Jaki się kochają siatkarka Anna Kaczmar i jej partnerka Anna Turowska?

Z ANNĄ KACZMAR, byłą reprezentantką Polski w siatkówce, a obecnie ekspertką branży ubezpieczeń, oraz konsultantką biznesową ANNĄ TUROWSKĄ, które zrobiły publiczny coming out w połowie sierpnia br. przy okazji ślubu, rozmawia Angela Getler

fot. Atelier Gębscy

Po co brałyście ślub, skoro nie jest uznawany w Polsce?

AK: Wzięłyśmy ślub, żeby nasze rodziny mogły celebrować ten dzień z nami. W Polsce nie jest on uznawany przez państwo, ale w naszych oczach i w naszym odczuciu był bardzo. Poza tym „małym szkopułem”, że nie daje nam to prawnie żadnych benefitów tutaj, po prostu chciałyśmy wziąć ze sobą ślub.

AT: Nie patrzymy na to, że to nie jest wiażące prawnie. To jest głos, który może zmienić postrzeganie w oczach innych. Bo człowiek to człowiek, miłość to miłość. Ważne było z punktu widzenia rodzinnego, że nie uważamy się za gorsze osoby. Skoro my jeździmy na śluby naszych przyjaciół, naszych rodzin, to też chciałyśmy nie zabierać im możliwości bycia na weselu u nas. Otrzymałyśmy multum gratulacji, ale też reakcji, że nasza odwaga pomaga innym dbać o swoje relacje albo wyjść z tej przysłowiowej szafy.

AK: Żadna z nas nie ukrywa swojej orientacji, więc też był bardzo pozytywny odzew na nasz ślub. Wiemy, że zrobiłyśmy coś dobrego i przede wszystkim nie musimy się z niczym ukrywać. Po tym wszystkim, nawet jak dzwoniłam do klientów, to mówili: „Gratulujemy, widzieliśmy”. To naprawdę było takie miłe i wspierające.

Jak przygotowałyście swój ślub?

AT: Przeanalizowałyśmy z prawnikami, jak możemy zabezpieczyć się. Umowa kohabitacyjna dała mi poczucie bezpieczeństwa, że jak Ania wyląduje w szpitalu, nikt nie podważy dokumentacji, ja będę osobą decyzyjną – i tak samo w drugą stronę. Takiej samej analizy i zabezpieczeń wzajemnych dokonałyśmy na innych płaszczyznach.

AK: Najpierw zrealizowałyśmy wszystkie formalności, gdyż lubimy mieć wszystko przygotowane wcześniej niż później. O ślubie pomyślałyśmy w momencie zaręczyn. Od razu zaplanowałyśmy datę – 14 sierpnia, długi weekend – i zaczęłyśmy przygotowania.

AT: Od zawsze chciałam ślubu nie we dwie, tylko hucznej imprezy w gronie przyjaciół. Ani nie trzeba było długo namawiać.

AK: W ogóle nie trzeba było!

AT: Okazało się, że i na tym gruncie mamy te same potrzeby. Jesteśmy w naszej kulturze, w naszej polskości. To biesiadowanie, celebrowanie, rodzinność. Jesteśmy takie same, jak trzydzieści siedem milionów Polaków i też chcemy mieć prawo do zawarcia związku małżeńskiego. Par heteroseksualnych nie pyta się: „dlaczego?”.

AT: Mamy taką swobodę życiową, że mogłyśmy sobie pozwolić na organizację tego wydarzenia dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłyśmy i na własnych zasadach. Z profesji jestem przedsiębiorcą i konsultantem biznesowym.

AK: Ja natomiast pracuję w branży ubezpieczeń na życie i zdrowie, jestem ekspertem zabezpieczeń. Chciałyśmy to zrobić w Polsce, bo mieszkamy w Polsce. Nie w innym kraju, gdzie jest to możliwe, i wracając tutaj, nie miałybyśmy żadnych praw (jeszcze). Coś takiego nas nie interesowało. To kwestia zabezpieczenia tu, gdzie żyjemy. Impreza była na 120 osób. Rodzina i przyjaciele – wszyscy bardzo autentyczni, którzy są dobrymi ludźmi dla samych siebie, w swoich rodzinach, ale też wobec nas. Wiedzą, że mogą na nas liczyć, a my na nich. To są wypracowane, długotrwałe relacje. Nie było żadnych cioć ani wujków, których nie widziałyśmy przez pięć-dziesięć lat, bo wypada.

Jak to wyglądało?

AT: W poniedziałek przed weselem chciałam odwoływać imprezę, bo to był stan takiego ciśnienia! Przeżyłyśmy wszystkie stadia przedweselnego stresu. W dniu ślubu rano razem tylko zjadłyśmy śniadanie.

AK: Nie wiedziałyśmy kompletnie nic ani o naszych strojach, ani o fryzurach.

AT: Widziałyśmy się dopiero na miejscu.

AK: Chciałyśmy, by to był ten moment przed gośćmi. Ślubu udzielił nam nasz przyjaciel.

AT: Bardzo dużą uwagę przykładałyśmy do ceremonii, przysięgi napisałyśmy sobie same. Nie zapomnę widoku Ani, bo wchodziłam druga i w momencie, kiedy ją ujrzałam, byłam jak galareta. Podczas wypowiadania tekstu przysięgi cały czas pociągałam nosem.

AK: Też byłam tak zestresowana, że skupiałam się tylko na tym, żeby nie paść. Pomyliłyśmy obrączki. Siedzieli nasi najbliżsi, a my w zasadzie widziałyśmy tylko siebie. Powiedziałyśmy sobie to, co chciałyśmy powiedzieć i później po prostu zaczęła się jedna wielka impreza, która trwała do soboty.

Jak wyglądało wesele?

Nie miałyśmy pierwszego tańca. Zdecydowałyśmy się zatańczyć go ze wszystkimi, ponieważ każdy tego dnia był częścią naszej historii – od rodziny po przyjaciół. Najbardziej wzruszającym momentem był ten, gdy po głównym daniu poprosiłyśmy bardzo bliskie nam osoby o przemowy. To, co usłyszałyśmy podczas tych wystąpień…

AK: Dobrze, że makijaże były wodoodporne.

AT: Mama Ani, mówiła, że to nie chodzi tylko o nas jako parę, ale o to, jaki Ania miała wpływ na nią, jak ją zmieniła oraz otworzyła na świat i postrzeganie człowieka. To było tak na maksa wzruszające, że rozłożyła nas wszystkich, wszyscy byliśmy poruszeni do granic tą szczerością.

Później były oczepiny, był tort. O godzinie 6:30 skończyłyśmy, ale co niektórzy wytrwali do przysłowiowej jajecznicy. Były poprawiny i „dres party” – obie uwielbiamy dresy. Stricte tradycyjnie, po polsku. To był najpiękniejszy dzień w naszym życiu.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.