Piotrka Masierak – dziennikarka radiowej Trójki, transpłciowa kobieta

Z PIOTRKĄ MASIERAK, dziennikarką radiowej Trójki, transpłciową kobietą, rozmawia Angela Getler

fot. Zuzanna Siwek

 

Co to za podcast, który szykujesz?

Dla Polskiego Radia produkowany będzie podcast o nazwie „Kłir. Poza szafą”. Bardzo mi zależało, by pokazać w nim, że zawsze tu byłyśmy, ale równocześnie opowiedzieć o tym, co dzieje się teraz.

W jaki sposób?

Do pierwszego odcinka zaprosiłam Lullę La Polakę i Pomadkę Teresę, więc mamy zderzenie historii i nowoczesnej formy dragu. W każdym z odcinków staram się zaprosić osobę, która opowie, jak „kłir” wyglądał historycznie i kogoś ze świata współczesnego. Jako młode osoby możemy się bardzo dużo nauczyć od tych, które już na tym świecie trochę pobyły i też miały strasznie trudno.

Jeden z odcinków mam już nagrany – z Krzyśkiem Tomasikiem, biografem queerowych historii, oraz Nataszą Parzymies, reżyserką serialu „Kontrola” i świetnego filmu „Moje Stare”. Będzie u mnie też historyczka Joanna Ostrowska. Może uda się porozmawiać z jedynym wyoutowanym gejem w polskim sporcie, skoczkiem narciarskim Andrzejem Stękałą. Myślę, że na początku nowego roku już będziemy mogli posłuchać „Kłir. Poza szafą” na portalu Spotify oraz na wszystkich platformach, na których są podcasty.

Dlaczego właśnie taki podcast chcesz robić?

Mamy bardzo, bardzo mało miejsca na to, żeby opowiadać nasze historie naszym głosem, przedstawiać naszą prawdę. Osoby z kierownictwa Trójki znając moje doświadczenie i historię queerowego aktywizmu, od początku były bardzo otwarte na takie opowieści. Miałam poczucie, że jeśli mam szansę, to po prostu muszę z niej skorzystać.

Skąd ta wewnętrzna presja?

Nasza społeczność dużo mi dała. Kiedy byłam bezrobotna, musiałam założyć zbiórkę. Początkowo miała być bardziej na tranzycję, a okazało się, że większość z tych pieniędzy poszła na to, żeby przeżyć. Ja wiem, kto wpłacał na te zbiórki. To były właśnie queery. Mam poczucie, że zaciągnęłam pewien dług wobec społeczności i chcę go teraz oddać.

Nie ma wielu miejsc, gdzie ktoś z chęcią przyjmie osoby queerowe, da im platformę i pozwoli zrobić podcast. I jeszcze taki, który nie trafi tylko do dziesięciu osób, ale do dużej grupy, bo Polskie Radio to przecież ogromna rzecz.

Jak długo zajmujesz się dziennikarstwem?

Za chwilę skończę 33 lata, a zaczęłam pracować, mając 16. Mój tata był dziennikarzem sportowym i ze starszym bratem poszliśmy w jego ślady. Kilka lat pracowałam w redakcjach sportowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Sportowych Faktach” i prywatnych telewizjach, które często szybko upadały, ale dało się tam robić fajne rzeczy, takie jak komentowanie meczów. Później przeszłam od sportu, który niestety jest najgorzej opłacaną dziedziną dziennikarstwa, na stanowiska wydawnicze. To był też czas, gdy czułam się mocno dysforycznie i wolałam pracować gdzieś z tyłu, a nie na froncie. Po okresie niemal rocznego przykrego bezrobocia, znalazłam pracę w Trójce. Musiałam mieć trochę czasu, zanim nauczyłam się tajników radia, szczególnie montażu. Od września 2024 roku zaczęłam już pracować przy audycjach.

Po rozpoczęciu tranzycji poczułam, że jestem gotowa na pokazanie się światu. Strasznie się cieszę, że mam teraz takie możliwości, a i radio jest niesamowicie fascynujące. Czuję się teraz, jakbym przeżywała drugą dziennikarską młodość i trafi ła na dziennikarski uniwersytet.

Jak się przechodzi tranzycję, zajmując się czymś widocznym publicznie?

Jest to skomplikowane. Mimo bogatego i dobrego CV dość długo czekałam na podjęcie pracy – zastanawiam się, czy było to związane z tym, że już w CV zmieniłam imię, czy wynik tego, jak w ogóle dzisiaj wygląda świat zatrudnienia? Na pewno jest to wystawianie się na hejt. Będąc osobą transpłciową gdziekolwiek, jeśli istniejesz w przestrzeni publicznej, musisz być na to gotowa. Myślę, że megaważne jest pokazywanie, iż jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni i wykonujemy swoją pracę najlepiej, jak umiemy. Ale ze strony ludzi, którzy są zarządzającymi w mediach, ważne jest, by dawać szansę osobom queerowym. To, jak kierownictwo w Trójce do mnie podchodziło, od razu nadało poziom bezwarunkowej akceptacji w całym zespole. Na pewno nie wszędzie jest tak pięknie, ale tu jest fajnie. Widzę też, że to jest ważne dla tych, którzy do tej pory nie spotykali osób transpłciowych, a przynajmniej o tym nie wiedzieli.

Jakie to uczucie, móc tak swobodnie żyć?

Niesamowite. Dużo cierpienia sprawiało, że musiałam funkcjonować jako dwie różne osoby, by nie spotkać się z agresją. Masz dwa życia – to prywatne z przyjaciółmi, w miejscach, w których jesteś akceptowana, a w sytuacjach, gdzie nie wiedziałam, czy będzie bezpiecznie, to pod deadname’em. Takie rozdwojenie było bardzo przykre i bardzo trudne. Na początku mojego queerowego przebudzenia określałam się jako osoba niebinarna. Kiedy mogłam już nie funkcjonować w męskim świecie, zrozumiałam, że jest mi najlepiej i zupełnie naturalnie w kobiecości. Jak myślę o osobach, które przez większość historii musiały się chować i prowadzić te ukryte życia, to mam jeszcze więcej szacunku do tych, które potrafi ły otwarcie mówić, że są queerowe.

Doświadczałaś przemocy?

Myślę, że każda z nas doświadczyła. Nie ma queera, który gdzieś nie dostał, nie usłyszał czegoś strasznego, nie został opluty. Pochodzę z robotniczej dzielnicy Lublina, z ulicy Kunickiego. Jak były rankingi najbardziej niebezpiecznych ulic w Lublinie, to zazwyczaj Kunickiego znajdowała się w pierwszej trójce. Nie znałam tam żadnych queerów, byłam w dzielnicy chyba tylko jedną z dwóch „męskich” osób, która miała długie włosy. To wszystko było skomplikowane i wtedy na porządku dziennym spotykała mnie przemoc i nieprzyjemne komentarze.

Jaka była reakcja twojego taty? Skoro też jest dziennikarzem, to czy, na przykład, obawiał się o „wspólną markę”?

Mój tata akurat parę lat temu zmienił pracę. Teraz jest całkiem szczęśliwym taksówkarzem. Mówi, że dało mu to dużo spokoju. Przez całe życie były znaki – byłam brana za dziewczynkę od najmłodszych lat, zawsze się kumplowałam z dziewczynami. Z drugiej strony, dobrze sobie radziłam też w chłopackich środowiskach, chociaż było to okupione dużą wewnętrzną pracą i uczeniem się, jak nie dostać „wpierdolu”.

Był taki moment, gdy przyjechałam na święta cztery lata temu. Miałam piękne, długie włosy i na spotkanie ze znajomym właśnie założyłam biżuterię. Przeglądałam się przed lustrem i po prostu miałam na twarzy taki duży uśmiech. Mój ojciec na to spojrzał. Parę miesięcy później zabrałam go na herbatkę i wyoutowałam się przed nim. Powiedział, że nie jest to dla niego zaskoczenie. Że w momencie, kiedy zobaczył mnie wtedy, z takimi błyszczącymi ze szczęścia oczami, zrozumiał, o co chodzi.

A jak z mamą?

Był większy problem, ale myślę, że to wychodziło z miłości i strachu, jak będę sobie radziła, czy nie spotka mnie przemoc. Trochę czasu minęło i mama się też z tym ułożyła. Z rodzicami jest więc okej i myślę, że to zrozumiałe, iż potrzebowali trochę czasu. Wyjechałam do Warszawy po studiach, do Lublina wracałam z dwa razy do roku na święta. Oni tak naprawdę nie widzieli mojej przemiany, mojego życia tutaj – prawdziwego, kobiecego – i musieli się przyzwyczaić. Na pewno pomagało, kiedy, na przykład, przyjechałam z moją przyjaciółką jeszcze z gimnazjum, Kasią Babis, którą moi rodzice od lat znają i kochają. Gdy zobaczyli, jak podchodzi do mnie, traktuje totalnie jak babę, to myślę, że łatwiej im było to wszystko przyswoić.

Dlaczego wyjechałaś do Warszawy?

Przede wszystkim za pieniędzmi, bo w Lublinie rynek pracy jest koszmarny. To był podstawowy powód. Wtedy byłam w związku właśnie z Kasią i myślałyśmy o tym od dłuższego czasu. To był bodajże 2017 albo 2018 rok. W Lublinie zaczynała się bardzo mocna brunatna fala. Obie działałyśmy w Partii Razem, a ONR-owcy ganiali nas po ulicach. Ludzie w barze potrafili mi pluć na plecy. Minister Czarnek też mocno tam działał.

Byłam w Lublinie dość rozpoznawalna. Oprócz tego, że pracowałam jako dziennikarka od młodych lat, to byłam bardzo towarzyską osobą i miałam dużo znajomych. Po jakimś czasie okazało się, że moja lewicowa działalność dla wielu z nich jest nieakceptowalna. Nie miałam już siły na walkę z wiatrakami i czułam, że muszę stąd uciec, bo może się coś złego wydarzyć.

Cały wywiad do przeczytania w 118. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.