O miłości silniejszej niż płeć opowiada Kristine Turowska, transpłciowa finansistka, pisarka i aktorka

rozmowa Angeli Getler

fot. Katarzyna Wołyniak

Kris czy Kristine?

Oficjalnie w dokumentach mam w tej chwili Kris. Nie wiem, czy to się zmieni. Z żoną nie chcemy się rozwodzić, a w tym kraju na obecnie musiałabym, żeby zmienić dane na kobiece. Natomiast to nie jest coś, co mi mocno przeszkadza, ponieważ jestem w pełni wyoutowana. Powszechnie używam pseudonimu artystycznego „Kristine Turowska”. Żona też mówi Kristine. W oficjalnych sytuacjach i z niektórymi znajomymi używam „Kris”, a niektórzy wolą po polsku – Krysia.

Po co ci „pseudonim artystyczny”?

Mam dwa projekty sceniczne. Jeden to mój monodram „Nigdy nie będę kobietą”. To historia inspirowana poezją i życiem Sylvii Plath, natomiast zaadaptowana tak, aby opowiedzieć nie tylko o problemach wszystkich kobiet w świecie pełnym stereotypów, ale w szczególności o tych, z jakimi spotykają się kobiety transpłciowe. Wystawiałam go w Warszawie i Zielonej Górze. Będę z nim też na pewno w Toruniu i Gorzowie Wielkopolskim.

Z jakim spotykasz się odbiorem?

Ogólnie z bardzo dobrym. Widzowie mówili mi, że było to dla nich coś nowego, odświeżającego lub że znaleźli w tym dużo treści, które dotyczyły ich samych, nawet jeżeli nie były to osoby transpłciowe. A także, iż to trudny temat, ale podany w dość przyjemny sposób.

A twój drugi projekt?

To warsztaty teatralne dla osób LGBT+. Prowadzę je przez moją Fundację Diversitas Pro Cultura. W pierwszej edycji bierze teraz udział osiem osób. Pod przewodnictwem naszej reżyserki Tati Lemeshevej tworzą spektakl „Następna stacja – JA”. To spektakl dokumentalny o bardzo różnych problemach dotykających każdego z nich. Oczywiście, duża część dotyczy wprost tematyki LGBT, ale są też sprawy bardziej ogólne, takie jak samotność, narkotyki i inne. Premiera będzie 16 maja na deskach Teatru Scena Metro w Warszawie. Zapraszam.

Czy jesteś zawodową aktorką?

Zawodowo zajmuję się finansami. Teatr to moja pasja jeszcze z czasów liceum. Wtedy jednak miałam idée fixe, że muszę robić studia i karierę. Tematy związane z pasjami odeszły na bok. Potem wpadłam w wir pracy. Mniej więcej dziesięć lat temu zorientowałam się, że to nie jest sens życia. Wiązało się to też z uświadamianiem sobie, kim naprawdę jestem oraz z tranzycją. Zaczęłam dopuszczać do siebie myśli, że nie muszę być taka, jakiej mnie świat oczekuje. Że mogę też robić inne rzeczy. Wtedy, przeglądając Facebooka, trafiłam na post pani dyrektor policealnej szkoły aktorskiej z Zielonej Góry, która złożyła życzenia wszystkim osobom trans z okazji Dnia Widoczności Osób Transpłciowych. „Super! Bardzo mi miło” – pomyślałam i zaczęłam się z nią wymieniać wiadomościami.

O czym rozmawiałyście?

Zachęciła mnie, żeby odświeżyć pasje i zapisać się do jej szkoły. Strasznie mi się spodobało. Bezpośredni kontakt z widzem to coś niesamowitego. Podnosi mi poziom adrenaliny i daje poczucie sukcesu, kiedy się kończy spektakl. To jest jedno z najprzyjemniejszych uczuć. Jeździłam zatem z Torunia do Zielonej Góry przez dwa lata. I robiłam to en femme w czasie jazdy pociągiem i samochodem. Nawet miałam przyjemność rozmowy z policjantami, jak mnie złapali, bo przekroczyłam prędkość. Kiedy przeszłam ten etap, to żyłam już „tym drugim” życiem. Zaczęłam się outować powoli, od bliższych przyjaciół i rodziny. W końcu z moją małżonką uzgodniłyśmy wspólnie: „Tak, chcemy w tym kierunku iść”.

Jak wyglądał twój coming out przed żoną?

Jesteśmy ze sobą już trzydzieści lat, a dwadzieścia sześć lat po ślubie, czyli ponad połowę naszego życia. Nie ukrywamy przed sobą za dużo i wiedziała o tym wcześniej. Najpierw traktowała to jako taką zabawę. „Ma ochotę się powygłupiać, to jego sprawa”. W momencie, kiedy zauważyła, że zaczynam to traktować poważnie, był kryzys.

Na czym polegał?

Stwierdziła, że nie jest lesbijką i nie chce żyć z kobietą. Jednak z drugiej strony kochałyśmy się i chciałyśmy być razem, więc rozmawiałyśmy i doszłyśmy do kompromisów. Postanowiłam, że nie będę zbyt szybko iść w kobiecość. Zaczęłam rozwijać się poprzez zajęcia poza domem. W pracy i z rodziną nadal pozostawałam mężczyzną. Dla niej to był też czas przekonywania się do mnie i oswajania całego zjawiska.

Miałaś wtedy perspektywę, że w ogóle dojdzie u ciebie do tranzycji?

Wtedy nie. Postanowiłam, że trudno, najwyżej będę musiała prowadzić podwójne życie. To trwało kilka lat i było dla mnie trudne. Najcięższe były momenty, kiedy wracałam z Zielonej Góry. Miałam zajęcia przez cały weekend, więc najczęściej już w piątek po pracy wyjeżdżałam jako ona. Wracałam do rzeczywistości, jakiej nie do końca chciałam. Choć z jednej strony do domu, gdzie zawsze czułam się dobrze, to jednak też do męskiej roli. To mi przeszkadzało. Wtedy straciłam też motywację do pracy. Cały wcześniejszy pęd ku karierze i sukcesy przestały mnie bawić i sprawiać przyjemność. Zaczęłam mieć nastroje depresyjne.

Jak sobie z tym poradziłaś?

Zaczęłyśmy z moją żoną o tym rozmawiać. Ona też troszeczkę zaczęła brać udział w tym moim drugim życiu. Wcześniej tego nie było.

W jaki sposób zaczęła brać udział?

Moją drugą pasją jest pisarstwo. Wraz z otwieraniem się na siebie wróciłam też do tego. Na początku to były drobne rzeczy do szufl ady bądź opowiadania, jakie się pojawiały w internecie. W końcu napisałam i wydałam książkę pod tytułem. „Listy do E.”. Jej akcja dzieje się w początkach XIX wieku. Książka ma formę listów głównej bohaterki do przyjaciółki. Spotkania autorskie miałam jako Kristine Turowska. Żona była na nich ze mną. Zaczęła widzieć, w jaki sposób przeżywam ten czas, gdy funkcjonuję jako kobieta. Przyjechała także na mój dyplom ze szkoły aktorskiej. To były dwie sztuki. Miałam swoją główną scenę, gdzie byłam zbuntowanym dzieckiem nadopiekuńczej matki, która miała swoje własne wyobrażenie, jak dziecko powinno się zachowywać. Dodałam tam parę słów, jakie zmieniły kontekst, bo moja bohaterka nagle stała się transpłciowa. W drugiej zaś sztuce bawiliśmy się Szekspirem i Molierem.

Jak te przedstawienia odebrała twoja żona?

Myślę, że zobaczyła, ile to dla mnie znaczy. Zobaczyła też, jak inni mnie odbierają i że to nie jest negatywny odbiór, ale pozytywny. Myślę, że to pozwoliło jej samej przekonać się, że można tak żyć.

Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.