Posłanka Monika Rosa (KO) o szansach uchwalenia ustawy o statusie osoby najbliższej i umowie o wspólnym pożyciu

rozmowa Mateusza Witczaka

Rozmawiamy tuż po pierwszym posiedzeniu komisji. Rozpoczęcie jej prac to „wymówka” czy „historyczne wydarzenie”?

To krok do przodu.

Pytam, bo przedstawiciel Homokomando nazwał projekt „ustawą Współlokator+” i mówił, że należałoby go odrzucić, ponieważ odwraca uwagę od walki o równość małżeńską. Z kolei Kampania Przeciw Homofobii zaapelowała o szybkie przyjęcie nowej ustawy, podkreślając, że po raz pierwszy parlament obraduje nad rządowym projektem, który – choć nieidealny – ma szansę trafi ć na biurko prezydenta.

Na kolejnych posiedzeniach krok po kroku przeanalizujemy jego wpływ na istniejące przepisy (projekt wprowadza zmiany do ponad 250 innych ustaw – dop. red.), przed nami z pewnością sporo poprawek… Mam jednak pewność, że ani w Sejmie, ani w Senacie poparcie projektu nie będzie problemem.

Nie wyłamią się Ludowcy? Przeciw skierowaniu ustawy do prac w komisji zagłosowali Marek Sawicki i Jacek Tomczak, którzy domagali się odrzucenia projektu w pierwszym czytaniu.

Nie miałam żadnych wątpliwości, że akurat tych dwóch posłów zagłosuje inaczej niż reszta klubu. Nie mam natomiast obaw o większość podczas nadchodzących głosowań. Przewodniczącą Komisji Nadzwyczajnej jest posłanka PSL Urszula Pasławska, która pracowała nad kształtem projektu wspólnie z lewicową ministrą Katarzyną Kotulą. Efektem jest nieidealny projekt, który jednak ma poparcie wszystkich ugrupowań koalicyjnych.

Gdy próbowałem porozmawiać o nim dla „Repliki” z jedną z polityczek PSL, odmówiła wywiadu. Jak tłumaczyła: akurat w tym wypadku polityka lubi ciszę.

Posłanki Ludowców dbają, by projekt budził na prawicy jak najmniej emocji. Chcą w ten sposób zminimalizować ryzyko prezydenckiego weta.

Ostatnio Karol Nawrocki warunkował podpis włączeniem w treść ustawy zapisu o „wyjątkowym statusie małżeństwa”. Nie byłaby to wielka cena, sęk w tym, że pałac prezydencki ma także inne, już mniej konkretne zastrzeżenia. Przykładowo: prezydent dostrzega w tym projekcie „radykalne wątki ideologiczne”, choć nie tłumaczy, jakie i gdzie? Publicznie zastanawia się też, czy nie kładzie ona fundamentów pod adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

Czy mam problem, żeby wpisać w ustawę zapis o „wyjątkowym statusie małżeństwa”? Nie mam, choć jestem za równością małżeńską i uważam, że tego „wyjątkowego statusu” nie powinno się przyznawać tylko osobom hetero. Natomiast zapisów, które dawałyby związkom jednopłciowym prawo do adopcji dzieci – lub nawet możliwość ich przysposobienia – po prostu w tym projekcie nie ma. Prezydent Nawrocki nie mówi „nie”, ale równocześnie wydaje się szukać kolejnych powodów do weta (które otwartym tekstem zapowiedział szef jego gabinetu politycznego Paweł Szefernaker – dop. red.), przy okazji naciskając na parlament w sprawie kolejnych ustępstw. Nie damy mu na to wiele czasu, nasza komisja będzie intensywnie i sprawnie pracować, by jak najszybciej zakończyć procedurę legislacyjną. To ważne, bo po pierwszych obradach widać, że skrajna prawica próbuje wykorzystywać temat do szerzenia antygodnościowej propagandy.

Prym wydaje się wieść w niej posłanka PiS-u Maria Kurowska, która grzmiała na posiedzeniu, że nowe prawo to „marnotrawienie środków publicznych” i „fanaberia”, zaś jego adresatem jest „margines”. Jak dodała: ustawa będzie stanowić furtkę do wyłudzania przywilejów podatkowych, a tak poza tym, to relacje jednopłciowe są mniej trwałe.

Dość długo pracuję z posłanką Kurowską na komisjach, w związku z czym nie jestem zaskoczona jej wywodami. Jestem natomiast oburzona, bo plecie ona bzdury, które nie mają poparcia w faktach. Nie ma przecież badań, które pokazywałyby, że związki nieformalne są bardziej lub mniej trwałe od małżeństw.

Kilka lat temu Holandia przebadała trwałość różno– i jednopłciowych małżeństw. Okazało się, że śluby między mężczyznami są najbardziej trwałe, a między kobietami – tylko nieco mniej trwałe od heteromałżeństw.

Te ostatnie rozpadają się coraz częściej, widzimy przecież, że nawet przywiązani do tradycji posłowie PiS biorą sobie drugie, trzecie żony (niektórzy z nich unieważniają nawet w tym celu śluby kościelne). Za naiwność – by nie rzec: głupotę – uważam zamykanie oczu na to, jak wygląda współczesne społeczeństwo, na przykład na fakt, że co trzecie polskie dziecko przychodzi na świat w nieformalnym związku.

Już teraz w tęczowych rodzinach wychowuje się 50 tys. polskich dzieci, których statusu – co podnosiły w gmachu przy Wiejskiej organizacje pozarządowe – ustawa nijak nie reguluje. Wygumkowanie z projektu kwestii rodzicielstwa to tak zwana „mądrość etapu”?

Jestem za adopcją wewnętrzną i małą pieczą zastępczą, która pierwotnie była częścią ustawy (jej wykreślenie wymogli Ludowcy – przyp. red.). Skoro jednak na razie nie ma na to szans, priorytetem jest przyjęcie wszystkich innych godnościowych rozwiązań, dla których znaleźliśmy w tej kadencji poparcie. Z tej perspektywy owszem, jest to mądrość etapu.

Dlaczego prawica oddelegowała do Komisji posłanki z drugiego lub nawet trzeciego szeregu? W jej składzie nie ma dyżurnych gejożerców PiS: Przemysława Czarnka czy Marka Suskiego.

Nie mnie oceniać miejsce polityków w partyjnym szeregu. Było natomiast oczywiste, że będziemy mieć w tej komisji większość – być może uznano więc, że nie ma potrzeby angażowania w jej prace homofobicznych „tuzów”?

A dlaczego właściwie ustawa powędrowała do komisji nadzwyczajnej? Nie lepiej byłoby skierować projekt do komisji polityki społecznej i praw człowieka?

To decyzja praktyczna: komisja nadzwyczajna będzie się spotykała na długich, skomplikowanych posiedzeniach, pracując wyłącznie nad tym jednym projektem. Jej powołanie przyspieszy prace nad ustawą, które i tak trwają już bardzo długo.

Nie będzie jak z komisją nadzwyczajną do rozpatrzenia projektów ustaw aborcyjnych, której prace wloką się już drugi rok?

Nasze ustalenia z koalicjantami zakładają, że ustawami dotyczącymi przerywania ciąży zajmiemy się zaraz po tym, gdy przez parlament przejdzie projekt ustawy o związkach partnerskich.

A co po związkach partnerskich? Na co może liczyć w tej kadencji polski queer?

W mojej opinii priorytetem powinien być zakaz terapii konwersyjnych.

Gotowe rozwiązania są już na stole, kilka lat temu zaproponowała je Nowoczesna, w której rozpoczynała pani karierę polityczną. Co się stało z waszym projektem?

Nic. Byliśmy wtedy w opozycji, a prawica kompletnie naszą propozycję zignorowała, nie doczekała się ona nawet czytania w Sejmie. Uważam, że powinniśmy spróbować złożyć ją ponownie, a jeśli nie uda się przegłosować ustawy – przynajmniej wypracować wytyczne zakazujące takich praktyk.

Cały wywiad do przeczytania w 120. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.