„Macajcie jajka” – Witold i Mateusz Machowiczowie dzielą się onkologiczną historią

Witold i Mateusz Machowiczowie byli bohaterami wywiadu „Repliki” dwa numery temu (Witold niedawno zmienił nazwisko na nazwisko partnera). Opowiedzieli wtedy o swoim ślubie podczas spektaklu „Spartakus. Miłość w  czasach zarazy” w  szczecińskim Teatrze Współczesnym. Kilka dni po udzielonym wywiadzie Witek usłyszał diagnozę lekarską: rak jądra. Obaj są zdania, że dzielenie się informacjami onkologicznymi może być bardzo pomocne. Dlatego zgodzili się wrócić na nasze łamy i opowiedzieć tę rakową historię. Chłopaków wysłuchał i tekst zredagował Mariusz Kurc

fot. Jacek Sikorski

Jak to wszystko się zaczęło?

Witek: Zaczęło się 6 września zeszłego roku. Wieczorem wziąłem prysznic i  wskoczyłem do łóżka. Mateusz jeszcze się mył, czekałem na niego. Pomacałem się po jajkach bardziej nieświadomie niż świadomie. Ot, taki bezwiedny odruch, chyba wielu facetów go ma. Bez żadnego zamysłu: „A  teraz zbadam sobie stan moich jąder”, nic takiego. Ale poczułem, że z jednym jajkiem jest coś nie tak – nieregularność, zgrubienie lekko pofałdowane. Nie tak jak normalnie. Jakby coś na tym jajku było, jakaś narośl. Przyszedł Mateusz, powiedziałem mu.

Mateusz: Dotknąłem dokładnie jajek Witka, których często przecież dotykam i w ogóle dobrze je znam – rzeczywiście też to coś poczułem. Narośl obejmowała może jakieś 20% całego jajka.

Witek: Mati od razu rzucił: „Umawiaj urologa”. To była bardzo mądra myśl. Jeszcze tego samego wieczoru zarezerwowałem w  Lux Medzie wizytę. Pierwszy termin był za dwa tygodnie. Dziś wiem, że trzeba było umawiać specjalistę gdziekolwiek jak najszybciej, ale wtedy te dwa tygodnie wydawały mi się w miarę rozsądnym terminem – grunt, że miałem już potwierdzoną wizytę.

Mateusz: My, geje, mamy chyba łatwiejszy psychiczny „dostęp” do jajek, nie wiem, jak inaczej to nazwać. Może generalizuję i tak dalej, ale mam wrażenie, że partnerki facetów hetero nie mają takiej atencji w stosunku do ich jąder jak geje do jąder swoich facetów. Jestem pewny, że gdybyśmy nie wykryli tej narośli tamtego wieczoru, odkryłbym ją u Witka podczas najbliższego seksu. Najczęściej mamy jajka ogolone do zera i co tu dużo mówić, poświęcamy im nawzajem wiele uwagi (śmiech).

Witek: Nawet jeśli jest to „nadwrażliwość” na te części ciała, to lepiej dmuchać i chuchać niż bagatelizować zagrożenie.

Mateusz: Co więcej, teraz, gdy mamy nieporównanie większą wiedzę na temat nowotworów jąder, chcemy powiedzieć tym, którzy wyczują podobną narośl, by nie czekali dwa tygodnie, by w ogóle nie czekali, tylko żeby zrobili wszystko, by umówić wizytę u lekarza jak najszybciej. Czas ma ogromne znaczenie. Nie wolno zwlekać. My, nie licząc tych początkowych dwóch tygodni, działaliśmy bardzo szybko. Na różnych blogach facetów z  przerzutami i  po chemioterapii czytaliśmy, że oni zrobili wielki błąd na początku, zwlekając z pierwszą wizytą. Nie wolno zwlekać!

Witek: Po tych dwóch tygodniach narośl jakby troszkę się powiększyła. Wizyta u urologa była w piątek 19 września. Po badaniu USG od razu zdiagnozował, że jest podejrzenie nowotworu. Dał mi skierowanie na markery z krwi, a z wynikami miałem zgłosić się znów do urologa – do niego lub do innego. Zrobiłem to badanie od razu. Wyniki były do ściągnięcia z sieci w trakcie weekendu. W poniedziałek (inny) urolog dał mi na cito skierowanie na oddział urologiczny – bo tak, jest nowotwór do wycięcia. „Proszę się zgłosić na oddział jak najszybciej”. Właściwie on tylko potwierdził to, co już wiedziałem, bo przez weekend „konsultowałem się” wielokrotnie z Gemini. Wiadomo, że trzeba mieć ograniczone zaufanie do tego typu narzędzi i ostatecznie kierować się zdaniem lekarzy, ale muszę przyznać, że w historii z jajkiem sztuczna inteligencja nieraz mi pomogła. Zdawałem więc sobie sprawę, że trzeba to jądro wyciąć i to już, bo to jedyna stosowana praktyka przy tym nowotworze, gdyż bez wycięcia nie ma szans na precyzyjną diagnozę.

Mateusz: Czekanie na wyniki markerów w tamten weekend to był duży stres. Dzięki tym markerom można wstępnie „zobaczyć”, czy ten nowotwór jest bardziej złośliwy, czy łagodniejszy, czy jest bardzo zaawansowany, czy chyba jeszcze nie. Sprawdzaliśmy ileś razy w internecie, czy te wyniki już są. Gdy tylko się pokazały, nasz niezawodny asystent Gemini był od razu w użyciu. Poinformował nas, jakie są rokowania przy każdym z możliwych wariantów. Jeszcze później, przy badaniu histopatologicznym, które robi się już po operacji, wyszło, że Witek wpadł w najlepszy z  możliwych wariantów, czyli taki bez przerzutów. Jeśli by były przerzuty, to rak jądra idzie na węzły brzuszne, następnie są ogniska na płucach, a potem trafi a do mózgu. Jak ten rak sobie „wisi” przy jajku, które w tej mosznie jest jakby trochę oddzielone od reszty ciała, to pół biedy. Gdy są przerzuty, potrzebna jest chemioterapia lub radioterapia, ale nawet wtedy jest raczej wyleczalny – tym bardziej, im wcześniej wykryty. Niemniej stres dotyczył też tego, czy Witka czeka chemioterapia, czy nie?

Witek: W  tamten weekend czułem lęk, nawet dość duży, ale nie była to panika. Dzięki Gemini i dość łatwemu dostępowi do specjalistów przez Lux Med, nie czułem się pozostawiony sam sobie. Wpadłem w  tryb zadaniowy. Teraz muszę zrobić to, następnie tamto i  tak dalej. Do tego doedukowywanie się. Przetrząsanie internetu, fora nie fora. Na tyle, na ile mi się udało doedukować, to generalnie nowotwory jądra mogą być dwa: nasieniaki i nienasieniaki. Bywają też warianty mieszane. Nasieniaki to są te „lepsze”, łatwiej wyleczalne. Ale nawet te gorsze i bardziej zaawansowane niż mój, są w zdecydowanej większości przypadków wyleczalne. Byle nie zwlekać z  pierwszą wizytą – powtórzę to po Matim. Okazało się, że prawdopodobnie mam nasieniaka, ale tak na 100% to nie wiadomo, bo te początkowe badania nie są zupełnie jednoznaczne. Ostateczna diagnoza jest dopiero po badaniu histopatologicznym, czyli – przypomnę – po tym, jak bada się próbkę wyciętego jądra. Bo warto dodać, w przypadku jąder nie robi się biopsji, tylko od razu pełne wycięcie przy podejrzeniu nowotworu – i dopiero takie wycięte jądro się dogłębnie bada.

Mateusz: Wszystko zadziało się w sumie bardzo szybko. 6 września odkrywamy narośl, a trzeciego października Witek już był po operacji.

Witek: Ale nie wyprzedzaj. Wcześniej było jeszcze szukanie szpitala. Pan doktor wystawił skierowanie na operację, ale ja w sumie nic nie wiem, dokąd mam iść? Dzwonię do jednego czy drugiego oddziału urologicznego w  szpitalach we Wrocławiu, nikt oczywiście nie odbiera. Biorę więc na następny dzień wolne z pracy i jadę tam. To był 23 września. W jednym szpitalu kogoś tam wypytuję, ktoś tam mnie kieruje gdzieś na drugie piętro, czekam, w końcu dostaję się do lekarza… Ach, ale zapomniałem powiedzieć – jest coś takiego jak karta DILO, czyli karta diagnostyki leczenia onkologicznego, która przyspiesza terminy różnych badań. Wystawia ją lekarz, ale dostać się do lekarza, już nie z Lux Medu, tylko z Narodowego Funduszu Zdrowia, nie jest tak łatwo

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.