Z MACIEJEM MISIORNYM, prawdopodobnie najstarszym wyoutowanym transpłciowym mężczyzną w Polsce*, rozmawia Angela Getler

Co robisz w życiu?
Bardzo dużo rzeczy, jestem aktywny na wielu polach. Przede wszystkim jestem pasjonatem biegania. Jako 52-latek przebiegłem pierwszy maraton. Mam za sobą wiele półmaratonów – w Warszawie, ale też w Nicei czy w Budapeszcie. Prawie codziennie biegam w Lesie Kabackim. Uwielbiam ruch, sport, jestem wielkim miłośnikiem siatkówki i kibicem Projektu Warszawa. W sezonie PlusLigi chodzę na wszystkie mecze ulubionej drużyny. Kocham swoją pracę. Jestem redaktorem, edytorem i dziennikarzem, a z wykształcenia germanistą. Niedawno rozpocząłem wielką przygodę z tłumaczeniem książek. No i kocham koty.
Kiedy zacząłeś tranzycję?
To dosyć dawne dzieje, a ponieważ jestem już wiekowym człowiekiem i mogę mieć problemy z pamięcią do odległych dat, ujmę to tak: wydarzyło się to w 1988 albo w 1989 roku. Początek tranzycji zbiega się u mnie w czasie z momentem, kiedy uświadomiłem sobie, że istnieje coś takiego jak transpłciowość. Wtedy podjąłem pierwsze kroki w kierunku tego, żeby dokonać uzgodnienia płci odczuwanej z płcią wpisaną do metryki urodzenia.
Jak długo przebiegał ten proces u ciebie?
Byłem bardzo nieszczęśliwym nastolatkiem, który nie wiedział, co się z nim dzieje. W miarę upływu lat docierało do mnie, że społeczeństwo każe mi przygotować się do bycia kobietą, bo z jakiegoś powodu się nią urodziłem. Ale ja tego kompletnie nie czułem. Nie widziałem żadnego związku między sobą a kobiecością. Traktowałem to jako rodzaj pułapki, pomyłki, błędu natury. Mózg swoje, ciało swoje. Miałem bardzo silną dysforię. Można powiedzieć, że fatalnie czułem się w ciele, które nie było ciałem męskim. Ten nastolatek, którym byłem, wiedział, że jest facetem, że biologia z niego zakpiła i szukał drogi, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Ale takiej drogi nie było… Nie mogłem przecież stać się chłopakiem, którym się czułem. Nie miałem prawa być sobą. Tak mi się wtedy wydawało… Coraz wyraźniej docierało do mnie, że będę musiał odebrać sobie życie, bo funkcjonowanie w ramach płci, której nie odczuwam jako swojej, całkowicie mnie przerastało. Nie wiem, jak wyjaśnić to uczucie. Mówiąc obrazowo, przypomina to sytuację, w jakiej mam świadomość bycia człowiekiem, budzę się pewnego dnia i cały świat mówi mi, że żadnym człowiekiem nie jestem. Że jestem skałą na plaży i jako skała muszę odnaleźć siebie. Albo lwem, który od tej pory musi biegać po sawannie i polować na antylopy. Obłęd. Mając piętnaście lat, wylądowałem w sanatorium neuropsychiatrycznym dla dzieci i młodzieży. Miałem zeszyt, w którym przygotowywałem sobie listę sposobów na bezbolesne i w miarę szybkie odejście. Pamiętam, że będąc coraz bliżej „ostatecznego” rozwiązania, wyjechałem z sanatorium na przepustkę do domu.
Co się wtedy stało?
Był październik 1988 roku. Zimno, słota, straszna pogoda. Ja w długim prochowcu, szaliku, czapce, cały zakapturzony, niewidoczny dla świata. Mieszkałem na Dolnym Mokotowie, miałem stosunkowo blisko do księgarni Uniwersus. Tam, pośród wielu różnych książek, znalazłem „Przekleństwo Androgyne. Transseksualizm: mity i rzeczywistość” Stanisława Dulki. Wstydziłem się ją kupić, ale nabrałem do koszyka dla niepoznaki też wiele innych pozycji. Książkę Dulki niesamowicie przejęty przeczytałem od deski do deski w jedną noc. Dotarło do mnie, ż e czytam o sobie. Że tu jest opisana cała prawda. Że wreszcie wiem, kim jestem. I że nie muszę umierać, że jednak będę żył. Moment uświadomienia sobie, że oto wygrałem życie i że jest przede mną przyszłość, był jednym z najwspanialszych, najszczęśliwszych momentów w życiu. Na ostatniej stronie książki znalazłem spis adresów lekarzy, którzy zajmowali się osobami transpłciowymi. Powiedziałem sobie, że muszę, choćby nie wiem co, pójść do któregoś z nich i zacząć to, co wtedy nazywało się „zmianą płci”. Wstąpiły we mnie nowe siły, nowa nadzieja, nowa energia. Byłem nieprawdopodobnie zdeterminowany. Doskonale pamiętam, jak pierwszy raz, oczywiście bez wiedzy rodziców, poszedłem na ulicę Miłobędzką 25, na wizytę u doktora Dulki. To były poranne, sobotnie wizyty. Zacząłem coś, co trwało dosyć długo i co po wielu latach skończyło się pełną tranzycją.
Jak wyglądał ten proces?
Długo chodziłem do doktora Dulki w tajemnicy przed rodzicami. Z jednej strony wiedziałem, że odzyskałem życie, z drugiej bałem się, że jeżeli powiem o tym mamie i tacie – a taki był wymóg lekarzy – to mogę stracić nadzieję i znowu wszystko się posypie. Moi rodzice byli ateistami, socjalistami i ludźmi sztuki. Mama była aktorką, tata dziennikarzem, mieli dosyć szerokie horyzonty i otwarte głowy. W naszym domu często gościli przyjaciele rodziców, osoby homoseksualne – całkowicie przez nich akceptowane. Homoseksualność? To nigdy nie było nic gorszącego. Ale i tak bałem się, czy mnie zaakceptują, czy nie powiedzą, że to jakaś fanaberia. Bo przecież transpłciowość, nazywana wtedy transseksualizmem, wydawała się jednak dużo mniej „oswojona”.
Cały wywiad do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

































































































































