rozmowa Rafała Dajbora

Czy ma pani świadomość, że zagrała pani w dwóch fi lmach, które dla polskich gejów są tytułami kanonicznymi? W „Zygfrydzie” Andrzeja Domalika (1986) i w „Pożegnaniu jesieni” Mariusza Trelińskiego (1990).
Wiem o tym i bardzo się z tego cieszę. Rzeczywiście w tamtych latach były to fi lmy absolutnie prekursorskie. Nikt przed nami nie brał się za te tematy. A Gustaw Holoubek był pierwszym wielkim polskim aktorem, który odważył się zagrać homoseksualistę w sposób tak szlachetny i piękny. Jako Stefan Drawicz był eleganckim, niezwykle wykształconym starszym panem, zafascynowanym młodzieńczością Zygfryda. Chcę jeszcze zwrócić uwagę na zawód tytułowego bohatera, który był cyrkowcem. A więc pochodził ze środowiska uznawanego za tajemnicze, a jednocześnie plebejskie. Cyrkowe pokazy uważane były za sztukę niższego rzędu, nie taką jak np. teatr, opera.
Czy już po przeczytaniu scenariusza wiedziała pani, że bierze udział w czymś prekursorskim?
Wtedy zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. To nie miało dla mnie znaczenia. Bardziej interesował mnie fakt obcowania z tak wybitną literaturą, jak twórczość Jarosława Iwaszkiewicza, o którego orientacji homoseksualnej po prostu wszyscy wiedzieliśmy. Istotna była dla mnie waga samego przedsięwzięcia. A waga była duża, okazało się, że film miał międzynarodowe powodzenie. Niestety nie byłam uczestniczką sukcesu „Zygfryda” na festiwalu filmowym w Taorminie, bo nie wypuszczono mnie wtedy z Polski. W Taorminie nagrodzony został i film, i ja – mam statuetkę i dyplom za najlepszą rolę kobiecą, odebrane w Polsce, od urzędników, którzy mi ją przywieźli.
Jan Nowicki mówił mi, że widział momenty zdenerwowania Holoubka, który ponoć nie wiedział do końca jak on, „sakramencki samiec”, jak określił go Nowicki, ma grać geja. Widziała pani u Holoubka takie emocje na planie?
Nie widziałam i nic o tym nie wiem, a nawet jeśli tak było, byłam wtedy za młoda, by ktoś taki jak Gustaw Holoubek zwierzał mi się z tego rodzaju rozterek. Bardziej pamiętam, że byłam zestresowana dużą dialogową sceną z Holoubkiem, w której wyrażałam niezadowolenie z tego, że Stefan Drawicz, człowiek spoza cyrkowego środowiska, czegoś od Zygfryda chce. Uważam, że świetnie się stało, że tę piękną rolę homoseksualisty zagrał właśnie Holoubek, aktor o wielkiej klasie, mający w środowisku aktorskim (i nie tylko) pozycję autorytetu. Na planie nikt nie podnosił homoseksualnego tematu jako jakiejkolwiek „sensacji”. Był to temat jak każdy inny, wszyscy mieliśmy świadomość, że uczestniczymy w czymś artystycznie ważnym.
Przy realizacji „Pożegnania jesieni” ze wspaniałą gejowską rolą Jana Peszka kwestie homoseksualne wybrzmiewały inaczej, niż w „Zygfrydzie”?
Oczywiście, że inaczej, bo inna była materia literacka. Wyrazisty, rozpasany, bezpośredni Witkacy to coś zupełnie innego niż poetycki Iwaszkiewicz. Natomiast Treliński, tak samo jak Domalik, nie uważał tematu homoseksualnego za cokolwiek, co byłoby pretekstem do przekonania, że robimy coś „niesamowitego”. Bo niby czemu? Przecież homoseksualizm istniał od zawsze, we wszystkich kulturach. I zawsze był obecny jako temat artystyczny, w każdym wymiarze sztuki. Już po pierwszej projekcji „Pożegnania jesieni” uznałam, że sceny miłosne między Janem Peszkiem a Janem Fryczem to jedne z najpiękniejszych scen miłosnych w polskim kinie i do dziś tak uważam. Zachwyciło mnie to i wciąż zachwyca.
Miała pani w „Pożegnaniu jesieni” sporo scen (częściowo usuniętych w montażu) z grającym księdza Maciejem Prusem, aktorem, ale przede wszystkim wybitnym reżyserem, z którym pracowała pani w Teatrze Współczesnym. Innymi reżyserami gejami, z którymi miała pani okazję pracować byli Marcel Kochańczyk i Romuald Szejd. Czy pani zdaniem reżyserzy geje różnią się czymś od heteryków? Mają inny rodzaj wrażliwości?
Oprócz reżyserów, których pan wymienił – miałam i mam wielu przyjaciół gejów związanych z naszym zawodem. Z pewnością są ludźmi z wyjątkową wrażliwością na piękno, na detal, na odbieranie świata. Bo tu nie chodzi tylko o działalność artystyczną, ale o to, jakim jesteś człowiekiem. Moi przyjaciele geje to ludzie, którymi każda kobieta mogłaby się zafascynować i niejedna się fascynowała. Maciej Prus to był w ogóle sztandar polskiego teatru i człowiek o niesłychanej wręcz mądrości. Ja go po prostu uwielbiałam. W jakimś sensie dzięki niemu znalazłam się w Teatrze Współczesnym. Przychodził do szkoły teatralnej na pokazy prac studentów reżyserii, w których graliśmy my, studenci aktorstwa. Widział mnie chyba w sztuce Pintera. I dostrzegł, zauważył. A współpracował wtedy z Teatrem Współczesnym i podpowiedział moje nazwisko dyrektorowi Maciejowi Englertowi. Ale wracając do pana pytania – tak, według mnie homoseksualiści są obdarzeni pewnym pierwiastkiem wrażliwości, wręcz nadwrażliwości, czujności i przenikliwości, bardzo ważnym w byciu artystą. Co oczywiście nie znaczy, że każdy artysta gej jest artystą wybitnym.
Zarówno w „Zygfrydzie” jak i w „Pożegnaniu jesieni” miała pani wiele scen rozbieranych. Gdy przejrzy się tytuły fi lmów, w których była pani naga, widać wyraźnie, że zawsze były to fi lmy artystycznie znaczące. Odrzucała pani role rozbierane, w których miała pani być tylko nagą „ozdobą”?
Nie odrzucałam, ponieważ po prostu nigdy takich propozycji nie otrzymywałam. Być może rzeczywiście ranga artystyczna fi lmów, w których grałam także swoją nagością (a pierwsze moje nagie sceny to „Dolina Issy” w reżyserii Tadeusza Konwickiego, na podstawie twórczości Czesława Miłosza) sprawiała, że nikt nigdy nie odważył się zaproponować mi durnej rólki erotycznego „ozdobnika”. Nie miałam zresztą z nagością na planie żadnych problemów, byłam młoda i atrakcyjna, ale na pewno na moją odwagę miał też wpływ fakt, że – jak pan zauważył – moja nagość zawsze miała artystyczny sens, wynikała z przesłania fi lmów, opartych na wielkiej literaturze.
Pamięta pani swoje pierwsze zetknięcie z tematyką homoseksualną?
Aż do momentu mojego wejścia w artystyczny świat nie znałam nikogo homoseksualnego i nic o tym zjawisku nie wiedziałam. Byłam dziewczynką, a potem młodą panienką z małego środowiska w moim rodzinnym Giżycku. Żyłam w czasach, w których o „takich rzeczach” się po prostu nie rozmawiało. Nigdy i przy żadnej okazji. Dowiedziałam się o tym zjawisku na studiach w szkole teatralnej. Poznałam wtedy osobiście ludzi o homoseksualnej orientacji, zaczęłam słyszeć, że ten czy tamten kolega „jest”, zaczęłam też stykać się z homoseksualnością w twórczości literackiej.
Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

































































































































