Małgorzata Potocka „w łóżku z lesbijką” – wywiad z aktorką i reżyserką

Z Małgorzatą Potocką, aktorką, reżyserką, producentką filmową, rozmawia Rafał Dajbor

fot. Magdalena Franczuk

Jest pani aktorką, producentką, performerką, reżyserką filmów dokumentalnych o sztuce, kierowała też pani radomskim Teatrem im. Kochanowskiego i łódzkim oddziałem TVP. Z którą sferą swojej działalności identyfi kuje się pani najbardziej?

Na szczęście nie musiałam tych wszystkich aktywności uprawiać jednocześnie, więc mnie ta rozmaitość zajęć nie uwierała. Czuję się po prostu artystką spełniającą się w różnych rodzajach twórczości. Lubię też robić zdjęcia, lubię mieć wystawy, lubię reżyserować, a przede wszystkim bardzo lubię mieć wpływ na wszystko, co się wokół mnie dzieje. Dlatego dyrektorowanie teatrowi było dla mnie z jednej strony kompletnie nieciekawe, a z drugiej fascynujące. Byłam odpowiedzialna za fi nanse, administrację, ale też za stan psychiczny pracowników i ich bolączki, a teatr to nie jest hala produkcyjna, tylko miejsce pełne ludzi przepełnionych swoimi emocjami, bo tacy są artyści. Z drugiej strony jako dyrektorka miałam tę sprawczość – mogłam wymyślić przedstawienie, dobrać znakomitego reżysera, scenografa, kompozytora. Była to dla mnie świetna przygoda.

Bywała pani także stylistką i w tej roli współtworzyła wizerunek swojego partnera, wybitnego muzyka Grzegorza Ciechowskiego. Pamięta pani, jak odbierali go geje? Podobał się im?

To bardzo ciekawe pytanie, ale niestety chyba nie potrafi ę na nie odpowiedzieć. Grzegorz miał raczej dość szorstki image, nie miał w sobie tej miękkości, która mogłaby podobać się gejom. Nie pamiętam, żeby któryś mówił mi coś na temat Grzegorza i jego wizerunku, ale nie wykluczam, że mógł on zwracać uwagę także gejów.

A czy przypomina sobie pani swoje własne pierwsze zetknięcie się z homoseksualnością?

Już jako mała dziewczynka mieszkająca w Łodzi zetknęłam się z pierwszym gejem, fryzjerem, wielkim przyjacielem naszej rodziny, u którego wszyscy się czesaliśmy. Mój tata był scenografem, twórcą rekwizytów i kostiumów. Cały ołtarz Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” to jego dzieło. Do naszego domu przychodzili tancerze, muzycy, wśród których byli tacy, o  których mawiało się wtedy, że „wolą mężczyzn” (słowa „gej” jeszcze nie było). Jeden z moich przyszywanych wujków, malarz, miał żonę i dzieci, ale gdy dzieci dorosły – odszedł do mężczyzny. To było coś, o  czym mówiła wtedy cała artystyczna Łódź. Nigdy nie było to dla mnie żadnym problemem, ponieważ od najwcześniejszych lat stykałam się nie tylko z  ludźmi różnych orientacji seksualnych, ale też różnych narodowości, wyznań, kolorów skóry. Nigdy nie musiałam być „tolerancyjna”, bo dla mnie różnorodność była czymś, co jest normalne, zwykłe, niewymagające żadnego „tolerowania”.

Domyślam się, że pani córki także w ten sposób podchodzą do świata?

To teraz opowiem, co kiedyś zrobiła nasza z Grzegorzem córka Weronika. Na lekcji religii usłyszała od zakonnicy katechetki, że homoseksualizm to choroba, którą trzeba leczyć. Wstała i powiedziała: „Takich głupot to ja nigdy nie słyszałam, a siostrze nie wolno takich bzdur opowiadać”, po czym wyszła, trzaskając drzwiami. Oczywiście zrobiła się chryja, zostałam wezwana do szkoły, ale powiedziałam, że córka miała rację, a katechetka jest po prostu niedouczona i skoro jest kołtunką, to powinna stracić pracę, zaś jeśli dyrektor szkoły ma co do tego jakieś wątpliwości, to niech porozmawia z lekarzem. Pamiętam święta, na których jedynymi heteroseksualnymi osobami byłyśmy Weronika i  ja, a poza tym – dwie pary lesbijskie i dwie pary gejowskie. Wśród nich był także mój przyszywany siostrzeniec, na którego ślubie zresztą byłam.

Wróćmy jeszcze do pani taty Ryszarda Potockiego, który jako scenograf współtworzył wybitne filmy: „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza czy „Jak daleko stąd, jak blisko” Tadeusza Konwickiego. W 1972 r. współpracowaliście przy „Szklanej kuli” Stanisława Różewicza. Jak państwu pracowało się razem?

Genialnie! Nie myśleliśmy, że to nasze jedyne zawodowe spotkanie. Traktowaliśmy „Szklaną kulę” jako początek wspólnej filmowej przygody, ale niestety wkrótce tata zmarł. W przeciwieństwie do wielu rodziców, których przeraża myśl, że ich dziecko mogłoby być artystą – tata w pełni akceptował to, kim chcę być. To bardzo ważne, żeby mieć takiego wspierającego rodzica.

Czy pani dziecięcy występ w filmie Marii Kaniewskiej „Awantura o Basię” był momentem, w którym pojawiła się myśl o zostaniu aktorką?

Brałam udział w zdjęciach próbnych do roli tytułowej, które zawaliłam z powodu swojego paskudnego charakteru, bo od razu oznajmiłam, że nie założę żadnej z sukienek, które mi proponują, gdyż wszystkie były okropne. Dostałam więc tylko malutką rólkę. Ale to nie był przełom, raczej wprawka, bo od kiedy pamiętam, wiedziałam, że będę artystką. Śpiewałam przed lustrem, wcielając się w  Ellę Fitzgerald albo Violettę Villas…

…czyli gejowską diwę!

…która do końca życia nie miała świadomości, że jest gejowską diwą. Bycie artystką było dla mnie czymś tak oczywistym, że dzisiaj wręcz się dziwię, że żadna z moich córek nie poszła w tym kierunku, chociaż Weronika świetnie śpiewa, a Matylda tak urządza wnętrza, że byłaby, według mnie, rewelacyjną architektką wnętrz.

Z dzienników Andrzeja Wajdy wynika, że w roli Małej we „Wszystko na sprzedaż”, która stała się pani „dorosłym” filmowym debiutem, planował pierwotnie obsadzić Małgorzatę Braunek. Czy miała pani więcej takich sytuacji, gdy trzeba było wyjątkowo starać się o rolę?

W połowie lat 70. zaproszono mnie na zdjęcia próbne do Macedonii do jugosłowiańskiego filmu „Jad”. Reżyser szukał aktorki wśród wielkich diw z całej Jugosławii i Włoch, ale miał jakieś kontakty z Polską, co sprawiło, że i mnie mu polecono. Gdy znalazłam się na miejscu, odwrócił się do aktora i kierownika produkcji w jednej osobie i powiedział, że kompletnie mu się nie podobam. Tamten stwierdził jednak, że skoro aktorka przyleciała z Warszawy, to trzeba spróbować. To była główna rola dziewczyny podejrzewanej o  bycie czarownicą. Jeździłam konno (byłam niedługo po „Hubalu”, więc zrobiłam taką rundę wokół ekipy, że wszyscy byli w szoku), miałam przywiązywany kamień do szyi i  byłam topiona w  rzece. Nie znałam języka, więc wszystko odbywało się na ruchu, krzyku i emocjach, a w scenie topienia zaczęłam się głośno modlić po polsku. Po tych zdjęciach próbnych ów aktor i szef produkcji powiedział, że albo ja gram, albo on wycofuje się z przedsięwzięcia. Oczywiście reżyser musiał przyznać mu rację.

W tym samym czasie zagrała pani w „Niespotykanie spokojnym człowieku”, mniej znanym filmie Stanisława Barei. Jak pani wspomina reżysera uznawanego za klasyka polskiej komedii?

Bardzo żałuję, że zagrałam tylko w  jednym jego filmie. Bareja był nieprzeciętnie inteligentny, tak grał z  cenzurą, że właściwie nie pozwolił się cenzurować, na dobrą sprawę wręcz wykpił cenzorów. Przekazywał w  swoich filmach wszystkie te myśli, które chciał przekazać. Gdyby dziś ktoś młody chciał dowiedzieć się prawdy o tamtej Polsce, to nie dowie się jej z filmów Wajdy, tylko właśnie od Barei.

Cały wywiad do przeczytania w 119. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.