Jak wyoutowana ALICE WEIDEL godzi swoją orientację seksualną z przewodzeniem homofobicznej partii Alternative fűr Deutschland?
Tekst: Mathias Foit (nr 114. magazynu “Replika”marzec/kwiecień 2025)

Na czele skrajnej prawicy w Niemczech od lat stoi kobieta, lesbijka. Jak godzi swoją orientację seksualną z przewodzeniem na wskroś homofobicznej partii, jaką jest Alternatywa dla Niemiec (Alternative für Deutschland)? I na odwrót, dlaczego ugrupowanie polityczne walczące z tęczową społecznością i otwarcie zapowiadające ograniczenie jej praw wystawiło wyoutowaną lesbijkę jako kandydatkę na urząd kanclerski w ostatnich wyborach parlamentarnych? I w końcu, jak wytłumaczyć jej popularność wśród niemałego segmentu niemieckiej społeczności LGBTQ+? Poznajcie Alice Weidel.
Partnerka ze Sri Lanki mieszka w Szwajcarii
To, że kobiety przewodzą skrajnie prawicowym partiom, nie powinno w dzisiejszych czasach w zasadzie nikogo dziwić. We Francji liderką Frontu Narodowego, a później Zjednoczenia Narodowego od wielu lat jest Marine Le Pen, zaś we Włoszech premierką jest Giorgia Meloni z ekstremalnie prawicowej partii Bracia Włosi. Niemniej jednak lesbijka na stanowisku szefowej ugrupowania o profilu ultraprawicowym jest tylko jedna.
Alice Weidel urodziła się w 1979 r. w liczącym sto tysięcy osób mieście Gütersloh na zachodzie Niemiec. Studiowała ekonomię, z której w 2021 r. zrobiła doktorat na temat systemu emerytalnego w Chinach. Do AfD wstąpiła w 2013 r., po dwóch latach została wybrana do zarządu partii. Głośno zrobiło się o niej w kampanii do wyborów parlamentarnych w 2017 r., którą na rzecz AfD poprowadziła z Alexandrem Gaulandem i która zapewniła jej mandat poselski. Od tego momentu jest współprzewodniczącą partii (od 2021 r. w duecie z Tino Chrupallą), a w ostatnich, lutowych wyborach do Bundestagu po raz pierwszy startowała w charakterze kandydatki na urząd kanclerski.
Jej partia zdobyła aż 20,8% głosów, najwięcej w swojej historii i najwięcej w powojennej historii radykalnej prawicy w Niemczech. To właśnie Weidel jest najbardziej rozpoznawalną twarzą nacjonalistycznej, antyimigranckiej i populistycznej AfD. Niewątpliwie na szczyty partyjnej władzy doprowadziły ją ciężka praca i nieprzeciętna charyzma, choć otaczający ją nimb nietuzinkowości w dużej mierze wynika ze sprzeczności jej życia osobistego z wyznawaną przez jej partię ideologią.
Szefowa AfD jest związana z pochodzącą ze Sri Lanki producentką filmową Sarą Bossard, z którą wychowuje dwóch biologicznych synów tej drugiej. Co więcej, panie od lat żyją na co dzień nie w Niemczech, a w Szwajcarii, co w kontekście przewodzenia największej obecnie partii opozycyjnej w Niemczech było przedmiotem wielu kontrowersji. Jakby tego było mało, w kampanii poprzedzającej referendum na temat wprowadzenia w Szwajcarii małżeństw jednopłciowych w 2021 r. Bossard publicznie opowiedziała się za przyjęciem stosownego prawa.
Warto w tym miejscu przypomnieć o rysie ideologicznym formacji, jaką jest AfD. Jej rdzeń stanowi nie tylko ostry sprzeciw wobec dotychczasowej polityki migracyjnej niemieckiego rządu, zwłaszcza działań prouchodźczych, ale też obrona „tradycyjnych” wartości rodzinnych – a więc dobrze znana nam z polskiego podwórka polityka walki z „genderyzmem” i rzekomą seksualizacją dzieci w szkołach.
W programie partii w tamtym roku znalazł się popularny ostatnio (patrz USA) postulat reemigracji, która jest niczym innym, jak zawoalowanym przyzwoleniem na masowe deportacje. Co prawda w samym programie twórcy deklarują, że nie czynią rozróżnienia pomiędzy „etnicznymi” Niemcami a osobami z niemieckim obywatelstwem i z tzw. „historią migracji”, lecz w trakcie tajnego spotkania skrajnej prawicy w Poczdamie w listopadzie 2023 r., na którym obecni byli przedstawiciele partii, dyskutowano nad możliwością wydalenia z kraju tych drugich.
W październiku 2018 r., rok po wprowadzeniu w Niemczech równości małżeńskiej, AfD złożyło w parlamencie niemieckim wniosek o wycofanie tego prawa, choć bezskutecznie. Pojedynczy przedstawiciele tej partii sygnalizują, że w kolejnej kadencji Bundestagu mogliby powtórzyć ten manewr, a Weidel na kilka dni przed lutowymi wyborami na pytanie o utrzymanie równości małżeńskiej lawirowała, odpowiadając, że jest zwolenniczką utrzymania równouprawnienia związków partnerskich wobec małżeństw jednopłciowych.
Trudno o większe sprzeczności między profilem ideologicznym partii a życiem prywatnym jej współprzewodniczącej. Sama Weidel zdaje się jednak ich nie dostrzegać lub, jeśli zdaje sobie z nich sprawę, nie stanowią dla niej najmniejszego problemu. W wywiadzie z publicznym nadawcą ARD z września 2023 r. na pytanie reportera, czy czuje się dyskryminowana w swojej partii, odpowiedziała przecząco, dodając: „Bo dlaczego miałabym?”.
Ciężko dywagować nad jej osobistymi motywami, ale można tu też dostrzec pewną szerszą prawidłowość. Jej uprzywilejowanie, wynikające z zamożności i określonej pozycji społecznej, sprawia, że problemy zwykłych osób z tęczowej społeczności jej nie dotyczą i stają się dla niej odległe, ale jednocześnie nie gwarantuje absolutnej ochrony przed uprzedzeniami, które spotykają osoby LGBTQ+ bez względu na status społeczny i materialny. Weidel chętnie korzysta z wywalczonych nie przez nią samą wolności, równocześnie nie ryzykując zbyt wiele, jeśli homo- i transfobiczne postulaty jej partii staną się rzeczywistością.
Homonacjonalizm
Równie niezrozumiała może wydawać się tolerancja partii dla Weidel przy jednoczesnej walce z mniejszościami seksualnymi i płciowymi. Warto przypomnieć, że w samej historii niemieckiej nie jest to przypadek bez precedensu – homoseksualistami byli również Ernst Röhm, szef Oddziałów Szturmowych (SA) partii nazistowskiej i jedna z centralnych postaci tego ruchu, oraz inni funkcjonariusze SA, którzy później na rozkaz Hitlera zostali zamordowani podczas „nocy długich noży” w 1934 r.
I w tym wypadku mamy do czynienia z szerszym zjawiskiem, które amerykańska badaczka Jasbir Puar nazwała „homonacjonalizmem”. Polega on na instrumentalnym wykorzystaniu osób LGBTQ+ do legitymizowania polityki skrajnie nacjonalistycznej i ksenofobicznej lub na odwoływaniu się przez same osoby z tęczowej społeczności do kategorii narodowych i resentymentów rasistowskich.
Niezwykle obrazowym przykładem homonacjonalizmu jest plakat wyborczy AfD, który w 2016 r. znalazł się na islamofobusie kursującym wokół Nollendorfplatz, w samym sercu berlińskiej, gejowskiej dzielnicy Schöneberg. Przedstawiał dwóch mężczyzn i widniał na nim napis: „Mojemu partnerowi i mnie nie zależy na znajomości z muzułmańskimi imigrantami, dla których nasza miłość to grzech śmiertelny”. Partia cynicznie stawia się w roli obrońców tęczowej społeczności przed muzułmańskimi uchodźcami i migrantami, niezmiennie przedstawianymi w ich retoryce jako homofobiczni fundamentaliści. Fakt, że jej czołowa postać jest lesbijką, sprawia również, że jej działacze mogą odrzucać oskarżenia o homofobię i konserwatyzm, przedstawiając się jako „zdroworozsądkowa” alternatywa dla „genderyzmu”, „wokizmu” i rzekomej rewolucji obyczajowej, jaką ma planować lewica.
Jaka paradoksalna ta strategia by nie była, zdaje się przynosić owoce. Przed zeszłorocznymi wyborami do Europarlamentu niemieckie media queerowe obiegła sensacyjna informacja: według przeprowadzonej przez portal Romeo.com i magazyn „Männer” ankiety, 22% użytkowników aplikacji randkowej dla gejów Romeo wskazało AfD jako partię, na którą zamierzają głosować – o 6 punktów procentowych więcej niż ostatecznie wyniósł wynik tego ugrupowania.
Na krótko przed lutowymi wyborami do parlamentu niemieckiego opublikowano wynik kolejnej ankiety przeprowadzonej wśród gejów, w której AfD osiągnęło poparcie na poziomie 28%. Choć kampania IWWIT niemieckiej organizacji Deutsche Aidshilfe zwróciła uwagę na wadliwą metodologię badań, w których można było wziąć udział pod ogólnie dostępnym linkiem (a więc nie stosowano tu reprezentatywnej selekcji respondentów), można spokojnie założyć, że znaczna część głosów, które w ostatnich wyborach ostatecznie przypadły AfD, pochodziła od wyborców spod znaku tęczy. Końcówka nie jest tu przypadkowa – wszystko wskazuje na to, że wśród tęczowego elektoratu Alternatywy dla Niemiec zdecydowanie przeważają cis mężczyźni.
Co ciekawe, z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w wielu innych krajach zachodnich. W kampanii do wyborów prezydenckich we Francji w 2017 r. wiele mówiono o poparciu gejów dla Marine Le Pen, w dużej mierze motywowanym strachem przed muzułmańskimi uchodźcami napędzanym przez radykalną prawicę. Ten sam fenomen można było zaobserwować mniej więcej w tym samym czasie w Niderlandach przy okazji wyborów parlamentarnych i rosnącego poparcia dla lidera tamtejszej skrajnej prawicy Geerta Wildersa.
Ale również po drugiej stronie Atlantyku, w Stanach Zjednoczonych, homonacjonalizm ma długą tradycję, częściowo na poziomie instytucjonalnym. W latach 70. XX wieku w łonie Partii Republikańskiej powstała grupa skupiająca osoby LGBT – znani są jako Log Cabin Republicans (LCR). O ile w 2016 r. LCR podzieliła kwestia udzielenia poparcia republikańskiemu kandydatowi na prezydenta Donaldowi Trumpowi, to w wyborach w 2020 i 2024 r. grupa jednoznacznie opowiedziała się po jego stronie. Przed wyborami w 2016 r. w Stanach powstało też nieformalne zrzeszenie Gays for Trump, które stało się przyczółkiem różnej maści alt-rightowych działaczy, których łączy islamofobia, wiara w białą supremację, ale i transfobia.
Skąd bierze się poparcie osób LGBTQ+ dla skrajnie prawicowej polityki?
W przytoczonych tutaj przykładach można dostrzec kilka powtarzających się elementów współczesnego homonacjonalizmu. Jest nim zdecydowanie uprzedzenie do migrantów, zwłaszcza (ale nie tylko) z krajów muzułmańskich, którzy postrzegani są jako zagrożenie dla praw i stylu życia zachodnich osób LGBTQ+. Ważną rolę odgrywa tutaj także transfobia, która często jest autentyczna, ale czasami bywa po prostu strategiczna. Silna potrzeba bycia włączonym we wspólnotę narodową może popychać niektóre osoby do stygmatyzowania innych segmentów tęczowej społeczności, postrzeganych jako bardziej „radykalne” „niezasymilowane” z heteronormatywnym społeczeństwem, gdyż podważające tradycyjne wyobrażenia na temat płci, społecznych ról z nią związanych oraz binaryzmu płciowego – czyli właśnie osoby trans. Chodzi o przekierowanie niezrozumienia, niechęci bądź wręcz nienawiści wobec osób nieheteronormatywnych w ogóle na konkretną mniejszość w ramach tęczowej społeczności. Trochę na zasadzie „my jesteśmy normalni, nie różnimy się od was – jeśli szukacie wroga, to popatrzcie na nich, a nas zostawcie w spokoju!”.
Wyoutowany gej, który nie jest queer
To może również tłumaczyć, dlaczego Weidel zdecydowanie odrzuca etykietkę „queer” i nie chce, by tak ją określano. Warto dodać, że nie jest w tym osamotniona – teoretycznie mniej radykalny, ale również konserwatywny polityk chadecji Jens Spahn, w latach 2018–2021 minister zdrowia (który za swojej kadencji nie zrobił nic w sprawie ogólnego zakazu oddawania krwi przez mężczyzn utrzymujących kontakty seksualne z mężczyznami w Niemczech, niezależnie od tego, jak faktycznie wygląda ich życie seksualne), również stwierdził, że jest gejem, a nie queer.
Oczywiście nie chodzi tutaj o narzucanie komukolwiek sposobu określania swojej tożsamości i nawet Weidel czy Spahn mają prawo do wybierania takich kategorii, jakie im odpowiadają. Można tu jednak dostrzec pewną ideologiczną, być może pokoleniową różnicę – o ile słowa „gej” i „lesbijka” oraz związane z nimi wyobrażenia społeczne zostały już mniej więcej oswojone, queer nosi w sobie o wiele silniejszy ładunek emocjonalny i zazwyczaj sygnalizuje większy nonkonformizm oraz sprzeciw wobec reguł heteronormatywnego porządku społecznego. A przecież osobom takim jak Weidel czy Spahn nie chodzi o burzenie tego porządku, tylko udowodnienie za wszelką cenę, że są jego częścią i zaakceptowali jego reguły. Innymi słowy, że jest się odpowiednio zasymilowanym, a więc zasługuje się na szacunek i akceptację społeczeństwa.
Ponadto transfobia może wynikać z nieprzepracowanego stosunku do własnej odmieńczości. Niektórzy mężczyźni i kobiety homoseksualne mogą czuć przymus podkreślenia stereotypowo pojmowanej męskości i kobiecości, gdyż homofobiczne społeczeństwo systematycznie odmawia im prawa do własnej tożsamości. Nie chcą być utożsamiani z „przegiętymi ciotami” lub z „babochłopami”, jak postrzega to część społeczeństwa.
Bez względu na to, jak oceniamy działalność Weidel, jej kariera polityczna jest swego rodzaju fenomenem – tym bardziej że od momentu założenia w 2013 r. AfD jest na fali wznoszącej. Oprócz historycznego wyniku 20,8% w ostatnich wyborach do Bundestagu, w zeszłorocznych wyborach samorządowych na wschodzie Niemiec Alternatywa odniosła spektakularny sukces, osiągając 29,2% w Brandenburgii, 30,6% w Saksonii i 32,8% w Turyngii.
Większość osób ze społeczności LGBTQ+ z niepokojem obserwuje rozwój wydarzeń i wpływ, jaki na politykę ma AfD nawet bez uczestnictwa w rządzeniu, nękając organizacje queerowe licznymi interpelacjami i przyczyniając się do klimatu, w którym na przykład w Berlinie odcina się fundusze publiczne tęczowym inicjatywom i projektom. Jedno jest pewne: nawet lesbijka na czele Alternatywy dla Niemiec tutaj nie pomoże.
Czytaj cały 114. numer „Repliki”, dostępny jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej!























































































































































