Bart Staszewski & Sławek Wodzyński – jak się kochają aktywiści?

SŁAWEK WODZYŃSKI twierdzi, że aby zmienić Polskę, potrzeba więcej Bartów Staszewskich. BART STASZEWSKI potrzebuje natomiast jednego Sławka Wodzyńskiego. Aktywistami są obaj, ale tym razem opowiadają o swoim życiu po zejściu z barykady i odwieszeniu na kołek tęczowych flag. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Paweł Spychalski

 

Barcie, dzieciństwo spędziłeś w Szwecji, a nastoletnie lata – w Lublinie. Do stolicy wyjechałeś już z dowodem osobistym, by – jak powiedziałeś w jednym z wywiadów – „szukać miłości”. Udało się?

Bart Staszewski: Tak. Ale to była pierwsza, młodzieńcza miłość, potrwała ze dwa lata i znikła. Potem tułałem się, tułałem… aż dotułałem się do Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza, którego billboardy zobaczyłem w Warszawie. I tam poznałem Sławka.

Sławek Wodzyński: Źle pamiętasz, to były billboardy Kampanii Przeciw Homofobii!

Zakładam, że Sławek wie, o czym mówi, bo już wtedy był czynnym aktywistą.

SW: Jakoś koło 2010 r. zacząłem obserwować Miłość Nie Wyklucza na Facebooku, podobnie jak Wojtka Szota, który na swoim blogu „Abiekt” bardzo ostro i bezkompromisowo pisał o tym, co się dzieje w środowisku aktywistycznym. Czy słusznie – to inna sprawa. Na pewno interesująco. Miłość Nie Wyklucza zorganizowała wtedy otwarte spotkanie w kawiarni Leniviec w  Śródmieściu. Przyszło ze 20 osób. Wiele z nich włączyło się później w aktywizm, a wręcz zostało ważnymi działaczami – chociażby Hubert Sobecki czy Oktawiusz Chrzanowski, którzy też się wtedy w Lenivcu pojawili.

Bart dołączył później?

SW: Trzy lata później. Akurat debatowaliśmy o tym, żeby się wreszcie sformalizować.

Od razu wpadliście sobie w oko?

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Aleksander Szymielewicz – bohaterski powstaniec, gej

Tekst: Marek Teller

W Powstaniu Warszawskim walczyli również ludzie LGBT – na przykład bohaterski lekarz ALEKSANDER SZYMIELEWICZ, który przed wojną był partnerem Karola Szymanowskiego

Przechodzili tę samą gehennę ludności cywilnej, pomagali rannym jako medycy i  sanitariuszki, chwytali za broń, aby walczyć o  ukochaną Warszawę. Chociaż ludzie nieheteronormatywni też uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim lub zostali doświadczeni przez trwające walki, nie należą do „patriotycznej” wizji walki o ojczyznę. Przeciwnie, same próby przypisywania (niektórym) żołnierzom Armii Krajowej homoseksualnych relacji wielu Polaków traktuje jako atak na dumę narodową, szarganie świętości.

Tymczasem „Pamiętnik z  powstania warszawskiego”, jeden z najważniejszych zapisów powstańczych przeżyć z perspektywy cywila, jest dziełem Mirona Białoszewskiego, geja. Szefem grupy operatorów fi lmujących Powstanie Warszawskie i  jedną z  jego ofi ar cywilnych był biseksualny reżyser Juliusz Mieczysław Krawicz. Wśród „robinsonów” ukrywających się w zniszczonej stolicy znajdował się zaś między innymi transpłciowy mężczyzna Bronisław Dragan vel Jerzy Zdanowicz.

Do grona medyków ratujących rannych żołnierzy i cywilów należał z kolei Aleksander Szymielewicz, który na początku lat 30. był kochankiem kompozytora Karola Szymanowskiego. Za pomoc udzielaną potrzebującym zapłacił najwyższą cenę, ginąc w gruzach miasta, które stało się dla niego drugim domem po wyjeździe z Kresów.

Z Kresów do Warszawy

Aleksander Szymielewicz urodził się 13 sierpnia 1912 r. w Lidzie w guberni wileńskiej (dzisiejsza Białoruś) jako syn katolika Jana Szymielewicza i  wyznawczyni prawosławia Zofi i z Makarewiczów. Pochodził z szanowanej rodziny litewskiego pochodzenia, a jego stryjem był historyk ziemi lidzkiej Michał Szymielewicz. Aleksander zdobywał wykształcenie w Gimnazjum Państwowym im. Romualda Traugutta w Brześciu nad Bugiem, w którym jego ojciec pracował jako sekretarz. Większość uczniów szkoły stanowili Polacy, lecz uczęszczali do niej również Żydzi i Rosjanie. Kolegą Szymielewicza z klasy był między innymi Menachem Begin, późniejszy premier Izraela (w  latach 1977– 1983).

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Ziegler, Barabasz, Trzeciak – les adwokatki organizują się

Z adwokatkami EMILIĄ BARABASZ, BARBARĄ TRZECIAK i OLGĄ ZIEGLER, założycielkami Koła Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, pierwszej oficjalnej grupy LGBT+ w strukturach samorządu zawodowego w Polsce, rozmawia Magda Jakubiak

fot. Emilia Oksentowicz

Dziewczyny, spotykamy się, bo z początkiem marca zdarzyła się rzecz przełomowa dla środowiska adwokackiego i dla społeczności osób LGBT+. Opowiecie, o co chodzi?

Emilia Barabasz Jasne, jesteśmy bardzo dumne z tej inicjatywy. Założyliśmy Koło Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Rzeczywiście, jest to w Polsce pierwszy znany nam przypadek powstania grupy osób identyfikujących się jako LGBT+ funkcjonującej w oficjalnych strukturach samorządu zawodowego. Nie ma takich grup w samorządzie architektów, samorządzie lekarskim czy radcowskim. Nie powołano ich także w żadnym innym samorządzie w Polsce.

Barbara Trzeciak Dodam tylko – żeby czytelnicy mieli obraz tego, czym są koła w ramach struktury adwokatury – że koła są stosunkowo nisko sformalizowanymi zrzeszeniami co najmniej pięciu członków Izby Adwokackiej, które nie mają z góry narzuconego celu funkcjonowania, w przeciwieństwie do np. komisji.

Jak wpadłyście na pomysł, żeby takie koło założyć?

BT: Z mojej perspektywy wszystko zaczęło się od żartu, którego nie zrozumiałam.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Do Koła może dołączyć każda osoba LGBT+ będąca adwokatką_em, prawniczką_ kiem zagraniczną_ym i aplikantką_em w Izbie warszawskiej. Aby zostać członkinią_em koła, trzeba wysłać maila na adres lgbt@ora-warszawa.com.pl oraz wypełnić i odesłać udostępniony formularz członkowski

 

Emilia Barabasz – adwokatka i przewodnicząca Koła Osób LGBT+ przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Na co dzień zajmuje się prawem własności intelektualnej, szczególnie prawem autorskim, prawem nauki i kultury. Tworzy umowy, doradza artystom, instytucjom kulturalnym, naukowcom, uczelniom, fundacjom, a poza tym prowadzi szereg spraw pro bono, m.in. na rzecz osób LGBT+. Współtwórczyni inicjatywy lgbt+prawnicy, która skupia adwokatów_tki i radców_czynie prawne, prowadzących strategiczne postępowania sądowe w celu wywalczenia równych praw dla osób LGBT+ w Polsce. Autorka audycji „Lesbijki na szczycie” w społecznościowym Radiu Kapitał.

Barbara Trzeciak – adwokatka, mediatorka. Prowadzi własną kancelarię i współpracuje ze spółkami z rynków finansowych, dla których prowadzi spory sądowe. Obsługuje też osoby fizyczne w zakresie spraw rodzinnych. Od pięciu lat współpracuje z Kampanią Przeciw Homofobii jako prawniczka zdalna grupy prawnej. Jest też członkinią Komisji ds. Równego Traktowania przy Naczelnej Radzie Adwokackiej.

Olga Ziegler – adwokatka w kancelarii Dentons w dziale prawa nieruchomości. Działa również w organizacjach LGBT+ – w Funduszu Prawo Nie Wyklucza przy Stowarzyszeniu Miłość Nie Wyklucza, mającym na celu zbieranie funduszy na finansowanie spraw sądowych osób LGBT+, które nie mają wystarczających środków, aby same wynająć prawników. Jest też jedną z fundatorek Fundacji Equaversity, której ambasadorami zostali m.in. Agnieszka Holland, Olga Tokarczuk i Anja Rubik.

Drinu – pierwszy polski wyoutowany raper

O swojej debiutanckiej płycie, o zauroczeniu się kasjerem w sklepie a także o Strajku Kobiet i o swoim węgierskim chłopaku mówi pierwszy w Polsce wyoutowany raper DRINU, czyli JĘDRZEJ DEMIANIUK. Rozmowa Patryka Radzimskiego

fot. Asia Adamska

Twój debiutancki album „PROJEKT GEJ x RAP”, który ukazał się 30 czerwca, to unikat. Praktycznie cały koncentruje się na byciu gejem, na spostrzeżeniach o życiu z perspektywy geja. Nie kojarzę drugiej takiej płyty ani w Polsce ani poza nią. Skąd taki pomysł?

Od zawsze kochałem pisać. Jednocześnie słuchałem dużo hip–hopu, głównie z lat 90. Przyszedł dzień, gdy na fali przemyśleń o dzisiejszym życiu w Polsce, napisałem wiersz „Tacy sami” o doświadczaniu homofobii. Postanowiłem sprawdzić się, znalazłem bit i nagrałem to na próbę. Ostatecznie ten utwór został głównym singlem promującym album. Jeśli chodzi o tematykę projektu, nie myślałem o nim w kategoriach „unikatu” – to po prostu album o mnie i o moim życiu – wprost i bez ogródek. Nie zakładałem, że stworzę kilkanaście piosenek o „byciu gejem”.

Czyli nie planowałeś tematyki i całej koncepcji, to pojawiło się naturalnie – mimo że nikt przed tobą czegoś takiego nie zrobił?

Raczej tak, choć nie chcę też kokietować – tak, była we mnie chęć wsadzenia kija w mrowisko. Z pewnością dla wielu osób to może być problematyczne, że jawny gej wkracza do świata hip–hopu. Tak, była we mnie pokusa, by sprawdzić, jak ten świat zareaguje. Stąd tytuł albumu. Teksty to moje doświadczenia – a że jestem gejem, to tak wyszło. (śmiech)

Z jakimi reakcjami spotkałeś się, gdy mówiłeś, o czym będzie twój album? Pojawiły się osoby z branży muzycznej, które odradzały ci taki pomysł na początek kariery?Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Sorry Elvis – queerowy artysta z przeszłością

O koszmarze dorastania, o wstręcie do seksu i o dysforii, o zgłębianiu niebinarności i transpłciowości oraz o odkrywaniu społeczności LGBT+ i dragu opowiada queerowy artysta SORRY ELVIS. Rozmowa Jakuba Wojtaszczyka

arch. pryw.

Czy Sorry Elvis przybył do nas z cyrku?

Na pewno ma w sobie dużo z klaunady. Do cyrku mógł przybyć z kosmosu, bo właśnie w kosmicznych i klauniarskich stylizacjach czuję się najbardziej sobą. Wtedy noszę potargane, krótkie włosy, pstrokate koszule, surrealistyczny makijaż. Czasami chciałbym być jak David Bowie. Utożsamiam się z jego Pierrotem.

Pierrot kojarzy się ze smutną postacią. Co cię smuci?

To, że na co dzień nie mogę wyglądać tak, jak chcę. Kiedy robię drag make-up, nie czuję, jakbym się malował, tylko wręcz przeciwnie, jakbym zmywał mój kamuflaż, a ten makijaż był moją prawdziwą twarzą. Sorry Elvis jest mną najbardziej jak się da. W dragu nie wchodzę w żadne role, robię to, kiedy go nie mam na sobie, kiedy muszę wyjść do świata.

Co jest takiego na zewnątrz, że napawa cię przerażeniem? Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

 

Jakub Wojtaszczyk – pisarz, dziennikarz portalu www.kulturaupodstaw.pl, współprowadzący podcast o serialach i pop-kulturze „Nie spać, słuchać”.

 

LET’S BE CLEAR

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Nowa kampania Sprite zachęca konsumentki i konsumentów do bycia sobą – wśród bohaterów video-podcastów jest transpłciowy aktywista Kacper Potępski.

Kampania „Let’s be clear”: z transpłciowym aktywistą Kacprem Potępskim (z lewej) rozmawiają Quebonafide i Krzysztof Gonciarz

Ambasadorem akcji Sprite „Let’s be clear” został Quebonafide, który wspólnie z Krzysztofem Gonciarzem, w ramach współpracy z marką, zadebiutował w formacie video-podcastów. Kampania skupia się na tematach różnorodności i inkluzywności – nie produkt jest tu na pierwszym planie, ale wartości wyznawane przez markę Sprite. Duet Gonciarz-Quebonafide przeprowadza wywiady z gośćmi, wśród których nie znajdziemy influencerek i influencerów z pierwszych stron gazet, lecz osoby, które podejściem do życia, szczerą i odważną postawą wpływają pozytywnie na otoczenie.

 

 

 
 
 
 
 
Sieh dir diesen Beitrag auf Instagram an
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Ein Beitrag geteilt von Krzysztof Gonciarz (@kgonciarz)

 

Od 6 lipca dostępny na YouTubie jest na przykład 100-minutowy wywiad z transpłciowym chłopakiem, aktywistą Kacprem Potępskim, który działa na swoim Instagramie: @ka.per. Aktywista opowiada o dorastaniu, które generalnie, jak mówi, spędził stłamszony „w jednym kącie szkolnego korytarza”, o tym, jak się wyoutował, a także o tym, jak bardzo zapamiętał pierwszy dzień, gdy jego ówczesna dziewczyna zaczęła wobec niego używać męskich zaimków.

Kacper tłumaczy też, że osoby transpłciowe często mocno różnią się między sobą:

„tranzycja, w tym tranzycja medyczna, ma pewne wspólne cechy, ale jednocześnie jest bardzo osobistą podróżą. U mnie jest tak, że jeszcze zastanawiam się nad jedną operacją – usunięcia jajników, ale generalnie tranzycja u mnie jest jakby procesem dojrzewania – teraz czuję, że dorastam, żyjąc w zgodzie ze sobą i będąc osobą transpłciową. Są ludzie trans, którzy po tranzycji chcą zamknąć ten okres i żyć jakby »od nowa« (w tzw. stealth) – i to jest OK, ale ja chcę funkcjonować jako osoba trans, nie chcę się bać, że ktoś kiedyś mi »wywali« mój deadname i powie »Ja wiem, ty jesteś trans!«. Moim ewentualnym prześladowcom chcę wybić broń z ręki”

– otwarcie przyznaje Kacper.

Warto obejrzeć (i wysłuchać) cały wywiad z Kacprem w serwisie YouTubie:

 

 

Wśród innych bohaterek i bohaterów akcji „Let’s be clear” są Izu Ugonoh – sportowiec, utalentowany zawodnik MMA, który poza walką w ringu nieraz musiał mierzyć się ze stereotypami w codziennym życiu; Wiktoria Głowienkowska, która na co dzień aktywnie żyje z niepełnosprawnością, a także Mikaela Sandell, ekscentryczna kolekcjonerka highfashion lat 90., dla której ubiór jest formą manifestu własnych przekonań i barwnej osobowości.

Sprite nie pierwszy raz sięga po temat bycia sobą. Do samoakceptacji marka zachęcała również dwa lata temu, kampanią pod hasłem „Trwa sezon hejterów. Żyj rześko”.

Jedno ze zdjęć kampanii Sprite „Trwa sezon hejterów. Żyj rześko” z 2019 roku.

Wstępem do obecnej kampanii były badania generacji Z (16-24 lata), pytanej o akceptację mniejszości, o opinie na ważne tematy społeczne oraz o wyznawane wartości.

Dla ludzi z generacji Z ważne są kwestie równego traktowania – zarówno te związane z płcią, LGBTQ+, mniejszościami narodowymi, jak i kolorem skóry. Te różnice są szczególnie widoczne, gdy porównamy wyniki ankiety generacji Z z odpowiedziami osób między 25 a 44 rokiem życia – tłumaczy Norbert Sosik, Senior Research Specialist z MediaCom.

Zobacz wyniki badania generacji Z, przygotowane do kampanii Sprite:

Co ciekawe, przedstawiciele młodego pokolenia patrzą w przyszłość z optymizmem, wskazując, że Polska w przeciągu najbliższych lat stanie się krajem znacznie bardziej tolerancyjnym.

Zarówno redakcja Repliki, jak i cały zespół Sprite też ma taką nadzieję!

Biseksualny muzyk Tymon Tymański – wywiad bez trzymanki

Prawda jest po naszej stronie. Ci, którzy z nami walczą, walczą z żywiołem. Żywioł wygra – wieszczy wyoutowany biseksualny muzyk TYMON TYMAŃSKI. Rozmowa Mateusza Witczaka

Foto: Michał Biliński

Lou Reed, David Bowie, Witold Gombrowicz… Dlaczego mimo tak dobrego towarzystwa, zdecydowałeś się na coming out dopiero kilka miesięcy temu?

Coming out? Mam swoje obyczajowe stanowisko, którego nie zmieniam od samego początku tzw. kariery artystycznej. W wywiadach mówiłem o tym od dobrych dwudziestu lat, tylko nikt nie zwracał uwagi; o tym, że jestem bi, opowiedziałem nawet w filmie „Miłość”. W  pewnym momencie uznałem natomiast, że warto do tematu wrócić, bo czasy są takie, że obyczajowo się cofamy.

W niedawnych „Paszkwilach” punktujesz nasze narodowe przywary: ksenofobię i rasizm, ostrzegasz przed postpopulizmem i rodzącym się faszyzmem. Natomiast o seksualności nie śpiewasz wcale. A szkoda, bo album ukazał się tuż przed wyborami parlamentarnymi, w których homofobia była leitmotivem.

To był dość przełomowy album…

Twoja pierwsza solowa płyta.

Długo nie wiedziałem, czy ja się nadaję do twórczości poważnej, czy tragizm jest dla mnie właściwą maską. Kiedy jednak PiS wygrało wybory, my, co wrażliwsi artyści, zaczęliśmy głośno pomstować i czarno widzieć przyszłość Polski. Czułem się przybity, musiałem to wypunktować muzycznie na wielu poziomach. Czemu nie starczyło ci miejsca na obyczajowość? Nie starczyło, bo tą płytą chciałem się głównie rozliczyć z uczuciem zawodu Polską, która wtedy jeszcze homofobią tak nie „grała”. Był taki okres, kiedy byłem dumny z tej naszej transformacji i demokratycznego progresu. Aż do przejęcia władzy przez cyników i sekciarzy spod znaku PiS-u czułem coś w rodzaju patriotycznej satysfakcji. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Patryk Janczewski, lider Tęczowej Wiosny

Z PATRYKIEM JANCZEWSKIM, założycielem i liderem frakcji Tęczowa Wiosna, rozmawia Tomasz Piotrowski

Foto: Paweł Spychalski

Na Zachodzie tęczowe „frakcje” partii politycznych to nie rzadkość, w Polsce działa na razie tylko jedna: Tęczowa Wiosna. Jej liderem i założycielem jest 28-letni Patryk Janczewski, który zaczynał działalność polityczną jako asystent Roberta Biedronia. Podczas zeszłorocznej kampanii prezydenckiej zjeździł z  kandydatem Lewicy cały kraj. Wysoki, przystojny, zawsze nienagannie ubrany i  zawsze gdzieś blisko Biedronia, nerwowo zerkający na zegarek i grzecznie, acz stanowczo przerywający niekończące się prośby osób o jeszcze jedno selfie z Robertem. Jak to się stało, że zaczął pasjonować się polityką? Jak wyoutował się przed rodzicami? Czy chciałby wziąć w  Polsce ślub ze swoim partnerem? Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

Wielu chłopców marzy, by zostać strażakiem czy policjantem – ty od małego chciałeś być politykiem?

Chciałem być sędzią. Dlatego zdecydowałem się na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Od pierwszego roku, czyli w 2012 r., zacząłem też pracę w Sądzie Pracy w ramach policealnego stażu absolwenckiego. Byłem sekretarzem, następnie pełniłem obowiązki asystenta sędziego. Trwało to do 2017 r., gdy rozpocząłem współpracę z Robertem Biedroniem. Zawsze go podziwiałem i  obserwowałem jego karierę – od KPH, przez Ruch Palikota, aż po prezydenturę w  Słupsku. Przypuszczałem, że po niej planuje wrócić do krajowej polityki i odezwałem się do niego. Wciąż byłem pracownikiem sądu, ale widząc, jak PiS niszczy nasze państwo, wiedziałem, że nie będę w stanie orzekać pod godłem Rzeczypospolitej Polskiej, mając u steru takich politycznych łobuzów, robiących demolkę w systemie sądowniczym, depczących Konstytucję i prawa obywatelek i obywateli. Zapytałem Roberta, czy mogę jakoś pomóc. Wyjechałem do Słupska i  rozpoczęliśmy przygotowania do projektu „Wiosna”, gdy jeszcze nikt o nim nie wiedział.

Czyli wystarczy napisać e-mail do Roberta Biedronia, by rozpocząć z nim tak bliską współpracę?

(śmiech) Zaczęło się od e-maila, ale to był proces. Najpierw kilka miesięcy pracowałem w Instytucie Myśli Demokratycznej, to jest think-tank zorganizowany przez Roberta Biedronia, który popularyzuje ideę demokracji i wolności.

Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Monika Tichy odkrywa swoją demiseksualność

Z MONIKĄ TICHY, szefową szczecińskiej Lambdy, o jej demiseksualności, nielicznych miłościach do chłopaków i obecnej miłości do Nory, a także o ultrakonserwatywnych rodzicach oraz o tym, dlaczego talia jest jej ukubioną częścią ciała, rozmawia Mariusz Kurc

Foto: Łukasz Jurewicz

Napisałaś do mnie z prośbą o radę, bo chcesz zrobić coming out. Znam cię jako działaczkę LGBT, prezeskę szczecińskiej Lambdy, osobę jak najbardziej heteroseksualną. O co więc chodzi z coming outem?

Całe życie myślałam o sobie jako o osobie hetero – aż do zeszłego roku, gdy zakochałam się w kobiecie, w Norze. To potwierdziło, że jestem demiseksualna.

Demiseksualna – czyli odczuwasz pociąg erotyczny tylko do tych osób, w których się zakochasz.

Właśnie tak! Nieraz słyszałam, że jestem „oziębła” albo że musiałam przeżyć traumę w dzieciństwie, skoro latami nikt mnie nie pociągał. Jak to dobrze, że pojawiło się pojęcie demiseksualności i całego spektrum aseksualności, inaczej pewnie do dziś uważałabym, że jestem hetero, tylko „coś ze mną jest nie tak”.Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.

Transpłciowa aktywistka Maja Heban o TERF-ach

MAJA HEBAN, transpłciowa aktywistka i dziennikarka, o TERF-ach, transfobicznych wpadkach „Gazety Wyborczej” i działaczek Razem oraz o pokłosiu ideologicznej szarży Krystyny Pawłowicz. Rozmowa Mateusza Witczaka

Foto: Łukasz Langda

Jesteś zmęczona tłumaczeniem, „o co chodzi z tymi TERF-ami”? (Trans-Exclusionary Radical Feminism – Wykluczający Osoby Transpłciowe Radykalny Feminizm – dop. red.)

Bardzo… ale to zależy komu. Nie mam problemu z  tłumaczeniem tego ludziom, którzy autentycznie nie wiedzą, o co chodzi, a gdzieś ten skrót usłyszeli. Natomiast męczy mnie rozmawianie z tymi, którzy nie do końca wierzą, że terfi zm jest problemem. Nas, osoby trans, traktuje się często jako „nową mniejszość”, która „wymyśla” sobie problemy. Jeśli nie odpowiada nam przemocowe zachowanie – trzeba odczekać i sprawdzić, czy po jakimś czasie nadal będzie nam ono przeszkadzać, czy nasze słowa potwierdzi ktoś, kto nie jest trans, czy po drodze ktoś zostanie pobity albo zabity – i wtedy może uzna się je za transfobiczne.

Dlaczego ci sami ludzie, którzy występują przeciw określeniom w rodzaju „moda na transpłciowość”, potrafią odmawiać osobom trans prawa do identyfikowania się jako mężczyzna lub kobieta?

W  myśleniu TERF-ów istnieje mężczyzna biologiczny, kobieta biologiczna, czasami zdarzają się osoby interpłciowe, które jednak generalnie wpisują się w „męskość” albo „kobiecość”… i tyle. Transpłciowość jest dla nich rodzajem „nakładki”. Akceptują, że każdy powinien mieć taką ekspresję płciową, jakiej sobie życzy: jeżeli facet chce się wymalować, chodzić w sukience i zapuścić włosy – super; tylko że według nich nigdy nie będzie on kobietą. Bywa, że TERF-y zwracają się do osób trans odpowiednimi zaimkami, ale to jest kurtuazja, oni nie potrafi ą wyjść poza podział na biologiczną kobietę i biologicznego mężczyznę. Dla TERF-ów cis kobieta, lesbijka, która spotyka się z kobietą trans, jest w istocie osobą biseksualną. Nieważne, że ta osoba trans jest dziesięć lat po korekcie płci, zrobiła operację podwozia i  ma płeć skorygowaną w  dowodzie. Dla nich to nadal biologiczny mężczyzna i związek „hetero”. Dokonaj zakupu prenumeraty, mecenatu lub pojedynczego numeru, aby przeczytać cały artykuł.