mnie był to sygnał, że jeśli chcę pozostać wśród tych ludzi, muszę uważać, by to, kim jestem, nie wyszło na jaw – opowiada Joanna, która po jakimś czasie również opuściła grupę.

Niestety, większość nieheteroseksualnych osób zaangażowanych w życie Kościoła zmaga się dodatkowo z olbrzymią uwewnętrznioną homofobią. Nikt, kto ma już jakoś „przerobiony” temat swojej homoseksualności, nie wejdzie do takich wspólnot. Bo ci, którzy zostają, płacą za to nieraz ogromną cenę. Znam historię lidera jednej ze wspólnot przy uczelni katolickiej. Ukrywał to, że był gejem, kilka lat temu popełnił samobójstwo – opowiada Agnieszka, lesbijka z Warszawy.

Damian z Płocka przez kilka lat przygotowywał oprawę muzyczną na mszach i rekolekcjach. Kiedyś zwierzył się ze swej orientacji przyjacielowi ze wspólnoty, zresztą też gejowi. On jednak jeździł do lubelskiej Odwagi, gdzie zalecano zerwanie kontaktów ze środowiskiem homoseksualnym. Potraktował to bardzo dosłownie, zażądał, bym wybrał: albo terapia, albo odejście z grupy. „Doniósł na mnie do duszpasterza, który podtrzymał ultimatum. Na terapię się nie zdecydowałem, więc zostałem wyrzucony. Inni uczestnicy, nawet jeśli prywatnie czuli ze mną solidarność, byli poddani tak silnej presji, że się ode mnie odwrócili. Przeżyłem silne załamanie, na szczęście udało mi się z tego wyjść – opowiada Damian.

Kościół przyszłości 

Takie świadectwa nie napawają optymizmem. Powstaje zatem pytanie: czy jest o co walczyć? Wiara i Tęcza od początku twierdzi, że tak. Jedyny sposób to mówić o sobie głośno i otwarcie, starając się, by nasze świadectwa dotarły do jak największej liczby osób w Kościele. Pewnej dozy optymizmu dodaje nam pontyfikat Franciszka, który zmienia język, w jakim Watykan wypowiada się na temat homoseksualności. O tym, że Kościół katolicki przestaje być w tej kwestii monolitem, można się było przekonać na październikowym Synodzie ds. Rodziny w Rzymie, na którym po raz pierwszy w dziejach Kościoła padło tak wiele pozytywnych słów pod adresem osób homoseksualnych. Zredagowany przez biskupów dokument podsumowujący pierwszy tydzień obrad mówił: „Osoby homoseksualne mają wartości i dary do zaoferowania wspólnocie chrześcijańskiej. Czy nasze wspólnoty są w stanie im to zapewnić, akceptując i ceniąc ich orientację seksualną?” Choć ostateczna wersja dokumentu podsumowującego Synod nie była już dla osób LGBT tak korzystna, na Zachodzie dyskusja toczy się nadal. Pod koniec grudnia biskup Johan Bonny z Antwerpii wezwał wprost, by Kościół uznał związki jednopłciowe. Belgijski hierarcha przyznał, że odwagi do wypowiadania się w tych sprawach dodał mu pontyfikat Franciszka. Powinniśmy dążyć do tego, by związki jednopłciowe zostały w Kościele formalnie uznane – powiedział w wywiadzie, pytany, czy pary jednopłciowe powinny uzyskiwać w Kościele błogosławieństwo na wzór małżeństw heteroseksualnych.

Pozytywne rzeczy zaczynają się też dziać na polskim podwórku. Ostatnio publicysta katolicki Cezary Gawryś (niegdyś zwolennik „leczenia gejów”, dziś osoba, która wycofała się z dawnych poglądów na ten temat) na stronie stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” napisał poruszający tekst „Dlaczego Kościół milczy, kiedy znieważają i biją?”. Wstrząśnięty opisaną w „Replice” (nr 52) historią dwóch gejów: Piotra i Pawła, nękanych w rodzinnych Kartuzach z powodu swej orientacji seksualnej, pyta: Czy za klimat agresji skierowanej ku osobom homoseksualnym, niewątpliwie panujący wciąż na polskiej prowincji, w małych miastach, nie jest także odpowiedzialne nauczanie polskich biskupów i wielu księży? (…) Czy w takim wypadku, kiedy w małej społeczności złożonej w większości z katolików dochodzi do prześladowania osób homoseksualnych, do skandalicznego aktu poniżania drugiego człowieka, nie powinni zabrać głosu lokalni duszpasterze? Przecież to gotowy temat na adwentowe kazanie o miłości bliźniego! (…) Swoją drogą, zgłaszam wniosek do przewodniczącego Konferencji Episkopatu, aby w roku 2015 polscy biskupi skierowali specjalny list pasterski do rodziców osób homoseksualnych.

Dla wielu spełnienie tego postulatu wyda się zapewne kompletną abstrakcją. Dla mnie – po wizycie w pewnej parafii na południu Polski – trochę mniejszą. Znajomy ksiądz zaprosił niedawno kilka osób z Wiary i Tęczy na spotkanie biblijne, które było zorganizowane przy jego kościele. Wcześniej wytłumaczył uczestnikom swojej wspólnoty (w większości starszym kobietom), kim jesteśmy. Ich przyjęcie było więcej niż życzliwe. Okazało się, że zwykła polska parafia nie musi być homofobiczna, o ile duszpasterz nie będzie „straszył gejem”, lecz po prostu potraktuje nas jako siostry i braci.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Homofobię trzeba zwalczać śmiechem

Z Krystianem i Adrianem Babilińskimi o modelingu, o własnej firmie, o szkolnej homofobii, coming outach i planach małżeńskich rozmawia Mariusz Kurc

 

Krystian (na górze) i Adrian Babilińscy – sesja dla Unique & United; foto: Maria Lankina

 

Pamiętacie nasz tekst o trzech braciach gejach? Opublikowaliśmy go w listopadzie 2013 r. („Replika” nr 46). 22-letni Alan i 18-letni bliźniacy Krystian i Adrian wyemigrowali z rodzicami do USA kilkanaście lat temu. Mieszkają w stanie Karolina Południowa. Jesienią 2013 r. ich tata, Adam wyoutował się w polskich mediach jako tata trzech gejów – wziął udział w akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Rodzice, odważcie się mówić, wsparł również nowo powstałe Stowarzyszenie Akceptacja, skupiające rodziców i przyjaciół osób LGBT.

W naszym tekście o tej niecodziennej rodzinie wypowiadali się sami zainteresowani, tata oraz mama Kasia. Powiedziałem jej wtedy, że Krystian i Adrian są tak ładni, że mogliby zrobić karierę jako modele. Minął niecały rok, Kasia odezwała się do mnie: „Spełniło się. Krystian i Adrian są po pierwszej sesji foto. A poza tym, mając niecałe 19 lat, założyli własną firmę. Mam supersynów!”

Spotykam się z Krystianem i Adrianem na Skype i już po dwóch minutach rozmowy widzę, jak wiele się w ich życiu zmieniło przez te dwanaście miesięcy.

Opowiecie najpierw o tym, jak zadebiutowaliście jako modele?

Adrian: To było latem. Spędziliśmy tydzień w Nowym Jorku. Pierwsza nasza samodzielna wycieczka bez rodziców. Super.

Krystian: Tylko raz się trochę zgubiliśmy na parkingu na lotnisku (śmiech). Wszystko zaczęło się od tego, że jedna z menadżerek firmy Unique & United śledziła mój profil na Instagramie, podobały jej się fotki. Potem okazało się, że inna osoba pracująca w tej firmie to znajoma mojej mamy. Zgadały się i zapytały mamę, czy nie chcielibyśmy spróbować sesji foto do kampanii reklamowej. To brzmiało zbyt pięknie… ale okazało się prawdziwe! Na początku nikomu nie mówiliśmy, bo baliśmy się, że to ściema. Nawet sprawdzaliśmy, czy bilety do Nowego Jorku, które nam kupili, nie są fałszywe, bo wierzyć nam się nie chciało.

Unique & United – co to za firma?

A: Produkują biżuterię dla gejów, również ślubną. Zapewnili nam high life w Nowym Jorku. Pozowanie trwało godzinami, wcześniej fryzjer, wizażyści, wybieranie ciuchów – ale w sumie fajna zabawa. Znaleźliśmy też czas, by pozwiedzać miasto.

Wiążecie przyszłość z modelingiem?

K: Jak coś się trafi, to czemu nie, ale tylko dorywczo. Na poważnie zaczęliśmy właśnie działać na innym polu – projektujemy strony internetowe. Wycieczka zresztą się do tego przyczyniła. Przy okazji modelowania doradzaliśmy Unique & United w kwestii ich własnej strony internetowej, na którą zapraszamy (uniqueandunitedjewelry.com – przyp. red.). Projektowaniem stron interesujemy się od dawna. Mamy sporą wiedzę i pomysły. BabilinApps (babilinapps.com – przyp. red.) założyliśmy we wrześniu.

Nie mając nawet 19 lat i chodząc do szkoły.

K: A dlaczego nie? Nie narzekamy na brak klientów. Zatrudniliśmy już dwie dodatkowe osoby na niepełny etat.

BabilinApps ma tęczowy motyw w logo – to jakaś wskazówka czy moja nadinterpretacja?

A: Każdy odbiera to, jak chce, trochę tak jak to jabłko w firmie Apple (śmiech). Mamy w naszym portfolio kilka designów zrobionych dla „branżowych” firm. Gdy nowym klientom je pokazujemy, od razu wiadomo, o co chodzi.

K: Gdy robiliśmy nasze własne coming outy przed rodzicami, to była akurat kampania „It Gets Better” skierowana do nastolatków LGBT. Słyszałeś o niej?

Jasne. Znane osoby LGBT i sojusznicy dodawali otuchy nastolatkom LGBT, by przetrwali trudne czasy szkolne, bo „potem będzie lepiej”.

K: Bardzo się ucieszyliśmy na wieść, że kampania „It Gets Better” jest wspierana przez Google. Już wiedzieliśmy, gdzie moglibyśmy się zatrudnić! To bardzo ważne, by informować: tak, jesteśmy gay-friendly.

A: Parę razy zdarzyli nam się klienci, którzy chyba byli trochę homofobami i aż przyjemnie było patrzeć, jak walczą ze sobą: z jednej strony nasze projekty im się podobały, a z drugiej – mieliby dać zarobić „pedałom”? Racjonalne myślenie jednak zwyciężyło.

K: Sam fakt, że jesteśmy otwarci, daje ludziom do myślenia. Już nie będą patrzyli na geja tak, jakby zobaczyli UFO. A poza tym, bycie otwartym w tych kwestiach jest „zaraźliwe” – okazuje się, że ludzi tolerancyjnych jest więcej, niż myśleliśmy. Nie można też pokazywać, że jesteś słabszy, prosić o supportowanie… tolerancję. Ludziom bardziej podoba się postawa: „Nie obchodzi mnie, czy mnie akceptujesz. Jestem gejem – radź sobie z tym sam, jeśli masz problem”. Jak coś takiego widzą u nas, to łatwiej im stanąć po naszej stronie, bo po prostu czują siłę (śmiech).

A: Zresztą mi nie zależy, by ludzie mnie kochali. Nie muszą rzucać kwiatów, wystarczy, by nie rzucali kamieniami. Jeden z naszych klientów zapytał nas, czy jesteśmy chrześcijanami, a gdy dostał odpowiedź twierdzącą, to zaczął prawić o tym, że powinniśmy mieć dużo dzieci. Na taki speech od razu mu powiedzieliśmy, że jesteśmy gejami. Chwila wahania i… zmienił temat. Wiesz, dlaczego? Bo to on bardziej potrzebował naszych usług, niż my jego. To było super cool! (śmiech). Może mu się coś teraz ruszyło w głowie, że ma stronę zrobioną przez dwóch gejów.

K: Jeszcze jedno: nie chcę wyjść na zarozumiałego, ale w naszej okolicy jesteśmy naprawdę innowacyjni i nie mamy wielkiej konkurencji. Wielu naszych klientów ma „przedwojenne” strony, a my nie jesteśmy obciążeni tym, co było. Np. chyba jako jedyni w naszym mieście umiemy robić produkt 3D. Mamy konkurencyjne ceny. Możemy więc klientom śpiewać „it’s OK to be gay” i nawet, gdyby nas nie wybrali, to nie ma problemu. Choć jeszcze nam się nie zdarzyło, by ktoś zrezygnował z naszych usług ze względu na homoseksualizm.

Macie swoje ulubione dziedziny w informatyce?

K: Adriana najbardziej interesuje sztuczna inteligencja, a ja kocham tworzyć aplikacje.

Łatwo jest w Stanach założyć własną firmę?

A: Bardzo łatwo. Mieliśmy 110 dolarów na rejestrację przez sąd, praktycznie jeden dokument do wypełnienia i już. Na wydrukowanie wizytówek mama nam dała (śmiech). Prostej księgowości uczyliśmy się sami z filmików na youtube.

Spotykacie się z poglądem, że geje raczej nie nadają się do technicznych spraw?

K: Tak! To też jest śmieszne. Niektórzy nasi klienci myślą, że my jesteśmy tylko od „części artystycznej”. Geje – więc pewnie ładnie rysujemy i mamy zmysł estetyczny. Rzucamy wtedy parę parametrów technicznych na początek i obserwujemy, jak próbują ukryć zdziwienie (śmiech).

A: Tim Cook z Apple’a zrobił fantastyczną robotę swym coming outem. Pokazał tym wszystkim młodym gejom, którzy może nie marzą, by być stylistami, tylko np. inżynierami, że można.

Wyczuwam u was pewność siebie i luz, jeśli chodzi o bycie gejem. Ostatnim razem, jak rozmawialiśmy, to nie było aż takie jasne. Np. mówiliście, że w szkole jesteście wyoutowani, ale tylko przed kilkoma osobami.

A: Przez te ostatnie dwanaście miesięcy wiele się zmieniło. Teraz jesteśmy totally out. Jak to się mówi po polsku?

Zupełnie wyoutowani.

K: Zupełnie wyoutowani. Jeszcze na początku zeszłego roku byliśmy tak niezupełnie. A w gimnazjum marzyłem, by być straight… prosty?

Hetero.

A: Outujesz się wtedy, gdy dostrzegasz akceptację w swoim otoczeniu. My tę akceptację mieliśmy, ale na początku byliśmy bardzo ostrożni. Teraz czuję, że mógłbym podbić świat! Żaden homofob nie jest mnie w stanie zdołować. Mi to wisi. Tak się mówi?

Tak.

K: Mi też wisi (śmiech).

Jesteście jedynymi wyoutowanymi gejami w szkole?

A: Nie! Ale najpopularniejszymi gejami chyba tak. (śmiech) Nie tylko dlatego, że jesteśmy bliźniakami gejami, tylko dlatego, że robimy sobie z homofobów jaja.

Właśnie chciałem zapytać, jak to jest z homofobią w waszym liceum.

K: Jak na mnie taki jeden patrzył spode łba, to powiedziałem mu „ślicznie wyglądasz”. Pewność siebie i poczucie humoru – to jest moja recepta na homofobię. Np. robię sexy minę i pytam takiego homofoba: „Dałbyś mi swój numer telefonu?” On jest wściekły, a wszyscy wybuchają śmiechem. To działa. Raz jeden koleś w szkole powiedział, że nie lubi golfów, bo wygląda w nich „jak gej”. „Koleś, bądź mężczyzną, dołącz do klanu” – odpowiedziałem. W Ameryce to ma dodatkowe znaczenie – to stare hasło Ku Klux Klanu. W gimnazjum nie miałem jeszcze takiej pewności. Byłem przerażony na myśl, że moje gejostwo mogłoby wyjść na jaw. Strasznego nękania nie doświadczyłem, ale wiem, co to znaczy, jak ludzie są dla ciebie podli. Na samo słowo „gay” drżałem. Zacząłem się otwierać w drugiej klasie liceum. Na lekcjach angielskiego nasz nauczyciel mówił, że miłość nie zna rozróżnienia na płeć. Widziałem, że większość klasy się z nim zgadza i to dodało mi siły. Wszystko zaczęło mi się w głowie układać. W Polsce jest chyba większy problem z odmiennością, bo społeczeństwo jest…

Jednorodne.

K: Tak. Wiele osób nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest być nękanym z powodu jakiejś cechy, na którą się nie ma wpływu. Ameryka ma za sobą ruch praw obywatelskich czarnych. Polska jest chyba tym uczniem, któremu dobry nauczyciel powinien wyjaśnić, że np. „nie wolno palić tęczy”, „nie wolno wyrzucać ludzi z pracy tylko dlatego, że są inni”. Ale wiemy też, że Polska się zmienia. W Słupsku prezydentem został Robert Biedroń. Przesyłamy panu Biedroniowi gratulacje.

A: Jest w naszej szkole jeden chłopak, który otwarcie nienawidzi gejów – i jest za to nielubiany. Wiesz, dziewczyny z reguły wspierają gejów bardziej niż chłopaki hetero – a ponieważ chłopaki hetero chcą się podobać dziewczynom, to muszą tolerować gejów (śmiech). Bo żadna dziewczyna nie chciałaby chodzić z homofobem. Ale i bez tych kalkulacji jest po prostu coraz więcej chłopaków hetero, którym geje nie przeszkadzają. Ja ciągle się śmieję i żartuję z siebie i z homoseksualizmu. Są goście, którzy wkurzają się, gdy ktoś powie np. „Ale z ciebie fiut!”. A ja na to mówię: „No, cóż, jestem tym, co lubię”. Słowa mogą cię zranić tylko, jeśli na to pozwolisz. Obelgi „pedał”, „ciota”, mogą być puste – jeśli tylko nie będziesz ich brał do siebie. Na jednej z przykościelnych ulotek przeczytałem: „Jedyni naziści dziś to pedały. Chcą cię zmusić prawem, byś wspierał ich rozpustę, ich perwersje. I chcą zakazać wolności słowa, byś nie mógł nawet powiedzieć, co o nich myślisz. Byliby szczęśliwi, gdyby zakazano mówić, że ≪Bóg nienawidzi pedałów≫ pod pretekstem, że to jest ≪mowa nienawiści≫”. Coś takiego najlepiej obśmiać. Dyskutować – bez sensu. Nie mogę powiedzieć, że w naszej szkole nie ma homofobów. Są – a my i nasi koledzy mamy z nich polewkę. Nauczyciele albo nie zwracają uwagi, albo są po naszej stronie. Gdyby doszło do czegoś poważniejszego, pewnie wyrzuciliby homofoba z klasy.

W przyszłym roku idziecie na studia?

K: Tak.

Informatyka?

K: Computer science. Czyli informatyka po polsku, tak?

A: Ja też computer science, oczywiście.

A co słychać u waszego brata, Alana?

W porządku. Kończy studia w maju i już dostał pracę. W Atlancie, tak jak chciał. Stamtąd tylko 2 godziny do Cancun w Meksyku… Właśnie szuka mieszkania. Męża jeszcze nie znalazł, więc na razie wprowadzi się tylko z kotem.

W waszym stanie, Karolinie Południowej, dwa miesiące temu zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe.

K: Super, nie? Miałem pomysł, żeby na Halloween przebrać się za takiego bardzo przegiętego geja i zabierać parom hetero ich świadectwa ślubu. Bo jest ten głupi argument, że małżeństwa homoseksualne zniszczą tradycyjną rodzinę – to chciałem trochę poniszczyć (śmiech). Ale już tego nie zrobię, bo zalegalizowali! Chyba że w przyszłym roku pojadę do jakiejś Dakoty Północnej, jeśli tam nie zdążą…

O jednym z was wasza mama mówiła, że jest bardzo, ale to bardzo romantyczny.

A: To ja.

K: Adrian jest heartbreaker.

Adrian, łamiesz serca i dziewczynom, i chłopakom?

K: Nie, łamie tylko chłopakom. Przy nim zawsze się jakiś chłopak kręci, wszystkie dziewczyny już wiedzą, że nie mają szans. A on jest bardzo wybredny. Zapamiętałem pewnego Ryana, jakiś czas potem Adrian o Ryanie coś mówił, więc pomyślałem: „O, coś może z tego będzie”. I co? Okazało się, że po tamtym Ryanie, którego zapamiętałem, był jeszcze drugi Ryan, a teraz to już jest Ryan numer trzy! A w międzyczasie ilu innych?

A: Przestań! To brzmi, jak ja bym z nimi wszystkimi spał!

K: Nie, nie śpi z nimi. Nie daje im nawet szansy (śmiech). Jest naprawdę strasznie romantyczny i szuka ideału.

A: Jeden chłopak mi niedawno powiedział, że mógłby ze mną wziąć ślub. Kolego, jaki ślub, przecież ja mam dopiero 19 lat!

Krystian, a ty?

K: Moj najdłuższy związek trwał 3 tygodnie. Ja też jestem romantyczny!

Ale w przyszłości planujecie śluby, dzieci?

K: Ja o dzieciach na razie nie myślę. O mężu też nie. Na początek po prostu chłopaka chciałbym mieć.

A: A ja dzieci będę miał. I to dużo. Siedmioro. Siedmiu synów – i z wszystkich „zrobię” gejów! (śmiech) A niech no tylko któryś przyjdzie i powie: „Tata, chciałem Ci coś powiedzieć… Tak naprawdę podobają mi się dziewczyny…” Już ja mu to wybiję z głowy! Będę lał pasem! (śmiech)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Maratończyk

O zeszłorocznych, dziewiątych już igrzyskach sportowych Gay Games w Cleveland i Akron (USA) pisze Radek Rusnak, jedyny uczestnik zawodów z Polski

 

 

Może i według najbardziej utrwalonych stereotypów przeciętny gej to osobnik, który z gwałtownym drżeniem serca wspomina szkolne lekcje wuefu, szerokim łukiem omija sale gimnastyczne i boiska, a jedynymi dyscyplinami sportowymi, jakie uznaje, są zakupy i coweekendowy clubbing. Nawet pobieżny jednak obchód klubów fitness czy siłowni, także w Polsce, pozwala łatwo rozprawić się z tego typu opiniami: geje, lesbijki, osoby bi- i transseksualne, nie rzadziej od swych kolegów i koleżanek hetero, korzystają z dobrodziejstw, jakie daje regularna aktywność fizyczna, jedni dla zachowania ogólnej kondycji, inni dla zdrowia, a jeszcze inni po prostu, by wyglądać jak ulubiony aktor/ka. Lub z wszystkich tych trzech powodów na raz.

Sport bez homofobii

Dlaczego zatem osoby LGBT, szczególnie w sporcie zawodowym, są tak słabo widoczne? Odpowiedź jest tyleż prosta, co przykra: skutecznie odstręcza nas homofobiczna atmosfera panująca wśród zawodników, trenerów, działaczy sportowych.

To właśnie dlatego ponad 30 lat temu stworzono Gay Games, sportowe igrzyska zwane potocznie „gejowską olimpiadą” skierowaną przede wszystkim, choć nie wyłącznie do osób LGBT. Najważniejsza nie jest orientacja seksualna sportowca, tylko jego równościowa postawa. Na Gay Games nie ma miejsca na homofobię. Pomysłodawcą imprezy był działacz LGBT Tom Waddell. I tu mała dygresja: jego imieniem nazwano w zeszłym roku jedną z ulic San Francisco, poprzednim patronem ulicy był… Lech Wałęsa. Radni przegłosowali zmianę, by dać wyraz swojemu sprzeciwowi wobec homofobicznej wypowiedzi byłego polskiego prezydenta (o tym, że homoseksualni posłowie powinni w parlamencie siedzieć w ostatnich ławach, a „najlepiej za murem”).

Pierwsze Gay Games odbyły się w 1982 r. Na ceremonii otwarcia wystąpiła Tina Turner. Waddell zajął się wtedy organizowaniem centrów pomocy medycznej dla chorych na AIDS. Sam też padł ofiarą wirusa HIV – zmarł w 1987 r. w wieku 49 lat.

Nasze święto, święto miasta

Do udziału w dziewiątych igrzyskach Gay Games, które miały miejsce w Cleveland i Akron (w stanie Ohio, USA) między 9 a 16 sierpnia 2014 r., namówił mnie kolega z Kazachstanu, entuzjasta squasha.

Trenuję bieganie od lat, ale wcześniej nie myślałem o żadnych „poważnych” zawodach. Pomyślałem: „OK, właściwie czemu nie? Gay Games mogą być naprawdę ciekawym doświadczeniem”. Nie zawiodłem się.

Na początku zeszłego roku wpłaciłem kilkadziesiąt dolarów „wpisowego”. Organizatorzy nie pobierają wpłat od uczestników z krajów, w których homofobia kwitnie i ma wymiar instytucjonalny, jest wspierana przez państwo. Służy temu specjalna Gay Games Foundation. Sportowcom z np. Rosji czy Pakistanu zapewniono nawet zwrot kosztów pobytu na olimpiadzie.

Dziewiąte Gay Games, czyli GG9 (dżidżi najn), nie byłyby, oczywiście, wydarzeniem LGBT (chyba z przewagą „G”; kobiet na moje oko było jakieś 30%), gdyby nie przygotowana z rozmachem uroczystość otwarcia, z tradycyjnym przemarszem wszystkich reprezentacji narodowych. Swoje stare hity – m.in. „Jump” i „I’m so excited” – wykonało trio Pointer Sisters, a specjalne przesłanie dla uczestników/czek wygłosił z telebimu prezydent Barack Obama.

Potem zająłem miejsce na trybunie – między drużyną lesbijek z Alaski, które sprawiały wrażenie, jakby dopiero co skończyły wycinać tajgę: wszystkie w typie butch i wszystkie ubrane w piękne kurtki z wizerunkami niedźwiedzi polarnych – a roznegliżowanymi drag queenkami z Filipin.

Większość uczestników/czek stanowili oczywiście Amerykanie i Amerykanki. Ja miałem zaszczyt być jedynym zawodnikiem z Polski, choć już na miejscu poznałem innego Polaka – emigranta, zapalonego badmintonistę, który przybył z Arizony. Gdy tylko dowiedział się, że „jest ktoś z Polski”, przyszedł mnie poznać. Wśród około 10 tysięcy sportowców znaleźli się również zawodnicy z tak odległych zakątków globu jak Liberia, Nepal, czy wspomniany już Kazachstan. Niemców przyjechała ponad setka, Brytyjczyków – również. Ale na przykład Hiszpanów było tylko dwóch. Zupełnie zabrakło Austriaków, Czechow czy Węgrów.

Atmosfera była fantastyczna, nie tylko między sportowcami. Ze strony lokalnych mieszkańców również spotkało nas bardzo życzliwe przyjęcie. Władze obu miast-gospodarzy udostępniły najlepsze ze swoich obiektów, a uczestnikom zagwarantowały darmowe przejazdy środkami transportu. Do sponsorowania igrzysk dumnie przyznawały się też rozmaite restauracje, kafejki i bary, kusząc gości tęczowymi flagami przy wejściu. Co ciekawe, z tego powszechnego demonstrowania postawy gay-friendly nie wyłamały się nawet działające w Cleveland i Akron wspólnoty religijne – zapraszały przyjezdnych w progi swoich świątyń wielokolorowymi emblematami.

37 dyscyplin

Zawodnicy próbowali swych sił aż w 37 dyscyplinach, wśród których nie zabrakło piłki nożnej, lekkiej atletyki czy podnoszenia ciężarów, ale i wspinaczki górskiej, tańca w parach jednopłciowych, cheerleadingu, rzutek oraz obowiązkowego w krainie kowbojów… rodeo. I chociaż pot, wysiłek i wieńczące je medale były takie same jak podczas igrzysk w Londynie czy Rio, te zawody od tradycyjnych olimpiad różnił na pewno fakt, iż dużo ważniejsze od tego czy innego wyniku, za którym szłyby określone finansowe gratyfikacje, była sama możliwość spotkania podobnych sobie pasjonatów aktywności fizycznej i sposobność wspólnego pokonywania własnych słabości, w związku z czym częściej pewnie niż przy innych okazjach pojawiały się uśmiechy i słowa serdecznej zachęty, a rzadziej typowo samcza rywalizacja. W przypadku Gay Games ponadto zawieszeniu ulega ten konsekwentnie przestrzegany gdzie indziej podział na sport wyczynowy i amatorski. Tu jak równy z równym w szranki stawali „prawdziwi” zawodowcy i ci zupełnie początkujący, ludzie młodzi, ale i 70- czy 80-latkowie. Każdy – dzięki rozmyślnemu podziałowi na liczne grupy wiekowe – miał szansę na swój moment chwały.

Ja sam wziąłem udział w trzech zawodach: pobiegłem w maratonie wokół Akron, a także w biegu na 5 km (trasa wiodła przez… ogród zoologiczny) oraz na 10 km (w malowniczym Parku Narodowym Doliny Cuyahoga).

Świetne były też imprezy towarzyszące w wiosce olimpijskiej – występy drag queens, standuperów, mnóstwo atrakcji muzycznych (m.in. Ana Matronic z Scissor Sisters), debaty, spotkania z aktywistami itp.

Znalazło mnie też pewne małżeństwo gejowskie z polskimi korzeniami. Jan i Leon, panowie po sześćdziesiątce, zaprosili mnie na kolację i oprowadzili po swym, wypełnionym dziełami sztuki, domu.

Zapraszam do Paryż

Wiem, że w polskiej społeczności LGBT powstaje coraz więcej sportowych inicjatyw. Mamy więc potencjał do tego, by nasza reprezentacja na Gay Games w Paryżu w 2018 r. była dużo liczniejsza niż zeszłoroczna. Gorąco zachęcam! Ja w każdym razie stawię się w Paryżu na pewno.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Solidarność z dyskryminowanymi

Sojusznicy/czki LGBT z lat 90.

 

Dzięki akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Ramię w ramię po równość” temat sojuszników LGBT jest od kilku miesięcy gorący. Niekwestionowaną gwiazdą mediów został Dariusz Michalczewski, ale jasno zadeklarowały się też m.in. Maja Ostaszewska, Agnieszka Szulim, Maria Seweryn. Ostatnio do tego grona dołączyli Zbigniew Wodecki i Irek Bieleninik (patrz: strona 8). Warto jednak przypomnieć osoby heteroseksualne, które już w latach 90., gdy polski ruch LGBT był dużo słabszy, głośno mówiły, że walka z dyskryminacją i homofobią to także ich sprawa. Siłą rzeczy, w jednym artykule nie jesteśmy w stanie zaprezentować wszystkich. Oto kilka wybranych postaci.

 

mat. pras.

 

Mikołaj Kozakiewicz

Jednym z najbardziej konsekwentnych sprzymierzeńców był Mikołaj Kozakiewicz, marszałek Sejmu, ceniony socjolog, autor kilkudziesięciu książek z zakresu seksuologii i pedagogiki. Pod koniec PRL-u odegrał niezwykle chlubną rolę jako największy sojusznik rodzącego się ruchu gej/les. Nie tylko zabiegał u generała Kiszczaka o wyjaśnienie akcji „Hiacynt” polegającej na represjach poprzez przesłuchiwanie i zakładanie kartotek homoseksualnym mężczyznom na terenie całego kraju (w listopadzie minie 30. rocznica akcji „Hiacynt” – przyp. red.), upominał się także o możliwość rejestracji Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego, któremu odmówiono legalizacji. Będąc marszałkiem Sejmu (1989-1991) udzielił wywiadu debiutującemu pismu „Inaczej”, gdzie wyjaśniał swoje stanowisko: Marszałkiem Sejmu jestem tylko chwilowo i nie będę nim wiecznie, przede wszystkim czuję się socjologiem. Z trybuny sejmowej, z racji funkcji, nie wygłaszam żadnych poglądów. Jednak jako naukowiec, działacz społeczny, mam swoje własne zdanie i nigdy się z nim nie kryję (1990).

Genezy otwarcia Kozakiewicza na tematykę homoseksualną należy szukać w jego pobycie w USA w latach 1978-79, o czym napisał książkę „Nieoczekiwana Ameryka”. W rozdziale „Nie tylko o seksie…” opisującym spory w kwestiach obyczajowych, jak aborcja, czy homoseksualizm, znaleźć można ogromną ilość informacji na temat działania amerykańskiego ruchu gejowsko- lesbijskiego. Kozakiewicz rozpoczyna od kwestii nazewnictwa: W USA powstał termin „gay” (wesoły) na określenie homoseksualisty, i tam właśnie powstał zorganizowany „gay movement”, którego wydawnictwa i czasopisma czytałem wcześniej w Polsce. Następnie dużo miejsca poświęca dyskryminacji: W czasie mego pobytu toczył się proces sześciu policjantek w wieku 24-34 lat w stanie Idaho wydalonych z pracy za to, że stwierdzono, iż są… lesbijkami. Żądały one w trybie odszkodowania równowartości dwuletnich poborów, władze stanowe były skłonne zapłacić im tylko jednomiesięczne pobory, ostatecznie sąd przyznał im odszkodowanie w wysokości 12 miesięcznych poborów. Ale o powrocie do służby nie było mowy! Okazało się także, że w USA Kozakiewicz poprzez media śledził zabójstwo Harveya Milka w listopadzie 1978 roku: Najbardziej dramatycznym wydarzeniem w czasie mojego pobytu było zastrzelenie w biały dzień w ratuszu San Francisco (notabene „stolicy” homoseksualizmu amerykańskiego) wicemera, który był jawnym homoseksualistą, i mera, który co prawda nim nie był, ale dopuścił do jego wyboru.

Kozakiewicz zmarł 22 listopada 1998 r. Był w grupie wyróżnionych Medalem Zasłużony dla Tolerancji, przyznawanym osobom szczególnie zasłużonym w szerzeniu idei tolerancji.

Zofia Kuratowska

Obok Barbary Labudy, Zofia Kuratowska była zaliczana do liberalnego skrzydła najważniejszej partii lat 90. – Unii Demokratycznej (potem Unii Wolności). Lekarka z tytułem profesorskim cieszyła się ogromnym szacunkiem i przez trzy kolejne kadencje była senatorką, dwa razy pełniła także urząd wicemarszałkini. Jest autorką pierwszej w Polsce książki o AIDS – „AIDS. Nowa choroba” (1986), dzięki której zaczęła stykać się ze społecznością gejowsko-lesbijską, pomagała w zdobyciu pozwolenia na rejestrację Stowarzyszenia Lambda w 1990 r. Udzielając w 1993 r. wywiadu miesięcznikowi „Inaczej”, poparła postulat wprowadzenia związków partnerskich z prawem do adopcji dzieci: To byłoby bardzo korzystne, bo utrwalałoby związek między dwoma osobami, które się kochają, i pozwoliłoby wyeliminować to, co mi się wydaje zawsze szkodliwe, czy to w związkach heteroseksualnych czy homoseksualnych – częste zmiany partnerów. Zatwierdzenie związku prowadzi do jakiejś stabilizacji, a możliwość adopcji wiązałaby takie dwie osoby ze sobą jeszcze bardziej i mogłyby one stworzyć normalny dom.

W połowie lat 90. Unia Wolności stawała się coraz bardziej konserwatywna, Kuratowska czuła się odsunięta na boczny tor. W 1997 r. nie ubiegała się o reelekcję do Senatu, jako polityczne zesłanie odebrano jej nominację na ambasadorkę RP w RPA. Zmarła w czasie sprawowania tej funkcji, 8 czerwca 1999 r.

Zatwierdzenie związku prowadzi do jakiejś stabilizacji, a możliwość adopcji wiązałaby takie dwie osoby ze sobą jeszcze bardziej i mogłyby one stworzyć normalny dom

(Zofia Kuratowska,1993)

Kora Jackowska

W latach 90. Kora często zabierała głos na gorące tematy związane z obyczajowością: legalizacja marihuany, pomoc chorym na AIDS, krytyka zachłanności kleru, aborcja i homoseksualizm. Na wydanej w 1991 r. płycie Maanamu „Derwisz i anioł” znalazł się utwór „Derwisz” opowiadający o nieszczęśliwej miłości tytułowego bohatera do „chłopca o twarzy sokoła”. Od tego czasu datują się też coraz częstsze wypowiedzi Kory wspomagające emancypację gejów i lesbijek. W autobiografii „Podwójna linia życia” (1992) wokalistka pisała: Nie mam nic przeciwko homoseksualistom i tzw. odchyleniom od ogólnie przyjętej normy. Jeśli mnie pociągają mężczyźni, chłopcy, to dlaczego mężczyźnie nie ma się podobać drugi mężczyzna? Wyobrażam sobie, że mężczyzna może zachwycić się drugim mężczyzną, jak również kobieta drugą kobietą. W wywiadzie dla „Playboya” (1996) opowiadała Tomaszowi Raczkowi: Na moim przyjęciu ma prawo być każdy: mahometanin, Żyd, sto gejów i lesbijek, jeśli mają rozum i serce. Oczywiście, każdy ma prawo mówić, co chce w domowym zaciszu, ale kiedy nietolerancyjne poglądy wypowiada ktoś, za kim stoi władza, na przykład Kościół katolicki, to mi się wtedy otwiera nóź w kieszeni i mam ochotę wrzeszczeć.

Jeśli mnie pociągają mężczyźni, chłopcy, to dlaczego mężczyźnie nie ma się podobać drugi mężczyzna? Wyobrażam sobie, że mężczyzna może zachwycić się drugim mężczyzną, jak również kobieta drugą kobietą.

(Kora Jackowska, 1992)

Kora była pierwszą wielką gwiazdą muzyki, która zdecydowała się udzielić wywiadu gejowskolesbijskiemu miesięcznikowi „Inaczej”, dopiero później ukazały się rozmowy z Marylą Rodowicz, Małgorzatą Ostrowską, Agnieszką Chylińską. Mówiła: Mamy wielu przyjaciół gejów o bardzo ciekawych umysłach, którzy robią naprawdę wspaniałe rzeczy, a poza tym są bardzo miłymi i wartościowymi ludźmi. Lubię w gejach tę podwójną rolę seksualną, pewien rodzaj niedopowiedzenia i nieagresywność cielesną. Cenię ten szczególny rodzaj kontaktu umysłowego, który zachodzi między heteroseksualną kobietą i gejami (1997).

Kiedy zaczęto przyznawać Tęczowe Laury dla osób szczególnie zasłużonych dla społeczności LGBT, jasne stało się, że wśród wyróżnionych nie może zabraknąć Kory. Z okazji wręczenia nagrody w lipcu 1999 r. odbył się koncert Maanamu w radiowej Trojce. Wkrótce czytelnicy „Inaczej” wybierający na koniec wieku indywidualności z całego świata ważne dla gejów i lesbijek przyznali wokalistce Maanamu siódme miejsce w rankingu, co było zaskoczeniem nawet dla redakcji. Piosenkarka uplasowała się tuż za Eltonem Johnem, a wyprzedziła nie tylko Martinę Navratilową, ale też Pedro Almodovara, George’a Michaela i księdza Arkadiusza Nowaka (wywiad z Korą opublikowaliśmy w „Replice” nr 14).

Kiedy nietolerancyjne poglądy wypowiada ktoś, za kim stoi władza, na przykład Kościół katolicki, to mi się wtedy otwiera nóź w kieszeni

(Kora Jackowska, 1996)

Kinga Dunin

W latach 90. w polskich mediach pojawiła się grupa intelektualistek popularyzujących poglądy feministyczne. Szczególną pozycję zdobyła wśród nich Kinga Dunin, krytyczka literacka i socjolożka kultury, która od początku swojej działalności publicznej włączała prawa mniejszości seksualnych do pakietu kwestii lewicowych. Już w jej pierwszej książce „Tao gospodyni domowej” (1996) znalazł się opis programu „Na każdy temat” poświęconego lesbijkom. Dunin obnażała ograniczenia prowadzącego talk-show Andrzeja Wojciechowskiego, począwszy od absurdalnego pytania: „Dlaczego woli pani kobiety?”, na które właściwie nie sposób dobrze odpowiedzieć. O cztery lata późniejsza „Karoca z dyni” znalazła się w finale nagrody literackiej NIKE 2001. Opowieścią łącząca ten zbiór esejów stała się bajka o Kopciuszku, która może mieć rożne interpretacje i zakończenia, np. takie: Rano okazało się, że choć bal był bardzo udany, królewicz nie wybrał dla siebie żadnej żony, a o świcie znaleziono go w ustronnej altance z pewnym uroczym dworzaninem. W latach 1998-99 Dunin zadebiutowała jako pisarka powieści dla młodzieży, jej dyptyk „Tabu” i „Obciach” opowiadający o miłości Marty i Marka, rodzeństwa ciotecznego, był polemiką z powieściami rodzinnymi Małgorzaty Musierowicz, a także przedstawieniem zalet i wad wychowania tradycyjnego i liberalnego. Przy okazji autorka poruszyła kwestię kazirodztwa, a więc przekraczania zakazów kulturowych.

Kiedy pod koniec lat 90. powstawał dodatek dla kobiet „Gazety Wyborczej” – „Wysokie Obcasy”, Kindze Dunin zaproponowano pisanie felietonów na zmianę z Joanną Szczepkowską. W zamierzeniu chodziło o zderzenie dwóch osobowości, w efekcie okazało się, że ostre i prześmiewcze teksty Dunin przyćmiły nie tylko pozbawione wyrazu historyjki znanej aktorki, ale dodały pazura całemu tygodnikowi. Pojawienie się postaci tego formatu w dodatku najważniejszej gazety obnażyło pseudoliberalizm nie tylko polskiej prasy, ale całej sfery publicznej. Nikt nie był przyzwyczajony, że można regularnie, błyskotliwie i dowcipnie pisać o tradycyjnym małżeństwie („Lipa aż do śmierci”), mniejszościach seksualnych („Lesbijki i geje to nie oni, tylko my”), konkubinacie („Konkubinat? Czemu nie!”), kwestii finansowej aborcji („Masz szmal – jesteś podmiotem, nie masz – stajesz się przedmiotem”) czy wyjaśniać, na czym polega akceptacja wielu kobiet dla molestowania seksualnego („Chichot szczypanej sługi”). Jako jedna z pierwszych Kinga Dunin stanowczo opowiedziała się za prawem gejów i lesbijek do adopcji i wychowywania dzieci: Są dobre i złe związki. Lepsi i gorsi rodzice. I nie ma to większego związku z orientacją seksualną. Trudno mi więc pojąć, dlaczego niektórzy uważają za skandal, że dziewięciomiesięcznemu niemowlęciu matkują dwie lesbijki – jedna ze świeżo poślubionych holenderskich par. A trzynaścioro dzieci z bieszczadzkiej wsi, brudnych i głodnych, obdzierających ze skory królika, to co to jest? Święty porządek? To już wolę skandal (2001). W książce „Czego chcecie ode mnie, Wysokie Obcasy?” (2002) dopowiadała: Skoro wartością związku jest jego jakość, uczciwość, a dobro dziecka niekoniecznie jest jednoznaczne ze wzrastaniem w tradycyjnej rodzinie, jakie istnieją właściwie powody, żeby odmówić legalizacji parom homoseksualnym? Takie podejście kilkanaście lat temu wywoływało szok i agresję: Po moim felietonie „Louis i George” w którym opowiadałam się za przyznaniem osobom homoseksualnym prawa do zawierania związków małżeńskich i adoptowania dzieci, otrzymałam parę listów z wątpliwościami. Na przykład – jaki jest sens istnienia takiej zboczonej szmaty jak ja? Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Może jest nim powielanie DNA? Tak zaczyna się felieton o homofobii „Obcy w szkole” (2001).

Artykuł Kingi Dunin „Fałszywi przyjaciele” rozpoczął zbiór „Homofobia po polsku” (2004), który jest swoistym podsumowaniem dyskusji na temat homoseksualizmu z przełomu wieków. Można to uznać za symboliczne podkreślenie jej roli dla społeczności LGBT. Jak napisali w podziękowaniach redaktorzy książki, bez niej nic nie ruszyłoby z miejsca (wywiad z Kingą Dunin opublikowaliśmy w „Replice” nr 15– przyp. red.).

W tym czasie ruch LGBT miał już zresztą kolejnych sojuszników, a raczej – sojuszniczki. Obecna wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka miała swój udział w powstaniu Kampanii Przeciw Homofobii w 2001 r., senatorka Maria Szyszkowska w 2003 r. przedłożyła pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich, a Izabela Jaruga- Nowacka, Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, późniejsza wicepremierka, w 2003 r. wyasygnowała środki na wsparcie pierwszej wielkiej akcji społecznej KPH – „Niech nas zobaczą”.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kuźnia liderek/ów LGBT

Jak przyciągnąć wolontariuszy/ki? Jak zorganizować warsztat antydyskryminacyjny? Albo Marsz Równości? W ramach projektu Lambdy Warszawa sześć nieformalnych grup lokalnych aktywistów/ek wzięło udział w serii specjalnych szkoleń

 

Na zdjęciu są od lewej: Alina Szeptycka (Wrocław), Magdalena Łuczyn (Lublin), Przemysław Bargiel (Gdańsk), Justyna Kiraga (Poznań), Weronika Pośnik (Klimontów k. Sędziszowa), Michał Wolny (Lublin), Edyta Wojciuk (Białystok), Mateusz Zyśk (Gdańsk), Anna Piotr Smarzyński (Wrocław), Justyna Fronczak (Białystok), Mateusz Haponiuk (Lublin), Arleta Mądra (Poznań), Dorota Chacińska-Kubiec (Klimontów k. Sędziszowa), Ilona Czarnuch (Wrocław), Jakub Kubiec (Klimontów k. Sędziszowa); foto: Anna P. Smarzyński

 

W projekcie biorą udział aktywistki/ści z Wrocławia, Poznania, Gdańska, Kielc i okolic, z Lublina i Białegostoku; osoby w wieku od 18 do 40+, studenci/tki, urzędnicy, aktorki, sprzedawcy, budowniczowie ekologicznych domów, kulturoznawczynie, polonistka.

Jest sporo kilkuosobowych grup, które nie mają ze sobą kontaktu, brakuje konsolidacji, a wiadomo, że razem można więcej – mówi Anna Piotr Smarzyński z Wrocławia, uczestnik/czka projektu, autor/ka zdjęć z wystawy Kampanii Przeciw Homofobii dotyczącej związków partnerskich „Równi w Europie” (2010). Jakub Kubiec z grupy w Klimontowie pod Kielcami: Staramy się dotrzeć do osób LGBT na terenach wiejskich: w Małopolsce, na Śląsku i w świętokrzyskim, ale nie jest to łatwe. Arleta Mądra z Poznania: Chciałybyśmy połączyć na warsztatach młodych ludzi LGBT i ich babcie i dziadków, żeby zadziałali razem. Działaczki z Białegostoku próbowały zorganizować warsztaty antydyskryminacyjne dla uczniów i nauczycieli: Opor okazał się zbyt duży, nie udało się też z policją. Organizujemy takie warsztaty w… białostockim więzieniu – mówi jedna z nich, Edyta Wojciuk.

Projekt zakłada, że po szkoleniach każda grupa przy wsparciu Lambdy Warszawa zorganizuje trzy rożne wydarzenia przeciwdziałające homofobii w swych miastach. Pierwsze już się odbyły: zorganizowano kilka warsztatów antydyskryminacyjnych oraz Marsz Równości we Wrocławiu. W każdym z wydarzeń bierze udział mentor/ka, czyli osoba doświadczona w organizowaniu podobnych akcji, udzielając wskazówek i pomagając ocenić efekty działań. Akcja w przestrzeni publicznej może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, jeśli jest źle zorganizowana. Uczestniczki/cy uczyli się więc np. jak współpracować z mediami, z policją, na co zwrócić uwagę przy organizowaniu demonstracji ulicznej, jak napisać wniosek o grant. Była tez praktyka: w grudniu przeprowadzili przed Urzędem do Spraw Cudzoziemców pikietę przeciwko penalizacji homoseksualności na świecie. Mariusz Haponiuk z Lublina: Pierwszy złożony wniosek już za nami. Nie przeszedł, ale już się nie boimy tych rubryk, wskaźników, rozliczania.

Jedną z osób, które w ramach szkoleń dzieliły się doświadczeniami była Marzanna Pogorzelska, nauczycielka z Kędzierzyna-Koźle, słynna autorka „donosu na samą siebie”, gdy ministrem edukacji był Roman Giertych (wywiad z M. Pogorzelską – patrz: „Replika” nr 14 – przyp. red.). Justyna Kiraga z Poznania: Przy pomocy specjalnych ćwiczeń pokazała nam, jak czasami łatwo wykluczyć ludzi nie zdając sobie z tego sprawy. Wśród mentorów znaleźli się też Magdalena Chustecka oraz Tomasz Piątek z Lambdy Warszawa.

Magda Łuczyn z Lublina: Ważne jest zdobywa nie kontaktów, sieciowanie. Słuchaliśmy opowieści dziewczyn o organizacji Marszu Równości we Wrocławiu i uczyliśmy się na ich doświadczeniach. Przemysław Bargiel z Gdańska: Poznaliśmy też sposoby zarządzania grupą, by działała spójnie. Samym entuzjazmem daleko się nie zajedzie. Alina Szeptycka z Wrocławia: Byłyśmy na wizytach studyjnych w Trans-Fuzji i w Feminotece – znamy te organizacje z dalekiej perspektywy Internetu, a teraz mogłyśmy się poznać, zobaczyć, jak funkcjonują i z jakimi problemami się borykają.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Gra tajemnic

The Imitation Game (2014, Wielka Brytania), reż. M. Tyldum, wyk. B. Cumberbatch, K. Knightley, M. Goode. Dystr. Forum Film Poland, premiera w Polsce: 16.01.2015

 

mat. pras.

 

Alan Turing złamał kod niemieckiej Enigmy, ale z punktu widzenia Wielkiej Brytanii był przestępcą, bo był homoseksualny. „Gra tajemnic” to więcej niż porywający thriller

 

Porywający thriller o złamaniu kodu niemieckiej Enigmy, który jest jednocześnie czymś o wiele więcej niż tylko thrillerem. „Gra tajemnic” chwyta w pierwszej scenie i do ostatniej człowiek w napięciu siedzi, jak pisywał krytyk Zygmunt Kałużyński, „na brzeżku kinowego fotela”. Mimo że przecież główne fakty znamy i nie ma się co martwić: tak, w końcu złamią ten kod.

Szacuje się, że sukces brytyjskich kryptologów (jest też mowa o polskich) skrócił II wojnę światową o około dwa lata. Dokonała tego grupa, na czele której stał, tak się złożyło, gej. Genialny matematyk, który przy tej okazji wymyślił i skonstruował… pierwszy komputer. O jego homoseksualizmie (w Wielkiej Brytanii nielegalnym aż do 1967 r.) władze dowiedziały się w 1951 r. Turing w myśl ówczesnego prawa był przestępcą. Postawiono mu ultimatum – „terapia” hormonalna polegająca na chemicznej kastracji lub więzienie. By moc pracować, wybrał to pierwsze. Trzy lata później, wykończony „leczeniem”, popełnił samobójstwo. Z moralnego punktu widzenia, było to jednak zabójstwo – państwo brytyjskie zamordowało narodowego bohatera, a motywem była homofobia.

Jak świat mógłby dziś wyglądać, gdyby Alan Turing, ojciec współczesnej informatyki, niespełna 42-letni w chwili śmierci, spokojnie pracował przez następne dekady?

To właśnie Turing, brawurowo grany przez Benedicta Cumberbatcha, a nie Enigma, jest na pierwszym planie „Gry tajemnic”. Opowieść o łamaniu kodu sama w sobie ma wystarczający ładunek sensacji i zwrotów akcji, ale postać Turinga dopisuje jej nowe wymiary. Człowiek, dla którego utrzymywanie osobistej tajemnicy przed światem było dniem powszednim a jednocześnie człowiek niezwiązany wcześniej z polityką dostaje na barki przedsięwzięcie „tajniejsze od najtajniejszego” (z braku stosownej nazwy otrzymało klasyfikację „ultra”) i jest zmuszany, by nieść ciężar losów wojny, codziennie decydując o życiu lub śmierci tysięcy ludzi. Musi też dać sobie radę ze współpracownikami, a mówiąc delikatnie, nie jest stworzony do pracy w grupie. W tym wszystkim jest jeszcze bliska mu Joan Clarke (Keira Knightley), też outsiderka, bo kobieta wśród naukowców-mężczyzn. Ich zaręczyny – za pomocą których chciał chronić ją, nie siebie! – i późniejszy, dramatyczny coming out Turinga czynią z jego historii dramat szekspirowski.

Wielka Brytania potrzebowała poł wieku, by zacząć wprost mówić o tym, jak tragiczny los mu zgotowała, kierując się homofobią. Turing został pośmiertnie ułaskawiony przez królową Elżbietę dopiero w 2013 r.

Dzięki „Grze tajemnic”, słusznie obsypanej nominacjami do Oscarów i brytyjskich nagród BAFTA, szersza widownia może poznać tego niesamowitego człowieka, który padł ofiarą społecznego tabu. Dziś właśnie tyle można i trzeba zrobić: mówić o nim i pamiętać. Ten film, poprowadzony przez reżysera pewną ręką, ze scenariuszem precyzyjnym jak umysł bohatera, mocno was przeczołga. Wyjdziecie z kina na miękkich nogach.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.