Adrian Zandberg w wywiadzie o osobach LGBTQIA+

Mam poważne wątpliwości, czy w Sejmie przejdzie nawet okrojona ustawa o związkach partnerskich. Koło Parlamentarne Razem zagłosuje oczywiście za – mówi ADRIAN ZANDBERG, współprzewodniczący Razem i kandydat tej partii w wyborach prezydenckich. Rozmowa Mateusza Witczaka.


fot. zandberg2025.pl

 

Czy tegoroczna kampania prezydencka to dobry czas na eksponowanie postulatów społeczności LGBT+? 

Ja mam stabilne poglądy: jestem za pełną równością małżeńską, za bezpieczną procedurą uzgodnienia płci. Natomiast wątpię, czy w tych tematach coś się w najbliższym czasie wydarzy. Niektórzy się zasłaniają prezydentem, ale prawda jest taka, że Andrzej Duda nie miał czego zawetować, przecież koalicja rządząca niczego nie przegłosowała. (Koalicja przegłosowała nowelizację kodeksu karnego, jeden z najważniejszych postulatów LGBT, głosowanie w Senacie miało miejsce 26 marca br., wywiad został przeprowadzony kilka dni wcześniej – przyp. red.). Mam poważne wątpliwości, czy przyjmą nawet okrojoną ustawę o związkach partnerskich. 

 

Jej projekt jest gotowy, według ustaleń RMF FM trafi pod głosowanie niedługo po wyborach prezydenckich. 

Słuchając tego, co otwarcie mówią w mediach PSL-owcy, a co przy wyłączonych kamerach powtarzają bardziej konserwatywni posłowie Platformy, nie nastawiałbym się na wiele. 

 

Wprowadzając równość małżeńską, premier Wielkiej Brytanii David Cameron mówił: „Nie popieram małżeństw jednopłciowych pomimo bycia konserwatystą, popieram je, bo jestem konserwatystą”. Torysi podnosili, że taka ustawa wzmacnia instytucję małżeństwa, zaś równość wobec prawa stanowi fundament demokracji. Dlaczego ich polscy odpowiednicy poszli w innym kierunku? 

Dobre pytanie, ale nie jestem właściwym adresatem. Należałoby je zadać polskiej centroprawicy, która dziś rządzi. Minęło półtora roku od wyborów, wiele się nie zmieniło. 

 

Zmienił się dyskurs, a pomału zmienia się także prawo: liberalno-lewicowa koalicja uchwaliła w Sejmie (oraz w Senacie – przyp. red.) nowelizację kodeksu karnego, a minister sprawiedliwości podpisał rozporządzenie, które nakazuje sądom zajmować się sprawami o uzgodnienie płci w trybie pilnym. Na prawicy panuje tymczasem pewne zamieszanie. Karol Nawrocki rozgrywa resztki uprzedzeń, krytykując Rafała Trzaskowskiego za skierowanie do urzędników ratusza „Poradnika empatycznej i skutecznej komunikacji”, który ma przeciwdziałać misgenderowaniu osób niebinarnych. Tymczasem Sławomir Mentzen i jego środowisko nagle przestali szczuć na osoby LGBT+. 

Mentzen usiłuje swoje poglądy „zamilczeć” lub wręcz udaje, że wcale ich nie ma, bo łowi szeroko. Wie, że coraz więcej ludzi nie chce przez kolejne 20 lat wybierać między Platformą a PiS-em. Zwłaszcza młodsi wyborcy rozglądają się za alternatywą. Udawanie, że się nie ma poglądów, to jednak strategia na bardzo krótkich nóżkach, a do mety wciąż daleko. Nie zdziwiłbym się, gdyby konfederacki balonik sflaczał jeszcze przed wyborami. Jak ludzie słyszą, co kandydat sądzi o kobietach, o rozwodach, o karaniu za przerwanie ciąży z gwałtu – to urok tiktokera znika. 

Mentzen nie urósł na nienawiści wobec mniejszości, tylko na zupełnie innej emocji. Ludzie mają już dość wojny między Tuskiem i Kaczyńskim. Dość szarpaniny pomiędzy facetami, którzy kiedyś ze sobą współpracowali, a potem się znienawidzili. Nie chcą być zakładnikami w tej wojnie, dlatego szukają alternatywy. I trudno się dziwić, coraz trudniej powiedzieć, o co tym starszym panom chodzi. Ostatnio mieliśmy w Sejmie wielką awanturę o uchwałę na temat Tarczy Wschód i współpracy obronnej w Europie. Żeby była jasność: treść uchwały była słuszna, sam za nią głosowałem – tyle, że to jest pusta uchwała bez praktycznego znaczenia, nic z niej nie wynika. A okładanie się w tej sprawie najgorszymi obelgami trwa w najlepsze. 

 

Ma ona znaczenie propagandowe. Wcześniej PiS zagłosował przeciw rezolucji Parlamentu Europejskiego, która zakładała wzmocnienie europejskiej obronności. W reakcji Tusk nazwał partię Kaczyńskiego „poplecznikami Rosji”, a sejmowe głosowanie miało dodatkowo „podgrzać” narrację o antyunijnym kursie Prawa i Sprawiedliwości. 

No właśnie, można było sobie pokrzyczeć. Przecież nie głosowaliśmy nad ustawą, która niosłaby realną zmianę w prawie, nie decydowaliśmy o pieniądzach na europejskie programy obronne, nie powołaliśmy wspólnych jednostek szybkiego reagowania z krajami bałtyckimi. To była uchwała bez znaczenia. Tymczasem w PO i w PiS zapanowało takie wzmożenie, jakby Sejm podpisywał co najmniej zgodę na rozbiory. Ot, puste bicie piany, żeby zmobilizować fanatycznych wyborców. 

Coraz więcej ludzi widzi, że taki sposób uprawiania polityki to cyrk. Stawka tych wyborów jest taka: czy będziemy dalej akceptować ten cyrk, czy powiemy: dość. Czy chcemy dalej polityki, w której można nie dotrzymywać obietnic wyborczych, bo wystarczy postraszyć „tamtymi”? Jak będziemy to akceptować, to nic się nie zmieni. Nie będzie ani krótszych kolejek do lekarza, ani związków partnerskich, ani liberalizacji aborcji. Można będzie za to klaskać przed telewizorem, że „dobry facet” znowu nie dopuścił do władzy „złego faceta”. 

 

Zły facet zwalczał queerową społeczność, dobry powołał do rządu Katarzynę Kotulę, która walczy o związki partnerskie, czy Krzysztofa Śmiszka, który przygotował nowelizację kodeksu karnego. Mariusz Błaszczak złożył niedawno wniosek o wotum nieufności wobec Kotuli, gdyż – argumentował – ministra „chce okaleczać dzieci”, tj. pracuje rzekomo nad projektem ustawy o uzgodnieniu płci. Trudno mi zrozumieć, dlaczego koło Razem nie wzięło udziału w głosowaniu nad jej odwołaniem. 

Nie jest przyjęte, żeby partia opozycyjna broniła ministrów. Nie głosowałem za odwołaniem Katarzyny Kotuli, ale uważam, że ona realnie nie jest w stanie niczego w tym rządzie zrobić; na jej miejscu sam złożyłbym dymisję, właśnie z tego powodu. Bo jaki jest sens trwać w gabinecie, w którym ma się związane ręce? Mówiliśmy o związkach partnerskich – ustawa była obiecywana od początku kadencji, co miesiąc ma być „za miesiąc”, a potem PSL mówi, że jednak nie… i nic się nie dzieje. 

Trzeba po prostu stanąć w prawdzie i spróbować ten projekt ustawy przegłosować. Oczywiście całe koło Razem będzie za. Natomiast dawanie twarzy rządowi, kiedy nie da się w nim załatwić podstawowych tematów, jest moim zdaniem bez sensu. 

Trwanie przy boku Tuska to popieranie decyzji, które uderzają w ludzi. Rząd zaplanował głodzenie publicznej ochrony zdrowia. Poziom leczenia już nie jest dobry, a ludzie umierają w kolejkach do lekarza. I w takiej sytuacji rząd przyjmuje budżet, w którym na świadczenia zdrowotne zabraknie 20 mld zł! To oznacza, że pod koniec roku będą znów odwoływane zabiegi, kasowane programy lekowe. Jeśli musicie iść do lekarza – sugeruję się w tym roku pospieszyć! 

 

Razem wyszło z koalicji w wyniku tego właśnie głosowania, sam mówiłeś, że uchwalono wówczas „budżet ludzkiej krzywdy”. Skąd właściwie wziął się rozłam na lewicy? 

Nie mogliśmy popierać rządu, który podejmuje decyzje sprzeczne z tym, co obiecywaliśmy przed wyborami. Razem obiecało skrócenie kolejek do lekarzy, tymczasem dziś są one najdłuższe od kilkunastu lat, a będzie jeszcze gorzej, bo publiczny system ochrony zdrowia jest skrajnie niedofinansowany. To nie jest tylko kwestia takich spraw, które kosztują pieniądze – sami wiecie najlepiej, że wprowadzenie związków partnerskich nie kosztowałoby pieniędzy – a tego też nie zrobili. Mówię o ochronie zdrowia, bo tu świetnie widać, do czego to doprowadzi polityka centroprawicy: do prywatyzacji szpitali. Ludzie są wkurzeni, bo czekają w kolejkach, muszą szukać na własną rękę prywatnych lekarzy, więc potem ze zrozumieniem przyjmują polityków, którzy im mówią: sprzedajmy to wszystko w cholerę! 

Ja się na prywatyzację ochrony zdrowia nie zgadzam, bo oznacza ona, że miliony osób nie będą miały dostępu do leczenia. Zresztą nowotworów, poważnych chorób, które dotykają osób najstarszych, prywatne firmy nie będą chciały leczyć. W Luxmedzie można ogarnąć zapalenie oskrzeli, ale jeśli przydarzy wam się coś poważnego, odeślą was do państwowego szpitala. Jeżeli więc rząd zagłodzi publiczną ochronę zdrowia, skaże na śmierć tysiące ludzi. Dlatego Razem nie odpuści, należy przeznaczać na nią 8% PKB. 

 

Do niedawna mogliście lobbować za takimi rozwiązaniami w koalicji rządzącej. Po styczniowym rozłamie Katarzyna Kotula tak skomentowała wasza postawę: „Łatwo jest siedzieć na kanapie, wcinać popcorn i przyglądać się. Trudniej jest wziąć odpowiedzialność za rządzenie”.  

Moim zdaniem wygodniej siedzieć na kanapie i wcinać popcorn w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, mając ładną wizytówkę i służbowy samochód – a do tego się sprowadza tkwienie w rządzie Tuska.  Nie poszedłem do polityki ani dla szofera, ani dla koryta w spółkach i agencjach, tylko po to, by zmieniać świat. Dlatego mnie w tym rządzie nie ma. 

Brutalna prawda jest taka, że w tej kadencji większość rządząca nie zależy od głosów Razem; mocno odczuliśmy to podczas rozmów dotyczących umowy koalicyjnej, gdy naszym postulatom powiedziano twarde „nie” – nawet tym „neutralnym” i „umiarkowanym”, jak inwestycjom w naukę i uniwersytety. Jak ktoś mnie gdzieś nie chce, to nie będę się napraszać. 

 

W koalicji dominuje narracja, że w związku z sytuacją geopolityczną musimy przede wszystkim zwiększać wydatki na obronność. Jak pogodzić zbrojenia z potrzebą dofinansowania mieszkalnictwa, zdrowia i edukacji? 

To nie jest „albo, albo”. Dobrze działająca ochrona zdrowia to jest element podstawowej odporności w przypadku konfliktu; likwidowanie łóżek w szpitalach kończy się tak, że w sytuacji kryzysowej nie ma gdzie ludzi ratować. Tymczasem ministra Leszczyna chce zlikwidować część oddziałów szpitalnych, nasz przemysł farmaceutyczny kuleje, produkujemy nieznaczną część podstawowych leków, olbrzymią część substancji czynnych sprowadzamy z Indii lub Chin. Nie trzeba zrzucić na Polskę bomby, by wywołać w niej chaos, wystarczy że decyzją Komunistycznej Partii Chin zostaniemy nagle pozbawieni antybiotyków, leków przeciwbólowych czy kardiologicznych. 

Owszem, mamy dziś problem z obronnością, ale on się bierze w dużym stopniu z braku publicznych inwestycji w strategiczne branże – czyli z tego, przed czym Razem przestrzegało od lat. Nie mielibyśmy dziś problemu, skąd brać nitrocelulozę do amunicji, gdybyśmy doinwestowali przemysł chemiczny. Po tym, jak Amerykanie z dnia na dzień odcięli Ukrainę od pomocy wywiadowczej (przywrócono do niej dostęp niespełna tydzień później – dop. red.), widać bardzo jasno, że warto zatroszczyć się o naszą autonomię, o własne technologie. Między innymi dlatego potrzebujemy 3% PKB na badania i rozwój. 

 

Po inauguracji Trumpa mówiłeś, że „nie powinniśmy w Polsce prowadzić polityki zagranicznej z ekscytacją i na kolanach, ale kierując się naszym interesem”. Od tamtej pory historia przyspieszyła, dziś USA poniżają europejskich sojuszników, relatywizują zobowiązania w NATO i orientują się na walkę z Chinami. Jaką politykę zagraniczną powinien w tej sytuacji kreować polski prezydent?  

Stany Zjednoczone nie będą pełniły w Europie tej roli, co przez ostatnie dekady. Znaczna część polskich polityków zamyka oczy na tę zmianę, tymczasem Amerykanie mówią o niej otwarcie, czas się z tym pogodzić. Trzeba zacieśnić sojusze regionalne ze Skandynawami, krajami bałtyckimi i z Francją, która dysponuje bronią jądrową. Rozbudować przemysł. Sytuacja po drugiej stronie Atlantyku jest nieprzewidywalna, musimy na nowo zbudować europejską architekturę bezpieczeństwa; stanąć na własnych nogach, bo Wuj Sam nie rozwiąże naszych problemów za nas. 

To nie dotyczy tylko obronności. To my musimy zbudować w kraju osiem bloków jądrowych, żeby nam gospodarka nie padła po odejściu od węgla. To my musimy uruchomić budownictwo społeczne, postawić na nogi ochronę zdrowia. Nikt tego za nas nie zrobi. 

 

Z niedawnego raportu Open for Business wiemy, że na dyskryminacji osób LGBT+ Polska traci rocznie 20 mld zł. Może taka dana to jakaś furtka do przekonania opornych, że troska o równość to „zdrowy rozsądek”? 

Nie lubię podejścia zakładającego „kalkulowanie” praw człowieka; ich wprowadzenie nie jest czymś, co musi się „opłacać biznesowo”. Jakby się „opłacało biznesowo” zamykanie ludzi w obozach, to też mielibyśmy to robić? Równe traktowanie jest po prostu sprawiedliwe, dlatego powinniśmy skończyć z dyskryminacją. Tę zmianę przyniesie nie argumentacja „biznesowa”, tylko zachodząca właśnie zmiana pokoleniowa. Dla dwudziesto- czy trzydziestolatków jest oczywiste, że państwo powinno dać ludziom żyć po swojemu. 

Wątpię zresztą, żeby argument o kosztach przekonał prawicę do czegokolwiek. Nierówności zawsze są kosztowne, w rozwarstwionych społeczeństwach są większe problemy ze zdrowiem psychicznym, alkoholizmem lub narkotykami. Im więcej osób wykluczamy, tym większy rachunek przychodzi nam za to ostatecznie zapłacić. Ale to prawicy nigdy nie zniechęciło do popierania nierówności. 

 

Może uda się przekonać chociaż jej wyborców? 

Ale to już się w dużym stopniu stało. Polacy są za związkami partnerskimi, widać to w wynikach badań opinii publicznej. Natomiast klasa polityczna jest mentalnie zupełnie gdzie indziej. W Sejmie mamy ekipę Mentzena, których ideologiczna odklejka jest na poziomie Konfederacji Gietrzwałdzkiej (dla zainteresowanych: www.konfederacjagietrzwaldzka.pl – dop. red.). 

 

Gdybyś został prezydentem, które z ważnych dla nas ustaw wniósłbyś do laski marszałkowskiej jako pierwsze? 

Niektórzy kandydaci zachowują się w kampanii, jakbyśmy mieli wybierać nie prezydenta, a króla Polski. Wolę mówić uczciwie, jak jest: problemem w realizacji równościowych postulatów będzie Sejm, gdzie ustawy muszą uzyskać 231 głosów. W tym Sejmie, niestety, czytelną większość mają PiS, Konfederacja i Trzecia Droga, o prawym skrzydle PO nie wspominając. Chętnie bym sprawdził, jak zagłosują nad ustawą o związkach partnerskich, ale nie nastawiałbym się na przełom. 

 

Czy z optymizmem mogą patrzeć w przyszłość osoby transpłciowe? Z badań wiemy, że to one najczęściej doświadczają depresji i myśli samobójczych, tymczasem „zdroworozsądkowa” prawica po raz kolejny czyni z ich istnienia kampanijny straszak. 

Na pewno dobrą informacją jest to, co wydarzyło się w Sądzie Najwyższym, który orzekł, że osoby transpłciowe nie będą już musiały pozywać własnych rodziców (by dokonać korekty płci w dokumentach – przyp. red,). To barbarzyńskie przepisy, które już dawno powinny wylądować na śmietniku historii.  

A co do tranzycji medycznej, uważam, że powinna być bezpłatna, w ramach NFZ. 

Wspomniałeś o depresji. Gdy ktoś wpada w kryzys, najważniejsze jest zapewnienie takiej osobie na czas specjalistycznej pomocy. Dziś nie sposób się jej doczekać w ramach państwowej ochrony zdrowia, bo jest ona skrajnie niedofinansowana. Dlatego Razem walczy o bezpłatną ochronę zdrowia, która daje bezpieczeństwo nie tylko tym, którzy mają bogatych rodziców i dobrą sytuację życiową. Chcemy państwa, które nie zawodzi i które traktuje wszystkich równo. Dziś tak nie jest. Kiedy kołdra jest za krótka, rosną nierówności; dziś transpłciowa osoba w kryzysie zdrowia psychicznego prędzej znajdzie pomoc, jeżeli mieszka w Warszawie niż w mieście powiatowym. A jak nie ma kasy na prywatnego psychiatrę, to nie znajdzie jej w ogóle. 

Dla mnie system, w którym skazujemy ludzi na brak pomocy tylko dlatego, że są biedni, albo że urodzili się w takiej a nie innej miejscowości, stanowi zaprzeczenie Konstytucji. Chciałbym, żeby to się zmieniło, żeby przyszły prezydent traktował ustawę zasadniczą serio. 

Wierzę w wolność, która nie kończy się na korwinowskim pokrzykiwaniu: „wara od mojego portfela”. Żeby być wolnym, nie możesz się ciągle bać, czy będziesz mieć gdzie mieszkać, czy praca pozwoli ci się utrzymać, czy za bycie LGBT-em nie wywalą cię z domu, szkoły albo uczelni. Życie w strachu to nie wolność. Tymczasem w 2025 r. dużo łatwiej niż w Warszawie zacząć dorosłe życie w Wiedniu, bo tam młody człowiek może wybrać, czy chce mieszkać w oferowanym przez miasto mieszkaniu czynszowym. W Polsce, jak nie masz odziedziczonego po rodzinie mieszkania własnościowego, to pozostają dwie opcje: albo kupno na kredyt – o ile w ogóle masz zdolność kredytową – albo wynajem na rynku prywatnym. Tylko co to jest za wolność, jeżeli ktoś cię może wyrzucić z dnia na dzień z domu? 

Możemy zbudować Polskę, w której nie trzeba się bać. Taką, w której szef nie jest panem, a pracownicy – jego parobkami. Polskę, w której będzie więcej solidarności i empatii, a nie egoizmu i straszenia Innym. Po to startuję w tych wyborach. 


Continue reading

Joanna Senyszyn w wywiadzie o osobach LGBTQIA+

PROF. JOANNĄ SENYSZYN, posłanką Lewicy (w latach 2001–2009, 2019–2023), a obecną Kandydatką na Prezydentkę Polski rozmawia Tomasz Piotrowski. Rozmowa z marca 2021 roku.

 

Foto: arch. pryw.

 

Kiedy poznała pani pierwszą osobę LGBT+?

Dopiero w III RP, bo w czasach mojej młodości w ogóle się na ten temat nie rozmawiało. PRL była bardzo pruderyjna i dopiero akcja „Hiacynt” uświadomiła przeciętnemu Polakowi, że osoby LGBT+, wtedy inaczej nazywane, są naszymi kolegami, sąsiadami, szefami… Choć w szkole uczyliśmy się o wyspie Lesbos, nieheteronormatywna orientacja seksualna była kojarzona wyłącznie z mężczyznami. Z coming outem, choć trochę nietypowym, zetknęłam się w latach 90. ubiegłego wieku. Po moim wykładzie o dyskryminacji społeczności LGBT+ podeszła do mnie studentka i zapytała, czy możemy porozmawiać. Zaprosiłam ją do gabinetu. Była bardzo skrępowana, rozmowa się nie kleiła, więc nie wytrzymałam i mówię: „Jesteś lesbijką, czy mogę w czymś pomóc?”. Prawie się rozpłakała. Najwyraźniej chciała się komuś zwierzyć, a bała się i nie miała komu. Dziś mam wielu znajomych po coming oucie, część jest w związkach małżeńskich zawartych za granicą, ale najwięcej takich, którzy o tym nie mówią. Może słusznie… Przecież heterycy też werbalnie nie obwieszczają światu swojej orientacji.

 

Walka o równość, również w sferze orientacji seksualnej, towarzyszy pani właściwie od początku kariery politycznej. Miała pani wtedy świadomość, że to będzie jedno z głównych haseł Lewicy?

Równość jest niejako wdrukowana w lewicowość. W Polsce musimy o nią walczyć, bo od 1989 r. jesteśmy państwem wyznaniowym, przyjaznym jedynie dla młodych, zdrowych, białych, heteroseksualnych, mięsożernych mężczyzn wyznania katolickiego. W konsekwencji dyskryminowana jest większość obywateli: kobiety, środowisko LGBT+, osoby z niepełnosprawnościami, o innym kolorze skóry, ateiści, wegetarianie… Poprawiło się cyklistom (śmiech), więc może to początek mentalnej rewolucji. Rzeczywiście w SLD jestem jedną z jej prekursorek. 20, a nawet jeszcze 10 lat temu, było nie do pomyślenia, żeby szef SLD szedł ze mną na Paradę Równości. Dziś to „oczywista oczywistość”.

 

To dlaczego nie uchwaliliście równości małżeńskiej czy choćby prawa do zawiązków partnerskich?

Lewica nigdy nie miała większości w Sejmie. SLD dwa razy sprawował rządy koalicyjne, ale zawsze z konserwatywnym PSL, które do dziś nie popiera takich rozwiązań. Niemniej w 2003 r. złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy o rejestrowanych związkach partnerskich, w 2011 r. – o umowie związku partnerskiego, w 2013 r. – o związkach partnerskich, i jeszcze w 2012 r. – 2 projekty wspólnie z Ruchem Palikota. Niestety lewica nie miała większości, by je uchwalić. W 2020 r. też złożyliśmy projekty ustaw o związkach partnerskich i o równości małżeńskiej, ale do tej pory nie doczekały się nawet numeru druku, co jest warunkiem rozpoczęcia procedowania, bo PiS nie chce dopuścić do dyskusji na ten temat.

 

Jest pani jedną z pionierek głoszenia haseł równości osób LGBT+ w polskiej polityce.

Fakt. Część moich partyjnych kolegów i koleżanek uważała, że to sprawy marginalne. To niesprawiedliwe i fałszywe. W polityce od początku walczyłam o prawa kobiet, dzieci, mniejszości seksualnych, etnicznych i religijnych, ateistów i o świeckie państwo, które to wszystko zapewni. Nie jestem konformistką. Nie mam w sobie wewnętrznego „cenzora”, gdy chodzi o wartości. Nie tylko mam poglądy, ale je otwarcie głoszę. Nie tylko w polityce. Od kilku miesięcy z grupą przyjaciół wydajemy ogólnopolski tygodnik opinii „Fakty po Mitach”. Propagujemy te same wartości co Wasza Redakcja. Polecam.

 

W roku 2006, na Paradzie Równości w Warszawie, sparafrazowała pani Jana Pawła II: „Niech ta parada zmieni oblicze ziemi. Tej ziemi”. Te słowa spotkały się z oburzeniem wielu polityków. Zaskoczyło to panią?

Katoprawica jest zaczadzona kadzidłem, ma stałe poczucie niedowartościowania i bezwarunkowy, by nie powiedzieć bezmyślny, odruch oburzenia na każdą nową, światłą myśl. Zaskoczył mnie Rysio Kalisz, który za tę moją wypowiedź przepraszał w jakiejś telewizji. W mediach usiłowano wymusić na mnie publiczne pokajanie. Nie ugięłam się. Historia pokazała, że miałam rację. Parady zmieniają Polskę na lepsze. Jak teraz strajki kobiet.

 

Była też pani jedną z pierwszych osób doświadczających hejtu.

Kiedy w 2004 r. napisałam projekt ustawy liberalizującej prawo aborcyjne i po wypowiedziach na Paradach Równości dostawałam listy, które zaczynały się od słów: „Ty stara kurwo…”. Potem była eskalacja nienawiści. Przysłano mi sznur, żebym się powiesiła, bp Pieronek wysyłał mnie do dojenia krów. Faszystowska międzynarodówka „Krew i Honor” umieściła mnie na liście „wrogów białej rasy, lewicowych popaprańców i osób sprzyjających dewiacjom seksualnym”, które mają zapłacić za swoje zbrodnie. Równocześnie otrzymuję też tysiące wyrazów poparcia, sympatii, miłości, podziwu.

 

Od 25 lat jest pani profesorką nauk ekonomicznych, przez prawie 50 wykładała na uczelniach, była dziekanem Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego i rektorką Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. Minister Czarnek zapowiedział teraz „Pakiet wolności akademickiej”, która ma dać uniwersytetom wolność słowa. Bazując na pani doświadczeniu – rzeczywiście tej wolności brakuje?

Nikt nigdy nie ingerował w moją pracę naukową ani dydaktyczną, choć miałam wykłady na tematy uznawane za kontrowersyjne: dyskryminację kobiet i społeczności LGBT+, prawo do aborcji, eutanazji i in vitro, moralne dylematy konsumpcji, prawa zwierząt. Moje zajęcia były wysoko oceniane przez studentów. W uznaniu zasług dostawałam medale i ordery. Od Czarnka dostałabym pewnie karę dyscyplinarną albo odwołanie ze stanowiska profesora zwyczajnego. Dobrze, że już nie jest moim szefem. (śmiech) Minister Czarnek chce edukację zastąpić katolicko- narodową indoktrynacją, a wolność zapewnić tylko poglądom prawicowym, narodowym i katolickim, co jest równoznaczne z dyskryminacją m.in. LGBT+. Tzw. Pakiet Wolności Akademickiej to ściema, która ma uwolnić od odpowiedzialności dyscyplinarnej nauczycieli głoszących poglądy absurdalne, sprzeczne z nauką, homofobiczne, ksenofobiczne, antysemickie. I zarazem umożliwić pociągnięcie do odpowiedzialności za wykłady o gender, prawach człowieka, zbrodniach żołnierzy wyklętych. A może w ogóle ich zabronić.

 

Przez ostatnie miesiące mieliśmy okazję oglądać ogromne manifestacje Strajku Kobiet, do których przyłączyło się wiele dyskryminowanych grup.

Są one nie do przecenienia, bo otworzyły Polkom i Polakom oczy na skalę dyskryminacji, i pociągnęły młodych, którzy wcześniej stronili od angażowania się w politykę. Polacy zrozumieli, że zakaz aborcji służ y nie ochronie życia, a zniewoleniu kobiet. Zarzewiem buntu stało się skandaliczne, naruszające konstytucję orzeczenie Trybunału Przyłębskiej, wydane na polityczne zamówienie PiS. Czara goryczy się przepełniła i nie ma już powrotu do rzekomego „kompromisu” z 1993 r., w którym na żądanie Kościoła katolickiego prawicowa maszynka do głosowania uznała kobiety za maszynki do rodzenia. Teraz żądamy prawa do usuwania ciąży beż żadnych ograniczeń do 12. tygodnia jej trwania, a po tym terminie z powodu szczególnych wskazań . Jestem w 15-osobowym Społecznym Komitecie Inicjatywy Ustawodawczej „Legalna Aborcja. Bez Kompromisów”. Musimy zebrać przynajmniej 100 tys. podpisów. Pomożecie?

 

Czyli orzeczenie Trybunału jest niezgodne z konstytucją? A przecież bardzo podobne wydał TK w 1997 r.

Obydwa orzeczenia stanowią niedopuszczalną nadinterpretację konstytucji, która jest najwyższym prawem, a nie podręcznikiem do biologii i dlatego określa moment nabycia praw. Katoprawica dobrze o tym wiedziała i za pierwszego kaczyzmu, w 2007 r., chciała w art. 38 (Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia) dopisać „od momentu poczęcia”. W ostatniej chwili prezes Kaczyński nie poparł projektu; ku oburzeniu ortodoksyjnych obrońców zygot. Orzeczenie TK narusza przynajmniej 6 artykułów konstytucji, w tym prawo do wolności (art.31), niedyskryminacji (art.32) i ochrony zdrowia (art.60), zakaz tortur i nieludzkiego traktowania (art.40). PESEL i np. 500+ przysługują od urodzenia, nie od poczęcia. Ochrona życia jest w konstytucjach cywilizowanych krajów, a prawo do aborcji chroni życie i zdrowie kobiet.

 

Mimo że protestujący głoszą postulaty lewicowe, sondażowym beneficjentem jest bardziej ruch Hołowni „Polska 2050”, aniżeli Lewica. Dlaczego?

Hołownia powiela schemat Palikota, Kukiza, Petru. Jak oni, zyskuje na udawaniu, że nie jest politykiem, bo to najmniej prestiżowy zawód w Polsce. Dobrze, że profesor cieszy się najwyższym prestiżem, więc zachowuję równowagę psychiczną. (śmiech) Oczywiście Hołownia niczego nie zmieni i nawet nie ma zamiaru. Posłanki, które do niego przeszły już palą Bogu świeczkę i elektoratowi ogarek. Hania Gill-Piątek, kiedyś twarda zwolenniczka prawa do aborcji bez kompromisów, dziś bredzi o referendum. Przestała też mówić o zaprzestaniu finansowania lekcji religii przez państwo i samorządy. U Hołowni byt kształtuje klerykalną świadomość.

 

Jest nadzieja, że to się kiedyś skończy?

Kościół pracuje na swoją klęskę bezczelnością, pazernością, bizantyjskim bogactwem biskupów, brakiem troski o wiernych, szczuciem na kobiety i LGBT+, ukrywaniem pedofilskich przestępców, mieszaniem się do polityki. Choć wciąż ponad 90 proc. społeczeństwa deklaruje się jako katolicy, nawet przed pandemią tylko 38 proc. chodziło na niedzielne msze. Poglądy też mają w większości antykościelne. 62 proc. Polaków chce świeckiego państwa i likwidacji finansowych przywilejów Kościoła, 52 proc. – wyprowadzenia lekcji religii ze szkoły. Tyle samo – dymisji Episkopatu ze względu na afery pedofilskie, w które jest zamieszanych 38 ze 133 biskupów. Tylko 8 proc. wiernych stosuje się ściśle do nauk Kościoła. Ale jak są wybory do Sejmu i Senatu, głosują – nie wiedzieć dlaczego – na katolickich, biskupobojnych ortodoksów, którzy kobiety uważają za inkubatory, aborcję i in vitro za morderstwo, gender za diabelski wymysł, LGBT za tęczowa zarazę, a do tego dają grube miliardy złotych rocznie na watykańskich okupantów i pod ich dyktando uchwalają prawo.

 

Znam sporo osób LGBT+, które uważają, że Kościół w Polsce ma tak wielki wpływ na społeczeństwo, że nigdy nie uzyskamy równych praw. Mijają lata, nic się nie zmienia. Pani profesor wciąż wierzy, że będzie inaczej?

Kościół ma większy wpływ na polityków niż na społeczeństwo, więc to tylko kwestia czasu. Wiktor Hugo, pisał, że idea, której czas nadszedł, jest potężniejsza niż wszystkie armie świata. Pan na pewno doczeka prawdziwej równości, pytanie, czy ja? (śmiech) Recepta jest prosta i w dużej mierze zależy od Was. Społeczność LGBT+ liczy w Polsce kilka milionów osób. Nawet jeśli osoby nieheteronormatywne nie chcą się ujawniać, niech po prostu głosują na partie, które w swoich programach zapewniają im pełnię praw człowieka. Trzeba wciąż wyraźnie powtarzać, że nie chodzi o żadne przywileje dla LGBT+, ale wyłącznie o niedyskryminację i równość, która należy się wszystkim.

 

Od lat bywa pani profesor na paradach równości w Polsce. Nie bawią pani te śmieszne opowieści prawicy, jakie to straszne rzeczy widać na paradach?

Nigdy nie byłam świadkiem obscenicznych sytuacji, które prawica tworzy w swojej chorej wyobraźni. Kiedy patrzę na parady mam wrażenie, że osoby LGBT są na nich w mniejszości! Jest mnóstwo osób heteroseksualnych, są rodziny z dziećmi, z psami. Manifestują umiłowanie równości, wolności, praw człowieka.

 

Głośny był ostatnio outing homofobicznego posła Jana Kanthaka. Pani zdaniem wolno ujawniać orientację innych bez ich zgody?

Ujawnianie czyjejś orientacji seksualnej wbrew jej woli to jeden z przejawów homofobii, więc zasadniczo jestem temu przeciwna. Jednak nie wykluczam, że byłoby to korzystne w stosunku do osób publicznych – polityków i księży – będących zaprzysiężonymi wrogami osób LGBT+ czy aborcji. Skoro twierdzą, że chcą żyć w prawdzie i jeszcze oczekują tego od innych, może warto wyzwolić ich z tajemnicy zanim wykorzystają ją obce wywiady. Pozytywnym efektem mogłoby też być zaprzestanie nienawistnych wypowiedzi, podjudzania, dyskryminacji. Wyborcom i wiernym należy się wiedza o ich przedstawicielach i duszpasterzach, więc może trzeba otworzyć oczy społeczeństwu… Tak, jak i w stosunku do rzekomych przeciwników aborcji, którzy załatwiają je swoim żonom, córkom i kochankom.

 

W programie Lewicy jest wiele kwestii, które wybrzmiały w minionym roku m.in. równość małżeńska, prawo do aborcji, edukacja seksualna i antydyskryminacyjna czy obecność psychologa w każdej szkole. Czy to da Lewicy sukces?

Jesteśmy skazani na sukces. (śmiech) 30 proc. młodych Polaków ma lewicowe poglądy, więc za 3 lata będą głosować na Lewicę, bo wiedzą, że tylko my zapewnimy świeckie państwo, którego pochodnymi są prawo do aborcji, równość małżeńska, szkoła bez religii. Ciekawe, jak zagłosują LGBT+. Orientacja seksualna w żaden sposób nie determinuje poglądów politycznych. Gej, lesbijka są nierzadko konserwatywnymi prawicowcami, ale w odróżnieniu od wyrażających takie poglądy zachodnich partii, polskie są homofobiczne. Brytyjscy konserwatyści wprowadzili równość małżeńską i zawsze w PE głosowali za rezolucjami w sprawie równości kobiet i mężczyzn, w tym za dopuszczalnością aborcji, oraz prawami dla LGBT+. Dopóki Wielka Brytania była w Unii, europosłowie PiS zasiadali z nimi w jednej frakcji (ECR) i jakoś się nawzajem nie pozabijali.

 

A jak będzie z polskimi konserwatystami?

Częściowo sprawę załatwi biologia. (śmiech) Chociaż dla mnie to nie aż tak miła perspektywa. (śmiech) Jednak nie wolno tylko czekać i krytykować. Wspólnie musimy zmieniać rzeczywistość.

 

Tekst z nr 90/3-4 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

I tura wyborów prezydenckich już 18 maja! Idź i zdecyduj o przyszłości osób LGBTQIA+ w Polsce!

Dowiedz się więcej o innych osobach kandydujących na ten urząd, które popierają równość małżeńską w Polsce: 

PRZECZYTAJ BEZPŁATNIE NASZ WYWIAD Z MAGDALENĄ BIEJAT >>>

PRZECZYTAJ BEZPŁATNIE NASZ WYWIAD Z ADRIANEM ZANDBERGIEM >>> 

Wesprzyj „Replikę”, kupując nasz magazyn dostępny w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Koniec uników – trener mentalny i złoty medalista z Mistrzostw Świata (siatkówka), biznesmen i podróżnik Jakub B. Bączek robi coming out

W 2014 r. jako trener mentalny wraz z polską kadrą narodową siatkówki zdobył złoty medal na Mistrzostwach Świata. Jest autorem książek, podróżnikiem, mówcą inspiracyjnym, biznesmenem. Wygłaszał prelekcje na uniwersytetach na całym świecie. Pracował z Robertem Lewandowskim, Tomaszem Kammelem czy Jolantą Kwaśniewską. Teraz – na łamach „Repliki” – JAKUB B. BĄCZEK robi coming out. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

IG: @jakub.b.baczek

fot. Tomasz Możdzeń

Nie muszę chyba ukrywać, że to ty wyszedłeś z propozycją tej rozmowy. A my na nią ochoczo przystaliśmy. Przypuszczam, co chcesz powiedzieć, więc proszę bardzo.

W kryzysie środka życia, kiedy wychodziłem z klubu „trójka z przodu” i dołączyłem do grona czterdziestolatków, pomyślałem, jakie ciężary chciałbym zdjąć z siebie na kolejną dekadę. Może będę miał już ciut mniej energii, być może będę potrzebował więcej snu w życiu, może zacznę tęsknić za młodością… ale jednocześnie chciałbym, żeby to była fajna dekada. Chciałbym być szczęśliwy. Chciałbym czuć się wolny w każdym aspekcie życia, nie tylko tym finansowym. Więc tak, chcę powiedzieć to, czego pewnie się domyślasz: jestem gejem! „Replikę” czytam od lat i sądzę, że zrobienie coming outu u was jest najbardziej uczciwe.

Dziękujemy za zaufanie i gratulujemy odwagi! Oficjalnie witamy wśród jawnych osób LGBTQIA w Polsce.

Dziękuję. Nawet nie wiesz, jak się tym wszystkim stresuję. Moi przyjaciele wiedzą o mojej orientacji od czasu liceum, rodzina od studiów, ale tuż przed tą rozmową zrobiłem pierwsze podejście do publicznych coming outów i wyoutowałem się przed moimi pracownikami. W ramach podsumowania roku 2023 zabrałem ich na Majorkę. Tematy typowo biznesowe i plan działań na rok 2024. Ale skoro mówię im o dalszych planach, to nie chciałbym też, żeby dowiedzieli się o mnie dopiero z „Repliki”. Trwa więc prezentacja, zmieniam slajd, a na nim duży napis „Coming out Jakuba”, i wyjaśniam: „Słuchajcie, teraz wam powiem, jaki będzie proces mojego ujawniania się jako gej”. Po raz pierwszy to słowo zostało głośno wypowiedziane, bo na pewno były domysły, a niektóre osoby nawet znały mojego poprzedniego partnera, ale dotychczas oficjalnie tego ode mnie nie usłyszeli.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Katarzyna Kotula, ministra równości: Związki partnerskie to minimum

„Musimy dać społeczeństwu trochę czasu, by zobaczyło, że związki partnerskie to nie koniec świata, a ich wprowadzenie nie zaowocuje plamami na słońcu i zniszczeniem polskich rodzin” – mówi KATARZYNA KOTULA, ministra ds. równości. Rozmowa Mateusza Witczaka

mat. pras.

 

Kiedy Katarzyna Kotula zaczęła myśleć o równości? W szkole podstawowej w Berlinie?

Tata wyjechał do Niemiec na początku lat 80., ale ze względu na sytuację polityczną nie miałyśmy z nim wtedy kontaktu, pojawiłam się u niego dopiero jako siedmiolatka. Stworzył w Berlinie otwarty dom, w którym zawsze było mnóstwo akceptacji; również samo miasto – do którego często później wracałam – wpłynęło na mój stosunek do społeczności LGBT+. Nie jestem jednak w stanie wskazać konkretnego momentu, chyba od zawsze było dla mnie oczywiste, że dwie osoby tej samej płci mogą się kochać i tworzyć rodzinę. Nigdy nie uważałam ich związków za odstępstwo od jakiejś „normy”.

40 lat później obejmuje pani tekę ministry ds. równości. Jak wyglądały pierwsze tygodnie po zaprzysiężeniu?

Jesteśmy na bardzo podstawowym etapie organizacji. Gdziekolwiek zajrzę, tam odkrywam pożar, który natychmiast trzeba ugasić. Nadal też tkwimy w pewnym szpagacie, ministra ds. równości jest umocowana w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a biuro pełnomocniczki ds. równości mieściło się w Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej. Trwają przenosiny – niełatwe, ale mam nadzieję, że wkrótce zamkniemy ten etap.

Kiedy rozmawialiśmy na łamach internetowej Polityki, diagnozowała pani, że w temacie równości PiS pozostawił po sobie spaloną ziemię. Rzeczywiście musicie budować urząd na zgliszczach?

Jeśli poprzednia pełnomocniczka rządu PiS ds. równego traktowania (Anna Schmidt – przyp. red.) zrobiła cokolwiek dobrego, to w temacie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet – przypomnę, zresztą, że do prac nad tzw. antyprzemocówką 2.0 zaprosiła ona Monikę Horny- Cieślak, dzisiejszą rzeczniczkę praw dziecka. Natomiast na równość nie było w budżecie żadnych środków, no chyba, że policzymy ok. 38 tys. zł na działania równościowe w zakresie działań bieżących biura. „Żyjemy w dziwnych czasach, w których mniejszość próbuje narzucić swoje prawa większości” – ogłosiła swego czasu pełnomocniczka rządu PiS ds. równego traktowania. Ten cytat to najlepszy dowód, że równość nie była dla niej priorytetem. Zjednoczona Prawica myślała o osobach LGBT+ głównie wtedy, gdy na nie szczuła i odczłowieczała je – na czele z Przemysławem Czarnkiem, według którego „to nie ludzie, tylko po prostu ideologia”, i Andrzejem Dudą, cynicznie wykorzystującym resztki uprzedzeń podczas kampanii prezydenckiej w 2020 r. Jeśli chcemy się od niej odróżnić, jeśli drogie są nam praworządność i demokracja, których latami broniliśmy na ulicach, Polska musi dostrzec osoby nieheteronormatywne. Nie możemy wkładać koszulek z napisem „Konstytucja”, nie rozumiejąc jej zapisów, to kluczowa sprawa.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Daniel Dobosz, aktor Teatru Studio w Warszawie: Gejowską tożsamość zakopałem na lata. Byłem zadowalaczem – taka strategia przetrwania

Z DANIELEM DOBOSZEM, aktorem warszawskiego Teatru Studio, rozmawia Krzysztof Tomasik

fot. Sisi Cecylia

Od ponad trzech lat w warszawskim Teatrze Studio grasz tytułowego bohatera w Końcu z Eddym w reżyserii Anny Smolar na podstawie książki Edouarda Louisa. To historia geja z francuskiej prowincji, który odrzuca przeszłość i stwarza siebie na nowo.

Dla mnie przełomowy spektakl. Mogłem wreszcie publicznie powiedzieć ze sceny: jestem gejem.

Utożsamiasz się z Eddym?

Urodziłem się w Częstochowie, wychowywałem na robotniczym osiedlu. Na podwórku dostałem niezłą musztrę. „Uzbroiłem się”, dosyć szybko wyrzuciłem z siebie to, co było mało męskie. Jak się dwa-trzy razy dostało w łeb, to się już wiedziało, żeby nie zakładać nogi na nogę albo nie płakać z byle powodu.

A co z byciem gejem?

Być może cię zastrzelę tym, co powiem, ale swoją gejowską tożsamość zakopałem głęboko i na długie lata. Nawet gdy ktoś mi coś sugerował, twardo stałem na stanowisku, że jestem hetero i fuck offffff! Bardzo w tę swoją heteryckość wierzyłem. W styczniu skończyłem 38 lat, a pierwszy raz wylądowałem w łóżku z facetem po trzydziestce. Wcześniej przez wiele lat byłem w relacji z kobietą, byłem nawet narzeczonym. Byłem kochany, szczęśliwy i spełniony. Tak wówczas myślałem, że się czuję. Bo moja głowa, moje ciało i moje emocje to były trzy osobne, nieskalibrowane byty. Trochę czasu minęło, zanim się zestroiłem, zanim dotarło do mnie, że cały czas spełniałem czyjeś oczekiwania i wyobrażenia na temat mojej osoby, że byłem zadowalaczem, że to była moja strategia przetrwania, że to szczęście i ten rodzaj spełnienia nie są moje, że kłamstwo powtarzane sto razy staje się prawdą, że jestem hetero, że chcę założyć rodzinę, że chcę mieć dzieci, najlepiej troje, i że dom z ogrodem na kredyt. Chciałem być tylko akceptowany i lubiany, więc robiłem to, co ktoś chciał zobaczyć, bo bycie homo w tym kraju, w robotniczej rodzinie, gdzie słowa „pedał”, „pedarasta”, „pedofil” i „zboczeniec” traktowane są jako wyrazy bliskoznaczne, nie jest szczęśliwym losem na loterii, no sorry, ale taki mamy klimat. Ale żeglując do kropki, starałem się spełnić przede wszystkim wyobrażenie mojej mamy na temat jej syna i tego, jak ma wyglądać jego życie. Mój brat zginął w wypadku samochodowym, więc ciężar oczekiwań był spory. Tak żyłem i nawet się w tym jakoś realizowałem.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Aleksandra Kluczyk była pracowniczką seksualną przez cztery lata: Tylko raz miałam klientkę kobietę – zdaje się, że to rynkowa nisza, do której niestety nie miałam dostępu

Z ALEKSANDRĄ KLUCZYK, autorką książki „Niech żyją ku*wy”, byłą pracowniczką seksualną, rozmawia Anna Maria Łozińska

fot. Karolina Jackowska

Przez cztery lata pracowałaś seksualnie w kontakcie bezpośrednim z klientem. W pewnym momencie wyoutowałaś się publicznie jako pracownica seksualna i zaczęłaś działać na rzecz normalizacji pracy seksualnej. Od 2021 r. prowadzisz razem z Julią Tramp znany podcast Dwie dupy o dupie, a jesienią zeszłego roku wydałaś książkę Niech żyją ku*wy. To 300-stronicowy, napisany z pasją esej m.in. o tym, jak postrzegana jest praca seksualna i czym ona rzeczywiście jest. Esej ten przeplatasz wątkami biograficznymi bez owijania w bawełnę opisujesz własne, niejednokrotnie trudne, doświadczenia. Zacznijmy od książki.

Dziękuję! W 2020 r. wydałam zina „Save Us from Saviours” składającego się z 12 wywiadów z osobami z różnych sektorów branży i ze zdjęciami będącymi próbą wytworzenia narracji wizualnych nas o sobie samych. Marzyła mi się druga część – z większą liczbą wywiadów, w formie książki. Przeprowadziłam nawet kilka wywiadów, ale podpisując umowę na książkę, wraz z redaktorem Makselonem z wydawnictwa W.A.B. podjęłyśmy decyzję, że aby książka „zadziałała”, powinnam połączyć własną historię z wątkami edukacyjnymi na temat pracy seksualnej. Nie mogło zabraknąć krytyki polityk karceralnych, przemocy policyjnej czy systemowej. Starałam się zawrzeć również tematy szczególnie ważne, tj. sojusznictwo z osobami transpłciowymi, polityki HIV-owe i kwestie związane z infekcjami przenoszonymi drogą płciową, problematyczne zażywanie substancji psychoaktywnych, klasizm i kwestie związane z pochodzeniem oraz wiele więcej. Nie zabrakło również głosu osób z doświadczeniem pracy seksualnej, które zaufały mi, godząc się na rozmowę bądź odpowiadając na pojedyncze pytania, które zadawałam wewnątrz naszej społeczności. Prosiłam je o wypowiedzi, by wielogłosowo wybrzmiały takie doświadczenia jak pierwsze spotkanie z klientem, pierwsze zarobione pieniądze, kwestia tego, jak zachowanie klientów wpływa na naszą samoocenę, czy outing i strach z nim związany. Zależało mi, żeby książka była polityczna, to manifest, pełen złości i niezgody na zastaną rzeczywistość.

Strach przed outingiem załatwiłaś, sama się outując w 2019 r. na Instagramie. Przy okazji dyskusji właśnie o pracy seksualnej po prostu napisałaś, że właśnie taką pracą się zajmujesz. Piszesz o tym coming oucie szerzej w książce. Od tamtego czasu jesteś aktywistką na rzecz społeczności osób pracujących seksualnie. Jak się wtedy czułaś, z jakimi reakcjami się spotkałaś?

Niezmiennie od tamtego czasu – zła i sfrustrowana, bo w kolejnych dyskusjach o pracy seksualnej odzywają się ci, którzy mają najmniej wartościowych rzeczy do powiedzenia. Słychać, że nawet nie rozumieją, o czym mówią i przeciwko czemu walczą, ale nie przeszkadza im to na nas szczuć i działać na naszą niekorzyść. A moje słowa są wyjmowane z kontekstu, przekręcane, a ja zagłuszana, wyśmiewana i deprecjonowana.

Jak poznałaś Julię Tramp, z którą prowadzisz Dwie dupy o dupie?

Julia była jedną z bohaterek zina „Save Us from Saviours”. Pod koniec 2020 r. obie – wraz z innymi pracownicami – brałyśmy udział w rozmowie zorganizowanej przez Sex Work Polska z okazji Dnia Przeciwko Przemocy wobec Osób Pracujących Seksualnie (17 grudnia). Po rozmowie okazało się, że obie myślałyśmy o robieniu podcastu, więc postanowiłyśmy połączyć siły. Przygotowania trwały od stycznia, a 3 marca 2021 r. z okazji Dnia Praw Osób Pracujących Seksualnie wypuściłyśmy pierwszy odcinek. Niedługo pykną nam 3 lata – do tej pory opublikowałyśmy 65 odcinków, również z gościniami edukującymi w obszarze pracy seksualnej i szeroko rozumianej seksualności, dbając o reprezentację zarówno osób, jak i tematów, które do tej pory nieczęsto przebijały się (a jeśli już, to głównie dzięki ogromnej pracy kolektywu Sex Work Polska) do mainstreamowych mediów.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Biseksualny przedwojenny aktor Witold Conti

O biseksualnym aktorze WITOLDZIE CONTIM (1908-1944) z Markiem Telerem, autorem biografii „Witold Conti. Każdemu wolno kochać”, rozmawia Rafał Dajbor

Po lekturze twojej książki mam wrażenie, że życie Witolda Contiego jest z jednej strony zbyt interesujące i bogate, byśmy je całe zmieścili w jednej rozmowie, ale z drugiej, że to postać nieco zapomniana. Powiedz zatem, kim był.

Przede wszystkim przedwojennym gwiazdorem filmowym, ale też śpiewakiem, malarzem i poetą amatorem piszącym wiersze miłosne dla jednej z kobiet, w której był zakochany – Halszki Radzymińskiej, późniejszej żony pisarza Romana Bratnego. Był także biseksualistą i jednym z kochanków Karola Szymanowskiego.

O tym oczywiście porozmawiamy bardziej szczegółowo, ale najpierw zdradź: skąd pomysł na książkę?

Moje zainteresowanie Contim zaczęło się na początku 2019 r. Chciałem dowiedzieć się więcej na jego temat, więc szukałem jego rodziny. Pisząc o ludziach przedwojennego kina, staram się docierać do ich krewnych, ponieważ często mają oni fascynujące i niepublikowane wcześniej materiały. Udało mi się skontaktować z wnukiem Witolda, Antonem Kozikowskim (Witold Conti to pseudonim, aktor naprawdę nazywał się Witold Konrad Kozikowski), producentem filmowym i muzykiem mieszkającym w stanie Nowy Meksyk w USA. Gdy nawiązałem kontakt z Antonem, nie wiedział nawet, gdzie pochowany jest jego dziadek.

A czego ty dowiedziałeś się od wnuka?

Przede wszystkim, że Zofia „Susie” Margulesówna, czyli wdowa po Contim, spisała nieopublikowane wspomnienia, które otrzymałem do wglądu. Poprzez Antona skontaktowałem się z jego matką, czyli synową Witolda, Nancy Kozikowski, od której dowiedziałem się z kolei, jaka była „Susie” i jak wspominała męża. Zacząłem zbierać te informacje i dzielić się nimi na Facebooku, a wtedy odezwały się dwie poznańskie rodziny – Wielebskich i Kobusów, zaprzyjaźnione z Haliną, siostrą Witolda, i dzięki temu mające w swoich zbiorach obrazy namalowane przez aktora. Państwo Wielebscy przybliżyli mi losy rodziców Contiego, którzy przeżyli syna i zmarli w wielkopolskim Czerwonaku na przełomie lat 50. i 60. XX w. Mając ten pakiet informacji i odkrywając coraz to nowsze fakty, podjąłem decyzję, by poświęcić Witoldowi książkę. Wiedziałem, że ważnym elementem jego biografii będą też wątki homoerotyczne, ponieważ miały znaczący wpływ na karierę Contiego.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Drag queen Himera – spod Lwowa przez Paryż i Stany do Warszawy

Z drag queen HIMERĄ rozmawia Mariusz Kurc

fot. Anken Berge

Wyobraź sobie, że jestem RuPaulem i trzymam w ręku twoje zdjęcie z czasu, gdy miałeś 10 lat. Co byś…

O, nie, to jest najbardziej żenująca część tego programu.

Ale też wzruszająca.

No, dobrze, dobrze.

Więc co byś powiedział sobie 10-letniemu?

A ile mamy czasu?

Jakieś 1,5 godziny.

Powiedziałbym: „Nie wahaj się, twoje życiowe decyzje są słuszne”, „Bądź nadal taki odważny, jak jesteś”, „Tak, już powoli do tego dochodzisz – rzeczywiście nie powinno cię obchodzić, co myślą o tobie obcy ci ludzie”, „Nie przestawaj być pozytywnie nastawiony do życia”, „Zaufaj swoim instynktom i pasjom – a nie poddaj się nigdy realiom życia”.

Dostrzegasz w tym 10-latku przyszłą wspaniałą drag queen?

Tak, zdecydowanie. Drag jest dla mnie idealnym spoiwem łączącym różne moje zainteresowania artystyczne w jeden projekt – malowanie, muzykę, taniec, modę, aktorstwo.

Od dziecka fascynowałem się silnymi postaciami kobiecymi – czy była to Lara Coft, czy Kitano z Mortal Kombat, czy solistki Destiny’s Child. Podziwiałem je za pewność siebie i seksapil. Gdy ze starszym bratem bawiłem się w Mortal Kombat, zawsze byłem Kitano. Zakładałem rajstopy na głowę i machałem tą peruką, tymi włosami do stóp. Czekałem też, by dorosnąć do rozmiaru 37 i już na poważnie nosić szpilki mamy, bo ciągle z nich wypadałem. Tworzyłem kostiumy dla moich lalek ze skrawków materiałów od mamy – mama sobie zamawiała sukienki u krawcowej i zostawały jej skrawki. Chciałem oczywiście być projektantem mody i mama się śmiała, że będę dla niej projektował, to akurat się nie spełniło. 

Malowałam, rysowałem, robiłem zdjęcia, próbowałem nawet komponować muzykę, obsługiwałem wszelkie szkolne akademie. Byłem tym jedynym chłopcem, który recytował wiersze na szkolnych akademiach, bo inni chłopcy (heterycy) uznawali to za obciach. A o tym, że istnieją drag queens, dowiedziałem się, jak miałem 18 lat.

Zaraz pociągnę ten temat, ale wcześniej: czy wtedy już zdawałeś sobie sprawę, że niemal wszystkie twoje pasje są, wiesz, „niemęskie”?

O, tak, uświadomiłem to sobie wcześnie. Na mojej małej wsi pod Lwowem… Skole to małe miasteczko, 6 tysięcy mieszkańców, ale ja mówię „wioska”. No więc w Skolem – i zresztą nie tylko tam – typy takie jak ja są uznawane za słabe. W sporcie też byłem dobry, jednak uwaga rówieśników skupiała się na mojej artystycznej odmienności. Ale moja miłość do tego i radość, jaką z tego czerpałem. były mocniejsze. Tak jak już powiedziałem: uświadomiłem sobie, że nie mogę przejmować się opinią innych kosztem własnego szczęścia. Uświadomiłem sobie też, że nie będzie dla mnie miejsca w tej wiosce, ani w ogóle w Ukrainie.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Reżyser Benjamin Cantu i jego znakomity dokument „Eldorado. Wszystko, czego nienawidzą naziści”

Z reżyserem BENJAMINEM CANTU, autorem głośnego dokumentu „Eldorado, Wszystko, czego nienawidzą naziści” (Netflix) o niemieckiej społeczności queer lat 20. XX w., rozmawia Frąc (Paweł Frąckiewicz)

fot. Alona Nahmias

„Eldorado. Wszystko, czego nienawidzą naziści” to dokument o niesamowitym queerowym świecie niemieckiej społeczności LGBT+ lat 20. ubiegłego wieku – a więc sprzed stu lat. W twoim obrazie przewijają się zdjęcia i filmy archiwalne, jest nowocześnie nakręcona część fabularyzowana, jest kilka osób bohaterskich, do tego wypowiedzi wielu znawców tematu, queerowych historyków_czek LGBT+. Co było dla ciebie najtrudniejsze w tak skomplikowanym projekcie?

Najtrudniej było powiedzieć 100-letniemu Walterowi Arlenowi, że Lumpi, chłopak, który był jego nastoletnią miłością i z którym rozłączyła go wichura wojenna, zmarł z głodu w niewoli jeszcze w czasie wojny.

Jak dotarłeś do Waltera?

W 2020 r., gdy już pracowałem nad „Eldorado”, przeczytałem w „Die Zeit” wywiad z Walterem Arlenem, który był znanym kompozytorem, zrobiony z okazji jego setnych urodzin. Walter od czasów wojny mieszkał w USA, miał męża. Zdobyłem do niego kontakt i zadzwoniłem zapytać, czy zechciałby wypowiedzieć się do mojego filmu. Przy okazji powiedziałem, że pochodzę z Budapesztu – natychmiast opowiedział mi historię swojej miłości do Lumpiego i zapytał, czy może mógłbym jakoś pomóc mu dowiedzieć się, co się z nim stało. Walter bez skutku szukał jakichkolwiek informacji o Lumpim od 80. lat. Zgodziłem się z chęcią, znam społeczność żydowską na Węgrzech i przy pomocy wuja, który jest historykiem, szybko wpadliśmy na ślad Lumpiego, czyli Fülöpa Lóránta. Niestety trafił on do niewoli w austriackim obozie pracy Harka i tam zmarł z głodu w 1943 r.

 Jak to powiedzieć Walterowi? I czy po takiej informacji on będzie miał jeszcze siłę i ochotę, by brać udział w moim filmie? Wzbudziło w nim to wielki smutek, ale połączony też z wielką ulgą, bo niepewność, jaką odczuwał z powodu losu ukochanego, była przytłaczająca. Niedługo potem kręciliśmy zdjęcia z Walterem, ładunek emocjonalny tej rozmowy był niesamowity.

Świetny jest pomysł, by osią łączącą wszystkie wątki filmu był słynny berliński klub Eldorado, który przez lata był mekką wszelkich queerow, a po dojściu Hitlera do władzy przestał istnieć niemal z dnia na dzień.

To akurat był mój pomysł. (uśmiech) Ideę dokumentu o kulturze queer lat 20. w Niemczech mieliśmy – razem z moim producentem Nielsem Bokampem – już od około 2015 r. Prezentowaliśmy ją wielokrotnie różnym stacjom telewizyjnym, w tym Arte. Niestety nikt nie miał wówczas ochoty na tę epokę, tym bardziej na perspektywę queer, to było „zbyt niszowe”. Do Netfliksa zgłosiliśmy się już z koncepcją Eldorado jako centrum. Udało się! Zaczęliśmy weryfikować, ilu z bohaterów, o których myśleliśmy, rzeczywiście bywało w tym klubie, w ilu przypadkach jesteśmy tego pewni, a w ilu możemy tak z dużym prawdopodobieństwem założyć. Na przykład Ernst Röhm, jeden z czołowych nazistów, przyjaciel i prawa ręka Hitlera, w pewnym okresie na pewno bywał w Eldorado – zresztą homoseksualność Röhma była tajemnicą. Magnus Hirschfeld, jeden z ojców chrzestnych seksuologii jako nauki, a także prekursor światowego ruchu LGBT+ – też na pewno ją znał. Charlotte Charlaque i Toni Ebel pewnie nie było stać na Eldorado. To jednak było bardzo drogie miejsce. Najprawdopodobniej poznały się w innym klubie queerowym, było ich wtedy ponad 150 rozmieszczonych po całym mieście, w tym również w dzielnicach robotniczych. Ważne jest, by nadmienić, że nasz film nie chce wyróżniać Eldorado, raczej staramy się użyć go jako symbolu tego całego świata.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„W mężczyznach się kocha, aż strach o tym myśleć” – sylwetka Jakuba Ludwika Sobieskiego, królewskiego syna, z perspektywy LGBT

Z perspektywy LGBT sylwetkę JAKUBA LUDWIKA SOBIESKIEGO, syna króla Jana Sobieskiego, przedstawia Paweł Fijałkowski Jego pozycja była pochodną kariery ojca Jana Sobieskiego, wybranego wiosną 1674 r. na króla Polski. Stał się sławny dzięki ojcowskim dokonaniom, które rozbudziły w nim wielkie ambicje. Pomimo sprzeciwu części szlachty nosił tytuł królewicza, ale nie sprawował żadnej oficjalnej funkcji, ponieważ nie pozwalało na to polskie prawo. Toteż przez dużą część życia poszukiwał roli, jaką mógłby odegrać.

Kiła wrodzona

Urodził się jesienią 1667 r., gdy jego ojciec był jeszcze marszałkiem wielkim koronnym i hetmanem polnym. Ciężarna Maria Kazimiera postanowiła powić go w Paryżu, pod opieką dobrych lekarzy, u których leczyła doskwierającą jej chorobę weneryczną. Spodziewano się, że noworodek może być zarażony kiłą, toteż przygotowano dla niego specjalny preparat bazujący na rtęci, który niebawem okazał się potrzebny. Dziecko cierpiało na ciężki i długotrwały katar, który najprawdopodobniej był objawem kiły wrodzonej. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem chłopiec otrzymał nie tylko imiona Jakub Ludwik, ale także przezwisko, używane w kręgu najbliższych. Nazywano go Fanfanem lub zdrobniale Fanfanikiem, a określenie to pochodziło od francuskiego słowa fanfan – dziecinka, dzidziuś, berbeć. Rodzice pokładali w nim wielkie nadzieje, pragnęli, by wyrósł na mężczyznę mądrego i silnego jak jego ojciec. Według dworzanina Marii Kazimiery, Françoisa-Paulina Daleraca, 13-letni Jakub miał „twarz pociągłą, pełną słodyczy, pięknie rozmarzone oczy, cały był pełen wdzięku i dobrze zbudowany, wielce żywy”. Dobrze tańczył i sprawnie jeździł konno, choć doskwierała mu poważna wada kręgosłupa, którą korygowano za pomocą specjalnych kamizelek zamówionych przez matkę.

Król Jan Sobieski pragnął, by jego najstarszy potomek uczył się przy nim sztuki dowodzenia. Gdy wiosną 1683 r. Austria i Polska podpisały traktat o wzajemnej pomocy, Sobieski rozpoczął przygotowania do wyprawy przeciwko Turkom i postanowił zabrać na nią 16-letnego Jakuba. Ojciec liczył na to, że udział w zwycięskiej wojnie zapewni synowi popularność wśród szlachty i jednocześnie umożliwi wprowadzenie go w towarzystwo europejskich książąt. Natomiast pozostający pod silnym wpływem ojca, pełen młodzieńczego zapału Jakub pragnął zdobyć doświadczenie wojskowe i żołnierską sławę.

Cały tekst do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.