Anna Grodzka: Zaplanowałam swój pogrzeb

Z celebrantkami DOROTĄ OYRZANOWSKĄ i NATALIĄ ZAKRZEWSKĄ-SOBCZAK z Kolektywu Niezapominajki rozmawia Anna Grodzka

fot. Anken Berge

„To był piękny pogrzeb” – nigdy nie pomyślałabym, że takie zdanie przyjdzie mi kiedykolwiek do głowy. A jednak właśnie tak pomyślałam. Kiedy jest się w moim wieku, coraz częściej zdarza się uczestniczyć w pożegnaniu osób bliskich. Uczestnicząc wcześniej w katolickich i świeckich pogrzebach, czułam żal i smutek, ale nigdy nie udało mi się w trakcie pogrzebu przeżyć jeszcze raz takiego samego uczucia bliskości, jakie miałam, kiedy zmarła osoba jeszcze żyła    Tym razem – oczywiście, w tle był smutek, przecież brałam udział w pogrzebie bliskiej mi osoby, ale jednocześnie poczułam sympatię i ciepło, jakie towarzyszyło moim spotkaniom ze Zmarłą. Jak to było możliwe? Gdy tylko weszłam do domu pogrzebowego, zaskoczyła mnie Jej symboliczna obecność. Sala udekorowana była przedmiotami, jakie mi się z Nią kojarzyły. Stała Jej gitara jak u Niej w domu – jakby Ona miała za chwilę na niej zagrać. W wazonach hortensje, których zawsze pełen był Jej ogródek, a przed urną i Jej zdjęciem – dekoracja z mchu, traw i polnych kwiatów. Na każdym z krzeseł dla gości ktoś położył misternie wycięte czarne profile ptaków. Wszyscy, którzy Ją znali, pamiętają, że zawsze dbała o dosypanie karmy dla ptaków do karmnika w ogrodzie. W uszach brzmiała cicho muzyka, o której wiem, że jej słuchała i lubiła.

Usiadłam na krześle zdumiona. Zamiast przygnębienia, jakie towarzyszyło mi w drodze na tę uroczystość, poczułam pewien rodzaj rozpromienienia i spokoju. Byłam znowu u Niej – z Nią. Nigdy bym się nie spodziewała tego uczucia w chwili pożegnania – w chwili gdy Jej już nie ma. Gdy przyszedł na to czas, pani celebrująca pogrzeb – celebrantka – zabrała głos. Mówiła o zmarłej w taki sposób, jakby był to ktoś, kto przeżył z Nią całe życie – ktoś Jej bardzo bliski. Były to związane z Nią wspomnienia. Czasem wzruszające, czasem radosne, chwilami nawet zabawne. Nie znałam wielu tych szczegółów. Skąd ta celebrantka to wie? – pomyślałam.

Po raz pierwszy w życiu nie wyszłam z pogrzebu zdołowana. A przecież chciałoby się, aby każde takie ostatnie pożegnanie pozwalało uczestnikom na czuły, skupiony ostatni kontakt z osobą zmarłą – z Nią, właśnie z Nią – taką, jaka była w swej najlepszej i w prawdziwej postaci.

Do tamtej pory jeszcze nigdy nie myślałam o swoim pogrzebie. Teraz pomyślałam, że nie chciałabym ludziom, którzy zechcą przyjść mnie pożegnać, fundować tradycyjnej traumy. Zwróciłam się zatem do dwóch kobiet, które przygotowały oraz przeprowadziły ten pogrzeb i zapytałam, czy pomogłyby mi go zaplanować.

Czy to jest OK, że razem z wami zaplanuję swój pogrzeb?

Natalia: Bardzo OK. To dojrzała decyzja, najlepsze, co możemy po sobie zostawić, to porządek.

Ale ja mam na myśli przede wszystkim komfort żałobników.

N: Jasne. Czy masz jakiś pomysł, jakieś wyobrażenie o przebiegu tego wydarzenia?

Jedyne, czego jestem pewna nie chcę księdza. Reszty nie jestem pewna. Dlatego pomóżcie mi. Chciałabym, aby ludzie zebrali się w jakimś swobodnym miejscu. Koniecznie nad brzegiem wody albo jeziora. Żeby było ognisko, wino, piwo i wiele pięknej muzyki. Takiej, jaką lubiłam, i chciałabym, żeby oni także lubili. Bo ostatnio moją pasją jest komponowanie muzyki.

Dorota: A jeśli to będzie zima?

Nie da się poczekać do lata? Bo przecież chcę być skremowana. Urna poczeka.

D: Urna zostanie, ale twoim bliskim będzie trudno czekać tyle czasu. Pogrzeb jest ceremonią domykającą i pozwala bliskim zamknąć pewien etap i pójść dalej, już bez ciebie. Wymyślmy jakieś alternatywne miejsce na wypadek mrozu i zawieruchy. Możemy na tę ceremonię wynająć klub lub inne miejsce, z którym czujesz się związana.

No tak. To w takim razie awaryjnie muszę postawić na muzykę, a nie widoki. Albo tak zakombinować, żeby umrzeć latem.

N: Ale zaraz, zaraz, jeszcze nie umierasz, na razie planujemy. Widoki też mogą być. Może nam towarzyszyć ekran z widokiem płynącej rzeki albo jeziora, mogą się na nim przewijać twoje zdjęcia. Często osoby planujące swój pogrzeb piszą lub nagrywają list – pożegnanie. Możesz też nagrać nam jakiś fi lm ze swoją muzyką. Byłoby dobrze, żebyś przekazała nam informacje, z kim mamy rozmawiać, żeby zebrać wspomnienia o tobie. Bo twoi pogrzebowi goście będą chcieli, aby ktoś o tobie opowiedział. Temu służy mowa pogrzebowa. Dobrze jest też nie planować wszystkiego w szczegółach, żeby zostawić trochę decyzyjności i sprawczości najbliższym, aby poczuli się częścią tej ceremonii.

Ale wiecie co? Mam problem. Nie wiem, co zrobić z moim grobem. Bo z jednej strony przychodzi mi na myśl, żeby rozsypać moje prochy oddać je jakoś przyrodzie, a z drugiej strony zastanawiam się, czy nie byłoby sensowne, aby było jakieś miejsce, w którym jestem pochowana. Co radzicie?

D: Porozmawiaj o tym z najbliższymi. Jeśli chcesz rozsypać prochy, istnieje możliwość zrobienia tego na Łące Pamięci, niestety tylko na kilku cmentarzach w Polsce. A jeśli chcesz mieć grób, to zostaw informację, na którym cmentarzu chcesz być pochowana.

Gdzie mam zostawić tę i inne informacje?

D: Proponuję stworzyć tzw. czerwoną teczkę memo, do której włożysz wszystkie informacje będące przewodnikiem dla twoich najbliższych.

OK!

N: Jak będziesz gotowa, to spotkamy się jeszcze raz i spiszemy wszystko, żebyś mogła zostawić jasne wytyczne.

To teraz powiedzcie osobom czytelniczym Repliki, jak to się stało, że zostałyście celebrantkami.

D: Wszystko zaczęło się od jogi – poznałyśmy się na studiach podyplomowych z jogi na warszawskiej AWF. Obie miałyśmy ciężko chore matki. Myślę, że to spotkanie było nieprzypadkowe, obie podświadomie szukałyśmy wytchnienia, wyrwania wolnego czasu dla siebie, zawalczenia o zdrowie fizyczne i psychiczne. W tym czasie już dużo czytałam o śmierci i umieraniu, brałam udział w warsztatach i spotkaniach Instytutu Dobrej Śmierci. Miałam wówczas myśl, że chciałabym sama celebrować pogrzeb mojej mamy, ale bałam się, że zrobię coś nie tak i że to wpłynie na resztę członków rodziny. Dlatego gdy mama umarła, zdecydowałam się na ceremonię pogrzebową przy pomocy domu pogrzebowego i celebrantki humanistycznej, również członkini Instytutu Dobrej Śmierci. Praca z nią przy ceremonii była dla mnie bardzo wspierająca. Czułam, że odzyskuję kontrolę nad sytuacją, że wiem, co się będzie działo na pogrzebie, wiem, co zostanie powiedziane, mam wpływ na to, jak mama zostanie przedstawiona i zapamiętana. Ten pogrzeb był tak dobry, że obie z Natalią podeszłyśmy do dziewczyn obsługujących ceremonię, by im podziękować. Pamiętam, że powiedziałyśmy im, że też chcemy to robić.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Niemiecki aktor Hans Berlin

O podbijaniu Hollywood, o graniu w gejowskim porno, o życiu z HIV, o jego musicalu „Shooting Star” oraz o jego wspaniałych rodzicach – rozmowa Mathiasa Foita

fot. Daniel M. Schmude

Chciałbym zacząć od tego, z czego, jak myślę, zna cię wielu polskich gejów czyli od twojej kariery w branży porno. Współpracowałeś m.in. z takimi wytwórniami, jak Titan, Kristen Bjorn czy Lucas Entertainment. Często mowisz, że wyruszyłeś na podbój Hollywood, by zostać niemieckim Bradem Pittem, ale życie potoczyło się trochę inaczej. Jak wylądowałeś w tej branży?

Zacznę od tego, że w moim odczuciu wielu mężczyzn – obojętnie, czy hetero, czy homo – skrycie marzy o karierze w przemyśle porno. Kto nie chciałby dostawać kasy za seks z pięknymi osobami? Niemniej, nigdy do tego nie dążyłem ze względu na łączące się z tą karierą piętno społeczne. Sama myśl wydawała mi się super, ale nigdy nie był to mój świadomy plan. Jak wspomniałeś, w 2002 r. trafiłem do Stanów Zjednoczonych, do Los Angeles, by rozwinąć karierę aktorską, ale jednocześnie z czegoś musiałem się utrzymywać. Przez długi czas pracowałem przy obsłudze prywatnych imprez dla pięknych i bogatych tego świata jako kelner, miałem okazję obsługiwać m.in. małżeństwo Obamów, Jennifer Lopez, Barbrę Streisand, Meryl Streep…

Wow!

Tak, to było zabawne. Często myślę, że wszechświat chyba źle zrozumiał moje marzenia: w końcu nie chciałem pracować dla gwiazd, lecz razem z nimi! W ramach tej pracy poznałem pewną parę tancerzy go-go z West Hollywood, gejowskiej dzielnicy Los Angeles. Podpowiedzieli mi, że mógłbym tam nieźle dorobić jako tancerz w klubach nocnych, a że miałem już doświadczenie w tej branży z mojego pobytu w Berlinie, to zgodziłem się. Taniec go-go w USA różni się od tego w Niemczech, jest o wiele bardziej seksualny. To właśnie w klubie w 2010 r. otrzymałem propozycję wystąpienia w gejowskim porno. Moja początkowa reakcja brzmiała: „Nie, jestem prawdziwym aktorem. Nie mogę sobie na to pozwolić, bo przez to zniszczę moją karierę aktorską”. Trochę mi to zajęło, zresztą musiałem być długo namawiany, ale gdy w końcu uświadomiłem sobie, że nie mam kariery aktorskiej, którą mógłbym zniszczyć i że mógłbym z mojego „hobby” uczynić pracę… (śmiech) No i tak w 2012 r. nakręciłem swój pierwszy film.

Wychowałeś się w małej, bawarskiej wiosce nieopodal Garmisch-Partenkirchen. Opowiedz, proszę, o twoich pierwszych coming outach, miłościach.

W wieku osiemnastu lat powiedziałem mojej mamie, z którą miałem bardzo dobry kontakt, że jestem gejem, chociaż nie byłem tego jeszcze w stu procentach pewny. Zaakceptowała to, ale wyraziła nadzieję, że sąsiedzi się nie dowiedzą i zasugerowała, że to tylko taka faza. To spowodowało we mnie pragnienie bycia „normalnym”, próbowałem nawet seksu z kobietami. Ale w wieku dwudziestu lat, 16 maja 1992 r. – tę datę obchodzę do dzisiaj jako rocznicę mojego comingu outu – pojechałem z mojej wioski do Monachium, a tam udałem się sam do klubu New York (dzisiaj NY.Club – przyp. red.). Poznałem tam mojego pierwszego partnera, który niesamowicie mi pomógł w coming oucie. Ale nawet wtedy nie odważyłem się powiedzieć o tym moim rodzicom, zamiast tego twierdziłem, że w Monachium poznałem dziewczynę, a chłopakowi mówiłem, że pochodzę z innej miejscowości, bo obawiałem się, że może zechcieć odwiedzić mnie w domu rodzinnym. Po którymś pytaniu mojej mamy, kiedy pozna moją wybrankę serca, przyznałem w końcu, że mam chłopaka i że jednak definitywnie jestem gejem. Wcześniej dowiedział się o tym jeszcze mój brat, ale upłynęły aż dwa lata zanim porozmawiałem o tym z ojcem. Starałem się to przed nim ukryć, ale pewnego razu w trakcie pewnej kłótni rzuciłem do niego: „Nic o mnie nie wiesz!”. Na co on odpowiedział: „Myślisz, że nie wiem, że jesteś gejem? Jesteś moim synem, dlaczego miałbym cię z tego powodu mniej kochać?”. W tym momencie opadła mi szczęka. Po czym otworzyliśmy szampana i wznieśliśmy za mnie toast.

Boże, jak pięknie!

Tak, totalnie, chociaż żałuję, że mój ojciec nie zakomunikował mi tego wcześniej, bo może łatwiej byłoby mi z coming outem. Mojego następnego chłopaka Stefana, mogłem już bez strachu zaprosić do rodzinnego domu i przedstawić rodzicom. Ale to ukrywanie się, udawanie, ten balast psychiczny – to trauma, która towarzyszy mi do dzisiaj i którą ciągle próbuję przepracować.

A jak wyglądały twoje coming outy jako osoby seropozytywnej i jako aktora porno?

O mojej seropozytywności dowiedziałem się w 2001 r. O wirusie HIV usłyszałem po raz pierwszy jeszcze w dzieciństwie z reklam dotyczących bezpiecznego seksu. Zakodowałem sobie, że przy każdym seksie muszę używać prezerwatywy. Tak też robiłem, nawet gdy zdradzałem Stefana i gdy z kolejnym chłopakiem otworzyłem związek. Uważałem, że skoro używam prezerwatyw, to nie muszę się regularnie testować. W 1999 r. zachorowałem na mononukleozę zakaźną, prawdopodobnie wtedy się zakaziłem, bo jeździłem ze Stefanem po paradach w całych Niemczech i chodziliśmy razem do saun gejowskich. Jako pasyw polegasz na drugiej osobie, że będzie pilnować, żeby kondom nie zsunął się w trakcie stosunku, ale przecież pewności nigdy nie masz.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Bogumiła Bruniecka i Ewa Urbańska

Są razem od 14 lat, poznały się na zlocie pielgrzymów Camino de Santiago. Dziś są emerytkami, mieszkają w domu, które same wybudowały we wsi pod Częstochową. Życiorysami mogłyby obdzielić kilka osób. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

fot. arch. pryw.

Z bohaterkami wywiadu jestem umówiony on-line. Godzinę przed spotkaniem proszą o przełożenie rozmowy na później, bo mają jeszcze sprawunki.

Wszystko załatwione?

Bogumiła: Tak! Właściwie to byłyśmy u przyjaciółki. Ewa zajmowała się jej zatkanym odpływem w zlewie. To ona w naszym związku jest tą „techniczną”. Potrafi zrobić wszystko. 30 lat prowadziła warsztat samochodowy, w którym była jedynym mechanikiem. Mieszkamy – to już 10 lat – w drewnianym domu, który razem wybudowałyśmy. Kiedyś robale wpierdzielały nam tutaj belkę… jak to powiedzieć?

Ewa: Fundamentową.

B: Właśnie! Gdybym była sama, ten dom już by nie istniał, robaki by go zjadły. Ewa wszystko rozebrała, wycięła, zdezynfekowała i wstawiła nowy fragment.

Nie umiałbym takich rzeczy zrobić, podziwiam.

E: To są rzeczy, które robią ludzie, żadna magia.

Jak się panie poznałyście?

B: Nie wiem, czy pan jest na to gotowy, bo Ewa ma 75 lat, a ja prawie 70. Mamy tyle historii, że książkę można by napisać. Jesteśmy razem od 14 lat. Wszystko wydarzyło się właściwie dzięki pielgrzymce Camino de Santiago. W lipcu 2010 r. wybrałam się na samotną pielgrzymkę do Santiago de Compostela w Hiszpanii. To nie jest taka pielgrzymka z księdzem na czele, a bardziej podróż medytacyjna, nie trzeba być wierzącym. Po powrocie trafi łam na bloga „Kartka z podróży”, który skupiał ludzi zafascynowanych właśnie Camino. Po kilku miesiącach jedna z czytelniczek – Ł. (na prośbę bohaterek imię zanonimizowane – przyp. red.) – ogłosiła, że organizuje u siebie na podwórku zlot. Wzięłam plecak i mówię: „Dwa dni – co mi tam!”. W Boże Ciało, 23 czerwca 2011 r., wysiadłam z autobusu tuż przy Jasnej Górze.

E: Tu wkraczam ja, bo Ł. była moją wieloletnią partnerką. Ale wtedy byłyśmy już tylko przyjaciółkami. Zlot odbywał się na naszym podwórku przed domem w jednej ze wsi koło Częstochowy. Odebrałam Bogę z dworca i zabrałam do nas. To było nasze pierwsze spotkanie.

B: Na zlocie zebrało się kilkanaście osób. Dużo wina, biesiadowania i rozmów o sprawach społecznych, polityce, etyce, religii. Był profesor matematyki, polonistka z Wrocławia… Ewa zazwyczaj stała pod ścianą i tylko słuchała, ale jak się odezwała, to tak konkretnie, że pomyślałam: „O, jaka fajna dziewucha. Świetnie mówi, nie miota się!”.

E: Mnie Boga też od razu zafascynowała. Nie była wyniosła – a większość osób próbowało się tam jakoś pokazać. Była normalna, inteligentna. Imponowała mi bezpośredniością. Już wtedy coś zaczęło między nami iskrzyć.

B: Tylko ja nie wiedziałam, że Ewa była w związku z Ł.

E: Bo wtedy już nie byłam!

B: Przedstawiały się jako koleżanki, które tu razem mieszkają. Pogadałyśmy trochę, a gdy wróciłam do siebie, do miasteczka w okolicach Malborka, skąd pochodzę, to zaczęłyśmy pisać maile. Gorące. (śmiech)

E: Najbardziej przekonałam się do Bogi kilka tygodni później, w sierpniu tego samego roku. Ł. wprawdzie zorganizowała ten czerwcowy zlot, jednak sama na takiej pielgrzymce nie była. Jej pierwsza pielgrzymka miała się odbyć właśnie w sierpniu. Ponieważ czuła się niepewnie, poprosiła mnie o pomoc. Był jednak jeden problem – nie miał kto zaopiekować się moją mamą, która z nami mieszkała, i kotem. Sama Ł. zadzwoniła wtedy do Bogi i mówi: „Słuchaj, mamy problem…”, a Boguśka: „Ja mam jeszcze 9 dni urlopu – przyjadę”. No i przyjechała. Opiekowała się mamą, gotowała, relacjonowała wszystko. I wtedy to mnie ostatecznie przekonało, że to osoba wartościowa, godna zaufania.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Małgorzata Kukiełło – temisistka, transpłciowa kobieta

Rozmowa Angeli Getler

fot. arch. pryw.

Rozmawiam z Małgorzatą tuż po tym, jak wróciła z turnieju. Drugie miejsce! Zajęłam drugie miejsce w swojej grupie.

Gratulacje! Były jakieś protestujące uczestniczki?

Nie, tym razem nie. Na szczęście wypadek z turnieju na Wyspach Kanaryjskich w kwietniu był, jak do tej pory, odosobniony.

Co tam się stało? To, w czym my gramy, to GLTA – Gay and Lesbian Tennis Alliance. Są to turnieje międzynarodowe, a regulamin jasno określa, kto może startować w jakiej kategorii. Osoby transpłciowe też się łapią.

W naszych rozgrywkach nie mamy sędziów na meczach, więc zwykle jest tak, że każdy sędziuje po swojej stronie kortu. Głównie chodzi o auty. To powoduje, że czasem zdarzają się dyskusje, kto coś widział albo nie. Ale zwłaszcza na nawierzchni z mączką widać ślady i można po prostu wskazać je palcem.

Było małżeństwo, dwie kobiety z Norwegii. Ta z nich, która grała przeciwko mnie, nie umiała w uczciwy sposób wygrać. Weszłyśmy na mecz i wszystko było w porządku. Gdy moja przeciwniczka zaczęła przegrywać, zaczęła również kwestionować większość moich decyzji, nawet ewidentnych. W pewnym momencie z bezsilności głośno przeklęłam i wypadła mi rakieta z ręki.

Widziała to dyrektorka turnieju, przyszła i przypomniała nam o zasadach fair play. Zaproponowała, że jeśli mamy problem, to ona może posędziować – stanie przy siatce i będzie rozwiązywać sporne kwestie. Przeciwniczka się ucieszyła i ja się ucieszyłam. Chwilę później przeciwniczka wywołała aut. Dyrektorka powiedziała, że piłka była poprawna. Przeciwniczka upierała się, ż e to nieprawda i że ja mam się wypowiedzieć, że „przecież widziałam, że był aut”. Stwierdziłam: „Chciałaś sędziego, masz sędziego. Ja już nie będę dyskutowała”. W tym momencie zaczęła osobiste wycieczki – a to komentować mnie, a to, że „faceci to zawsze grają mocniej”, a to, że ona to ma syna w moim wieku, on też tak gra i „może z jej synem grałam”. Było takich jeszcze kilka. Starałam się nie wchodzić już w żadne interakcje. Dyrektorka cały czas była obok, więc była świadkiem wszystkich tych niefajnych zachowań.

I dyrektorka co na to?

Wydaje mi się, że nie reagowała. Potem mi mówiła, że chodziło o wyciszenie tych emocji, a nie podbijanie ich w trakcie gry. Po meczu, wygranym przeze mnie, dyrektorka porozmawiała z moją przeciwniczką. Nie mam bladego pojęcia, co jej dokładnie powiedziała, natomiast myślę, że przypomniała jej regulamin i że osoby transpłciowe, takie jak ja, mogą brać udział w rywalizacji z innymi kobietami.

Jak się tam poczułaś?

Było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Zeszłam z tego meczu i się rozpłakałam. Później, jak byłam z koleżanką, ta moja przeciwniczka przyszła i „musiała koniecznie ze mną porozmawiać tu i teraz”. Że ona mnie będzie przepraszać. To był taki moment, w którym ja byłam w emocjach po kolejnym już meczu, a ona jeszcze przerwała mi rozmowę. I wtedy jej powiedziałam, że ja nie chcę z nią rozmawiać, bo jest okrutną osobą. Tyle. I sobie poszłam. Kiedy i mi trochę opadły emocje, jakoś się porozumiałyśmy. Zostałam przeproszona, usiadłyśmy, wypiłyśmy tam bezalkoholowe piwo. Popłakała się. Chyba udało jej się zrozumieć, że w tym wypadku po prostu nie miała racji.

Dla mnie najważniejsze było jednak wsparcie społeczności, czyli reakcja reszty zawodniczek i dyrekcji tego turnieju. Większość dziewczyn, które tam się przewinęły, przytuliło mnie lub poklepało po ramieniu. Powiedziały, że wszystko będzie dobrze i że mam się nie przejmować. Że jeśli tamta ma problem, to ona ma problem, a nie ja. Że to oczywiście jej zachowanie było niedopuszczalne i nieakceptowalne. Żebym wiedziała, że jestem mile widziana na tym turnieju.

Jak długo grasz w tenisa?

Mam 41 lat, zaczęłam dopiero po trzydziestce. Firma, w której wtedy pracowałam, sponsorowała kursy dla początkujących i tam się zaczęła moja przygoda.

Gdzie dziś pracujesz?

Od półtora roku pracuję w dużej zagranicznej korporacji. Jestem menedżerką. Zarzą dzam zespołem programistów i pracuję zdalnie.

Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Niepokorne wspomnienia Witolda Jabłońskiego

Tekst: Witold Jabłoński

Od redakcji: Z wielką przyjemnością przedstawiamy na naszych łamach trzyczęściową autobiografię pisarza Witolda Jabłońskiego, autobiografię wyjątkową, bo napisaną z perspektywy gejowskiej

Prolog

Urodziłem się w Łodzi, a wychowałem w dzielnicach Polesie i Stare Bałuty, gdzie mieszkam do dziś. Najbardziej z wczesnego dzieciństwa wrył mi się jednak w pamięć śródmiejski gmach przy Moniuszki 3/5.

Przed laty mieściła się tam Przychodnia Ortopedyczna, w której wylądowałem jako niespełna ośmiolatek z wykrytą skoliozą kręgosłupa.

Doktorka kazała mi zdjąć ubranie, co uczyniłem z lekkim wahaniem, bo jako dzieciak byłem jeszcze dość pruderyjny, nie pozwalając się do końca obnażać na plaży ani na basenie. Z oporami rozebrałem się w końcu do majtek. Gdy pielęgniarka ważyła mnie i mierzyła, lekarka ściągnęła mi ostatnią część garderoby, mamrocząc, że dzięki temu będzie mogła mnie lepiej obejrzeć. Następnie otwarła drzwi do przyległej sali. Wydawały mi się wielkie i ciężkie jak brama do zakazanego świata. Stał tam po obu stronach sprzęt do gimnastyki korekcyjnej, a przez środek biegł mocno wydeptany chodnik. Lekarka tonem nieznoszącym sprzeciwu poleciła mi tam paradować, to znaczy przejść do końca pomieszczenia i zawrócić do gabinetu.

Do dziś pamiętam jej nieco skrzekliwy głos: — No nie zakrywaj tak tego ptaszka, nie ucieknie ci!

Posłusznie przestałem się zakrywać i ruszyłem na „wybieg”. Lekarka obserwowała mnie z profesjonalną uwagą, z pozoru niewzruszona, za to pielęgniarka zrobiła się czerwona jak piwonia. Nie umiem powiedzieć, gdzie była wtedy moja matka – może siedziała gdzieś dalej, pod ścianą gabinetu, biernie przyjmując polecenia lekarskie, jako przy danym badaniu niezbędne, albo wyszła akurat do toalety?

W sali obok ćwiczyli dorastający chłopcy, w wieku od około dwunastu do piętnastu lat, którzy na mój widok wybałuszyli zdumione gały.

Paradując tak kilkakrotnie (co najmniej trzy razy, bo ortopeda i jej asystentka wyraźnie napawały się tym widokiem) na oczach innych, stopniowo wyzbyłem się resztek wstydu i jakiegokolwiek zakłopotania niecodzienną bądź co bądź sytuacją.

Cały tekst do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Świat według Felicity

Urodziła się w Szczecinie prawie 200 lat temu. Była wielką gwiazdą opery oraz teatru w Europie i Ameryce. Słynęła z grania męskich ról. Poza sceną prawie 20 lat spędziła w związku z kobietą. Sylwetkę FELICITY VESTVALI prezentuje Piotr Szarota

rys. Marcel Olczyński

W tę queerową historię trudno uwierzyć, zwłaszcza że jej początki sięgają lat 20. XIX wieku, a spora część wydarzeń rozegrała się na ziemiach, które dziś należą do Polski. Jej bohaterka nazywała się Felicita Vestvali i była gwiazdą opery oraz teatru. Śpiewała od Mediolanu po Nowy Jork i Hawanę, a jako aktorka przemierzyła ze swoim zespołem pół Europy. Po śmierci niemal kompletnie zapomniana, dziś niespodziewanie powraca i znowu rozpala emocje!

Polka, i Niemka

Choć grono osób, które kojarzą tę postać nieco się ostatnio poszerzyło, wciąż jest ono bardzo wąskie. Zacznę więc od krótkiego wstępu biograficznego, tym bardziej wskazanego, że dostępna w Wikipedii notka jest nie tylko niepełna, ale też w kilku istotnych kwestiach myląca. Prawdziwe nazwisko Vestvali to Maria Caroline Anna Emilie Stegemann. Urodziła się w Szczecinie, który wówczas nosił nazwę Stettin i wchodził w skład Królestwa Prus. Najprawdopodobniej przyszła na świat w lutym 1828 r., choć w źródłach pojawia się jeszcze kilkanaście konkurencyjnych dat. Jej ojciec, Georg Stegemann był wojskowym w pruskiej armii, jej matka Charlotte oprócz niemieckich, miała także polskich przodków. Vestvali przez pewien czas występowała pod pseudonimem Felicita Westwalewicz. Później, jak znakomita większość ówczesnych śpiewaczek, wybrała sobie pseudonim brzmiący „bardziej z włoska”, choć podczas swoich europejskich i amerykańskich podróży przedstawiała się zawsze jako Polka. Wypada jednak dodać, że odkąd w 1868 r. zaczęła robić karierę w Niemczech, o swojej polskości wspominała dużo rzadziej.

Tak o początkach swojej kariery operowej pisała po latach w memuarach: „Nazwij to kaprysem, nazwij chorobliwą egzaltacją, lecz od zarania byłam wrogiem mężczyzn, to ich zachowanie, ta bezwzględność sprzeciwiały się mym uczuciom. Miałabym kiedyś zawdzięczać mą egzystencję takiemu indywiduum? Ta myśl wywoływała mój sprzeciw. Buntowałam się przeciw temu i powzięłam postanowienie – licząc na mój talent śpiewaczy – by urządzić sobie świat na własną rękę. Im bardziej samowolne i swobodne zdawało mi się życie ludzi teatru, tym gwałtowniej podnosiło we mnie głowę demoniczne pragnienie niczym nieskrępowanej wolności. Moja rodzina drwiła ze mnie, ilekroć wspomniałam o czymś takim. Czy miała do tego prawo?” (tłumaczenie: Jacek St. Buras). Brzmi to szczerze, ale trzeba pamiętać, że Vestvali znana była z tendencji do ubarwiania swojego życiorysu. Jej dojrzałym debiutem był występ w mediolańskiej La Scali we wrześniu 1853 r. Dała się wtedy poznać w partii Azuceny w najnowszej operze Giuseppe Verdiego „Trubadur”. W przeciwieństwie do typowych heroin operowych, nie była ona ani piękna, ani uwodzicielska, ta postać – gotowej na wszystko mścicielki – budziła trwogę. Występy w La Scali okazały się przepustką do światowej kariery. Pół roku później Vestvali śpiewała w Londynie, a w 1855 r. trafi ła do Nowego Jorku. Śpiewała głównie role spodenkowe, a więc partie męskie pisane z myślą o kobietach – była dowódcą armii babilońskiej Arsacesem w „Semiramidzie” Rossiniego, mistrzem szabli Armando Gondim w „Marii di Rohan” Donizettiego, i weneckim szlachcicem Maffi o Orsinim w „Lucrezii Borgii” tego samego kompozytora. Pojawiała się także regularnie w rolach Romea i Azuceny. W przeciągu dwóch lat stała się w Ameryce gwiazdą, a dziennikarze obdarzyli ją stosownym tytułem „Vestvali the Magnifi cent”, zachwycając się jej głębokim kontraltem, znakomitym aktorstwem i zgrabnymi nogami.

Wiosną 1863 r., po kilku latach spędzonych w Europie, gdzie wystąpiła m.in. w Operze Paryskiej, Felicita wróciła do Nowego Jorku i zakończyła tam swoją karierę operową. Jesienią, niepodziewanie dla wszystkich, zadebiutowała jako aktorka, rozpoczynając nowy rozdział w swojej karierze scenicznej. Początkowo występowała w dramatach muzycznych, w których zagwarantowane miała nie tylko główne role, lecz także możliwość zaśpiewania kilku powiązanych ze sztuką pieśni. Popularność, jaką w przeciągu kilku lat zdobyła w Stanach Zjednoczonych, była oszałamiająca. Gdy w styczniu 1864 r. przyjechała z występami do Waszyngtonu, oglądał ją prezydent Lincoln. Chyba zrobiła na nim wrażenie, bo obecny był na czterech z pięciu spektakli, które wówczas dała. Niedługo później przyznano jej amerykańskie obywatelstwo.

Do Europy wróciła w 1867 r. Pierwszym marzeniem, które postanowiła spełnić bez zwłoki, było wystąpienie przed angielską publicznością w roli Romea. Choć wcześniej występowała jako Romeo w operze Belliniego, teraz miała zmierzyć się z wersją Szekspira. Na przekór wszystkim udało jej się odnieść sukces. Po półrocznym pobycie w Anglii przyjechała do Hamburga, który stał się jej nowym domem. W Niemczech nie miała problemu z językiem, za to publiczność okazała się dużo bardziej konserwatywna niż w Stanach czy w Anglii. Jej męskie role szekspirowskie: Romeo, Hamlet i Petruchio budziły sprzeciw stróżów moralności. Pisano, że Vestvali nie jest kobietą, lecz hermafrodytą (czyli osobą interpłciową), a jej role to koronny przykład zdziczenia gustu. Te kontrowersje umocniły tylko sławę Felicity, która przez trzy lata zdołała przemierzyć Niemcy wzdłuż i wszerz, odwiedzając przy okazji Wiedeń, Budapeszt, Zurych, Petersburg i Amsterdam. W Warszawie niestety nie zagrała, za to pojawiła się w Poznaniu i Gdańsku. Zakończyła karierę w grudniu 1877 r. w Berlinie, gdzie po raz dwieście sześćdziesiąty zagrała Hamleta – bez wątpienia swoją ulubioną rolę dramatyczną. Umarła trzy lata później w Warszawie, do której przyjechała odwiedzić swoją siostrę Emmę.

Cały tekst do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

20. rocznica zakazanej Parady Równości

Dziś 20. rocznica jednego z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego ruchu LGBT+.11 czerwca 2005 r. ulicami Warszawy przeszła wyjątkowa – bo zakazana przez prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego – Parada Równości.

Parada Równości 2005. Od lewej: ówczesny prezes Kampanii Przeciw Homofobii Robert Biedroń, wicepremierka Izabela Jaruga-Nowacka oraz prezeska niemieckiej partii Zieloni Claudia Roth (obecna wicemarszałkini Bundestagu)

Dlaczego była tak ważna? 

Pomysłodawcą przeniesienia na polski grunt parad Pride był Szymon Niemiec. To on wymyślił nazwę Parada Równości i on zorganizował pierwsze trzy Parady – w latach 2001, 2002 i 2003. Przyciągały one za pierwszym razem kilkaset, a potem już tysiąc, dwa tysiące osób uczestniczących.

18 listopada 2002 r. prezydentem Warszawy został Lech Kaczyński, który w 2003 r. – mimo homofobicznych poglądów, które ujawni później – bez problemu zezwolił na Paradę. Co się stało, że w 2004 r. zmienił zdanie i zakazał Parady – a w 2005 r. ponownie wydał zakaz?

W 2003 r. postulaty LGBT – wcześniej niebrane zbyt poważnie – weszły do polityki „na serio”. Przyczyniły się do tego przede wszystkim dwa wydarzenia:

  • akcja „Niech Nas Zobaczą” Kampanii Przeciw Homofobii, która zyskała mega rozgłos; w mediach dyskutowano o niej miesiącami (na ponad 30 billboardach w całym kraju pojawiły się zdjęcia, na których w przestrzeni publicznej stały pary jednopłciowe – ubrane od stóp do głów – i trzymały się za ręce; autorką zdjęć była Karolina Breguła), akcję, co ważne, wsparła Izabela Jaruga-Nowacka, Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn
  • pierwszy projekt ustawy o związkach partnerskich, pilotowany przez senatorkę SLD Marię Szyszkowską, w II połowie 2003 r. trafił do parlamentu

Wyobrażacie sobie, jakie przerażenie te dwa wydarzenia musiały wywołać u homofoba? Gdy Lech Kaczyński zakazał Parady w 2004 r., zamiast niej odbył się wiec. W 2005 r., gdy Kaczyński ponownie wydał zakaz, niezgoda społeczności LGBT na nierówne traktowanie była już na tyle duża, że stało się jasne, że tym razem na wiecu się nie skończy.

 

Parada Równości 2005

Byliśmy gotowi iść w Paradzie mimo zakazu. I poszliśmy. Paradę zorganizowała świeżo założona Fundacja Równości z Tomaszem Bączkowskim na czele (wspieranym m.in. przez KPH i Lambdę Warszawa).

Ważna była też data. Już nie 1 maja, jak wcześniej, gdy Parada mogła nieco „schować się” wśród wielu pierwszomajowych pochodów, ale czerwiec – Miesiąc Dumy.

A konkretnie w 2005 r. – 11 czerwca. Parada ruszyła spod Sejmu i już tam czuć było taką energię, że nie było siły, która by nas zatrzymała – mimo że w naszą stronę już tam pod Sejmem poleciał deszcz jajek, a czasem też i kamieni. Naprzeciw nas stał zwarty mur „prawdziwych Polaków”, sam „kwiat” młodzieży wszechpolskiej, której prominentnym działaczem był m.in. Roman Giertych.

Udział w Paradzie wsparła Izabela Jaruga-Nowacka, która „w międzyczasie” objęła stanowisko Wicepremierki. „Wsparła” to mało powiedziane – Izabela Jaruga-Nowacka szła w pierwszym rzędzie Parady! Trzymając za rękę ówczesnego prezesa KPH – Roberta Biedronia.

Podobno udział wicepremierki przekonał ministra spraw wewnętrznych Ryszarda Kalisza do wysłania policji, która miała – no właśnie, nie spacyfikować Paradę, tylko przeciwnie – ochronić ją.

W Paradzie wzięło ponoć udział ok. 5 tys. osób – absolutny rekord na ówczesne czasy. I absolutny sukces całego ruchu LGBT+.

 

Zakaz był bezprawny

Fundacja Równości zaskarżyła zakaz prezydenta Kaczyńskiego. Przeszła ścieżkę sądową w Polsce aż sprawa trafiła do Trybunału w Strasburgu. 

3 maja – w symboliczny dla Polski dzień, rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja – Strasburg wydał wyrok: zakaz Kaczyńskiego był bezprawny, niezgodny z gwarantowaną przez Konstytucję wolnością zgromadzeń. 

 Wszystkich, którzy 11 czerwca 2005 r. stawili opór homofobii, uczestnicząc w zakazanej Paradzie, pozdrawiamy dziś szczególnie gorąco. A zupełnie wszystkich, którym leżą na sercu prawa LGBT+, zapraszamy w imieniu organizatorów_ek – na tegoroczną Paradę Równości w najbliższą sobotę o godz. 14 ruszamy spod Pałacu Kultury i Nauki. 

 

Drag queen Alaska Thunderfuck, finalistka „RuPaul’s Drag Race”

Nie sądzę, by Donald Trump wpłynął na drag. Może próbować go zakazać, ale nie da się walczyć ani ze sztuką, ani z ludzką naturą – mówi drag queen ALASKA THUNDERFUCK, finalistka piątego „RuPaul’s Drag Race” i zwyciężczyni drugiego sezonu „RPDR: All Stars”. 20 czerwca Alaska wystąpi w Poznaniu na Malta Festival. Rozmowa Mateusza Witczaka

fot. Shaun Vadella

„Nie wierz, kiedy dragsy ci mówią, że robią drag, żeby aktywizować. To jest bzdura. Większość, jeśli nie wszystkie z nich, występuje z powodu własnej próżności, bo mają parcie na szkło” – mówiła w zbiorze reportaży „Cudowne przegięcie” Jakuba Wojtaszczyka świętej pamięci Kim Lee, najsłynniejsza drag queen w Polsce.

Już ją lubię!

Uważasz, że miała rację?

Szczerze mówiąc: tak. Sama zaczęłam zabawę z dragiem nie dlatego, że jest on nośnikiem zmiany społecznej, a dwudziestoletnia ja chciała naprawiać świat albo dawać ludziom inspirację. Zaczęłam, bo drag mi się spodobał, był punkową rebelią, pozbawioną ograniczeń formą artystycznego wyrazu, mogłam w jej obrębie robić wszystko, co chciałam.

Wcześniej studiowałam aktorstwo, ale szło mi opornie. W dodatku ciągle zastanawiałam się: na co mi to wszystko? Byłam chuda, kobieca, nosiłam dziwne fryzury i miałam kolczyki na twarzy – takie osoby jak ja nie otrzymywały wówczas wielu ról. Kiedy odkryłam drag, wszystko nabrało sensu. Moje przegięcie nie było już ciężarem, nagle poczułam, że mam kontrolę nad tym, kim jestem. Na pewno jednak było w tym trochę próżności.

Czy trafiając do popkultury, drag nie utracił swojej wywrotowości? A może, będąc częścią głównego nurtu, staje się innego rodzaju zagrożeniem?

Owszem, drag wszedł do mainstreamu, a dzięki RuPaulowi z pewnością śledzi go więcej par oczu. Nie sądzę jednak, by jego popularność była czymś złym. Drag wciąż jest niebezpieczny, a dzięki temu ekscytujący; spójrz zresztą, jak gorącym tematem stał się w amerykańskiej polityce.

Na Off -Broadwayu zadebiutował kilka miesięcy temu twój „Drag: Th e Musical”, a jednym z jego bohaterów jest Brendan, w którym konserwatywne wychowanie walczy z potrzebą dragowej ekspresji. Trochę inaczej czyta się tę postać w kontekście kolejnej prezydentury Trumpa, próbującego zakazać królowym występów przed dziećmi i młodzieżą.

Zupełnie inaczej! Tymczasem, kiedy osiem lat temu zaczęliśmy pisać Brendana, kompletnie nie wiedzieliśmy, że w momencie premiery musicalu „ekspozycja” dzieci na drag stanie się tematem zapalnym amerykańskiej polityki. Pragnęliśmy po prostu opisać doświadczenie bycia młodą, pogubioną osobą, która nagle znajduje swoje miejsce w świecie. Moim zdaniem nasz spektakl rezonuje z młodzieżą, ponieważ ta nadal czuje się niezrozumiana – i to nie tylko przez społeczeństwo, ale nawet własnych rodziców. Jak Brendan, odnajduje ona w dragu bezpieczną, akceptującą przestrzeń do wyrażania siebie.

Trump oburzał się niedawno na dragowe występy w Kennedy Center i zapowiadał na swoim portalu „Truth Social”, że w jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych USA: „NIE BĘDZIE DRAG SHOWS ANI ŻADNEJ INNEJ ANTYAMERYKAŃ- SKIEJ PROPAGANDY!” (pisownia oryginalna). Czy rozpętana przez Republikanów nagonka wpływa na atmosferę podczas dragowych występów w USA?

Zaczęłam robić drag za administracji George’a W. Busha i Propozycji 8 (przyjętej w referendum ustawy stanowej, w myśl której stan Kalifornia zakazał małżeństw jednopłciowych, później oczywiście obalonej – przyp. red.). Fakt, że jesteśmy atakowani przez polityków, nie stanowi dla queerowej społeczności niczego nowego. Szczerze mówiąc, byliśmy przygotowani na Trumpa, bo zawsze jesteśmy gotowi do walki.

Natomiast nie sądzę, by Trump wpłynął na drag. Może próbować go zakazać, ale nie da się walczyć ani ze sztuką, ani z ludzką naturą – to niepowstrzymane siły.

Jak sądzisz, czy jako społeczność jesteśmy zbyt podzieleni? W czasach ACT-UP walczyliśmy_łyśmy przeciwko uniwersalnemu wrogowi – AIDS. Dziś, gdy karierę robią republikańscy geje, a część feministek walczy z kobietami trans, trudno o podobnie jednoczącą ideę.

Mamy wspólnego wroga – polityków prawicy – i wiedzę, jak z nim walczyć. Co ważne: nie jesteśmy już w tej walce sami, w ostatnich latach zyskaliśmy_łyśmy masę osób sojuszniczych spoza naszej społeczności.

Drag zaczynałaś za Busha, a twoja nowa płyta „Red 4 Filth” wraca muzycznie do czasów jego prezydentury – czuć na niej wpływy Britney Spears, Christiny Aguilery i Toni Braxton. Nostalgia za latami 00. udziela się na „Mayhem” samej Lady Gadze. Czego współczesny pop mógłby się nauczyć z tamtego okresu?

Ciągnęło mnie do niego, bo właśnie wtedy poczułam miłość do muzyki: dostałam mój pierwszy odtwarzacz płyt CD, kupowałam pierwsze albumy i słuchałam ich w kółko, aż stały się częścią mnie.  

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Daniela Matwiejuk – transpłciowa nauczycielka ze Szkocji

Z DANIELĄ MATWIEJUK, transpłciową nauczycielką ze szkockiego miasta Dundee rozmawia Bartosz Żurawiecki

fot. Lydia Smith

Od dawna mieszka pani w Szkocji?

Od 11 lat. Urodziłam się w 1995 r. w Kołobrzegu i tam mieszkałam do 18. roku życia. Moi rodzice mieli firmę meblową, która pewnej nocy spłonęła. Nie udało im się dostać żadnych pieniędzy z odszkodowania, dlatego postanowili wyemigrować do Szkocji, gdzie mieszkała już siostra mojej mamy. Początkowo miałam zostać w Polsce, chciałam tu studiować prawo. Ale w ostatniej chwili zrezygnowałam i wyjechałam z rodzicami, żeby im pomóc, bo nie mówili po angielsku. Poza tym, choć mnie zapewniali, że znajdą się pieniądze na życie i studia, wiedziałam, że będzie mi samej ciężko. Ale był jeszcze inny powód…

Domyślam się jaki.

Od 14. roku życiu jeździłam do Szkocji na wakacje. Widziałam, jak się żyje tam osobom queerowym. Wiedziałam, że jeśli sama chcę żyć jawnie i w zgodzie ze sobą, muszę z Polski wyemigrować.

Sięgnijmy głębiej w przeszłość. Kiedy zaczyna pani sobie uświadamiać, że istnieje jakiś dysonans między panią a światem?

Bardzo wcześnie. Pierwsze lata podstawówki. Patrzę na swoje ciało, jestem otyłym dzieckiem i widzę w sobie więcej kobiecości niż męskości. Podoba mi się pewien chłopak. W zimie chcę nosić buty wysokie do kolan i jeszcze podwinąć spodnie jak mama, która wygląda cudownie w swoich kozaczkach. Nie mam żadnych wspomnień z czasów, kiedy nie było we mnie queerowości. Ona musiała być od samego początku. Jest takie zdjęcie, mam na nim może dwa lata. Tańczę w sukience na stole. To jedyne zdjęcie z dzieciństwa, które pokazuję ludziom. Jedyne, które widział mój chłopak. Szkoła? Koszmar. Byłam ofi arą ekstremalnego bullyingu. Dwa razy z tego powodu trafi łam do szpitala. Raz zrzucono mnie ze schodów, drugi raz dostałam z główki i uderzyłam w ścianę. Wyzywano mnie albo od „grubasów”, albo od „pedałów”. A najczęściej od „grubych pedałów”.

Nauczyciele nie reagowali?

Lekceważyli to. A niekiedy się nawet przyłączali do wyzwisk. Już w liceum jeden z nauczycieli powiedział do mnie: „Ty myślisz, że gdzieś zatrudnią takiego grubego pedała? Będziesz burgery w McDonaldsie robić”.

Rodzice?

Rodzice mnie kochali, ale towarzyszyło im poczucie wstydu. Zwłaszcza tacie. Myślę, że na początku miał problem, by zaakceptować takiego syna. Kobieco wyglądającego chłopaka, który nie potrafi się obronić. Pochodzę z religijnej rodziny. Ale nie mogę powiedzieć, by moi rodzice byli „fobiczni”. Moja mama zawsze mówiła, że do wszystkich należy podchodzić z otwartością, że będzie kochać swoje dziecko niezależnie od wszystkiego. Rodzice mieli bardzo traumatyczne dzieciństwo. Ojciec pochodzi z dużej rodziny, siedmioro rodzeństwa. Był bity, poniżany, jak to bywało w tamtych czasach. Moja matka była z kolei molestowana seksualnie przez swojego ojca. Stąd też pewnie taka ich postawa – nieważne, jakie to dziecko jest, my je kochamy, bo sami nie byliśmy kochani jak należy.

Miała pani w szkole przyjaciół? Kogoś, kto panią wspierał?

Bardzo trudno było mi nawiązać przyjaźnie. Niektórzy rozmawiali ze mną w Internecie, na GaduGadu, ale w szkole nie przyznawali się do naszej znajomości, wyśmiewali mnie jak inni. Później, pod koniec podstawówki z tego grubego pedała zrobiła się jeszcze osoba, która słuchała metalu, punka i rocka. I demonstrowała to swoim wyglądem. Ćwieki, skóry, grzywka emo.

To był rodzaj pancerza? Próba pokazania się jako wojownik?

Myślę, że tym, co mnie przyciągnęło do tej muzyki, był ogrom zawartych w niej emocji. Uwielbiałam zespół Evanescence. To darcie się, to śpiewanie, że „I want to die” świetnie wpasowało się w depresję młodego dziecka, które wszyscy dookoła gnębili. Na bazie fascynacji tą muzyką zaczęłam wreszcie budować trochę znajomości i przyjaźni. Dalej byłam nękana, ale przynajmniej miałam swoją grupę. Tych wszystkich metalowców, punków, brudasów.

Początek XXI wieku. Internet jest w powszechnym użyciu. Nawet w Polsce zaczyna się mówić o transpłciowości. Coś z tego do pani dociera?

Nie znałam w Kołobrzegu żadnych transpłciowych osób. W Internecie, owszem, znajdowałam jakieś informacje, ale prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałam, czego szukać, bo przecież nie wiedziałam, kim sama jestem. O transpłciowości w moim otoczeniu się nie mówiło. Słyszałam tylko o „transwestytach”, a i to wyłącznie w kontekście prostytucji i pornografii. To wszystko było jakąś dewiacją, zboczeniem. Przerażało mnie, że mogę mieć z tym coś wspólnego.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Barbara Elmanowska – o swojej lesbijskiej powieści „Woliera”, o sporcie, scenach erotycznych i morzu

Rozmowa Małgorzaty Büthner-Zawadzkiej

fot. Kamila Paradowska

Jesteś autorką, której proza, według Ingi Iwasiów, „ma powolny rytm łagodnego morza”, a jednocześnie instruktorką strzelectwa sportowego, bojowego i praktycznego-dynamicznego.

Ha, ha, ha! To chyba przez moje ADHD. Szybko się nudzę i tyle aktywności się w moim życiu pojawia. Od dzieciństwa miałam sportowe potrzeby. W wieku siedmiu lat zaczęłam trenować akrobatykę, a w szkole średniej strzelectwo. Wtedy nie myślałam o pisaniu, pojawiło się dopiero na studiach. Podobają mi się autorzy amerykańscy, tacy jak Ken Kesey, którzy byli na uniwersytecie na stypendiach sportowych. W Polsce pisarz raczej nie ćwiczy, ha, ha.

W 2024 r. wydałaś powieść „Woliera”. Zbiera dobre recenzje, w Nagrodzie Gombrowicza przeszła do kolejnego etapu.

Akurat kiedy się dowiedziałam, siedziałam w kajaku. Dobiłam do brzegu i widzę, że Inga wysłała link do nagrody i napisała: „fajnie!”. No fajnie, wspaniała wiadomość, ale jakby to na zewnątrz mnie było. Gdy płynę, nawet fakt, że napisałam książkę, wydaje się trochę nierealny.

Czy jako literaturoznawczyni myślisz o „Wolierze” jako o prozie lesbijskiej?

Tak, myślałam nawet o książce, w której w ogóle nie byłoby nic o hetero, totalnie lesbijskiej. Ale to się jednak nie udało. Myślę też o niej jako o prozie psychologiczno-obyczajowej. Kobieta, której rozpada się kolejny związek, ma potrzebę psychoterapeutycznego spojrzenia wstecz, sprawdzenia schematów, według których działa.

A dla ciebie pisanie było terapią?

Wtedy też się rozstawałam z partnerką. Ale pisanie miało czysto konstrukcyjny charakter. Może to jest terapeutyczny skutek, że zapomina się o sobie, miło jest zanurzyć się w świecie fi kcji. Gdy kończyłam „Wolierę”, już byłam w innym nastroju i musiałam grzebać w sobie, żeby poczuć na nowo emocje powieści i je zapisać

Dla mnie to powieść o odnajdywaniu siebie. Bohaterka Anka na początku odnajduje dziewczynkę Anię, która się zgubiła jakiejś rodzinie. Co dla ciebie oznacza „odnaleźć siebie”?

Zajrzeć głęboko w siebie i sprawdzić, co mną kieruje w życiu. Co jest naprawdę moje? Czasem myślę: czy pisanie jest moje, skąd się wzięło i czy rzeczywiście go potrzebuję? Anka też się zastanawia, jak została fotografką, jak ją wychowano, jak niesie pamięć o rodzicach. To jest weryfi kacja pragnień, potrzeb. Odrzucenie wszystkiego, co nie jest moje i złożenie klocków na nowo – trochę to nietzscheańskie. Po rozstaniu z Kaśką Anka przyjeżdża do Dąbkowic, hermetycznej miejscowości nad morzem i tam dokonuje rozkładu siebie na części pierwsze, żeby zrozumieć każdy z elementów i na nowo je poskładać

Czym jest tytułowa woliera? Złotą klatką?

Związkiem, który nas zamyka, chociaż daje dużo dobrego. Ale różnie o niej myślę, na przykład, że nasza tożsamość jest wolierą. Rodzimy się z określoną wrażliwością, ja jestem melancholiczką i uwielbiam analizować. Temperament jest wolierą, podobnie wychowanie. I umysł – gąbka, która nieświadomie nasiąka schematami.

A heteromatrix?

O! Zawsze są nowe interpretacje! Tak, heteromatrix i również patriarchat. Relacja Anki z Wandą przez to się też nie udaje, że Wanda jest w niego uwikłana.

To jest związek 16-latki z kobietą koło trzydziestki. A na ten temat są obecnie spory, część orzeka – grooming! – i od razu potępia, część uważa, że jeśli osoba jest powyżej wieku zgody, nie należy się wtrącać. Czy w relacji młodej Anki z Wandą jest coś niebezpiecznego?

Przyznam się, że przy pisaniu nie myślałam o tym, ale zetknęłam się z opiniami, że jest w tej relacji nadużycie. Kiedy poznajemy Ankę, ma 30 lat i jest wciąż uwikłana w pamięć o Wandzie. Myślałam, jak to uwiarygodnić, że dorosła kobieta tak długo jest zafiksowana na jednym związku, wciąż do niego wraca i porównuje. Uznałam, że związek musi być z wczesnej młodości, żeby zostawił mocny ślad. Chciałam, żeby to były pierwsze doświadczenia Anki, też erotyczne. No i chciałam trójkąta, który – mam nadzieję – jest nowy literacko, nie znam książki, w której córka odbija kobietę ojcu. Nie planowałam przedstawić relacji, w której dochodzi do nadużycia, dla mnie w książce tego nie ma. Ale niektóre osoby po przeczytaniu były złe na Wandę, bo skrzywdziła Ankę, a tak nie powinno się robić. Oczywiście, nie powinno, ale to się zdarza nawet, gdy mamy 20 lat, tak naprawdę wciąż nie jesteśmy gotowi na trudne związki. Powiem też może coś niepopularnego: sama różnica wieku moim zdaniem nie wystarczy, by dokonało się nadużycie. Ale tu jest jakaś transgresja i na pewno „Woliera” niepokoi. Myślę, że bardziej za sprawą miłosnego trójkąta, który burzy wszelkie normy. Wiek tylko to podbija. Powieść czytały trzy psychoterapeutki i żadna nie widziała nadużycia z tytułu różnicy wieku.

Cały wywiad do przeczytania w 115. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.