Egipcjanin, pół-Żyd i gej

Omar Sharif Jr., wnuk słynnego aktora Omara Sharifa, opowiada Pameli Wells o swym coming oucie, a do rozmowy włącza się też Rich Ferraro z GLAAD, amerykańskiej organizacji LGBT

 

Omar Sharif Jr. w Nowym Jorku z naszą współpracowniczką, Pamelą Wells. Pamela od kilku lat mieszka na stałe w Polsce ze swoją polską dziewczyną; arch. pryw.

 

List Omara Sharifa Juniora opublikowany przez magazyn LGBT „The Advocate“ w marcu 2012 r.

Piszę ten list pełen obaw o mój kraj, rodzinę i o siebie samego. Rodzice będą zszokowani, pewnie woleliby, bym pozostał w cieniu, przynajmniej przez jakiś czas. Ale nie potrafię. W styczniu 2011 r. opuściłem Egipt z ciężkim sercem, wśród huku wystrzałów na ulicach. (…) Miałem jednak nadzieję, że z tego chaosu wyjdziemy jako społeczeństwo bardziej otwarte i tolerancyjne. (…) W wyniku ostatnich wyborów szanse na świeckie państwo drastycznie zmalały. Wizja Egiptu jako kraju wolnych, równych sobie obywateli, która przyświecała demonstrantom na placu Tahrir w Kairze, rozwiała się. (…) Z wahaniem wyznaję: jestem Egipcjaninem, jestem pół-Żydem i jestem gejem. Moja mama jest Żydówką – w Egipcie to jest poważny coming out, wierzcie mi. A powiedzenie „jestem gejem” równa się mniej więcej stwierdzeniu „szukam guza”, szczególnie, gdy do władzy dochodzą islamiści. Więc pytam sam siebie: czy nadal jestem tam mile widziany? Czy tożsamość Egipcjanina, pół-Żyda i geja pozostanie w mojej ojczyźnie sprzecznością nie do zaakceptowania?

 

Omar, prawie trzy lata temu opublikowałeś w „The Advocate“ comingoutowy list (patrz wyżej – przyp. red.). Jak dziś oceniasz reakcje?

Mój list był wołaniem o tolerancję, poszanowanie różnorodności, ale w związku z rewolucją w Egipcie nie trafił na podatną glebę. Obie strony zareagowały wrogo. Islamiści z powodów oczywistych, ci bardziej umiarkowani – niestety, również. Tak negatywnych reakcji się nie spodziewałem. Myślałem, że buduję między nimi most, tymczasem okazało się, że skoro nie wsparłem jednoznacznie ani tej, ani tamtej strony konfliktu, to zostałem sam, okrzyknięty zboczeńcem i pedofilem.

Czy twój tekst miał wpływ na sytuację osób LGBT w Egipcie?

W arabskim świecie jestem bodaj pierwszą osobą publiczną, która zrobiła coming out. Nadal otrzymuję mnóstwo – bywa, że i 200 jednego dnia – wiadomości na Facebooku czy Twitterze – od młodych ludzi LGBT z całego Bliskiego Wschodu. Dziękują mi, zadają pytania, proszą o pomoc.

Z drugiej strony, wiele osób LGBT w Egipcie, szczególnie tych lepiej sytuowanych, z wysoką pozycją społeczną, nie było, delikatnie mówiąc, zadowolonych z mojego coming outu. Oni żyją sobie spokojnie, nie przyciągając uwagi. Moje wyjście z szafy odebrali jako zagrożenie: jakbym skierował na nich niechciany reflektor. Nagle znaleźli się „na widelcu“ w tych trudnych czasach.

Bo recepta na życie LGBT brzmi „siedź cicho, to będziesz bezpieczniejszy“? Mam wrażenie, że obowiązuje w wielu krajach.

Zrobiłem coming out dla widoczności – ale nie mojej własnej, tylko dla widoczności naszej społeczności. Nie zależało mi, by świat dowiedział się, że „Omar Sharif Jr. jest gejem“. Zależało mi, by inne osoby LGBT, które boją się ujawnić, zobaczyły: „Nie jestem sam/a“.

Były też, oczywiście, powody polityczne. Po rewolucji z 2011 r. autentycznie bałem się władzy Bractwa Muzułmańskiego. Oni zdobyli 70% miejsc w parlamencie. Od prawie czterech lat nie mieszkam w Egipcie, tylko w Nowym Jorku, ale zostawiłem w kraju rodzinę i wielu przyjaciół – przyjaciół chrześcijan z kościoła koptyjskiego, przyjaciół Żydów. W pewnym sensie wyraziłem więc obawy wszelkich mniejszości i wykorzystałem, że tak powiem, własną tożsamość, własną historię, do tego, by powiedzieć nowej władzy „sprawdzam“ – zostałem papierkiem lakmusowym, który pokazał, że politycy bardziej tolerancyjnej postawy jednak nie mają w planach.

Myślisz, że coming outy publicznych osób to jest strategia, za pomocą której społeczeństwo najlepiej i najszybciej uczy się, że „być LGBT jest OK“?

To zależy od kraju. W USA to się sprawdza, coraz wyraźniej to widać. Tu publiczne coming outy oswajają i powszednieją, to dobry znak. Gdy w 1998 r. w telewizji wyoutowała się Ellen DeGeneres, wywołała trzesięnie ziemi. Natychmiast wylądowała na okładce magazynu „People“, posypały się kontrakty książkowe. W zeszłym roku telewizyjny coming out zrobiła Robin Roberts, prezenterka programu „Good Moring America“. Był niusem przez jeden dzień. Wiadomość trafiła do wszystkich mediów, została pozytywnie skomentowana. Robin dodała, że ma partnerkę, w której jest zakochana. Wszyscy życzyli im szczęścia – i tyle. Bycie LGBT nie budzi już takiej sensacji, jak jeszcze kilka lat temu.

(do rozmowy włącza się siedzący obok Rich Ferraro, wicedyrektor ds. komunikacji w GLAAD, organizacji monitorującej media pod kątem LGBT, z którą współpracuje Omar)

Rich: Coming out jest najważniejszym czynnikiem dochodzenia do równości. Badania pokazują, że największy wpływ na postawę osób hetero wobec dyskryminacji LGBT to znajomość z jakąś osobą LGBT. Gdy Amerykanie zaczęli naprawdę nas poznawać, zobaczyli, że gęba przyprawiana nam przez homofobów to… tylko gęba. Nie zacieramy rąk z radości na myśl o zniszczeniu społeczeństwa, jesteśmy ludźmi jak inni. Z heterykami więcej nas łączy niż dzieli. Gdy ludzie widzą tę „część wspólną“, przestają postrzegać nas jako problem.

Rich, masz jakieś porady odnośnie strategii ruchu LGBT dla polskich aktywistow?

Rich: Zapraszajcie do współpracy sojuszników hetero. Matki i ojców osób LGBT, którzy powiedzą: wspieram moje dziecko bez względu na to, jaką ma orientację czy tożsamość płciową.

To już się dzieje.

Rich: Świetnie. Spróbujcie też przyciągnąć osoby głęboko wierzące, które są nam przyjazne. I celebryci- sojusznicy też są w stanie bardzo pomoc.

Celebrytów też już „zbieramy“.

Rich: W Stanach, mogę to z dumą powiedzieć, celebryta homofob to „gatunek wymierający“. Wspieranie LGBT staje się jedną z wartości amerykańskich. Osoba publiczna, która powie coś homofobicznego, bywa coraz częściej odbierana jako ktoś, kto nie jest patriotą. Albo przynajmniej jako ktoś bez kontaktu z ważnymi dla naszego kraju sprawami.

Rich, chciałabym cię zapytać o jeszcze jedno. Podobno byłeś zaangażowany w kampanię na rzecz obalenia zakazu uczestnictwa transpłciowych kobiet w wyborach Miss Universe.

Rich: Zaczęło się od tego, że na rozdaniu naszych dorocznych nagród w 2012 r. (GLAAD Media Awards – przyp. red.) gościła Miss Universe, a tego samego dnia w świat poszła informacja, że Kanadyjka Jenna Talackova została odrzucona z konkursu, bo jest transpłciowa. Organizatorzy Miss Universe byli gay-friendly, ale czy również trans-friendly? Skontaktowaliśmy się z nimi, umówiliśmy spotkanie. Jedno, drugie… Doprowadziliśmy do spotkania między władzami konkursu a przedstawicielami społeczności trans. Zorganizowaliśmy petycję internetową.

Jednocześnie Jenna była gotowa wytoczyć proces, bo zgodnie z prawem, po prostu jest kobietą.

Rich: Sprawa dotarła do Donalda Trumpa, który byłby stroną procesu jako szef NBC Universal, właściciel konkursu. Do samego procesu nie doszło, bo wcześniej ich przekonaliśmy i zmienili zasady. Jenna została w Kanadzie Miss Wdzięku.

Omar, myślisz czasem, by wrócić do Egiptu?

W sercu jestem Egipcjaninem. Tam jest mój dom i moja rodzina. Pracuję w Nowym Jorku, w GLAAD również dlatego, że to jest organizacja działająca praktycznie międzynarodowo. Amerykańskie media kształtują ludzi nie tylko tu, w USA. Wiesz, jak dorastałem, to nie miałem żadnych kolegów gejów, czułem się totalnym odmieńcem – ale miałem Willa, Grace, Jacka i Karen (bohaterowie „Will & Grace“ – pierwszego sitcomu z pierwszoplanowymi postaciami gejów emitowanego w latach 1998-2006 – przyp. red.). Dzisiejsi nastolatkowie mają „Glee“, „Współczesną rodzinę“ i inne seriale ze wspaniałymi, złożonymi postaciami LGBT.

Egipt jest biednym krajem. Wiele osób nie ma dachu nad głową, ale… talerze telewizji satelitarnej mają. I korzystają z nich. Chłoną zawartość światowych mediów. Niebawem mam wystąpić w pewnej operze mydlanej z wątkami LGBT do obejrzenia on-line. Mam w kontrakcie, że będzie tłumaczona też na arabski.

 

Omar Sharif Jr. ma 32 lata, jest z wykształcenia politologiem. Grał m.in. w serialu „Virginie“ (2005-2006). Był twarzą kampanii reklamowych Coca Coli (2006) i Calvina Kleina (2008) w krajach arabskich. Od trzech lat współpracuje z GLAAD, amerykańską organizacją monitorującą media pod względem LGBT.

Jego dziadek, aktor Omar Sharif (ur. 1932) jest najbardziej znany z trzech filmow; „Lawrence z Arabii“ (1962), „Doktor Żywago“ (1965) oraz musical „Zabawna dziewczyna“ (1968), w którym zagrał Nicka Arnsteina – obiekt westchnień Fanny Brice, granej przez Barbrę Streisand (na zdjęciu obok)

***

Naloty policji motywowane homofobią w Egipcie

Wojskowy reżim chce udowodnić, że jest bardziej islamski od islamistów obalonych w 2013 r. Jak to zrobić? Polując na najłatwiejszą „zwierzynę“, Egipcjan LGBT – pisały media po tym, jak 7 grudnia 2014 r. szwadron policji wraz z ekipą telewizyjną wdarł się do kairskiej sauny. Aresztowano 26 mężczyzn. Odziani tylko w ręczniki, zasłaniający twarze, byli filmowani i potem publicznie ukazani jako „rozpustnicy“ i „zboczeńcy“. Popularna dziennikarka Mona Iraqi opublikowała ich zdjęcia na swym profilu na Facebooku. Wszystkich poddano upokarzającemu analnemu badaniu „na homoseksualizm“ (!). W styczniu na szczęście ich uniewinniono. Organizacje praw człowieka alarmują, że podobnych nalotów było w Egipcie w ciągu ostatnich 18 miesięcy około 50. Szacuje się, że około 150 mężczyzn przebywa obecnie w egipskich więzieniach za domniemaną lub rzeczywistą homoseksualną orientację.

Homoseksualizm pozostaje nielegalny (wprost lub de facto) w 79 krajach świata, w których żyje łącznie ponad 2,7 mld ludzi (największe z nich to Indie, Bangladesz, Pakistan, Iran, Nigeria, Etiopia i Egipt).

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wyśpiewaj mi AIDS!

Patrząc na historię kina, można dojść do wniosku, że AIDS jest głównie chorobą amerykańską i, ewentualnie, także francuską. Bowiem tylko w kinematografiach tych dwóch krajów znalazł on liczną reprezentację. W poprzednim numerze „Repliki” omówiłem filmy amerykańskie, które de facto stworzyły wokół AIDS całą mitologię. Teraz przyjrzymy się dziełom powstałym poza USA

 

Cyrill Collard, „Dzikie noce” (1992); mat. pras.

 

Na początku lat 90. wielkie zainteresowanie i sporą dyskusję, nie tylko w rodzimej Francji, wzbudził quasiautobiograficzny film Cyrila Collarda „Dzikie noce” (1992). Opowiada on o losach biseksualnego Jeana (w tej roli sam reżyser), zarażonego wirusem HIV i uwikłanego w intymne relacje z dziewczyną o imieniu Laura (Romane Bohringer) i chłopakiem, Samym (Carlos Lopez). Relacje często gwałtowne, niemalże histeryczne, pełne zazdrości, pretensji i namiętnego seksu. Jean nie został tutaj przedstawiony jako wymagająca współczucia ofiara, lecz egoista uciekający przed odpowiedzialnością, aktywny uczestnik pikiet pod mostami Sekwany, osoba w ciągłym ruchu, nigdzie niezakorzeniona i nieustabilizowana. Prawdziwość tego portretu poświadczył Collard swoim życiem. Zmarł na AIDS 5 marca 1993 r. w wieku zaledwie 35 lat. Trzy dni później „Dzikie noce” otrzymały cztery Cezary, nagrody Francuskiej Akademii Filmowej, w tym dla najlepszego filmu.

HIV wyzwaniem… formalnym

Także w 1993 r. pojawiła się w kinach kolejna przejmująca autobiograficzna opowieść o życiu z AIDS. Jej twórcą był wybitny artysta brytyjski i zarazem działacz ruchu LGBT, Derek Jarman. W „Blue” zdecydował się on na ekstremalny zabieg. Przez cały czas trwania seansu obraz to wyłącznie niebieski prostokąt, „akcja” zaś rozgrywa się wyłącznie na ścieżce dźwiękowej. Jarman, głosem własnym i przyjaciół, dzieli się wspomnieniami, opowiada o wizytach w szpitalach, o kolejnych chorobach i dolegliwościach (w tym także o traceniu wzroku, czego metaforą jest ów błękitny ekran). Zwierza się ze swoich miłości, czyta fragmenty swoich wierszy. Elegijny „Blue” był ostatnim pełnometrażowym filmem Dereka Jarmana, który zmarł kilka miesięcy po premierze, w lutym 1994 r.

Dla twórców spoza USA, wirus HIV – poza tym, że często dotykał ich osobiście – bywał również wyzwaniem… formalnym. Jak opisać to doświadczenie, by nie wpaść w pułapkę sentymentalnego moralitetu, w jaki zazwyczaj przeradzają się hollywoodzkie narracje? Jest więc np. znacząca grupa filmów… muzycznych o AIDS. Pierwszy czarną komedię z musicalem połączył znany niemiecki artysta i prowokator, Rosa von Praunheim. Już w 1985 r. nakręcił on film „Wirus nie zna moralności”, w którym grupa bohaterów w fantazyjnych przebraniach wyśpiewywała piosenki na temat HIV. W tamtym ponurym czasie, w apogeum śmierci spowodowanych AIDS, taka forma była dla wielu widzów nazbyt szokująca. Z dzisiejszej perspektywy możemy docenić odwagę Rosy – tak brechtowski charakter filmu, jak i zawarte już w tytule szyderstwo z tych, którzy w AIDS widzieli karę bożą za niemoralne zachowania homoseksualistów.

W 1998 r. gejowska para francuskich reżyserów, Olivier Ducastel i Jacques Martineau, zrealizowała musical „Jeanne i jej wspaniały chłopak”. Opowiada on o jak najbardziej heteroseksualnej miłości tytułowej dziewczyny do Oliviera, który zaraził się wirusem podczas przyjmowania heroiny. W pozornie niefrasobliwej formie śpiewanej udało się zawrzeć sporo istotnych kwestii tyczących chociażby podziałów społecznych we Francji (bohaterka jest z „wyżyn”, jej chłopak z „nizin”), bólu po stracie bliskiej osoby, aktywizmu, uchybień we francuskiej służbie zdrowia etc.

Śpiewające odbyty

Największą jednak fantazją wykazał się kanadyjski twórca John Greyson w musicalu „Pacjent Zero” (1993). Inspiracją do powstania filmu była czarna legenda tytułowego „pacjenta”, także Kanadyjczyka i geja, Gaetana Dugasa, który rzekomo przywlókł HIV z Afryki do Ameryki Północnej. W dziele Greysona mamy romans ducha „Zero” ze… 170-letnim pracownikiem Muzeum Historii Naturalnej, który chce zorganizować wystawę potwierdzającą ową teorię początków wirusa w Ameryce. Wszystko zaś w muzycznym, campowym entourage’u. To tutaj pojawia się słynna, zabawna scena ze śpiewającymi odbytami.

Wiele lat później Greyson zrealizował także wizyjną, dokumentalną… operę zatytułowaną „Drzewo figowe” (2009), której bohaterem jest aktywista południowoafrykański, Zackie Achmat. Mimo iż zarażony wirusem HIV, odmówił przyjmowania leków, dopóki nie staną się one powszechnie i łatwo dostępne w RPA. Jego historia splata się z historią kanadyjskiego działacza, Tima McCaskella i losami tamtejszych organizacji LGBT w walce z epidemią AIDS, z bezdusznością rządu i koncernów farmaceutycznych. Ujęte to jednak zostało w wyrafinowaną, pełną erudycyjnych odniesień formę wizualną i dźwiękową.

Wracając zaś do kinematografii francuskiej, która, jako się rzekło, wszechstronnie potraktowała temat AIDS, wymieńmy jeszcze przynajmniej dwa filmy. Nagrodzony w Cannes „Pamiętaj, że umrzesz” (1995) Xaviera Beuavoisa ma za bohatera heteroseksualnego mężczyznę, który dowiaduje się, że ma HIV (to dowód na to, że kino europejskie nie przypisywało HIV/AIDS wyłącznie gejom, jak to się przez długi czas działo w kinie amerykańskim). Wpędza go to w głęboki kryzys egzystencjalny. Natomiast w bardzo ciekawych „Świadkach” (2007) wyreżyserowanych przez Andre Techinego początki AIDS we Francji, w pierwszej połowie lat 80., wpisane zostały w uczuciowe perypetie pięciorga postaci, wśród których są lekarz w średnim wieku, młody chłopak szukający w Paryżu pracy i policjant ukrywający przed żoną swój biseksualizm.

Wątek AIDS pojawia się w wielu europejskich produkcjach, w tym tak znanych jak „Wszystko o mojej matce” (1999) Pedro Almodovara, „On, ona i on” (2001) Ferzana Ozpetka czy, niedawno, „Tajemnica Filomeny” (2013) Stephena Frearsa. Mamy też jego wschodnioeuropejską odmianę. Zmarła niedawno świetna czeska reżyserka, Vera Chytilova nakręciła w 1989 r. film „Szybko tu, szybko tam”, którego bohaterami są dwaj (heteroseksualni) playboye. Podczas badań krwi okazuje się, że jeden z nich ma HIV. Z kolei w polskiej produkcji „Pora na czarownice” (1993) Piotra Łazarkiewicza narkomanka Jola (Jolanta Fraszyńska) i bezdomny gej Andrzej (Andrzej Masztalerz) – oboje zarażeni – muszą stawić czoła naszej rodzimej nietolerancji. Generalnie jednak polskie kino omija ten temat z daleka, jak zresztą wiele innych niepopularnych kwestii. Zamykając zaś europejski rozdział filmów o AIDS, przypomnijmy jeszcze, że na portalu outfilm.pl dużą popularnością cieszy się (cokolwiek kiczowate) dzieło „Dom chłopców” (2009) Jeana-Claude’a Schlima, wyprodukowane w Luksemburgu i również wracające do lat 80. XX wieku.

Człowiek zamiast choroby

W tym, siłą rzeczy, krótkim podsumowaniu musimy także wspomnieć o twórcach i filmach spoza Europy. Przede wszystkim o reżyserze Amosie Guttmanie, który jako pierwszy podjął w kinie izraelskim tematykę gejowską. Zrealizował zaledwie cztery pełne metraże, zmarł na AIDS w 1993 r. w wieku 38 lat. W swym ostatnim dziele, „Hessed Mufla” („Cudowna łaska”, 1992) opowiedział o związku między Jonathanem a Thomasem, który wrócił do Izraela z Nowego Jorku po nieudanej próbie zrobienia kariery muzycznej, za to z wirusem w organizmie.

Innym ciekawym filmem jest argentyński „Rok bez miłości” (2005) Anahi Berneri, nagrodzony Teddym na festiwalu w Berlinie. Zrobiony on został w konwencji dziennika młodego nosiciela HIV, pisarza, który szuka intensywnych doznań, w tym także tytułowej miłości, na portalach randkowych, w darkroomach i klubach S/M.

Szorstki, nieupiększony, pozbawiony ckliwości portret osób seropozytywnych, jaki oglądamy w „Dzikich nocach” czy „Roku bez miłości”, to coś, czego raczej próżno wyglądać w produkcjach okołohollywoodzkich. Twórcy mierzący się z tematem HIV/AIDS w kinie niezależnym eksperymentują z językiem filmowym, który pozwoli im pokazać różnorodne i nie zawsze miłe dla widza doświadczenia bohaterów. To ludzie są podmiotem tych opowieści, a nie choroba i jej metafory. Dlatego znacznie mniej w nieamerykańskich filmach obłudy, morałów i fałszywych słów pocieszenia.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dumni i wściekli

Pride (2014, reż. M. Warchus) wyk. B. Schnetzer, G.MacKay, F. Marsay, D. WestB. Nighy, I. Staunton. Dystr. Gutek Film, premiera w Polsce: 6 marca 2015 r.

 

mat. pras.

 

Brytyjczycy wiedzą, jak robić komediodramaty ze społecznym przesłaniem: „Dziewczyny z kalendarza”, „Orkiestra”, „Hotel Marigold”, „Billy Elliot”, „Irina Palm”, gejowski „Beautiful Thing” – przykładów jest mnóstwo. „Dumni i wściekli” to najnowszy.

Do śmiechu i do łez. Prawdziwa historia gejów i lesbijek z Londynu, którzy w 1984 r. wsparli strajkujących górników z walijskiej wsi

Historia prawdziwa. Jest rok 1984. Konserwatywna obyczajowo i ultraliberalna gospodarczo premier Margaret Thatcher zamyka nierentowne kopalnie. Strajkujący na prowincji górnicy walczą z policją i znajdują nieoczekiwanych sprzymierzeńców w gejach i lesbijkach z Londynu, którzy rozpoczynają działalność pod wszystko mówiącą nazwą: Lesbijki i Geje Wspierają Górników. Kwestują na ulicy, a zebrane pieniądze wiozą na zapadłą walijską wieś o wdzięcznej nazwie Onllwyn. Wyczuwacie potencjał komediowy? Słusznie. Zderzenie mentalności tradycyjnej, choć niekoniecznie wrogiej społeczności z młodymi aktywistami gej/les to samograj – musi zaiskrzyć i reżyser dobrze to wykorzystuje. A po każdej sytuacji, od której pękniecie ze śmiechu, serwuje odpowiednią dawkę patosu. Będą chwile, że mocno złapie za gardło. Potem jeszcze podbije stawkę, bo towarzystwo z Onllwyn zapragnie zobaczyć, jak wygląda londyński klub gejowski i Parada Równości.

To film z kilkunastoma głównymi rolami, ale jakimś cudem twórcom udaje się oddać charakter i dramat każdego z bohaterów/ek. Najbardziej przebojowy Mark Ashton (postać autentyczna) to mozg przedsięwzięcia, zadziorna Steph z uporem wyśpiewuje, że „każda kobieta jest lesbijką w sercu”, Jonathan jest królem parkietu, a jego chłopak Gethin – „zbiegiem” z Walii. 20-letni Joe jest jeszcze „nielegalny” (seks w wydaniu hetero był dozwolony powyżej 16. roku życia, ale w wydaniu homo – dopiero powyżej 21.) i dusi się w nic nierozumiejącej rodzinie. Puszysta Sian, żona i matka, odkryje w sobie polityczną żyłkę (kolejna autentyczna postać – dziś jest posłanką). Jeszcze starszy pan księgowy z zamiłowaniem do poezji… i starsza pani, która dowie się, że nie wszystkie lesbijki są wegetariankami. Bo niektóre są wegankami.

Chciałoby się napisać, że ten film to „lekcja historii”, ale jak to brzmi? Tymczasem tak właśnie jest. Proste przesłanie, że razem można więcej, że lepiej łączyć siły, niż zamykać się na własnym podwórku, lepiej szukać punktów stycznych niż rozbieżności, łykamy bez bólu, w takt ówczesnych gejowskich hitów: Bronski Beat, Frankie Goes To Hollywood, Culture Club. Jakiś czas po wydarzeniach przedstawionych w filmie prawa LGBT znalazły się w programie lewicowej Partii Pracy, a stosowne zapisy poparły górnicze związki zawodowe.

„Dumnych i wściekłych” nie można przegapić. Film był nominowanych do Złotych Globów i nagród BAFTA, zdobył też zasłużenie Queerową Palmę na zeszłorocznym festiwalu w Cannes.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Pani z przedszkola

Pani z przedszkola (Polska, 2014), reż. M. Krzyształowicz, wyk. K. Gruszka, A. Kulesza, K. Janda, A. Woronowicz; dystr. Kino Świat, premiera w kinach: 25.12.2014

 

mat. pras.

 

O pocałunku Agaty Kuleszy i Karoliny Gruszki oraz ich filmowym romansie w czasach PRL-u już się mówi. A jednak jeśli ktoś szuka w „Pani z przedszkola” lesbijskiej historii, to się zawiedzie.

Akcja idzie tak: pewien mężczyzna ma problemy z przedwczesnym wytryskiem i idzie do psychoterapeuty. Tam cofa się w traumy wczesnego dzieciństwa, które oglądamy w retrospekcjach. Największą okazuje się romans jego matki z przedszkolanką. Ale czy na pewno? Przecież to tylko wspomnienie, czyli fantazja: by pozbyć się problemu, bohater musi opowiedzieć sobie całą historię inaczej: „zabić” ojca, uwolnić matkę od kalectwa, jakim ukarał ją za les romans i „przelecieć” przedszkolankę. Oczywiście, wszystko w podświadomości. Bo cały film w pewnym sensie tam właśnie się toczy. Bohater nie tyle wspomina rzeczywistość, co relacjonuje swe o niej fantazje. Już na początku pada znamienne zdanie o kompleksie Edypa, a przez cały film natrętnie powtarza się fraza na temat snu („on ma mocny sen”). Trójkąt edypalny i sen to granice narracji. Mówi tylko dorosły analizant, dziecko milczy – fantazjuje: o seksualności rodziców, o strasznym odejściu matki (do kobiety, która jest jego własną fantomową miłością/matką). Wszystko się miesza za sprawą dziecięcej hiperbolicznej wyobraźni. Bo jest to film o dzieciństwie (także o PRL-u jako dzieciństwie), nie o lesbijkach. Lesbijstwo zostało zatem utopione w nadmiarze seksualności. Czy fobicznie, możemy dyskutować. Czy lesfantazmaty (pomieszane z kalectwem, karą i kastracją) działają negatywnie? Odpowiedź nie jest oczywista, ale faktem pozostaje, że wciąż mamy jedynie fantazmaty, a realność lesbijska w polskim kinie stanowi miejsce puste. (MKo)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Spojrzenia

Spojrzenia (Looking), sezon 1 (USA, 2014), reż,. A. Haigh, wyk. J. Groff, M. Bartlett, F. J. Alvarez, R. Castillo; premiera na DVD:
23.01.2015

 

mat. pras.

 

O pierwszym sezonie serialu „Spojrzenia” pisaliśmy po jego premierze na kanale HBO w zeszłym roku („Replika”, nr 49). Teraz ukazuje się on u nas DVD – anonsujemy, bo warto obejrzeć. To perypetie kilku przyjaciół gejów wyreżyserowane przez Andrew Haigh („Zupełnie inny weekend”). Rzecz rozgrywa się współcześnie w San Francisco i choć nie ma tu ani zaskakujących zwrotów akcji ani nawet elektryzującej fabuły, to mocno wciąga. Może dlatego, że reżyserowi udało się uchwycić tzw. zwykłe gejowskie życie, a więc zjawisko bardzo rzadkie na ekranie.

Od stycznia br. na HBO można już oglądać drugi sezon „Spojrzeń”. (MK)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jonas Gardell „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 3: Śmierć”

wyd. W.A.B. 2015

 

Trylogia Jonasa Gardella, w znakomitym przekładzie Katarzyny Tubylewicz, przedstawia losy grupki zaprzyjaźnionych homoseksualistów w Szwecji lat 80., w strasznym cieniu AIDS. Pierwsze dwa tomy („Miłość” i „Choroba”) ukazały się w zeszłym roku, teraz otrzymujemy część najbardziej przytłaczającą – „Śmierć”. Benjamin i Rasmus oraz Bengt, Paul, Seppo i Lars-Ake wkraczają w czas rozpaczliwej walki z chorobą. Swojej własnej albo przyjaciół. Roztrząsają problemy typu: kiedy najlepiej popełnić samobójstwo? Czy zaraz po otrzymaniu wiadomości, że choruje się na AIDS, czy może po pierwszej wizycie w szpitalu, czy jeszcze później? Jeden załatwił sprawę szybko, nawet nie zdążył schudnąć – i teraz kumple narzekają, bo trzeba się namęczyć, by nieść jego trumnę. Z innymi było łatwiej.

Osobna sprawa to rodzice. Nawet jeśli jakoś przeboleli ten „potworny” fakt, że mają syna homo, to po śmierci bez mrugnięcia okiem zrobią z niego hetero. A jego partnerowi nie pozwolą się nawet podpisać pod nekrologiem. „Pedała” nawet z żałoby się wyklucza.

Gardell, jak w poprzednich tomach, i tym razem na marginesie historii bohaterów snuje opowieść o szwedzkim ruchu LGBT, o tym, jak traktowano chorych na AIDS w początkach epidemii i w jak przewrotny sposób koszmar choroby przyczynił się do wprowadzenia związków partnerskich w Szwecji.

Mocne, a jednocześnie przystępne, napisane z myślą o tym, by ten nieznany świat „odmieńców” w obliczu katastrofy poznały również osoby, które nie miały z nim nic wspólnego. Zabieg się udał. Trylogia odniosła w Szwecji wielki sukces, na jej podstawie nakręcono serial. (MPU)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jan Stanisław Witkiewicz „Rudolf Nurejew”

Iskry 2014

 

 

Bogato ilustrowana biografia tatarskiego tancerza Rudolfa Nurejewa (1938-1993) to dobre wprowadzenie do baletu na przykładzie historii jednego z najgłośniejszych przedstawicieli tej sztuki. Portret słynnego homoseksualnego artysty Witkiewicz zaczyna od końca – od jego śmierci na AIDS. Potem ukazuje życie – narodziny „w pociągu gdzieś w pobliżu jeziora Bajkał”, dorastanie zakochanego w tańcu chłopca w cieniu apodyktycznego ojca, pierwsze kroki w balecie, wreszcie sławę i ucieczkę z ZSRR a potem triumfy na największych scenach świata. Do tego wieloletni, burzliwy związek z innym tancerzem Erikiem Bruhnem, liczne zmiany kochanków, partnerek tanecznych, towarzystwa, uzależnienia (od alkoholu i od zakupów), kaprysy, wciąż nowe miasta, nowe domy… A na koniec odmowa przyjęcia do wiadomości śmiertelnej choroby. W tym wszystkim cały czas na pierwszym miejscu była pasja jego życia – taniec.

Witkiewicz jest wyraźnie wielbicielem swego bohatera, przedstawia go w sposób egzaltowany, buduje dramatyczne napięcie, które ociera się o kamp. Przytacza też ciekawe wypowiedzi osób związanych z tancerzem. Są też smaczki i anegdoty, jak np. ta o narastającym strachu Nurejewa przed kobiecością jako… wcieleniem wampiryzmu – bał się spotkać z Marleną Dietrich, bo… mogłaby przywiązać go do łóżka. Albo ta o pięknych dywanach, które kupował jak najęty, a potem nawet nie rozpakowywał, tylko od razu słał do magazynu.

Tę niezbyt obszerną pozycję – lektura na jeden wieczór, uzupełnia szczegółowe kalendarium życia Nurejewa. (PG)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

„Wężowisko” w krakowskim Teatrze Nowym

Joanna Oparek „Wężowisko” reż. J. Marchwiński, wyk. M. Ciuła, N. Bukowski, K. Błoch, K. Rodek. Premiera: Teatr Nowy, Kraków, 28.11.2014 r.

 

 

Stary pisarz ginie w niejasnych okolicznościach wkrótce po tym, jak wydawnictwo o lewicowych sympatiach publikuje jego młodzieńczą powieść z czasów Powstania Warszawskiego z wątkiem miłości homoseksualnej. Media spekulują na temat autobiografizmu książki. Córka zmarłego, 40-letnia Zo uważa zaś, że późny coming out jej ojca to prowokacja i czysta fikcja literacka. Usiłuje odciąć się od natrętnych dziennikarzy i zamyka się w domu z przyjacielem – gejem, doktorantem polonistyki, który pracował jako rehabilitant jej ojca. Tymczasem na policję zgłasza się siedemnastoletni, zmanierowany chłopak, który zeznaje, że tragicznego wieczoru był w domu pisarza… Czy jest winny jego śmierci? Czy chce jedynie potwierdzić wersję córki, że śmierć nastąpiła w wyniku wypadku? Przesłuchanie stwarza okazję do wiwisekcji gejowskiego mitu, do ostrej rozprawy z mocą stereotypu i rozmowy o prawdzie literatury.

Spektakl „Wężowisko” wyreżyserował Janusz Marchwiński, w Krakowie postać-instytucja, mecenas sztuki, dziennikarz, właściciel klubu Cocon i aktor, który zasłynął niedawno świetną rolą w „Lubiewie” Piotra Siekluckiego (wywiad z J. Marchwińskim – „Replika” nr 38). Autorem scenografii do „Wężowiska” jest Łukasz Błażejewski (patrz: „Replika” nr 44). (n. podst. mat. pras.)

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

ORGANICA

Wystawa prac Bartka Jarmolińskiego w Toruniu

 

mat. pras.

 

Bartek Jarmoliński, artysta wyjątkowy, osobny, wsobny, choć od lat mierzący się z popkulturą i kulturą masową. Również w nowym projekcie – „Organica” – prezentuje zderzenie tej wsobności, pojedynczości z ogółem, ludzkością, może nawet codziennością. I jeśli nawet odchodzi nieco od eksploracji samego siebie, intymnych wątków przedstawionych wprost, tak charakterystycznych dla jego twórczości, to i tak wydaje się, że otrzymujemy coś bardzo osobistego – sumę jego lęków, tym razem związanych ze strachem przed chorobą, swoisty zapis, może nawet pisany na ciele pamiętnik hipochondrycznej choroby XXI wieku. Czegoś, co toczy nas wszystkich.

Na wystawę składa się cykl dwunastu monochromatycznych prac oraz dwa filmy video, będące zapisem performance’ów artysty, które miały miejsce w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Video „Fakt” odnosi się do tabloidyzacji codzienności, Jarmoliński dosłownie przeżuwa i wypluwa ordynarny świat plotki, wymyślonych informacji, które – choć nie mają nic wspólnego z prawdą, poprzez zapis w gazecie zyskują status prawdy, stają się „faktem”. Video „Carte blanche” jest natomiast odniesieniem do stałego wątku w twórczości artysty – mierzeniem się z (homo)seksualnością. Jarmoliński, który nie ukrywa orientacji seksualnej, wielokrotnie nawiązywał do niej w twórczości. „Carte blanche” dotyczy homofobii a homofobia jest w Polsce zjawiskiem codziennym, znajdziemy ją w polityce, na ulicy, w zwykłych, potocznych wypowiedziach – przekonuje.

Obszerna rozmowa z artystą znalazła się w „Replice” nr 34. Pytany o kontekstualność sztuki, Jarmoliński mówił: (Orientacja seksualna) przekłada się na moją twórczość na tyle, na ile ważne jest dla mnie, abym mógł spokojnie iść z mężczyzną ulicą, nie budząc krzywych spojrzeń, tak jak pary heteroseksualne ich nie budzą.

Replika” objęła patronat nad wystawą, którą oglądać można od 16 stycznia do 9 lutego 2015 r. w Galerii Wozownia, przy ul. Rabiańskiej 20, w Toruniu.

 

Tekst z nr 53/1-2 2015.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Zatańcz ze mną

O kursie „tęczowej salsy” dla par jednopłciowych i o tym, co w tańcu jest „męskie”, a co „kobiece” z Wiktorem Korszlą, choreografem, tancerzem, wokalistą musicalowym rozmawia Mariusz Kurc

 

Foto: Piotr Serafin

 

Prawdziwy facet bez problemu założy szpilki i nie umrze ze strachu, co się stanie, jeśli mu się to spodoba

 

Kurs „tęczowej salsy” dla jednopłciowych par to twój pomysł?

W stu procentach mój. Instruktorem jestem już od ośmiu lat, a „tęczowa salsa” chodzi mi po głowie od jakichś trzech. W styczniu stwierdziłem: ok, robię to. Poradziłem się przyjaciółki Kasi Lorkowskiej – mentorki salsy w Polsce. Włożyłem własne pieniądze w wynajem sali w Warszawie. Na reklamę nie miałem żadnych funduszy.

Trzymałem za ciebie kciuki, gdy informowaliśmy o kursie na Facebooku „Repliki”, ale szczerze mówiąc, nie wróżyłem ci sukcesu.

A jednak! Zgłosiło się osiem par, w tym sześć gejowskich. Pierwsze lody zostały przełamane.

Jakie masz wrażenia z zajęć?

Znakomite. Mnie w ogóle najbardziej interesuje taniec w parach. W dzisiejszych klubach najczęściej odbywa się zbiorowy taniec plemienny wokół torebek wiszących obok przy krzesłach lub wspólne „wywoływanie deszczu”, czyli taniec w kołeczku. Nie ma miejsca na spotkanie dwojga ludzi. A taniec dla mnie jest właśnie tym – spotkaniem. Fizycznym, zmysłowym i mentalnym, spotkaniem dwóch ciał i dwóch osobowości.

Pary gejowskie nie mają doświadczeń wspólnego tańca. Dziewczyny owszem, ale chłopaki? W życiu! Jest tylko jedna sytuacja, gdy chłopaki w Polsce mogą „legalnie” trzymać się za ręce – podczas oczepin na weselu.

Nawet wielu samych gejów uważa, że chłopak tańczący w parze z chłopakiem to „nienaturalne”.

Sam kiedyś tak myślałem. Nie rozumiałem, że bezwiednie przejmowałem poglądy homofobów, którzy to samo mówią przecież o wszystkim, co dotyczy związków gejowskich.

To kwestia otwarcia się, pewnego przełamania kulturowego. Nienaturalne? Bo co?

Kiedy po raz pierwszy tańczyłeś w parze z chłopakiem?

Przełomem był dla mnie pewien wieczór w Tel Avivie kilka lat temu. Zobaczyłem w klubie fantastycznie tańczącego faceta. Zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy zatańczyłby ze mną. Znam i kroki męskie, i kroki damskie. On był w towarzystwie kilku innych gości, gejdar mi podpowiadał, że może nie mieć nic przeciwko. Zgodził się. Przetańczyliśmy kilka godzin – to była rewelacja. Tańczyliśmy wszystko – salsę, merengue, bachatę, cha-chę…

To nawet nie był klub gejowski. Tańczyliśmy dla własnej przyjemności. Byłem już wtedy profesjonalnym tancerzem – on zresztą też, okazało się, że tańczył w musicalu „Zorro” w Nowym Jorku – poczułem jednak iskrę, której wcześniej nie znałem. Kiedy tańczysz zawodowo, z czasem tracisz pewnego rodzaju emocje. Poza naszymi umiejętnościami, którymi się bawiliśmy, czułem feeling nie do podrobienia. Zrozumiałem, co może czuć facet hetero tańczący w parze z kobietą. Zmysłowość, bliskość – w dużym stopniu o wydźwięku erotycznym.

I pomyślałeś, że trzeba pokazać innym gejom, jak fajnie jest tańczyć z facetem, który cię kręci.

Dokładnie. Teraz na kursie super było obserwować te gejowskie pary – jak oni się odkrywają na nowo, uczą się siebie w nowych rolach. Jak się kłócą, gdy jeden się pomyli, albo nadepnie drugiemu na stopę i jak się cieszą, gdy cały taniec wykonają bezbłędnie. Jak poznają swoje ciała od innej strony – który jest cięższy, który wyższy, który bardziej gibki. Który ma prowadzić, a który być prowadzony – bo nic tu nie jest z góry przypisane, trzeba się umówić.

Taniec to jedna z podstawowych form rozrywki dla pary – dlaczego pary gejowskie mają być jej pozbawione?

Taniec chyba z gruntu uznaje się za „niemęskie” zajęcie.

Jak słyszę tego typu wypowiedzi w rożnych telewizyjnych talent show, to aż się gotuję. Bzdura! Balet jest niemęski, a hip hop jest niekobiecy. To mnie rozwala. Po co sobie tworzyć takie blokady? Facet może być genialny w tańcu baletowym, a dziewczyna – w hip-hopie. A dwóch facetów tańczących np. tango może wyglądać bosko! Jak ktoś nie ma problemu ze swoją męskością, to mu jej od tańca nie ubędzie. Ani od tego, że zatańczy kroki umownie przyjęte jako „damskie”. Prawdziwy facet bez problemu założy szpilki i nie umrze ze strachu, co się stanie, jeśli mu się to spodoba.

W ogóle jak słyszę o „zniewieścieniu w dzisiejszych czasach”, to mnie ponosi. Kojarzysz clip do „Do you really want to hurt me?”. Kto to śpiewa?

Boy George.

Jaki on jest „przegięty”! A to są czasy moich rodziców. Nie ma jednej ustalonej definicji „męskości” i „kobiecości”. Te rzeczy się samoistnie przepracowują podczas takiego kursu jak tęczowa salsa. To jest też narzędzie socjalizacji – po pierwsze jesteś w miejscu publicznym i funkcjonujesz jako para, a po drugie zastanawiasz się, co to znaczy kroki „męskie”, a co „kobiece” i dlaczego tak? Wiele rzeczy się tu nakłada i nie o sam taniec w tańcu chodzi, tylko również o rożne społeczne sprawy i o komunikację między partnerami. Na zajęciach z „sexy dance”, gdzie niektóre kobiety po raz pierwszy widzą całe swoje ciało w ruchu w lustrze, jedna dziewczyna mi powiedziała: „Psycholog drąży problemy, a ty sprawiasz, że one znikają”. Pozwalam im zaakceptować swoje ciała, pokazuję ich największe atuty, eksponując je właśnie w tańcu. Podobnie jest z bachatą.

Czyli?

To jest bardzo zmysłowy taniec, w którym prowadzisz partnera/partnerkę głownie samymi biodrami. Nie musicie trzymać się za ręce, po prostu możecie się czule objąć i stykać się biodrami. Superfajne i supersexy. Śmiesznie jest, kiedy tańczysz z chłopakiem i myślisz, że uwiera cię w udo jego… pomadka w kieszeni, po czym okazuje się, że kieszenie są puste (śmiech).

A gdyby na twój kurs tęczowej salsy zgłosiła się para hetero?

Proszę bardzo, zgłaszają się. To nie jest żadne getto. Przyszło już z siedem osób hetero. Ja w ogóle na wszystkich moich kursach – nie tylko z tęczowej salsy – mówię, że każdy może przyjść i tańczyć, z kim chce.

Ale gdyby para chłopaków przyszła na „zwykły” kurs?

To zależy od podejścia instruktora. Niestety, jeśli jest homofobem, to może być problem. Dlatego potrzebny jest kurs taki, jak mój – gdzie jest absolutnie jasne, że pary jednopłciowe są mile widziane. Moim zdaniem, wszyscy instruktorzy powinni mówić, że u nich tańczyć mogą wszystkie pary, nie tylko rożnej płci.

Ja zresztą na kursach często tańczę z chłopakami. Heterycy bez żenady mnie proszą, bym z nimi tańczył. Chcą zobaczyć, czy prowadzić faceta jest inaczej niż kobietę, albo chcą, żebym ja poprowadził, a oni zobaczą, jak to jest tańczyć w roli kobiety. Dużo śmiechu przy tym jest, ale i nauki.

Dlaczego salsa, a nie inne tańce?

Salsa jest prosta, zabawowa, radosna i da się ją tańczyć do wielu gatunków muzyki, bo jest bardzo plastyczna. Trzeba tylko podłapać odpowiedni rytm i możesz tańczyć salsę nawet do jazzu.

Ty nie tylko tańczysz – jesteś też wokalistą musicalowym.

Mam też licencję pilota samolotów jednosilnikowych typu C150 i C152. Co się tak patrzysz? (śmiech)

Serio?

Serio. Mój tata jest pilotem i to stąd. Nie kocham jednak lotnictwa tak bardzo jak teatru. Nigdy też nie będę tak wspaniałym pilotem jak mój tata – to niesamowicie ciężka praca i naprawdę trzeba się temu poświęcić, ciągle szkolić. Ja już porzuciłem lotnictwo.

A studiowałeś na Akademii Medycznej, obecnie Uniwersytecie Medycznym.

Tak, w trybie dziennym, pięć lat, jestem epidemiologiem. Trzeba mieć jakiś zawód na wypadek, gdyby nie udało mi się utrzymać ze śpiewania czy z tańca. Teraz chcę zrobić studia z fizjoterapii.

Pamiętasz, kiedy ci się spodobały musicale?

Od dziecka uwielbiałem śpiewać. Moim marzeniem było śpiewać w musicalach i bajkach dla dzieci.

To ci się spełniło, bo zagrałeś główną rolę w musicalu dla dzieci „Tarzan” w Zabrzu.

Tak, spełniło się. Mój debiut i niesamowita przygoda. Aby przygotować się do tej roli, prócz prób wokalnych, aktorskich i choreograficznych, musiałem brać lekcje akrobatyki u Sylwii Adamowicz – jedynej akrobatki-kaskaderki w Polsce. Pracowałem również z naszą kadrą olimpijską Pogoń Zabrze, która reprezentowała nas na Olimpiadzie w 2008 roku. Podczas spektaklu latałem osiem metrów nad publicznością. To było dopiero coś! Sztab niesamowitych ludzi pracował, bym mógł bezpiecznie zagrać.

Zrobiłem jeszcze jedną produkcję na Śląsku, po czym niestety nie udało mi się wejść do obsady świetnej „Klatki wariatek” w Warszawie, bo akurat wyjeżdżałem na kontrakt musicalowy za granicę. Ale teraz z reżyserem tego spektaklu, Grzegorzem Chrapkiewiczem, zrobiłem choreografię do „Mizantropa” Moliera w Teatrze Dramatycznym, jak też „Trzech Sióstr” Czechowa w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej.

Twój ulubiony musical?

„Taniec wampirów” Polańskiego.

Chłopiec marzy o śpiewaniu w musicalach… Rówieśnicy w szkole ci nie dokuczali?

Zdarzało się. Tym bardziej, że już w podstawówce w Sochaczewie, odkąd skończyłem 7 lat, śpiewałem na wszelkich szkolnych akademiach. Często widziałem, jak ludzie mieli łzy w oczach ze wzruszenia, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, w jaki sposób muzyka może oddziaływać na człowieka. Siostra Kasia nauczyła mnie piosenki „Kiedy ptaki odlecą za morze” na pierwszy konkurs, który dzięki niej wygrałem. Śpiewałem bardzo wysokim głosem, określanym jako sopran chłopięcy. Niestety już wtedy spotkałem się z pewną marginalizacją. Jeden nauczyciel powiedział mi podczas lekcji choru: „A mógłbyś w końcu zaśpiewać coś jak chłopak?”. Byłem zdezorientowany, wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać. To było bardzo przykre, bo nie umiałem inaczej. Jak chłopak, czyli jak? Śpiewałem, jak umiałem najlepiej.

Później w liceum, na przykład na drzwiach klasy, w której zazwyczaj śpiewałem z moją przyjaciółką, aby przygotować się do szkolnych występów, ktoś przykleił kartkę z napisem „pedały nie śpiewać” – i wiedziałem, że to o mnie. Agnieszka Wojciechowska (obecnie solistka w Teatrze Sabat Małgorzaty Potockiej) zaraz zerwała kartkę i wstawiła się za mną.

Ale to nie były wielkie traumy. Rodzina mnie zawsze wspierała. Mam wielkie szczęście. Coming out, później, też nie był problemem, zarówno przed rodzicami, jak i rodzeństwem. Nawet brat, „młody gniewny”, wyszedł do swoich kumpli na osiedle i powiedział, że jak ktoś ma coś do jego brata, to niech powie to lepiej teraz lub siedzi cicho. Moje dwie siostry tym bardziej nie mają problemu z tym, że potrafię kochać innego mężczyznę.

A kiedy przeprowadziłeś się do Warszawy, czy otworzyły się przed tobą nowe możliwości?

Moja nauczycielka z drugiej podstawówki, pani Jarmoszko, bardzo we mnie wierzyła i wiele jej zawdzięczam. Niezwykle mądra kobieta.

Gdy miałem 12 lat, trafiłem na lekcję do pani Zapendowskiej, później kolejnych nauczycieli, do Teatru Buffo, Sławka Adamko, Moniki Urlik i Justyny Motylskiej. Miałem gdzie się rozwijać, wiedziałem, że osiągnę swój cel.

Prowadzisz kursy tańca, występujesz, fizjoterapia… Bardzo jesteś zapracowany.

Tak, nie mogę usiedzieć. Ciekawe, jak długo tak wytrzymam. Gdzieś tam z tyłu głowy mam wizję domu, w którym spędzam dużo czasu i stabilizacji z facetem, na którym mogę polegać.

Czyli romantyk. A dzieci?

Nie. Co nie znaczy, że uważam, że geje nie powinni wychowywać dzieci. Jeśli chcą, to powinni. Znam rożne konstelacje rodzinne.

Mój przyjaciel gej ma dziecko ze swoją przyjaciółką, wychowują je razem, a jego partner jest „obok”. Ale ja nie widzę siebie w roli ojca – na razie. Za to rola wujka bardzo mi odpowiada, właśnie nim zostałem po raz czwarty. Gratuluję jeszcze raz mojemu bratu i bratowej! Mój przyjaciel Maciej Kopeć chce otworzyć na starość dom pogodnej jesieni dla gejów. Będzie się nazywał „Szczęśliwa ciotka” (śmiech) Poważnie, uważam, że coś takiego jest potrzebne.

Zgadzam się. Ponoć na Zachodzie już powstają.

Będziemy w gronie przyjaciół tańczyć, grać w szachy, warcaby i wspominać stare dobre czasy.

 

Tekst z nr 49/5-6 2014.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.