Hubert Buda, reżyser serialowy, transpłciowy mężczyzna

Z HUBERTEM BUDĄ, transpłciowym mężczyzną, reżyserem seriali „Dzielnica strachu”, „Pierwsza miłość”, „Sprawiedliwi. Wydział kryminalny”, członkiem zarządu Koła Reżyserów Stowarzyszenia Filmowców Polskich oraz Związku Zawodowego Filmowców rozmawia Angela Getler

fot. Paweł Jakubek

Jak zostałeś reżyserem?

Na początku były inne prace niż reżyseria. Studiowałem produkcję w Szkole Filmowej w Łodzi, skąd pochodzę, i pracowałem w pionie produkcji. Później doszkoliłem się z reżyserii i sztuki operatorskiej w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie i postanowiłem rzucić produkcję na rzecz reżyserii.

Początki były trudne?

Zacząłem zupełnie od zera, czyli od funkcji asystenckiej, potem jako drugi reżyser i w pewnym momencie nadarzyła się okazja, by reżyserować. Skorzystałem z niej. To był serial paradokumentalny „Sprawiedliwi. Wydział Kryminalny” robiony we Wrocławiu. Przez dłuższy czas jeździłem tam, równocześnie będąc drugim reżyserem przy innych projektach. Wcześniej bywałem też montażystą, asystentem technicznym, a przez krótki okres także kierowcą. Żeby móc się utrzymać, gdy nie było dość zleceń reżyserskich, chwytałem się wszystkiego. Nie pracowałem jednak poza ulubioną branżą filmową, co uważam za sukces.

Jaki projekt teraz realizujesz?

Cały czas siedzę w różnych gatunkach serialowych i całkiem dobrze się w tym czuję. Bardzo lubię być na planie. Mam mniej serca do innych zadań reżysera, więc nie zrobiłem dotychczas pełnometrażowego filmu fabularnego. To wymaga dużo więcej pracy poza planem, mocno związanej z produkcją.

Obecnie mam przerwę po „Dzielnicy strachu” i szykuję się do telenoweli „Zaraz wracam” produkowanej na zlecenie TVP. Praca przy realizacji tego typu projektów jest często traktowana jak rzemiosło, a nie coś, przy czym można się artystycznie wyżyć. Natomiast ja uważam, że wszędzie można. Im więcej serca i pracy w to włożę, im będę chciał stworzyć coś lepszego, tym mocniej będę mógł wpływać na kształtowanie odbiorców i odbiorczyń oraz ich oczekiwań wobec dostarczanych im treści.

Co ci się tak podoba w byciu na planie?

Zazwyczaj atmosfera. Trafiałem na świetne ekipy, z którymi przyszło mi pracować. Ludzi, zaangażowanych, którym się chce. Podoba mi się, że razem tworzymy coś fajnego i że wszyscy gramy do jednej bramki. Mam swoją interpretację tego, co zaproponowali scenarzyści, scenarzystki i mam możliwość współpracy nad tym z operatorem lub operatorką oraz aktorkami, aktorami i innymi osobami. Bardzo podoba mi się ta twórcza wymiana.

Czym się w zasadzie zajmuje reżyser? Opowiesz trochę?

Z jednej strony to jest rodzaj przetwarzania jakiejś historii w obrazy, postacie, emocje i relacje. Z drugiej, to interpretacja rzeczywistości i tego, jak ja widzę schematy, które społecznie funkcjonują. Na przykład decyduję, na ile dana postać miałaby funkcjonować w stereotypie, a na ile go przełamać.

To jest współpraca między reżyserem i całą ekipą. Do tego dochodzą rekwizyty i pomieszczenie, w jakim postać funkcjonuje oraz odpowiedni kostium, fryzura – czy ktoś jest ogolony, czy nie. Drobne szczegóły, które nie są w pełni rejestrowane przez widzki czy widzów, natomiast składają się na obraz, który podświadomie odczuwamy. Ważne też, jak się tę postać umieści się między innych bohaterów, bohaterki i ich relacje.

Czy jest scena, ktorej reżyserowanie szczegolnie zapadło ci w pamięć?

Bardziej są to momenty, gdy widzę, że z danym aktorem czy aktorką jestem już na etapie, gdzie bardzo szybko łapiemy, o co nam nawzajem chodzi. Na przykład scena, w której była aferka między dziewczyną, nazwijmy ją Anią, a jej ciocią. Ania została przez ciocię zmanipulowana i miała wyrazić swój gniew. Próbowaliśmy raz, drugi i ciągle coś było w tym sztucznego, a nie takiego soczystego, prawdziwego, z wnętrza. W pewnym momencie aktorka grająca Anię powiedziała swój tekst, wykonała ruchy, które miała wykonać, ale dodatkowo zaimprowizowała i rzuciła trzymanymi dokumentami. To było tak organiczne, że z aktorką oboje spojrzeliśmy po sobie i wiedzieliśmy, że to jest dokładnie ta reakcja, której brakowało tej postaci. Lubię pracować z dużo starszymi aktorami i aktorkami. To była inna szkoła grania i funkcjonowania na planie. Te osoby mają niesamowicie dużo cierpliwości, ale też potrafią oddzielić rolę od siebie jako człowieka. Nie potrzebują pozostawać non stop w postaci, tylko mogą z niej wyjść, spokojnie funkcjonować i potem w nią z powrotem wejść. To dla mnie ważne, bo mam czasem dylemat, na ile mogę o coś prosić aktorkę, aktora, jeżeli ci mocno się angażują i wychodzenie z roli zdaje się trudnym procesem. Może to niemoje zadanie, ale w idealnym świecie chciałbym tego człowieka jak najmniej obciążać emocjonalnie.

Zdarzyło ci się, że scena przytłoczyła aktora?

Tak. Aktor miał grać nieboszczyka. Była specjalna kapsuła. W scenie przyjeżdża karawan z grabarzami, którzy zabierają denata. Aktor miał być zamknięty w kapsule i wsunięty do karawanu. W momencie, jak zobaczył tę kapsułę, odezwał się w nim taki lęk, że nie dał rady tego zagrać. Bardzo cenię, że to powiedział i nie przekraczał swoich granic na siłę.

Co zrobiliście?

Są różne sposoby, żeby od tego uciec. Nakręciliśmy wkładanie zamkniętej kapsuły do karawanu oraz scenę, jak on wcześniej leży w worku, który właśnie był zasuwany. Reszta była kwestią montażu.

Miałem też aktora, który miał kłopot, żeby się położyć w trumnie na katafalku. Skupiłem się z nim na tym, czy da się oswoić. Sam też położyłem się do tej trumny. Ale on wiedział, że ma możliwość decyzji, czy na to pójdzie, czy nie. Skończyło się tak, że położył się do trumny, ale ujęcie przykrywania wieka kręciliśmy już bez niego w środku.

Na jakim etapie swojej drogi przeszedłeś tranzycję?

Mam 45 lat i stało się to dopiero kilka lat temu. Więc na takim etapie, kiedy już pracowałem jako reżyser i znałem trochę osób z tej branży, a życie zdawało się dość poukładane.

Czy miałeś trudności ze zrobieniem coming outu?

Bałem się reakcji. Wiem, że są osoby, które w momencie tranzycji decydują się zmienić nie tylko imię, ale także nazwisko i całe otoczenie po to, żeby nie musieć się tłumaczyć. Ja tak bardzo kocham reżyserować i cały ten filmowy świat, iż nie wyobrażałem sobie, że mógłbym od tego uciec i pracować inaczej. Wiedziałem, że to będzie wymagające, by się zmierzyć z tym, że wszyscy będą wiedzieć o mojej tranzycji. Nie wiem, co w swoich głowach tak naprawdę myślą, ale na zewnątrz wszystko wydaje się okej. Cieszę się więc z tego, co widzę i już.

A jak było z twoimi bliskimi?

Dawno temu miałem wrażenie, że w jakiś sposób oszukuję moich rodziców. Nie lubię kłamać i to był bardziej mój problem, niż cokolwiek innego. Zanim się im wyoutowałem po raz pierwszy jako lesbijka, było to powodem dużych napięć między nami.

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.