„Z panem pan” – wokalista Maciej Zawadzki

Z wokalistą MACIEJEM ZAWADZKIM rozmawia Mariusz Kurc

fot. Krystian Lipiec

Piosenkę „Z panem pan” wydałeś w zeszłym roku, ale trafiłem na nią dopiero kilka miesięcy temu. To było odkrycie! Świetny popowy numer. Tekst – w pierwszej osobie – jest o geju, a wyoutowany wokalista w Polsce to przecież rzadkość. Do tego równie świetny klip, w którym całujesz się z drugim mężczyzną. Potem jeszcze dowiedziałem się, że sam ten klip wyreżyserowałeś i sam uszyłeś swój niesamowity różowy kostium kowbojski.

Zgadza się. Nieskromnie powiem, że jestem kreatywną jednostką.

Artystyczna dusza?

Chyba tak.

To co ci jeszcze w tej duszy gra? Strzelam: rzeźbisz?

(śmiech) Nie, ale obrazy sobie namalowałem. Projektuję też witryny sklepowe i wnętrza sklepów odzieżowych. Z tego się utrzymuję. Zawód: visual merchandiser. I jeszcze mam do spółki z przyjaciółmi vintage shop w Krakowie.

Teraz mieszkasz w Warszawie, a pochodzisz z…

Wrocławia.

Więc wracając do „Z panem pan”, tekst utworu w dowcipny i celny sposób punktuje polską homofobię.

Napisała go Kira Bielska, która mnie zna. Lepiej bym tego nie ujął. Zależało mi, by nie było smutno ani dołująco, tylko radośnie i ironicznie. Ta piosenka jest bardzo moja i postanowiłem się z niczym nie hamować, stąd te motywy flamenco w pewnym momencie, stąd nawiązanie do „Tajemnicy Brokeback Mountain” w klipie.

Tyle że „Tajemnica…” kończyła się źle, a u ciebie jest happy end.

Tak właśnie chciałem. Mówią mi, że „wyglądam jak klown” i że „rodziców żal”, ale ja i tak się nie schowam, nie zmienię, nie ugnę. Zabijemy homofobię uśmiechem i będziemy szczęśliwi!

Moim zdaniem to jest materiał na hit.

Też tak uważam. (uśmiech)

Więc dlaczego nie został hitem, jak myślisz? Dlatego, że próbuję się przebić, nie mając za sobą żadnej wytwórni ani nawet menadżera. Wszystko robię własnym sumptem. Czasami, gdy mam gorszy dzień, nachodzą mnie myśli typu: a może polski pop jednak nie jest jeszcze gotowy na takiego kolorowego faceta, geja, jak ja?

Odbiorcy są gotowi. Natomiast czy muzyczny establishment jest gotowy, ci wszyscy menadżerowie? Sądząc po tym, że Andrzej Piaseczny jest praktycznie jedynym wyoutowanym wokalistą pop – z tych znanych szerokiej publiczności – i sądząc po tym, że plotki o homoseksualności krążą wokół całej plejady innych znanych wokalistów, to rzeczywiście jako ten, który od początku kariery nie ukrywa, że jest gejem, i porusza ten temat w swojej twórczości, jesteś chyba prekursorem. Rozważałeś opcję, by publicznie siedzieć w szafie?

Nie, absolutnie nie. Mam za sobą 3 lata terapii i nie po to na nią chodziłem, by teraz ukrywać tak ważną część siebie. Zdarzyło mi się usłyszeć, że jestem „za bardzo”, i tu zwykle się ucina, ale chodzi o „za bardzo gejowski”. Że musiałbym trochę stonować. Nie chcę tonować. Denerwuje mnie też ten nieśmiertelny argument, że jak wokalista się wyoutuje, to jego fanki się w nim odkochają.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Aga Zano tłumaczy queer

Z AGĄ ZANO, tłumaczką literatury anglojęzycznej, o queerowych powieściach, które przetłumaczyła, o jej biseksualności, o syndromie oszustki i o przekładaniu niebinarnego języka rozmawia Małgorzata Tarnowska

fot. Emilia Oksentowicz

Oprócz tego, że jesteś uznaną tłumaczką literatury anglojęzycznej – w tym głośnych queerowych powieści: Dziewczyna, kobieta, inna Bernardine Evaristo i Trans i pół, bejbi Torrey Peters – często wspominasz w mediach społecznościowych o swojej biseksualności, syndromie oszustki i wymazywaniu osób biseksualnych. Opowiesz więcej o tym, jak kszałtowała się twoja tożsamość seksualna?

Byłam i jestem – wbrew pozorom – osobą dość nieśmiałą. Nie za bardzo się odnajduję w sytuacjach społecznych, nieraz potrafi ę coś palnąć, co bywa odbierane jako przebojowość, a po prostu często nie wiem, co mam powiedzieć. Gra to na moją korzyść, więc spoko. (śmiech) Ale ta nieśmiałość też sprawiła, że bardzo późno zaczęłam się zastanawiać, kim jestem i czy mogę z kimś randkować. Kiedy dorastałam i zaczynałam odkrywać swoją tożsamość seksualną, była ona aktywowana głównie za sprawą innych dziewczyn. Moje doświadczenia zaczęły się pod koniec liceum od bardzo intensywnej relacji z dziewczyną, w Koszalinie, skąd pochodzę.

Jak ci się tam żyło w związku z dziewczyną?

Moja pierwsza dziewczyna została napadnięta i obrzucona kamieniami w drodze do domu. Jacyś kolesie zauważyli nas, kiedy wracałyśmy, trzymając się za ręce, i napadli ją po tym, jak się rozdzieliłyśmy. Nawet wtedy nie odważyłam się na coming out przed rodzicami, chociaż w szkole wiedziano, że się spotykamy. W domu moja orientacja była – i nadal jest – tematem tabu. Wolałabym o tym nie mówić.

Rozumiem i współczuję ci tej sytuacji.

Przez kilka kolejnych lat identyfi kowałam się jako lesbijka i spotykałam się z dziewczynami. Na studiach, już w Warszawie – studiowałam na międzywydziałowych studiach humanistycznych na UW – chodziłam w cylindrze, więc pewnie dla niejednej osoby był to sygnał, że jestem queerowa. (śmiech) W pewnym momencie – to był mniej więcej 2008 r. – zorientowałam się, że podobają mi się nie tylko kobiety. Miałam poczucie, że trzymam się jednej, kobiecej strony dlatego, że tak się zadeklarowałam i powinnam przy tym trwać, ale czułam, że jest to ze mną niezgodne. Pod koniec licencjatu poznałam swojego pierwszego chłopaka i na prawie cztery lata wyjechałam z nim za granicę. Po rozstaniu i powrocie do Polski wchodziłam w różne relacje, zarówno z dziewczynami, jak i z facetami, ale „przesuwało” mi się w stronę mężczyzn. Co nie znaczy, że zrezygnowałam z kobiecej strony. Ale powiem wprost: nie szło mi. (śmiech) W związkach z kobietami przeżyłam kilka mocnych rozczarowań sercowych i sytuacji przykrych i niebezpiecznych, bo nie zawsze stawiałam swoje bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

Jakie sytuacje masz na myśli?

Na przykład kompletnie nie wiedziałam, jak się zabezpieczać w seksie lesbijskim. Dominował pogląd, że seksualność kobiet jest bierna, a jak się zabezpieczać przed czymś, co jest bierne? Nie miałam kogo o to zapytać. Znalazłam tylko informację: „rozetnij prezerwatywę i zasłoń miejsca intymne partnerki”. Yikes. (śmiech) Nie było w tym ani żadnej ciałopozytywności, ani sekspozytywności, ani jakiegoś ośmielenia do rozmowy z partnerką, ani instrukcji, o czym właściwie powinnaś myśleć, jeśli masz one night stand.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Katarzyna Aleksandrowicz – mama transpłciowej Leny

„(…) wywieźliśmy z Polski naszą transpłciową córkę. Córkę, która w wieku 4 lat została zwyzywana od pedałów i pobita w warszawskim przedszkolu przez dzieci” – napisała w 2022 r. KATARZYNA ALEKSANDROWICZ na swoim profilu na Facebooku. Post opublikowała w odpowiedzi na brutalną kampanię PiS-u, w trakcie której Jarosław Kaczyński szydził z osób transpłciowych, mówiąc m.in. że mogą one chcieć „zmieniać płeć” z godziny na godzinę, w zależności od widzimisię. Post Katarzyny polubiło blisko 25 tysięcy osób, a 11 tysięcy udostępniło. Z mamą obecnie 9-letniej, uczącej się dziś w szkole w Nicei Leny rozmawia Tomasz Piotrowski

fot. arch. pryw.

Gdy napisała pani tamten post, Lena miała 7 lat. Już wtedy wiedziała pani, że jest dziewczynką. Kiedy zaczęła pani to zauważać?

Lena zawsze była bardzo delikatnym dzieckiem, z którym są „problemy”. I nie mówię tu o problemach wychowawczych. Lena zawsze chciała nosić kolorowe, „dziewczyńskie” ubrania. Nawet gdy poszliśmy na kompromis kupienia bucików w neutralnym kolorze, to i tak stały potem w szafie. Dla mnie to był koszmar, bo ja nie znoszę chodzić po sklepach, szczególnie z dziećmi. A Lena po wejściu do sklepu biegła od razu do działu dla dziewczynek i o każdą rzecz była okropna walka. „Może nie różowe, ale z cekinami, OK?”. „Może nie spódniczka, ale kolorowe spodenki?” I tak stale kompromisy. Nie pozwalała też ścinać sobie włosów. Dzieci i tak potem krytykowały jej wygląd, a Lena to przeżywała. Miała w przedszkolu tylko koleżanki, nie chciała się bawić z chłopcami. Zmienialiśmy przedszkole pięć razy.

To były dla nas, dla mnie i męża, jakieś sugestie, ale wciąż nie braliśmy ich chyba jeszcze na poważnie. Przyznaję, że bardziej mieliśmy wtedy myśli, że może nasze dziecko okaże się homoseksualne.

Pięć razy zmienialiście przedszkole?

Tak, mieszkaliśmy w Warszawie i tylko pierwsze było publiczne. Tam był chłopiec, który bił wszystkich, łapał za głowę i walił nią o ścianę. Panie z przedszkola stwierdziły, że nie mogą z tym nic zrobić, bo on gra w popularnym serialu i tak odreagowuje stresy. Mówiły, że mamy małego celebrytę i właściwie powinniśmy się cieszyć. Nie cieszyliśmy się, poszliśmy do prywatnego przedszkola. Mieliśmy ten komfort finansowy, że mogliśmy sobie na to pozwolić, ale jak już pan wie – niewiele to zmieniło. W jednym z przedszkoli w 2019 r., gdy Lena miała 4 lata, została pobita przez inne dzieci i wyzwana od „pedałów i cip”. To był chyba najtrudniejszy dla nas moment.

Przerażające.

Trudno było się tam dostać – monitoring, mnóstwo zajęć dodatkowych, różne edukacyjne nowości. Miałam nadzieję że będzie bezpiecznie. Nie było. Zaczęło się od balu przebierańców. Lena koniecznie chciała być Myszką Minnie. Nie byłam już tym zdziwiona, ale czy się bałam? Bardzo. Przed balem uprzedziłam dyrektorkę, za co przebiera się Lena, prosiłam o uważność. Nie udało się, dzieci jej dokuczały. Mimo to Lena od tamtego momentu już zawsze chciała chodzić do przedszkola w spódniczce. Nie zawsze na to pozwalałam, kompromisowo godziła się, by brać ją do plecaka i mieć przy sobie. I było tylko gorzej, do przedszkola musiałam dzwonić już niemal codziennie. Dyrektorka oczywiście mówiła, że nie mają wpływu na to, co się dzieje, ale starają się zwracać uwagę dzieciom. Sytuacja skończyła się strasznie – na placu zabaw, gdy panie opiekunki siedziały w telefonach, na co niejednokrotnie skarżyli się wszyscy rodzice, Lena została pobita. Trzymało ją dwoje dzieci, trzecie biło, a pozostała grupka, w tym z młodszych grup, ją wyzywała. Gdy wróciła do domu, wszystko mi opowiedziała. Nikomu nie życzę takiej traumy.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

„Medusa Deluxe” już w kinach! | RECENZJA

Zbrodnia! Na lokalnym konkursie fryzjerskich zdolności znaleziono ciało jednego z uczestników, który jeszcze kilka minut wcześniej przygotowywał koafiurę swojej modelki. W dodatku Mosca jest nie tylko martwy, jest też oskalpowany! Wśród pozostałych uczestników zaczyna się plotkowanie, oskarżanie i wyciąganie brudów. „Medusa Deluxe” już od 1 września w kinach!

„Medusa Deluxe” wchodzi do kin w całej Polsce 1 września (dystrybuowana przez Velvet Spoon). To debiut fabularny brytyjskiego reżysera Thomasa Hardimana, będący połączeniem kryminału, czarnej komedii i stylizowanego dreszczowca. „Replika” objęła film swoim patronatem. Serdecznie polecamy!  

Pozostająca w (pozornie) jednym ujęciu kamera snuje się od bohaterki do bohaterki, czy może raczej od jednej podejrzanej postaci do kolejnej. Przechodząc przez kolejne korytarze, odnajdujemy w tym labiryncie kolejnych potencjalnych podejrzanych. Każda osoba ma swój motyw. Cleve z jednej strony wydaje się najbardziej unikać nieczystych zagrywek, chce wygrać konkurs zupełnie fair, tylko swoimi zdolnościami, z drugiej strony – gdy tylko ktoś zajdzie jej skórę – wybucha. Już raz w przeszłości rozbiła butelkę na głowie ofiary, czy to ona jest winna? Angie to kolejna fryzjerka z ambicjami, uczestniczka konkursu, być może przekupiła organizatora Rene na swoją korzyść. Skłonna do łapówek, skłonna do eliminowania konkurencji? Rene z kolei być może był kochankiem Mosci, a ten ma partnera i dziecko. Czyżby któremuś z panów znudziło się bycie w nieoficjalnym trójkącie? W grę wchodzi jednak także małomówny ochroniarz widziany z Moscą poprzedniego wieczoru. Może zamiast chronić jednak zaatakował? Gęsty dialog lawiruje między intensywnością, a komedią, a tempo nie zwalnia ani na chwilę. Tego w skrócie możecie się spodziewać po „Medusa Deluxe”!

Thomas Hardiman, reżyser i scenarzysta projektu, na swój debiut fabularny wybrał ambitną technicznie formę. Z jednej strony twierdzi że to jego odpowiedź na zmieniające się sposoby przyswajania treści – coraz częściej oglądamy długie treści nakręcone w jednym ujęciu (reżyser przywołuje tu bezpośrednio tutoriale makeupu oglądane nałogowo przez jego siostrzenice), z drugiej strony częściowo odzwierciedla pierwszy film nakręcony w jednym ujęciu, Hitchcockowski „Sznur” z 1948 roku. To też kryminał, i też queerowy (choć oczywiście z uwagi na czasy powstania, queerowość u Hitchcocka jest tylko sugerowana). Jedno ujęcie w „Medusie…” jest tak naprawdę zszyte z wielu mniejszych, ale i tak zdjęcia do filmu trwały tylko 9 dni (poprzedzone wcześniej trzema tygodniami aktorskich prób).

Hardiman bawi się też z formą tego na pozór klasycznego whodunita. Bohaterowie ciągle przygotowują się do bycia przesłuchanym przez policję, ale jako widzowie nie uświadczymy żadnej takiej sceny, czy nawet obecności policjanta czy detektywa na ekranie. Reżyser z jednej strony co chwila podsuwa kolejne tropy, nowych podejrzanych, nowe motywy, z drugiej jednak dekonstruuję strukturę typowego kryminału, skupiając się na przyjrzeniu się bohaterom, niż zbliżaniu się do rozwiązania zagadki. Staccato dialogów jakie narzucił obsadzie do zagrania i niemożność ucieczki przed nieprzerwaną pracą kamery tworzy niesamowite wyzwanie dla aktorów. Na szczęście, wszyscy wychodzą z tej próby bojowo. Postacie lśnią i jako widzowie, tak jak kamera, nie możemy oderwać od nich wzroku.

Dorzućmy do tego jeszcze wyśmienite zdjęcia Robbiego Ryana (nominowanego do Oscara za „Faworytę”), które przeobrażają potencjalnie nudne przestrzenie garderób i korytarzy w magiczny labirynt pełen blichtru, tajemnic i ekstrawagancką paradę fryzur stworzonych przez Eugene’a Souleimana, budujących bogate wizualne tło. Wyszła z tego unikalna mieszanka, której nie było jeszcze w queerowym kinie.

Cieszy też, że choć intryga toczy się wokół zabójstwa geja, to nie ma potrzeby rozważania homofobii jako motywu. Jak w końcu każdy queer wie, salony fryzjerskie to nasze enklawy, więc nawet na tym morderczym konkursie fryzur możemy się czuć swobodnie i swojsko. „Medusa Deluxe” to propozycja nie tylko dla fanów kryminału szukających nowej wersji podania znanego dania, ale także dla miłośników kampu, queerowej estetyki i ciętych, szybkich dialogów. Jako „Replika” polecamy z go z pełnym przekonaniem!

 

Lista kin, w których można zobaczyć „Medusa Deluxe”:

Warszawa | Kinoteka, Kino Kultura, Amondo, Elektronik | od 1.09

Poznań | Malta, Muza, Pałacowe | od 1.09

Kraków | Kino Paradox, Mikro |  od 1.09

Gdańsk | Kameralne | 1-11.09

Gdańsk Żak | Żak | 1-7.09

Bytom | BCK | 1-7.09

Katowice | Światowid | od 1.09

Łódź | Charlie | od 1.09

Gdynia | GCF | od 1.09

Zgorzelec | PoZa NoVa | 1-13.09

Białystok | Kino Forum | od 8.09

 

Dellfina Dellert i Agnieszka Mazanek – reżyserki serialu „Nago. Głośno. Dumnie”

Z DELLFINĄ DELLERT i AGNIESZKĄ MAZANEK, reżyserkami serialu dokumentalnego „Nago. Głośno. Dumnie” o polskiej sztuce drag i o polskiej burlesce, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. HBO

Wasz dokumentalny serial „Nago. Głośno. Dumnie” portretuje drag i burleskę we współczesnej Polsce. Kiedy spotkałyście się z tymi scenami?

Dellfina Dellert: 100 lat temu! (śmiech) Pierwszą drag queen, którą zobaczyłam na żywo, była Lola Lou, choć oczywiście znałam temat z filmów. To było jakoś w połowie lat 90. Natomiast z burleską, a w zasadzie neo-burleską spotkałam się w 1999 r., kiedy mieszkałam w Londynie. Był to występ Dity von Teese z czerwonymi wachlarzami w słynnym Torture Garden. W 2006 r. skończyłam nawet jej kurs w Paryżu i dla funu raz wyszłam na scenę. Zafascynował mnie wtedy ten świat, w którym można zdjąć z siebie poczucie winy i wstydu, pokochać swoje ciało i poczuć się wystarczająco dobrą taka, jaka jestem. To bardzo terapeutyczne doświadczenie. Burleska zainteresowała mnie też, bo wtedy już od kilku lat pracowałam nad projektem Self-Portraits of Others. Najdłużej działam jako artystka wizualna, często używam własnego ciała jako medium, wcielam się w różne postaci. Burleska stała się przez chwilę elementem tej eksploracji. Po powrocie do Polski w 2009 r. byłam na pierwszym występie Betty Q & Crew, gdzie występowała również Pin Up Candy. Bardzo ucieszyłam się, że scena burleski dotarła również do nas.

Agnieszka Mazanek: Wiedziałam, że burleska istnieje, ale po raz pierwszy zabrała mnie na nią Dellfi w ramach dokumentacji do serialu. W Worku Kości (warszawskim barze – przyp. red.) występowały Kim Lee, Red Juliette i Bunny de Lish, które później również zaprosiłyśmy do serialu. To było dla mnie niezwykłe i poruszające doświadczenie. Zachwyciła mnie wolność, dowolność i frywolność, odwaga i różnorodność cielesna. Pamiętam…

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Dorian Zięba i Tomasz Pilawka kochają się i… prowadzą winnicę na Dolnym Śląsku

DORIAN ZIĘBA i TOMASZ PILAWKA są parą od 12 lat, w 2015 r. założyli nietypowy dla polskich warunków atmosferycznych biznes – Winnicę 55-100. Dlaczego właśnie wino? Jak homofobia niektórych środowisk doprowadziła do tego, że Tomek pożegnał się z polityką? Dlaczego przez 2 lata walczyli w sądzie o opiekę nad psem? Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

arch. pryw.

Produkcja wina w Polsce to niezbyt popularny pomysł. Czemu wybraliście taką branżę?

Dorian: Pomysł na założenie winnicy dojrzewał przez wiele lat, a główną inspiracją były podróże, zwłaszcza na zachód i południe Europy, gdzie kultura picia wina jest dużo bardziej rozwinięta. Złapaliśmy bakcyla, zaczęliśmy odwiedzać najbardziej popularne regiony winiarskie. Pewnego razu, w 2012 r., Tomek otrzymał od swoich dziadków winogrona z ich ogródka. Postanowił wykorzystać je do produkcji wina. Niestety, pierwsza próba nie powiodła się. (śmiech) Wlał zbyt dużo moszczu, przez co rurka fermentacyjna się zatkała, co doprowadziło do ogromnego wybuchu w środku nocy oraz konieczności malowania ścian na drugi dzień. (śmiech)

Co robiliście wcześniej, zanim odkryliście wino?

Tomek: Gdy poznałem Doriana w 2011 r., on prowadził sklep ze zdrową żywnością w centrum Wrocławia odziedziczony po rodzicach. Ja wtedy skończyłem pracę jako asystent europosła w Brukseli, robiłem doktorat z ekonomii, pracowałem w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego we Wrocławiu i byłem mocno zaangażowany politycznie. Rok później, przeprowadziliśmy się do Warszawy, gdzie zostałem doradcą Ministra Rolnictwa. Tak, Tomku, widzę, że zaintrygował cię mój tytuł doktora ekonomii. Specjalizuję się w rozwoju regionalnym ze szczególnym uwzględnieniem obszarów wiejskich, dlatego też Ministerstwo Rolnictwa to dla mnie naturalny obszar. Z kolei Dorian znalazł pracę w Ministerstwie Obrony Narodowej, gdzie zajmował się rozliczaniem inwestycji związanych z NATO. Zabawnie to zabrzmi, ale to był wtedy mój żołnierz! (śmiech) Ale żarty na bok, Dorian wykonywał tam odpowiedzialne zadania. Jednak Warszawa…

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Angela Getler – jedyna jawnie transpłciowa dziennikarka w polskiej telewizji

Z ANGELĄ GETLER, jedyną jawnie transpłciową dziennikarką w polskiej telewizji, gospodynią programu „Ecce homo. Oto człowiek” na kanale News24, rozmawia Jakub Wojtaszczyk

fot. Anken Berge

Jesteś obecnie jedyną jawną osobą transpłciową w polskiej telewizji. W News24 prowadzisz program „Ecce homo. Oto człowiek”. Mówisz w nim, że wierzysz w ludzi. To trudne zadanie?

„Ecce homo” to pierwszy program w Polsce samodzielnie prowadzony przez osobę trans. Wraz z zaproszonymi gośćmi proponuję widowni, jak może stać się częścią szerszego rozwiązania danego problemu społecznego, który omawiamy w danym odcinku. Rozmawiamy między innymi o bezdomności, nienawiści, wierze czy patriotyzmie. Premierowy odcinek dotyczył samobójstw tęczowych dzieci i nastolatków. Moją misją dziennikarską jest poszerzanie widoczności osób transpłciowych. Wierzę, że mi się uda. Ja potrzebuję ludzi do życia. Kwitnę wśród nich. Między innymi właśnie praca w telewizji, gdzie również nagrywam reportaże, pozwala mi na to.

Jak trafiłaś do News24?

Z ogłoszenia o pracę! Z wykształcenia jestem graficzką. Natomiast w okresie pandemii zdecydowałam, że chcę robić coś, co ma społecznie głębszy sens. Wcześniej hobbistycznie prowadziłam fanpage Transnews Polska, na którym regularnie pisałam posty dotyczące osób transpłciowych. Wiosną 2022 r. trafiłam jako realizatorka do internetowej telewizji Reset Obywatelski. Ten czas to również medialny atak Kaczyńskiego na osoby trans – tym łatwiejszy, że od czasu Anny Grodzkiej Polacy nie mieli okazji szerzej poznać kolejnej osoby transpłciowej. Dlatego w Resecie zaproponowałam…

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Jak zostałem Duperellą – Paweł Wątroba o polskiej szkole dragu

O pierwszej w Polsce szkole dragu, której sam był uczniem, pisze PAWEŁ WĄTROBA

fot. Natalia Kaniak

O nowym, pilotażowym projekcie Kolektywu Śląsk Przegięty dowiaduję się błyskawicznie – Akademia Piosenki Przegiętej to pierwsza w Polsce szkoła dragu dofinansowana z programu Muzykogranty instytucji Katowice Miasto Ogrodów. Inicjatywa brzmi przełomowo i ekscytująco. Przeczuwam, że będzie to wielki krok w rozwoju queerowej kultury na Śląsku i nie tylko. Może dobrze byłoby wziąć udział? Dopijając wieczorne białe wytrawne, postanawiam zaryzykować i w przypływie odwagi wypełniam formularz zgłoszeniowy. Niepokoi mnie jedynie zapowiedziany fi nał, czyli publiczny debiut. Zaznaczam opcję niezdecydowania w sprawie występu. Ku mojemu zdziwieniu po dwóch tygodniach dzwoni telefon z zaproszeniem do projektu. Nie mam zielonego pojęcia, co mnie czeka, więc postanawiam podejść do tego eksperymentalnie. Początkowo plan wygląda tak: stworzyć sceniczne alter ego jako przeciwieństwo siebie – dumną, nieustraszoną, autoironiczną, beztroską i niefrasobliwą postać, która mnie uzupełni. Nie wiem, czy scena jest dla mnie, więc zakładam, że będzie to jednorazowa przygoda.

„W dragu dobrze jest się od siebie od….ć”

Akademia zorganizowana jest w formule weekendowych zjazdów. W projekcie razem ze mną uczestniczy osiem osób wybranych na podstawie otwartego naboru. Od sierpnia do grudnia (2022 r. – przyp. red.) przygotowują nas doświadczone osoby performerskie: Twoja Stara, Max Reagan Thatcher, Princ Wunglo, Gąsiu, Cosmia Absurd oraz osoby członkowskie Śląska Przegiętego – Paweł Świerczek, Natalia Kaniak i Paweł Ziegler. Każda z nich dzieli się…

Cały tekst do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Fotograf Lukáš Houdek i jego indyjskie hidźry

Z czeskim fotografem LUKÁŠEM HOUDKIEM o jego krakowskiej wystawie zdjęć indyjskich hidźr, o fascynacji tą transpłciową społecznością i o tym, czego Zachód może nauczyć się od tej starej kultury, rozmawia Małgorzata Tarnowska

fot. Donald Chipumha

Mieszkasz w Czechach, jesteś romologiem, ale jeden z największych twoich projektów artystycznych dotyczy indyjskiej społeczności hidźr, którą dokumentujesz od ponad 10 lat. Jak wyglądała twoja droga do odkrycia tego tematu?

Wszystko zaczęło się w 2008 r., na wyjeździe badawczym w Radżastanie w Indiach, gdzie jako student badałem społeczność Romów. Szedłem przez pustynię – co uwielbiam – i natrafiłem na samotną farmę. Zacząłem jej się przyglądać i zobaczyłem kobietę o dziwnym, jak mi się zdało, wyglądzie, stojącą w otoczeniu innych kobiet. Dostrzegła mnie i nakazała mi gestem, żebym podszedł. Przeprowadzała jakiś rytuał: towarzyszył jej bębniarz, a ona odgrywała węża.

W jakim sensie wydała ci się dziwna?

Była o wiele wyższa od pozostałych stojących tam indyjskich kobiet, miała niski głos i odmienną mowę ciała. Nie miałem jeszcze wtedy żadnych doświadczeń ze społecznością trans, więc wszystko to było dla mnie zupełnie nowe. Zapytałem o nią pozostałe zgromadzone tam osoby i wyjaśniono mi, że ta kobieta to hidźra odprawiająca rytuał z okazji narodzin cieląt. Kilka dni później znalazłem w księgarni książkę na temat hidźr i zafascynowałem się tym tematem. Postanowiłem wniknąć w ich społeczność i wykorzystać fotografię do dokumentacji jej życia. Zrobiłem to kilka lat później, kiedy wróciłem do Indii w 2012 r.

Jaka jest twoja definicja hidźry?

Używając kategorii zachodnich, można by je nazwać trans kobietami, ale to nie są „tylko” trans kobiety, lecz osoby, które…

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

Paula Szewczyk – autorka zbioru reportaży o osobach trans w Polsce

Z PAULĄ SZEWCZYK, autorką zbioru reportaży o osobach transpłciowych „Ciała obce. Opowieści o transpłciowości”, rozmawia Kinga Sabak

fot. Dawid Żuchowicz

Niewiedza bliskich, nauczycieli, a nierzadko nawet też lekarzy. To mur, od którego odbijali się twoi bohaterowie, motyw, który co rusz pojawia się w twojej książce. Byłam wręcz wkurwiona.

Z jednej strony to dobrze, z drugiej nie chciałabym, żeby wkurwienie było tym dominującym uczuciem.

Rodzicom tak trudno zaakceptować, że myśleli, że mieli syna, a jednak mają córkę. A przecież brak akceptacji i pomocy z ich strony może przyczynić się do depresji czy wręcz samobójstwa ich dziecka.

Wydaje mi się, że rodzice nie są świadomi, że dziecko może wybrać śmierć, ale wiesz co? 46-letnia Kinga, mama transpłciowej Patrycji z mojej książki, powiedziała: „Dzisiaj wstydzę się tego, co robiłam, popełniałam błędy, bo nie miałam wiedzy”. Byłoby inaczej, gdyby w szkole uczono o transpłciowości. Kinga w końcu zaczęła się edukować na własną rękę. Teraz działa w organizacjach LGBT, jest aktywistką.

Tak, opowieść Kingi jest o przemianie.

Ona najpierw mówiła rzeczy w stylu: „W ogóle mi nie była potrzebna córka”, „Byliśmy normalną rodziną…”. Sądziłam, że później poprosi, żeby nie uwzględniać w tekście tych słów, ale nazwała je swoją „księgą wstydu”. Wierzyła, że jeśli te fragmenty zostaną, to może inni rodzice jakoś się w tym odnajdą. Wie, że przeszła przemianę, odrobiła lekcję i z nową wiedzą idzie dalej.

Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.