Marta Fijak, projektantka gier wideo

Z MARTĄ FIJAK, projektantką gier wideo związaną z Day Off Interactive, a wcześniej m.in. z 11 bit studios i Techlandem, rozmawia Mateusz Witczak

arch. pryw.

O gamedevie (czyli produkcji gier) wiesz chyba wszystko. Byłaś już projektantką, programistką, analityczką danych, designerką systemow oraz dyrektorką kreatywną. Masz na koncie książkę „How and Why We Make Games” oraz – jako część zespołu odpowiedzialnego za narrację „Frostpunka” – nominację do nagrody BAFTA. Prestiżowy GamesIndustry.biz umieścił cię w gronie „100 osob, ktore zmieniają oblicze branży gier”. Na ile jest to oblicze przyjazne queerowi?

Mam nadzieję, że samym faktem bycia wyoutowaną lesbijką trochę w tym obszarze pomagam, w pracy staram się zresztą kompletować różnorodne zespoły. Gamedev to śmieszna dziedzina na styku inżynierii i sztuki, więc im więcej słychać w niej zróżnicowanych głosów, tym lepiej. Z doświadczenia wiem, że team złożony z osób o różnych narodowościach, pochodzeniach, orientacjach czy tożsamościach zyskuje świeżość spojrzenia, która pozwala nam tworzyć ciekawsze, lepsze gry.

Z raportu International Game Developers Association wiadomo, że branża jest mocno queerowa – jako gej lub lesbijka identyfi kuje się 6% jej pracownikow_czek, 17% „przyznaje się” do bi- lub panseksualności, 8% stanowią osoby niebinarne, a 2% – aseksualne. Z czego wynika fakt, że w gamedevie outujemy się częściej niż w całej populacji?

W pewnym sensie queerowość jest wpisana w działalność artystyczną. Na pewno coming out jest w gamedevie prosty, a w każdym razie prostszy niż w innych zawodach. Przykładowo kiedy byłam związana ze światem nauki, nie mogłam sobie pozwolić na tak otwarte życie, jakie prowadzę teraz. Uniwersytet to wciąż silnie zhierarchizowana struktura, w której panuje niekiedy jawna niechęć względem „dewiacji”.

Choć w życiu prywatnym wypełzłam z szafy relatywnie szybko, na uczelni nie byłam wyoutowana, zresztą stąd wzięła się męskoosobowa forma, którą do dziś pieszczotliwie nazywam moją żonę. Na studiach nie chciałam się przez przypadek ujawnić przed wykładowcami, więc kiedy mówiłam o Asi, to jako o „Rudym”, nie o „Rudej”.

Jak się w ogole poznałyście? Ty studiowałaś biologię, a Joanna mikrobiologię, prawda?

Tak. Oba kierunki miały wspólny angielski, w toku którego zapałałyśmy do siebie niesamowitą wzajemną niechęcią. Joanna uważała mnie za koszmarnego obiboka – zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe, że potrafi ę zaspać na zajęcia o godzinie siedemnastej (do dziś pamiętam, jak po moim wejściu do sali przewracała oczami). Ja z kolei widziałam w niej wyniosłego potwora z mikrobiologii, a w dodatku banana, który chwalił się weekendowym wypadem na koncert do Londynu, podczas gdy ja cały tydzień żywiłam się opakowaniem jajek. Na studiach magisterskich trafi łyśmy do jednego zakładu biologii eksperymentalnej i to tam wszystko się zaczęło. Koledzy ostrzegali nas, żeby nie brać sobie za promotora pewnej pani profesor, ale obie doszłyśmy do wniosku, że ona jest po prostu wymagająca, a ludzie mówią o niej złe rzeczy, bo nie chce im się uczyć. Otóż okazało się, że absolutnie nie miałyśmy racji. Przyjaciółkami zostałyśmy trochę dlatego, że wspólnie przeżywałyśmy znoje i trudy magisterki, a później, po licznych przygodach, pomyłkach i niedopowiedzeniach, skończyłyśmy w związku.

Ponoć długo wydawało ci się, że Joanna nie jest zainteresowana tobą, lecz kolegą z politechniki.

Byłam już wtedy wyoutowaną lesbijką, ale nie miałam pojęcia, że Joanna jest osobą panseksualną. Długo nie dostrzegałam, że się jej podobam, kompletnie nie zauważałam sygnałów, jakie mi wysłała. A ponieważ faktycznie spędzaliśmy we trójkę bardzo dużo czasu, sugerowałam nawet, że może powinna się z tym naszym kolegą związać. Dzięki Bogu moja żona zrozumiała, że trzeba do mnie mówić wielkimi literami i wzięła sprawy we własne ręce. Pewnego dnia kupiła butelkę wina i zabrała mnie na Wyspę Słodową we Wrocławiu, gdzie oznajmiła, że to nie kolega ją interesuje.

Nazywasz Joannę „żoną”. Faktycznie sformalizowałyście relację?

Na tyle, na ile było to możliwe. Pomogła pandemia, w której dużo myślałyśmy o kwestiach ostatecznych – zaczęłam się np. zastanawiać, czy jeśli zachoruję, to Joanna będzie miała dostęp do mojej dokumentacji medycznej? Podpisałyśmy wtedy umowę cywilnoprawną, mamy zestaw zabezpieczeń notarialnych, w tym upoważnienia administracyjne i bankowe oraz spisane testamenty. Zdaję sobie natomiast sprawę, że uregulowanie przez nas takich spraw jest kwestią pewnego przywileju, bo nie każdą parę LGBTQ+ na to stać.

Gdyby to było możliwe, wystąpiłybyście o „status osoby najbliższej”?

Nie wiem. Czuję pewien niesmak w związku z tą ustawą. Rozumiem, że to potrzebna legislacja, i że rozwiązuje ona wiele problemów (nie tylko zresztą dla par LGBTQ+). Ale trudno mi się cieszyć, że po dwudziestu kilku latach nadal debatujemy w Polsce nad związkami partnerskimi – w dodatku w bardzo okrojonej wersji – podczas gdy w Europie standardem są śluby.

Kiedy połtora roku temu rozmawialiśmy na łamach „Polityki”, mowiłaś, że pokochałaś nie tylko tamtą „studencką” Joannę, ale także jej kolejne wersje. Co to właściwie znaczy?

Zakochałyśmy się w sobie piętnaście lat temu, trudno mi dziś wymagać, by była tą samą osobą, bo żadna z nas nie stoi w miejscu. Odnoszę zresztą wrażenie, że dużo cierpienia w związkach wynika z zakochania się w pewnej wersji partnerki i rozminięcia się z kolejnymi. Ja mam to szczęście, że kocham coraz to nowe Aśki, cały czas odkrywam swoją żonę na nowo, a nasza relacja ciągle ma w sobie świeżość. To piękny i fascynujący proces.  

Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.