Są razem od 14 lat, poznały się na zlocie pielgrzymów Camino de Santiago. Dziś są emerytkami, mieszkają w domu, które same wybudowały we wsi pod Częstochową. Życiorysami mogłyby obdzielić kilka osób. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

Z bohaterkami wywiadu jestem umówiony on-line. Godzinę przed spotkaniem proszą o przełożenie rozmowy na później, bo mają jeszcze sprawunki.
Wszystko załatwione?
Bogumiła: Tak! Właściwie to byłyśmy u przyjaciółki. Ewa zajmowała się jej zatkanym odpływem w zlewie. To ona w naszym związku jest tą „techniczną”. Potrafi zrobić wszystko. 30 lat prowadziła warsztat samochodowy, w którym była jedynym mechanikiem. Mieszkamy – to już 10 lat – w drewnianym domu, który razem wybudowałyśmy. Kiedyś robale wpierdzielały nam tutaj belkę… jak to powiedzieć?
Ewa: Fundamentową.
B: Właśnie! Gdybym była sama, ten dom już by nie istniał, robaki by go zjadły. Ewa wszystko rozebrała, wycięła, zdezynfekowała i wstawiła nowy fragment.
Nie umiałbym takich rzeczy zrobić, podziwiam.
E: To są rzeczy, które robią ludzie, żadna magia.
Jak się panie poznałyście?
B: Nie wiem, czy pan jest na to gotowy, bo Ewa ma 75 lat, a ja prawie 70. Mamy tyle historii, że książkę można by napisać. Jesteśmy razem od 14 lat. Wszystko wydarzyło się właściwie dzięki pielgrzymce Camino de Santiago. W lipcu 2010 r. wybrałam się na samotną pielgrzymkę do Santiago de Compostela w Hiszpanii. To nie jest taka pielgrzymka z księdzem na czele, a bardziej podróż medytacyjna, nie trzeba być wierzącym. Po powrocie trafi łam na bloga „Kartka z podróży”, który skupiał ludzi zafascynowanych właśnie Camino. Po kilku miesiącach jedna z czytelniczek – Ł. (na prośbę bohaterek imię zanonimizowane – przyp. red.) – ogłosiła, że organizuje u siebie na podwórku zlot. Wzięłam plecak i mówię: „Dwa dni – co mi tam!”. W Boże Ciało, 23 czerwca 2011 r., wysiadłam z autobusu tuż przy Jasnej Górze.
E: Tu wkraczam ja, bo Ł. była moją wieloletnią partnerką. Ale wtedy byłyśmy już tylko przyjaciółkami. Zlot odbywał się na naszym podwórku przed domem w jednej ze wsi koło Częstochowy. Odebrałam Bogę z dworca i zabrałam do nas. To było nasze pierwsze spotkanie.
B: Na zlocie zebrało się kilkanaście osób. Dużo wina, biesiadowania i rozmów o sprawach społecznych, polityce, etyce, religii. Był profesor matematyki, polonistka z Wrocławia… Ewa zazwyczaj stała pod ścianą i tylko słuchała, ale jak się odezwała, to tak konkretnie, że pomyślałam: „O, jaka fajna dziewucha. Świetnie mówi, nie miota się!”.
E: Mnie Boga też od razu zafascynowała. Nie była wyniosła – a większość osób próbowało się tam jakoś pokazać. Była normalna, inteligentna. Imponowała mi bezpośredniością. Już wtedy coś zaczęło między nami iskrzyć.
B: Tylko ja nie wiedziałam, że Ewa była w związku z Ł.
E: Bo wtedy już nie byłam!
B: Przedstawiały się jako koleżanki, które tu razem mieszkają. Pogadałyśmy trochę, a gdy wróciłam do siebie, do miasteczka w okolicach Malborka, skąd pochodzę, to zaczęłyśmy pisać maile. Gorące. (śmiech)
E: Najbardziej przekonałam się do Bogi kilka tygodni później, w sierpniu tego samego roku. Ł. wprawdzie zorganizowała ten czerwcowy zlot, jednak sama na takiej pielgrzymce nie była. Jej pierwsza pielgrzymka miała się odbyć właśnie w sierpniu. Ponieważ czuła się niepewnie, poprosiła mnie o pomoc. Był jednak jeden problem – nie miał kto zaopiekować się moją mamą, która z nami mieszkała, i kotem. Sama Ł. zadzwoniła wtedy do Bogi i mówi: „Słuchaj, mamy problem…”, a Boguśka: „Ja mam jeszcze 9 dni urlopu – przyjadę”. No i przyjechała. Opiekowała się mamą, gotowała, relacjonowała wszystko. I wtedy to mnie ostatecznie przekonało, że to osoba wartościowa, godna zaufania.
Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.





























































































































