Nowy numer już dostępny. Sprawdź!

„Replika” – dwumiesięcznik społeczno-kulturalny LGBTIA, numer 91 (maj/czerwiec 2021)

Do przeczytania w numerze 91:

Temat z okładki:

Znany dziennikarz TVN24 Piotr Jacoń robi swoisty coming out; jest pierwszym w Polsce ojcem, który mówi o swojej transpłciowej córce – Wiktorii. W szczerej rozmowie Mariusza Kurca Jacoń opowiada o tym, jak to jest być rodzicem transpłciowego dziecka w Polsce, ale nie tylko – także o tym, jak Wiktoria zainspirowała go do stworzenia reportażu „Wszystko o moim dziecku” o rodzicach transpłciowych dzieci.

W „Replice” ponadto do przeczytania:

Tymon Tymański – popularny muzyk mówi o swojej biseksualności, a także, w bardzo ostrych słowach,o życiu we współczesnej, pełnej homofobii i transfobii, Polsce. Rozmowa Mateusza Witczaka

– nominowana w tym roku do „Paszportu Polityki” poetka Patrycja Sikora o tym, jak źle jest przyzwyczaić się do życia w warunkach dyskryminacji a także o swojej dziewczynie i o coming oucie przed rodzicami. Rozmowa Marty Konarzewskiej

Yevgeniy Glazkov, znany też jako Jake, tańczy voguing. Pochodzi z Kazachstanu, od kilku lat mieszka w Warszawie. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

W numerze również:

  • Tak, Fryderyk Chopin żył poza heteronormą i warto to badać – pisze muzykolog Marcin Bogucki
  • Patryk Janczewski, założyciel i lider Tęczowej Wiosny, czyli frakcji LGBT+ w partii Wiosna. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego
  • Monika Tichy, szefowa Lambdy Szczecin o tym, jak odkryła, że jest demiseksualna. Rozmowa Mariusza Kurca
  • Transpłciowa aktywistka Maja Heban o TERF-ach. Rozmowa Mateusza Witczaka
  • Marta Kondej, DJ-ka z 15-letnim stażem o tym, jak się jej, lesbijce, pracuje w bardzo zmaskulinizowanym zawodzie. Rozmowa Magdy Jakubiak
  • Tim Valther i Marta Markiewicz. Para: panseksualny transpłciowy chłopak i cispłciowa lesbijka. Tekst Mariusza Kurca
  • Polskie ofiary AIDS skrywa zmowa milczenia. Stygma była zbyt wielka, by można było o nich głośno mówić. Trzeba nam odzyskania tej pamięci. O Polakach, których pochłonęło AIDS, pisze Bartosz Żurawiecki
  • XVIII-wieczny książę Sanguszko i jego sekretarz, a zarazem partner i kochanek Kazimierz Chyliński. Tekst Marka Telera
  • 15 najgłośniejszych polskich coming outów zrobionych przed Piaskiem

 

Grabari epatuje!

Piotr Grabarczyk (grabari.pl) – najnowsze wiadomości o celebryt(k)ach LGBTIA oraz felieton „Praca seksualna to praca”

Kadry bez wstydu czyli homoerotyczne fotografie autorstwa Pawła Spychalskiego oraz Anny Kamińskiej

Lesby, widzę was

Magda Jakubiak śledzi polskie lesbijki w sieci

Felietony:

Sylwia Chutnik – „Mówię tak, by nie urazić”

Bartosz Żurawiecki – „Pragnienie homoseksualne”

Kayden Gray – „Szmata z powołania”

Piotr Mikulski – „Pato Kato”

Filmy: „Supernova”, „Dwie matki”, „Spotkajmy się”, „Świat, który nadejdzie” , miniserial „Halston”

Książki: Peter Hessler – „Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie”, Paweł Nowak – „Most Ikara”, Pier Paolo Pasolini – „Ulicznicy”, Danuta Gwidalanka – „Uwodziciel. Rzecz o Karolu Szymanowskim”, Maia Kobabe – „Gender queer. Autobiografia”, Weronika Łodyga – „Angst with Happy Ending”

Muzyka

Piasek, Demi Lovato, Taylor Swift, Lana Del Rady, Lil Nas X i Beata Kozidrak w rubryce Patryka Radzimskiego

Wydarzenia LGBT z kraju i ze świata, w tym m.in.:

– kampania „Kochajcie mnie, mamo i tato”

– transfobiczny Spis Powszechny

– Polska znów najbardziej homofobicznym krajem UE w rankingu ILGA-Europe

Dla wszystkich prenumeratorów/ek specjalny magnes z wizerunkiem Fryderyka Chopina. To trzeci magnes z tegorocznej kolekcji „Polskie ikony LGBTIA”, którą prenumeratorzy/rki otrzymują z kolejnymi numerami „Repliki” w 2021 r.

Wysyłka numeru od 1 czerwca br.

Biseksualny muzyk Tymon Tymański – wywiad bez trzymanki

Prawda jest po naszej stronie. Ci, którzy z nami walczą, walczą z żywiołem. Żywioł wygra – wieszczy wyoutowany biseksualny muzyk TYMON TYMAŃSKI. Rozmowa Mateusza Witczaka

Foto: Michał Biliński

Lou Reed, David Bowie, Witold Gombrowicz… Dlaczego mimo tak dobrego towarzystwa, zdecydowałeś się na coming out dopiero kilka miesięcy temu?

Coming out? Mam swoje obyczajowe stanowisko, którego nie zmieniam od samego początku tzw. kariery artystycznej. W wywiadach mówiłem o tym od dobrych dwudziestu lat, tylko nikt nie zwracał uwagi; o tym, że jestem bi, opowiedziałem nawet w filmie „Miłość”. W  pewnym momencie uznałem natomiast, że warto do tematu wrócić, bo czasy są takie, że obyczajowo się cofamy.

W niedawnych „Paszkwilach” punktujesz nasze narodowe przywary: ksenofobię i rasizm, ostrzegasz przed postpopulizmem i rodzącym się faszyzmem. Natomiast o seksualności nie śpiewasz wcale. A szkoda, bo album ukazał się tuż przed wyborami parlamentarnymi, w których homofobia była leitmotivem.

To był dość przełomowy album…

Twoja pierwsza solowa płyta.

Długo nie wiedziałem, czy ja się nadaję do twórczości poważnej, czy tragizm jest dla mnie właściwą maską. Kiedy jednak PiS wygrało wybory, my, co wrażliwsi artyści, zaczęliśmy głośno pomstować i czarno widzieć przyszłość Polski. Czułem się przybity, musiałem to wypunktować muzycznie na wielu poziomach. Czemu nie starczyło ci miejsca na obyczajowość? Nie starczyło, bo tą płytą chciałem się głównie rozliczyć z uczuciem zawodu Polską, która wtedy jeszcze homofobią tak nie „grała”. Był taki okres, kiedy byłem dumny z tej naszej transformacji i demokratycznego progresu. Aż do przejęcia władzy przez cyników i sekciarzy spod znaku PiS-u czułem coś w rodzaju patriotycznej satysfakcji. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Patryk Janczewski, lider Tęczowej Wiosny

Z PATRYKIEM JANCZEWSKIM, założycielem i liderem frakcji Tęczowa Wiosna, rozmawia Tomasz Piotrowski

Foto: Paweł Spychalski

Na Zachodzie tęczowe „frakcje” partii politycznych to nie rzadkość, w Polsce działa na razie tylko jedna: Tęczowa Wiosna. Jej liderem i założycielem jest 28-letni Patryk Janczewski, który zaczynał działalność polityczną jako asystent Roberta Biedronia. Podczas zeszłorocznej kampanii prezydenckiej zjeździł z  kandydatem Lewicy cały kraj. Wysoki, przystojny, zawsze nienagannie ubrany i  zawsze gdzieś blisko Biedronia, nerwowo zerkający na zegarek i grzecznie, acz stanowczo przerywający niekończące się prośby osób o jeszcze jedno selfie z Robertem. Jak to się stało, że zaczął pasjonować się polityką? Jak wyoutował się przed rodzicami? Czy chciałby wziąć w  Polsce ślub ze swoim partnerem? Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

Wielu chłopców marzy, by zostać strażakiem czy policjantem – ty od małego chciałeś być politykiem?

Chciałem być sędzią. Dlatego zdecydowałem się na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Od pierwszego roku, czyli w 2012 r., zacząłem też pracę w Sądzie Pracy w ramach policealnego stażu absolwenckiego. Byłem sekretarzem, następnie pełniłem obowiązki asystenta sędziego. Trwało to do 2017 r., gdy rozpocząłem współpracę z Robertem Biedroniem. Zawsze go podziwiałem i  obserwowałem jego karierę – od KPH, przez Ruch Palikota, aż po prezydenturę w  Słupsku. Przypuszczałem, że po niej planuje wrócić do krajowej polityki i odezwałem się do niego. Wciąż byłem pracownikiem sądu, ale widząc, jak PiS niszczy nasze państwo, wiedziałem, że nie będę w stanie orzekać pod godłem Rzeczypospolitej Polskiej, mając u steru takich politycznych łobuzów, robiących demolkę w systemie sądowniczym, depczących Konstytucję i prawa obywatelek i obywateli. Zapytałem Roberta, czy mogę jakoś pomóc. Wyjechałem do Słupska i  rozpoczęliśmy przygotowania do projektu „Wiosna”, gdy jeszcze nikt o nim nie wiedział.

Czyli wystarczy napisać e-mail do Roberta Biedronia, by rozpocząć z nim tak bliską współpracę?

(śmiech) Zaczęło się od e-maila, ale to był proces. Najpierw kilka miesięcy pracowałem w Instytucie Myśli Demokratycznej, to jest think-tank zorganizowany przez Roberta Biedronia, który popularyzuje ideę demokracji i wolności.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Monika Tichy odkrywa swoją demiseksualność

Z MONIKĄ TICHY, szefową szczecińskiej Lambdy, o jej demiseksualności, nielicznych miłościach do chłopaków i obecnej miłości do Nory, a także o ultrakonserwatywnych rodzicach oraz o tym, dlaczego talia jest jej ukubioną częścią ciała, rozmawia Mariusz Kurc

Foto: Łukasz Jurewicz

Napisałaś do mnie z prośbą o radę, bo chcesz zrobić coming out. Znam cię jako działaczkę LGBT, prezeskę szczecińskiej Lambdy, osobę jak najbardziej heteroseksualną. O co więc chodzi z coming outem?

Całe życie myślałam o sobie jako o osobie hetero – aż do zeszłego roku, gdy zakochałam się w kobiecie, w Norze. To potwierdziło, że jestem demiseksualna.

Demiseksualna – czyli odczuwasz pociąg erotyczny tylko do tych osób, w których się zakochasz.

Właśnie tak! Nieraz słyszałam, że jestem „oziębła” albo że musiałam przeżyć traumę w dzieciństwie, skoro latami nikt mnie nie pociągał. Jak to dobrze, że pojawiło się pojęcie demiseksualności i całego spektrum aseksualności, inaczej pewnie do dziś uważałabym, że jestem hetero, tylko „coś ze mną jest nie tak”.Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Transpłciowa aktywistka Maja Heban o TERF-ach

MAJA HEBAN, transpłciowa aktywistka i dziennikarka, o TERF-ach, transfobicznych wpadkach „Gazety Wyborczej” i działaczek Razem oraz o pokłosiu ideologicznej szarży Krystyny Pawłowicz. Rozmowa Mateusza Witczaka

Foto: Łukasz Langda

Jesteś zmęczona tłumaczeniem, „o co chodzi z tymi TERF-ami”? (Trans-Exclusionary Radical Feminism – Wykluczający Osoby Transpłciowe Radykalny Feminizm – dop. red.)

Bardzo… ale to zależy komu. Nie mam problemu z  tłumaczeniem tego ludziom, którzy autentycznie nie wiedzą, o co chodzi, a gdzieś ten skrót usłyszeli. Natomiast męczy mnie rozmawianie z tymi, którzy nie do końca wierzą, że terfi zm jest problemem. Nas, osoby trans, traktuje się często jako „nową mniejszość”, która „wymyśla” sobie problemy. Jeśli nie odpowiada nam przemocowe zachowanie – trzeba odczekać i sprawdzić, czy po jakimś czasie nadal będzie nam ono przeszkadzać, czy nasze słowa potwierdzi ktoś, kto nie jest trans, czy po drodze ktoś zostanie pobity albo zabity – i wtedy może uzna się je za transfobiczne.

Dlaczego ci sami ludzie, którzy występują przeciw określeniom w rodzaju „moda na transpłciowość”, potrafią odmawiać osobom trans prawa do identyfikowania się jako mężczyzna lub kobieta?

W  myśleniu TERF-ów istnieje mężczyzna biologiczny, kobieta biologiczna, czasami zdarzają się osoby interpłciowe, które jednak generalnie wpisują się w „męskość” albo „kobiecość”… i tyle. Transpłciowość jest dla nich rodzajem „nakładki”. Akceptują, że każdy powinien mieć taką ekspresję płciową, jakiej sobie życzy: jeżeli facet chce się wymalować, chodzić w sukience i zapuścić włosy – super; tylko że według nich nigdy nie będzie on kobietą. Bywa, że TERF-y zwracają się do osób trans odpowiednimi zaimkami, ale to jest kurtuazja, oni nie potrafi ą wyjść poza podział na biologiczną kobietę i biologicznego mężczyznę. Dla TERF-ów cis kobieta, lesbijka, która spotyka się z kobietą trans, jest w istocie osobą biseksualną. Nieważne, że ta osoba trans jest dziesięć lat po korekcie płci, zrobiła operację podwozia i  ma płeć skorygowaną w  dowodzie. Dla nich to nadal biologiczny mężczyzna i związek „hetero”. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Marta Kondej, DJ-ka z 15-letnim stażem

MARTA KONDEJ, DJ-ka Praktyczna Pani, jest pierwszą kobietą z tytułem mistrza Polski DJ-skiego konkursu RedBull Music 3Style, 20 kwietnia wydała w pełni autorską epkę „Stopy twarde jak beton”, gdzie sama rapuje. Marta promuje też kobiety DJ-ki w inicjatywie „Lady Humpter”, a niedługo zobaczymy ją w filmie „Magdalena”. Rozmowa Magdy Jakubiak

Foto: Marina Furdyna

Swoją przygodę w świecie DJ-skim zaczęłaś już 15 lat temu, to imponujący staż. Twoja pasja jest jednocześnie twoją pracą. Jak to się stało, że zostałaś DJ-ką?

Pamiętasz taki lokal „Punkt” na Koszykowej w Warszawie? Chodziłam tam w latach 2001-2003, bardzo dużo hip-hopu tam było, grał DJ 600 Volt, z którym się dzisiaj koleguję i pamiętam, że on mnie tak zainspirował. Lubiłam być na parkiecie, ale zawsze chciałam mieć decydujący głos, dotyczący muzyki. Pewnego dnia pojechałam też specjalnie do Gdańska na taką imprezę, gdzie się okazało, że nie ma żadnego DJ-a, ktoś gra z kanciapy schowany – siedzi i puszcza muzykę z komputera stacjonarnego. Po cztery razy z rzędu te same remiksy. Pomyślałam sobie, że ja nie umiem grać ani nie znam się na tym, ale słucham dużo muzyki, bo tak było od zawsze, i że ja bym to zrobiła lepiej. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Polskie ofiary AIDS

Wokół AIDS panowała zmowa milczenia, ale jednak na Zachodzie głośno opłakiwano jej ofiary. W Polsce znamy tylko kilka nazwisk, do dziś trwa ogłuszająca cisza. Chcielibyśmy to zmienić – odzyskać pamięć o polskich ofiarach AIDS

Jak to jest właściwie z tym AIDS w Polsce? Czy to wciąż temat tabu? Czy też po prostu przestaliśmy sobie nim zaprzątać głowę, odkąd zakażenie się wirusem HIV przestało być równoznaczne z wyrokiem śmierci? Brytyjski serial „Bo to grzech”, który można od niedawna obejrzeć na HBO, a który wskrzesza atmosferę pierwszych lat epidemii w Londynie, zmusił nas do postawienia pytania – jak by wyglądała polska opowieść o AIDS? I gdzie podziała się pamięć o polskich ofi arach tej choroby – tych sławnych i tych prywatnych?

„Replika” wielokrotnie poruszała na swoich łamach temat HIV/AIDS. W numerze 28 z roku 2010 zamieściliśmy wywiad z Karolem El Kashifem, pierwszym człowiekiem w Polsce, który wyznał publicznie – nie zakrywając wstydliwie twarzy i nie zatajając swojego nazwiska – że ma HIV. W kolejnym numerze Andrzej Jędrzejczak opowiedział o  swoim chłopaku, Krzysztofi e Wodzyńskim, który zmarł na AIDS w 1996 r. Drukowaliśmy też wiersze (nr 59) Doroty Jaworskiej poświęcone Adamowi, 23-letniemu synowi jej przyjaciółki, którym autorka opiekowała się w ostatnim miesiącu jego życia. Wreszcie, poniekąd jako swoisty happy end dopisany do tego raczej ponurego tematu, przeprowadziliśmy szereg rozmów z  ludźmi żyjącymi z  HIV – z  rysownikiem Bartkiem „Arobalem” Kociembą (nr 72), z  aktywistą Tomkiem Siarą (nr 77), z kucharzem Mattem Freemanem (nr 80), z  polskim gwiazdorem gejowskiego porno oraz aktywistą Kaydenem Grayem (nr 83), z parą modeli Piotrem Jörem Grabowskim i Danielem Uzdowskim (nr 88) czy wreszcie z Wojciechem Tomczyńskim (nr 82), który od ponad 30 lat żyje z wirusem HIV i  ma się dobrze. Wywiady z  Jędrzejczakiem, Tomczyńskim i  Grayem znajdziecie także w naszej książce „Ludzie, nie ideologia”.

Egzotyczna choroba
W latach 80., gdy AIDS dziesiątkował środowiska gejowskie w USA czy Wlk. Brytanii, u nas był traktowany jako choroba „egzotyczna”. Także przez samych gejów. Jeden z moich znajomych na pytanie: „Czy baliście się wówczas AIDS?”, odparł ze śmiechem: „Kiły się baliśmy!”. Granice były pozamykane, niewielu Polaków wyjeżdżało za granicę, co sprzyjało ograniczonej cyrkulacji wirusa w naszym kraju. Nadto AIDS uważany był za chorobę przeklętą, wstydliwą, na swój sposób wręcz nierealną, dotykającą bowiem – w powszechnym mniemaniu – wyłącznie osoby z „marginesu społecznego”, czyli homoseksualistów i narkomanów, którzy nurzają się w zgniliźnie moralnej, kojarzonej właśnie z zakazaną zachodnią rozpustą, a już niekoniecznie z rodzimymi realiami.

Jednak pierwsze ofiary AIDS pojawiły się u  nas całkiem wcześnie. Jedną z  nich był najprawdopodobniej Bogusław Wit, poeta i dziennikarz, sekretarz pisarza i członka Rady Państwa, Jerzego Zawieyskiego. Po śmierci Zawieyskiego w  roku 1969 Wit nadal mieszkał w jego wilii w Konstancinie i sprawował pieczę nad twórczością pisarza. Zmarł nagle w  roku 1984 w wieku zaledwie 38 lat. O tym, że mógł zabić go AIDS, który „przywlókł” ze Stanów Zjednoczonych, mówiło się pokątnie, a  więc w sposób, który przez bardzo długi czas będzie obowiązywał w  Polsce, gdy pojawi się temat „szokującej” choroby. O ostatnim okresie jego życia tak napisał Krzysztof Tomasik w „Homobiografiach”: Cierpiał na tajemnicze dolegliwości, przede wszystkim liczne pęcherze, które pękały, goiły się, by znów pojawić się za jakiś czas. Sławomir Gründberg, operator i reżyser filmowy, przyjaciel Wita od początku lat 70., który często go fotografował, uważa dziś, że były to typowe objawy AIDS, których wówczas nie potrafi ono zdiagnozować.

Kochaj, nie zabijaj
Przełom lat 80. i 90., czas zmiany ustrojowej, likwidacji cenzury, jest też momentem, w  którym o  HIV/AIDS zaczyna się wreszcie mówić więcej i  bardziej otwarcie. Popularny wówczas zespół Balkan Electrique poświęca mu nawet swój największy przebój, „Kochaj, nie zabijaj”. W  niektórych miejscowościach powstają specjalne domy dla zakażonych, co spotyka się z wrogą reakcją miejscowej ludności, lękającej się, że „pedalska zaraza” rozniesie się po okolicy. Wydarzenia te stają się inspiracją dla reżysera Piotra Łazarkiewicza, którego film „Pora na czarownice” (1993) jako pierwszy w polskim kinie ma za bohaterów osoby z HIV.

W grudniu 1990 roku umiera w Poznaniu reżyser teatralny, Janusz Nyczak, pierwsza w Polsce osoba publiczna, o której wiadomo na pewno, że zmarła na AIDS. „Na pewno” nie znaczy jednak, że fakt ten był szeroko nagłaśniany. AIDS to wciąż choroba, „która nie śmie wypowiedzieć swojego imienia”. Nyczak największe sukcesy odnosił w  poznańskim Teatrze Nowym (tu zrealizował m.in. głośne spektakle: „A  jak królem, a  jak katem będziesz”, „Awantura w  Chioggi”, „Letnicy”, „Dom otwarty”, „Damy i huzary”) za dyrekcji Izabelli Cywińskiej. W wydanej w 1992 roku książce „Nagłe zastępstwo”, która jest dziennikiem z  czasów pełnienia przez nią funkcji ministra kultury (1989-91), Cywińska notuje pod datą 20.IV.1990: Otrzymałam list od Janusza Nyczaka. To już trzeci rok mija. Jeszcze nikt z  nas nie odważył się głośno wymienić nazwy choroby. Piętnaście lat później w swojej autobiografi i „Dziewczyna z kamienia”, Cywińska nie ma już oporów, by głośno wymienić nazwę choroby. Rysuje także w swojej książce poruszający portret Nyczaka. Nie tylko pisze, że był gejem, ale też wspomina, że truchlała, gdy „opowiadał mi o miłosnych homoseksualnych rytuałach, jakim oddawał się w Brazylii. (…) Pamiętam opowieść o »krzaku gorejącym«. Janusz i inni amatorzy ryzykownych doznań półnadzy wypinali pupy w gęste zarośla, a ukryci tam miłośnicy robili z nimi, co tylko chcieli”. Przypomnijmy, że na łamach „Repliki” o swojej przyjaźni z  Nyczakiem opowiadali Maria Peszek (nr 61) i jej ojciec Jan Peszek (nr 89).

Natomiast w roku 1987 umiera w Paryżu Konstanty „Kot” Jeleński, emigracyjny publicysta i eseista, związany z „Kulturą” Jerzego Giedroycia, zagorzały orędownik twórczości Witolda Gombrowicza, który Jeleńskiemu w dużej mierze zawdzięcza swą światową karierę. Jeleński od lat 50. pozostawał w otwartym związku z malarką Leonor Fini i jej partnerem, także malarzem, Stanislao Leprim. Anna Arno w  wydanej niedawno biografi i Kota przywołuje jeden z jego listów z wiosny 1986. Jeleński, zapewne jeszcze nieświadomy swojej choroby, pisze, że AIDS nie jest już „amerykańskim mitem”, lecz groźną rzeczywistością, gdyż umierają bliscy mu ludzie.

Znani i niesławni
Kolejną postacią, którą możemy powiązać z  AIDS, jest popularny na początku lat 90. prezenter telewizyjny Sławomir Siejka. Odszedł nagle, w roku 1994 w wieku zaledwie 35 lat. Jako ofi cjalną przyczynę śmierci podano zapalenie opon mózgowych, jednak, jak czytamy w necie: „W gmachu TVP na Woronicza aż huczało od plotek, że zmarł na AIDS”. Oficjalnie nikt tego do tej pory nie potwierdził, podobnie jak „podejrzeń”, że Siejka był gejem. On sam nie stronił od opowiadania w kolorowych czasopismach, jaki jest jego ideał kobiety.

W latach 90. straciliśmy z powodu AIDS następną po Jeleńskim ważną postać, która zmarła poza granicami kraju. Mowa o charyzmatycznym Gerardzie Wilku, popularnym w  latach 60. – między innymi dzięki występom w  telewizji – tancerzu, soliście Teatru Wielkiego w Warszawie. W 1970 roku Wilk dostał angaż w  Balecie XX wieku Maurice’a Béjarta i wyjechał na stałe z Polski. Dwa lata temu wyszła u nas biografi a tancerza, napisana przez jego dobrą znajomą, Zofi ę Rudnicką. Rudnicka pisze w niej także o ostatnich latach życia przyjaciela i o chorobie, która zaczęła się w 1987 roku od „dziwnej ranki”. Wilk zmarł w sierpniu roku 1995, podobnie jak Jeleński w  Paryżu. Kilka miesięcy później, w  listopadzie, także z powodu AIDS umiera inny znany polski tancerz o światowej renomie, Wojciech Wiesiołłowski, występujący na zachodzie pod pseudonimem Voytek Lowski.

W  wieku XXI śmiertelnych ofi ar AIDS jest coraz mniej, gdyż stopniowo wprowadzane są leki, które pozwalają zahamować rozwój wirusa HIV. Z chorobą wiążą się jednak dwa nazwiska, które niekoniecznie chlubnie zapisały się w polskiej historii. W 2013 roku na AIDS umiera Wojciech Krolopp, znany dyrygent i szef chóru „Polskie Słowiki”, w 2004 skazany za wykorzystywanie seksualne trzech nieletnich chłopców. Trzy lata później głośna staje się sprawa Simona Mola, kameruńskiego pisarza i dziennikarza, od roku 2000 przebywającego w Polsce. Mol zostaje oskarżony o to, że świadomie zaraził wirusem HIV 16 kobiet. Staje przed sądem, wyrok jednak nie zapada, gdyż oskarżony umiera w październiku roku 2008.

Nie tylko Freddie
To krótki przegląd tylko tych najbardziej znanych polskich ofi ar AIDS. Do tej listy możemy jeszcze dopisać młodego polskiego kompozytora, geja zakażonego HIV, Adama Falkiewicza, który w  2007 roku popełnił samobójstwo w wieku zaledwie 27 lat. Jego songi można usłyszeć w  „Aniołach w  Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego.

Pozostałe ofiary AIDS, a są to, jak przypuszczamy, tysiące ludzi, pozostają bezimienne, zapomniane i przemilczane.

W  krajach zachodnich, zwłaszcza w USA, epidemia AIDS była nie tylko wielką traumą. Przyczyniła się również do emancypacji środowisk LGBT+. Raz, że skonsolidowała te środowiska we wspólnej żałobie oraz w walce z koncernami i instytucjami rządowymi o prawo do leczenia i dostęp do leków (opowiadają o tym chociażby takie fi lmy jak amerykański dokument „Jak przetrwać zarazę” Davida France’a i francuska fabuła „120 uderzeń serca” Robina Campillo). Dwa, że groza, jaką najpierw napawała opinię publiczną „pedalska dżuma”, zmieniła się we współczucie dla jej ofiar. O tym, jak w szwedzkiej społeczności gejowskiej przebiegała epidemia, napisał Jonas Gardell w trylogii „Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek”, na podstawie której powstał serial (2012).

Hekatomba AIDS ma na Zachodzie twarz nie tylko rockmana Freddiego Mercury’ego, aktora Rocka Hudsona czy reżysera Dereka Jarmana – ma wiele twarzy. Th e AIDS Memorial (@theaidsmemorial) to konto na Instagramie, prowadzone od 2016 roku i obserwowane przez ponad 180 tys. osób. Publikowane są na nim zdjęcia ofi ar AIDS. Każde zdjęcie opisane jest imieniem i nazwiskiem zmarłej osoby, miejscem zamieszkania oraz wspomnieniami pisanymi przez nadal żyjących bliskich, z  których część sama jest „ocaleńcami” z  epidemii HIV/AIDS. Publikowane zdjęcia i historie tworzą wyjątkowy pomnik ofiar HIV/AIDS, odrzucający poczucie wstydu, anonimowość i  zmowę milczenia, które jedynie przedłużały epidemię, a  jednocześnie pokazujący, że wśród ofiar AIDS byli nasi partnerzy, kochankowie, bracia, wujkowie, ojcowie, synowie, nauczyciele, prawnicy, kelnerzy, fryzjerzy, sąsiedzi…

W Polsce natomiast nigdy tak naprawdę nie zmierzyliśmy się z  problemem HIV/ AIDS, ze wszystkimi jego implikacjami zdrowotnymi, społecznymi, kulturowymi, obyczajowymi… Nieprzypadkowo najważniejszym głosem na temat AIDS jest u  nas spektakl Krzysztofa Warlikowskiego „Anioły w  Ameryce”, oparty przecież na amerykańskiej sztuce Tony’ego Kushnera.

Opowiedzcie nam swoje historie
Niniejszy tekst ma na celu nie tylko przypomnienie polskich ofi ar AIDS, ale także przerwanie milczenia wokół tej choroby. Jak ogłuszające jest to milczenie, pokazuje również trwająca od półtora roku pandemia koronawirusa – nikomu nie przychodzi do głowy zatajać nazwiska tych, których pochłonęła. Czasopisma, takie jak choćby „Newsweek”, publikują całe bloki wspomnień o  ludziach zmarłych w wyniku zakażenia covid-19. Sami na łamach „Repliki” opublikowaliśmy wywiad z  Remkiem Szelągiem, partnerem zmarłej na koronawirusa drag queen Kim Lee. Wirus, taki czy inny, nie ma moralności, a  jednak śmierć w  wyniku HIV/AIDS była tak wstydliwa, że w  latach 80. czy 90., gdy zbierała największe żniwo, o żadnych wspomnieniach konkretnych ofi ar nie mogło być mowy.

Chcielibyśmy to zmienić i odzyskać pamięć o polskich ofi arach AIDS. To część naszej historii. Jeśli macie jakieś doświadczenia z AIDS związane, jeśli chcielibyście opłakać kogoś bliskiego, kto na AIDS zmarł, napiszcie do nas. Opowiedzcie nam historię – swoją lub kogoś wam bliskiego – czyjegoś partnera, kochanka, przyjaciela, brata czy syna. Piszcie na adres redakcja@replika-online.pl.

XVIII-wieczny książę Sanguszko i jego partner

Chociaż staropolskie prawo karało śmiercią za homoseksualizm, nazywany wtedy sodomią, w XVIII wieku książę JANUSZ ALEKSANDER SANGUSZKO i jego sekretarz KAZIMIERZ CHYLIŃSKI przez kilkanaście lat żyli niemal otwarcie w gejowskim związku. Tekst Marka Telera.

rys. Marcel Olczyński

W XVI i XVII wieku geje nazywani byli w  Polsce „mężolubnikami”, „samcołożnikami” lub „niewieściuchami”, a męskie stosunki homoseksualne „paziolubstwem”, „tureckim niewstydem” czy „wschodnim narowem”, przypisywano im bowiem pochodzenie od wrogiej kultury muzułmańskiej. Krakowski prawnik Bartłomiej Groicki w  polskiej wersji kodeksu cesarza Karola V z 1532 r. pisał z kolei: „Gdzieby ktoś takowy znalezion był, żeby albo z bydlęciem, albo chłop z chłopem przeciw przyrodzeniu sprawę miał, takowi mają na gardle być skarani, a według obyczaju ogniem mają być spaleni, bez wszelakiego zmiłowania i łaski, ponieważ to haniebny i sromotny grzech jest i ma być srodze karan”. Homoseksualizm stawiano więc na równi z zoofi lią i nie wahano się wydawać najwyższych wyroków. Pragnienie miłości i bliskości było jednak dla niektórych silniejsze niż strach przed karą. W 1561 r. spalono na stosie Wojciecha z Poznania, który przebrany za kobietę poślubił w  podkrakowskim Kazimierzu Sebastiana Słodownika, a następnie popełnił bigamię, zawierając związek małżeński z Wawrzyńcem Włoszkiem. Nie wiadomo, czy Wojciech był osobą transpłciową, czy też chciał w  ten sposób nagiąć prawo, by poślubić ukochanych mężczyzn. Z  kolei w  latach 1624–1640 kilka homoseksualnych związków opisał w „Liber generationis plebeanorum” Walerian Nekanda Trepka, znany tropiciel skandali wśród polskiej szlachty. Pisał on m.in. że burgrabia zamku krakowskiego Jan Rogoziński miał romans ze szlachcicem Janem Andrekasem, dla którego uczynił nawet zapis w swoim testamencie.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Fryderyk Chopin nie żył zgodnie z heteronormą

Tekst: Marcin Bogucki

Atak na jeden z najważniejszych symboli polskości nastąpił w listopadzie 2020 roku. W  połowie miesiąca szwajcarski dziennikarz Moritz Weber przygotował dla niemieckojęzycznego radia SRF 2 Kultur dwuczęściową audycję na temat relacji Fryderyka Chopina z mężczyznami, w której outował kompozytora. Twierdził on, że w  jego korespondencji można znaleźć dowody miłości do jednego z przyjaciół oraz utrzymywania intymnych kontaktów z  innymi przedstawicielami płci męskiej, zaś charakter uczuć został zafałszowany poprzez celowe błędy w tłumaczeniu oraz umyślne zagubienie niektórych listów.

rys. Marcel Olczyński

Audycja nie odbiłaby się tak szerokim echem, gdyby nie wzmianka na blogu Slipped Disc, będącym rodzajem anglojęzycznego Pudelka, poświęconego muzyce klasycznej. Tematem kilka dni później zainteresował się poważny brytyjski dziennik „The Guardian” i  dopiero ta publikacja wywołała reakcję w kraju. Pojawiające się w polskiej prasie głosy próbowały zdyskredytować sensacyjne doniesienia – alergicznie reagowano na samą sugestię, że Chopin mógł być homoseksualistą, inne opinie w  bardziej wyważony sposób punktowały braki warsztatowe samego Webera. Rzeczywiście, przywołane przez szwajcarskiego dziennikarza informacje, dotyczące zażyłości Chopina z przyjaciółmi były powszechne znane, zaś pomyłki w  tłumaczeniu listów okazały się rzekome (korespondencja dostępna jest na stronach Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina). Przy okazji domniemanego skandalu warto jednak zastanowić się, w jaki sposób konstruowana była do tej pory biografia kompozytora i  czy nie można znaleźć jakichś rys na wystawionym mu heteronormatywnym pomniku.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Jacek Poniedziałek – Mężczyźni, używki i ja

Z JACKIEM PONIEDZIAŁKIEM o przygodnym podrywie i o trzech poważnych związkach, o alkoholu i o narkotykach, o wstydzie i o wolności, o nowej książce i o nowym spektaklu oraz o Redbadzie Klynstrze, Janie Peszku i o Korze, rozmawia Mariusz Kurc

Foto: Monika Stolarska

„Moje trzy prawdziwe związki sam zniszczyłem: pierwszy naiwnością, drugi niewiernością, trzeci nadmiernym, bezbronnym zaangażowaniem”. To cytat z twojego „(Nie)Dziennika”. Po lekturze całości miałem wrażenie, że jesteś dla siebie zbyt surowy. Nadmierne, bezbronne zaangażowanie? Co to za zarzut?

Ciekawe – nie jesteś pierwszą osobą, która mówi, że jestem dla siebie zbyt surowy. Niestety, każda miłość to jest trochę gra – nie w tym sensie, że się kłamie czy udaje, tylko że to jest jakby partia szachów. W tym konkretnym przypadku to był piękny, intymny i namiętny związek. Partner, którego w  książce nazywam Pytią, to wspaniały chłopak, miał połowę moich lat. Poznałem go w 2015 r. – miałem 50, a on 25 i już sama ta różnica stanowiła potencjalny obszar konfl iktów. To naturalne, że on potrzebował nowych doświadczeń, „wyszaleć się” – a ja byłem tak potwornie zakochany, że z  trudem przyjmowałem choćby rozmowy na temat innych mężczyzn. Dopadały mnie lęki, frustracje – i oczywiście to mogło go tłamsić. W końcu uwolnił się, rozstanie nastąpiło z jego inicjatywy. To był jego pierwszy dłuższy związek, trwał dwa lata. Dziś mam świadomość, że mogłem tego rozstania uniknąć, gdybym umiał zapanować nad swoim lękiem, który zresztą teraz „przerabiam” na terapii. Bo terapia uzależnień nie jest tylko o tym, że mam problem z piciem czy ćpaniem, dotyczy wszystkich aspektów życia.

Zaraz o nią zapytam, a tymczasem – stawiamy kropkę nad „i”, jeśli chodzi o twój związek z Krzysztofem Warlikowskim?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.