Hubert Buda, reżyser serialowy, transpłciowy mężczyzna

Z HUBERTEM BUDĄ, transpłciowym mężczyzną, reżyserem seriali „Dzielnica strachu”, „Pierwsza miłość”, „Sprawiedliwi. Wydział kryminalny”, członkiem zarządu Koła Reżyserów Stowarzyszenia Filmowców Polskich oraz Związku Zawodowego Filmowców rozmawia Angela Getler

fot. Paweł Jakubek

Jak zostałeś reżyserem?

Na początku były inne prace niż reżyseria. Studiowałem produkcję w Szkole Filmowej w Łodzi, skąd pochodzę, i pracowałem w pionie produkcji. Później doszkoliłem się z reżyserii i sztuki operatorskiej w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie i postanowiłem rzucić produkcję na rzecz reżyserii.

Początki były trudne?

Zacząłem zupełnie od zera, czyli od funkcji asystenckiej, potem jako drugi reżyser i w pewnym momencie nadarzyła się okazja, by reżyserować. Skorzystałem z niej. To był serial paradokumentalny „Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny” robiony we Wrocławiu. Przez dłuższy czas jeździłem tam, równocześnie będąc drugim reżyserem przy innych projektach. Wcześniej bywałem też montażystą, asystentem technicznym, a przez krótki okres także kierowcą. Żeby móc się utrzymać, gdy nie było dość zleceń reżyserskich, chwytałem się wszystkiego. Nie pracowałem jednak poza ulubioną branżą filmową, co uważam za sukces.

Jaki projekt teraz realizujesz?

Cały czas siedzę w różnych gatunkach serialowych i całkiem dobrze się w tym czuję. Bardzo lubię być na planie. Mam mniej serca do innych zadań reżysera, więc nie zrobiłem dotychczas pełnometrażowego filmu fabularnego. To wymaga dużo więcej pracy poza planem, mocno związanej z produkcją.

Obecnie mam przerwę po „Dzielnicy strachu” i szykuję się do telenoweli „Zaraz wracam” produkowanej na zlecenie TVP. Praca przy realizacji tego typu projektów jest często traktowana jak rzemiosło, a nie coś, przy czym można się artystycznie wyżyć. Natomiast ja uważam, że wszędzie można. Im więcej serca i pracy w to włożę, im będę chciał stworzyć coś lepszego, tym mocniej będę mógł wpływać na kształtowanie odbiorców i odbiorczyń oraz ich oczekiwań wobec dostarczanych im treści.

Co ci się tak podoba w byciu na planie?

Zazwyczaj atmosfera. Trafiałem na świetne ekipy, z którymi przyszło mi pracować. Ludzi, zaangażowanych, którym się chce. Podoba mi się, że razem tworzymy coś fajnego i że wszyscy gramy do jednej bramki. Mam swoją interpretację tego, co zaproponowali scenarzyści, scenarzystki i mam możliwość współpracy nad tym z operatorem lub operatorką oraz aktorkami, aktorami i innymi osobami. Bardzo podoba mi się ta twórcza wymiana.

Czym się w zasadzie zajmuje reżyser? Opowiesz trochę?

Z jednej strony to jest rodzaj przetwarzania jakiejś historii w obrazy, postacie, emocje i relacje. Z drugiej, to interpretacja rzeczywistości i tego, jak ja widzę schematy, które społecznie funkcjonują. Na przykład decyduję, na ile dana postać miałaby funkcjonować w stereotypie, a na ile go przełamać.

To jest współpraca między reżyserem i całą ekipą. Do tego dochodzą rekwizyty i pomieszczenie, w jakim postać funkcjonuje oraz odpowiedni kostium, fryzura – czy ktoś jest ogolony, czy nie. Drobne szczegóły, które nie są w pełni rejestrowane przez widzki czy widzów, natomiast składają się na obraz, który podświadomie odczuwamy. Ważne też, jak się tę postać umieści się między innych bohaterów, bohaterki i ich relacje.

Czy jest scena, ktorej reżyserowanie szczegolnie zapadło ci w pamięć?

Bardziej są to momenty, gdy widzę, że z danym aktorem czy aktorką jestem już na etapie, gdzie bardzo szybko łapiemy, o co nam nawzajem chodzi. Na przykład scena, w której była aferka między dziewczyną, nazwijmy ją Anią, a jej ciocią. Ania została przez ciocię zmanipulowana i miała wyrazić swój gniew. Próbowaliśmy raz, drugi i ciągle coś było w tym sztucznego, a nie takiego soczystego, prawdziwego, z wnętrza. W pewnym momencie aktorka grająca Anię powiedziała swój tekst, wykonała ruchy, które miała wykonać, ale dodatkowo zaimprowizowała i rzuciła trzymanymi dokumentami. To było tak organiczne, że z aktorką oboje spojrzeliśmy po sobie i wiedzieliśmy, że to jest dokładnie ta reakcja, której brakowało tej postaci. Lubię pracować z dużo starszymi aktorami i aktorkami. To była inna szkoła grania i funkcjonowania na planie. Te osoby mają niesamowicie dużo cierpliwości, ale też potrafią oddzielić rolę od siebie jako człowieka. Nie potrzebują pozostawać non stop w postaci, tylko mogą z niej wyjść, spokojnie funkcjonować i potem w nią z powrotem wejść. To dla mnie ważne, bo mam czasem dylemat, na ile mogę o coś prosić aktorkę, aktora, jeżeli ci mocno się angażują i wychodzenie z roli zdaje się trudnym procesem. Może to niemoje zadanie, ale w idealnym świecie chciałbym tego człowieka jak najmniej obciążać emocjonalnie.

Zdarzyło ci się, że scena przytłoczyła aktora?

Tak. Aktor miał grać nieboszczyka. Była specjalna kapsuła. W scenie przyjeżdża karawan z grabarzami, którzy zabierają denata. Aktor miał być zamknięty w kapsule i wsunięty do karawanu. W momencie, jak zobaczył tę kapsułę, odezwał się w nim taki lęk, że nie dał rady tego zagrać. Bardzo cenię, że to powiedział i nie przekraczał swoich granic na siłę.

Co zrobiliście?

Są różne sposoby, żeby od tego uciec. Nakręciliśmy wkładanie zamkniętej kapsuły do karawanu oraz scenę, jak on wcześniej leży w worku, który właśnie był zasuwany. Reszta była kwestią montażu.

Miałem też aktora, który miał kłopot, żeby się położyć w trumnie na katafalku. Skupiłem się z nim na tym, czy da się oswoić. Sam też położyłem się do tej trumny. Ale on wiedział, że ma możliwość decyzji, czy na to pójdzie, czy nie. Skończyło się tak, że położył się do trumny, ale ujęcie przykrywania wieka kręciliśmy już bez niego w środku.

Na jakim etapie swojej drogi przeszedłeś tranzycję?

Mam 45 lat i stało się to dopiero kilka lat temu. Więc na takim etapie, kiedy już pracowałem jako reżyser i znałem trochę osób z tej branży, a życie zdawało się dość poukładane.

Czy miałeś trudności ze zrobieniem coming outu?

Bałem się reakcji. Wiem, że są osoby, które w momencie tranzycji decydują się zmienić nie tylko imię, ale także nazwisko i całe otoczenie po to, żeby nie musieć się tłumaczyć. Ja tak bardzo kocham reżyserować i cały ten filmowy świat, iż nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od tego uciec i pracować inaczej. Wiedziałem, że to będzie wymagające, by się zmierzyć z tym, że wszyscy będą wiedzieć o mojej tranzycji. Nie wiem, co w swoich głowach tak naprawdę myślą, ale na zewnątrz wszystko wydaje się okej. Cieszę się więc z tego, co widzę i już.

A jak było z twoimi bliskimi?

Dawno temu miałem wrażenie, że w jakiś sposób oszukuję moich rodziców. Nie lubię kłamać i to był bardziej mój problem, niż cokolwiek innego. Zanim się im wyoutowałem po raz pierwszy jako lesbijka, było to powodem dużych napięć między nami.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Poznali się w programie „The Traitors. Zdrajcy”: Maciej Łobos i Dawid Drej

Poznali się w programie telewizyjnym „The Traitors. Zdrajcy”. Z 26-letnim pianistą MACIEJEM ŁOBOSEM i 21-letnim studentem medycyny DAWIDEM DREJEM rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. Alexandr Potipko

W komentarzach na waszych instagramowych kontach już od jakiegoś czasu pojawiały się pytania, czy jesteście razem. W lipcu na antenie „Dzień Dobry Wakacje” w TVN potwierdziliście związek.

Maciej: Jesteśmy razem ponad półtora roku i dojrzeliśmy do tego, żeby się tego nie wstydzić i nie czuć klinczu w rozmowach z ludźmi, którzy jeszcze nie wiedzą. Uczę gry na pianinie i czasem w rozmowie z rodzicami uczniów naturalnie mówię: „mój partner”. Chodziło o to, żeby mieć z tym luz. I żeby zdjąć ciężar z bliskich. Oni czasem się zastanawiali, komu wolno powiedzieć, kto już wie, a kto nie. Teraz już nie muszą.

Zostaliście parą już podczas nagrań drugiego sezonu „Th e Traitors. Zdrajcy”? (w programie o wygraną pieniężną rywalizowały dwadzieścia dwie osoby – przyp. red.)

Dawid: W programie nie mieliśmy ze sobą właściwie żadnej relacji. Byliśmy sobie dość mocno obojętni, skupialiśmy się na grze – bardzo wymagającej, bo polegającej na zidentyfi kowaniu tak zwanych „zdrajców” wśród uczestników.

M: Gdy zaczęliśmy nagrywać program we wrześniu 2024 r., oczywiście od razu zauważyłem, że Dawid jest przystojny, młody i fajny, ale nie wyczuwałem od niego „gejowskiego vibe’u”. Nagrania trwały trzy tygodnie, nie mogliśmy mieć telefonów, niemal nieustannie byliśmy „na podsłuchu”. Po całych dniach nagrań byliśmy nie tylko fi zycznie, ale i psychicznie zmęczeni. Moje instynkty nie były na tyle pobudzone, żebym myślał o fl irtach. (śmiech) Poza tym moi rodzice nie wiedzieli jeszcze wtedy, że jestem gejem, więc tym bardziej nie czułem się komfortowo, żeby rozmawiać o tym przed kamerami.

D: Miesiąc po nagraniach, w październiku, spotkaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami w Kielcach. Wtedy pierwszy raz tak szczerze porozmawialiśmy.

M: No i… zaiskrzyło. Program nas zresztą później zarówno łączył, jak i dzielił. Emisja rozpoczęła się w lutym 2025 r. Oglądaliśmy razem i czasem zupełnie inaczej ocenialiśmy to, co się tam działo. Zdarzało się, że się kłóciliśmy i potem nawet nie chcieliśmy razem oglądać kolejnego odcinka.

D: Długo żyliśmy programem, bo wszędzie widzieliśmy siebie: w odcinkach, reklamach, zapowiedziach. Ale w międzyczasie nasz związek już zapuszczał korzenie, poznawaliśmy siebie nawzajem, a nawet przedstawialiśmy sobie rodziny.

Dlaczego w ogole zgłosiliście się do „Zdrajcow”?

M: Znałem format i podobał mi się jako gra psychologiczna. Byłem też ciekawy telewizji, tego, jak ten świat wygląda od środka. Nie zakładałem jednak, że się dostanę.

D: Serio? Ja od razu wiedziałem, że się dostanę.

M: No właśnie. Chociażby tym się różnimy. (śmiech)

D: Zgłosiłem się zupełnie w ciemno. Byłem po maturze, miałem wolne, więc pomyślałe

M: pojadę do Belgii (tam odbywały się nagrania drugiego sezonu – przyp. red.), powygłupiam się przed kamerą, najem się dobrego jedzenia i będę miał wakacje przed studiami. Wcześniej obejrzałem trzy odcinki pierwszego sezonu, ale mnie znudziły. W tym samym czasie zgłosiłem się też do reklamy Lindta, bo szukali ambasadora czekoladek. Byłem dużo bardziej napalony na tego Lindta. Kiedy dostałem wiadomość o castingu, byłem przekonany, że chodzi właśnie o czekoladę, a tu TVN zaprasza mnie do „Th e Traitors”. Lindt mnie ostatecznie nie wybrał, ale jeżeli czytają ten wywiad, to nadal jestem chętny.

Jak wyglądały początki waszego związku?

M: Zaczęliśmy się spotykać w listopadzie 2024 r., a w czerwcu 2025 r. przeprowadziłem się do Dawida do Gdańska. Stwierdziliśmy, że lepiej od razu wejść na głęboką wodę i zamieszkać razem na 26 metrach kwadratowych. Wcześniej ciągłe jeżdżenie między Krakowem a Gdańskiem było trudne. Kończyłem jeszcze studia, Akademię Muzyczną w Krakowie w klasie fortepianu. Niestety nie udało mi się tego zrobić jeszcze w czerwcu, więc nawet po przeprowadzce przez cztery miesiące wracałem jeszcze co tydzień do Krakowa.

D: Dla mnie to było cholernie trudne, bo nie byłem przyzwyczajony, że ktoś stale bytuje w moim mieszkaniu, a miałem akurat końcówkę mojej pierwszej w życiu sesji egzaminacyjnej. Studiuję na kierunku lekarskim na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Mamy jeden pokój z aneksem kuchennym i łazienką, a Maciek wprowadził się z pianinem i musiał ćwiczyć do dyplomu. Dudnił mi za plecami, gdy próbowałem uczyć się anatomii i histologii.

M: Teraz wynajmujemy lokal, w którym gram koncerty, więc ćwiczę już tam.

D: Dlatego w tym roku mam stypendium, a w zeszłym nie zdałem histologii. Widzisz?

Na 26 metrach trudno chyba uniknąć kłótni.

M: Mamy zasadę, że nawet jeśli się pokłócimy, musimy pogodzić się przed pójściem spać.

D: Porządnie pokłócić się na takiej powierzchni trochę nawet nie ma jak. (śmiech)

M: Ale napięcia oczywiście bywają. Wrzeszczymy na siebie, przeklinamy, czasem się obrażamy. Dawid jest impulsywny i potrafi powiedzieć dużo rzeczy, za które później przeprasza. Ja kiedyś bardziej zastanawiałem się nad każdym słowem, ale nauczyłem się od niego mówić od razu i mocniej. Z drugiej strony nauczyłem się też nie brać wszystkiego do siebie.

Macie rownież wspolny biznes – organizujecie kameralne koncerty fortepianowe w Gdańsku.

M: W zeszłym roku organizowaliśmy koncerty w kościele św. Katarzyny w Gdańsku. Nie dogadaliśmy się jednak z szefem tego miejsca, gdy doszło do podpisywania kontynuacji umowy.

D: W dniu ostatniego koncertu w tamtym miejscu zobaczyłem ogłoszenie o lokalu do wynajęcia. To była piwniczna speluna po kebabie: wyrwane ściany, kable zwisające z sufi tu, dramat. Ale lokal był w centrum i miał idealny metraż na kameralne koncerty. Wzięliśmy go, wyremontowaliśmy w dwa tygodnie i przeszliśmy na swoje. Teraz organizujemy koncerty fortepianowe przy świecach pod tytułem „I like Chopin”. 

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Marta Fijak, projektantka gier wideo

Z MARTĄ FIJAK, projektantką gier wideo związaną z Day Off Interactive, a wcześniej m.in. z 11 bit studios i Techlandem, rozmawia Mateusz Witczak

arch. pryw.

O gamedevie (czyli produkcji gier) wiesz chyba wszystko. Byłaś już projektantką, programistką, analityczką danych, designerką systemow oraz dyrektorką kreatywną. Masz na koncie książkę „How and Why We Make Games” oraz – jako część zespołu odpowiedzialnego za narrację „Frostpunka” – nominację do nagrody BAFTA. Prestiżowy GamesIndustry.biz umieścił cię w gronie „100 osob, ktore zmieniają oblicze branży gier”. Na ile jest to oblicze przyjazne queerowi?

Mam nadzieję, że samym faktem bycia wyoutowaną lesbijką trochę w tym obszarze pomagam, w pracy staram się zresztą kompletować różnorodne zespoły. Gamedev to śmieszna dziedzina na styku inżynierii i sztuki, więc im więcej słychać w niej zróżnicowanych głosów, tym lepiej. Z doświadczenia wiem, że team złożony z osób o różnych narodowościach, pochodzeniach, orientacjach czy tożsamościach zyskuje świeżość spojrzenia, która pozwala nam tworzyć ciekawsze, lepsze gry.

Z raportu International Game Developers Association wiadomo, że branża jest mocno queerowa – jako gej lub lesbijka identyfi kuje się 6% jej pracownikow_czek, 17% „przyznaje się” do bi- lub panseksualności, 8% stanowią osoby niebinarne, a 2% – aseksualne. Z czego wynika fakt, że w gamedevie outujemy się częściej niż w całej populacji?

W pewnym sensie queerowość jest wpisana w działalność artystyczną. Na pewno coming out jest w gamedevie prosty, a w każdym razie prostszy niż w innych zawodach. Przykładowo kiedy byłam związana ze światem nauki, nie mogłam sobie pozwolić na tak otwarte życie, jakie prowadzę teraz. Uniwersytet to wciąż silnie zhierarchizowana struktura, w której panuje niekiedy jawna niechęć względem „dewiacji”.

Choć w życiu prywatnym wypełzłam z szafy relatywnie szybko, na uczelni nie byłam wyoutowana, zresztą stąd wzięła się męskoosobowa forma, którą do dziś pieszczotliwie nazywam moją żonę. Na studiach nie chciałam się przez przypadek ujawnić przed wykładowcami, więc kiedy mówiłam o Asi, to jako o „Rudym”, nie o „Rudej”.

Jak się w ogole poznałyście? Ty studiowałaś biologię, a Joanna mikrobiologię, prawda?

Tak. Oba kierunki miały wspólny angielski, w toku którego zapałałyśmy do siebie niesamowitą wzajemną niechęcią. Joanna uważała mnie za koszmarnego obiboka – zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe, że potrafi ę zaspać na zajęcia o godzinie siedemnastej (do dziś pamiętam, jak po moim wejściu do sali przewracała oczami). Ja z kolei widziałam w niej wyniosłego potwora z mikrobiologii, a w dodatku banana, który chwalił się weekendowym wypadem na koncert do Londynu, podczas gdy ja cały tydzień żywiłam się opakowaniem jajek. Na studiach magisterskich trafi łyśmy do jednego zakładu biologii eksperymentalnej i to tam wszystko się zaczęło. Koledzy ostrzegali nas, żeby nie brać sobie za promotora pewnej pani profesor, ale obie doszłyśmy do wniosku, że ona jest po prostu wymagająca, a ludzie mówią o niej złe rzeczy, bo nie chce im się uczyć. Otóż okazało się, że absolutnie nie miałyśmy racji. Przyjaciółkami zostałyśmy trochę dlatego, że wspólnie przeżywałyśmy znoje i trudy magisterki, a później, po licznych przygodach, pomyłkach i niedopowiedzeniach, skończyłyśmy w związku.

Ponoć długo wydawało ci się, że Joanna nie jest zainteresowana tobą, lecz kolegą z politechniki.

Byłam już wtedy wyoutowaną lesbijką, ale nie miałam pojęcia, że Joanna jest osobą panseksualną. Długo nie dostrzegałam, że się jej podobam, kompletnie nie zauważałam sygnałów, jakie mi wysłała. A ponieważ faktycznie spędzaliśmy we trójkę bardzo dużo czasu, sugerowałam nawet, że może powinna się z tym naszym kolegą związać. Dzięki Bogu moja żona zrozumiała, że trzeba do mnie mówić wielkimi literami i wzięła sprawy we własne ręce. Pewnego dnia kupiła butelkę wina i zabrała mnie na Wyspę Słodową we Wrocławiu, gdzie oznajmiła, że to nie kolega ją interesuje.

Nazywasz Joannę „żoną”. Faktycznie sformalizowałyście relację?

Na tyle, na ile było to możliwe. Pomogła pandemia, w której dużo myślałyśmy o kwestiach ostatecznych – zaczęłam się np. zastanawiać, czy jeśli zachoruję, to Joanna będzie miała dostęp do mojej dokumentacji medycznej? Podpisałyśmy wtedy umowę cywilnoprawną, mamy zestaw zabezpieczeń notarialnych, w tym upoważnienia administracyjne i bankowe oraz spisane testamenty. Zdaję sobie natomiast sprawę, że uregulowanie przez nas takich spraw jest kwestią pewnego przywileju, bo nie każdą parę LGBTQ+ na to stać.

Gdyby to było możliwe, wystąpiłybyście o „status osoby najbliższej”?

Nie wiem. Czuję pewien niesmak w związku z tą ustawą. Rozumiem, że to potrzebna legislacja, i że rozwiązuje ona wiele problemów (nie tylko zresztą dla par LGBTQ+). Ale trudno mi się cieszyć, że po dwudziestu kilku latach nadal debatujemy w Polsce nad związkami partnerskimi – w dodatku w bardzo okrojonej wersji – podczas gdy w Europie standardem są śluby.

Kiedy połtora roku temu rozmawialiśmy na łamach „Polityki”, mowiłaś, że pokochałaś nie tylko tamtą „studencką” Joannę, ale także jej kolejne wersje. Co to właściwie znaczy?

Zakochałyśmy się w sobie piętnaście lat temu, trudno mi dziś wymagać, by była tą samą osobą, bo żadna z nas nie stoi w miejscu. Odnoszę zresztą wrażenie, że dużo cierpienia w związkach wynika z zakochania się w pewnej wersji partnerki i rozminięcia się z kolejnymi. Ja mam to szczęście, że kocham coraz to nowe Aśki, cały czas odkrywam swoją żonę na nowo, a nasza relacja ciągle ma w sobie świeżość. To piękny i fascynujący proces.  

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

RÓWNOŚĆ W KRAKOWIE

ZADANIE PUBLICZNE FINANSOWANE ZE ŚRODKÓW MIASTA KRAKOWA 

Kraków. Z jednej strony – miasto pomników, narodowych symboli, szkolnych wycieczek i opowieści o polskości budowanej wokół Wawelu. Z drugiej – europejska stolica weekendowych imprez. Czy dla osób LGBTQIA+ to jest dziś bezpieczne miejsce do życia?

Coś w Krakowie wyraźnie się zmienia. Widać to szczególnie w maju, gdy przez miasto przechodzi Marsz Równości, odbywa się Festiwal Queerowy Maj, a queerowa społeczność przejmuje przestrzeń miasta nie tylko protestem, ale też kulturą i sztuką. Organizatorzy Stowarzyszenia Queerowy Maj od lat też z tego patriotycznego ducha miasta korzystają – hasłem tegorocznego marszu było „Nie rzucim ziemi”, zaczerpnięte z „Roty” ikony LGBT+ Marii Konopnickiej, a oprawa graficzna wydarzenia inspirowana była folklorem oraz twórczością Zofii Stryjeńskiej. Towarzyszący marszowi Festiwal Queerowy Maj w ubiegłym roku stał się największym festiwalem tęczowej społeczności w Polsce. Tegoroczna edycja, podczas której zorganizowano blisko sto wydarzeń, pobiła ubiegłoroczny rekord. Symbolicznym momentem był również kolejny Queerowy Bal w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej – wydarzenie, które pokazuje, że queerowa społeczność coraz mocniej zaznacza swoją obecność także w najbardziej prestiżowych instytucjach kultury.

Ale prawdziwe pytanie brzmi dziś inaczej: czy za tęczowymi flagami idą konkretne działania miasta?

Po zwinięciu tęczowych flag

Jeszcze kilka lat temu medialnym symbolem zmiany była podświetlona na tęczowo Kładka Bernatka czy obecność przedstawicieli miasta na Marszu Równości. Takie gesty są ważne – szczególnie w kraju, w którym osoby queerowe przez lata słyszały od polityków głównie język pogardy lub lekceważenia. Znacznie trudniej jednak budować codzienny system wsparcia.

Kraków nie traktuje działań na rzecz równości osób LGBT+ jako jednorazowego wydarzenia ani jako tematu ograniczonego do maja – mówi Magdalena Furdzik, zastępczyni dyrektora Wydziału Polityki Społecznej, Równości i Zdrowia Urzędu Miasta Krakowa. – Całoroczna polityka miasta opiera się na czymś szerszym: na budowaniu miejskiego systemu równego traktowania, współpracy z organizacjami pozarządowymi, edukacji, działaniach antydyskryminacyjnych oraz tworzeniu miejsc, w których osoby doświadczające przemocy lub wykluczenia mogą uzyskać realną pomoc.

Co to oznacza w praktyce? Miasto stworzyło stanowisko Pełnomocniczki Prezydenta Miasta Krakowa ds. Polityki Równościowej. Jest nią obecnie Ewelina Pytel, do której można zgłaszać sprawy związane z prawami człowieka i tematyką równościową. Działa Rada ds. Równego Traktowania, której celem jest m.in. przeciwdziałanie dyskryminacji. Funkcjonuje też miejski serwis informacyjny „Kraków dla Równości”, a organizacje społeczne mogą otrzymywać wsparcie finansowe na działania równościowe. Jak podkreśla Furdzik: To jest mniej widowiskowe niż duże wydarzenie, ale niezwykle ważne, bo równość nie może zależeć wyłącznie od dobrej woli pojedynczych osób. Musi mieć swoje miejsce w strukturze urzędu, swoje procedury, osoby odpowiedzialne i kanały kontaktu.

Od deklaracji do codziennej pomocy

O tym, czy osoby LGBTQIA+ naprawdę mogą czuć się w mieście bezpiecznie, decydują jednak codzienne sytuacje: kontakt z urzędem, rozmowa z policją czy wezwanie pomocy w kryzysie.

W instytucjach miejskich standardem powinien być szacunek, brak deadnamingu, używanie preferowanego imienia i zaimków wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, oraz obsługa spraw urzędowych bez komentarzy, oceniania czy upokarzania – mówi Magdalena Furdzik. Jak podkreśla, miasto publikuje materiały edukacyjne dotyczące języka inkluzywnego wraz z poradami, np.: jak reagować na homofobiczne i transfobiczne komentarze oraz jak pytać o formę zwracania się do danej osoby.

Jednym z najważniejszych elementów systemu wsparcia jest działający całodobowo Ośrodek Interwencji Kryzysowej przy ul. Radziwiłłowskiej 8b. Oferuje on pomoc psychologiczną, prawną, wsparcie socjalne oraz – w razie potrzeby – schronienie, także osobom LGBTQIA+. Pracownicy zostali przeszkoleni z języka inkluzywnego, sytuacji prawnej osób LGBT+, stresu mniejszościowego i przeciwdziałania stygmatyzacji. Osoba, która zgłasza się po pomoc, nie powinna najpierw walczyć o uznanie swojej tożsamości – dodaje przedstawicielka magistratu. W praktyce oznacza to możliwość korzystania z preferowanego imienia i zaimków. Od 2025 r. w strukturze MOPS działa także Patrycja Durska, Krakowska Rzeczniczka ds. Przeciwdziałania Przemocy.

Równość jako polityka miasta

Kraków coraz częściej próbuje patrzeć na równość szerzej – nie tylko przez pryzmat pojedynczych wydarzeń czy interwencji. Miasto uczestniczyło w międzynarodowym projekcie FEMACT-Cities realizowanym w ramach programu URBACT IV, dotyczącym tworzenia bardziej bezpiecznych i włączających przestrzeni miejskich. Te działania zostały zauważone także poza Polską. W 2025 roku Kraków otrzymał Brązową Nagrodę Komisji Europejskiej w konkursie European Capitals of Inclusion and Diversity Award.

Jeszcze kilka lat temu wiele działań wymagało tłumaczenia, dlaczego w ogóle miasto powinno zajmować się osobami LGBT+ – wyjaśnia Magdalena Furdzik. – Dziś coraz częściej punktem wyjścia jest nie pytanie: „czy to jest rola miasta?”, ale: „jak zrobić to dobrze?”.

I może właśnie tutaj najlepiej widać zmianę, która wydarzyła się w Krakowie – nie tylko w liczbie tęczowych wydarzeń, lecz także w tym, że równość coraz częściej zaczyna być traktowana jako element jakości życia w mieście.

*******************************

Czytaj więcej o tym, co dzieje się w Krakowie: 

Informacje o organizacjach pozarządowych:  ngo.krakow.pl 
Kraków dla Równości:  www.rownosc.krakow.pl

Ignorancja i nieuświadomiony przywilej Ignacego Lissa

mat. pras.

 

TEKST: Mariusz Kurc, współpraca Daniel Oklesiński 


Żeby poradzić sobie z rolą współczesnego geja, nie wystarczy być sprawnym aktorsko 

Wstrzymywaliśmy się z komentarzem odnośnie do wypowiedzi Ignacego Lissa. Dla tych, co nie są na bieżąco: to aktor grający główną rolę Filipa – geja, lekkoducha, imprezowicza i narkomana, który musi zająć się malutką córką swej zmarłej siostry – w nowym serialu HBO Max pod tytułem „Proud”. Pierwszy odcinek miał premierę w piątek, 12 czerwca – tuż przed warszawską Paradą Równości. Wstrzymywaliśmy się z komentarzem, bo po tym, jak do aktora dotarła fala słusznej krytyki, nasz kolega redakcyjny, szef działu filmowego Daniel Oklesiński skontaktował się z Lissem w ramach przygotowania dłuższego komentarza dla Mint Magazine (TUTAJ TEN TEKST) . Miało dojść do spotkania. Jednak w pewnym momencie aktor zamilkł, kontakt się urwał.

 

Mamy więc tylko te wypowiedzi Lissa, jakich udzielił w dotychczasowych wywiadach. Daniel Oklesiński odniósł się do nich wyczerpująco w tekście dla „Mint Magazine” – polecamy. A poniżej – nasze krótkie komentarze do wypowiedzi Ignacego Lissa. 

 
1. Zacznijmy od chyba najgorszej – dla amerykańskiego „Variety” 

Liss o serial “Proud”: ”This isn’t about same-sex couples’ rights – this topic doesn’t even exist in Poland – but we do show that some people are bothered by Filip’s sexual orientation. We know this problem exists” (“To nie jest o prawach par jednopłciowych – ten temat nawet nie istnieje w Polsce – ale rzeczywiście pokazujemy, że niektórym ludziom orientacja seksualna Filipa przeszkadza. Wiemy, że te ten problem istnieje”) 

 

Aż trudno uwierzyć. Temat praw par jednopłciowych „nie istnieje w Polsce” – słowa te padły w czasie, w którym projekt ustawy dający pewne prawa parom jednopłciowym właśnie przeszedł przez Sejm i trafił do Senatu. 

 

2. W wywiadzie dla Plejady: 

„Wydaje mi się że trzeba być bardzo ostrożnym i staram się być bardzo apolityczny, jeśli chodzi o wszelakiego rodzaju parady, pikiety, protesty, ponieważ nie lubię tego w naszym kraju, że jesteśmy tak bardzo skłóceni i poróżnieni. Bardzo często mówimy o tym samym i mamy podobne poglądy, a kłócimy się i rzucamy w siebie obelgami. Staram się po prostu unikać takich historii. (…) Jestem zwolennikiem rozmowy i słuchania siebie nawzajem, a nie wyzywania i skreślania.” 

O wyzywanie i skreślanie Liss – deklarujący się jako katolik – powinien mieć chyba pretensje właśnie do kościoła katolickiego. To z jego strony padały takie wyzwiska wobec ludzi LGBT+ jak „tęczowa zaraza” a katechizm katolicki „skreśla” osoby LGBT, uznając relacje homoseksualne za „moralne nieuporządkowanie”. 

Apolityczny? Zagrał geja we współczesnym serialu w Polsce w 2026 r., gdy temat praw osób LGBT jest jednym z najgorętszych tematów politycznych – i chce być apolityczny? 

 

3. Na własnym Instagramie: 

„Wierzę w to, że jest mnóstwo osób, które są w tych mniejszościach seksualnych, które też nie przepadają za takimi miejscami jak Parada Równości, czy Marsz Niepodległości czy inne protesty i pikiety, bo po prostu nie czują się tam bezpiecznie, ja trochę tak mam.” 

W reakcji na krytykę Liss wypowiedział powyższe słowa na swoim Instagramie – i tylko pogorszył sytuację. Zestawienie Parady Równości z Marszem Niepodległości świadczy o ignorancji aktora – prawdopodobnie nigdy na żadnej Paradzie nie był – co z kolei pod znakiem zapytania stawia prawdziwość stwierdzenia, że „nie czuje się tam bezpiecznie”. Można nie czuć się bezpiecznie w miejscu, w którym nigdy się nie było? 

A przede wszystkim Ignacy Liss powinien mieć świadomość, że bez Parad/Marszów Równości jego serialu by nie było. To my, społeczność LGBT+, walcząc od dekad na różne sposoby (m.in. poprzez Parady/Marsze Równości), sprawiliśmy, że wielka korporacja taka jak Warner Bros Discovery zdecydowała się zainwestować środki w serial właśnie o takiej tematyce. 

Parady mogą się Lissowi podobać lub nie, może on na nie chodzić lub nie – tak czy inaczej są one od ponad pół wieku jednym z głównych „narzędzi” emancypacji ludzi LGBT+ w całym zachodnim (i nie tylko zresztą) świecie. Chyba skutecznym, skoro sytuacja osób LGBT+ na tym obszarze zmieniła się w ciągu tego pół wieku diametralnie na lepsze. 

 

4. W wywiadzie dla „K-Mag” 

„Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja” 

 

„Bardzo dużo zależało od tego, kto stanie po drugiej stronie kamery i jak potraktuje tę historię – czy będzie próbował kogokolwiek indoktrynować swoimi poglądami, czy po prostu opowie historię człowieka i pokaże, że taka historia ma prawo się wydarzyć.” 

 

„Cieszę się, że to właśnie ja mogłem stać się częścią tej historii, a nie osoba, powiedzmy, z tego konkretnego środowiska gejowskiego.” 

 

Gwoli ścisłości, papież Franciszek przyjął osoby transpłciowe na spotkaniu, nie znaleźliśmy informacji, jakoby mył w Wielki Czwartek nogi osobom trans. A co generalnie Liss miał na myśli, przywołując Franciszka? Że zagranie roli geja może przez kogoś być postrzegane jako pewna ujma na honorze – a więc wymaga odwagi? Nie, te czasy już minęły – ale nie minęły same z siebie, tylko społeczność LGBT poprzez lata pracy zmieniła nastawienie ogółu społeczeństwa. Poza tym,   

 

Ignacy Liss powinien wiedzieć, że żadna współczesna historia osoby LGBT+ w Polsce nie jest historią „po prostu”. Jest historią specyficzną dlatego, że specyficzna jest sytuacja osób LGBT+ – borykających się z systemowymi uprzedzeniami i dyskryminacją. Choćby nie wiem, jak reżyser czy scenarzysta (czy aktor) chciał  – nie ucieknie od „kontekstu”, w jakim żyją osoby LGBT+. 

 

Natomiast trzecia wypowiedź to już hardcorowa homofobia – Liss cieszy się, że roli Filipa nie zagrał aktor, który jest wyoutowanym gejem. (Zdaje się też, że nie ma zielonego pojęcia o trwającej od dobrych kilku lat dyskusji o zatrudnianiu aktorów hetero/cis do ról LGBT+ a to temat-rzeka.) 

 

5. W wywiadzie dla „GQ”: 

„Marzy mi się, że ten serial nie będzie polaryzował opinii, bo jestem już zmęczony dyskusjami o aborcji czy prawach par jednopłciowych. To bardzo ważne, ale nie chcę być aktywistą. Nikt z ekipy pracującej przy tym filmie nie chciał nosić żadnych transparentów. Chcieliśmy zrobić historię o miłości. Każdy ma do niej prawo, nieważne, kim jest.” 

 

W tej wypowiedzi chyba najlepiej widać, że Liss mówi z pozycji człowieka nawet niezdającego sobie sprawy z tego, w jak uprzywilejowanej pozycji się zajmuje. Heteroseksualny facet jest „zmęczony dyskusjami o aborcji czy prawach par jednopłciowych” – a więc kwestiami, które bezpośrednio w ogóle go nie dotyczą! Nie przychodzi mu do głowy, że osoby bezpośrednio tymi kwestiami zainteresowane są zmęczone dużo bardziej – ale nie mają wyjścia. Jeśli bowiem chcemy mieć te kwestie tak załatwione, jak to jest standardem w krajach zachodnich, musimy walczyć. 

Gdyby Liss był białym amerykańskim farmerem w połowie XIX wieku, zapewne męczyłyby go dyskusje o zniesieniu niewolnictwa – i namawiałby Czarnych do nienoszenia transparentów, nawoływałby do „spokojnej” rozmowy. 

Żadna mniejszość nie wywalczyła żadnych praw, grzecznie o nie prosząc. 

 

„Chcieliśmy zrobić historię o miłości. Każdy ma do niej prawo, nieważne, kim jest” – tu Liss ponownie sprzeniewierza się religii, którą według jego własnych słów wyznaje. Przypomnijmy: zgodnie z katolickim katechizmem, osoby LGBT nie mają prawa do miłości. 

 

 

*** 

 

Ignorancja Ignacego Lissa ujawnia jeszcze jeden problem – ignorancję Warner Bros Discovery. Jak można było do tego stopnia nie przygotować głównego aktora serialu do jego promocji? 

 Ale jest też coś optymistycznego: reakcja naszej społeczności. Na Instagramie aktora pojawiła się cała fala… nie, nie hejtu, a rzetelnej, merytorycznej krytyki. Brawo! 

 

Miłosz Przepiórkowski o współpracy KPH z firmami

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

TEST KAMPANII PRZECIW HOMOFOBII

fot. KPH

Z Miłoszem Przepiórkowskim, specjalistą ds. partnerstw strategicznych w Kampanii Przeciw Homofobii, rozmawia Anna Mikulska

Anna Mikulska, KPH: Inkluzywność się opłaca?

Zawsze się opłacała, ale przez długi czas nie była w Polsce brana pod uwagę. Kiedyś firmy miały powiedzenie: „Akceptujemy wszystkich, nie obchodzi nas, kto co robi w łóżku”, ale to nie przekładało się na rzeczywistość. Osoby pracownicze LGBT+ nie czuły, że mogą otwarcie mówić o swoim związku. Teraz to się zmienia. Firmy faktycznie coraz bardziej stawiają na inkluzywność i edukują się w tym zakresie.

Kiedy zaczęła się ta zmiana?

Myślę, że to kwestia ostatnich dziesięciu, może piętnastu lat. Zaczęło się od międzynarodowych korporacji, ale część polskich przedsiębiorstw szybko postanowiła włączyć się w ten proces. Nadrabiamy to, co miało miejsce np. w USA jeszcze w latach 90.

Tyle, że nierzadko to działania na pokaz. Coraz częściej słyszymy o  tzw. pinkwashingu czy rainbow washingu. Czym te zjawiska dokładnie są?

Najlepiej wyjaśnić to na przykładzie – firma jubilerska z okazji Miesiąca Dumy wypuszcza serię pride’- owych bransoletek, ale nie idzie za tym nic więcej. To działanie nastawione na czysty zysk, a  nie forma wsparcia. Inna korporacja zmienia w czerwcu logo firmy na tęczowe, ale nie wprowadza procedur przeciwdziałania bi-, trans- czy homofobii. W  niektórych krajach taka „solidarność” po prostu dobrze wygląda, ale nie przyczynia się do poprawy sytuacji osób LGBT+.

Jak wobec tego odpowiedzialnie budować inkluzywność w  swojej firmie i wspierać osoby queerowe?

Firmy, które tworzą np. kampanię reklamową wokół LGBT+, muszą pamiętać, że to bardzo delikatny temat. Jako KPH jesteśmy po to, żeby pomóc – możemy skonsultować taki plan kampanii i  dzięki temu nasz partner ma pewność, że będzie to zrobione z  wyczuciem. Prowadzimy także szereg szkoleń – zauważyłem, że wiedza na temat społeczności queer wzrosła, jednak braki wciąż są bardzo duże. Swoje szkolenia z  inkluzywnego języka zawsze zaczynam od rozwinięcia akronimu LGBTQIA i  często okazuje się, że już po L i G zaczynają się schody. KPH organizuje także szkolenia intersekcjonalne, to znaczy takie, w trakcie których mówimy nie tylko o osobach LGBT+, ale też o osobach neuroróżnorodnych czy z  niepełnosprawnościami, co również jest niezwykle ważne.

Zdarza się, że osoby biorące udział w twoich szkoleniach boją się zadawać pytania, bo wstydzą się, że czegoś nie wiedzą albo boją się, że cię urażą?

Zawsze na początku zaznaczam, że jesteśmy w  bezpiecznej przestrzeni. Można zadawać pytania, nie zastanawiając się pół godziny nad tym, jak sklecić zdanie – mówmy tak, jak mamy to ułożone w głowie. Nikt się nie obrazi, a nauczymy się, jak można zadać takie pytanie poprawnie. Naszym priorytetem jest właśnie edukacja zespołu. Jeśli firma chwali się w  mediach społecznościowych udziałem w  Paradzie Równości – super. Najważniejszy jest jednak dobrostan osób pracujących w danej firmie. I temu właśnie służą szkolenia…

…oraz najnowszy projekt KPH – certyfikacja Inkluzywność+.

Jak najbardziej. To trzymiesięczny proces, który bazuje na współpracy między KPH, działem HR oraz tzw. Rainbow Network, jeśli firma taki zespół posiada. Na podstawie tych wspólnych działań dajemy rekomendacje i  sugerujemy dalsze działania, które poprawią poziom inkluzywności w  danym miejscu. Na koniec firma otrzymuje certyfikat. Po pierwsze, to świetna reklama dla firmy. Po drugie, badania pokazują, że różnorodne zespoły są dużo bardziej kreatywne. To z  kolei poprawia wyniki firmy i  pokazuje jasno – co już stwierdziliśmy – że inkluzywność zwyczajnie się opłaca.

Działania KPH możesz wspierać tutaj: kph.org.pl/przekaz-darowizne/. Chcesz z  nami współpracować? Napisz: biznes@kph.org.pl

 

Fizyk, dr Artur Surówka, o tym, że różnorodność to zysk dla firm

ARTYKUŁ SPONSOROWANY

Dr Artur Surówka jest fizykiem. W firmie ABB pracuje jako senior R&D Engineer, jest także współtwórcą firmowej grupy pracowniczej osób LGBT+ – Encompass Pride. W  rozmowie z  Tomaszem Piotrowskim opowiada o  stereotypach dotyczących inżynierów, neuroróżnorodności i funkcjonowaniu osób LGBT+ w środowisku pracy. Tłumaczy też, dlaczego otwartość i  różnorodność nie są modą i mogą realnie wpływać na kreatywność, rozwój, a także wyniki finansowe firmy.

Jesteś senior R&D Engineer – starszym inżynierem w obszarze badań i rozwoju (Research and Development), tak? Opowiesz więcej o swojej pracy?

Tak, chodzi o dział badań i rozwoju w Korporacyjnym Centrum Technologicznym naszej firmy w Krakowie. Zajmujemy się rozwojem technologii związanych z  napędami i  silnikami, głównie inteligentnych rozwiązań. Dużo pracuję ze sztuczną inteligencją i wdrażaniem AI do tych systemów. Oprócz tego jestem Talent Ambasadorem – zajmuję się mentoringiem młodszych kolegów i  współpracą z uczelniami.

Masz tytuł doktora.

Z wykształcenia jestem fizykiem, skończyłem AGH w  Krakowie. Przez lata pracowałem na uczelni jako nauczyciel akademicki. Uczyłem fizyki, najprzyjemniejszego przedmiotu na studiach. (śmiech) Prowadziłem też badania związane z  analizą danych z  materiałów biologicznych, konkretnie tkanek ośrodkowego układu nerwowego. To były bardzo interdyscyplinarne projekty – współpracowaliśmy z  lekarzami, psychiatrami, neurologami, neurobiologami, chemikami, fizykami.

Jak współpraca z lekarzami wpłynęła na twoją pracę w ABB?

Nauczyłem się, że każda osoba patrzy na problem inaczej i właśnie dlatego różnorodne zespoły są tak wartościowe. Najlepsze pomysły często rodzą się na styku różnych dziedzin. Da Vinci był jednocześnie anatomem, wynalazcą i artystą. Kopernik astronomem, ale też ekonomistą. Najciekawsze rozwiązania pojawiają się właśnie pomiędzy dyscyplinami.

Im bardziej różnorodne zespoły, tym lepiej?

W każdej profesji mamy różne typy osobowości i sposoby myślenia. Ważne jest, żeby nie wszyscy patrzyli na problem identycznie. Jedni widzą urządzenie techniczne, inni produkt dla klienta, jeszcze inni coś, co napędza ważne procesy. W naszym zespole mamy dużą różnorodność osobowości, narodowości i doświadczeń. I bardzo często właśnie podczas dyskusji w  takich zespołach pojawiają się nowe rozwiązania.

Przy rekrutacji świadomie myślicie o budowaniu różnorodnych zespołów? Nie tylko pod względem narodowości, ale też neuroróżnorodności czy tożsamości płciowej/seksualnej?

Staramy się budować środowisko pracy otwarte na każdego. Wbrew stereotypowi moja praca często polega właśnie na tym, że coś nie działa i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego? Jeśli ludzie różnie patrzą na problem, istnieje większa szansa, że rozwiążą go szybciej i lepiej.

Dlaczego chciałeś rozwijać grupę pracowniczą LGBT+ w ABB?

Z powodów zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Jestem członkiem społeczności osób LGBT+ i  dlatego byłem zaangażowany od samego początku w  powstanie grupy, jeszcze zanim formalnie istniała. W  strukturach uczelni nigdy takiej możliwości nie mieliśmy, więc tutaj z  tego korzystam. Kamil Błachuciński, z  którym rozmawiałeś ostatnio (w poprzednim numerze „Repliki” – przyp. red.), pracuje w  innym budynku, w innym zespole – ja czuję się ambasadorem osób LGBT+ w  Korporacyjnym Centrum Technologicznym.

Grupy LGBT+ częściej kojarzą się z korporacjami finansowymi niż ze środowiskiem inżynierów. Często pojawia się też przekonanie, że mówienie o różnorodności oznacza manifestowanie swojej (odrębnej) tożsamości. Jak to widzisz?

Nie namawiam inżynierów do chodzenia z  tęczową fl agą po biurze, tylko sugeruję pewien sposób myślenia, który dla inżyniera jest bardzo ważny: otwartość. Rozmawiałem kiedyś z managementem ABB o tym, że inżynierowie w Polsce bywają kształceni bardzo schematycznie. I właśnie dlatego tak ważna jest otwartość – nie tylko w sensie społecznym, ale przede wszystkim poznawczym. A przecież nasza droga życiowa bardzo mocno definiuje to, jak myślimy, jak postrzegamy świat i jak rozwiązujemy problemy. To później przekłada się również na rozwój produktów czy technologii.

Jak to wygląda w praktyce? Inżynierowie pytali: „Po co właściwie ta grupa LGBT+?”.

W dziale badawczo-rozwojowym spotykam się z dużą otwartością. A z perspektywy inżyniera sprawa jest dość prosta: chcemy tworzyć rozwiązania, które działają jak najlepiej. Coraz częściej rozumieją więc, że jedna osoba po prostu nie jest w stanie zobaczyć wszystkich problemów sama, że warto otwierać się na innych i takie grupy w miejscu pracy temu sprzyjają.

Jak perspektywa osób LGBT+ wpływa na funkcjonowanie firmy?

Droga życiowa bardzo mocno definiuje to, jak myślimy i  rozwiązujemy problemy. Każde doświadczenie nas kształtuje – kompetencje, osobowość, sposób reagowania. Coś, co dla jednej osoby jest problemem, dla innej może być codziennością. Osoba heteroseksualna, mająca rodzinę i  dzieci, przechodzi przez pewien określony zestaw doświadczeń. Osoby LGBT+ często mają inne relacje społeczne i  inne doświadczenia związane z  funkcjonowaniem w  społeczeństwie, często też wynikające z konieczności mierzenia się z dodatkowymi wyzwaniami. To wszystko wpływa na człowieka – na to, jak pracujemy, rozwiązujemy problemy i funkcjonujemy w relacjach z innymi.

,Widoczna obecność ludzi LGBT+ w firmie poprawia jej funkcjonowanie?

Jak już wspomniałem, jestem analitykiem danych, a  także recenzentem prac naukowych, więc lubię opierać się na dowodach. Badania pokazują, że otwartość zespołu – zarówno cecha jednostek, jak i  element kultury organizacyjnej sprzyjającej różnorodności (w  tym otwartość na osoby LGBT+ oraz tematy DEI – Diversity, Equity & Inclusion) – wiąże się z niższym poziomem stresu i większą elastycznością poznawczą. W badaniu przeprowadzonym na dużej próbie blisko 1500 osób wykazano, że otwartość na doświadczenie sprzyja tolerancji niejednoznaczności, reinterpretacji poznawczej oraz obniżonemu subiektywnemu poczuciu zagrożenia w nowych i wymagających sytuacjach, co skutkuje niższym poziomem stresu przy porównywalnym obciążeniu środowiskowym. Jest też taki ciekawy materiał Harvardu, który pokazuje wprost: kontakt z różnorodnymi perspektywami poprawia morale pracowników, etykę biznesową oraz wspiera kreatywne rozwiązywanie problemów i  innowacyjność. Otwartość po prostu się opłaca. Jeśli firmy nie są otwarte, to zwyczajnie tracą potencjał.

Jakie działania podejmujesz w  waszej grupie pracowniczej?

Jak to inżynier – działam konkretnie. Wspieram inicjatywy tam, gdzie jestem potrzebny. Uczestniczę w organizowanych przez Encompass Pride wydarzeniach, pokazuję też publicznie, że biorę w nich udział – chociażby na LinkedInie. Bo widoczność ma znaczenie. Pamiętam początki naszej tęczowej grupy pracowniczej. Zasugerowałem wtedy, by zrobić tęczową torbę z logo ABB. I naprawdę miałem później ogromną satysfakcję, kiedy widziałem ludzi chodzących po mieście z tymi torbami. Widzę dzięki temu, że moje koleżanki i koledzy z ABB są otwarci. Kiedy przynoszę gadżety związane z Pride z głównego biura do naszego budynku, to ludzie chcą je zabierać, jeszcze zanim zdążę je rozłożyć.

Nasza rozmowa dotyczy dużej korporacji. Podejrzewam jednak, że gdybym był małym przedsiębiorcą, mógłbym mieć odwrotne wnioski: większa różnorodność równa się więcej konfl iktów i mniejsze zgranie się zespołu.

Jeżeli menedżer już na starcie myśli: „Nie zatrudnię jawnej osoby LGBT+, bo ona może powodować napięcia w  zespole”, to dla mnie oznacza, że problem istnieje gdzie indziej – w uprzedzeniach już obecnych w  zespole. I jeżeli ktoś chce tworzyć stabilną, rozwijającą się firmę, to po prostu musi z  tym walczyć. Bo ludzie z  definicji są różni i konfl ikty mogą wystąpić zawsze, a z perspektywy neurobiologii napięcie w  zespole po prostu się rozprzestrzenia. Badania neuropsychologiczne pokazują, że zamknięcie grupy i doświadczenie wykluczenia społecznego aktywują oś podwzgórze-przysadka- -nadnercza (HPA), podnosząc poziom kortyzolu (hormonu stresu). To z kolei zwiększa stres i osłabia funkcjonowanie kory przedczołowej, czyli tej części mózgu, która odpowiada za kreatywne i refl eksyjne myślenie. Działania na rzecz równości i różnorodności w firmie po prostu się więc biznesowo opłacają. Jeśli ludzie nie muszą się bać, ukrywać albo bronić przed oceną, są bardziej otwarci na nowe pomysły i lepiej współpracują. Firma staje się bardziej kreatywna, pojawiają się nowe rozwiązania, patenty i rozwija się biznes. To po prostu neurobiologia.

Najpierw jednak trzeba przekonać wielu, że osoby LGBT+ były, są i będą częścią społeczeństwa. W internecie często czytam komentarze „kiedyś tego całego LGBT+ nie było”. Jak przekonujesz inżynierów?

Jako student fizyki miałem kiedyś poczucie, że każdy wzór idealnie opisuje świat. Dopiero kiedy trafiłem do laboratorium, zrozumiałem, że rzeczywistość jest dużo bardziej złożona. W praktyce bardzo rzadko wszystko działa dokładnie tak, jak w podręczniku. Kiedy Kopernik stworzył model heliocentryczny, wielu ludzi nie chciało uwierzyć, że Ziemia nie znajduje się w centrum Wszechświata. Kiedy Newton opisał prawa dynamiki, wszystkim wydawało się, że to ostateczny opis rzeczywistości. A później pojawił się Einstein i powiedział: „To nie jest finalny wzór, tylko przybliżenie działające w określonych warunkach”. Status quo jest niebezpieczne. Nauka rozwija się właśnie dlatego, że ktoś odważa się powiedzieć: „A może jednak jest inaczej?”. I dlatego inżynier też musi być otwarty na zmiany. To, co dziś wydaje się niepodważalne, jutro może zostać całkowicie przedefiniowane. Być może na tym polega rozwój społeczeństwa – że to, co kiedyś było kwestionowane, z czasem staje się nowym status quo.

Mateusz Trojan i Jakub Cupriak-Trojan po 7 latach batalii sądowej wygrali – są pierwszym małżeństwem jednopłciowym uznanym przez polskie państwo

Rozmowa Mariusza Kurca.

fot. Anken Berge

Mateusz: Zacznijmy może od ustalenia jednej ważnej kwestii: nie rozmawiamy o naszym życiu prywatnym, tylko o naszej sprawie – o transkrypcji.

Dobrze. Jeśli się zagalopuję, to zwróćcie mi uwagę. Od jak dawna jesteście razem?

Jakub: Poznaliśmy się w 2006 r. Parą jesteśmy od 2008 r., czyli osiemnaście lat. W 2018 r., po dziesięciu latach związku, wzięliśmy ślub. Teraz, gdy słyszę, że ktoś bierze ślub po trzech-czterech latach znajomości, często wydaje mi się, że to za szybko.

M: Mnie się też tak wydaje, ale to tylko nasze zdanie, o które nikt nie pytał. Każdy powinien mieć prawo wziąć ślub choćby i po tygodniu, bez żadnego „okresu próbnego” wymyślanego przez niektórych polityków. Oczywiście powinien też mieć prawo i możliwość rozwieść się.

Gratuluję wam ogromnego sukcesu, który w oczywisty sposób ma wpływ nie tylko na was, ale na całą polską społeczność LGBT+. Jak to wszystko wyglądało z waszej perspektywy tego historycznego dnia 14 maja, gdy zostaliście pierwszą małżeńską parą jednopłciową uznaną przez polskie państwo?

J: Dzięki. Już 13 maja dostaliśmy telefon z Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie z informacją, że transkrypcja będzie dokonana 14 maja. Zostaliśmy też zaproszeni na wręczenie odpisu aktu małżeństwa 14 maja po południu. Odpis wręczył nam prezydent Rafał Trzaskowski w swoim gabinecie, bez obecności mediów. Było to bardzo miłe i nieformalne spotkanie, trwało niecałe dwadzieścia minut. Na spotkaniu była też wiceprezydentka Warszawy Aldona Machnowska-Góra, której podlega Urząd Stanu Cywilnego, oraz posłanka Dorota Łoboda z Koalicji Obywatelskiej. Dokument wygląda tak jak wszystkie odpisy aktów małżeństwa wydawane na dotychczasowych wzorach – zawiera rubryki „kobieta” i „mężczyzna”. Wbrew temu, co piszą niektóre media, nie można wybrać, która z osób będzie wpisana w której rubryce. Transkrypcja to wierne przeniesienie treści zagranicznego aktu stanu cywilnego do polskiego rejestru. Osoba wymieniona w zagranicznym akcie jako pierwsza wpisywana jest w pierwszą rubrykę, czyli w rubrykę „mężczyzna”. Osoba wymieniona jako druga wpisywana jest w rubrykę „kobieta”. Wpisywana jest też adnotacja, że dane mężczyzny wpisano w dostępne pola kobiety (lub odwrotnie) ze względu na ograniczenia techniczne.

Co ciekawe, w naszym nowym polskim akcie małżeństwa nie ma informacji o naszym stanie cywilnym. W drodze transkrypcji wpisuje się tylko te dane, które znajdowały się w oryginalnym akcie. Ponieważ w naszym niemieckim akcie małżeństwa nie jest wpisany stan cywilny, informacja ta nie znalazła się też w naszym polskim akcie. W ten sposób udało się uniknąć określeń niedopasowanych do naszej sytuacji, czyli „żonaty” lub „zamężna”. Wpisanie innego słowa, na przykład „zamężny”, nie jest możliwe, bo nazwy poszczególnych stanów cywilnych wymienione są w ustawie – Prawie o aktach stanu cywilnego. Określenie „zamężny” się tam nie znajduje, a więc nie można go użyć.

Czy to jest pierwszy wasz wywiad w sprawie transkrypcji?

J: Nie pierwszy, ale jeden z niewielu. Dostajemy zapytania w sprawie wywiadów, ale z braku czasu nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie pozytywnie. Być może dzięki naszej sprawie udało nam się przejść do historii, ale nie na emeryturę – codziennie normalnie chodzimy do pracy. Musimy zatem ograniczyć się do mediów, które są ważne dla naszej społeczności, tak jak „Replika”. Rozmawiamy też z mediami związanymi z kościołem ewangelickim – ja jestem ewangelikiem i zależy mi na poruszeniu kwestii małżeństw osób tej samej płci na forum kościelnym, żeby w polskich kościołach ewangelickich wreszcie rozpoczęła się dyskusja na ten temat.

Dotychczas nie udzielaliśmy się w mediach także dlatego, by nie formułować za ich pośrednictwem oczekiwań wobec przebiegu sprawy. Właściwym miejscem na wyrażanie takich oczekiwań jest sala sądowa i pisma procesowe. Teraz, po transkrypcji, nasze podejście niewiele się zmieni, bo cel został już osiągnięty. Już po zapadnięciu wyroku TSUE z listopada zeszłego roku, gdy Ministerstwo Cyfryzacji przedstawiło w styczniu swój pomysł wpisywania danych obu osób tej samej płci w jedną rubrykę po ukośniku i pozostawienie drugiej rubryki pustej, ja zrobiłem wyjątek i zdecydowałem się na kilka krótkich wypowiedzi dla mediów, żeby skrytykować ten pomysł.

M: A oprócz tego milczymy, bo nie jesteśmy aktywistami, działaczami, influencerami czy celebrytami i chcielibyśmy jednak zachować możliwie dużo prywatności. I tak nieco jej poświęciliśmy, dla dobra sprawy.

Mimo wszystko dzięki tej sprawie trochę staliście się aktywistami, ale rozumiem wasze podejście. Ślub wzięliście w Berlinie. Dlaczego tam?

J: Wybraliśmy Urząd Stanu Cywilnego w berlińskiej dzielnicy Neukölln, bo w tym urzędzie jest przechowywany mój niemiecki akt urodzenia. Mam dwa akty urodzenia, bo mam też dwa obywatelstwa – niemieckie i polskie. Dzięki temu, że ślub był w tym samym urzędzie, nie musiałem przedkładać żadnych dokumentów oprócz dowodu osobistego. Mateusz musiał zaś dostarczyć swoje dokumenty z Polski: odpis zupełny aktu urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym i zaświadczenie o adresie zamieszkania. Poza tym urząd mieści się w neogotyckim budynku dawnego szpitala ewangelickiego, a sala ślubów w dawnej kaplicy tego szpitala, więc kwestie estetyczne też miały pewne znaczenie.

M: Względy estetyczne oczywiście są ważne, ale jak widać pierwszorzędne znaczenie miały względy pragmatyczne. Bo my chyba jesteśmy dość pragmatyczni i racjonalni.

Względy były estetyczne, pragmatyczne – i może też symboliczne dla ciebie, Jakubie? Skoro mówimy o kaplicy ewangelickiej?

J: Nie, to nie jest przestrzeń sakralna. Z ewangelickiego punktu widzenia budynek kościoła czy kaplicy ma przede wszystkim funkcję użytkową.

Kiedy złożyliście wniosek o transkrypcję i jak wyglądała dalsza droga przez polskie sądy?

J: Wniosek o transkrypcję złożyliśmy w 2019 r. w warszawskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Dostaliśmy odmowę, od której odwołaliśmy się do Wojewody Mazowieckiego. Wojewoda również odmówił nam wpisu. Decyzję wojewody zaskarżyliśmy do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA) w Warszawie, a wyrok tego sądu – podtrzymujący odmowną decyzję wojewody – do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Od początku postępowania twierdziliśmy, że do naszej sprawy ma zastosowanie prawo Unii Europejskiej. Naczelny Sąd Administracyjny (NSA) zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z pytaniem o interpretację tego prawa. Po jej uzyskaniu (wspominane już orzeczenie TSUE z 25 listopada 2025 r. – przyp. red.) NSA 20 marca 2026 r. orzekł, że nasze małżeństwo powinno zostać wpisane do polskiego rejestru stanu cywilnego. Całe postępowanie trwało w sumie siedem lat. Najdłużej czekaliśmy na wyznaczenie terminu rozprawy przez NSA – trzy lata. Polskie sądy są naprawdę nadmiernie obciążone dużą liczbą spraw.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Kacper Nowicki – 23-letni aktywista z Poznania i asystent europosła Krzysztofa Śmiszka szybko wyrasta na największą nadzieję queerowej lewicy

Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Krzysztof Lichonczak

 

Rozpoznawalność w sieci przyniosło ci publiczne kontrowanie kłamstw Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego, którzy jeżdżą po uczelniach z akcją „Zmień nasze zdanie”. Jak im idzie konwertowanie lewicowych studentów_ek na prawicowych wyborców_czynie?

Nie idzie im wcale; polscy studenci i studentki są odporni na bzdury, bo mają dostęp do internetu. Znają też dobrze demagogię PiS, ponieważ przez osiem lat byli częścią polskiego systemu edukacji, odczuwając na każdym jego szczeblu działania homofobicznego, prawicowo-populistycznego rządu. W momencie, gdy staje przed nimi pan Patryk Jaki – a więc wiceminister tamtego rządu – trudno liczyć z ich strony na wielkie zrozumienie. Zwłaszcza że jego akcja nie jest żadną nową jakością w marketingu politycznym, ale małpowaniem Ameryki.

Małpowaniem m.in. inicjatywy Charliego Kirka, który jednak jeździł głównie na niewielkie uniwersytety, gdzie publiczność była jakby bardziej przyjazna prawicy.

Nazywam Jakiego „Kirkiem z Temu”, bo jego działalność to amatorska podróbka Kirka. Razem z Bocheńskim przeliczyli siły na zamiary, wydawało im się, że pojadą sobie na lewicowy Uniwersytet Warszawski i swoim geniuszem przekonają ludzi tam studiujących do głosowania na PiS. No nie, to tak nie działa. Kirk miał o wiele więcej rozumu, bo nie dość, że docierał na te bardziej „ruralne” obszary USA, to jeszcze faktycznie z młodymi ludźmi rozmawiał, czego Jaki z Bocheńskim nie robią. Oni przychodzą przemawiać.

Czy jednak ich akcja nie jest w jakiś sposób skuteczna? Rozmawiamy w momencie, gdy obaj politycy odwiedzili 24 uczelnie lub kampusy, gdzie wykładali przez 72 godziny. W dodatku robią oni na socialach niezłe zasięgi i dają (ostatnio tylko reaktywnemu) PiS narracyjny tlen.

Śmiem twierdzić, że w sondażach nie widać „efektu Jakiego” (tuż przed naszym wywiadem CBOS opublikował badanie, w którym PiS po raz kolejny miał mniej niż 20% – dop. red.). W dodatku by dostrzec, że na takie spotkania nie przychodzą wcale tysiące młodych ludzi nie trzeba, jak ja, na nie jeździć. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia w social mediach. Przeważają tam osoby w starszym wieku, z wpiętymi w ubranie znaczkami Nawrockiego i „Gazety Polskiej”. Jasne, studenci też się pojawiają, ale nie jest tak, że Prawo i Sprawiedliwość zawładnęło nagle umysłami młodzieży! Polecam zresztą porównać zasięgi materiałów Jakiego na mój temat i moich na temat Jakiego – wygrywam z nim kilkudziesięciokrotnie. Tu naprawdę nie ma żadnego fenomenu.

Czy queerowa społeczność może w ogóle czuć się bezpiecznie wśród zwolenników Jakiego? W rozmowie z TVN24 wspomniałeś studenta, który został przez tłum wyszydzony za swój wysoki głos oraz chłopaka, którego zwyzywano za długie włosy.

To efekt wieloletniej działalności PiS, które próbuje doprowadzić do mordów osób LGBT+ na polskich ulicach. Mam świadomość wagi, jakie niosą moje słowa, ale uważam, że powinny się one znaleźć w wywiadzie. Bo ja naprawdę widziałem tych starszych, przesiąkniętych propagandą ludzi, którzy przychodzą na partyjne spotkania; byłem przez nich popychany, rzucali w moją stronę homofobiczne żarty, krzyczeli: „Spierdalaj, pedale!”.

Nie boisz się takich komentarzy? Pytam również dlatego, że gdy w 2020 r. – w wieku 18 lat – spacerowałeś z ówczesnym chłopakiem w okolicach poznańskiego Dworca Zachodniego, to najpierw usłyszeliście słowa: „pedały”, „kurwy” i „jebać was”, a następnie napastnik ruszył w waszą stronę z nożem.

Tak, wtedy to było straszne… Ale dziś się nie boję. Podkreślam także, że była to jedyna taka sytuacja w moim życiu. Nadal uważam Poznań za najbezpieczniejsze polskie miasto dla osób queerowych, którym chciałbym powiedzieć jedno: jeżeli w waszej miejscowości nie jest bezpiecznie – uciekajcie. Nie jest bohaterstwem wytrwać na peryferiach, żyjąc w szafi e i przerażeniu. W Polsce są wielkomiejskie enklawy, w których osoby LGBT+ mogą czuć się względnie bezpiecznie. Warto się do nich przeprowadzić, a nie zastanawiać się całe życie, czy idąc za rękę z chłopakiem dostaniemy nóż pod żebra. Na piramidzie nienawiści Gordona Allporta jesteśmy na czwartym z pięciu stopni: przemocy fi zycznej. Ostatnim jest fi zyczna eksterminacja. Niepokoi mnie więc, że na spotkaniach polityków PiS z „młodzieżą” panuje pogromowa atmosfera. Zachęcam zresztą wszystkich, żeby włączyli sobie transmisję mojej półtoragodzinnej polemiki z Patrykiem Jakim – reakcja tłumu budzi bardzo określone, historyczne skojarzenia. Dodam, że nie poszedłem tam jako gej, ale jako student, który nie zgadza się z populistyczną prawicą.

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

 

Znakomita aktorka Joanna Żółkowska opowiada m.in. o swym sąsiedzie sprzed pół wieku – Mironie Białoszewskim

Rozmowa Rafała Dajbora

mat. pras.

Już przez telefon, gdy umawialiśmy tę rozmowę, zastrzegła pani, że wywiad może się nie udać, bo orientacja seksualna kolegów, koleżanek, reżyserów nigdy nie miała dla pani żadnego znaczenia. Dość często słyszę to zastrzeżenie przy okazji wywiadów dla „Repliki”. Czy środowisko artystyczne było i jest naprawdę aż tak akceptujące? A może jest w tej postawie jednak jakiś… wstyd?

Jeśli o mnie chodzi, to – już nie przez telefon – mogę potwierdzić, że dla mnie nigdy nie miało to żadnego znaczenia i nie z powodu wstydu. Mam wrażenie, że tak naprawdę – jak w wywiadzie dla „Repliki” przyznał Jurek Radziwiłowicz – znaczenie miał i ma talent. I oczywiście to, jakim ktoś jest człowiekiem, kolegą. Jeśli ktoś jest fajnym kolegą, a do tego utalentowanym artystą, to dlaczego jego orientacja seksualna miałaby być jakąkolwiek „sprawą”? Moim zdaniem, ci wszyscy, którzy panu tak mówią podczas wywiadów – mówią szczerze. Ja w każdym razie jestem w tym naprawdę szczera.

I rzeczywiście nie pamięta pani, by wobec aktora, o którym wiadomo było, że jest gejem, zdarzyło się w środowisku jakiekolwiek homofobiczne zachowanie?

Niczego takiego nie byłam świadkiem, a pracowałam naprawdę z wieloma kolegami gejami.

Wrócę oczywiście jeszcze do tematu niektórych z nich, ale chciałbym zacząć od „pieca”, czyli od momentu, w którym po raz pierwszy zetknęła się pani z istnieniem homoseksualizmu. Maria Pakulnis przyznała, że poznała to zjawisko dopiero jako w pełni już dorosła studentka PWST. A jak było w pani przypadku?

Ja wiedziałam o tym wcześniej, już w okresie licealnym. Miałam kolegę, o którym wiedziało się „że jest”. Był utalentowany artystycznie i to aktorsko, udzielał się w szkolnym kole teatralnym, miał zwłaszcza talent komediowy. I to nie było tak, że ktoś stwierdził, że ów kolega „jest”. To się po prostu wyczuwało. Na przykład wolał przebywać w towarzystwie dziewczyn niż chłopaków i dało się odczuć, że między nim a dziewczynami jest zupełnie inna chemia niż wtedy, gdy z dziewczynami przebywa chłopak hetero. Dodam od razu, że ostatecznie nie został on zawodowym aktorem.

Przejdźmy zatem z liceum do warszawskiej PWST. Jednym z pani pedagogów był tam biseksualny Jerzy Kaliszewski. Powiem pani coś ciekawego. Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” przyznała, że odbierała go jako nudnawego starszego pana, od którego niczego się nie nauczyła, a Jan Peszek, także w rozmowie z „Repliką”, powiedział, że wszystko, co najlepsze w swoim aktorstwie zawdzięcza właśnie profesorowi Kaliszewskiemu. Do kogo z nich pani bliżej?

Do Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, niestety. Mówię „niestety”, bo wolałabym każdego z moich profesorów wspominać jako świetnego i osobiście dla mnie ważnego. Ale tak nie jest. W tamtym czasie byłam młoda, zadziorna, szukałam podobnych sobie. Bliżej było mi do takich profesorów, jak Aleksander Bardini czy Ignacy Gogolewski. Profesor Jerzy Kaliszewski był bardzo eleganckim, stonowanym starszym panem, ale nie był nauczycielem, który mógł mnie wtedy zafascynować.

Porozmawiajmy o pani debiutach. Jednym z pierwszych z przedstawień Teatru Telewizji z pani udziałem był spektakl „Ruch jednokierunkowy” Armanda Salacrou w reżyserii Jerzego Surdela (1973). Grał w nim Hugo Krzyski. Aktor, o którym Jan Peszek opowiadał, iż wręcz lubował się w jawnym okazywaniu swojego homoseksualizmu.

Wie pan co, wychodzi na to, że chyba byłam w tamtych czasach zbyt zajęta sobą, swoimi rolami, pracą – i w ogóle się wokół siebie nie rozglądałam. Znałam oczywiście pana Hugona Krzyskiego i nie miałam zielonego pojęcia, że był homoseksualny!

Ale o Andrzeju Nardellim, z którym grała pani w swoim debiucie fi lmowym, czyli „Szklanej kuli” w reżyserii Stanisława Różewicza (1972), chyba już pani wiedziała?

A skądże! Nie wiedziałam! Ależ ciekawych rzeczy się od pana dowiaduję! Uprzedzałam pana, że to będzie trudny wywiad.

Więc żeby go trochę ułatwić, przeskoczmy do Teatru Powszechnego w Warszawie, w którym występowała pani przez kilka dekad. W teatrze tym przez lata pracował także Edmund Fetting. O nim chyba pani wiedziała?

Tak, oczywiście, wiedza o tym, że Edmund Fetting jest homoseksualny, była w środowisku aktorskim powszechna. Między mną a Fettingiem nigdy nie nawiązała się szczególnie bliska przyjaźń, należeliśmy przecież do zupełnie różnych pokoleń. Pan Edmund był człowiekiem skrytym, nieskorym do okazywania emocji, eleganckim, ale przy tym bardzo sympatycznym. Ja go po prostu lubiłam. Mieliśmy w przedstawieniu „Spiskowcy” na podstawie „W oczach zachodu” Conrada dwójkową scenę i wspominam tę współpracę bardzo dobrze. O, coś jeszcze sobie przypomniałam. Pracując w Teatrze Powszechnym, znaleźliśmy się razem w obsadzie Teatru Telewizji „Nie do obrony” w reżyserii Jurka Gruzy. Pan Edmund po próbie woził mnie na nagrania do telewizji swoim samochodem. Do dziś pamiętam, że ten samochód był zachodni, czerwonego koloru i niesłychanie zadbany, elegancki – tak samo, jak jego właściciel. Niestety już nie pamiętam, jakiej był marki.

To ja podpowiem – Witold Sadowy, nota bene swoisty rekordzista, który dokonał coming outu w wieku stu lat. Mówił mi kiedyś, że w pewnym czasie w Warszawie były tylko dwa takie czerwone samochody – jeden Fettinga, a drugi jego. Sadowy pamiętał oczywiście markę – był to Citroën. Porozmawiajmy teraz o Krzysztofi e Kolbergerze…

Kolejny przypadek kogoś, o kim nic latami nie wiedziałam. Studiowałam przecież z Krzyśkiem, a o jego orientacji seksualnej dowiedziałam się bardzo późno. W szkole, patrząc na niego, w życiu nie pomyślałabym, że Krzysiek może być gejem. Nawet się tym zdziwiłam. Wychodzi na to, że byłam jakaś totalnie nieuważna.

Zarówno Edmund Fetting, jak i Krzysztof Kolberger byli amantami, w których podkochiwały się widzki. Czy pani zdaniem właśnie dlatego tak ukrywali swoją homoseksualną tożsamość? Bali się utracić kobiecą widownię? Bo przecież to ukrywanie się musiało być dla nich niekomfortowe.

Z pewnością było. Ukrywanie przed światem jakiejś ważnej części samego siebie zawsze jest bardzo trudne. Nie umiem powiedzieć, czy ukrywali swój homoseksualizm dlatego, by nie stracić widzek, ale podejrzewam, że mogło tak być.  

Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.