Queerowe enklawy na dużym ekranie

Z każdym rokiem mamy coraz więcej okazji oglądać się na dużym ekranie. Reprezentacja osób LGBTQIA w kinie poprawia się praktycznie z dnia na dzień. Nawet w Polsce w tym roku doczekaliśmy się czegoś, co, miejmy nadzieję, okaże się przełomem – na ekranach kin można było obejrzeć aż 4 rodzime queerowe filmy: „Ostatni komers”, „Czarną owcę”, „Hiacynta” i „Wszystkie nasze strachy”. Były też seriale, chociażby drugi sezon „Rojsta”, „Prince Charming” czy trwający właśnie drugi sezon „Kontroli”. I choć oczywiście bardzo się cieszymy z takiego obrotu sprawy, ciągle lwia część tych produkcji toczy się wokół homofobii czy odkrywania swojej tożsamości. Filmów, w których ktoś po prostu jest lesbijką czy gejem, ciągle jest jak na lekarstwo. Nawet wspomniana w przeglądzie świątecznym lekka komedia romantyczna „Świąteczny szok” dotyczy comingu outu, siedzenia w szafie i akceptacji u rodziny. Szukając przełamania tych najczęściej standardowych schematów, przygotowaliśmy zestawienie queerowych enklaw na dużych ekranie. Filmów, które tworzą poczucie bycia w „safe space”, wśród społeczności i w przestrzeni, w których nikt nie kwestionuje nieheteronormatywności, wcale nie trzeba szukać w najnowszych produkcjach. Znajdziemy je praktycznie w całej historii kinematografii!

The Queen (1968) + Paris is Burning (1990)

Nowojorskie queerowe bale, spopularyzowane przez programy rozrywkowe „RuPaul’s Drag Race” i bliższy oryginałom „Legendary”, a także fabularne „Pose”, to dosłowne zaaplikowanie pomysłu stworzenia własnej bezpiecznej przestrzeni. Amerykańskie queery, głównie czarne transpłciowe kobiety, często bezdomne, żyjące na skraju ubóstwa i nędzy, stworzyły własny świat, w którym mogły być akceptowane i zajmować szanowane, dobrze płatne stanowiska niedostępne dla nich w zwyczajnym życiu (stąd chociażby wielokrotnie powtarzana u RuPaula kategoria „business executive realness”). W celu zapoznania się z tym światem (lub poszerzenia swojej wiedzy o nim) polecamy 2 kultowe już dokumenty. „The Queen” z 1968 r. (czyli jeszcze przed zamieszkami w Stonewall!) to zapis jeszcze z ery przedbalowej. Możemy śledzić przebieg całego Miss All-America Camp Beauty Contest, czyli konkursu piękności drag queens, w czasach gdy za takie „przebieranki” można było trafić do więzienia. Z kolei „Paris is Burning” z 1990 r. to obraz balowej sceny w rozkwicie. W obu zobaczymy członkinie legendarnego domu LaBeija – w „The Queen” Crystal, a w „Paris…” Pepper!

Po lewej Crystal LaBeija, po prawej Pepper LaBeija

Bal czterdziestu jeden (2021)

Bale, mające dać schronienie przed heteronormą, organizowano też już ponad 100 lat temu w Meksyku. Były to formalnie i zwyczajowo typowe bale dla ówczesnej arystokracji, które reklamowano jako „bale dla przebierańców”, gdzie dopuszczano członków tylko jednej płci. Istniały też bardziej poufne spotkania, na których nie tylko tańczono, ale też wystawiano teatrzyki czy wręcz organizowano orgie. Jeden z takich balów został najechany przez policję, a jego wszystkich 41 uczestników aresztowano. Według plotek 42. członkiem, któremu pozwolono uciec, był Ignacio de la Torre, zięć ówczesnego prezydenta Meksyku. To właśnie z jego perspektywy opowiedziana jest fikcyjna wersja tych wydarzeń w świetnym filmie „Bal czterdziestu jeden” dostępnym na Netflixie. Skandal, który wywołało to wydarzenie, spowodował, że przez długi czas liczby 41 i 42 były kojarzone w Meksyku z homoseksualnością i uważane za pechowe.

Olivia (1951)

Szkoły pensjonarskie były w pierwszej połowie XX w. przestrzenią często ukazywaną jako miejsce lesbijskich zauroczeń. W 1900 r. nieheteronormatywna francuska pisarka Colette (publikująca wtedy jeszcze pod nazwiskiem ówczesnego męża, który przez długi czas przypisywał sobie jej dokonania) debiutuje na poły autobiograficzną powieścią „Klaudyna w szkole”, w której tytułowa bohaterka (15-latka) ma romans ze swoją nauczycielką. Książka otwiera bardzo popularny cykl książek o Klaudynie. W 1930 r. z kolei powstaje sztuka „Dziewczęta w mundurkach” – adaptowana na ekran 3 razy, w Niemczech w 1931 r. i 1959 r. (wersja z Romy Schneider) oraz w Hiszpanii w 1951 r. I tutaj główna bohaterka zakochuje się w nauczycielce, jest to jednak tylko nieskonsumowane zauroczenie. Najciekawszą jednak przedstawicielką tego trendu jest niewątpliwie „Olivia”, książka autorstwa Dorothy Strachey z 1949 r., zekranizowana  1951 r. Ponownie powtórzony jest w niej schemat uczennicy zakochującej się w wychowawczyni, ale środowisko wydaje się zupełnie odmienne: zamiast dyscypliny, terroru i wstydu mamy poczucie bycia w sielankowej, saficznej społeczności.

Oglądaj „Olivię” już teraz na Nowe Horyzonty VOD: bit.ly/ReplikaOlivia

Sebastian (1978)

Przestrzeń queeruje też Derek Jarman w swoim pełnometrażowym debiucie, „Sebastianie” z 1978 r. Katolicki mit świętego przebitego licznymi strzałami, lecz cudownie uratowanego, przez wieki wykorzystywano do tworzenia homoerotycznych obrazów (więcej pisaliśmy o tym w #74 numerze „Repliki”). Nie inaczej jest tutaj: Jarman słynie przecież z tworzenia zjawiskowych queerowych wizji czy snów. Sebastian, żołnierz zdegradowany za swoją wiarę w boga słońca Apolla, trafia do odległego garnizonu wojskowego, gdzie żołnierze, nie mając co robić, biegają nago, bawią się i przede wszystkim nudzą. Severus, dowódca jednostki, próbuje wymusić na Sebastianie zmianę wierzeń. Jarman reinterpretuje przesłuchania, tortury i finalną egzekucję przez przebicie strzałami na queerowy sposób. W tle głównego wątku toczy się sielankowa historia miłosna dwóch żołnierzy: Adriana i Antoniego, zakochanych w sobie po uszy i obściskujących się przy każdej okazji.

Cryptozoo (2021)

Sama idea bezpiecznej przestrzeni była też wielokrotnie podejmowana za pomocą metafor. Najpopularniejszy przykład w popkulturze to seria komiksowa, a następnie filmowa „X-Meni”. Mutanci mający różne nadprzyrodzone zdolności prowadzą walkę o akceptację i asymilację w amerykańskim społeczeństwie. Charles Xavier zakłada szkołę dla mutantów, w której mogą spokojnie odkrywać swoje moce i się izolować, i wierzy w pokojowe dojście do bycia akceptowanym. Jego wrogiem jest zazwyczaj Magneto, mutant, który nie wierzy w dobroć zwykłych ludzi i chce ich zniszczyć (czyżby konserwatywna wizja uderzająca w progresywne ruchy społeczne?). Choć oryginalną intencją było opowiedzenie o rasizmie (i skonfrontowania idei pacifystycznego Martina Luther Kinga z bardziej militarnym Malcolmem X), to historia była wielokrotnie opowiadana na nowo, często z naciskiem właśnie na tematykę queerową. My polecamy jednak świeżutki film, który obierając podobny punkt wyjścia, od początku kładzie silny nacisk na interpretację w duchu queerowym. „Cryptozoo” to zoo stworzone w zamierzeniu jako raj dla kryptyd, stworzeń rodem z mitów (takich jak np. jednorożce, japoński Baku czy nawet polskie karzełki), zamieszkujących całą ziemię, które przez wieki były postrzegane jako zło i zagrożenie. Tytułowe Kryptozoo ma być dla nich miejscem izolacji, ale też bezpieczeństwa. Przepięknie zanimowany film, który z jednej strony fabularną strukturą wpisuje się w schematy najbardziej mainstreamowego kina akcji, a z drugiej, będąc niezależną, małą produkcją, nie ma w sobie ugrzecznienia, do którego przyzwyczaiły nas topowe produkcje (są tu więc i dosłowne wątki LGBT+, i orgie, i sporo krwi). Skłania też do zastanowienia się: czy na pewno na dłuższą metę chcemy się izolować, a może bezpieczne przestrzenie powinny być tylko tymczasowym krokiem na drodze do pełnej emancypacji?