Co dalej po wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) z listopada 2025 r.? Czy rządowy projekt ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu ma szansę na podpis prezydenta? Jakie są efekty działań Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza związanych z realizacją 10-letniej strategii wprowadzenia równości małżeńskiej w Polsce? Na te i inne pytania odpowiada HUBERT SOBECKI – członek zarządu MNW. Rozmowa Tomasza Piotrowskiego

Jako MNW w 2015 r. ogłosiliście „Strategię wprowadzenia równości małżeńskiej 2015–2025”. Rok 2025 właśnie minął. Nie mamy równości małżeńskiej ani nawet związków partnerskich. Co poszło nie tak?
Kiedy MNW zaczynało działać w 2010 r., to była grupa ludzi spotykających się w kawiarni, bez pieniędzy, bez zaplecza, z minimalnym know-how. Mówiąc wprost: zebrała się banda marzycieli i stwierdziła: „Zajebiście, za trzy lata zmienimy Polskę”. I coś nam wtedy wyszło. W trzy lata udało się zrobić ogólnopolską kampanię społeczną (i to za pieniądze od darczyńców!), nasz profi l na Facebooku od razu zyskał bardzo dobre zasięgi i w końcu: przygotowaliśmy kompromisowe projekty ustawy o związkach partnerskich, które trafi ły do Sejmu w 2012 r. Rządziła wtedy koalicja Platforma Obywatelska–PSL, a ostatecznie… projekty zostały odrzucone głosami PiS, PSL i 101 osób z samej Platformy Obywatelskiej. Zresztą 46 posłów i posłanek PO (tzw. frakcja Jarosława Gowina – przyp. red.). głosowało przeciw mocno okrojonemu projektowi ich własnego klubu z tego samego roku. Wystarczyło. Wszystkie ustawy przepadły. Po tym brutalnym zderzeniu z polityką stanęliśmy przed wyborem: „No dobra, to co teraz robimy?”. Część ludzi miała tego dość, a pozostali stwierdzili, że działamy dalej, tylko trochę inaczej – przestajemy z góry zgadzać się na ustępstwa. Te ustawy były dla nas kompromisem i miały realizować tak zwaną taktykę małych kroków? Tymczasem debata w Sejmie to był jakiś żałosny cyrk o tym, że to są homomałżeństwa i że nie można dopuścić do adopcji dzieci – cyrk dotyczył tego, czego w ustawie właśnie nie było. To po co walczyć o mniej praw, skoro i tak politycy odbierają to jako maksimum? Poprosisz o połowę – nie dostaniesz nic, poprosisz o całość – dostaniesz ćwierć. Walczmy więc od razu o wszystko! Wiedzieliśmy, że to zajmie dużo czasu, że potrzebujemy strategii, a do tego: ustawy o równości małżeńskiej. Założyłyśmy też, że nie możemy skupiać się na samym Sejmie, że trzeba tłuc ogólnopolskie kampanie społeczne, żeby ludzie też chcieli równości.
Wracam więc do pytania: co poszło nie tak?
Przede wszystkim zawiodła klasa polityczna. Być może w Sejmie mamy już nieco więcej osób sojuszniczych niż dziesięć lat temu, ale jakość debaty, podejście do tematu ze strony czołowych polityków – tu nic się nie zmieniło. Obecny projekt rządowy to w gruncie rzeczy odgrzewany pomysł sprzed lat – wariacja na temat projektu Platformy Obywatelskiej z lat 2012–2013. To polityczna porażka rządu. Od kogo tak naprawdę zależy to, czy w Polsce będzie równość małżeńska? Od premiera i prezydenta. Premier może nawet jutro powiedzieć na spotkaniu rządu: „Trzeba przegłosować ustawę o równości małżeńskiej. Mamy gotowy projekt od organizacji społecznej, możemy już pracować nad wszystkimi analizami. W zamian za poparcie mam X stanowisk dla waszych polityków”. Nie oszukujmy się – nie ma znaczenia, w co politycy wierzą – liczy się wyłącznie interes polityczny: słupki poparcia, wpływy, stołki, pieniądze, władza. Potem oczywiście byłby jeszcze prezydent, który musiałby to podpisać. Więc dopóki nie ma tej magicznej kombinacji: premier i prezydent, dopóty nie będzie żadnej ustawy.
Nie zapowiada się, by szybko miało to nastąpić.
To prawda. Ostatnim momentem, kiedy to naprawdę było realne, były lata 2012– 2013, czyli rządy PO–PSL i prezydentura Bronisława Komorowskiego. Dla tamtych polityków prawa osób LGBT+ były czymś egzotycznym, ale jednocześnie aspirowaliśmy do standardów Unii Europejskiej. Mieliśmy poczucie, że skoro na Zachodzie coś funkcjonuje, to u nas też w końcu trzeba będzie to zrobić. W 2015 r., kiedy wybory wygrało PiS, zaczęła się zupełnie inna epoka. Nasze prawa, nawet samo nasze istnienie, stały się narzędziem do polaryzowania elektoratu.
Jakie cele waszej strategii udało się zrealizować?
Przede wszystkim ogromnie wzrosło poparcie społeczne dla równości małżeńskiej. Kiedy zaczynaliśmy, wynosiło około 29%. Zakładaliśmy, że chcemy dojść do ponad 50% i to właściwie się udało, mimo ośmiu lat brutalnej nagonki ze strony PiS. W pierwszy sondaż z wynikiem 50% można wątpić, ale dziś potwierdzają to trzy badania z różnych źródeł. Drugą kluczową zmianą jest to, że równość małżeńska przestała być tabu w mediach. Dziennikarze pytają dziś polityków o małżeństwa jednopłciowe, a tęczowe rodziny są obecne w mainstreamie. To efekt wieloletniej pracy – wcześniej trzeba było przekonywać redakcje, przysłowiowe telewizje śniadaniowe, że to w ogóle jest temat. Zmiana zaszła też wreszcie wewnątrz samego uchu LGBT+. Dziś postulat równości małżeńskiej wydaje się oczywisty, ale kiedy z nim wyszliśmy, byli aktywiści, którzy uważali, że szkodzimy sprawie. Przełomem był kongres w 2019 r., gdy 27 organizacji podpisało wspólną deklarację. Udało się również przygotować projekt ustawy o równości małżeńskiej – celowo prosty, znacznie prostszy niż projekty związków partnerskich – i pokazać, że to nie jest legislacyjna rewolucja. I wreszcie: od początku wiedzieliśmy, że sama polityka nie wystarczy. Dlatego postawiliśmy na litygację strategiczną (wykorzystywanie postępowań sądowych do osiągania celów społecznych i politycznych – przyp. red.). Akcja „do Strasburga”, która zaczęła się w 2015 r., po dziewięciu latach zakończyła się pierwszym wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przeciwko Polsce (Przybyszewska i inni v. Polska – skarga 11454/17 – przyp. red.), który jasno wskazał, że państwo musi zapewnić osobom LGBT+ ochronę prawną w postaci przynajmniej związków partnerskich. Dziś pracując nad nową strategią na lata 2025–2035, opieramy się na wyroku TSUE jako realnym narzędziu nacisku.
Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.





























































































































