Ze STANISŁAWEM KALINĄ JAGLARZEM, poetą, autorem nagradzanych* tomów „zajęczy żar” (2024) i „gościć sójki” (2022), rozmawia Dawid Dudko, dziennikarz Onetu

Kiedy czytam twoje wiersze, myślę o schronieniu.
Chciałbym. W gruncie rzeczy obnażam się tymi wierszami, pokazuję swoje miękkie podbrzusze.
Robisz to poprzez odwołanie do świata przyrody – z jednej strony miękkiego, z drugiej bezwzględnego.
Przyrody nie da się zamknąć w określonych ramach, chociaż kapitalistyczne społeczeństwa nieustannie starają się to robić, „czynić sobie ziemię poddaną”. Przyroda jest jaka jest. Nam z tą ludzką ekspansywnością wydaje się, że to przyroda coraz bardziej wdziera się do naszego życia. Tymczasem to my pokrywamy mapy tego świata, karczujemy lasy, niszczymy siedliska i stawiamy własną wygodę ponad wszystko inne.
W kontekście swoich inspiracji wymieniasz na przykład Julię Fiedorczuk. Mnie do głowy przychodzi oczywiście również aktywizm przyrodniczy Olgi Tokarczuk. Ale ty podkreślasz, że nie chcesz być nazywany ekopoetą.
Myślę, że Julia Fiedorczuk także prawdopodobnie nie chciałaby być szufladkowana, jej poezja jest globalna, planetarna, przekracza wszelkie ramy. Nie chodzi o to, że nie troszczę się o naturę, po prostu nie chcę być zamknięty w jednej szufl adce z napisem „ekopoeta”, „transpoeta”, „poeta elgiebetowski” albo „poeta wiejski”. W przyrodzie dostrzegam wszystko to, co nie daje się poskromić, ujarzmić przemocą, upodobnić do wzorca. Przyroda stawia nam opór, bywa, jak słusznie powiedziałeś, bezwzględna. W naiwnym raju sentymentalnego powrotu do natury również mieszka śmierć.
Ale to nie przed bezwzględnością przyrody, jak wnioskuję z twoich wierszy, chciałbyś się chronić.
Jak by to powiedzieć… Nie mam dobrego zdania o gatunku ludzkim. Przyroda pozwala mi zmierzyć się z własną skończonością, jakąś niemocą i kruchością. Wszyscy jesteśmy tak samo podatni na skaleczenia. To przyroda sprawiła, że zacząłem w końcu wsłuchiwać się w swoje ciało, zamiast zagłuszać to, kim jestem.
Jesteś transpłciowym poetą ze Śląska, wychowanym na wsi.
Właśnie wsi zawdzięczam bliskość natury. Ale także wiedzę o tym, że wieś jest okrutna, jak w poezji Tadeusza Nowaka. Przez większość życia nie byłem skory do społecznych aktywności, wolałem towarzystwo zwierząt i drzew, rodzinnego ogrodu, który gwarantował mi pewną samowystarczalność. Paradoks związany z wsią polega na tym, że to jednocześnie polska wieś stała się dziś symbolem opresji religijno-obyczajowej.
To krzywdzący mit?
Wieś, w której mieszkam, jest złożona niemal wyłącznie z osób głosujących na PiS. Wyoutowałem się, w okolicy wiedzą, że jestem osobą transpłciową. Nic mi się tam nie stało, nie usłyszałem wprost, że jestem niemile widziany. Podskórnie czuję jednak, że moja rodzina jest inaczej traktowana, czujemy się odmienni. Moi rodzice też są w to wciągnięci.
Polityczne prowokacje zbierają żniwo.
Powtarzam sobie, że i tak mam łatwiej niż wiele osób transpłciowych z niewielkich miejscowości, bo mieszkańcy mojej wsi chyba zdążyli mnie polubić, zanim powiedziałem wszystkim, kim jestem. Chciałem, żeby najpierw poznali mnie na swoich tradycyjnych zasadach.
To w czym przejawia się ta religijno-obyczajowa opresja?
W tym, że za religią, która teoretycznie ma u swoich podstaw miłosierdzie, nie stoi delikatność, troska i akceptacja, taka najzwyklejsza, czysto ludzka, gdy każdemu z nas potrzeba wsparcia. Przecież nie zamieszkujemy bezpiecznie tego świata, musimy się z tym pogodzić. Ten świat nie daje nam żadnych gwarancji, on się bardzo szybko zmienia, modyfikuje, przebodźcowuje nas, sprawia, że jesteśmy coraz bardziej zdezorientowani.
Ten przyspieszający świat generuje radykalizowanie się coraz bardziej zagubionych w nim ludzi.
Ludziom się wydaje, że potrzebują teraz twardej ręki przewodnika, który im powie, że są tylko dwie płcie i nie muszą się już o nic więcej martwić.
W jednym z moich tekstów o homofobicznych i transfobicznych zachowaniach polityków, zachęcanych do takich postaw przez prezydenta Donalda Trumpa, zwracałem uwagę, że w pytaniach o liczbę płci bynajmniej nie chodzi o udzielanie na nie odpowiedzi. Chodzi o to, w kogo i dlaczego próbuje się tymi pytaniami uderzyć.
Donald Trump i jego naśladowcy niewątpliwie chcą uderzyć we mnie i osoby takie jak ja – marzą ce o tym, żeby żyć w zgodzie ze sobą, bez krzywdzenia samych siebie i innych. Nieustannie zaskakuje mnie tylko, jak różnorodnie możemy używać narzędzia języka. Owszem, język w jakimś sensie zawsze jest przemocowy i wykluczający. Wyklucza, na przykład zwierzę ta albo wszystko to, co dopiero szuka nazwania. Ale uważam, że mimo wszystko powinien służyć do lepszych celów niż pozbawianie innych ludzi chęci do życia czy wzmacnianie podziałów cofających nas do niechlubnej przeszłości.
Straciłeś chęć, żeby żyć? O swoich nowych wierszach mowisz, że są wydarte depresji.
Od dawna mierzę się z tą chorobą, ma swoje wzloty i upadki, czasami mnie porywa, czasem wyrzuca na brzeg. Bywało naprawdę źle, jak wtedy, gdy przez pół roku właściwie nie wstawałem z łóżka.
Cały wywiad do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.

































































































































