Poznali się w programie telewizyjnym „The Traitors. Zdrajcy”. Z 26-letnim pianistą MACIEJEM ŁOBOSEM i 21-letnim studentem medycyny DAWIDEM DREJEM rozmawia Tomasz Piotrowski

W komentarzach na waszych instagramowych kontach już od jakiegoś czasu pojawiały się pytania, czy jesteście razem. W lipcu na antenie „Dzień Dobry Wakacje” w TVN potwierdziliście związek.
Maciej: Jesteśmy razem ponad półtora roku i dojrzeliśmy do tego, żeby się tego nie wstydzić i nie czuć klinczu w rozmowach z ludźmi, którzy jeszcze nie wiedzą. Uczę gry na pianinie i czasem w rozmowie z rodzicami uczniów naturalnie mówię: „mój partner”. Chodziło o to, żeby mieć z tym luz. I żeby zdjąć ciężar z bliskich. Oni czasem się zastanawiali, komu wolno powiedzieć, kto już wie, a kto nie. Teraz już nie muszą.
Zostaliście parą już podczas nagrań drugiego sezonu „Th e Traitors. Zdrajcy”? (w programie o wygraną pieniężną rywalizowały dwadzieścia dwie osoby – przyp. red.)
Dawid: W programie nie mieliśmy ze sobą właściwie żadnej relacji. Byliśmy sobie dość mocno obojętni, skupialiśmy się na grze – bardzo wymagającej, bo polegającej na zidentyfi kowaniu tak zwanych „zdrajców” wśród uczestników.
M: Gdy zaczęliśmy nagrywać program we wrześniu 2024 r., oczywiście od razu zauważyłem, że Dawid jest przystojny, młody i fajny, ale nie wyczuwałem od niego „gejowskiego vibe’u”. Nagrania trwały trzy tygodnie, nie mogliśmy mieć telefonów, niemal nieustannie byliśmy „na podsłuchu”. Po całych dniach nagrań byliśmy nie tylko fi zycznie, ale i psychicznie zmęczeni. Moje instynkty nie były na tyle pobudzone, żebym myślał o fl irtach. (śmiech) Poza tym moi rodzice nie wiedzieli jeszcze wtedy, że jestem gejem, więc tym bardziej nie czułem się komfortowo, żeby rozmawiać o tym przed kamerami.
D: Miesiąc po nagraniach, w październiku, spotkaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami w Kielcach. Wtedy pierwszy raz tak szczerze porozmawialiśmy.
M: No i… zaiskrzyło. Program nas zresztą później zarówno łączył, jak i dzielił. Emisja rozpoczęła się w lutym 2025 r. Oglądaliśmy razem i czasem zupełnie inaczej ocenialiśmy to, co się tam działo. Zdarzało się, że się kłóciliśmy i potem nawet nie chcieliśmy razem oglądać kolejnego odcinka.
D: Długo żyliśmy programem, bo wszędzie widzieliśmy siebie: w odcinkach, reklamach, zapowiedziach. Ale w międzyczasie nasz związek już zapuszczał korzenie, poznawaliśmy siebie nawzajem, a nawet przedstawialiśmy sobie rodziny.
Dlaczego w ogole zgłosiliście się do „Zdrajcow”?
M: Znałem format i podobał mi się jako gra psychologiczna. Byłem też ciekawy telewizji, tego, jak ten świat wygląda od środka. Nie zakładałem jednak, że się dostanę.
D: Serio? Ja od razu wiedziałem, że się dostanę.
M: No właśnie. Chociażby tym się różnimy. (śmiech)
D: Zgłosiłem się zupełnie w ciemno. Byłem po maturze, miałem wolne, więc pomyślałe
M: pojadę do Belgii (tam odbywały się nagrania drugiego sezonu – przyp. red.), powygłupiam się przed kamerą, najem się dobrego jedzenia i będę miał wakacje przed studiami. Wcześniej obejrzałem trzy odcinki pierwszego sezonu, ale mnie znudziły. W tym samym czasie zgłosiłem się też do reklamy Lindta, bo szukali ambasadora czekoladek. Byłem dużo bardziej napalony na tego Lindta. Kiedy dostałem wiadomość o castingu, byłem przekonany, że chodzi właśnie o czekoladę, a tu TVN zaprasza mnie do „Th e Traitors”. Lindt mnie ostatecznie nie wybrał, ale jeżeli czytają ten wywiad, to nadal jestem chętny.
Jak wyglądały początki waszego związku?
M: Zaczęliśmy się spotykać w listopadzie 2024 r., a w czerwcu 2025 r. przeprowadziłem się do Dawida do Gdańska. Stwierdziliśmy, że lepiej od razu wejść na głęboką wodę i zamieszkać razem na 26 metrach kwadratowych. Wcześniej ciągłe jeżdżenie między Krakowem a Gdańskiem było trudne. Kończyłem jeszcze studia, Akademię Muzyczną w Krakowie w klasie fortepianu. Niestety nie udało mi się tego zrobić jeszcze w czerwcu, więc nawet po przeprowadzce przez cztery miesiące wracałem jeszcze co tydzień do Krakowa.
D: Dla mnie to było cholernie trudne, bo nie byłem przyzwyczajony, że ktoś stale bytuje w moim mieszkaniu, a miałem akurat końcówkę mojej pierwszej w życiu sesji egzaminacyjnej. Studiuję na kierunku lekarskim na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Mamy jeden pokój z aneksem kuchennym i łazienką, a Maciek wprowadził się z pianinem i musiał ćwiczyć do dyplomu. Dudnił mi za plecami, gdy próbowałem uczyć się anatomii i histologii.
M: Teraz wynajmujemy lokal, w którym gram koncerty, więc ćwiczę już tam.
D: Dlatego w tym roku mam stypendium, a w zeszłym nie zdałem histologii. Widzisz?
Na 26 metrach trudno chyba uniknąć kłótni.
M: Mamy zasadę, że nawet jeśli się pokłócimy, musimy pogodzić się przed pójściem spać.
D: Porządnie pokłócić się na takiej powierzchni trochę nawet nie ma jak. (śmiech)
M: Ale napięcia oczywiście bywają. Wrzeszczymy na siebie, przeklinamy, czasem się obrażamy. Dawid jest impulsywny i potrafi powiedzieć dużo rzeczy, za które później przeprasza. Ja kiedyś bardziej zastanawiałem się nad każdym słowem, ale nauczyłem się od niego mówić od razu i mocniej. Z drugiej strony nauczyłem się też nie brać wszystkiego do siebie.
Macie rownież wspolny biznes – organizujecie kameralne koncerty fortepianowe w Gdańsku.
M: W zeszłym roku organizowaliśmy koncerty w kościele św. Katarzyny w Gdańsku. Nie dogadaliśmy się jednak z szefem tego miejsca, gdy doszło do podpisywania kontynuacji umowy.
D: W dniu ostatniego koncertu w tamtym miejscu zobaczyłem ogłoszenie o lokalu do wynajęcia. To była piwniczna speluna po kebabie: wyrwane ściany, kable zwisające z sufi tu, dramat. Ale lokal był w centrum i miał idealny metraż na kameralne koncerty. Wzięliśmy go, wyremontowaliśmy w dwa tygodnie i przeszliśmy na swoje. Teraz organizujemy koncerty fortepianowe przy świecach pod tytułem „I like Chopin”.
Cały wywiad do przeczytania w 122. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.


































































































































