Palestyński queerowy artysta Bashar Murad wziął udział w islandzkich eliminacjach do Eurowizji

rozmowa Patryka Radzimskiego

Po raz pierwszy zetknąłem się z twoją twórczością w 2024 r., gdy oglądałem islandzkie preselekcje do Eurowizji. Jak to się stało, że ty – Palestyńczyk urodzony we wschodniej Jerozolimie – walczyłeś o reprezentowanie Islandii?

To długa historia, jej początki sięgają mojego dzieciństwa. Moi rodzice są muzykami, około 2007 r. byli zaangażowani w kampanię, która miała na celu wprowadzenie Palestyny na Eurowizję. Pojechali nawet na finał konkursu i próbowali lobbować w EBU (European Broadcasting Union, która organizuje konkurs Eurowizji – przyp. red.), żeby dopuścić Palestynę do konkursu. W ten sposób, w wieku czternastu lat, po raz pierwszy zetknąłem się z Eurowizją.

W 2019 r. Eurowizja odbywała się w Tel Awiwie. Wiele osób popierało bojkot wydarzenia, ale islandzki zespół Hatari zdecydował się wziąć udział i wykorzystać konkurs do wygłoszenia politycznego stanowiska. Podczas finału podnieśli palestyńską flagę, co stało się jednym z najbardziej zapamiętanych momentów konkursu. To było bardzo inspirujące, nawiązałem z nimi kontakt.

Potem przyszła pandemia i życie właściwie się zatrzymało. Byłem w Jerozolimie i zastanawiałem się nad kolejnymi krokami w mojej karierze. Pomyślałem o Eurowizji. Skontaktowałem się z Einarem, jednym z członków Hatari, który dziś jest też moim współpracownikiem muzycznym, i zapytałem, czy aby wystąpić w islandzkich eliminacjach, trzeba być Islandczykiem. Okazało się, że nie – wystarczy napisać piosenkę z islandzkim współautorem. Tak zaczęliśmy pracować razem. Kilka razy pojechałem do Islandii, spędziliśmy dużo czasu w studiu i napisaliśmy wiele utworów. Ostatecznie wybraliśmy „Wild West”.

Co dla ciebie osobiście znaczył udział w tych eliminacjach? Czy był to przede wszystkim muzyczny eksperyment, czy coś bardziej symbolicznego?

U podstaw była oczywiście muzyka. Zawsze kochałem pop i Eurowizja jest fascynu jąca właśnie dlatego, że jest tak widowiskowa. Masz trzy minuty, żeby stworzyć pełne widowisko z choreografią, wizualizacjami i muzyką. Ta idea bardzo mnie ekscytowała.

Jednocześnie Eurowizja jest oczywiście również wydarzeniem politycznym i ponieważ jestem Palestyńczykiem, mój udział od początku miał też wymiar symboliczny. Nawet jeśli początkowo chodziło po prostu o stworzenie dobrego występu i o to, by spróbować wygrać, sama moja obecność wywoływała reakcje.

Nie ukrywam, że bardzo chciałem być pierwszym Palestyńczykiem, który dotrze do Eurowizji. Była w tym również pewna metafora. Jestem palestyńskim muzykiem z Jerozolimy, który musiał polecieć aż do Islandii, żeby spróbować swoich sił w konkursie. Ta droga symbolizowała dla mnie bariery, z jakimi często mierzą się palestyńscy artyści.

Bukmacherzy typowali cię do zwycięstwa całej Eurowizji, tymczasem zająłeś drugie miejsce w eliminacjach, co dla wielu fanów było wielkim szokiem. Co wtedy czułeś?

To była mieszanka emocji. Oczywiście byłem rozczarowany, bo bardzo ciężko pracowaliśmy nad tym występem i wokół naszego udziału był spory hype. Było mi przykro, że nie będę mógł zaprezentować tego występu na głównej scenie Eurowizji. Z drugiej strony doświadczyłem niezwykle stresującej sytuacji. Pojawiało się dużo presji, a także obawa, czy nie idę wbrew osobom popierającym bojkot, choć sam również go popieram. Czułem jednak, że jako Palestyńczyk opowiadający tę historię i odbywający tę podróż… Moja obecność w takim miejscu również ma znaczenie. To sposób na wprowadzenie palestyńskiego głosu do przestrzeni, w których zwykle go nie ma.

Gdybyś dziś dostał zaproszenie do udziału w Eurowizji, przyjąłbyś je?

Myślę, że w tym momencie raczej bym odmówił. Ten rok wydaje się inny. Pojawiają się bojkoty ze strony niektórych krajów i coś wyraźnie się zmieniło. Liczę, że Eurowizja naprawdę jeszcze będzie tym, czym obiecuje być, czyli przestrzenią jedności i miłości. W tej chwili tak zdecydowanie nie jest. To nie jest odpowiedni moment, choć mam poczucie, że moja historia z Eurowizją jeszcze się nie skończyła.

Spędziłeś sporo czasu w Islandii. Czy ten kraj stał się dla ciebie czymś w rodzaju drugiego artystycznego domu?

Tak, zdecydowanie. Czuję ogromną wdzięczność, że mogłem tam spędzić tyle czasu. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i artystów, miałem też okazję koncertować z Hatari po całym kraju. Zdecydowanie czuję, że to mój drugi dom, szczególnie pod względem artystycznym. Islandia ma niezwykle otwarte i eksperymentalne środowisko twórcze.

Dorastałeś w Jerozolimie. Jak to miejsce ukształtowało cię jako artystę?

Jerozolima to bardzo wyjątkowe miejsce. Z jednej strony jest niesamowicie piękna, z drugiej pełna napięcia. To przestrzeń, w której spotykają się różne skrajności i gdzie koncentruje się wiele konfl iktów politycznych. W domu dorastałem w artystycznym środowisku. Mój ojciec był muzykiem, założył pionierski zespół o nazwie Sabreen. Miał studio w Jerozolimie i wielu artystów zarówno stamtąd, jak i z całej Palestyny przychodziło tam, żeby razem improwizować. To jedno z moich najwcześniejszych wspomnień.

Poza domem była jednak też smutna i przerażająca codzienność: checkpointy, mur przecinający dzielnice, żołnierze obecni na każdym kroku. Istniało ciągłe poczucie kontroli i napięcia. Ten kontrast między kreatywnością a polityczną rzeczywistością bardzo mocno wpłynął na moją twórczość i często pojawia się w mojej muzyce oraz wizualnej stronie projektów. Gdzie teraz mieszkasz? Od około półtora roku mieszkam w Paryżu, gdzie realizuję rezydencję artystyczną. Dużo podróżuję i stamtąd łatwiej jest wyjeżdżać w trasy koncertowe, ale w praktyce funkcjonuję pomiędzy Jerozolimą a Paryżem. Jak wojna – ta niedawna w Strefie Gazy i ta obecna z Iranem – wpływa na twoją kreatywność i codzienne życie? Ostatnie dwa lata były niezwykle trudne. Oglądanie obrazów ludobójstwa na ekranach naszych telefonów, jednocześnie będąc fizycznie bezpiecznym, wywołuje ogromne poczucie winy. Moja rodzina nie przebywa w Gazie, ale nieustannie martwię się o nich, bo są w Jerozolimie. Wiele osób żyje w zawieszeniu – najpierw przez COVID, a teraz przez trwający konfl ikt z udziałem Iranu, Izraela i USA. Myśleliśmy, że w końcu będziemy mogli złapać chwilę oddechu, ale wygląda na to, że to wciąż niemożliwe. Bardzo się martwię i czuję duży niepokój.  

Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.