Świat według Felicity

Urodziła się w Szczecinie prawie 200 lat temu. Była wielką gwiazdą opery oraz teatru w Europie i Ameryce. Słynęła z grania męskich ról. Poza sceną prawie 20 lat spędziła w związku z kobietą. Sylwetkę FELICITY VESTVALI prezentuje Piotr Szarota

rys. Marcel Olczyński

W tę queerową historię trudno uwierzyć, zwłaszcza że jej początki sięgają lat 20. XIX wieku, a spora część wydarzeń rozegrała się na ziemiach, które dziś należą do Polski. Jej bohaterka nazywała się Felicita Vestvali i była gwiazdą opery oraz teatru. Śpiewała od Mediolanu po Nowy Jork i Hawanę, a jako aktorka przemierzyła ze swoim zespołem pół Europy. Po śmierci niemal kompletnie zapomniana, dziś niespodziewanie powraca i znowu rozpala emocje!

Polka, i Niemka

Choć grono osób, które kojarzą tę postać nieco się ostatnio poszerzyło, wciąż jest ono bardzo wąskie. Zacznę więc od krótkiego wstępu biograficznego, tym bardziej wskazanego, że dostępna w Wikipedii notka jest nie tylko niepełna, ale też w kilku istotnych kwestiach myląca. Prawdziwe nazwisko Vestvali to Maria Caroline Anna Emilie Stegemann. Urodziła się w Szczecinie, który wówczas nosił nazwę Stettin i wchodził w skład Królestwa Prus. Najprawdopodobniej przyszła na świat w lutym 1828 r., choć w źródłach pojawia się jeszcze kilkanaście konkurencyjnych dat. Jej ojciec, Georg Stegemann był wojskowym w pruskiej armii, jej matka Charlotte oprócz niemieckich, miała także polskich przodków. Vestvali przez pewien czas występowała pod pseudonimem Felicita Westwalewicz. Później, jak znakomita większość ówczesnych śpiewaczek, wybrała sobie pseudonim brzmiący „bardziej z włoska”, choć podczas swoich europejskich i amerykańskich podróży przedstawiała się zawsze jako Polka. Wypada jednak dodać, że odkąd w 1868 r. zaczęła robić karierę w Niemczech, o swojej polskości wspominała dużo rzadziej.

Tak o początkach swojej kariery operowej pisała po latach w memuarach: „Nazwij to kaprysem, nazwij chorobliwą egzaltacją, lecz od zarania byłam wrogiem mężczyzn, to ich zachowanie, ta bezwzględność sprzeciwiały się mym uczuciom. Miałabym kiedyś zawdzięczać mą egzystencję takiemu indywiduum? Ta myśl wywoływała mój sprzeciw. Buntowałam się przeciw temu i powzięłam postanowienie – licząc na mój talent śpiewaczy – by urządzić sobie świat na własną rękę. Im bardziej samowolne i swobodne zdawało mi się życie ludzi teatru, tym gwałtowniej podnosiło we mnie głowę demoniczne pragnienie niczym nieskrępowanej wolności. Moja rodzina drwiła ze mnie, ilekroć wspomniałam o czymś takim. Czy miała do tego prawo?” (tłumaczenie: Jacek St. Buras). Brzmi to szczerze, ale trzeba pamiętać, że Vestvali znana była z tendencji do ubarwiania swojego życiorysu. Jej dojrzałym debiutem był występ w mediolańskiej La Scali we wrześniu 1853 r. Dała się wtedy poznać w partii Azuceny w najnowszej operze Giuseppe Verdiego „Trubadur”. W przeciwieństwie do typowych heroin operowych, nie była ona ani piękna, ani uwodzicielska, ta postać – gotowej na wszystko mścicielki – budziła trwogę. Występy w La Scali okazały się przepustką do światowej kariery. Pół roku później Vestvali śpiewała w Londynie, a w 1855 r. trafi ła do Nowego Jorku. Śpiewała głównie role spodenkowe, a więc partie męskie pisane z myślą o kobietach – była dowódcą armii babilońskiej Arsacesem w „Semiramidzie” Rossiniego, mistrzem szabli Armando Gondim w „Marii di Rohan” Donizettiego, i weneckim szlachcicem Maffi o Orsinim w „Lucrezii Borgii” tego samego kompozytora. Pojawiała się także regularnie w rolach Romea i Azuceny. W przeciągu dwóch lat stała się w Ameryce gwiazdą, a dziennikarze obdarzyli ją stosownym tytułem „Vestvali the Magnifi cent”, zachwycając się jej głębokim kontraltem, znakomitym aktorstwem i zgrabnymi nogami.

Wiosną 1863 r., po kilku latach spędzonych w Europie, gdzie wystąpiła m.in. w Operze Paryskiej, Felicita wróciła do Nowego Jorku i zakończyła tam swoją karierę operową. Jesienią, niepodziewanie dla wszystkich, zadebiutowała jako aktorka, rozpoczynając nowy rozdział w swojej karierze scenicznej. Początkowo występowała w dramatach muzycznych, w których zagwarantowane miała nie tylko główne role, lecz także możliwość zaśpiewania kilku powiązanych ze sztuką pieśni. Popularność, jaką w przeciągu kilku lat zdobyła w Stanach Zjednoczonych, była oszałamiająca. Gdy w styczniu 1864 r. przyjechała z występami do Waszyngtonu, oglądał ją prezydent Lincoln. Chyba zrobiła na nim wrażenie, bo obecny był na czterech z pięciu spektakli, które wówczas dała. Niedługo później przyznano jej amerykańskie obywatelstwo.

Do Europy wróciła w 1867 r. Pierwszym marzeniem, które postanowiła spełnić bez zwłoki, było wystąpienie przed angielską publicznością w roli Romea. Choć wcześniej występowała jako Romeo w operze Belliniego, teraz miała zmierzyć się z wersją Szekspira. Na przekór wszystkim udało jej się odnieść sukces. Po półrocznym pobycie w Anglii przyjechała do Hamburga, który stał się jej nowym domem. W Niemczech nie miała problemu z językiem, za to publiczność okazała się dużo bardziej konserwatywna niż w Stanach czy w Anglii. Jej męskie role szekspirowskie: Romeo, Hamlet i Petruchio budziły sprzeciw stróżów moralności. Pisano, że Vestvali nie jest kobietą, lecz hermafrodytą (czyli osobą interpłciową), a jej role to koronny przykład zdziczenia gustu. Te kontrowersje umocniły tylko sławę Felicity, która przez trzy lata zdołała przemierzyć Niemcy wzdłuż i wszerz, odwiedzając przy okazji Wiedeń, Budapeszt, Zurych, Petersburg i Amsterdam. W Warszawie niestety nie zagrała, za to pojawiła się w Poznaniu i Gdańsku. Zakończyła karierę w grudniu 1877 r. w Berlinie, gdzie po raz dwieście sześćdziesiąty zagrała Hamleta – bez wątpienia swoją ulubioną rolę dramatyczną. Umarła trzy lata później w Warszawie, do której przyjechała odwiedzić swoją siostrę Emmę.

Cały tekst do przeczytania w 116. numerze „Repliki”, dostępnym w PRENUMERACIE lub jako POJEDYNCZY NUMER na naszej stronie internetowej oraz w wybranych salonach prasowych.