26 czerwca JANUSZ SMOLIŃSKI skończy 85 lat. W zeszłym roku otrzymał prestiżową nagrodę Perły Tańca przyznawaną za wybitne osiągnięcia baletowe, ale w Polsce pamięć o jego dokonaniach ogranicza się do niewielkiej grupy osób, które widziały go na scenie w latach 60. i 70., kiedy był pierwszym solistą Teatru Wielkiego w Warszawie. Od ponad pół wieku mieszka w Barcelonie, ale kontaktu z krajem nigdy nie stracił. Tylko nieliczni wiedzą, że to on jest anonimowym partnerem, który pojawia się w tekstach o EDMUNDZIE FETTINGU, jednym z najpopularniejszych aktorów okresu PRL-u.
fot. Edward-Hartwig
Kiedy w zeszłym roku podczas pobytu w Hiszpanii poznałem Janusza Smolińskiego, byłem zachwycony jego barwnymi opowieściami, a jednocześnie zaskoczony, jak wiele pamiątek z Polski znajduje się w jego barcelońskim mieszkaniu. Dość powiedzieć, że zachował się nawet zielony ręcznik z logo Teatru Wielkiego, który tancerze otrzymywali w latach 60. na rozpoczęcie sezonu. Pełno tam także świadectw sukcesów Smolińskiego, a na honorowym miejscu wisi na ścianie strona z tanecznego kalendarza wydanego pod koniec lat 70. przez Krajową Agencję Wydawniczą. W innym miejscu widnieje oprawiony znaczek Poczty Polskiej, na którym widać tancerza z jego partnerką sceniczną Marią Surowiak. O ten znaczek była zresztą niemała afera – będący u szczytu swojej kariery Stanisław Szymański (nazywany powszechnie „Stachą”) złościł się i żądał wyjaśnień, był oburzony, że to nie on został uwieczniony, tylko jakiś młokos.
Rok 1960, kiedy Smoliński ukończył szkołę baletową i został przyjęty do zespołu Opery Warszawskiej, to czas, gdy taniec klasyczny był w dużej mierze zdominowany przez homoseksualnych mężczyzn. Triumfy święcili wówczas Szymański i Witold Gruca, ale ważną postacią był także starszy od nich Witold Borkowski, debiutujący jeszcze przed wojną. Smolińskiego uczył Mieczysław Jankowski, wieloletni ukochany Jerzego Waldorff a, ale prawda jest taka, że był słabym tancerzem i jeszcze gorszym pedagogiem, swoją pozycję w dużej mierze zawdzięczał wpływowemu partnerowi. Do tego trzeba dodać Gerarda Wilka i Wojciecha Wiesiołłowskiego, którzy także zaczynali wtedy swoje kariery. Z Gerardem Smoliński chodził do szkoły. Przyszły wulkan seksu miał pryszcze na twarzy i wcale mu się nie podobał, ale zaprzyjaźnili się na całe życie. Z kolei Wiesiołłowski („Niunia Wiesiołłowska”) był niezwykle ambitny, zawsze chciał wypadać najlepiej, dlatego nie lubił tańczyć razem ze Smolińskim, bo wizualnie w zestawieniu wypadał słabiej, wydawał się mniejszy i niżej skaczący.
Majtki z zagranicy
Każdy życiowy etap to inni ludzie i inne opowieści. Przez szkołę baletową przewinęło się mnóstwo osób, w tym Zuzanna Cembrowska, Miss Polonia 1958, która wyjechała do USA na konkurs Miss Universe i już nie wróciła do kraju, wkrótce podpisała kontrakt reklamowy z firmą Max Factor, ale kontakt ze Smolińskim utrzymywała do swojej śmierci w 2012 r. Inna przyjaciółka ze szkoły średniej to Barbara Kwiatkowska, bardzo zdeterminowana by zrobić karierę, mówiła: „Ja będę sławna! Jestem z tego samego miasta, co Pola Negri!”. Wkrótce Basię porwał film, zagrała Ewę w słynnej komedii „Ewa chce spać”, a tancerz pamięta, jak pomagał się jej stroić, gdy szła na randkę z Romanem Polańskim, swoim późniejszym mężem.
Na profesjonalnej scenie Janusz Smoliński debiutował w maju 1960 r. postacią Zefira w operze „Hrabina”. Rok później wyjechał na prestiżowy staż w Teatrze Balszoj w Moskwie razem z dużo bardziej doświadczoną parą: Olgą Sawicką i Feliksem Malinowskim. Uczyli się m.in. pod okiem słynnej Olgi Lepieszyńskiej, o której mówiono, że była kochanką Stalina, a jej wpływy były nieograniczone – Sawickiej załatwiła telewizor, a mamie Janusza sprezentowała lodówkę, co było wówczas nie lada osiągnięciem. Także w 1961 r. Smoliński wziął udział w II Ogólnopolskim Konkursie Tańca Scenicznego w Warszawie, zdobywając II nagrodę wśród zawodowców w kategorii solistów. Trzy lata później doszedł do półfinału Międzynarodowego Konkursu Baletowego w Warnie, gdzie m.in. tańczył wariację z I aktu „Jeziora łabędziego” i Księcia Alberta z II aktu „Giselle”. Efektem tych sukcesów był awans w 1965 r. na stanowisko solisty w nowo otwartym Teatrze Wielkim oraz zgoda, by w połowie 1966 r. wyjechać na dwa sezony do Amsterdamu, gdzie tańczył w Het Nationale Ballet (Holenderskim Balecie Narodowym) jako Janusz Smolinsky. Nie wszyscy patrzyli przychylnym okiem na te podróże. Kierujący baletem Witold Gruca, nazywany „Matką Grucową”, zablokował Smolińskiemu podwyżkę, kiedy ten przyjechał do Polski na występy, twierdząc, że większe honorarium mu się nie należy, bo nawet „majtki ma zagraniczne”.
Cały tekst do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
(Rozmawiamy po polsku, bo Jan rozumie polski. Gdy proszę go o wypowiedzi, mówi po angielsku).
Związek partnerski zawarliście w kopenhaskim Ratuszu 9 czerwca 1990 r. – za chwilę będziecie świętować 36. rocznicę. Dania była pierwszym krajem na świecie, który wprowadził instytucję prawną związku partnerskiego dla par jednopłciowych – począwszy od 1 października 1989 r. Skorzystaliście z tych przepisów osiem miesięcy później. Roman, ty być może jesteś swego rodzaju rekordzistą. Ciekawe, czy znajdzie się Polak lub Polka, który ma dłuższy staż w sformalizowanym związku jednopłciowym.
Roman: Może nie jestem rekordzistą, ale możliwe też, że jednak byłem tym pierwszym…
Po Danii drugim krajem była Norwegia, ale dopiero cztery lata później – w 1993 r. A gdybyście chcieli zawrzeć związek partnerski w Polsce, to czekalibyście do dziś.
R: Śledzimy te wygibasy rządzącej koalicji – zarówno w kwestii projektu ustawy o statusie osoby najbliższej, jak i transkrypcji aktów ślubu. Jesteśmy tym żywo zainteresowani, bo również chcielibyśmy uregulować nasz związek w Polsce. Czytałem niedawno, że jeden z pomysłów jest taki, by każda para przechodziła tę samą drogę sądową, co ci pierwsi panowie. Paranoja!
Jak to było wtedy, 9 czerwca 1990 r.?
R: Pamiętamy to dokładnie, duże wzruszenie, radość i nadzieja na normalne życie. Nie myśleliśmy wtedy, że ten nasz dzień jest również początkiem lawiny, która przetoczy się przez kawał świata. Nasz ślub wyglądał o wiele skromniej niż śluby, z których zdjęcia widujemy teraz w mediach. W Polsce – nawet jeśli sam ślub ma miejsce za granicą – jest bardziej spektakularnie, szyje się odświętne stroje i tak dalej. W Danii bywa spokojniej. Jest mniej pompy, a więcej luzu.
Jan: Moi przyjaciele zorganizowali małe przyjęcie. Były obrączki, które jakiś czas później wymieniliśmy na lepsze i nosimy je do dziś. I to tyle. Nawet nie wiem dokładnie, gdzie mamy kilka zdjęć z tamtego wieczora.
R: Ja wiem.
W 2012 r. Dania wprowadziła równość małżeńską. Rozumiem, że nie zamieniliście wtedy waszego związku partnerskiego na małżeństwo, tak?
R: Nie zamieniliśmy, bo nie mieliśmy takiej potrzeby. Prawa już i tak mieliśmy identyczne (związki partnerskie mają w Danii prawo do adopcji dzieci od 2010 r. – przyp. red.), małżeństwa jednopłciowe zawierają raczej ludzie bardziej wierzący, niektórzy biorą ślub w kościele, bo też jest to możliwe.
Nie myśleliście o dzieciach?
R: Gdy adopcja stała się możliwa, obaj byliśmy już zapracowanymi mężczyznami w średnim wieku, mnie ciągle nie było w domu – przeciętnie latałem w delegację dwa lub trzy razy w miesiącu. Posiadanie dziecka przez parę gejów to była wtedy wielka nowość, dziś już jest inaczej. Wielu naszych znajomych gejów pobrało się dopiero w wieku dojrzałym po rozwodach, utrzymują kontakty rodzinne nie tylko z żonami, ale też opiekują się wnukami.
Kiedy i jak się poznaliście?
R: Tu w Kopenhadze w 1987 r. – przez wspólnych przyjaciół, małżeństwo, które postanowiło nas zeswatać. Wręcz naciskali, że powinniśmy się poznać.
Romanie, jak znalazłeś się w Kopenhadze w 1987 r., czyli jeszcze w czasach PRL-u?
R: W Kopenhadze znalazłem się już w marcu 1986 r., bo dostałem dziewięciomiesięczne stypendium z duńskiego ministerstwa edukacji – a dokładniej, znalazłem się na Duńskim Uniwersytecie Technicznym w Lyngby niedaleko Kopenhagi. W tym czasie byłem już adiunktem na Politechnice w Poznaniu. Współpraca z uniwersytetem trwała przez kolejne trzy lata, każdego roku byłem w Danii przez parę miesięcy. W Danii robiłem badania, wracałem do Poznania, uczyłem studentów, następnie znów jechałem do Danii, prezentowałem wyniki badań i tak dalej. A w sierpniu 1987 r. poznałem Jana.
Czym się w ogóle zajmujesz?
R: Już jesteśmy obaj na emeryturze, ale zajmowałem się wieloma rzeczami. Jestem geofizykiem. Skończyłem studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Tutaj w Danii na początku zajmowałem się badaniami geofizycznymi, hydrogeologicznymi a potem zanieczyszczeniami gruntów i wód podziemnych przez przemysł oraz przez odpady komunalne. Pracowałem i w administracji, i w znanej duńskiej firmie Krüger A/S (obecnie w Polsce VEOLIA) jako project manager na Europę Wschodnią. To było jeszcze przed rozszerzeniem Unii Europejskiej na kraje Europy Wschodniej. Realizowałem projekty w Polsce, Estonii, Litwie, Rosji (Kaliningradzie), Ukrainie i oczywiście w Danii. Po powodzi stulecia w Polsce w 1997 r. moja firma uczestniczyła w odbudowie zniszczonej infrastruktury miejskiej w województwie opolskim. Byłem odpowiedzialny za budowę nowej stacji monitoringu na rzece Białej. Niestety stacja ta została zniszczona ponownie przez powódź w 2024 r. Wszystkie te projekty były sponsorowane przez duńskie Ministerstwo Środowiska.
W 2001 r. zostałem wysłany przez rząd duński do zniszczonego powojennego Kosowa. Pracowałem w Tymczasowej Misji Administracji Narodów Zjednoczonych w Kosowie (UNMIK) jako senior water expert, zajmując się koordynacją projektów zasobów wód głębinowych, ich zarządzaniem oraz ochroną. W Kosowie spędziłem cały 2001 r. Od 2007 r. pracowałem w Region Sjalland (duński odpowiednik województwa – przyp. red.), dalej zajmując się badaniami, oczyszczaniem gruntów i wód podziemnych. Od początku mojego pobytu byłem członkiem Duńskiego Związku Inżynierów, ale w Region Sjalland zostałem wybrany jako mąż zaufania. Mąż zaufania w firmie w Danii to osoba wybrana przez pracowników, która reprezentuje ich interesy wobec pracodawcy, czyli prowadziłem negocjacje płacowe przy zatrudnianiu i przy kolejnych podwyżkach.
Janie, poznałeś Romana i…
J: Zaiskrzyło od początku.
R: Tak jest. Wprowadziłem się do Jana po miesiącu i przez następne miesiące byliśmy już razem, chodziliśmy do pracy – Jan do swojej, ja na uniwersytet, aż do wyjazdu do Polski.
Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Tematyka LGBT+ w literaturze jest dziś popularna. Nasz dział recenzji ma pełne ręce roboty. Jednak gdy w 2014 r. ukazywał się twój debiutancki kryminał „Motylek”, było inaczej. Skąd pomysł, żeby jedna z głównych bohaterek piętnastotomowej serii „Lipowo” była lesbijką?
Szczerze mówiąc, nie wiem. (śmiech) Działam sercem – ta postać po prostu powstała w mojej głowie. Była lesbijką, bo nią po prostu była. Tak samo, jak nie rozważałam na przykład, że inna bohaterka była heteroseksualną kobietą. Poczucie, że to może być jakaś cegiełka, którą dorzucę od siebie, pojawiło się, kiedy ta postać już istniała w mojej głowie. Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich. Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+? Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?
Zdawałam sobie też sprawę, że może wywołać rozmaite emocje. Odbiór tematyki LGBT+ przez te lata bardzo się zmienił, ale hejt wciąż się zdarza. Mimo że Klementyna to chyba najpopularniejsza postać w całej tej sadze, zdarza się czasem, że komuś się nie spodoba i nadal wywołuje pewne kontrowersje. Ostatnio przypomniałam o niej przy okazji akcji charytatywnej Łatwoganga, w ramach której znane osoby goliły głowy w geście solidarności z osobami chorującymi na nowotwory. Klementyna też ogoliła głowę – dla swojej zmarłej na raka partnerki Teresy. I mimo że piszę o niej od dwunastu lat, pojawiły się komentarze, że „znowu te dewiacje” i że próbuję „starą babę wpisać w modę na LGBT+”. Sama nie wiem, co budziło większe kontrowersje – czy fakt, że Klementyna jest lesbijką, czy że jest starą lesbijką – a to jeszcze szerszy temat do dyskusji. Kiedy publikuję posty na takie tematy, mam świadomość, że wystawiam się na hejt. Wiem, że on będzie. Ale chcę to robić. Dlatego niemal w każdej mojej powieści, a 16. czerwca na rynek wchodzi moja dwudziesta piąta książka pojawia się wątek LGBT+. Nie godzę się na to, żeby nie było równości dla wszystkich.
Kiedy pojawiło się w tobie takie przekonanie? Od zawsze miałaś przyjaciół LGBT+?
Na etapie pisania pierwszej książki nie znałam jeszcze osobiście żadnej osoby LGBT+, a przynajmniej wówczas nie wiedziałam, że znam. Bo były też osoby, które dopiero później zdecydowały się na coming out. Po „Motylku” zaczęli do mnie pisać ludzie, którzy chcieli o tym porozmawiać. To było dla mnie bardzo ważne, bo zawsze chciałam, żeby moja praca komuś coś dawała. Dostawałam wiadomości, że dla kogoś znaczące było to, że w mainstreamowym kryminale pojawia się nieheteronormatywna bohaterka. Bo po książkę z tęczową okładką nie każdy sięgnie. A tutaj ludzie biorą kryminał, chcą poczuć dreszczyk emocji, wkręcają się w historię i nagle okazuje się, że najlepsza policjantka na komendzie jest lesbijką. Mam nadzieję, że ten wątek może pomóc oswoić kogoś z myślą, że osoby LGBT+ są po prostu wśród nas. Żyją normalnym życiem, pracują, ścigają przestępców, chodzą po tych samych ulicach. A skąd we mnie chęć zahaczania o tę tematykę? W domu o jednopłciowych relacjach nie mówiło się wprost, ale była duża akceptacja dla bycia „innym”. Mój tata działał w środowisku fi lmowym, mama pracowała w HR we francuskiej fi rmie, dziadkowie mieszkali przez długi czas za granicą. To był dość otwarty świat. Ja jako nastolatka mogłam wyglądać bardzo ekstrawagancko, punkowo i rodzicom to nie przeszkadzało. Duże znaczenie miało też właśnie środowisko punkowe, z którego się wywodzę. Tam, gdzie ja byłam, było dużo empatii: prawa zwierząt, równość, przekonanie, że wszystkim powinno być dobrze. Byliśmy młodymi ideowcami. Do dziś mam tak, że gdy widzę niesprawiedliwość, to mnie ona po prostu wkurza. Teoretycznie temat LGBT+ mnie nie dotyczy, bo należę do większości i jestem w grupie uprzywilejowanej. Ale właśnie dlatego tym bardziej uważam, że trzeba reagować. Bo dlaczego ja mam mieć jakieś prawa, a inni nie, tylko dlatego, że mam męża, a nie żonę?
Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Marta: Pracuję w Strajku Kobiet. Właśnie zamykamy biuro, będziemy pracować tylko zdalnie i mamy urwanie głowy.
Dominik: Ja pracuję w fundacji Habitat for Humanity Poland. Głównie zajmuję się administracją, ale też rozliczam granty.
Jesteście społecznikami z zawodu, czy też z natury?
M: Od zawsze byłam zaangażowana w różne sprawy. W szkole w samorząd, a w aktywizm społeczny i prawo aborcyjne od 2016 r. Zakładałam „Szpilę”, robiłam marsze antyfaszystowskie, manify, przeróżne rzeczy queerowo-feministyczne. Było to obok pracy, aż w końcu na etat. Teraz mam dwa w jednym – pracuję i się jednocześnie udzielam.
D: Ja też z natury. Przez to, że mieszkałem wcześniej w małej miejscowości pod Wołominem, to brakowało mi jakichkolwiek queerów. Chociaż jednej osoby. Postanowiłem dołączyć do wolontariatu Parady Równości. I tak się zaczęło całe to społecznictwo. Spodobało mi się przede wszystkim, że byli tam bardzo otwarci ludzie. Można było się poczuć po prostu sobą, nie udawać przy nich nikogo. Zajmowałem się tym jednak z przerwami. Pracowałem przez jakiś czas w budżetówce i tam było dosyć trudno o otwartość na różnorodność. Gdy zacząłem się spotykać z Martą, to wróciłem do społecznictwa. Już do fundacji na etat.
Kiedy się poznaliście?
M: Trzy i pół roku temu, tu niedaleko na warszawskim Grochowie, bo Dominik mieszkał tu, a ja kawałek dalej tam.
Wpadliście na siebie, przechodząc przez ulicę?
M: Nie, na Tinderze. Poszliśmy na spacer do parku. Po tygodniu praktycznie zamieszkaliśmy razem, a po miesiącu była już
przeprowadzka na sto procent. Też przez to, że ja miałam psa, a Dominik dwa koty, więc cierpiałyby przez naszą relację, gdybyśmy spędzali czas w jednym z mieszkań. To była szybka decyzja.
Czy łatwo było mierzyć się z jej konsekwencjami?
M: Oczywiście, spinamy się czasami jak każda para, ale bardzo szybko się zżyliśmy i szybko nam ta codzienność popłynęła. Może to też wynika z tego, że jak zamieszkaliśmy razem, to byliśmy świeżo zakochani – to pomogło.
D: To była szybka, ale bardzo chciana decyzja. Zależało nam na spędzaniu jak najwięcej czasu ze sobą, chcieliśmy jak najszybciej budować wspólne życie. Od początku czuliśmy się ze sobą bardzo komfortowo, więc cała reszta wyszła naturalnie.
Marta, co ci się tak bardzo spodobało w Dominiku?
M: Przede wszystkim oboje wiedzieliśmy, czego chcemy od relacji. Z nim nie miałam poczucia, że jestem, na przykład, tylko jedną z opcji.
Dominiku, jak ty się poczułeś, gdy poznałeś Martę?
D: Na samym początku zwróciłem uwagę na to, że ona pracuje w NGO i pomyślałem: „O, w końcu ktoś konkretny!”. Chciałem poznać kogoś, kto też jest społecznie zaangażowany, ale nie dokładnie w te same rzeczy, co ja. By mieć oddzielne kawałki, a nie kisić się w aktywizmie. Potem kliknęło od rozmowy na przeróżne tematy. Jak temat zszedł na zwierzęta, to konwersacja popłynęła. Jeszcze później okazało się, że mamy podobne poczucie humoru.
Co was bawi?
M: Mamy dosyć czarne poczucie humoru. Na przykład w związku z tym, że panuje stereotyp, iż lesbijki nie chcą się umawiać z kobietami bi, ponieważ te zawsze zostawią je dla faceta. Dominik żartuje, że właśnie dlatego jest facetem.
D: To jest nasz ulubiony żart.
Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Ale na okładkę „Repliki” już trafi łeś. Razem z czterdziestoma siedmioma queerowymi osobami aktorskimi (nr 119, sty/lut 2026 – przyp. red.).
Wiesz, Dawid, dziwnie było zobaczyć siebie w tym jednoznacznie queerowym kontekście. Niby dla mnie wcale nie nowym, ale jednak innym – bez chowania się za graną postacią.
Żeby było jasne – nie zostałeś przez „Replikę” wyoutowany.
Oczywiście, że nie.
Bo outować można tylko w określonej sytuacji: żeby obnażyć hipokryzję kogoś, kto poprzez sianie nienawiści zagraża podstawowemu bezpieczeństwu innych osób LGBT+.
Za moją wiedzą i zgodą wspomniał o mnie w wywiadzie inny aktor Daniel Dobosz, z którym przyjaźnimy się i znamy z teatru. Później redakcja „Repliki” zapytała, czy chciałbym znaleźć się na takiej specjalnej okładce. Odpowiedziałem: dlaczego nie.
Wobec twojej pracy scenicznej powiedziałbym o queerowej niejednoznaczności.
Przez większość dotychczasowego życia towarzyszył mi wiecznie niewypowiedziany wstyd, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Myślałem, że nie ma innej drogi, niż dopasowanie się do otoczenia, które, jak mi się długo wydawało, za wszelką cenę oczekuje utrwalania obrazu stereotypowo silnego faceta. Ale dzięki teatrowi coś zrozumiałem: można inaczej, po swojemu.
Rozumiem to bardzo dobrze. Dla mnie przestrzenią emancypacji okazało się dziennikarstwo.
Teatr, ten najbliższy mojemu sercu – otwarty na eksperymenty, queerowanie rzeczywistości – pomógł mi wypowiedzieć pewne rzeczy na głos. Teraz na przykład na premiery w moim teatrze w Lublinie, na wschodzie Polski, zawsze zakładam spódnicę. Wierzę w aktorstwo, które służy wyzwoleniu, oddechowi. Myślę, że obaj, ty i ja, pracujemy na rzecz reprezentacji człowieka w przestrzeni publicznej.
Dopasowywanie się, mówisz. Czy to oznacza siedzenie w szafie?
Rodzina o mnie wie, chociaż nie za sprawą takiej całkowicie otwartej rozmowy. Pamiętam, gdy jako dorosły facet przyjechałem na wakacje do dziadka z moim chłopakiem, dziadek nie miał pojęcia, że jesteśmy parą. Temat został przez niego przemilczany. Zupełnie inaczej niż ze strony rodziców, którzy od razu mnie zaakceptowali.
Dzięki nim odetchnąłeś?
Tak, dziękuję im za to. Mama zachęcała mnie do otwartości. Dlatego kiedy po raz pierwszy miałem chłopaka, chciałem zaprosić go do domu, żeby poznał moich rodziców. Niby rodzina zawsze wiedziała o mojej delikatniejszej, tej kulturowo bardziej dziewczęcej stronie spod znaku „Czarodziejki z Księżyca”. Ale nikt nie zapytał wprost.
Mamy podobne doświadczenia jako niemal rówieśnicy z pokolenia milenialsów. Na etapie dorastania popkultura karmiła nas jednym obrazem geja – cierpiącego, zwykle umierającego na AIDS.
I ciągłym niedopowiedzeniem, które zdominowało nasze życie.
Zakładam, że nasi bliscy nie potrafili zapytać. Nikt ich na taką rozmowę nie przygotował.
Moja mama w końcu zaczęła dopytywać, tak na około, czy „jest ktoś”, a ja odpowiadałem, że nie ma. Zgodnie z prawdą, ponieważ pierwszego chłopaka miałem dopiero w wieku dwudziestu ośmiu lat.
Raczej późno. Dziś, doprecyzujmy, masz trzydzieści cztery lata.
Reszta rodziny też poznała mojego ówczesnego chłopaka. Nie wydawali się zaskoczeni, że nie trzymam za rękę dziewczyny.
Niektórzy się dziwią, Maciek, po cholerę nam dziś jeszcze ta cała kultura coming outu. Zawsze odpowiadam to samo: coming out przestanie być tematem, gdy społeczeństwo nie będzie z zasady zakładało heteroseksualności jako jedynej „słusznej” drogi.
Nie zawsze chodzi o coś, co jednoznacznie nazwalibyśmy homofobią. Wystarczy takie podstawowe założenie: jako chłopak musisz lubić dziewczyny, bo przecież innej opcji nie ma. Nie może być. Długo czułem, że nie spełniam niewypowiedzianego, ale jednak bardzo wyraźnego społecznego oczekiwania. Doskonale pamiętam mój pierwszy towarzyski coming out.
Najpierw sprawdzamy otwartość tych, na których ewentualne odrzucenie jesteśmy bardziej przygotowani.
Na początku studiów powiedziałem o sobie grupie i poczułem akceptację. Takie podstawowe wsparcie, dzięki któremu nie musisz bez przerwy kontrolować swoich naturalnych odruchów. Chociaż zdarzały się niezręczne dowcipy.
To znaczy?
Niekoniecznie homofobiczne. Czasem w duchu typowego macho.
Jacek Poniedziałek wspominał o homofobii w krakowskiej szkole teatralnej, którą ty również kończyłeś.
Wiele się zmieniło w tych szkołach na przestrzeni lat. Przyszła młodsza kadra profesorska, a wraz z nią inne nawyki, standardy, sposoby nauki, komunikacji. Na pewno nadal realizuje się w aktorstwie obraz hetero mężczyzny, choć może w nieco mniej konserwatywnym wydaniu. Ja do tego obrazu nigdy nie przystawałem, tylko dzisiaj nie robię sobie z tego wyrzutów.
Cały wywiad do przeczytania w 121. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Z dumą przedstawiamy nasz pierwszy autorski cykl filmowy! W każdą środę czerwca nasz redaktor filmowy, Daniel Oklesiński, zaprezentuje film z okresu PRL-u. Szczególnym wydarzeniem będzie pierwszy(!) pokaz „Carmilli” od czasów oryginalnej emisji telewizyjnej w 1980 roku. Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską, a samą projekcję uświetni muzyka na żywo!
Powszechną narracją jest że queeru w powszechnej kulturze czasów komunizmu prawie nie było. I faktycznie, postaci wprost nieheteronormatywnych jest niewiele, zazwyczaj przemykają na drugim czy trzecim planie. Jeśli jednak umiejętnie odczytamy tropy i strategie opowiadania o elgiebetach, to nagle znajdzie się kilka filmów, które wypełniają queerowe protonarracje na pierwszym planie. Przez cały czerwiec takie właśnie filmy będziemy prezentować w warszawskiej Kinotece. Obejrzymy Wojciecha Pokorę w dragu, poszukiwanie seryjnego mordercy w pomorskim miasteczku, Izabelę Trojanowską jako uwodzicielską wampirzycę oraz Gustawa Holoubka zafascynowanego młodym cyrkowcem.
Przebieranki – „Poszukiwany, poszukiwany” (1973)
3 czerwca, 20:00, po seansie rozmowa z Klarą Cykorz i Krzysztofem Tomasikiem. Kup bilety!
Najsłynniejszym przykładem przebieranek w kinie polskim jest oczywiście barejowski „Poszukiwany, poszukiwany” (1973) Stanisława Barei, w którym, w celu uniknięcia potencjalnej odpowiedzialności karnej, historyk sztuki ukrywa się jako służba domowa – Marysia (w tej roli oczywiście Wojciech Pokora). Jest ona podrywana przez facetów, ale też utrzymuje czułe stosunki ze swoją żoną, na przykład na oczach młodej dziewczyny, którą fascynują pozornie damsko-damskie zaloty. Film rozsadza, nawet jeśli nieświadomie i głównie humorystycznie, utarte konwenanse heteronormy. Bareja powróci do przebieranek w serialu „Zmiennicy”, tym razem przebierając Ewę Błaszczyk za taksówkarza. Więcej o tym i innych barejowych tęczowych wątkach pisze Rafał Dajbor w „Replice” #98 (7-8 2022) i w swoich dwóch książkach poświęconych reżyserowi.
Źródła przebieranek są oczywiście dużo starsze niż PRL, Bareja czy nawet kino – wystarczy przywołać Szekspira czy starożytną mitologię. Tylko w polskiej przedwojennej kinematografii kilka filmów bazujących na motywie kobiety udającej mężczyznę. W „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934) megagwiazda Jadwiga Smosarska gra dziewczynę która by obejść ojcowski zakaz pracy, zatrudnia się jako pomocnik inżyniera, oczywiście udając mężczyznę. Zdobycie pracy to także powód przebieranek w „Książątku” (1937), z kolei w żydowskiej komedii „Judeł gra na skrzypcach” Molly Picon (która zagrała później w „Skrzypku na dachu”) udaje mężczyznę ze względów bezpieczeństwa. Co ciekawe, za scenariusz tych trzech filmów odpowiada jeden człowiek, Konrad Tom.
W komunizmie, poza Bareją, przebieranki wracają najczęściej w formie komedii science fiction. Oczywistym przykładem jest Wiesław Michnikowski w „Seksmisji” (1983), ale też krótki metraż Andrzeja Wajdy na podstawie Stanisława Lema, czyli „Przekładaniec” (1968), w którym Bogumił Kobiela jako kierowca rajdowy po poważnym wypadku ratowany jest poprzez sklejanie różnych, w tym kobiecych, ciał. Za naszą południową granicę, do podobnych zamian ciał (tym razem poprzez transplant mózgów) dochodzi w czechosłowackiej komedii Václava Vorlíčka z roku 1970 pod tytułem „Jest pan wdową, proszę pana!”.
Gej musi umrzeć? „Wśród nocnej ciszy” (1978)
10 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!
Jak pisze Krzysztof Tomasik w swojej książce „Gejerel: mniejszości seksualne w PRL-u”, osoby LGBT+ w tym okresie pojawiały się w przestrzeni publicznej przede wszystkim w kronikach kryminalnych, jako ofiary lub przestępcy godni kary śmierci. „Bury your gays” (z ang. dosłownie „pogrzeb swoich gejów”) to klisza według której jedyny możliwy sposób w jaki może zakończyć się historia queerowej postaci to właśnie jej śmierć. Ciekawie przetwarza ten motyw „Wśród nocnej ciszy” z 1978. Tadeusz Chmielewski, autor komedii takich jak „Nie lubię poniedziałku” czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” prezentuje tym razem swoją mroczną stronę. Na Pomorzu grasuje seryjny morderca młodych chłopców. Komisarz prowadzący śledztwo musi radzić sobie także w domu z trudną relacją z 15-letnim synem. Jedyna postać kodowana na homoseksualną w końcu umiera, choć nieoczywistym jest czy w tym przypadku to klasyczna kara za złamanie „zasad natury” czy jednak tragiczny chichot losu.
Samo hasło „bury your gays” spopularyzowało się w ostatnich dekadach w kontekście dyskusji okołofilmowych nad współczesną reprezentacją osób queerowych, w której to ciągle śmierć okazuje się zbyt częstym rozwiązaniem fabularnym (żeby wymienić seriale takie jak „Buffy: Postrach wampirów”, „Obsesja Eve”, „Supernatural” czy komedię romantyczną „Cztery wesela i pogrzeb” – zgadnijcie która z pięciu tytułowych imprez dotyczy geja). Wywodzi się ono jednak i z historii (gejom w wielu okresach historii, a i jeszcze dziś w niektórych rejonach, groziła kara śmierci czy bycie ofiarą homofobicznego linczu), ze wspomnianych kronik kryminalnych (w których najłatwiej można było usłyszeć o nieheteronormatywnych osobach), ale też z purytańskiego podejścia do kultury według którego każdą literacką, a później filmową, postać za grzechy musi spotkać odpowiednia kara. W literaturze Aschenbach umiera w finale „Śmierci w Wenecji” (1912) Tomasza Manna. Najsłynniejsze literackie samobójstwo, czyli „Cierpienia młodego Wertera” (1774) Goethego teoretycznie opowiada o hetero miłości, ale oparte jest na prawdziwej miłości autora do mężczyzny. Zarówno Goethe, jak i Mann pozwolili sobie opisać swoje męsko-męskie pragnienia pod warunkiem zabicia literackiego alter ego. Maria Modrakowska w swej emancypacyjnej lesbijskiej powieści „Anetka” z 1933 także, koniec końców, uśmierca tytułową bohaterkę.
W świecie filmu mamy chociażby niemieckie „Dziewczęta w mundurkach” z 1933 roku. Film kończy się akurat niejednoznacznie, ale literacki pierwowzór Christy Winslow wprost mówi o samobójstwie głównej bohaterki. W „Niewiniątkach” (1961), bohaterka grana przez Shirley MacLaine, zakochana w postaci Audrey Hepburn, także się zabija. Nawet późniejsze najsłynniejsze oscarowe dramaty przecierające szlaki queerowej emancypacji kończą się nieuchronną śmiercią – wymienię chociażby „Filadelfię”, „Nie czas na łzy”, „Tajemnicę Brokeback Mountain” i „Obywatela Milka”. Tym ciekawiej na tym tle prezentuje się moralna szarzyzna jaką reprezentuje „Wśród nocnej ciszy” powstałe teoretycznie w dużo bardzo opresyjnych warunkach PRL-u.
Wampirzyce-lesbijki – „Carmilla” (1980)
17 czerwca, 19:00, seans z muzyką na żywo! Po seansie spotkanie z Izabelą Trojanowską. Kup bilety!
W latach 70. horror klasy B, szczególnie europejski, został zdominowany przez wampirzyce-lesbijki. Ten motyw nie wziął się znikąd. Zanim „Drakula” (1897) zaczął podbijać wyobraźnię masowej popkultury, to właśnie „Carmilla” (1872), irlandzka powieść Sheridana le Fanu o wampirzycy uwodzącej młode dziewczęta, tworzyła pierwsze schematy w tym gatunku. Od razu stworzyła też struktury do opowiadania o queerowej czułości, a jednocześnie ukrywania jej przed bezwzględnym, purytańskim okiem. Skoro Carmilla, a potem Drakula to wampiry, potwory, to nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli że są cool, wzorem do naśladowania, można więc sugerować że są queerowe. Najczęściej i tak, w myśl bury your gays, czeka na nich wyłącznie osikowy kołek.
Połączmy to z rewolucją seksualną lat 60. i 70. i mamy wyjaśnienie fenomenu ekranowych lesbijek-wampirzyc, często skąpo ubranych i ochoczo uprawiających seks. Belgijskie „Dzieci nocy” (1971) inspirowane są krwawymi legendami o Elżbiecie Batory. W francuskiej „Fascynacji” (1979) Jeana Rollina uciekający złodziej trafia do pałacu zamieszkanego przez dwie biseksualne pokojówki. Trochę wcześniej wampir-gej pojawia się też, tym razem jako obiekt żartów, w brytyjskim filmie Romana Polańskiego, „Nieustraszeni pogromcy wampirów” (1967). Luźne adaptacje „Carmilli” pojawiają się we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii.
Wydawać by się mogło, że to zbyt odważny trend dla Polski tamtego czasu, ale jednak i on dotarł do PRL-u. W 1980, w ramach Teatru Telewizji, powstała, być może najwierniejsza, adaptacja oryginalnego tekstu w reżyserii Janusza Kondratiuka. Tytułową rolę zagrała Izabela Trojanowska. Na marginesie to nie jedyny raz jak PRL-owski Teatr Telewizji przemycił queerowe tematy. W 1989 roku widzowie mogli oglądać (zaledwie 4 lata po premierze światowej!) „Normalne serce” Larry’ego Kramera – dramat o epidemii AIDS w Nowym Jorku.
Co ciekawe, nie przetrwała do dziś oryginalna oprawa muzyczna spektaklu, seans w ramach cyklu uświetni więc muzyka na żywo w wykonaniu Mateusza Dębskiego – zwycięzcy prestiżowego Transatlantyk Instant Composition Contest.
Uczeń i mistrz – „Zygfryd” (1986)
24 czerwca, 19:00, po seansie dyskusja z widownią. Kup bilety!
O „Zygfrydzie” Andrzeja Domalika (1986) nierzadko mówi się i pisze, że to jedyny gejowski film okresu PRL-u. Koneser sztuki Stefan Drawicz (Gustaw Holoubek) fascynuje się o wiele lat młodszym akrobatą z przyjezdnego cyrku (Tomasz Hudziec). Zaczyna go zapraszać do siebie, pokazuje mu swoje księgozbiory (to nie jest eufemizm!), próbuje poszerzyć horyzonty młodzieńca. Czy ta relacja pozostanie platoniczna? Ten nietypowy dramat psychologiczny jest adaptacją opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o tym samym tytule wydanego w 1946 r. I choć to najbardziej tęczowa, przynajmniej w dosłowności, adaptacja iwaszkiewiczowskiej prozy, to bynajmniej nie jedyna. Bartosz Żurawiecki na łamach Krytyki Politycznej interpretował bratnią zazdrość z „Brzeziny” (1970) Andrzeja Wajdy w kontekście homoerotyzmu, a tytułowe „Panny z Wilka” (tekst – 1933, oscarowa ekranizacja Wajdy – 1979) to tylko przykrywka dla sześciu braci Świerczyńskich, z którymi w młodości mieszkał (i w których się podkochiwał) Iwaszkiewicz.
„Zygfryd” wpisuje się też w jeden z najstarszych wzorów męsko-męskich relacji, taki który zdominował sposób w jaki europejscy intelektualiści XIX i XX wieku, wszyscy przecież z obsesją na punkcie antyku, myśleli o męsko-męskich relacjach. W starożytnych Atenach, szczególnie w elitach, relacje homoseksualne często były narzędziem do zdobycia pozycji i przejścia w wyższe sfery. Dorosły mężczyzna, zwany erastesem, upatrywał sobie młodzieńca, który mu się podobał, eromenosa. Erastes stawał się mentorem, który zapewniał edukację i wprowadzał młodzieńca w struktury społeczne, polityczne i państwowe. Eromenos w zamian mógł być pasywną stroną w seksie, naraziłby się jednak na dyshonor, gdyby zaczął traktować swojego mentora jako partnera.
Spopularyzowany dzięki „Sympozjonowi” Platona, przez wieki był to dominujący, przynajmniej wśród europejskiej socjety, schemat rozumienia męsko-męskich związków, i tych fikcyjnych, i prawdziwych. Oscar Wilde spotkał swego najsłynniejszego kochanka Bosiego, gdy sam miał 36 lat, a chłopak miał 20. Wspomniany Tomasz Mann „Śmierć w Wenecji” oparł na własnej obsesji względem kilkunastoletniego polskiego chłopca, którego obserwował z daleka przez całe wakacje na weneckim Lido. Dodajmy na marginesie, że w 1971 Luchino Visconti z sukcesem zekranizował nowelę, a aktor grający chłopca wzbudził taki szał w Japonii, że zapoczątkował podgatunek japońskich komiksów zwany yaoi, którego rdzeniem są właśnie męsko-męskie relacje wyróżniające się bardzo nierówną relacją władzy. Dziś częściej napotkamy relacje budowane na gruncie partnerstwa, ale postać mentora i ucznia ciągle ma się dobrze, chociażby w „Tamte dni, tamte nocy” – w nich to niby młodszy Elio pochodzi z akademickiej rodziny, ale to właśnie starszy Oliver jest odpowiedzialny za jego inicjację do dorosłego życia.
Wracając do PRL-u, poza „Zygfrydem”, motyw ten przewija się na dalszym planie w kilku produkcjach. W „Wielkiej majówce” (1981) Krzysztofa Rogulskiego głównych bohaterów na wieczór zaprasza do siebie starszy aktor, postać być może wzorowana na Nasierowskim. W „Ojcu” (1967) Jerzego Hoffmana, główny bohater zapraszany jest bezskutecznie przez amatora nagich męskich rzeźb na koniak. Ale to już faktycznie tylko epizody, w których mentor to jednoznacznie predator czyhający na niewinną młodzież. „Zygfryd” to faktycznie pierwszy film, który podchodzi do tematu mniej czarno-biało.
Fundacja Replika razem z warszawską Kinoteką organizuje w czerwcu przegląd „Kino (nie)jawne: queerowe kody PRL-u” w ramach którego w kolejne środy pokazane zostaną „Poszukiwany, poszukiwana”, „Wśród nocnej ciszy”, „Carmilla” oraz „Zygfryd”. Cykl kuratorowany jest przez Daniela Oklesińskiego. Każde seans poprzedzi jego prelekcja, po seansach poprowadzi on dyskusje.
O tęczowych inicjatywach słyszę, że są kontrowersyjne. I właśnie dlatego widoczność osób LGBT+ w naszym mieście jest tak ważna – mówi Natalia Wójcik, prezeska stowarzyszenia Tychy Osiedle Q
Powiedzieć głośno, że to także nasze miasto, wymaga od osób queerowych ogromnej odwagi – tym większej, im mniejsza jest miejscowość. Nawet w Tychach, wcale nie tak małych, bo zamieszkiwanych przez około 120 tys. osób, do czasu powstania Tychy Osiedle Q w 2024 r. osoby LGBT+ były po prostu niewidoczne. A niewidoczność sprawia, że zwykły, tęczowy koc rozłożony w parku staje się powodem do gróźb, jak przydarzyło się Natalii Wójcik.
Natalia Wójcik. Foto: Agata Krawczyk Tychy Osiedle Q
Gesty takie jak wzięcie partnerki za rękę, nad którymi osoby w dużych miastach być może rzadziej się zastanawiają, u nas są statementem, który wiąże się z ryzykiem – mówi Wójcik i dodaje: W Tychach jesteśmy jedną z dosłownie kilku par jednopłciowych, które się na to decydują. A przecież jest nas znacznie więcej.
Widać to po liczbie zainteresowanych spotkaniami kulturalnymi, które organizują Tychy Osiedle Q. Na jednym z nich gościł Piotr Jacoń, dziennikarz TVN24, ojciec kobiety transpłciowej oraz autor książek „My, trans” i „Wiktoria. Transpłciowość to nie wszystko”. W wydarzeniu uczestniczyły dziesiątki osób, a dla wielu z nich było to pierwsze zderzenie z tematem transpłciowości czy queerowości wogóle. Osoby queerowe z kolei po raz pierwszy mogły poczuć, że nie są same.
Tę i inne inicjatywy na rzecz społeczności LGBT+ w miejscowościach do 250 tys. osób wspiera Kampania Przeciw Homofobii w ramach projektu grantowego „Wspólnymi siłami”, który w tym roku ma już swoją trzecią edycję. Na przestrzeni niemal dekady we wszystkich programach grantowych – m.in. „Razem możemy więcej”, „Beyond borders” czy „W drodze po równość” – KPH przekazała już łącznie ponad milion złotych.
Magdalena Więch. Foto: KPH
Po sukcesie poprzednich edycji programu widzimy, jak duży wpływ może mieć nasze wspólne działanie. Udało nam się wesprzeć wiele ważnych, lokalnych inicjatyw oraz stworzyć wartościową przestrzeń do współpracy – komentuje Magdalena Więch, koordynatorka ds. wsparcia ruchu LGBT+ w KPH.
Działań wspieranych przez KPH w całej Polsce jest wiele. Przykład? Dzięki grantowi „Wspólnymi siłami”, 24–25 kwietnia 2026 r. w Kamienicy Naujackiej MOK w Olsztynie po raz trzeci odbędą się Olsztyńskie Dni Widoczności Osób Transpłciowych i Niebinarnych TransAtlantyk, tworzone przez działającą od 2022 r. fundację CzuliMy.
Katarzyna Grabia. Foto: Fundacja CzuliMy
To spotkania otwarte, oczywiście prowadzone w dużej mierze przez osoby transpłciowe czy niebinarne, ale poruszamy przy tym tematy uniwersalne. Prawa człowieka dotyczą nas wszystkich, podobnie jak potrzeba wyrażania miłości i bycia kochanym – stwierdza prezeska zarządu CzuliMy oraz psycholożka, seksuolożka i psychoterapeutka Katarzyna Grabia.
CzuliMy na co dzień zajmuje się inicjowaniem oraz realizowaniem działań na rzecz zdrowia psychicznego, fizycznego i edukacji seksualnej. Promuje też aktywność obywatelską, w tym budowanie postaw tolerancji i równości, czy dialogu społecznego.
Podczas pracy jako psycholożka i nauczycielka wychowania do życia w rodzinie w jednej z podolsztyńskich szkół, dostrzegłam – podobnie jak Natalia Juralewicz, członkini zarządu CzuliMy i również pedagożka – ogromną potrzebę wsparcia psychologicznego dla młodych osób, które dopiero się rozwijają i poszukują swojej tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Nie wiedziałyśmy, dokąd je odesłać, by mieć pewność, że zostaną potraktowane poważnie i zgodnością – wspomina Grabia.
W odpowiedzi na tę lukę fundacja uruchomiła konsultacje terapeutyczne. Zainteresowanie przerosło oczekiwania założycieli_ek i w półtorej miesiąca zapełniły się wszystkie miejsca.
Magdalena Więch z KPH: Właśnie dlatego chcemy powiedzieć wszystkim osobom LGBT+ w całej Polsce: widzimy was i zrobimy wszystko, by dostrzegła was także reszta społeczeństwa. Dla waszej godności, bezpieczeństwa i szczęścia.
Program „Wspólnymi siłami” realizowany jest dzięki wsparciu CD PROJEKT RED.
Aby zostać rodzicem poprzez surogację, trzeba przejść skomplikowany proces, wktórym biorą udział przyszli rodzice, dawczyni komórki jajowej, surogatka i oczywiście dziecko. Na szczęście wPolsce pojawiają się pierwsze inicjatywy, które mają pomóc potencjalnym ojcom wzałożeniu rodziny
Ron Poole-Dayan, dyrektor organizacji Men Having Babies (mat. pras. MHB)
5 marca br. odbyło się pierwsze w Polsce spotkanie dotyczące tęczowego rodzicielstwa queerowych ojców i mężczyzn* organizowane przez Men Having Babies (MHB) I Kampanię Przeciw Homofobii.
Men Having Babies to międzynarodowa organizacja non-profit, która pomaga przyszłym rodzicom w wyborze bezpiecznych i etycznych opcji tacierzyństwa, w tym surogacji, w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i mieście Meksyk. MHB oferuje pomoc finansową i wiele cennych informacji, z których mogą skorzystać także queerowi mężczyźni w Polsce planujący potomstwo.
Jednymi z kluczowych inicjatyw MHB są konferencje, takie jak ta, która odbędzie się w Berlinie między 8 a 10 maja 2026 r. Osoby uczestniczące będą miały okazję zdobyć wiedzę z zakresu prawa – na przykład przepisów dotyczących surogacji właśnie w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i mieście Meksyk. Będą również mogły dołączyć do grup dyskusyjnych poświęconych konkretnym krajom i porozmawiać z osobami prawniczymi. W tej edycji konferencji w Berlinie po raz pierwszy pojawi się także przestrzeń poświęcona sytuacji prawnej w Polsce.
Program konferencji uzupełniają panele dyskusyjne poświęcone osobistym doświadczeniom ojców, surogatek, osób eksperckich, a w niektórych przypadkach także młodych ludzi wychowanych w tęczowych rodzinach (zapewnione zostanie tłumaczenie symultaniczne w języku polskim).
– Oczywiście część tych informacji jest również dostępna w internecie, ale większość wyników wyszukiwania to reklamy. Wierzymy w wartość fachowych porad i spotkań na żywo. Prawdziwe zrozumienie wynika z wymiany osobistych doświadczeń na tematy dotyczące ojcostwa i wszystkiego, co się z nim wiąże – wyjaśnia Ron Poole-Dayan, dyrektor MHB (na zdjęciu).
MHB kładzie również duży nacisk na kontekst społeczny. Poole-Dayan podkreśla, że wiele uprzedzeń wobec queerowych ojców ma mniej wspólnego z orientacją seksualną, a więcej z tradycyjnymi wzorcami ról społecznych.
– Dla niektórych osób para mężczyzn* pełniących rolę opiekuńczych rodziców nadal wydaje się czymś niezrozumiałym. Jednak badania wykazały, że to nie płeć rodziców decyduje o dobrym samopoczuciu dziecka, ale stabilność, ciepło i wsparcie – komentuje dyrektor MHB.
Na wydarzeniu, które odbyło się w Warszawie, pojawiły się dziesiątki osób. Padały pytania zarówno o praktyczne, jak i prawne kwestie dotyczące posiadania dzieci przez pary mężczyzn w Polsce.
W trakcie spotkania głos zabrały także osoby przedstawicielskie KPH, które opowiadały o swoich programach nakierowanych na tęczowe rodzicielstwo – „Pride & Parent” oraz „Równe Rodziny”. Ich celem jest tworzenie przestrzeni dla par jednopłciowych wychowujących dzieci w Polsce oraz wsparcie w planowaniu rodziny.
Miko Czerwiński, osoba dyrektorska KPH, tuż po zakończeniu wydarzenia relacjonowałx: Wieczór był nie tylko przepełniony wiedzą, ale też prawdziwie wzruszający. Na spotkanie przyszły pary mężczyzn, które mają dzieci imieszkają wPolsce, chętnie dzieląc się swoją historią. Historią akceptacji ze strony społeczności lokalnej i sieci wzajemnej pomocy, które budują razem zinnymi rodzinami.
Zarówno KPH, jak i MHB nie mają wątpliwości – ruch tęczowych rodzin w Polsce jest żywy i stale się rozwija, a coraz więcej par dostrzega, że pomimo regresywnego prawa założenie rodziny jest dla nich możliwe.
Mężczyźni* – termin ten jest szeroki i obejmuje każdą osobę, która – w tym kontekście – odnajduje się w roli ojca lub rodzica męskiego i chce budować rodzinę w oparciu o te doświadczenia.
Po raz pierwszy zetknąłem się z twoją twórczością w 2024 r., gdy oglądałem islandzkie preselekcje do Eurowizji. Jak to się stało, że ty – Palestyńczyk urodzony we wschodniej Jerozolimie – walczyłeś o reprezentowanie Islandii?
To długa historia, jej początki sięgają mojego dzieciństwa. Moi rodzice są muzykami, około 2007 r. byli zaangażowani w kampanię, która miała na celu wprowadzenie Palestyny na Eurowizję. Pojechali nawet na finał konkursu i próbowali lobbować w EBU (European Broadcasting Union, która organizuje konkurs Eurowizji – przyp. red.), żeby dopuścić Palestynę do konkursu. W ten sposób, w wieku czternastu lat, po raz pierwszy zetknąłem się z Eurowizją.
W 2019 r. Eurowizja odbywała się w Tel Awiwie. Wiele osób popierało bojkot wydarzenia, ale islandzki zespół Hatari zdecydował się wziąć udział i wykorzystać konkurs do wygłoszenia politycznego stanowiska. Podczas finału podnieśli palestyńską flagę, co stało się jednym z najbardziej zapamiętanych momentów konkursu. To było bardzo inspirujące, nawiązałem z nimi kontakt.
Potem przyszła pandemia i życie właściwie się zatrzymało. Byłem w Jerozolimie i zastanawiałem się nad kolejnymi krokami w mojej karierze. Pomyślałem o Eurowizji. Skontaktowałem się z Einarem, jednym z członków Hatari, który dziś jest też moim współpracownikiem muzycznym, i zapytałem, czy aby wystąpić w islandzkich eliminacjach, trzeba być Islandczykiem. Okazało się, że nie – wystarczy napisać piosenkę z islandzkim współautorem. Tak zaczęliśmy pracować razem. Kilka razy pojechałem do Islandii, spędziliśmy dużo czasu w studiu i napisaliśmy wiele utworów. Ostatecznie wybraliśmy „Wild West”.
Co dla ciebie osobiście znaczył udział w tych eliminacjach? Czy był to przede wszystkim muzyczny eksperyment, czy coś bardziej symbolicznego?
U podstaw była oczywiście muzyka. Zawsze kochałem pop i Eurowizja jest fascynu jąca właśnie dlatego, że jest tak widowiskowa. Masz trzy minuty, żeby stworzyć pełne widowisko z choreografią, wizualizacjami i muzyką. Ta idea bardzo mnie ekscytowała.
Jednocześnie Eurowizja jest oczywiście również wydarzeniem politycznym i ponieważ jestem Palestyńczykiem, mój udział od początku miał też wymiar symboliczny. Nawet jeśli początkowo chodziło po prostu o stworzenie dobrego występu i o to, by spróbować wygrać, sama moja obecność wywoływała reakcje.
Nie ukrywam, że bardzo chciałem być pierwszym Palestyńczykiem, który dotrze do Eurowizji. Była w tym również pewna metafora. Jestem palestyńskim muzykiem z Jerozolimy, który musiał polecieć aż do Islandii, żeby spróbować swoich sił w konkursie. Ta droga symbolizowała dla mnie bariery, z jakimi często mierzą się palestyńscy artyści.
Bukmacherzy typowali cię do zwycięstwa całej Eurowizji, tymczasem zająłeś drugie miejsce w eliminacjach, co dla wielu fanów było wielkim szokiem. Co wtedy czułeś?
To była mieszanka emocji. Oczywiście byłem rozczarowany, bo bardzo ciężko pracowaliśmy nad tym występem i wokół naszego udziału był spory hype. Było mi przykro, że nie będę mógł zaprezentować tego występu na głównej scenie Eurowizji. Z drugiej strony doświadczyłem niezwykle stresującej sytuacji. Pojawiało się dużo presji, a także obawa, czy nie idę wbrew osobom popierającym bojkot, choć sam również go popieram. Czułem jednak, że jako Palestyńczyk opowiadający tę historię i odbywający tę podróż… Moja obecność w takim miejscu również ma znaczenie. To sposób na wprowadzenie palestyńskiego głosu do przestrzeni, w których zwykle go nie ma.
Gdybyś dziś dostał zaproszenie do udziału w Eurowizji, przyjąłbyś je?
Myślę, że w tym momencie raczej bym odmówił. Ten rok wydaje się inny. Pojawiają się bojkoty ze strony niektórych krajów i coś wyraźnie się zmieniło. Liczę, że Eurowizja naprawdę jeszcze będzie tym, czym obiecuje być, czyli przestrzenią jedności i miłości. W tej chwili tak zdecydowanie nie jest. To nie jest odpowiedni moment, choć mam poczucie, że moja historia z Eurowizją jeszcze się nie skończyła.
Spędziłeś sporo czasu w Islandii. Czy ten kraj stał się dla ciebie czymś w rodzaju drugiego artystycznego domu?
Tak, zdecydowanie. Czuję ogromną wdzięczność, że mogłem tam spędzić tyle czasu. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i artystów, miałem też okazję koncertować z Hatari po całym kraju. Zdecydowanie czuję, że to mój drugi dom, szczególnie pod względem artystycznym. Islandia ma niezwykle otwarte i eksperymentalne środowisko twórcze.
Dorastałeś w Jerozolimie. Jak to miejsce ukształtowało cię jako artystę?
Jerozolima to bardzo wyjątkowe miejsce. Z jednej strony jest niesamowicie piękna, z drugiej pełna napięcia. To przestrzeń, w której spotykają się różne skrajności i gdzie koncentruje się wiele konfl iktów politycznych. W domu dorastałem w artystycznym środowisku. Mój ojciec był muzykiem, założył pionierski zespół o nazwie Sabreen. Miał studio w Jerozolimie i wielu artystów zarówno stamtąd, jak i z całej Palestyny przychodziło tam, żeby razem improwizować. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień.
Poza domem była jednak też smutna i przerażająca codzienność: checkpointy, mur przecinający dzielnice, żołnierze obecni na każdym kroku. Istniało ciągłe poczucie kontroli i napięcia. Ten kontrast między kreatywnością a polityczną rzeczywistością bardzo mocno wpłynął na moją twórczość i często pojawia się w mojej muzyce oraz wizualnej stronie projektów. Gdzie teraz mieszkasz? Od około półtora roku mieszkam w Paryżu, gdzie realizuję rezydencję artystyczną. Dużo podróżuję i stamtąd łatwiej jest wyjeżdżać w trasy koncertowe, ale w praktyce funkcjonuję pomiędzy Jerozolimą a Paryżem. Jak wojna – ta niedawna w Strefie Gazy i ta obecna z Iranem – wpływa na twoją kreatywność i codzienne życie? Ostatnie dwa lata były niezwykle trudne. Oglądanie obrazów ludobójstwa na ekranach naszych telefonów, jednocześnie będąc fizycznie bezpiecznym, wywołuje ogromne poczucie winy. Moja rodzina nie przebywa w Gazie, ale nieustannie martwię się o nich, bo są w Jerozolimie. Wiele osób żyje w zawieszeniu – najpierw przez COVID, a teraz przez trwający konfl ikt z udziałem Iranu, Izraela i USA. Myśleliśmy, że w końcu będziemy mogli złapać chwilę oddechu, ale wygląda na to, że to wciąż niemożliwe. Bardzo się martwię i czuję duży niepokój.
Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Oficjalnie w dokumentach mam w tej chwili Kris. Nie wiem, czy to się zmieni. Z żoną nie chcemy się rozwodzić, a w tym kraju na obecnie musiałabym, żeby zmienić dane na kobiece. Natomiast to nie jest coś, co mi mocno przeszkadza, ponieważ jestem w pełni wyoutowana. Powszechnie używam pseudonimu artystycznego „Kristine Turowska”. Żona też mówi Kristine. W oficjalnych sytuacjach i z niektórymi znajomymi używam „Kris”, a niektórzy wolą po polsku – Krysia.
Po co ci „pseudonim artystyczny”?
Mam dwa projekty sceniczne. Jeden to mój monodram „Nigdy nie będę kobietą”. To historia inspirowana poezją i życiem Sylvii Plath, natomiast zaadaptowana tak, aby opowiedzieć nie tylko o problemach wszystkich kobiet w świecie pełnym stereotypów, ale w szczególności o tych, z jakimi spotykają się kobiety transpłciowe. Wystawiałam go w Warszawie i Zielonej Górze. Będę z nim też na pewno w Toruniu i Gorzowie Wielkopolskim.
Z jakim spotykasz się odbiorem?
Ogólnie z bardzo dobrym. Widzowie mówili mi, że było to dla nich coś nowego, odświeżającego lub że znaleźli w tym dużo treści, które dotyczyły ich samych, nawet jeżeli nie były to osoby transpłciowe. A także, iż to trudny temat, ale podany w dość przyjemny sposób.
A twój drugi projekt?
To warsztaty teatralne dla osób LGBT+. Prowadzę je przez moją Fundację Diversitas Pro Cultura. W pierwszej edycji bierze teraz udział osiem osób. Pod przewodnictwem naszej reżyserki Tati Lemeshevej tworzą spektakl „Następna stacja – JA”. To spektakl dokumentalny o bardzo różnych problemach dotykających każdego z nich. Oczywiście, duża część dotyczy wprost tematyki LGBT, ale są też sprawy bardziej ogólne, takie jak samotność, narkotyki i inne. Premiera będzie 16 maja na deskach Teatru Scena Metro w Warszawie. Zapraszam.
Czy jesteś zawodową aktorką?
Zawodowo zajmuję się finansami. Teatr to moja pasja jeszcze z czasów liceum. Wtedy jednak miałam idée fixe, że muszę robić studia i karierę. Tematy związane z pasjami odeszły na bok. Potem wpadłam w wir pracy. Mniej więcej dziesięć lat temu zorientowałam się, że to nie jest sens życia. Wiązało się to też z uświadamianiem sobie, kim naprawdę jestem oraz z tranzycją. Zaczęłam dopuszczać do siebie myśli, że nie muszę być taka, jakiej mnie świat oczekuje. Że mogę też robić inne rzeczy. Wtedy, przeglądając Facebooka, trafiłam na post pani dyrektor policealnej szkoły aktorskiej z Zielonej Góry, która złożyła życzenia wszystkim osobom trans z okazji Dnia Widoczności Osób Transpłciowych. „Super! Bardzo mi miło” – pomyślałam i zaczęłam się z nią wymieniać wiadomościami.
O czym rozmawiałyście?
Zachęciła mnie, żeby odświeżyć pasje i zapisać się do jej szkoły. Strasznie mi się spodobało. Bezpośredni kontakt z widzem to coś niesamowitego. Podnosi mi poziom adrenaliny i daje poczucie sukcesu, kiedy się kończy spektakl. To jest jedno z najprzyjemniejszych uczuć. Jeździłam zatem z Torunia do Zielonej Góry przez dwa lata. I robiłam to en femme w czasie jazdy pociągiem i samochodem. Nawet miałam przyjemność rozmowy z policjantami, jak mnie złapali, bo przekroczyłam prędkość. Kiedy przeszłam ten etap, to żyłam już „tym drugim” życiem. Zaczęłam się outować powoli, od bliższych przyjaciół i rodziny. W końcu z moją małżonką uzgodniłyśmy wspólnie: „Tak, chcemy w tym kierunku iść”.
Jak wyglądał twój coming out przed żoną?
Jesteśmy ze sobą już trzydzieści lat, a dwadzieścia sześć lat po ślubie, czyli ponad połowę naszego życia. Nie ukrywamy przed sobą za dużo i wiedziała o tym wcześniej. Najpierw traktowała to jako taką zabawę. „Ma ochotę się powygłupiać, to jego sprawa”. W momencie, kiedy zauważyła, że zaczynam to traktować poważnie, był kryzys.
Na czym polegał?
Stwierdziła, że nie jest lesbijką i nie chce żyć z kobietą. Jednak z drugiej strony kochałyśmy się i chciałyśmy być razem, więc rozmawiałyśmy i doszłyśmy do kompromisów. Postanowiłam, że nie będę zbyt szybko iść w kobiecość. Zaczęłam rozwijać się poprzez zajęcia poza domem. W pracy i z rodziną nadal pozostawałam mężczyzną. Dla niej to był też czas przekonywania się do mnie i oswajania całego zjawiska.
Miałaś wtedy perspektywę, że w ogóle dojdzie u ciebie do tranzycji?
Wtedy nie. Postanowiłam, że trudno, najwyżej będę musiała prowadzić podwójne życie. To trwało kilka lat i było dla mnie trudne. Najcięższe były momenty, kiedy wracałam z Zielonej Góry. Miałam zajęcia przez cały weekend, więc najczęściej już w piątek po pracy wyjeżdżałam jako ona. Wracałam do rzeczywistości, jakiej nie do końca chciałam. Choć z jednej strony do domu, gdzie zawsze czułam się dobrze, to jednak też do męskiej roli. To mi przeszkadzało. Wtedy straciłam też motywację do pracy. Cały wcześniejszy pęd ku karierze i sukcesy przestały mnie bawić i sprawiać przyjemność. Zaczęłam mieć nastroje depresyjne.
Jak sobie z tym poradziłaś?
Zaczęłyśmy z moją żoną o tym rozmawiać. Ona też troszeczkę zaczęła brać udział w tym moim drugim życiu. Wcześniej tego nie było.
W jaki sposób zaczęła brać udział?
Moją drugą pasją jest pisarstwo. Wraz z otwieraniem się na siebie wróciłam też do tego. Na początku to były drobne rzeczy do szufl ady bądź opowiadania, jakie się pojawiały w internecie. W końcu napisałam i wydałam książkę pod tytułem. „Listy do E.”. Jej akcja dzieje się w początkach XIX wieku. Książka ma formę listów głównej bohaterki do przyjaciółki. Spotkania autorskie miałam jako Kristine Turowska. Żona była na nich ze mną. Zaczęła widzieć, w jaki sposób przeżywam ten czas, gdy funkcjonuję jako kobieta. Przyjechała także na mój dyplom ze szkoły aktorskiej. To były dwie sztuki. Miałam swoją główną scenę, gdzie byłam zbuntowanym dzieckiem nadopiekuńczej matki, która miała swoje własne wyobrażenie, jak dziecko powinno się zachowywać. Dodałam tam parę słów, jakie zmieniły kontekst, bo moja bohaterka nagle stała się transpłciowa. W drugiej zaś sztuce bawiliśmy się Szekspirem i Molierem.
Jak te przedstawienia odebrała twoja żona?
Myślę, że zobaczyła, ile to dla mnie znaczy. Zobaczyła też, jak inni mnie odbierają i że to nie jest negatywny odbiór, ale pozytywny. Myślę, że to pozwoliło jej samej przekonać się, że można tak żyć.
Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).