Roman Kościański i Jan Kristensen zawarli związek partnerski 9 czerwca 1990. Gdzie? W Danii – jedynym kraju świata, w którym wówczas było to możliwe

Rozmowa Mariusza Kurca

fot. Søren Weile

(Rozmawiamy po polsku, bo Jan rozumie polski. Gdy proszę go o wypowiedzi, mówi po angielsku).

Związek partnerski zawarliście w kopenhaskim Ratuszu 9 czerwca 1990 r. – za chwilę będziecie świętować 36. rocznicę. Dania była pierwszym krajem na świecie, który wprowadził instytucję prawną związku partnerskiego dla par jednopłciowych – począwszy od 1 października 1989 r. Skorzystaliście z tych przepisów osiem miesięcy później. Roman, ty być może jesteś swego rodzaju rekordzistą. Ciekawe, czy znajdzie się Polak lub Polka, który ma dłuższy staż w sformalizowanym związku jednopłciowym.

Roman: Może nie jestem rekordzistą, ale możliwe też, że jednak byłem tym pierwszym…

Po Danii drugim krajem była Norwegia, ale dopiero cztery lata później – w 1993 r. A gdybyście chcieli zawrzeć związek partnerski w Polsce, to czekalibyście do dziś.  

R: Śledzimy te wygibasy rządzącej koalicji – zarówno w kwestii projektu ustawy o statusie osoby najbliższej, jak i transkrypcji aktów ślubu. Jesteśmy tym żywo zainteresowani, bo również chcielibyśmy uregulować nasz związek w Polsce. Czytałem niedawno, że jeden z pomysłów jest taki, by każda para przechodziła tę samą drogę sądową, co ci pierwsi panowie. Paranoja!

Jak to było wtedy, 9 czerwca 1990 r.?  

R: Pamiętamy to dokładnie, duże wzruszenie, radość i nadzieja na normalne życie. Nie myśleliśmy wtedy, że ten nasz dzień jest również początkiem lawiny, która przetoczy się przez kawał świata. Nasz ślub wyglądał o wiele skromniej niż śluby, z których zdjęcia widujemy teraz w mediach. W Polsce – nawet jeśli sam ślub ma miejsce za granicą – jest bardziej spektakularnie, szyje się odświętne stroje i tak dalej. W Danii bywa spokojniej. Jest mniej pompy, a więcej luzu.

Jan: Moi przyjaciele zorganizowali małe przyjęcie. Były obrączki, które jakiś czas później wymieniliśmy na lepsze i nosimy je do dziś. I to tyle. Nawet nie wiem dokładnie, gdzie mamy kilka zdjęć z tamtego wieczora.  

R: Ja wiem.

W 2012 r. Dania wprowadziła równość małżeńską. Rozumiem, że nie zamieniliście wtedy waszego związku partnerskiego na małżeństwo, tak?  

R: Nie zamieniliśmy, bo nie mieliśmy takiej potrzeby. Prawa już i tak mieliśmy identyczne (związki partnerskie mają w Danii prawo do adopcji dzieci od 2010 r. – przyp. red.), małżeństwa jednopłciowe zawierają raczej ludzie bardziej wierzący, niektórzy biorą ślub w kościele, bo też jest to możliwe.

Nie myśleliście o dzieciach?  

R: Gdy adopcja stała się możliwa, obaj byliśmy już zapracowanymi mężczyznami w średnim wieku, mnie ciągle nie było w domu – przeciętnie latałem w delegację dwa lub trzy razy w miesiącu. Posiadanie dziecka przez parę gejów to była wtedy wielka nowość, dziś już jest inaczej. Wielu naszych znajomych gejów pobrało się dopiero w wieku dojrzałym po rozwodach, utrzymują kontakty rodzinne nie tylko z żonami, ale też opiekują się wnukami.

Kiedy i jak się poznaliście?  

R: Tu w Kopenhadze w 1987 r. – przez wspólnych przyjaciół, małżeństwo, które postanowiło nas zeswatać. Wręcz naciskali, że powinniśmy się poznać.

Romanie, jak znalazłeś się w Kopenhadze w 1987 r., czyli jeszcze w czasach PRL-u?  

R: W Kopenhadze znalazłem się już w marcu 1986 r., bo dostałem dziewięciomiesięczne stypendium z duńskiego ministerstwa edukacji – a dokładniej, znalazłem się na Duńskim Uniwersytecie Technicznym w Lyngby niedaleko Kopenhagi. W tym czasie byłem już adiunktem na Politechnice w Poznaniu. Współpraca z uniwersytetem trwała przez kolejne trzy lata, każdego roku byłem w Danii przez parę miesięcy. W Danii robiłem badania, wracałem do Poznania, uczyłem studentów, następnie znów jechałem do Danii, prezentowałem wyniki badań i tak dalej. A w sierpniu 1987 r. poznałem Jana.

Czym się w ogóle zajmujesz?  

R: Już jesteśmy obaj na emeryturze, ale zajmowałem się wieloma rzeczami. Jestem geofizykiem. Skończyłem studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tutaj w Danii na początku zajmowałem się badaniami geofizycznymi, hydrogeologicznymi a potem zanieczyszczeniami gruntów i wód podziemnych przez przemysł oraz przez odpady komunalne. Pracowałem i w administracji, i w znanej duńskiej firmie Krüger A/S (obecnie w Polsce VEOLIA) jako project manager na Europę Wschodnią. To było jeszcze przed rozszerzeniem Unii Europejskiej na kraje Europy Wschodniej. Realizowałem projekty w Polsce, Estonii, Litwie, Rosji (Kaliningradzie), Ukrainie i oczywiście w Danii. Po powodzi stulecia w Polsce w 1997 r. moja firma uczestniczyła w odbudowie zniszczonej infrastruktury miejskiej w województwie opolskim. Byłem odpowiedzialny za budowę nowej stacji monitoringu na rzece Białej. Niestety stacja ta została zniszczona ponownie przez powódź w 2024 r. Wszystkie te projekty były sponsorowane przez duńskie Ministerstwo Środowiska.

W 2001 r. zostałem wysłany przez rząd duński do zniszczonego powojennego Kosowa. Pracowałem w Tymczasowej Misji Administracji Narodów Zjednoczonych w Kosowie (UNMIK) jako senior water expert, zajmując się koordynacją projektów zasobów wód głębinowych, ich zarządzaniem oraz ochroną. W Kosowie spędziłem cały 2001 r. Od 2007 r. pracowałem w Region Sjalland (duński odpowiednik województwa – przyp. red.), dalej zajmując się badaniami, oczyszczaniem gruntów i wód podziemnych. Od początku mojego pobytu byłem członkiem Duńskiego Związku Inżynierów, ale w Region Sjalland zostałem wybrany jako mąż zaufania. Mąż zaufania w firmie w Danii to osoba wybrana przez pracowników, która reprezentuje ich interesy wobec pracodawcy, czyli prowadziłem negocjacje płacowe przy zatrudnianiu i przy kolejnych podwyżkach.

Janie, poznałeś Romana i…  

J: Zaiskrzyło od początku.  

R: Tak jest. Wprowadziłem się do Jana po miesiącu i przez następne miesiące byliśmy już razem, chodziliśmy do pracy – Jan do swojej, ja na uniwersytet, aż do wyjazdu do Polski.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Katarzyna Puzyńska i jej seria kryminałów z lesbijką policjantką jako jedną z głównych osób bohaterskich

Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. Agata Madrachowska

Tematyka LGBT+ w literaturze jest dziś popularna. Nasz dział recenzji ma pełne ręce roboty. Jednak gdy w 2014 r. ukazywał się twój debiutancki kryminał „Motylek”, było inaczej. Skąd pomysł, żeby jedna z głównych bohaterek piętnastotomowej serii „Lipowo” była lesbijką?

Szczerze mówiąc, nie wiem. (śmiech) Działam sercem – ta postać po prostu powstała w mojej głowie. Była lesbijką, bo nią po prostu była. Tak samo, jak nie rozważałam na przykład, że inna bohaterka była heteroseksualną kobietą. Poczucie, że to może być jakaś cegiełka, którą dorzucę od siebie, pojawiło się, kiedy ta postać już istniała w mojej głowie. Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich. Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+? Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?

Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich.

Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+?

Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Biseksualna cispłciowa kobieta i niebinarna osoba transmęska – poznajcie małżeństwo Dominika i Marty Puczyńskich

Rozmowa Angeli Getler

fot. Marta Bogdanowicz

Czym się zajmujecie w życiu?

Marta: Pracuję w Strajku Kobiet. Właśnie zamykamy biuro, będziemy pracować tylko zdalnie i mamy urwanie głowy.

Dominik: Ja pracuję w fundacji Habitat for Humanity Poland. Głównie zajmuję się administracją, ale też rozliczam granty.

Jesteście społecznikami z zawodu, czy też z natury?

M: Od zawsze byłam zaangażowana w różne sprawy. W szkole w samorząd, a w aktywizm społeczny i prawo aborcyjne od 2016 r. Zakładałam „Szpilę”, robiłam marsze antyfaszystowskie, manify, przeróżne rzeczy queerowo-feministyczne. Było to obok pracy, aż w końcu na etat. Teraz mam dwa w jednym – pracuję i się jednocześnie udzielam.

D: Ja też z natury. Przez to, że mieszkałem wcześniej w małej miejscowości pod Wołominem, to brakowało mi jakichkolwiek queerów. Chociaż jednej osoby. Postanowiłem dołączyć do wolontariatu Parady Równości. I tak się zaczęło całe to społecznictwo. Spodobało mi się przede wszystkim, że byli tam bardzo otwarci ludzie. Można było się poczuć po prostu sobą, nie udawać przy nich nikogo. Zajmowałem się tym jednak z przerwami. Pracowałem przez jakiś czas w budżetówce i tam było dosyć trudno o otwartość na różnorodność. Gdy zacząłem się spotykać z Martą, to wróciłem do społecznictwa. Już do fundacji na etat.

Kiedy się poznaliście?

M: Trzy i pół roku temu, tu niedaleko na warszawskim Grochowie, bo Dominik mieszkał tu, a ja kawałek dalej tam.

Wpadliście na siebie, przechodząc przez ulicę?

M: Nie, na Tinderze. Poszliśmy na spacer do parku. Po tygodniu praktycznie zamieszkaliśmy razem, a po miesiącu była już

przeprowadzka na sto procent. Też przez to, że ja miałam psa, a Dominik dwa koty, więc cierpiałyby przez naszą relację, gdybyśmy spędzali czas w jednym z mieszkań. To była szybka decyzja.

Czy łatwo było mierzyć się z jej konsekwencjami?

M: Oczywiście, spinamy się czasami jak każda para, ale bardzo szybko się zżyliśmy i szybko nam ta codzienność popłynęła. Może to też wynika z tego, że jak zamieszkaliśmy razem, to byliśmy świeżo zakochani – to pomogło.

D: To była szybka, ale bardzo chciana decyzja. Zależało nam na spędzaniu jak najwięcej czasu ze sobą, chcieliśmy jak najszybciej budować wspólne życie. Od początku czuliśmy się ze sobą bardzo komfortowo, więc cała reszta wyszła naturalnie.

Marta, co ci się tak bardzo spodobało w Dominiku?

M: Przede wszystkim oboje wiedzieliśmy, czego chcemy od relacji. Z nim nie miałam poczucia, że jestem, na przykład, tylko jedną z opcji.

Dominiku, jak ty się poczułeś, gdy poznałeś Martę?

D: Na samym początku zwróciłem uwagę na to, że ona pracuje w NGO i pomyślałem: „O, w końcu ktoś konkretny!”. Chciałem poznać kogoś, kto też jest społecznie zaangażowany, ale nie dokładnie w te same rzeczy, co ja. By mieć oddzielne kawałki, a nie kisić się w aktywizmie. Potem kliknęło od rozmowy na przeróżne tematy. Jak temat zszedł na zwierzęta, to konwersacja popłynęła. Jeszcze później okazało się, że mamy podobne poczucie humoru.

Co was bawi?

M: Mamy dosyć czarne poczucie humoru. Na przykład w związku z tym, że panuje stereotyp, iż lesbijki nie chcą się umawiać z kobietami bi, ponieważ te zawsze zostawią je dla faceta. Dominik żartuje, że właśnie dlatego jest facetem.

D: To jest nasz ulubiony żart.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Maciej Grubich, aktor Teatr im. Osterwy w Lublinie i Teatru Stu w Krakowie – wywiad comingoutowy

Rozmowa Dawida Dudko

fot. Katarzyna Widmańska

To twój comingoutowy wywiad?

Na to wygląda.

Ale na okładkę „Repliki” już trafi łeś. Razem z czterdziestoma siedmioma queerowymi osobami aktorskimi (nr 119, sty/lut 2026 – przyp. red.).

Wiesz, Dawid, dziwnie było zobaczyć siebie w tym jednoznacznie queerowym kontekście. Niby dla mnie wcale nie nowym, ale jednak innym – bez chowania się za graną postacią.

Żeby było jasne – nie zostałeś przez „Replikę” wyoutowany.

Oczywiście, że nie.

Bo outować można tylko w określonej sytuacji: żeby obnażyć hipokryzję kogoś, kto poprzez sianie nienawiści zagraża podstawowemu bezpieczeństwu innych osób LGBT+.

Za moją wiedzą i zgodą wspomniał o mnie w wywiadzie inny aktor Daniel Dobosz, z którym przyjaźnimy się i znamy z teatru. Później redakcja „Repliki” zapytała, czy chciałbym znaleźć się na takiej specjalnej okładce. Odpowiedziałem: dlaczego nie.

Wobec twojej pracy scenicznej powiedziałbym o queerowej niejednoznaczności.

Przez większość dotychczasowego życia towarzyszył mi wiecznie niewypowiedziany wstyd, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Myślałem, że nie ma innej drogi, niż dopasowanie się do otoczenia, które, jak mi się długo wydawało, za wszelką cenę oczekuje utrwalania obrazu stereotypowo silnego faceta. Ale dzięki teatrowi coś zrozumiałem: można inaczej, po swojemu.

Rozumiem to bardzo dobrze. Dla mnie przestrzenią emancypacji okazało się dziennikarstwo.

Teatr, ten najbliższy mojemu sercu – otwarty na eksperymenty, queerowanie rzeczywistości – pomógł mi wypowiedzieć pewne rzeczy na głos. Teraz na przykład na premiery w moim teatrze w Lublinie, na wschodzie Polski, zawsze zakładam spódnicę. Wierzę w aktorstwo, które służy wyzwoleniu, oddechowi. Myślę, że obaj, ty i ja, pracujemy na rzecz reprezentacji człowieka w przestrzeni publicznej.

Dopasowywanie się, mówisz. Czy to oznacza siedzenie w szafie?

Rodzina o mnie wie, chociaż nie za sprawą takiej całkowicie otwartej rozmowy. Pamiętam, gdy jako dorosły facet przyjechałem na wakacje do dziadka z moim chłopakiem, dziadek nie miał pojęcia, że jesteśmy parą. Temat został przez niego przemilczany. Zupełnie inaczej niż ze strony rodziców, którzy od razu mnie zaakceptowali.

Dzięki nim odetchnąłeś?

Tak, dziękuję im za to. Mama zachęcała mnie do otwartości. Dlatego kiedy po raz pierwszy miałem chłopaka, chciałem zaprosić go do domu, żeby poznał moich rodziców. Niby rodzina zawsze wiedziała o mojej delikatniejszej, tej kulturowo bardziej dziewczęcej stronie spod znaku „Czarodziejki z Księżyca”. Ale nikt nie zapytał wprost.

Mamy podobne doświadczenia jako niemal rówieśnicy z pokolenia milenialsów. Na etapie dorastania popkultura karmiła nas jednym obrazem geja – cierpiącego, zwykle umierającego na AIDS.

I ciągłym niedopowiedzeniem, które zdominowało nasze życie.

Zakładam, że nasi bliscy nie potrafili zapytać. Nikt ich na taką rozmowę nie przygotował.

Moja mama w końcu zaczęła dopytywać, tak na około, czy „jest ktoś”, a ja odpowiadałem, że nie ma. Zgodnie z prawdą, ponieważ pierwszego chłopaka miałem dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat.

Raczej późno. Dziś, doprecyzujmy, masz trzydzieści cztery lata.

Reszta rodziny też poznała mojego ówczesnego chłopaka. Nie wydawali się zaskoczeni, że nie trzymam za rękę dziewczyny.

Niektórzy się dziwią, Maciek, po cholerę nam dziś jeszcze ta cała kultura coming outu. Zawsze odpowiadam to samo: coming out przestanie być tematem, gdy społeczeństwo nie będzie z zasady zakładało heteroseksualności jako jedynej „słusznej” drogi.

Nie zawsze chodzi o coś, co jednoznacznie nazwalibyśmy homofobią. Wystarczy takie podstawowe założenie: jako chłopak musisz lubić dziewczyny, bo przecież innej opcji nie ma. Nie może być. Długo czułem, że nie spełniam niewypowiedzianego, ale jednak bardzo wyraźnego społecznego oczekiwania. Doskonale pamiętam mój pierwszy towarzyski coming out.

Najpierw sprawdzamy otwartość tych, na których ewentualne odrzucenie jesteśmy bardziej przygotowani.

Na początku studiów powiedziałem o sobie grupie i poczułem akceptację. Takie podstawowe wsparcie, dzięki któremu nie musisz bez przerwy kontrolować swoich naturalnych odruchów. Chociaż zdarzały się niezręczne dowcipy.

To znaczy?

Niekoniecznie homofobiczne. Czasem w duchu typowego macho.

Jacek Poniedziałek wspominał o homofobii w krakowskiej szkole teatralnej, którą ty również kończyłeś.

Wiele się zmieniło w tych szkołach na przestrzeni lat. Przyszła młodsza kadra profesorska, a wraz z nią inne nawyki, standardy, sposoby nauki, komunikacji. Na pewno nadal realizuje się w aktorstwie obraz hetero mężczyzny, choć może w nieco mniej konserwatywnym wydaniu. Ja do tego obrazu nigdy nie przystawałem, tylko dzisiaj nie robię sobie z tego wyrzutów.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Kino (nie)jawne: Queerowe kody PRL-u

Z dumą przedstawiamy nasz pierwszy autorski cykl filmowy! W każdą środę czerwca nasz redaktor filmowy, Daniel Oklesiński, zaprezentuje film z okresu PRL-u. Szczególnym wydarzeniem będzie pierwszy(!) pokaz „Carmilli” od czasów oryginalnej emisji telewizyjnej w 1980 roku. Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską, a samą projekcję uświetni muzyka na żywo!

STRONA CYKLU

Powszechną narracją jest że queeru w powszechnej kulturze czasów komunizmu prawie nie było. I faktycznie, postaci wprost nieheteronormatywnych jest niewiele, zazwyczaj przemykają na drugim czy trzecim planie. Jeśli jednak umiejętnie odczytamy tropy i strategie opowiadania o elgiebetach, to nagle znajdzie się kilka filmów, które wypełniają queerowe protonarracje na pierwszym planie. Przez cały czerwiec takie właśnie filmy będziemy prezentować w warszawskiej Kinotece. Obejrzymy Wojciecha Pokorę w dragu, poszukiwanie seryjnego mordercy w pomorskim miasteczku, Izabelę Trojanowską jako uwodzicielską wampirzycę oraz Gustawa Holoubka zafascynowanego młodym cyrkowcem.

Przebieranki – „Poszukiwany, poszukiwany” (1973)

3 czerwca, 20:00, po seansie rozmowa z Klarą Cykorz i Krzysztofem Tomasikiem. Kup bilety!

Najsłynniejszym przykładem przebieranek w kinie polskim jest oczywiście barejowski „Poszukiwany, poszukiwany” (1973) Stanisława Barei, w którym, w celu uniknięcia potencjalnej odpowiedzialności karnej, historyk sztuki ukrywa się jako służba domowa – Marysia (w tej roli oczywiście Wojciech Pokora). Jest ona podrywana przez facetów, ale też utrzymuje czułe stosunki ze swoją żoną, na przykład na oczach młodej dziewczyny, którą fascynują pozornie damsko-damskie zaloty. Film rozsadza, nawet jeśli nieświadomie i głównie humorystycznie, utarte konwenanse heteronormy. Bareja powróci do przebieranek w serialu „Zmiennicy”, tym razem przebierając Ewę Błaszczyk za taksówkarza. Więcej o tym i innych barejowych tęczowych wątkach pisze Rafał Dajbor w „Replice” #98 (7-8 2022) i w swoich dwóch książkach poświęconych reżyserowi.

Źródła przebieranek są oczywiście dużo starsze niż PRL, Bareja czy nawet kino – wystarczy przywołać Szekspira czy starożytną mitologię. Tylko w polskiej przedwojennej kinematografii kilka filmów bazujących na motywie kobiety udającej mężczyznę. W „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934) megagwiazda Jadwiga Smosarska gra dziewczynę która by obejść ojcowski zakaz pracy, zatrudnia się jako pomocnik inżyniera, oczywiście udając mężczyznę. Zdobycie pracy to także powód przebieranek w „Książątku” (1937), z kolei w żydowskiej komedii „Judeł gra na skrzypcach” Molly Picon (która zagrała później w „Skrzypku na dachu”) udaje mężczyznę ze względów bezpieczeństwa. Co ciekawe, za scenariusz tych trzech filmów odpowiada jeden człowiek, Konrad Tom.

W komunizmie, poza Bareją, przebieranki wracają najczęściej w formie komedii science fiction. Oczywistym przykładem jest Wiesław Michnikowski w „Seksmisji” (1983), ale też krótki metraż Andrzeja Wajdy na podstawie Stanisława Lema, czyli „Przekładaniec” (1968), w którym Bogumił Kobiela jako kierowca rajdowy po poważnym wypadku ratowany jest poprzez sklejanie różnych, w tym kobiecych, ciał. Za naszą południową granicę, do podobnych zamian ciał (tym razem poprzez transplant mózgów) dochodzi w czechosłowackiej komedii Václava Vorlíčka z roku 1970 pod tytułem „Jest pan wdową, proszę pana!”.

Gej musi umrzeć? „Wśród nocnej ciszy” (1978)

10 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!

Jak pisze Krzysztof Tomasik w swojej książce „Gejerel: mniejszości seksualne w PRL-u”, osoby LGBT+ w tym okresie pojawiały się w przestrzeni publicznej przede wszystkim w kronikach kryminalnych, jako ofiary lub przestępcy godni kary śmierci. „Bury your gays” (z ang. dosłownie „pogrzeb swoich gejów”) to klisza według której jedyny możliwy sposób w jaki może zakończyć się historia queerowej postaci to właśnie jej śmierć. Ciekawie przetwarza ten motyw „Wśród nocnej ciszy” z 1978. Tadeusz Chmielewski, autor komedii takich jak „Nie lubię poniedziałku” czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” prezentuje tym razem swoją mroczną stronę. Na Pomorzu grasuje seryjny morderca młodych chłopców. Komisarz prowadzący śledztwo musi radzić sobie także w domu z trudną relacją z 15-letnim synem. Jedyna postać kodowana na homoseksualną w końcu umiera, choć nieoczywistym jest czy w tym przypadku to klasyczna kara za złamanie „zasad natury” czy jednak tragiczny chichot losu.

Samo hasło „bury your gays” spopularyzowało się w ostatnich dekadach w kontekście dyskusji okołofilmowych nad współczesną reprezentacją osób queerowych, w której to ciągle śmierć okazuje się zbyt częstym rozwiązaniem fabularnym (żeby wymienić seriale takie jak „Buffy: Postrach wampirów”, „Obsesja Eve”, „Supernatural” czy komedię romantyczną „Cztery wesela i pogrzeb” – zgadnijcie która z pięciu tytułowych imprez dotyczy geja). Wywodzi się ono jednak i z historii (gejom w wielu okresach historii, a i jeszcze dziś w niektórych rejonach, groziła kara śmierci czy bycie ofiarą homofobicznego linczu), ze wspomnianych kronik kryminalnych (w których najłatwiej można było usłyszeć o nieheteronormatywnych osobach), ale też z purytańskiego podejścia do kultury według którego każdą literacką, a później filmową, postać za grzechy musi spotkać odpowiednia kara. W literaturze Aschenbach umiera w finale „Śmierci w Wenecji” (1912) Tomasza Manna. Najsłynniejsze literackie samobójstwo, czyli „Cierpienia młodego Wertera” (1774) Goethego teoretycznie opowiada o hetero miłości, ale oparte jest na prawdziwej miłości autora do mężczyzny. Zarówno Goethe, jak i Mann pozwolili sobie opisać swoje męsko-męskie pragnienia pod warunkiem zabicia literackiego alter ego. Maria Modrakowska w swej emancypacyjnej lesbijskiej powieści „Anetka” z 1933 także, koniec końców, uśmierca tytułową bohaterkę.

W świecie filmu mamy chociażby niemieckie „Dziewczęta w mundurkach” z 1933 roku. Film kończy się akurat niejednoznacznie, ale literacki pierwowzór Christy Winslow wprost mówi o samobójstwie głównej bohaterki. W „Niewiniątkach” (1961), bohaterka grana przez Shirley MacLaine, zakochana w postaci Audrey Hepburn, także się zabija. Nawet późniejsze najsłynniejsze oscarowe dramaty przecierające szlaki queerowej emancypacji kończą się nieuchronną śmiercią – wymienię chociażby „Filadelfię”, „Nie czas na łzy”, „Tajemnicę Brokeback Mountain” i „Obywatela Milka”. Tym ciekawiej na tym tle prezentuje się moralna szarzyzna jaką reprezentuje „Wśród nocnej ciszy” powstałe teoretycznie w dużo bardzo opresyjnych warunkach PRL-u.

Wampirzyce-lesbijki – „Carmilla” (1980)

17 czerwca, 19:00, seans z muzyką na żywo! Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską. Kup bilety!

W latach 70. horror klasy B, szczególnie europejski, został zdominowany przez wampirzyce-lesbijki. Ten motyw nie wziął się znikąd. Zanim „Drakula” (1897) zaczął podbijać wyobraźnię masowej popkultury, to właśnie „Carmilla” (1872), irlandzka powieść Sheridana le Fanu o wampirzycy uwodzącej młode dziewczęta, tworzyła pierwsze schematy w tym gatunku. Od razu stworzyła też struktury do opowiadania o queerowej czułości, a jednocześnie ukrywania jej przed bezwzględnym, purytańskim okiem. Skoro Carmilla, a potem Drakula to wampiry, potwory, to nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli że są cool, wzorem do naśladowania, można więc sugerować że są queerowe. Najczęściej i tak, w myśl bury your gays, czeka na nich wyłącznie osikowy kołek.

Połączmy to z rewolucją seksualną lat 60. i 70. i mamy wyjaśnienie fenomenu ekranowych lesbijek-wampirzyc, często skąpo ubranych i ochoczo uprawiających seks. Belgijskie „Dzieci nocy” (1971) inspirowane są krwawymi legendami o Elżbiecie Batory. W francuskiej „Fascynacji” (1979) Jeana Rollina uciekający złodziej trafia do pałacu zamieszkanego przez dwie biseksualne pokojówki. Trochę wcześniej wampir-gej pojawia się też, tym razem jako obiekt żartów, w brytyjskim filmie Romana Polańskiego, „Nieustraszeni pogromcy wampirów” (1967). Luźne adaptacje „Carmilli” pojawiają się we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.

Wydawać by się mogło, że to zbyt odważny trend dla Polski tamtego czasu, ale jednak i on dotarł do PRL-u. W 1980, w ramach Teatru Telewizji, powstała, być może najwierniejsza, adaptacja oryginalnego tekstu w reżyserii Janusza Kondratiuka. Tytułową rolę zagrała Izabela Trojanowska. Na marginesie to nie jedyny raz jak PRL-owski Teatr Telewizji przemycił queerowe tematy. W 1989 roku widzowie mogli oglądać (zaledwie 4 lata po premierze światowej!) „Normalne serce” Larry’ego Kramera – dramat o epidemii AIDS w Nowym Jorku.

Co ciekawe, nie przetrwała do dziś oryginalna oprawa muzyczna spektaklu, seans w ramach cyklu uświetni więc muzyka na żywo w wykonaniu Mateusza Dębskiego – zwycięzcy prestiżowego Transatlantyk Instant Composition Contest.

Uczeń i mistrz – „Zygfryd” (1986)

24 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!

O „Zygfrydzie” Andrzeja Domalika (1986) nierzadko mówi się i pisze, że to jedyny gejowski film okresu PRL-u. Koneser sztuki Stefan Drawicz (Gustaw Holoubek) fascynuje się o wiele lat młodszym akrobatą z przyjezdnego cyrku (Tomasz Hudziec). Zaczyna go zapraszać do siebie, pokazuje mu swoje księgozbiory (to nie jest eufemizm!), próbuje poszerzyć horyzonty młodzieńca. Czy ta relacja pozostanie platoniczna? Ten nietypowy dramat psychologiczny jest adaptacją opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o tym samym tytule wydanego w 1946 r. I choć to najbardziej tęczowa, przynajmniej w dosłowności, adaptacja iwaszkiewiczowskiej prozy, to bynajmniej nie jedyna. Bartosz Żurawiecki na łamach Krytyki Politycznej interpretował bratnią zazdrość z „Brzeziny” (1970) Andrzeja Wajdy w kontekście homoerotyzmu, a tytułowe „Panny z Wilka” (tekst – 1933, oscarowa ekranizacja Wajdy – 1979) to tylko przykrywka dla sześciu braci Świerczyńskich, z którymi w młodości mieszkał (i w których się podkochiwał) Iwaszkiewicz.

„Zygfryd” wpisuje się też w jeden z najstarszych wzorów męsko-męskich relacji, taki który zdominował sposób w jaki europejscy intelektualiści XIX i XX wieku, wszyscy przecież z obsesją na punkcie antyku, myśleli o męsko-męskich relacjach. W starożytnych Atenach, szczególnie w elitach, relacje homoseksualne często były narzędziem do zdobycia pozycji i przejścia w wyższe sfery. Dorosły mężczyzna, zwany erastesem, upatrywał sobie młodzieńca, który mu się podobał, eromenosa. Erastes stawał się mentorem, który zapewniał edukację i wprowadzał młodzieńca w struktury społeczne, polityczne i państwowe. Eromenos w zamian mógł być pasywną stroną w seksie, naraziłby się jednak na dyshonor, gdyby zaczął traktować swojego mentora jako partnera. 

Spopularyzowany dzięki „Sympozjonowi” Platona, przez wieki był to dominujący, przynajmniej wśród europejskiej socjety, schemat rozumienia męsko-męskich związków, i tych fikcyjnych, i prawdziwych. Oscar Wilde spotkał swego najsłynniejszego kochanka Bosiego, gdy sam miał 36 lat, a chłopak miał 20. Wspomniany Tomasz Mann „Śmierć w Wenecji” oparł na własnej obsesji względem kilkunastoletniego polskiego chłopca, którego obserwował z daleka przez całe wakacje na weneckim Lido. Dodajmy na marginesie, że w 1971 Luchino Visconti z sukcesem zekranizował nowelę, a aktor grający chłopca wzbudził taki szał w Japonii, że zapoczątkował podgatunek japońskich komiksów zwany yaoi, którego rdzeniem są właśnie męsko-męskie relacje wyróżniające się bardzo nierówną relacją władzy. Dziś częściej napotkamy relacje budowane na gruncie partnerstwa, ale postać mentora i ucznia ciągle ma się dobrze, chociażby w „Tamte dni, tamte nocy” – w nich to niby młodszy Elio pochodzi z akademickiej rodziny, ale to właśnie starszy Oliver jest odpowiedzialny za jego inicjację do dorosłego życia.

Wracając do PRL-u, poza „Zygfrydem”, motyw ten przewija się na dalszym planie w kilku produkcjach. W „Wielkiej majówce” (1981) Krzysztofa Rogulskiego głównych bohaterów na wieczór zaprasza do siebie starszy aktor, postać być może wzorowana na Nasierowskim. W „Ojcu” (1967) Jerzego Hoffmana, główny bohater zapraszany jest bezskutecznie przez amatora nagich męskich rzeźb na koniak. Ale to już faktycznie tylko epizody, w których mentor to jednoznacznie predator czyhający na niewinną młodzież. „Zygfryd” to faktycznie pierwszy film, który podchodzi do tematu mniej czarno-biało.

O „Zygfrydzie” pisał także Rafał Dajbor w „Replice” #92 (7-8 2021).

Fundacja Replika razem z warszawską Kinoteką organizuje w czerwcu przegląd „Kino (nie)jawne: queerowe kody PRL-u” w ramach którego w kolejne środy pokazane zostaną „Poszukiwany, poszukiwana”, „Wśród nocnej ciszy”, „Carmilla” oraz „Zygfryd”. Cykl kuratorowany jest przez Daniela Oklesińskiego. Każde seans poprzedzi jego prelekcja, po seansach poprowadzi on dyskusje.

Tylko u nas! Fragmenty utworów z nowej płyty MONY LIZAK!

Kilka dni temu informowaliśmy Was o premierze „Occultici” Mony Lizak – jednej z najbardziej bezkompromisowych i osobistych płyt na polskiej scenie queerowej. Dziś wracamy do tego projektu z czymś wyjątkowym! Jako matronka medialna albumu publikujemy ekskluzywny materiał dostępny tylko w „Replice” – pełną tracklistę „Occultici” wraz z opisami wszystkich utworów i ich fragmentami!

 

Okładka płyty “Occultica”

 

Premiera „OCCULTICI” już 27 marca!

To nie jest zwykła płyta – to pełnokrwisty rytuał, mroczny spektakl utkany z elektroniki, industrialnego pulsu, klubowego transu i teatralnej ekspresji. Album prowadzi słuchacza przez cztery kolejne fazy metafizycznej ceremonii: seans spirytystyczny, opętanie, egzorcyzm oraz epilog – uświęcenie. W tej podróży muzyka staje się medium, teksty – zaklęciami, a głos Mony Lizak – głosem osoby, która wreszcie decyduje się zdjąć maskę.

Jeśli chcecie naprawdę wejść w świat „Occultici” – nie tylko go usłyszeć, ale zrozumieć i poczuć – ten materiał jest dla Was!

 

 

OCCULTICA” – OPISY UTWORÓW

 

CHAPTER I – SESSIO SPIRITUALIS

  1. Occultica

Album otwiera mroczna inwokacja – elektroniczny seans spirytystyczny ubrany w pulsujący dark synth-pop i house lat 90. W tempie 120 BPM w tonacji G-moll powstaje klubowy rytuał: przesterowane basy, syntezatory i industrialny puls budują atmosferę hipnotycznego transu. Tekst prowadzi słuchacza do świata, w którym umysł staje się planszą Ouija, a duchy przeszłych relacji, ambicji i obsesji zaczynają przemawiać własnym głosem. Mona Lizak przywołuje obrazy Boscha, Klimta czy Dalego, malując galerię ludzkich grzechów. „Occultica” jest bramą do całego albumu – zaproszeniem do tańca z własnymi demonami.

 

  1. Bible (ft. Tempera Mental)

To jeden z najbardziej prowokacyjnych momentów albumu – 160 BPM, eksplozja industrialnego house’u i etnicznych motywów elektronicznych. Agresywne partie smyczkowe i ciężka perkusja tworzą niemal rytualny groove, a duet z Temperą Mental zamienia się w erotyczno-religijną grę symboli w gotyckiej katedrze. Tekst igra z ikonografią religijną, zamieniając świętość w cielesność i pożądanie. „Bible” jest jak bluźniercza msza odprawiana w klubowym półmroku – prowokacyjna, ironiczna i uzależniająco taneczna.

 

  1. Losing Game (ft. Ivanka)

Cinematic house-pop w tonacji C-moll zamienia historię kolejnego złamanego serca w dramatyczny klubowy manifest. Mocne bębny, syntezatorowe basy i smyczkowe akcenty tworzą wpadający w ucho refren, w którym emocje eksplodują. W duecie z Ivanką utwór opowiada o toksycznych relacjach, powtarzalnych schematach i bolesnym momencie, gdy człowiek uświadamia sobie, że miłość była tylko grą. Z popiołów tej porażki rodzi się jednak siła – odrzucenie roli ofiary i odzyskanie własnej korony.

 

  1. Addicted

Brudny, pulsujący industrialny house opowiada o uzależnieniu od drugiej osoby. Przesterowane gitary, glitchy efekty i ciężki czterotaktowy beat tworzą niemal fizyczne napięcie. Tekst balansuje między erotyczną obsesją a emocjonalnym uzależnieniem – pragnienie staje się tu głodem, który wymyka się spod kontroli. „Addicted” to klubowy moment całkowitego zatracenia się w drugiej osobie.

 

  1. Ready for Love

Zamknięcie pierwszego rozdziału przynosi monumentalny drum’n’bass z symfoniczną orkiestrą i chórem. Skrzypce, elektroniczne arpeggia i dynamiczna sekcja rytmiczna tworzą dramatyczny kontrast z kruchym tekstem o strachu przed kolejnym zranieniem. Mona Lizak balansuje między nadzieją a lękiem: czy po wszystkich bitwach serca można jeszcze zaufać miłości? To moment ciszy przed kolejną częścią rytuału.

 

CHAPTER II – POSSESSIO

 

  1. Thirty-Something (ft. Lady Brigitte)

Energetyczny, ironiczny manifest wolności ubrany w electro-swing z jazzową sekcją dętą i klubowym beatem. Mona Lizak i Lady Brigitte celebrują życie poza społecznymi schematami, bez oczekiwań narzuconych przez innych. Utwór jest jednocześnie kabaretowy i buntowniczy: między brassowymi riffami a tanecznym groovem pada jasna deklaracja – życie to scena i każdy sam pisze swój scenariusz.

 

  1. Rosalia (ft. Amba Fatima)

Latynoski klimat reggaetonu i trapu spotyka się tu z ironicznym popem. Utwór balansuje między flirtującą fantazją a autoironią – bohaterka marzy o nagraniu piosenki z Rosalią – hiszpańskojęzyczną gwiazdą, jednocześnie śmiejąc się z własnych ambicji. Wtóruje jej Amba Fatima, która jak gdyby z przekąsem, odpowiada na stawiane przez Monę tezy. Rytm dembow, gitarowe akcenty i pulsujący subbas tworzą lekki, klubowy numer o pragnieniu sławy, fantazjach i popkulturowych marzeniach.

 

  1. Tarantula

Mroczny klubowy banger inspirowany moombahtonem i reggaetonem. Orientalne syntezatory i ciężki bas tworzą atmosferę egzotycznego niepokoju. „Tarantula” to metafora drapieżnej kobiety – uwodzicielskiej, niebezpiecznej i nieprzewidywalnej. Tekst bawi się symboliką pająka jako istoty, która jednocześnie przyciąga i przeraża.

 

  1. Just Go Home (ft. Patryk Janiak)

Jeden z najbardziej tanecznych i najjaśniejszych momentów płyty – disco-dance-pop z funkowym basem i błyszczącymi syntezatorami. W duecie z Patrykiem Janiakiem Mona Lizak tworzy queerowy hymn pewności siebie. Utwór jest odpowiedzią na plotki, hejt i zazdrość – klubowa deklaracja dumy i autentyczności. Gdy bohaterka wchodzi na parkiet, wszyscy patrzą.

 

  1. Voices in My Head

Energetyczny miks trapu i pop-punkowej agresji opowiada o wewnętrznym chaosie i autodestrukcyjnych myślach. Smyczki, szybkie tempo i krzyczane refreny oddają spiralę wątpliwości. Tekst jest brutalnie szczery – o nadmiernym gadaniu, sabotowaniu własnych relacji i strachu przed samotnością. To moment, w którym opętanie zaczyna mówić własnym głosem.

 

  1. Mirrors

Jeden z najbardziej osobistych utworów albumu. Cinematyczny alternative trap z orkiestralnymi smyczkami tworzy ciężką, introspektywną atmosferę. Tekst dotyka problemów z ciałem, uzależnień, poczucia obcości wobec własnego odbicia. „Mirrors” to moment brutalnej konfrontacji z samym sobą – gdy maski opadają, a prawda staje się nie do uniknięcia.

 

CHAPTER III – EXORCISMUS

 

  1. L.O.K. Me

Eksplozja nu-metalu, drum’n’bassu i rap-rocka o tempie 160 BPM. Gitary, industrialne syntezatory i agresywne wokale oddają paranoję zdrady i zazdrości. Tekst jest brutalny, niemal groteskowy – obsesja miłości zamienia się w destrukcyjną furię. To moment, w którym demony przejmują kontrolę.

 

  1. Queen of Cups (ft. Hekate Sama)

Industrialny trap z potężnymi gitarami i mroczną energią. W duecie z Hekate Sama utwór zamienia się w manifest czarownicy, która odzyskuje władzę nad własnym losem. Tarotowa karta „Queen of Cups” zostaje tu odwrócona – zamiast empatii pojawia się gniew i magia zemsty.

 

  1. A Fukken Freakshow

Jedna z najbardziej teatralnych kompozycji na albumie. Industrialny trap spotyka cyrkową groteskę: akordeonowe riffy, śmiech i chaotyczna energia tworzą klimat mrocznego kabaretu. Tekst opowiada historię outsidera, który przetrwał wszystko – miłość, uzależnienia, upadki – i teraz sam ogłasza się właścicielem własnego cyrku.

 

  1. Sexence

Elektroniczny, pulsujący dance-pop z elementami synthwave, trap i house. To najbardziej cielesny utwór albumu, eksplorujący temat seksualności jako przestrzeni wolności i szczerości. Tekst balansuje między erotyką a potrzebą prawdziwej bliskości – pragnienie fizyczne staje się drogą do emocjonalnej prawdy.

 

  1. Ghost (ft. Aquarius)

Po burzy emocji pojawia się melancholijna refleksja. „Ghost” to emocjonalna, taneczna ballada z elektronicznym pulsem, opowiadająca o utracie i pamięci. Duet z Aquariusem tworzy przestrzeń na żałobę po relacji, która już nie istnieje – pozostaje tylko jej duch.

 

  1. City of Death

Brutalny portret nocnego życia wielkiego miasta. Industrialny beat i surowa energia opisują Berlin jako miejsce hedonizmu, uzależnień i duchowego wypalenia. Klubowe noce zamieniają się w spiralę autodestrukcji, w której bohaterowie gubią siebie.

 

EPILOGUE – SANCTIFICATIO

 

  1. No Gods (ft. Amba Fatima & Vipera)

Finał albumu jest filozoficznym katharsis. Wspólnie z Ambą Fatimą i Viperą Mona Lizak zamyka rytuał refleksją nad sensem życia, wiarą i duchowością. Elektroniczna produkcja spotyka się tu z niemal mistyczną atmosferą. W świecie bez bogów jedyną świętością okazuje się życie samo w sobie – kruche, krótkie, ale prawdziwe.

“Occultica” – lista utworów

 

 

Premiera w Surowcu” we Wrocławiu

Oficjalna premiera albumu odbędzie się 27 marca we wrocławskim klubie Surowiec, znanym z bycia sercem queerowej kultury w mieście. To idealne miejsce na rytuał – klub mieści się przy samej Galerii Neonów przy ul. Ruskiej, a jego wnętrza przypominają mroczne, podziemne lochy. Na scenie pojawią się wszyscy artyści i artystki zaproszeni do współpracy przy płycie, a wydarzenie zaplanowano jako pełnoprawny performatywny rytuał muzyczny, łączący koncert, klubową energię i teatralną narrację.

Na miejscu dostępny będzie również specjalny merch związany z albumem – od płyt fizycznych po limitowane gadżety.

 

Kim jest Mona Lizak?

Mona Lizak (Adrian Kraweć) to jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny queerowej – wokalistka, raperka, autorka tekstów, producentka, performerka i drag queen. Artystka łączy muzykę z teatrem i performansem, tworząc prowokacyjne widowiska sceniczne.

Swoją karierę rozpoczęła w 2020 roku, szybko zdobywając rozpoznawalność dzięki charakterystycznemu stylowi, który łączy hip-hopową energię z teatralną ekspresją. Występowała m.in. w Teatrze Barakah, współtworząc rewie dragowe, a także pojawiła się w programie „Mam Talent!”, gdzie wraz z Amba Fatimą i Viperą zaprezentowała swój sceniczny show. Artystka, wraz z koleżankami, znalazła się także w półfinale 44. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, jednego z najważniejszych festiwali teatralno-muzycznych w Polsce, gdzie jej performatywny styl i sceniczna ekspresja spotkały się z dużym zainteresowaniem publiczności.

Jest również aktywistką i ważnym głosem polskiej społeczności queer – prowadziła marsze równości w wielu miastach Polski, występowała w stacjach radiowych i z powodzeniem zrealizowała ogólnopolską trasę koncertową Maski Tour wraz z Ambą FatimąViperą.

Jej twórczość od początku balansuje na granicy sztuki, kabaretu, muzyki klubowej i społecznego komentarza.

 

Mona Lizak – Sexence by Norbert Jóźwiak

MONA LIZAK wydaje nową płytę! „OCCULTICA” już od 27 marca!

Są albumy, których się słucha. I są takie, które się odprawia. „Occultica” Mony Lizak należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii dlatego z przyjemnością objęliśmy ten album swoim matronatem! 

Okładka płyty “Occultica”

 

Premiera „OCCULTICI” już 27 marca!

To nie jest zwykła płyta – to pełnokrwisty rytuał, mroczny spektakl utkany z elektroniki, industrialnego pulsu, klubowego transu i teatralnej ekspresji. Album prowadzi słuchacza przez cztery kolejne fazy metafizycznej ceremonii: seans spirytystyczny, opętanie, egzorcyzm oraz epilog – uświęcenie. W tej podróży muzyka staje się medium, teksty – zaklęciami, a głos Mony Lizak – głosem osoby, która wreszcie decyduje się zdjąć maskę.

„Occultica” to najbardziej osobiste i bezkompromisowe wydawnictwo w karierze artystki. Album powstał na styku klubowej elektroniki, dark popu, industrialu, trapu i teatralnego spoken wordu, tworząc dźwiękowy pejzaż przypominający nocny rytuał odprawiany w klubie, w którym parkiet staje się ołtarzem, a bas – sercem ceremonii.

Za produkcję muzyczną odpowiadają Mona Lizak oraz producent Peter Kveld, znany ze swojej mrocznej, alternatywnej estetyki i zamiłowania do ciężkich, pulsujących brzmień. Kveld to jedna z tych postaci polskiej sceny muzycznej, które równie dobrze odnajdują się w studiu, jak i w świecie absurdalnego humoru. Producent, agencjusz, filantrop i współprowadzący podcast „Boliamoria”, znany jest z tego, że inspiracje potrafi znaleźć dosłownie wszędzie – także tam, gdzie inni woleliby nawet nie zaglądać. Z Moną Lizak współpracuje od lat, współtworząc brzmienie jej kolejnych projektów. Na Occultice odpowiada za produkcyjny kręgosłup albumu, łącząc mroczny klimat konceptualnej opowieści z nowoczesną, klubową energią. W swojej karierze pracował również m.in. z Madoxem – ikoniczną postacią polskiej sceny pop, znaną z programu „Mam Talent” oraz założycielem wytwórni Unisex Records.

Mona i Kveld wspólnie stworzyli materiał, który brzmi jak spotkanie rave’u z czarną mszą, gdzie analogowe syntezatory, hipnotyczne beaty i industrialne tekstury splatają się z dramatycznymi melodiami i teatralną narracją.

Album powstał przy współpracy z labelem Unisex Records, który wspiera artystkę w realizacji tej koncepcyjnej, odważnej wizji.

 

 

Rytuał zamknięty w czterech chapterach

„Occultica” została zaprojektowana na kształt spójnego seansu narracyjnego, w którym poszczególne utwory przenikają się i prowadzą słuchacza przez kolejne etapy emocjonalnej inicjacji.

Pierwszy rozdział –Sessio Spiritualis” – otwiera portal. To moment przywoływania duchów przeszłości: wspomnień, traum i relacji, które nigdy nie zostały naprawdę zamknięte. W utworach tej części pojawiają się hipnotyczne beaty i mroczne syntezatory, a teksty balansują między intymnym wyznaniem a metafizyczną narracją.

Drugi rozdział – Possessio” – to eksplozja emocji. Produkcja staje się cięższa, bardziej agresywna, pełna industrialnych pulsów i klubowej energii. To moment, w którym demony zaczynają mówić własnym głosem, a bohaterka albumu traci kontrolę nad rzeczywistością.

Trzecia część – Exorcismus” – przynosi konfrontację. To najbardziej brutalny i intensywny fragment płyty, w którym klubowy beat przypomina rytm serca podczas paniki, a teksty przybierają formę emocjonalnego rozrachunku z przeszłością.

Album zamyka Sanctificatio” – epilog, który nie jest triumfem, lecz spokojnym, gorzkim, pozornym oczyszczeniem. To moment ciszy po burzy, gdy kurz po rytuale opada, a człowiek zostaje sam ze sobą.

 

Demony, które mają głos

Teksty na „Occultice” są brutalnie szczere. Artystka mówi w nich o depresji, zaburzeniach odżywiania, rozpadzie relacji i poczuciu bycia nawiedzaną przez własną przeszłość.

Jak mówi sama Mona Lizak:

„Ten album powstał w czasie, kiedy moje życie zaczęło mnie doganiać, jak na seansie spirytystycznym. Złamane serce, depresja, zaburzenia odżywiania, izolacja, strach, zwątpienie. Czułam się, jakbym mieszkała w domu pełnym duchów – wspomnień, traum, ludzi, którzy już dawno powinni zniknąć z mojego życia. ‘Occultica’ to próba wypędzenia tych demonów. Ale też przyznanie, że niektóre z nich zostają z nami na zawsze.” 

Artystka podkreśla również, że album został zaprojektowany jako doświadczenie niemal rytualne:

„Tworzyłam tę płytę z myślą o bardzo konkretnym, mistyczno-tanecznym, rytualnym doświadczeniu. Chcę, żebyście odpaliły/odpalili ‘Occulticę’ na naprawdę dobrych słuchawkach, w ciemnym pokoju. Zamknij oczy i pozwól, żeby ta energia cię porwała. Ten album jest jak przepływ – jak rytuał, który zaczyna się powoli, potem przejmuje nad tobą kontrolę, a na końcu zostawia cię w zupełnie innym miejscu.”

Ta szczerość sprawia, że płyta jest jednocześnie manifestem, spowiedzią i egzorcyzmem.

 

Mona Lizak – A Fukken Freakshow by Vipera

 

 

Kontrowersyjna era

Era „Occultici” została zapowiedziana przez siedem singli i teledysków, które wzbudziły duże emocje wśród odbiorców i mediów. Klipy balansują na granicy sztuki performatywnej i prowokacji – pełne symboliki okultystycznej, cielesności i teatralnej groteski.

Wizualna estetyka albumu czerpie z horroru, kina kultowego oraz queerowej kontrkultury. To świat neonowych klubów, rytualnych scenografii i postaci wyglądających jak zjawy z nocnego sabatu. Era Occultici zaczęła się z rozmachem i od pierwszych singli jasno było widać, że nie będzie to zwykły popowy rollout. Każdy z wydanych utworów otwierał kolejne drzwi do świata albumu – mrocznego, klubowego i bardzo osobistego.

„A Fukken Freakshow” stało się manifestem tej epoki – brutalnie szczerym, autoironicznym wyznaniem o życiu na scenie i poza nią. W warstwie muzycznej utwór balansuje między industrialnym trapem a groteskową, „cyrkową” estetyką, a jego refrenowe „my circus, my monkeys” brzmi jak deklaracja przejęcia kontroli nad własną narracją.

„No Gods”, zamykające album i jednocześnie zgłoszone do preselekcji konkursu Eurowizji w 2025 roku, już na etapie singla pokazało jego filozoficzny ciężar. To hymn o poszukiwaniu sensu poza religią i dogmatem – oparty na monumentalnym brzmieniu łączącym trap, elementy folkowe i symfoniczne aranżacje z bębnami i gitarą rockową. Utwór kończy się niemal rytualną kulminacją, która staje się jednym z najmocniejszych momentów całego projektu.

„Sexence” reprezentuje najbardziej hedonistyczną stronę Occultici. To klubowy, pulsujący numer o seksualności jako energii, sile i przestrzeni wolności. Elektroniczny groove i synthwave’owa produkcja tworzą taneczny kontrast dla bardzo bezpośredniego, intymnego tekstu.

„L.O.K. Me” emocje eksplodują – to brutalna historia obsesji, zdrady i granicy między miłością a destrukcją. Rap-rockowa energia, punkowa agresja i tempo drum’n’bass budują jeden z najbardziej wściekłych momentów albumu.

„Tarantula” wprowadza do świata Occultici figurę drapieżnej kobiecej energii – niebezpiecznej, magnetycznej i hipnotycznej. Reggaetonowy puls i egzotyczne syntezatory tworzą mroczny taneczny klimat, w którym bohaterka utworu staje się niemal mitologicznym drapieżnikiem.

Z kolei „Rosalia” pokazuje ironiczne oblicze projektu – autoironiczny flirt z popkulturą i latynoską estetyką, w którym humor miesza się z komentarzem do świata muzycznych aspiracji i viralowej sławy. To jeden z najbardziej przewrotnych momentów całej ery.

Wreszcie „Queen of Cups” przenosi słuchacza w sam środek wiedźmiego sabatu. Agresywna industrial-trapowa produkcja i tekst pełen klątw, zaklęć i czarnej ironii budują wizerunek bohaterki jako bezlitosnej, magicznej siły, która zamiast empatii wybiera konfrontację.

Razem single te stworzyły intensywny, wielowymiarowy wstęp do Occultici. Od groteskowego autoportretu, przez seksualną ekstazę i gniew, po duchowe pytania o sens – każdy z nich odsłaniał inny fragment tej historii. Dzięki temu jeszcze przed premierą albumu era Occultici zdążyła zamienić się w pełnoprawny rytuał.

 

“Occultica” – lista utworów

 

Wydanie fizyczne – artefakt

„Occultica” ukaże się nie tylko w wersji streamingowej, ale także jako kolekcjonerskie wydanie fizyczne. Album zostanie wydany w formie 36-stronicowego digibooka, zawierającego mroczne ilustracje przygotowane przez Olę Orzechowską, fotografie autorstwa Norberta Jóźwiaka oraz elementy wizualne inspirowane estetyką okultystycznych ksiąg. Część grafik przygotowano w anaglifie 3D, a do wydania dołączone są specjalne okulary, dzięki którym odbiorcy mogą zanurzyć się w wielowymiarowym świecie „Occultici”.

To nie jest zwykły nośnik – to artefakt rytuału.

 

Premiera w Surowcu” we Wrocławiu

Oficjalna premiera albumu odbędzie się 27 marca we wrocławskim klubie Surowiec, znanym z bycia sercem queerowej kultury w mieście. To idealne miejsce na rytuał – klub mieści się przy samej Galerii Neonów przy ul. Ruskiej, a jego wnętrza przypominają mroczne, podziemne lochy. Na scenie pojawią się wszyscy artyści i artystki zaproszeni do współpracy przy płycie, a wydarzenie zaplanowano jako pełnoprawny performatywny rytuał muzyczny, łączący koncert, klubową energię i teatralną narrację.

Na miejscu dostępny będzie również specjalny merch związany z albumem – od płyt fizycznych po limitowane gadżety.

 

Kim jest Mona Lizak?

Mona Lizak (Adrian Kraweć) to jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny queerowej – wokalistka, raperka, autorka tekstów, producentka, performerka i drag queen. Artystka łączy muzykę z teatrem i performansem, tworząc prowokacyjne widowiska sceniczne.

Swoją karierę rozpoczęła w 2020 roku, szybko zdobywając rozpoznawalność dzięki charakterystycznemu stylowi, który łączy hip-hopową energię z teatralną ekspresją. Występowała m.in. w Teatrze Barakah, współtworząc rewie dragowe, a także pojawiła się w programie „Mam Talent!”, gdzie wraz z Amba Fatimą i Viperą zaprezentowała swój sceniczny show. Artystka, wraz z koleżankami, znalazła się także w półfinale 44. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, jednego z najważniejszych festiwali teatralno-muzycznych w Polsce, gdzie jej performatywny styl i sceniczna ekspresja spotkały się z dużym zainteresowaniem publiczności.

Jest również aktywistką i ważnym głosem polskiej społeczności queer – prowadziła marsze równości w wielu miastach Polski, występowała w stacjach radiowych i z powodzeniem zrealizowała ogólnopolską trasę koncertową Maski Tour wraz z Ambą FatimąViperą.

Jej twórczość od początku balansuje na granicy sztuki, kabaretu, muzyki klubowej i społecznego komentarza.

 

Mona Lizak – Sexence by Norbert Jóźwiak

17. LGBT+ Film Festival Poland 2026!

17. edycja LGBT+ Film Festival Poland, już 10-18 kwietnia w Warszawie a potem 18-23 kwietnia we Wrocławiu, Krakowie i Poznaniu! Od 18 kwietnia do 3 maja wybrane filmy będzie można również oglądać online na platformie outfilm.pl. Wyjątkowe święto kina queer: spektakularne wydarzenia, niezwykli goście i atmosfera, która na długo pozostaje w sercach widzek i widzów!

 

autorka grafiki: Marta Konarzewska

 

Twarzą tegorocznej edycji LGBT+ Film Festival Poland jest Tamara Łempicka.

Biseksualna, żydowska artystka. Uchodźczyni. Ikona art déco. Kobieta, która z autokreacji uczyniła strategię przetrwania. Nie czekała na zgodę epoki. Mimo przeciwności z dumą mościła sobie w niej należyte miejsce. Zobaczymy m.in Prawdziwa historia Tamary Łempickiej (The True Story of Tamara de Lempicka & The Art of Survival) – hipnotyzującą podróż przez życie ikony art déco Tamary Łempickiej. Od paryskiego blasku lat 20., przez ucieczkę przed wojną do USA, po spektakularny renesans na rynku sztuki. To historia kobiety, która z luksusu i zmysłowości uczyniła tarczę przetrwania.

Tamara Łempicka wiedziała, że sztuka to przetrwanie. My też to wiemy!

LGBT+ Film Festival Poland wraca w tym roku z mieszanką humoru, buntu i refleksji nad tym, co naprawdę ważne. Program łączy komedie z manifestem, taniec z polityką, a brokat z prawdą bez kompromisów. To kino, które bawi, prowokuje i sprawnie balansuje między politycznym zaangażowaniem a przestrzeniami do oddechu przed codzienną zadyszką.

W tym roku szczególną uwagę poświęcamy Palestynie. Blok No Pride in Genocide to platforma dla queerowych Palestynek i Palestyńczyków, którzy opowiadają o okupacji, przemocy, seksualności i rezyliencji. W programie także m.in. dokument Pinkwashing zdemaskowany. Kontratak! (Pinkwashing Exposed: Seattle Fights Back!) oraz panel dyskusyjny o pinkwashingu.

Festiwal to także wspólnota i pamięć. Spotkanie z Alexandrą Juhasz, nowojorską legendą walki o prawa osób żyjących z HIV/AIDS, pozwoli porozmawiać o archiwach oporu i sile narracji.
Nie zabraknie też rozrywki: powracają nasze ulubione bloki lesbijskich, gejowskich i queerowych shortów, klasyka queerowego kina (sekcja kryminałów), m.in. włoski Filibus z 1915 roku, niemy film przygodowy o podniebnej piratce podróżującej zeppelinem, okradającej muzea i podrywającej kobiety będąc w męskim dragu. Pokaz z narracją na żywo.

W programie nowa kategoria GenZ kontra Millenialsi, w której konflikt pokoleń spotyka się na ekranie. Poza tym kilka mocnych dokumentów i ponad dwadzieścia pełnometrażowych perełek wyselekcjonowanych z najlepszych światowych festiwali. A także bogata Scena Artystyczna!

 

Kadr z filmu: Prawdziwa historia Tamary Łempickiej

 

Gdzie i kiedy można wybrać się na filmy?

– Warszawa 10-18 kwietnia, Kinoteka/PKiN
– Wrocław 17-23 kwietnia, Kino Nowe Horyzonty
– Kraków 17-23 kwietnia, Kino Pod Baranami
– Poznań 17-23 kwietnia, Kino Teatr Apollo
– Online 18 kwietnia – 3 maja, Outfilm.pl

Więcej informacji i program już niebawem na stronie: www.LGBTfestival.pl

 

48 aktorskich coming outów. Jedyne takie zestawienie w Polsce

Dokładnie 20 lat temu, w numerze 1. „Repliki” (sty/lut 2006), zamieściliśmy wywiad z Jackiem Poniedziałkiem, który kilka tygodni wcześniej zrobił coming out. Był to zaledwie trzeci aktorski coming out w Polsce. Dziś doliczyliśmy się takich coming outów (i ich bohaterów) aż 48. Prezentujemy ich wszystkich z przyjemnością i z dumą. Każdy coming out jest osobnym wyzwaniem rzuconym systemowi, zgodnie z którym aktorów LGBT+ obowiązują inne, restrykcyjne zasady funkcjonowania w zawodzie niż aktorów hetero. Aktorzy hetero mogą w mediach swobodnie mówić o swej seksualności, związkach, rodzinach, miłościach czy rozstaniach. Ba! Nawet powinni, bo to przyciąga uwagę odbiorców. Natomiast aktorzy LGBT+ mają w tych kwestiach milczeć, ewentualnie mogą udawać, że są hetero i zmyślać. Dzięki tym 48 coming outom otaczający nas mur dyskryminacji zaczyna pękać.

Zestawienie jest ułożone alfabetycznie i obejmuje żyjące osoby. Jakkolwiek dołożyliśmy wszelkich starań, by było ono możliwie najbardziej kompletne, zdajemy sobie sprawę, że najprawdopodobniej takie nie jest. Wszystkich aktorów/ki, którzy są wyoutowani (mówią o swojej nieheteronormatywności również publicznie), a nie zostali ujęci w zestawieniu – prosimy o kontakt, będziemy chcieli o Was napisać. Wszystkich niewyoutowanych, którzy być może zgodziliby się udzielić nam wywiadu z coming outem, tym bardziej prosimy o kontakt: redakcja@replika-online.pl. A jaką historię o polskiej branży aktorskiej opowiada nam to zestawienie? Szczegółową analizę zamieszczamy na stronach 16-17.

Joanna Balasz (1991) Aktorka Teatru Capitol w  Warszawie, role m.in. w  serialach „Odwróceni. Ojcowie i  córki” (2019), „Wojenne dziewczyny” (2017–2019). W wywiadzie w „R” nr 100 (lis/gru 2022) mówiła: „Publiczny coming out dał mi power, żeby powiedzieć o mojej partnerce: O, nie. To jest moja kobieta, a nie moja koleżanka! (…) Jest mi dużo lepiej i dużo osób zaskoczyło mnie pozytywną reakcją”.

Marek Barbasiewicz (1945) Aktor Teatru Narodowego w Warszawie, znany również z wielu ról fi lmowych (grywał gejów, np. w „Magnacie” i „Deborah”). Zrobił coming out jako pierwszy polski aktor – na łamach magazynu „Pani” w tekście Marii Nurowskiej w 1992 r.: „Jest homoseksualistą i to dla niego taki sam fakt, jak to, że świeci słońce czy pada deszcz. Od wielu lat związany jest z jednym partnerem. Uważa, że to związek udany i bardzo dla niego ważny”.

Kamil Błoch (1989) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, obecnie występuje w serialu „Na sygnale”. Zapy[1]tany w  2024 r. z  okazji Tęczowego Piątku o wspomnienia z okresu edukacji, odpowie[1]dział: „Jako mężczyzna nieheteronormatywny ze szkolnych lat przede wszystkim pamiętam jednak swoją pierwszą relację i pierwsze zako[1]chanie się. To był piękny czas, piękna relacja i piękne doświadczenie”.

Bartłomiej Bobrowski (1976) Aktor Teatru Narodowego, ukończył warszaw[1]ską Akademię Teatralną. Jako drag queen Graża Grzech wystąpił w serialu „Królowa”, filmach: „Królowe” i  „Zaprawdę Hitler umarł” oraz w dwóch kalendarzach „Repliki” (nagim i „dra[1]gowym”). W wywiadzie dla „R” (nr 85, maj/ cze 2020) mówił: „Zacząłem się outować pod koniec Akademii, ale głównie wśród kolegów z roku. Nie był to jeden moment, w którym wszem i wobec ogłosiłem, że jestem gejem”.

Krzysztof Broda-Żurawski (1980) Aktor musicalowy, współpracuje z licznymi te[1]atrami (Syrena, Rampa) i grywa epizody w po[1]pularnych komediach („Teściowie 3”, „Uwierz w Mikołaja 2”, „Koniec świata czyli kogel mo[1]gel 4”). W spektaklu „Nogi Syreny” śpiewająco („Co mi panie dasz” Bajmu) wcielił się w geja z pikiety, gościł wówczas w audycji LGBT „Le[1]piej późno niż wcale” w radiu Tok FM

Greta Burzyńska (1993) Aktorka znana m.in. z serialu „Na Wspólnej”; również fotografka. W  wywiadzie w  „R” (nr 97, maj/cze 2022) powiedziała: „Mówiłam o  sobie otwarcie, odkąd uzmysłowiłam sobie homoseksualną orientację w wieku 24 lat. (…) Im więcej będzie się mówiło o coming outach, tym szybciej staną się one czymś zwyczajnym i nie będzie już trzeba mówić, że wyszłam z sza[1]fy, tylko będzie się mówiło, kogo się kocha”.

Bartłomiej Cabaj (1990) Ukończył wydział aktorski w Krakowie, w la[1]tach 2017–2023 aktor Teatru im. Żeromskie[1]go w Kielcach, gdzie zagrał kochanków głów[1]nych bohaterów w spektaklach „Ale z naszymi umarłymi” i  „Ludwig”. Obecnie występuje w  serialu „Dzielnica strachu”. W  wywiadzie dla portalu Milk powiedział: „Moja homo[1]seksualna relacja i orientacja są pełnoprawne i  pełnowartościowe, naturalne i  normalne. Tutaj nie ma nic kontrowersyjnego”.

Konrad Cichoń (1992) Aabsolwent wydziału aktorskiego w Krakowie, od 2016 r. w Teatrze Polskim w Poznaniu. Zapytany o najważniejsze queerowe role wymienia „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”, Klarę w „Ślubach panieńskich” (wszystkie role grali mężczyźni) z  końcową nagą sceną miłosną z  Piotrem B. Dąbrowskim oraz „Kolorowe sny”. W  2017 r. brał udział w  czytaniu performatywnym sztuki o  AIDS „Normalne serce” Larry’ego Kramera w tłumaczeniu i reżyserii Mike’a Urbaniaka.

Maciej Cymorek (1993) Aktor Teatru im. Stefana Jaracza w  Olsztynie, od 2017 r. zagrał ponad dwadzieścia epizodów w filmach i seria[1]lach. Zrobił coming out w  osobistym monologu w spektaklu „Susan Sontag” Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana – recenzja w „Replice” nr 115 (maj/cze 2025).

Ryszard Czubak (1952) Znana tęczowa persona, od końca lat 70. grywał queerowe epizody w fi lmach („Lata 20, lata 30”, „Podróże pana Kleksa”, „Po[1]ra na czarownice”), w 1994 r. wziął udział w  programie „Na każdy temat” o  homo[1]seksualności. W wywiadzie w „Replice” (nr 79, maj/cze 2019) mówił o genezie swojego „przegiętego” wyglądu: „Od czasów mło[1]dzieńczych czuję się i w związku z tym także ubieram się w stylu over sex, poza płcią”.

Piotr B. Dąbrowski (1979) Aktor Teatru Polskiego w Poznaniu. Na por[1]talu Inny Poznań opowiadało coming oucie wśród najbliższych: „Najpierw powiedziałem siostrom, które przyjęły mój coming out pozytywnie. Potem powiedziałem bratu, co nie było łatwe – i dla niego, i dla mnie. Nie przyjął tego dobrze. Dzisiaj jest już zupeł[1]nie inaczej, bo ma nie tylko brata geja, ale i  transpłciowe dziecko, jest więc oddanym sojusznikiem społeczności LGBT+”.

Daniel Dobosz (1986) Aktor Teatru Studio w Warszawie, wcześniej wy[1]stępował w Lublinie. Jego „sceniczny coming out” to tytułowa rola w „Końcu z Eddym”. W wywia[1]dzie dla „Repliki” (nr 107, sty/lut 2024) opowia[1]dał o pierwszym związku z facetem: „Dzięki tej relacji sporo się o sobie dowiedziałem, na nowo mogłem się siebie nauczy. Zrozumiałem, że tak dalej nie mogę, że do tej pory nie żyłem swoim ży[1]ciem. Określiłem się. Na początku wydawało mi się, że jestem biseksualny, ale nie, jestem gejem”.

Maciej „Gąsiu” Gośniowski (1990) Tancerz i  drag performer (udział w  produkcji TVN „Czas na show. Drag me out” i niezliczo[1]ne występy w queerowych klubach całej Polski), który coraz częściej bywa aktorem. Wystąpił m.in. w spektaklu „Wyjeżdżamy” (2018, Nowy Teatr, Warszawa) Krzysztofa Warlikowskiego czy „You can fail! Porażka show” (2024, Teatr 21, Warsza[1]wa) Justyny Sobczyk. Wyoutowany od początku kariery. Trzykrotny bohater nagich kalendarzy „Repliki”. Wywiad w „R” nr 67, maj/cze 2017.

Maciej Grubich (1992) Aktor Teatru im. Osterwy w  Lublinie. „Od kiedy jestem aktorem, nie ukrywam w życiu zawodowym mojej homoseksualnej orientacji. Bo to ważne, by być sobą nie tylko we własnym domu, dla najbliższej rodziny, ale też i w pracy, niezależnie od tego, jaka ta praca miałaby być. To są dla mnie kwestie właściwie nienegocjo[1]walne” – powiedział nam Maciej. Cały wywiad pojawi się wkrótce na łamach „Repliki”.

Klaudia Janas (1997) Aktorka Teatru S. Żeromskiego w  Kielcach, znana m.in. z serialu „Na sygnale”. W wywiadzie w „R” (nr 111, wrz/paź 2024) mówiła: „W szko[1]le teatralnej miałam ze strony niektórych profe[1]sorów bardzo nieprzyjemne sytuacje odnośnie do mojego wyglądu, mojej ekspresji. Słyszałam komentarze, że chodzę jak chłop. Szukano u nas „kobiecych dziewczyn” i „męskich chłopaków”. (…) Wymuszano na mnie chodzenie w sukien[1]kach, ćwiczenie „kobiecego” chodu na korytarzu przy innych kolegach. To było upokarzające”.

Wiktor Korszla (1987) Wokalista, tancerz i  aktor – przede wszystkim musicalowy (m.in. „Metro” i  „Tarzan”, gdzie grał tytułową rolę). W okładkowym wywiadzie w „R” (nr 49, maj/cze 2014) mówił: „Prawdziwy męż[1]czyzna bez problemu założy szpilki i nie umrze ze strachu, co się stanie, jeśli mu się to spodoba”.

Edmund Krempiński (1998) Pierwszy i jak na razie jedyny transpłcio[1]wy aktor zatrudniony na etacie w polskim teatrze – Teatrze Nowym w  Łodzi, gdzie zagrał m.in. tytułową rolę w „Dobrze uro[1]dzonym młodzieńcu” (2023). Wystąpił także dwukrotnie w  nagich kalendarzach „Repliki”. Wywiad w  „R” nr 88, lis/gru 2020.

Kamil Krupicz (1989) Ma na koncie osiem głównych ról musicalo[1]wych. Zagrał m.in. w kultowej gejowskiej „Klat[1]ce wariatek” (2013, Teatr Komedia, Warszawa), w „Mamma Mia!” (2015, Teatr Muzyczny Ro[1]ma, W-wa) czy „Rent” (2024, Krakowski Teatr Variete). Również wokalista, komik i konferan[1]sjer. Z Błażejem Stenclem tworzy gejowskąpower couple branży aktorskiej. Obaj udzielili wywiadu „Replice” (nr 111, wrz/paź 2024)

Cały tekst do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Wydarzenia LGBTQIA+ 2025 / ŚWIAT

🌈 Wydarzenia LGBT roku 2025: ŚWIAT

Miniony rok był dla społeczności LGBT+ na świecie czasem skrajności. Historyczne decyzje dotyczące równości małżeńskiej, rekordowa widoczność queerowych osób w kulturze masowej i polityce mieszały się z brutalnymi represjami, sądowymi regresami i konstytucyjnym wykluczaniem osób transpłciowych. Poniżej przedstawiamy najważniejsze wydarzenia — ponumerowane i opisane — które najlepiej pokazują, w jakim miejscu znalazł się dziś globalny ruch LGBT+

 

Tajlandia wprowadza równość małżeńską

23 stycznia Tajlandia stała się największym państwem Azji i pierwszym w Azji Południowo-Wschodniej, które wprowadziło równość małżeńską. Setki par jednopłciowych zawarły śluby w całym kraju, a w samym Bangkoku — tylko w jednym centrum handlowym — pobrało się ponad 200 par. Parlament przystrojono tęczowymi flagami, a premierka Paetongtarn Shinawatra ogłosiła: „Dziś tęcza dumnie powiewa nad Tajlandią”. Wcześniej na tym kontynencie podobne decyzje podjęły jedynie Tajwan i Nepal.

 

Oscary 2025: bezprecedensowa queerowa widoczność

97. ceremonia Oscarów przyniosła rekordową reprezentację osób LGBT+. Karla Sofía Gascón została pierwszą w historii transpłciową osobą nominowaną aktorsko za rolę pierwszoplanową („Emilia Pérez”). Queerowe osoby twórcze i aktorskie zdobyły także nagrody i nominacje w kluczowych kategoriach: Zoe Saldaña, Colman Domingo, Cynthia Erivo, Paul Tazewell i Lee Sandales. Sama gala była symbolem zmiany: queerowość przestała być wyjątkiem, a stała się integralną częścią głównego nurtu Hollywood.

 

Węgry: konstytucyjny zakaz Parad Równości i masowy sprzeciw

W marcu i kwietniu rząd Viktora Orbána dokonał jednego z najostrzejszych uderzeń w społeczność LGBT+ w Europie. Parlament zakazał organizacji Parad Równości, umożliwił identyfikację uczestników za pomocą technologii rozpoznawania twarzy i umocnił te rozwiązania w konstytucji, definiując istnienie wyłącznie dwóch płci. Mimo groźby kar i więzienia, 28 czerwca przez Budapeszt przeszła Parada Równości, w której wzięło udział nawet 180 tys. osób z całego świata — jeden z największych aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa ostatnich lat.

 

Wielka Brytania: Sąd Najwyższy wyklucza kobiety transpłciowe

16 kwietnia Sąd Najwyższy Wielkiej Brytanii orzekł, że pojęcie „kobiety” w prawie odnosi się wyłącznie do „biologicznej płci”, co de facto wyklucza kobiety transpłciowe z ochrony prawnej. Orzeczenie wywołało falę protestów i krytyki. Jednym z najbardziej widocznych gestów sprzeciwu była koszulka „Protect The Dolls”, w której publicznie wystąpił Pedro Pascal, okazując solidarność z osobami transpłciowymi.

 

Robert De Niro wspiera transpłciową córkę

W kwietniu 29-letnia Airyn, córka Roberta De Niro, dokonała coming outu jako osoba transpłciowa. Aktor natychmiast publicznie wyraził wsparcie, pisząc: „Kochałem mojego syna Aarona, teraz kocham i wspieram moją córkę Airyn. Nie rozumiem, po co to całe zamieszanie”. Jego postawa była szeroko komentowana jako ważny przykład sojusznictwa w czasach narastającej transfobii.

 

Eurowizja i Interwizja: queer wygrywa nawet tam, gdzie miał przegrać

69. Konkurs Piosenki Eurowizji wygrał JJ (Johannes Pietsch) — kolejna queerowa osoba artystyczna po Nemo i Loreen. Jednocześnie w Moskwie, podczas konkursu Interwizji promowanego przez Kreml jako bastion „tradycyjnych wartości”, zwyciężył otwarcie gejowski wokalista Duc Phuc. Paradoksalnie, nawet tam, gdzie queerowość miała zostać wyparta, okazała się nie do zignorowania.

 

Śmierć Edmunda White’a — klasyka literatury LGBTQIA+ i Giorgia Armaniego

3 czerwca zmarł Edmund White, jeden z najważniejszych pisarzy literatury queerowej XX i XXI wieku. Autor ponad 30 książek, w tym przełomowej autobiograficznej trylogii oraz współtwórca „Radości seksu gejowskiego”, pozostawił po sobie dorobek, który ukształtował całe pokolenia czytelników i twórców. Z kolei 4 września zmarł Giorgio Armani, ikona światowej mody. Choć przez dekady nie mówił otwarcie o swojej orientacji, w ostatnich latach wspominał o relacji z Sergio Galeottim, który zmarł na AIDS w 1985 roku. Jego życie i twórczość były splecione z historią epidemii HIV i przemian obyczajowych drugiej połowy XX wieku.

 

USA: Sąd Najwyższy legalizuje zakaz tranzycji medycznej dla nieletnich

18 czerwca Sąd Najwyższy USA uznał zakaz terapii hormonalnych i blokerów dojrzewania dla osób transpłciowych poniżej 18. roku życia za zgodny z konstytucją. Wyrok dotyczy nie tylko Tennessee, ale także 25 innych stanów, które wprowadziły podobne regulacje. To jeden z największych regresów praw osób transpłciowych w historii współczesnych USA.

 

Turcja: policyjna przemoc wobec Parady Równości

30 czerwca w Stambule policja brutalnie stłumiła próby organizacji Parady Równości, zatrzymując ponad 50 osób. Centrum miasta zostało zablokowane, a władze — po raz kolejny — uzasadniały zakaz ochroną „moralności” i „rodziny”. W praktyce oznacza to dalsze ograniczanie wolności zgromadzeń i eskalację represji wobec społeczności LGBTQ+.

 

Holandia zakazuje „terapii konwersyjnej” i wybiera wyoutowanego geja do urzędu premiera

11 września Holandia oficjalnie zakazała praktyk konwersyjnych wobec osób LGBT+. Dołączyła tym samym do grona ponad 20 państw, które uznały je za formę przemocy psychicznej. W Polsce analogiczny projekt ustawy — przygotowany m.in. z KPH — nigdy nie doczekał się realnego procedowania.

Z kolei 7 listopada potwierdzono zwycięstwo socjalliberalnej partii D66. Jej lider, Rob Jetten, ma szansę zostać najmłodszym premierem w historii kraju i pierwszym wyoutowanym gejem na tym stanowisku. W listopadzie ogłosił także swoje zaręczyny z Nicolásem Keenanem.

 

Jonathan Bailey „Najseksowniejszym Mężczyzną Roku”

W listopadzie magazyn „People” uznał Jonathana Baileya za Najseksowniejszego Mężczyznę Roku 2025. Po raz pierwszy tytuł ten trafił do otwarcie homoseksualnego aktora. Bailey nie tylko przełamał branżowe stereotypy, ale stał się symbolem tego, że queerowa widoczność nie wyklucza ról w największych hollywoodzkich produkcjach.

 

 

Podsumowanie

Globalne zestawienie wydarzeń pokazuje świat w stanie głębokiego napięcia. Z jednej strony obserwujemy realne przełomy: równość małżeńską w Tajlandii, rekordową queerową widoczność na Oscarach, kolejne zwycięstwa w kulturze popularnej, symboliczne gesty sojusznicze i polityczne zmiany, które jeszcze dekadę temu wydawały się nieosiągalne. Z drugiej — brutalne regresy: konstytucyjne zakazy, sądowe wykluczenia osób transpłciowych, policyjną przemoc wobec Parad Równości, cofanie dostępu do opieki zdrowotnej i coraz śmielsze używanie języka „tradycyjnych wartości” jako narzędzia opresji.

Ten rok dobitnie pokazuje, że postęp nie jest liniowy. Że równość może być w jednym kraju celebrowana, a w innym penalizowana. Że queerowa obecność w kinie, muzyce czy modzie nie chroni automatycznie przed politycznym atakiem. I że każda zdobyta przestrzeń — czy to parlament w Bangkoku, scena Oscarów, czy ulice Budapesztu — musi być nieustannie broniona.

Z perspektywy „Repliki” to także przypomnienie, jak ważne jest globalne spojrzenie. Bo prawa osób LGBT+ nie kończą się na granicach państw, a regres w jednym miejscu szybko staje się inspiracją dla innych. Dlatego dokumentujemy te wydarzenia nie po to, by je jedynie odnotować, ale by je nazwać, zrozumieć i osadzić w szerszym kontekście.

Queerowy świat nie jest dziś ani jednoznacznie „wygrany”, ani „przegrany”. Jest w ruchu. W oporze. W nieustannej negocjacji swojej obecności. A my — jak od 20 lat — będziemy ten ruch dalej opisywać.

KUPCIE PRENUMERATĘ JUŻ TERAZ >