O uchodźcach LGBT w Polsce piszą Sarian Jarosz i Witold Klaus

*Sarian Jarosz – koordynator badań w Konsorcjum Migracyjnym i współzałożyciel Queer Without Borders. Wcześniej pracował m.in. jako Humanitarian LGBTQIA+ Advisor w Save the Children oraz jako badacz praw LGBTQIA+ i migracji w Amnesty International. Badania o kryminalizacji i intersekcjonalności migracji i LGBTQIA+ prowadził m.in. w Danii, Białorusi, Rosji, Ukrainie i Ugandzie.

**Witold Klaus – prawnik, kryminolog, badacz migracji i aktywista społeczny. Pracuje na stanowisku profesora w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk. Jest także współprzewodniczącym Konsorcjum Migracyjnego.

Dla wielu z nas, queerowych osób mieszkających w Polsce, kraj ten nie wydaje się – delikatnie mówiąc – idealnym miejscem do życia. Z zazdrością spoglądamy na Zachód, gdzie społeczność LGBTQIA+ cieszy się znacznie większymi prawami. Tymczasem jest grupa osób, dla których nasz kraj, choć nieidealny, stanowi znaczną poprawę w porównaniu z warunkami, jakie panują w ich krajach pochodzenia. W tym tekście chcielibyśmy właśnie opowiedzieć o mieszkających w Polsce queerowych osobach uchodźczych. Większość z nich nie wybrała Polski – pojawiała się ona na ich drodze ze względów geografi cznych albo była jedyną szansą na poprawę jakości życia lub ocalenia życia.

Okropne słowo na „u”

W obecnym klimacie politycznym słowo „uchodźcy” nie kojarzy się dobrze. Od ponad dziesięciu lat pojawia się ono w przestrzeni publicznej, by wywoływać społeczny strach przed osobami migrującymi. Uchodźcy określani są „nielegalnymi” migrantami, choć żaden człowiek nie jest i nie może być „nielegalny”. W mediach – i tych społecznościowych, i tych tradycyjnych – widzimy obrazki młodych, niebiałych mężczyzn, w domyśle pochodzących z państw muzułmańskich. Mają wzbudzić w nas strach lub co najmniej niepokój.

Kim zatem są uchodźcy? To zgodnie z Konwencją Genewską osoby, które uciekły z państwa pochodzenia z obawy przed prześladowaniami, które mogło ich spotkać ze strony władz państwowych. Prześladowania to groźba doświadczenia przemocy psychicznej, uwięzienia, a czasem wręcz śmierci. Jednym z powodów ucieczek może być orientacja seksualna lub tożsamość płciowa. Konwencja Genewska z 1951 roku wprost nie wymienia tej kategorii – kryje się ona pod pojęciem: „przynależności do określonej grupy społecznej”. Obecnie nie ma jednak żadnej wątpliwości, że jej częścią jest społeczność queerowa.

Takie osoby, które uciekły z innych krajów, znajdują się też w Polsce. Pochodzą one z Białorusi, Ugandy, Rosji, Syrii, Turcji, Iraku czy Ukrainy. Nie wiemy, ile ich jest, bo Urząd ds. Cudzoziemców nie zbiera systemowo takich danych. A poza tym część z nich nie wchodzi w procedury uchodźcze, nie chce nosić tej kolejnej, piętnującej łatki i próbuje uzyskać legalny pobyt w Polsce na podstawie nauki czy pracy.

Tekst ten powstał na podstawie rozmów z dwudziestoma czterema queerowymi osobami uchodźczymi mieszkającymi w Polsce. Poniżej prezentujemy ich wybrane historie. Opowiedziały je nam, prosząc o anonimowość. Inaczej nie chciałyby rozmawiać. Osoby te cały czas żyją w niepewności w odniesieniu do przyszłości i w niebezpieczeństwie. Stąd – by nie można było ich zidentyfikować – zmieniliśmy ich imiona, a czasem też nie podajemy wszystkich szczegółowych informacji. Bywa, że ich historie się urywają, gdyż często nie wiemy, co z nimi się dalej dzieje. W tekście prezentujemy informacje, które nam podali w trakcie rozmów.        

Cały tekst do przeczytania w 117. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.