Seks, drag & Grupa Stonewall

O mamie Superbohaterce i całej wspierającej rodzinie, o coming oucie w Święta, o edukacji seksualnej po polsku, o „policji aktywistycznej” oraz o tym, że chciałby być drag queen, z MATEUSZEM SULWIŃSKIM, prezesem poznańskiej Grupy Stonewall, rozmawia Mariusz Kurc

 

Rodzina Sulwińskich: rodzice Dariusz i Aneta oraz synowie Mateusz i Igor.

 

Jesienią zeszłego roku do twojej mamy, pełniącej obowiązki dyrektorki szkoły w twoich rodzinnych Błaszkach, przyszedł proboszcz i przyniósł donos – anonim napisany rzekomo przez „zatroskanych” mieszkańców, w którym czytamy: „To okropne. Jak mamy wytłumaczyć naszym dzieciom to zło, jeśli dyrektorka popiera i reklamuje LGBT+” – do tego dołączone było zdjęcie mamy na Marszu Równości w Poznaniu. Bo twoja mama chodzi na Marsze Równości. A ty sam nie jesteś „zwykłym” gejem, tylko aktywistą – od zeszłego roku prezesem poznańskiej Grupy Stonewall. Wydaje mi się, że wielu „zwykłych” gejów przestraszyłoby się takiego anonimu, tymczasem ty wziąłeś go i wrzuciłeś do sieci, ośmieszając autorów i proboszcza. Mama stanęła murem za tobą – i w efekcie została w czerwcu wybrana Superbohaterką „Wysokich Obcasów”. Niezła historia, przyznasz.

Czuję, że ta nagroda jest wyrazem uznania i wsparcia dla wszystkich naszych akceptujących rodziców i też po prostu dla naszej społeczności. A z mojej mamy jestem nieprawdopodobnie dumny. Jako aktywistka zdała egzamin celująco.

Mama powtarza, że nic wielkiego nie zrobiła, po prostu stanęła po stronie własnego syna. Ale jest wielu rodziców osób LGBTIA, którzy wściekliby się, gdyby ich dziecko ujawniło taki donos. Mama zresztą prawdopodobnie zapłaciła cenę, stawała do konkursu na dyrektora szkoły, stanowiska nie otrzymała.

Dla mojej mamy wspieranie mnie jest oczywiste. Niestety, dla wielu osób LGBT+ mało co jest mniej oczywiste niż to, że mogą liczyć na podobne wsparcie.

Mówimy o mamie, ale masz wsparcie całej rodziny.

Podkreślmy, że to jest, niestety, sytuacja dość wyjątkowa. Jestem w tej garstce osób LGBT, które autentycznie czują wsparcie całej rodziny. Mój tata też chodzi na Marsze Równości, a mój młodszy brat Igor, heteryk, współorganizował w zeszłym roku I Marsz Równości w Kaliszu. Gdy się dowiedziałem, jak bardzo się w to zaangażował, zwyczajnie się rozryczałem.

Zawsze tacy byli? Jak wyglądał twój coming out przed rodziną?

Od zawsze wiedziałem, że jestem gejem, nie pamiętam żadnego momentu olśnienia, że „o, chyba jednak wolę chłopców”, po prostu nigdy nie było inaczej. W wieku kilku lat opowiadałem koleżankom, że zakochałem się w jednym chłopcu. Dopiero z czasem zacząłem rozumieć, co to oznacza i że generalnie mam przechlapane. W wieku dojrzewania siedziałem w szafie, jak niestety większość z nas. W liceum powiedziałem w tajemnicy dwóm osobom, na początku nie wiedziały, co z tą wiedzą zrobić. Dopiero na studiach w Poznaniu zacząłem się otwierać i planować coming out przed rodzicami. Ostatecznie wszystko potoczyło się inaczej, niż planowałem. Igor, wtedy 10-letni, przeczytał list do mojej ówczesnej sympatii, który nieopatrznie zostawiłem na biurku.

List? Pisany długopisem na kartce?

Tak.

Romantyczny byłeś.

(śmiech)

Co Igor zrobił?

Pokazał list tacie, ale obaj siedzieli cicho przez kilka dni. Zupełnie przypadkiem w tym samym czasie wyoutowałem się przed mamą, w Boże Narodzenie. Potem wszystko już potoczyło się samo. Na początku było trochę nerwowo, wszyscy musieli to sobie przetrawić. Rodzice nie mieli wtedy chyba zbyt wielkiej wiedzy o tym, co to w ogóle znaczy być osobą LGBT+. Ale stopniowo to sobie ułożyliśmy i później było już super. Informacja o mojej orientacji zaczęła się też rozlewać na dalszą rodzinę. Mojego (byłego) faceta poznały nawet obie moje babcie.

Igorowi wtedy jakoś tłumaczyłeś, co to znaczy być gejem?

Żyjemy w takich czasach, że już dziesięciolatkowi nie trzeba było tłumaczyć, kim jest gej. Ale Igor wyczuwał, że w domu dzieje się coś intensywnego, musiałem go uspokoić, że wszystko jest w porządku i nie złoszczę się za jego wścibskość. (śmiech)

Jaka była twoja droga do aktywizmu?

Kiedy tylko zrozumiałem, że przez swoją orientację nie jestem równo traktowany, stwierdziłem, że chcę z tym walczyć. Gdzieś koło 2014 r. zgłosiłem się do „Repliki”, pamiętasz?

Pewnie.

Niedługo po przeprowadzce do Poznania poszedłem na swój pierwszy Marsz Równości w tym mieście. To było zdecydowanie jedno z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Było nas tam raczej niewiele osób, szczególnie w porównaniu z ponad 10 tysiącami z zeszłego roku – ale i tak poczułem moc. Szedłem i myślałem – mogę przeklinać? – myślałem: „Tak, jestem pedałem! Jeśli komuś się to nie podoba, to niech wypierdala”. Później byłem jeszcze na wielu Marszach, ale żaden nie był już tak intensywnym przeżyciem. W 2015 r. poszedłem na jedno z pierwszych spotkań powstającej wówczas Grupy Stonewall.

Sam czy ktoś cię wciągnął?

Sam.

Cztery lata później, w sierpniu zeszłego roku, zostałeś prezesem. Nieźle. Działasz wciąż jako wolontariusz?

Po pięciu latach działalności, przy kilkudziesięciu wolontariuszach i naprawdę dużych projektach, które mamy na koncie – Poznań Pride Week to tylko jeden z wielu – podjęliśmy w lutym decyzję, bym ja jako prezes miał etat – jedyna na razie osoba w GS.

Mówisz o tym ostrożnie.

Bo pieniądze to jest, wiesz, „szemrana” sprawa. Od razu pojawiają się insynuacje, że robisz coś wyłącznie dla kasy.

Znam to. Zresztą, robienie czegoś za darmo też jest dla wielu ludzi podejrzane. Często zwyczajnie nie wierzą – a ty przez ostatnie cztery lata pracowałeś dla GS właśnie za darmo.

Tak jest.

Jak Grupa Stonewall odnalazła się w czasie pandemii?

Było trochę strachu i niepewności. Straciliśmy ważne źródło dochodu, bo trzeba było tymczasowo zamknąć nasz lokal, Lokum Stonewall. No i oczywiście odwołaliśmy Poznań Pride Week i Marsz Równości. Nadal wierzymy, że uda się to nadrobić i zorganizować choć Pride Weekend. Kiedy tylko pandemiczne obostrzenia zostaną ostatecznie zdjęte, ruszamy do pracy.

Nie potrafimy się nudzić, więc wykorzystaliśmy ten czas na pracę nad kanałem na YouTubie. Wzięliśmy na warsztat edukację seksualną. To jest szalenie potrzebne! Opowiem ci anegdotę. Gdy miałem jakieś 12 lat, znalazłem w internecie gejowskie opowiadanie erotyczne. Nie wiedziałem tylko, że czytam opowiadanie dla fetyszystów, konkretnie, ze scatem. I wiesz co? Przez bardzo długi czas byłem przekonany, że tak wygląda seks między facetami, że jeśli jest anal, to musi się kończyć w taki „malowniczy” sposób. Bo cała sfera seksu męsko-męskiego nadal jest otoczona tabu.

Projekt już ruszył, bo widziałem pierwszy filmik – wyjaśniasz w nim, jak zrobić sobie lewatywę przed seksem analnym. Ja zwyczajnie lubię rozmawiać o seksie. Uprawiać seks – swoją drogą, ale rozmawiać o nim też. W internecie brakuje rzetelnych, polskojęzycznych informacji o seksie osób LGBT+. A przecież choćby seks analny to jest trudna technika, wymagająca sporej znajomości własnego ciała.

Główny strach młodych gejów przed analem – że będzie bolało oraz że będzie „wypadek” i czar pryśnie.

Wypadek czyli kupa, powiedzmy wprost. Nieudane pierwsze doświadczenia potrafi ą nas poważnie straumatyzować. Trzeba o tym normalnie rozmawiać i tłumaczyć, jak można się przed tym zabezpieczyć. Co do bólu – są lubrykanty, żele rozluźniające, ale znów: trzeba wiedzieć, gdzie szukać informacji. Pornografia nas nie wyedukuje, bo to bajka. Tam zawsze penisy stoją, seks trwa godzinami, wszystko się udaje. W prawdziwym życiu to tak nie wygląda.

W Polsce nawet osoby heteronormatywne mają problem z dostępem do informacji o seksie, a co dopiero osoby LGBT+. Jak wygląda seks osób transpłciowych albo interpłciowych? Czy proces tranzycji wpływa jakoś na seksualność? Co mogą robić w łóżku dwie kobiety? Co o tym wiemy? Właściwie nic. Zero edukacji.

Czego przez te 5 lat aktywizmu nauczyłeś się o naszej społeczności?

Reakcje na kalendarz, który przygotowaliśmy na 2017 r., dobitnie pokazały mi, jak wiele jest w naszej społeczności czołobitności wobec heteronormy, jak wiele kompleksów, przepraszania za to, że jesteśmy, jacy jesteśmy, przewrażliwienia na punkcie wizerunku, jaki mamy u mitycznej „większości”. Rozpętała się wtedy dyskusja, czy pokazujemy ludzi w kalendarzu stereotypowo czy niestereotypowo. Jest taki cytat, który chętnie przytaczam – Bożena Keff to pięknie podsumowała w wywiadzie w „Replice” zresztą. Chodzi o chowanie tych najbardziej „kontrowersyjnych egzemplarzy” z naszej społeczności, składanie ich w ofierze – w nadziei, że jak się ich wyrzekniemy, to heterowiększość nas zaakceptuje i powie: „O tak, teraz jest OK, możecie mieć prawa”. To jest krzywdzące i bardzo naiwne.

Keff mówiła, że problemem jest „zwracanie się przeciwko sobie, przeciw własnym prawom i zasadom. (…) To tak, jakby mniejszość wyobrażała sobie, że jeśli złoży jakąś część siebie na ołtarzu większościowej mentalności, jeśli się wyrzeknie «radykalnych» cech, napiętnuje odstępców (którzy chcą np. adopcji dzieci), to reszta będzie «zbawiona»”. I jeszcze: „Jeżeli mniejszość zaczyna mówić głosem większości, szczególnie tej, która ją dyskryminuje, to już przegrała”.

Otóż to. To jest sprzed dobrych kilku lat, ale ja to widzę w naszej społeczności cały czas – to ciągłe oglądanie się na heteryków i patrzenie na świat ich oczami, zastanawianie się, co oni powiedzą. Żeby tylko broń Boże ich nie urazić. Tymczasem nasi wrogowie – np. dziennikarze TVP – zajmują się właśnie szukaniem tych najbardziej „odjechanych egzemplarzy” – a my drżymy. Tamci tropią, bo gdzieś w jakiejś piwnicy jakaś lesbijka albo gej może właśnie struga tęczowego Jezuska – ach, co za profanacja! – i jeśli coś takiego wyjdzie na jaw, to homofoby będą triumfować, a my co? A my zwrócimy się razem z nimi przeciwko tej lesbijce czy temu gejowi! Dzwoniła do mnie jedna dziennikarka z prośbą o wypowiedź na temat „cipkomaryjki” i nie była w stanie tego słowa normalnie wypowiedzieć – szeptała. To jest masakra, że my się tymi pierdołami przejmujemy, przerażamy i natychmiast kajamy. Najchętniej byśmy te „odjechane egzemplarze” sami spalili na stosie. Słychać też głosy, że przecież sami sobie jesteśmy winni, nic dziwnego, że nas dyskryminują, skoro „takie rzeczy” wyprawiamy. Pamiętasz sprawę Mariolki Rebell, prawda?

Jasne. Drag queen, która na wyborach Mister Gay Poland 2019 miała performance, na którym „poderżnęła gardło” kukle biskupa Jędraszewskiego – temu od „tęczowej zarazy”.

Myśmy też ten performance skrytykowali, ale nie dlatego, że „zaszkodził społeczności LGBT+”. Zresztą teraz pisowska prokuratura postawiła Mariolce zarzuty i mnóstwo osób LGBT+ pisze w internecie, że ona sobie na to zasłużyła. Bardzo bym chciał, żebyśmy wszyscy zrozumieli, że równe prawa po prostu nam się należą jako ludziom i obywatelom. Nie musimy na nie zasługiwać grzecznym zachowaniem, to nie jest konkurs na najlepszego przedszkolaka. Choćbyśmy wszyscy co wieczór popierdalali w uprzężach na dzikie fetysz party – i tak równość małżeńska nam się należy.

Innym ważnym dla mnie doświadczeniem była zeszłoroczna Letnia Akademia Równości – przemierzyliśmy 2000 km, zatrzymując się w różnych miejscowościach, do których po raz pierwszy tak jawnie zawitali „tęczowi ludzie” i powiedzieli po prostu: „Jesteśmy. Porozmawiajmy”. I wiesz, co zauważyliśmy? Dla wielu propaganda TVP jest tak żałosna, że aż śmieszna – szkopuł tylko w tym, że ona działa. Ludzie rozmawiali z nami językiem „Wiadomości”. PiS wyrządza nam szkodę, z której będziemy się podnosić przez lata. Przecież powinniśmy dzisiaj rozmawiać o kształcie związków partnerskich lub o równości małżeńskiej, o ochronie przed dyskryminacją w kodeksie karnym, której cały czas nie ma, o zakazie terapii konwersyjnych, o ułatwianiu procedury uzgodnienia płci… Ale nie możemy, bo jesteśmy siłą cofani do etapu, w którym wyjaśniamy, że nie jesteśmy chorzy.

Ostatnio wyjaśniamy też, że jesteśmy ludźmi.

To jest oczywiście dramat i chyba nawet najbardziej uśpiona część społeczności dostrzegła, że coś się dzieje. Odkąd w zeszłym roku zostaliśmy obwołani wrogiem numer jeden, wiele osób się obudziło i zaczęło szukać winnych, m.in. w organizacjach LGBT+. „Halo?! Dlaczego nikt nic z tym nie robi?”. To jest turbo zabawne! Niestety, nawet najlepiej zorganizowana społeczność LGBT+ nie ma takich narzędzi, jakim jest promiennie uśmiechnięta Danuta Holecka w „Wiadomościach”, która codziennie przemawia do kilku milionów ludzi.

Nie zdają sobie również sprawy, że ta sytuacja wynika też z tego, że oni sami się nie angażują.

Cóż, nie mamy społeczeństwa obywatelskiego i nie możemy chyba oczekiwać, że akurat ludzie LGBT+ będą lepiej w tej kwestii wyedukowani. Widziałem te smutne dane, które publikowaliście, że tylko 1,5% z nas wpłaca 1% z podatku na organizacje LGBT.

A potem zdziwienie, że organizacje LGBT mają małe zasięgi.

Myślę, że u części osób obywatelskie przebudzenie następuje, kiedy zbliżają się do pewnego wieku i nagle zaczynają sobie zadawać „trudne” pytania, czyli np. „Ja tu z nim mieszkam od 7 lat, żyjemy razem, ale to jego mieszkanie, co się ze mną stanie, kiedy jego potrąci autobus?”.

Mateusz, a nie masz wrażenia, że jako wyborcy jesteśmy strasznie kapryśni, podczas gdy nasi przeciwnicy stoją murem za swymi przywódcami?

Czasem mam wrażenie, że Kaczyński mógłby wyjść i powiedzieć, nie wiem, „Zabiłem człowieka” – i słupki poparcia nawet by mu nie drgnęły. Lewicowy wyborca jest bardziej kapryśny. Nasz kandydat powie „lekarz” zamiast „lekarka” o kobiecie i dla niektórych już jest skreślony. Lubimy takie internetowe burze w szklance wody.

Złość to jest wielka siła, ale trzeba się nauczyć, jak kierować ją we właściwym kierunku. Podjąłem kiedyś świadomą decyzję, że raczej nie krytykuję publicznie inicjatyw LGBT+. To jest w ogóle temat-rzeka. My, osoby LGBT+, dostajemy codziennie masę hejtu, agresji, przemocy i symbolicznej, i całkiem realnej od tzw. świata zewnętrznego. Musimy jakoś sobie z tym radzić. Niektórzy postanawiają walczyć, inni udają, że to ich nie dotyczy, ale ten hejt na nich także działa, w ich umysłach i sercach też gdzieś tam się odkłada – i oddziałuje.

Pytanie brzmi, jak spożytkować tę potężną negatywną energię, która w nas wali. Część z nas przerzuca się agresją w ramach naszej własnej grupy – stąd są te wszystkie wojenki wewnątrzśrodowiskowe. Często zapominamy, gdzie jest prawdziwy sprawca tego zła, prawdziwy rozsiewacz tej nienawiści – nie w naszej społeczności, tylko np. w sejmowej większości, w rządzie – i to w tamtą stronę należy złość kierować.

Z wewnątrzśrodowiskowymi wojenkami wiąże się też zjawisko, które nazywam „aktywistyczną policją”. Próbujesz coś robić, a „aktywistyczna policja” czeka na twoje najmniejsze potknięcie, by z przyjemnością ci je wytknąć. Nie dość, że dostajesz mnóstwo gówna od „zwykłych” homofobów, to jeszcze musisz mieć się na baczności, bo społeczność też potrafi być bardzo surowa. Z jednej strony to jest pożyteczne zjawisko, bo weryfikujemy własne działania i uczymy się czegoś nowego. Z drugiej strony mam wrażenie, że to często wymyka się spod kontroli i motywacje, które za tym stoją, wcale nie są takie szlachetne, bo np. jest w tym duży kawałek kreowania się na „jedynego sprawiedliwego”, „miss aktywizmu”, najbardziej oświeconego wśród oświeconych. Lubimy kogoś skreślać, obalać, stwierdzać, że jest cancelled. Mało w tym szerszej perspektywy i refleksji, bo co nam przyjdzie z tego, że kogoś zmiażdżymy? Może lepiej zastanowić się, jak sprawić, by cała społeczność wyniosła z danej sytuacji jakąś naukę?

Mogę na koniec wprowadzić lżejszy i bardziej optymistyczny wątek?

Proszę bardzo.

Od jakiegoś czasu ujawniłeś swą pasję do zdjęć – lubisz pozować do fajnych, często dowcipnych fotek. Nierzadko w fantazyjnych strojach.

Gdzieś to we mnie było od dawna, a teraz się ujawniło.

Skąd to się wzięło?

Jestem próżnym człowiekiem.

(śmiech)

Jestem próżny i zdaję sobie z tego sprawę. Najgorsze, co można zrobić ze swoją próżnością, to udawać, że jej nie ma. Lubię sobie zrobić ładne zdjęcie, wrzucić do sieci i patrzeć, jak mi je ludzie lajkują – taka jest prawda.

One są nie tylko ładne. Są bardzo gejowskie, queerowe, kampowe, przegięte – i zabawne.

Bo ja tę estetykę bardzo lubię. I lubię robić sobie bekę z różnych żenujących zjawisk, z którymi mamy do czynienia. Co więcej, gdybym tylko miał więcej talentu, to pewnie byłbym drag queen. Fascynuje mnie to, co ta kultura sobą reprezentuje – ten element prowokacji, wytrącania ludzi ze strefy komfortu. Drag ujawnia wiele absurdów, które nami rządzą. Dlaczego facet w peruce i sukience ma być bardziej kontrowersyjny, niż dziwnie wygięta, nienaturalnie szczupła modelka, totalnie przerobiona, a jednocześnie próbująca cię przekonać, że jeżeli będziesz używał tych kosmetyków, co ona, to będziesz wyglądał równie nieskazitelnie, a w gruncie rzeczy – bardzo dziwnie.

W ostatnich latach scena dragowa eksplodowała, również w Polsce, głównie za sprawą „RuPaul’s Drag Race”. Ten program pełni fantastyczną funkcję edukacyjną – mój były chłopak nie lubił dragu, obejrzał RuPaula i został z miejsca fanem. Jedną z motywacji, dla których w Poznaniu otworzyliśmy Lokum, było właśnie zapewnienie miejsca, gdzie drag queens mogłyby występować.

Natomiast jest też druga strona medalu, „RPDR” dla wielu stał się jedynym punktem odniesienia. Małolaty potrafią mieszać polskie drag queens z błotem, bo nie dotrzymują one standardów wizualnych z telewizora. Tymczasem zupełnie nie o to chodzi. Drag jest różnorodny i może, a nawet powinien, być dziki, surowy, nieokrzesany. Liczy się talent i osobowość.

Ale sam Ru mówi też: „If your body is a ten, but your character is a two, then bitch, you are a two”.

Dokładnie! (śmiech)  

 

Tekst z nr 86/7-8 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Lubię posiać trochę kontrowersji

MARCEL LELO znany jest z superdynamicznego prowadzenia Marszów Równości, z udziału w takich programach jak „Mam talent”, ale dla społeczności LGBTIA jest przede wszystkim LELITĄ PETIT, jedną z niewielu śpiewających na żywo drag queens w Polsce. Rozmowa Karola Górskiego, czyli drag queen Hiacynty

 

Foto: Basia Bilon

 

Poznaliśmy się w 2015 r., gdy w ramach Grupy Stonewall współorganizowaliśmy poznański Marsz Równości. Od razu wydałeś mi się nietuzinkowy, szalony, dziwny. Skąd się wziąłeś?

Z otchłani kopalni KGHM Miedź Polska Lubin, wyciągnięty jako kryształ. Wyszedłem z hotelu dla górników. To był konkretnie 1992 r. (śmiech)

Jak ci się dorastało w 80-tysięcznym Lubinie?

Tragicznie, bo ja od dziecka byłem bardzo świadomą osobą. Pewne rzeczy mi się „nie zgadzały” i od razu lubiłem manifestować sprzeciw, uważałem na przykład, że dziewczynki też powinny robić to, co chłopcy. Ja w ogóle zawsze stałem za kobietami, od najmłodszych lat lubiłem sukienki, kuzynka mnie przebierała. Ubóstwiałem to, ale nigdy nie czułam się przez to kobietą. Po prostu kochałem tę estetykę, kochałem kobiety i ich zachowania w filmach, w bajkach. Pamiętam, że zawsze imponowały mi potężne kobiety, potężne lesbijki z mieczami. (śmiech) Imponowała mi Tina Turner. W wieku 7 lat po raz pierwszy obejrzałem jej biografię (Marcel śpiewa): „What’s love got to do, got to do with it…”. Byłem zakochany w niej i w tym, co ona przeżyła, i sobie myślałem, że to jest to. That’s me! Albo oglądałem „Xenę”. Zawsze, jak jestem na Marszach Równości, to proszę ludzi, żeby robili Xenę! „Lalalala!” (Marcel wydaje głośny okrzyk.)

Tak!

Stąd się wzięła moja wizja dragu. To są wszystkie kobiety, wszystkie postaci, włącznie z Atomówkami, dziewczynkami, które mnie wtedy budowały. Jakoś dziwnym trafem nie byli to chłopcy, którzy mnie nudzili. Cały czas wiedziałem przy tym, że w domu homoseksualizm to jest kwaśny temat. Dodatkowo byłem ministrantem. By być blisko Boga i dla hajsu po kolędzie.

A jednak!

Bo myślałem, że sobie robię od razu background. Mister God, mister Jesus, I’m here, I’m walking for you. To było dziecięce myślenie, że w ten sposób się jakoś zbliżę do Istoty, do Absolutu. Ale okazało się, że tak nie jest. Trafiłem do Gimnazjum Salezjańskiego. Czułem się samotny i zagubiony. Za każdym razem, gdy jechałem do szkoły i bałem się, że zostanę zwyzywany, niczym mantry słuchałem Christiny: „You are beautiful, no matter what they say”. To był mój czas emo. Czułem banicję towarzyską. Stworzyłem sobie skorupę. Uznałem, że jestem lepszy od nich i zacząłem zachowywać się z wyższością i arogancją, więc tym bardziej nie dziwiłem się kolegom, że nie chcą się ze mną zadawać. Ale w gimnazjum doszło też do mojego coming outu – hardcorowego, bo przelizałem się na imprezie z chłopakiem, zostało to zarejestrowane i wrzucone na YouTube’a. Chcę podkreślić, że zdarzyło się to przed „Salą samobójców”, więc bitch, I was first.

Jak to się stało?

To był Sylwester, uczyłem się dobrze, nie pyskowałem, mimo że czasami powinienem, ale lubiłem sobie tak cichutko wypić ze znajomymi, poszaleć. Rodzice puścili mnie do znajomych. To była jakaś wynajęta sala. Na*****y byłem w ch*j. Już wtedy całowałem się z chłopakami, ale jeżeli już komukolwiek coś zdradzałem na temat swojej orientacji, to mówiłem, że jestem bi. Doskonale wiedziałem, że jeżeli tylko będzie okazja, to chcę się przelizać z Mariuszem, bo tak miał na imię ten chłopak. No i do tego doszło. Zostaliśmy nagrani. Dzień czy dwa później dostałem na Gadu-Gadu mnóstwo wiadomości z linkiem do fi lmu, w którym się całuję. To mnie przestraszyło. Bo jednak byłem w szkole katolickiej. Przyzwyczajałem już rodziców, że dziwnie się ubieram, ale nie chciałem, żeby pomyśleli, że jestem gejem. Miałem świadomość, jaki mają charakter, mama dodatkowo czuła silną przynależność do Kościoła.

Poszedłem wtedy do mamy i spytałem, co by zrobiła w takiej sytuacji, że coś się wydarzyło, każdy już doskonale o tym wie, a to jest coś tak bardzo widocznego i tak bardzo, bardzo badziewnego… Że – powiedzmy – uwaliłem się jedną nogą w błocie, a jestem w drodze do szkoły. Mama opowiedziała mi historię, jak kiedyś jakaś dziewczyna na wsi była zmęczona i zasnęła w oborze, w której do późna pracowała. Następnego dnia, gdy się obudziła, żeby się nie spóźnić, pobiegła do szkoły śmierdząca. Gdy weszła, oczywiście wszędzie zaczęło walić. A ona co? Zaczęła ostentacyjnie wąchać i powiedziała, że coś tu wali oborą! Co prawda cały dzień była powodem do drwin, ale przez to, że umiała to obrócić w żart, jeszcze zyskała. Pomyślałem, że rzeczywiście jestem trochę w udupionej sytuacji, połowa mojej szkoły już widziała nagranie, więc gdy wszedłem, zobaczyłem miny niektórych. Szedłem korytarzem i nagle jeden chłopak – z tych bogatych – krzyknął: „Ej, Lelo. I jak to jest w dupę?”. Odwróciłem się i powiedziałem, żeby zapytał swojego starego, bo to on mi płaci.

I czym to się skończyło?

Tym, że chciał mnie pobić, ale przytrzymali go, a większość zaczęła się śmiać z niego. Były potem pytania: „To ty jesteś gejem?”. Mówię: „Jezus, laska, nie wiedziałaś? Serio? Jeszcze pytasz?”. Żeby nie dać im tej satysfakcji, żeby nie pokazać, że jestem podłamany całą sytuacją. Podkręcałem ich, że wcale się tego nie wstydzę. Gdy zauważyłem, że tak naprawdę moje życie w szkole się nie zmieniło, że dalej byłem luzerem, to po prostu jakoś szedłem naprzód z otwieraniem się. Były oczywiście bardzo niefajne akcje, pobicia – tylko że ja przez tę swoją dziwność już wcześniej byłem na to narażony. Ten mój homoseksualizm był tylko dodatkiem, pozwalali sobie, by mnie bić i obrażać jeszcze i za gejostwo. Ja też byłem wychowany w ten sposób, że gdy ubierałem się na emo czy na kolorowo, to mój tata twierdził, że prowokuję, żeby mnie bić, dlatego żyłem w przeświadczeniu, że może rzeczywiście jestem sobie winny.

Kiedy twoi rodzice dowiedzieli się, że jesteś gejem? Wtedy, kiedy ten fi lm wyciekł?

Nie dowiedzieli się w ogóle o filmie. Ale moi rodzice generalnie woleli udawać, że pewne tematy nie istnieją, bo było wiele sytuacji, w których próbowałem im coś sugerować. Mama pytała o dziewczynę, a ja mówiłem: „No, wiesz, mamo, żeby życie miało smaczek – raz dziewczynka, raz chłopaczek”. Raz tata spytał o mój wygląd: „Co ty jesteś pedałem?”. Na co ja odpowiedziałem: „Tato, tak, jestem gejem”. Krzyknął do mamy: „On pyskuje”, a moja mama: „Marcel, przestań kłócić się z tatą”.

Nie przyjmowali do wiadomości.

Nie przyjmowali. Wydaje mi się, że niestety w większości patriarchalnych rodzin bagatelizuje się dziecko. To rodzic wyrokuje, czy to, co powiedziało dziecko, jest ważne, prawdziwe i w ogóle warte dyskusji. Oni to ignorowali. Ojciec twierdził, że dowiedział się dopiero wtedy, kiedy startowałem na Miss Uniwersytetu Zielonogórskiego, czyli gdy miałam 19 czy 20 lat.

Gdzie startowałeś?!

To miał być feministyczny ruch, a nie wyśmiewanie, bo ja twierdzę, że to jest kawał ciężkiej roboty. Jarał mnie ten pomysł, ale koniec końców nie doszedł do skutku. Zrobiło się jednak duże zamieszanie. Pisano o tym w „Gazecie Lubuskiej”, „Gazecie Wyborczej”, że chłopak, gej, chce wystartować w wyborach Miss i trafi ło to – uwaga – do brata Karola, który prowadził w moim gimnazjum zajęcia z religii i angielskiego oraz w moim liceum katolickim, do którego też chodziłem. Brat Karol zawsze bardzo krytycznie wypowiadał się na temat osób homoseksualnych. Do tego stopnia, że rzucał teksty o wyspie bezludnej, gdzie można nas rozstrzelać. On przekazał to księdzu Marcinowi Kozyrze, temu samemu księdzu, który pozwalał, żeby dzieci zlizywały mu z kolan bitą śmietanę. Moja rodzina pojechała do kościoła, ksiądz Kozyra podszedł do nich po mszy ze słowami, że bardzo mu przykro z powodu syna. Po czym wziął ich do gabinetu i zaczął opowiadać o terapii reparatywnej. Wtedy zaczął się najgorszy okres mojego życia, to był pierwszy raz, kiedy zostałem skłócony z mamą, jedyną osobą, która mnie trzymała przy rodzinie. Uznałem, że pójdę na całość, powiedziałem babci. „Babciu, muszę powiedzieć ci coś ważnego”. Oczywiście, jak zwykle u babci: „Najpierw ci zrobię kanapeczki, później mi powiesz”. Powiedziałem: „Babciu, jestem gejem”. A babcia: „No dobrze, a to ważne? To ty nam nie mówiłeś tego?”. Niedługo potem mama powiedziała, że musimy porozmawiać. Czułem w kościach, że będzie tam też ksiądz.

Dyskusja trwała ponad półtorej godziny. Powiedziałem, że chcę jak najbardziej być w Kościele i walczyć o to, by Kościół w końcu zrozumiał, że osoby homoseksualne są również dziećmi Bożymi. A on powiedział: „Pamiętaj, Marcel, jest takie powiedzenie, że możesz być albo zimny, albo gorący, letni zostaną wypluci przez usta Boga”. Pierwszy raz zwątpiłem, poczułem, że to jest czysta manipulacja. Potem mówił, że tak samo, jak za alkoholizm odpowiada demon alkoholizmu, tak za homoseksualizm odpowiada demon homoseksualizmu. W tym momencie… Pamiętasz tę postać z „Atomówek”? Taka w szpilkach, ze szczypcami zamiast dłoni. On mi się z nią skojarzył. Więc mi się pojawił na twarzy taki lekki uśmiech, spojrzałem na zegarek, minęło półtorej godziny naszej bezsensownej dyskusji, wykłócania się, rzucania argumentami. Wtedy podziękowałem za rozmowę.

Jak to się dalej potoczyło?

Jak wróciłem, to zacząłem jeszcze trochę najeżdżać na inteligencję moich rodziców, podkreślać ich brak świadomości, brak wykształcenia. W pewnym momencie mama powiedziała, że jestem po prostu chory psychicznie. To mnie najbardziej zabolało. Od tamtej rozmowy mieszkałem cały czas w Zielonej Górze, gdzie chodziłem do liceum, do Lubina wracałem tylko na święta. To był czas samotnego przebywania ze sobą, szukania akceptacji w takich grupach jak Kampania Przeciw Homofobii, ale ciężko mi było o akceptację wśród gejów – nie wpisywałem się w stereotyp pięknego chłopaka, który będzie miał wyregulowane brwi, będzie nosił fajne ciuchy i będzie udawał normalnego. Miałem długie włosy, kolorowe rzeczy na sobie, działałem odpychająco dla środowiska, które wolało siedzieć w swojej wygodnej, choć trochę szklanej szafie. Często ten mój pierwiastek femme był traktowany jako coś, co szkodziło środowisku, coś, co mężczyźnie odbierało niby moc nawet w tym gejowskim świecie. Poza rodziną, znajomymi, nigdy nie miałem problemu, żeby odpowiedzieć, że jestem gejem. Czułem, że tą szczerością zyskiwałem najwięcej. To był mój prywatny aktywizm. Kiedy ktoś coś podejrzewał, sugerował, nawet chamsko komentował, zawsze mówiłem, że jestem gejem, bo wiedziałem, że być może to jedyny moment, żeby o tym porozmawiać. Później dostałem się przez przypadek do Poznania do studium aktorskiego. Miałem 21 lat. Albo 22. Uznałem, że to jest moja jedyna szansa na ten magiczny seks, o którym marzyłem. Te wszystkie orgie, o których marzyłem. Wybór chłopaków, o których marzyłem.

No, wiesz, zawsze ciągnęło cię też do artystycznych rzeczy, do śpiewu.

Od dziecka mama śpiewała mi w nocy „Lulajże, Jezuniu” – to była moja ulubiona piosenka, nawet nie kolęda. Chłopcy grali w piłkę nożną na podwórku, a ja, jak są bramy na klatkach, robiłem sobie…

Scenę?

Tak jest. Żyłem w świecie festiwali piosenki, konkursów, programów typu „Mam talent”. Byłem geekiem, jeśli chodzi o śpiewanie. Nie dość, że chciałem znać tekst, wiedzieć, kto go napisał, o czym jest, to chciałem też znać zaplecze historyczne, robiłem analizę dzieła, rozpracowywałem wokal, ozdobniki, czemu tak, jak się to robi, jakie mam zdolności, czego nie mam, nad czym muszę popracować. To był mój bzik! Muza i wokal mnie zawsze ratowały. Znów „Beautiful” Christiny – za każdym razem, gdy całowałem się z chłopakiem, zakładałem słuchawki na uszy i słuchałem niczym mantry: „You are beautiful, no matter what they say” (Marcel śpiewa) i Blog 27 „Who I am”. Naprawdę to były takie piosenki, które trzymały mnie po prostu przy życiu. Naprawdę trzymały mnie przy życiu.

Jak w tym wszystkim narodziła się drag queen Lelita Petit?

Drag queen była we mnie zawsze. Ale narodziła się tak naprawdę podczas drugiego Queer Night w Poznaniu. Wtedy zdecydowałem! Był już RuPaul, widziałem, że już laski robią jakąś karierę na scenie dragu w Polsce i myślałem sobie: „Nie jestem gorsza. Chcę nawet podnieść poprzeczkę”. Żeby nie było, dziewczyny, kocham was, ale my jesteśmy troszeczkę jak mean girls, musimy mieć swoje wroginie. To nie jest nasz wróg. To jest ta dziewczyna w klasie, która dostała lepszą ocenę i ty teraz musisz się bardziej postarać. Ważne jest też siostrzeństwo. Są dziewczyny, które może nie robią niesamowitego show, ale zadzwonią do ciebie, napiszą, pogadają chwilę. To są moje ulubione drag queenki, bo wiem, że to są te dziewczyny, które pojawią się podczas Parady czy Marszu i później ludzie, pisząc z nimi, będą mieli wsparcie i poczucie, że ta osoba coś mi wyjaśniła, pokazała. Na tym dla mnie zawsze polegało bycie aktywistką drag queen.

I tak jest?

Tak. Czuję, że tak jest. Za każdym razem, gdy podczas imprez, które prowadzę, widzę takie osoby, które siedzą, są zmęczone, może pijane, mają pewnie 16 czy 17 lat, ale jakoś wbiły się do klubu, jeszcze pewnie z butelką coli pół na pół z wódką, to chcę podejść, zagadać. Bo wiem, jak się czują. Moją drugą misją jest wpuszczenie jak największej liczby ludzi na dragową scenę i dawanie za to jakichkolwiek pieniędzy. Aktorzy, robiąc performance, występując w teatrze, gdziekolwiek, dostają pieniądze. My nie jesteśmy gorsi. My po prostu jesteśmy jeszcze nieodkryci. I nawet jeżeli to sprawia przyjemność, to jednak poświęcamy całą naszą 4-godzinną fazę maniakalną na uszycie stroju, na wybranie piosenki, a następnego dnia jeszcze ćwiczymy do tej piosenki w tym stroju – i to jest praca.

Było coś takiego w dragu, co sprawiło ci trudność albo było rozczarowujące?

Mój drag dzieli się na śpiewanie na scenie i na prowadzenie Marszów. Gdy już wszedłem na scenę w dragu, to uznałem, że nie ma w nim nic, co byłoby dla mnie za ciężkie, no, chyba, że chodzi o szycie, dlatego mam dragowe córki, zaprzyjaźnionych projektantów, którzy mnie wspierają, i lumpeksy.

Jaka więc jest Lelita Petit?

Troszeczkę craftowa, bardziej oniryczna, bardziej wróżkowa, to jest temat, który bardzo mi się podoba. Lelita kojarzy mi się z czymś lekkim, malutkim, ezoterycznym, rozkosznym, cukierkowym, a zarazem też troszeczkę wścibskim.

A coś ci się nie podoba w środowisku?

To, że często dziewczyny traktują drag jak występ w sukience i nawet nie femme realness, tylko bitch realness, takie dziwkarstwo na scenie. Są osoby, które robią to naprawdę fajnie, świetnie pokazują tę stronę erotyczną, ale nie w prześmiewczy sposób. Mnie takie wyśmiewanie kobiety wkurwia! A czasami wydaje mi się, że niektóre drag queen idą w tę stronę. Dla mnie drag to jest ubóstwianie kobiety, wychwalanie jej. Dzięki dragowi zastanawiam się też, na ile ja jestem tak naprawdę cismężczyzną albo na ile jestem niebinarny – że moja tożsamość płciowa jest bardziej trans. Zmienia się sposób myślenia o niektórych sprawach. Jeżeli zrozumiesz drag, jeżeli poczujesz siebie w sukience, zafascynujesz się tym, zakochasz się, pokochasz to swoje drugie odbicie, pelerynę i maskę, to zaczynasz o wiele bardziej rozumieć osoby trans, choć nigdy nie zrozumiesz do końca osoby trans, dopóki nią nie jesteś. Ja mógłbym taki być, mógłbym być Lelitą na co dzień. Może nie z tak ostrym makijażem, ale z takim kobiecym, delikatnym. Myślę sobie poza tym, że jestem dobrą dupą – i dalej czuję się wspaniale w swoim ciele. Nawet moje płaskocyce i małodupie mi nie przeszkadzają, dlatego przestałem używać dodatków feminizujących.

A czujesz, że masz przewagę nad innymi?

W dragu to mam przewagę nad całym światem! Czuję potęgę! Lubię czasem posiać trochę kontrowersji. Pójść na szocika w dragu i zobaczyć, jak ludzie będą reagować. Są tacy, co powiedzą „k****, co to jest”, najczęściej są to mężczyźni. Są też tacy, co będą klaskać i powiedzą „girl, muszę z tobą zdjęcie!”, najczęściej to są kobiety albo naprawdę otwarci, mili ludzie różnych płci i – nie oszukujmy się – osoby z zagranicy. Widać zdecydowaną otwartość u kobiet, docenienie tego kunsztu: „k****, ile ona siedziała nad tym każdym j****ym piegiem, ile ona siedziała nad tą j****ą kreską, jak ona połączyła te kolory i to w ogóle robił chłopak”.

Co dalej?

W swoich piosenkach chcę poruszać tę mroczniejszą strefę, w której są narkotyki czy nadużycia ze strony naszego środowiska, sugar daddies, wejście w pornografię czy prostytucję. Najczęściej dlatego, że okazuje się to łatwe, ale nie wiesz do końca, jak wpłynie to na twoją psychikę, jeśli nie jesteś na tyle dojrzały. Żeby nie było – kocham i wspieram strefę erotyczną całym sercem, całym tyłkiem. Niedługo tam wchodzę! Naprawdę!

Na tym chcesz się skupić?

Jako Lelita bardziej na młodzieży, a na seksualności też oczywiście, ale bardziej jako Marcel. Na pewno chcę spróbować jako erotyczny model. Nie wiem, czy spróbuję jako aktor porno, ale myślę też o tym, że chcę robić własne filmy porno.

Takich wyznań się nie spodziewałem!

Miałem takie rzeczy w głowie, ale przez koronawirusa, kiedy już straciłem wszystkie zlecenia, zacząłem zgłębiać temat gwiazdorów porno, ich życia, tego jak funkcjonują i całego aktywizmu dotyczącego HIV/AIDS.

Z czego teraz się utrzymujesz?

Z oszczędności, miałem jeszcze parę zleceń zdalnych, pomagam znajomym w drobnych pracach. Dotychczas moim głównym zajęciem było śpiewanie, granie w spektaklach i audycjach, ale drag też był dla mnie formą zarobku, Szukam ludzi do współpracy i do wsparcia moich projektów. I muszę podkreślić, że rodzina mnie wspiera finansowo – dziękuję.

Kiedy ruszasz z nowym biznesem?

Jeszcze w lipcu mam mieć jedną sesję erotyczną. Jak ludzie będą czytać ten wywiad w „Replice”, może już będę po.

Na twoim instagramowym profilu widziałem już zdjęcia w tym klimacie.

Chciałbym, by to była erotyka z kolorową grafiką, fantastyką.

Ale porzucasz Lelitę Petit w takim razie?

Nigdy. Z Lelitą mam podpisany certyfikat.

Do końca życia?

Nie. Wydaje mi się, że koło trzydziestki piątki chciałbym ją na chwilę pożegnać, żeby skupić się na tym, co robiłem jako Marcel i zostawiłem sobie w szufladzie. Żeby wtedy z tym wyjść, a z Lelitą pożegnać się w teledysku, w którym ona wsiada do kosmicznego statku. Już zaraz ma wsiąść, ale jeszcze żegna małego chłopca i daje mu buziaka w czółko i mówi: „Teraz już sobie poradzisz!”.

Brzmi wzruszająco.

Tak się czuję, gdy o tym myślę.

Chciałbym też zainwestować w Brokatowe Damy. Drodzy Czytelnicy, jeżeli chcecie zrozumieć, czym są Brokatowe Damy, obejrzyjcie sobie „She-rę i księżniczki mocy”. Tam jest cała filozofia Brokatowych Dam. Oglądałeś „She-rę”?

Oglądałem tylko „Czarodziejkę z księżyca”.

Laska, wracaj do domu i obejrzyj sobie. Szkoda, że w moim dzieciństwie nie było takich bajek! Tam się pojawiają lesbijki, postacie niebinarne, wszystko, polecam każdemu!

A twój projekt Brokatowych Dam?

Cały czas ewoluuje. To są piosenki pisane przeze mnie z Mewą Topolską.

Marcel, a jak dziś wyglądają relacje z twoimi rodzicami? Jesteś drag queen, u progu kariery erotycznej.

Z tatą pracujemy nad komunikacją. Wygląda to różnie. „Kiedy od ciszy pęka głowa / Żadne zdrowaś, żadna łza / Więc dajmy słowu dojść do słowa / Rozminować co się da” – co prawda Grażyna Łobaszewska śpiewała o związku i separacji, ale jest to adekwatne do tego, jak wygląda nasza relacja. To jest bardzo wolny proces, bardzo ciężki. A z mamą mam niesamowitą relację. Pamiętam, że kiedyś robiłem jej awantury, że mnie nie akceptuje. Teraz wiem, że tylko otwartość na rozmowę, może poprawić relację. Dziś bardziej widzę w mamie feministkę, która walczy o swoje, nie jest już tak pokorna. Wiem, że to, że chcę działać w branży erotycznej, rodzicom się nie spodoba. Ledwo przełknęli to, co robiłem dotychczas. Nie wiem, jak zareagują i martwię się tym,. Ale z drugiej strony, nie mogę myśleć o swoim życiu dopiero, kiedy skończy się ich życie. To nie jest mój egoizm, ale to są moje decyzje. A moje życie to nie ich życie.

 

Tekst z nr 86/7-8 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kobieta z przyszłością

O coachingu LGBT+, o tym, jak szukała wsparcia w kościele oraz w alkoholu, o planach samobójczych, o wujku pedofilu i o tym, dlaczego lubi wizyty u mamy swojej dziewczyny, z prezeską gdańskiej Fundacji Diversity Polska i trenerką antydyskryminacyjną DANUTĄ SOWIŃSKĄ, rozmawia Tomasz Piotrowski

 

Foto: Kasia Szarska

 

Na twojej stronie internetowej można przeczytać, że jesteś coachem LGBT+. Co to właściwie oznacza?

Jestem coachem i trenerką antydyskryminacyjną – prowadzę szkolenia dla fi rm dotyczące dyskryminacji ze względu na jakiekolwiek przesłanki: płeć, wiek, niepełnosprawność, orientację psychoseksualną, wyznanie czy pochodzenie etniczne. 26 września 2017 r. zaproponowałam współpracę gdańskiej organizacji na rzecz osób LGBTQIA – Tolerado, po rozmowie z Nikodemem Mrożkiem (ówczesnym prezesem) i z Bogną Listewnik. Jestem lesbijką, mam duże doświadczenie w pracy z osobami LGBTQIA, które spotykają się niestety z ogromną dyskryminacją, również w sferze rozwoju osobistego.

Ale na czym taki coaching LGBT+ polega?

Wchodzimy w trudne i odwieczne pytanie, czym jest coaching. Coaching nie patrzy w przeszłość jak na sesjach psychologicznych – ustalamy cele na przyszłość, rozmawiamy o marzeniach, o drodze, którą chce dana osoba pokonać, by osiągnąć swe cele. Zgłosiła się do mnie mama lesbijki, ale też osoba, która potrzebowała rozmowy o tym, jak się wyoutować, inna z kolei potrzebowała rozmowy o swej zawodowej przyszłości itd. Zarówno orientacja psychoseksualna, jak i sytuacja, w której jesteśmy, a więc sytuacja dyskryminacji, mają ogromny wpływ na to, jak definiujemy swoje cele, jakie mamy ambicje itd.

Założyłaś Fundację Diversity Polska. A więc chodzi ci nie tylko o kwestie LGBTIA, tak?

Znasz film „Dumni i wściekli”? On idealnie pokazuje, jak powinniśmy się wspierać. Osoby LGBT+ wspierające strajkujących górników, a potem górnicy odwdzięczający się wsparciem dla LGBT+ na Paradzie. Solidaryzowanie się jest kluczowe. Jesteś gejem? Dyskryminacja gejów to tylko wycinek problemu, wycinek systemu, który nazywa się patriarchat. Całego systemu nie zmienisz, jeśli będziesz zwracał uwagę tylko na jego mały wycinek. Trzeba patrzeć szerzej. Wiesz, ile jest w Polsce kobiet prezesek fi rm? 8 procent. Kobiet na stanowiskach kierowniczych – 34%. Ile znasz kobiet, prezesek organizacji LGBT+? Kobiety są, ale zwykle gdzieś z tyłu – i to jest część tego samego systemu, w którym ludzie LGBT+ nie mają tych samych praw, co pozostali. Jego częścią jest też wykluczanie osób innej rasy, niepełnosprawnych, starszych, pochodzących z innych grup etnicznych itd. Patriarchat jest wszędzie.

Na wszystkich swoich warsztatach mówisz, że jesteś lesbijką?

Coś ty! Przez wiele lat byłam przekonana, że w biznesie nie można mówić o swojej „prywatności”. Pierwszy raz powiedziałam, że jestem lesbijką, na swoich autorskich warsztatach dla kobiet 11 października 2017 r., a więc w Dzień Coming Outu. Po trzech tygodniach bycia w Tolerado. Co więcej, ja do tego 2017 r. nie byłam nigdy na Marszu Równości! Uważałam, że to jest mega niebezpieczne. Nie masz pojęcia, jak się zdziwiłam, gdy w 2018 r. zaliczyłam swój pierwszy Marsz. Pochodzę ze Skórcza, to mała miejscowość, ok. 3,5 tys. mieszkańców. Do dziś znajduję jeszcze w sobie elementy, pokazujące jak sama dyskryminowałam innych. Wstyd mi za to, ale gdzieś to jest we mnie wryte. Homofobia, rasizm, ksenofobia, seksizm – tak było w moim mieście, w mojej rodzinie. Gdy miałam 8 lat, w Skórczu pojawiła się plotka o nastoletniej Ani – rzekomo lesbijce. Wszyscy o niej mówili, wszyscy ją wyzywali, dla wszystkich dzieci było jasne – to jest „najgorsza” osoba w mieście. Gdy w wieku 9 lat sama zaczęłam odkrywać w sobie pociąg do dziewczyn, od razu byłam przeświadczona, że jestem chora psychicznie – i że spotka mnie to samo, co Anię. Bardzo się bałam, bardzo walczyłam ze swoją seksualnością.

Kiedy ten strach minął?

Dopiero kilkanaście lat później, gdy wyjechałam na studia do Bydgoszczy. Poznałam tam dziewczynę, która zaprowadziła mnie do klubu LGBT+ – Red Pub. Byłam przerażona, ale weszłam, Okazało się, że tam nie działo się nic dziwnego. Potem przez 3 lata nawet tam pracowałam. Poznałam tam wiele osób, które są moimi znajomymi do dziś.

Zanim wyjechałaś na studia, znałaś już inne lesbijki, byłaś w jakimś związku?

Z dziewczyną nie. W wieku 12 lat miałam chłopaka. Ale tylko przez 2 tygodnie. Ciekawostka: później okazało się, że jest gejem. (śmiech)

Jeśli dobrze przeczytałem na twojej stronie, jako nastolatka byłaś prezeską Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży.

Wiedziałam, że coś jest ze mną „nie tak” i chciałam się wyleczyć. Myślałam, że wyleczy mnie z tego Kościół, byłam więc blisko księży i diakonów. Gdy sama przed sobą przyznałam, że jestem lesbijką, poszłam do mojego kolegi księdza i powiedziałam: „Słuchaj, wyślij mnie do Lublina. Tam jest taki fajny ośrodek, tam leczą takich jak ja. Ja jestem chora psychicznie”. On na mnie patrzy i mówi: „Danka, ale Kościół nie ma nic przeciw osobom homoseksualnym. Dopóki nie jesteś w związku, nie spełniasz swych potrzeb seksualnych, wszystko jest ok. Takich ludzi jest na pęczki”. Wtedy dla mnie to było jak zbawienie. Nie potępił mnie! Dzięki niemu nie poszłam na terapię reparatywną.

Za to pojawiła się myśl, że najlepiej zostać zakonnicą?

Tak! Ale wybili mi to z głowy rodzice. Chciałam od nich kasę na Biblię, żeby już się jej uczyć. Usłyszałam, że nie będę marnowała ich pieniędzy na bzdury, które studiują księża. Poszłam na pielgrzymkę do Częstochowy i stwierdziłam, że chcę się zaangażować. Wymyśliliśmy więc z wikarym Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Prowadziłam je chyba ze 3 lata. KSM nauczyło mnie organizacji wydarzeń, które do dziś robię i tutaj śmiało mówię, że robię to dobrze. Dzięki Kościołowi.

Ale co do potrzeb seksualnych – nie posłuchałaś księdza. Jesteś dziś w związku.

(śmiech) Jak mówiłam, pojechałam na studia. Osoby LGBT+, które poznałam w Bydgoszczy, odmieniły moje małomiasteczkowe, ultrakatolickie spojrzenie. Przestałam chodzić do kościoła, zaczęłam siebie odkrywać. Paradoksalnie w byciu lesbijką upewniło mnie… stare wydanie gazety „Bravo Girl”. (śmiech) W jednym z numerów, który wpadł mi w ręce, była porada sugerująca, by w razie wątpliwości co do swojej orientacji seksualnej, wypisać sobie na kartce, co na daną orientację wskazuje, a co jej przeczy. No to ja w wieku 20 lat wzięłam kartkę i zaczęłam pisać. I zwyczajnie wyszło mi, że jestem lesbijką. (śmiech) Dwa lata później weszłam w mój pierwszy związek z dziewczyną.

Publicznie wyoutowałaś się w 2017 r., a dziś jesteś już coraz bardziej znaną aktywistką na rzecz praw osób LGBT+.

Przyszłam do Tolerado i Marta Magott (była prezeska) od razu mnie wciągnęła. Moje pierwsze spotkanie w tej organizacji miało miejsce w dniu, gdy gruchnęła wiadomość o samobójstwie Dominika z Bieżunia, który nie wytrzymał homofobicznych prześladowań. Wieczorem tamtego dnia odbyła się spontaniczna akcja Znicz dla Dominika. Marta mówi – idziemy. I wtedy w centrum miasta, naprzeciwko Ratusza Miejskiego pierwszy raz w życiu trzymałam w ręku tęczową flagę. Dla mnie to była wielka, osobista rewolucja. Cały czas się rozglądałam i szukałam tych kamieni, które mają na mnie spaść. To, co miałam w głowie, a to, jaka jest rzeczywistość, to był dla mnie szok. Ale to tym bardziej świadczy o tym, że skoro ja, lesbijka, miałam w głowie takie przekonania, to co dopiero w głowie muszą mieć ultrakatolickie osoby hetero?

Brałaś udział w pracach nad gdańskim Modelem na Rzecz Równego Traktowania, który został przyjęty 28 czerwca 2018 r. To swoisty prekursor Deklaracji LGBT+, którą w lutym 2019 r. podpisał prezydent stolicy Rafał Trzaskowski.

Gdańsk jest chyba jedynym miastem w Polsce, które jakoś chroni prawa osób LGBT+. Tworzyliśmy Model od września 2017 do czerwca 2018 w grupie 150 ekspertek i ekspertów z Urzędu Miasta, instytucji, fi rm, organizacji pozarządowych działających na rzecz praw człowieka. Model zakłada m.in. opracowanie i wdrożenie w szkołach zajęć dostarczających rzetelną wiedzę o osobach LGBT+ oraz podnoszących kompetencje rodziców, nauczycieli/ek, uczniów i uczennic m.in. w zakresie przeciwdziałania przemocy i reagowania na przemoc, kampanię informacyjną wśród lekarzy/rek oraz osób pracujących w obszarze zdrowia. Jedną z rekomendacji Modelu jest Gdańskie Centrum Równego Traktowania. Do tej pory działało ono pilotażowo i wiemy dziś, co jeszcze trzeba poprawić. Najwięcej z tej pomocy skorzystały dyskryminowane kobiety, na drugim miejscu – osoby LGBT+.

Co oprócz Centrum udało się jeszcze wprowadzić?

Odbyły się chociażby szkolenia dla urzędników i urzędniczek o niedyskryminacyjnym języku wobec osób LGBTIA. Była też np. kampania społeczna „Po prostu reaguj” wyświetlana w czasie ostatniego Marszu we wszystkich autobusach i tramwajach, powstało kilku grup wzmacniających osoby LGBT+. Według mnie ważna też jest nowa metoda przyznawania grantów przez miasto. Żeby go uzyskać należy we wniosku uwzględnić jedną ze 179 rekomendacji Modelu na Rzecz Równego Traktowania. W ten sposób też realizuje się sam model.

Dziś działaczka, coach, a wcześniej – alkoholiczka? Przepraszam, że tak mówię wprost, ale sama często tak piszesz o sobie w social mediach.

To część mojego życia. Przed naszym wywiadem powiedziałam ci, że za 3 dni mam 3 lata bez alkoholu, więc dla mnie to dziś sukces. To nie będzie żadnym odkryciem, jeśli powiem, że zapijałam moją orientację. To samo pokazują statystyki – jeśli w skali ogółu około 3% Polek i Polaków to alkoholicy, to gdy chodzi o osoby LGBT+ dotyczy to już 13% z nich. Stałam przed lustrem i powtarzałam sobie, że się nienawidzę.

Myśli samobójcze?

Oczywiście. Miałam nawet wybraną datę śmierci. To miał być 27 lutego 1995 r.

1995? Miałaś wtedy 13 lat.

Rok wcześniej zostałam zgwałcona. Jestem ofiarą pedofila, mojego wujka. To był nowy chłopak mojej ciotki, nowa osoba w rodzinie. Słuchał Ace of Base, wiesz, co to znaczyło? To był taki supernowoczesny gość, prawdziwy, starszy kumpel. Jemu pierwszemu powiedziałam, że jestem lesbijką. Szanował mnie, zaakceptował, a potem to wykorzystał. Polował na mnie ponad pół roku. To połączyło się z moją trudną sytuacją rodzinną. Ojciec alkoholik, matka współuzależniona od niego. Awantury, pobicia, poczucie toksycznego wstydu.

Powiedziałaś rodzicom o gwałcie? Zgłosiłaś to?

Wiesz, kiedy im powiedziałam? 4 lata temu. Bardzo długo to ukrywałam. Wstydziłam się, a on groził mi, że jak komuś powiem, to mój ojciec wyląduje w więzieniu. Dziś to dla mnie totalna abstrakcja, ale dla 12-letniej dziewczynki informacja, że będzie miała ojca w więzieniu, była koszmarem. Bałam się o tym powiedzieć, bałam się konsekwencji. Jako bite dziecko uważałam, że wszystko jest moją winą. Po kilku tygodniach od wykorzystania seksualnego zaczęłam się jąkać, nikt nie wiedział czemu. Najbardziej smutne jest to, że kiedy bije się dzieci, czy daje się klapsa – rozbiera się je. To też forma molestowania. Kiedy ja dostałam polecenie od wujka-pedofila: „Rozbierz się”, to dla mnie znaczyło, że dostaję po prostu karę. Do dziś boję się czasem choćby samego dotyku. Wzdrygam się, gdy ktoś mnie dotknie znienacka. Gdy jadę windą i stoi za mną mężczyzna, to pojawia się strach. Pewnie też dlatego walczę dziś jak lwica z tą przewagą mężczyzn nad kobietami. To też moja osobista walka. Wuj jest w więzieniu. Za pedofilię na swoich córkach. Wszystko wyszło na jaw 5 lat temu, gdy jedna z nich miała próbę samobójczą i znalazła się w szpitalu w Gdańsku. Rodzina wypominała mi wtedy, że to przeze mnie, bo nie miałam odwagi powiedzieć o tym wcześniej. Moja sprawa gwałtu z 1994 r. przedawniła się w 2011 r., ale byłam świadkinią na sali sądowej.

On był na sali?

Tak. Zadał mi pytanie: „O której godzinie to było?”. Wyobrażasz sobie? To jest adekwatne pytanie? Nie wierzyłam własnym uszom.

Z tego, co czytałem na twoim blogu, to nie był jedyny raz. Ponownie zostałaś zgwałcona w wieku 18 lat.

Tak. I nie uwierzysz mi, ale ja to zupełnie wyparłam. Dziś wiem dokładnie, co się stało, ale przypomniałam to sobie dopiero podczas terapii psychologicznej 2 lata temu. To był Sylwester 2000, upiłam się, a oprawca – obcy chłopak – wykorzystał mnie. To był ostatni dzień, w którym wypiłam tyle alkoholu. Ponownie zaczęłam pić 10 kwietnia 2003 r.

I wtedy zaczęłaś wpadać w nałóg.

Często spóźniałam się do pracy, bo piłam do 2 w nocy, a pracowałam od 6. Przestałam się angażować, wykazywać inicjatywę. Straciłam przez to niejedną pracę i środki utrzymania. Musiałam wynajmować swoje mieszkanie, nie miałam gdzie się podziać, upadła jedna moja spółka. W 2014 r. zachorowałam na zapalenie płuc, lekarka powiedziała mi: „Ma pani otłuszczoną wątrobę. Niech pani może pije mniej wina, a więcej czystego alkoholu”. Nie zdawałam sobie sprawy, jak widać po mnie, że jestem alkoholiczką. Przez alkohol rozpadły się też wszystkie moje związki.

Kiedy zrozumiałaś, że musisz iść na odwyk?

Kiedy dotarłam na swoje dno. To było w 2016 r. Po pierwsze zrozumiałam, że gdy piję, tracę cały wieczór i kolejny dzień na leczenie kaca. Po drugie – poszłam na Akademię Profesjonalnego Coachingu, żeby podwyższyć swoje kompetencje. Na temat procesu coachingowego wybrałam sobie: „Chcę mniej pić”. Na co prowadząca powiedziała: „Danka, to nie jest temat na coaching, tylko na terapię”. To mi też dało wiele do myślenia. A po trzecie – moi przyjaciele. Zaprosili mnie kiedyś na imprezę, upiłam się i zrobiłam scenę. Śmiałam się z Kyryla – kolegi z Ukrainy, wyśmiewałam jego narodowość, rozumiesz? Ja. Dość wymownie mnie upomnieli. Wtedy zrozumiałam, że nie chcę taka być.

Na leczeniu poznałaś jakieś osoby LGBT+?

Tak. I na podstawie tych doświadczeń też wpisałam do Modelu na Rzecz Równego Traktowania jeden z postulatów, że terapie dla osób uzależnionych LGBT+ powinny odbywać się osobno. Ja swój odwyk zaczęłam 12 czerwca 2017 r., byłam na grupie intensywnej, rotacyjnej – w każdy poniedziałek pojawiały się nowe osoby. Pierwszego dnia nie potrafi łam wymówić nawet słów, że jestem alkoholiczką. Tym bardziej, że jestem lesbijką, mimo że homofobia była przecież ważnym powodem uzależnienia. Na terapii były osoby wysoko funkcjonujące jak i osoby z sądowym nakazem terapii, z wtórnym analfabetyzmem. Uważam, że skoro ja miałam problem z wyoutowaniem się przed grupą, to co dopiero osoba, która trafi a na odwyk i jest głęboko schowana w szafie, nawet przed sobą. Szczególnie ludzie młodzi, z małych miast, którzy sami jeszcze boją się o sobie myśleć jako o człowieku LGBT+. Przynajmniej na początek osoby LGBT+ powinny mieć osobną terapię, by móc w atmosferze akceptacji powiedzieć: „Jestem lesbijką”, „Jestem gejem”.

Alkoholizm może dotyczyć nie tylko młodych osób przed własnym coming outem, ale i dojrzałych, samotnych, często bogatych, „ustawionych zawodowo”, ale siedzących w szafie.

Mam kilku takich kolegów. Wieczorami piją, odpalają Grindra, spotykają się na szybki seks. Wiesz, co od nich najczęściej słyszę? Że w życiu nie byli dyskryminowani! Ale jak mają być, skoro siedzą w szafie, a o sobie mówią tylko najbliższym, starannie wyselekcjonowanym osobom? Są LGBT+, ale… tylko w swoich mieszkaniach. Strasznie mnie to irytuje.

 

Przed chyba każdym rodzicem trudno się wyoutować, jednak wydaje mi się, że Dorosłe Dzieci Alkoholików mają jeszcze trudniej.

To jedne z kilku syndromów DDA – bohatera i kozła ofiarnego. DDA na różnych etapach życia przybierają różne z tych ról. Zależy, czy chcesz chronić siebie czy innych. Moja mama dowiedziała się przypadkiem. Był 2005 r., miałam więc 23 lata, byłam w pierwszym poważnym związku i po prostu oddałam rodzicom pożyczony od nich telefon. Nie skasowałam jednak SMS-ów. W ten sposób dowiedzieli się, że jestem z Moniką. Skończyło się kłótnią i wyprowadzką, a właściwie wyrzuceniem. Mama powiedziała, że nie jestem już jej córką. A przygotowywałam się do coming outu przed mamą od chyba roku, nie miałam jednak odwagi. Rodzice w moim wychowaniu odegrali podobną rolę, ale matkę zawsze chroniłam, bo ona też była bita przez mojego ojca i jej ojca. Całe życie chciałam ją chronić – i zapominałam o sobie. To odwrócenie ról nazywa się parentyfikacją. Od kilku miesięcy nie mamy kontaktu. Jej wartości stoją w opozycji do moich.

Ale z tego, co widziałem na twoim Instagramie, byłaś na Wielkanoc u brata. Razem z narzeczoną?

Zdjęcie, które widziałeś, było na urodzinach mojego bratanka i dostałam nakaz skasowania go. Kasia, moja dziewczyna, nie jest zapraszana do mojej rodziny. To był dla mnie szok, bo z poprzednimi partnerkami przyjeżdżałam. Propaganda TVP działa. To kolejny trudny temat. Podobnie jak przy decyzji o odejściu od Kościoła. Czuję ogromne rozdarcie, ale podjęłam niedawno ważną decyzję – „nie”. Nie będę jeździła do domu, w którym nie szanuje się mojej partnerki. Mój brat podczas tamtej ostatniej wizyty powiedział, że popiera „strefy wolne od LGBT”. Zatem to była moja ostatnia wizyta w domu rodzinnym.

Ile lat jesteś z Kasią?

Półtora roku. 13 stycznia 2019 r. Kasia napisała do mnie kondolencje po śmierci Pawła Adamowicza, bo wiedziała, że współpracowałam wcześniej z prezydentem. Dwa miesiące później zaczęłyśmy ze sobą mieszkać, a dziś jesteśmy zaręczone. Często jeździmy do mamy Kasi, która niesamowicie o nas dba, przygotowuje nam zawsze masę jedzenia, a że świetnie gotuje, to wyjeżdżamy stamtąd nie idąc, ale po prostu się tocząc! Ja nigdy czegoś podobnego nie znałam.  

 

Tekst z nr 86/7-8 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dość!

ANNA STRZAŁKOWSKA – matka, żona, naukowczyni, lesbijka, katoliczka, aktywistka, uczestniczka Strajku Kobiet. Rozmowa Mariusza Kurca

 

Foto: Renata Dąbrowska

 

Anna Strzałkowska gościła na naszych łamach siedem lat temu wraz z całą swoją tęczową rodziną („Replika” nr 45. wrzesień/październik 2013). Kilka miesięcy wcześniej urodziła syna Mateusza. Żoną Ani jest Marta Abramowicz, była prezeska Kampanii Przeciw Homofobii, obecnie pisarka, reportażystka, autorka głośnych książek „Zakonnice odchodzą po cichu” i „Dzieci księży”. Tatą Mateusza jest Leszek Uliasz, były działacz Kampanii Przeciw Homofobii, od lat związany z samorządem warszawskim. Dziś Mateusz chodzi do drugiej klasy podstawówki. Od kilku miesięcy umawialiśmy się na wywiad z Anią – początkowo miał być o tym, jak polski system edukacji przyjmuje dziecko, które ma dwie mamy. Wściekle homofobiczna kampania prezydencka, potem aresztowanie Margot, a następnie haniebny wyrok pseudotrybunału konstytucyjnego z 22 października sprawiły, że zakres tematów do poruszenia mocno się poszerzył. Ania spóźnia się kilka minut na video-czat i zaczyna od przeprosin.

Przepraszam cię, musiałam Mata odebrać ze szkoły, a to jest na drugim końcu miasta i oczywiście korki, wiesz.

Podstawówka Mata jest na drugim końcu Gdańska?

No, tak.

To jest szkoła, która bez problemu zaakceptowała naszą rodzinę. Długo takiej szukaliśmy. Mateusz nie wie, że coś może być nie tak i jego rodzina nie jest pożądana w Polsce – i niech na razie pozostanie w tej niewiedzy. A że dzieci opowiadają w szkole o swoich rodzinach, to nie chcieliśmy, by Mat miał wychowawczynię, która na wieść o dwóch mamach będzie się wymownie dziwiła. Sporo ludzi już to rozumie, ale sporo jeszcze nie. Niedawno w sądzie prawnik Ordo Iuris miał do Marty tylko jedną kwestię. Zapytał: „Czy pani się nie pomyliła, że chodzi o pani syna Mateusza? Bo wcześniej składała zeznania pani Anna, która mówiła, że to jest jej syn”. Więcej uwag nie miał. Marta odpowiedziała, że nie rozumie, a sąd nie ciągnął tej kwestii dłużej.

W jakiej sprawie w ogóle składałyście zeznania?

O napaść na nas podczas Pikniku Tęczowych Rodzin w Gdańsku w 2017 r. Mogę o tym opowiedzieć i o perypetiach w szkołach też, ale może później? Lepiej zacznijmy od czegoś pozytywnego, co?

Proszę bardzo. Od czego pozytywnego chciałabyś zacząć?

(Ania wznosi obie ręce w geście zwycięstwa) Od tego, co się dzieje na ulicach! U nas w Gdańsku to jest coś niesamowitego. Mnóstwo osób, które w życiu nie protestowały, teraz krzyczą „Jebać PiS!”. Jeździłam w proteście samochodowym, zablokowaliśmy miasto, byłam też na demo pod siedzibą PiS. Gdy rozglądałam się wokół siebie, miałam wrażenie, że jestem tam najstarsza! Studenci na mój widok mówili: „Dzień dobry, pani profesor!”. Wczoraj wróciłam do domu, była 21:47, a oni jeszcze poszli pod kurię, bo było „słowo na niedzielę”. Doszliśmy do sytuacji, w której mówimy po prostu „wypierdalać”. Wulgaryzm, którego nigdy bym nie użyła w normalnych warunkach, teraz stał się adekwatny. Po prostu wypierdalać, dosyć! W tym kontekście niedawne, również wulgarne słowa Margot, której jestem fanką, nie wydają się „niczym takim”, a ludzie tak się na nie oburzali jeszcze dwa miesiące temu.

Na protestach jestem też zachwycona ilością tęczowych flag – i tym, jak są przyjmowane. Że są jak najbardziej na miejscu. Pamiętam te KOD-owskie manifestacje sprzed dosłownie paru lat. Bywało, że tęczowe flagi z nich wypraszano, nie rozumiejąc, że prawa człowieka to jest jeden pakiet, że prawa LGBT to nie jest nic „obok”, że to jest ta sama ścieżka.

Protestujący trafnie zidentyfikowali odpowiedzialnego za to wszystko – Kościół instytucjonalny.

Tak jest! Widziałam w sieci filmik ze Szczecinka, na którym grupa bardzo młodych dziewczyn stoi naprzeciw księdza, a on wobec nich zaczyna robić znak krzyża, egzorcyzmuje, co uważam, że jest religijną przemocą symboliczną. W końcu podchodzi do nich blisko, grozi im palcem – a one zaczynają do niego krzyczeć: „Wypierdalaj!”. Czegoś takiego wcześniej nie było. W iluś przypadkach protestujący weszli do kościołów, co też uważam za bardzo znaczące. Bo to, co było za drzwiami świątyni, było święte – a dziś wierni już wiedzą, że za tymi drzwiami dzieją się bardzo różne rzeczy, wcale nie tylko święte, dzieją się profanacje, dzieje się pedofilia.

W miastach, gdzie są kurie i pałace biskupie – podkreślam: pałace – ludzie nie idą pod swoje parafialne kościoły, tylko właśnie tam. Wiedzą, że „zwykli” katolicy nie mają żadnej władzy w Kościele. A z drugiej strony rozumiem też napięcie między katolikami a osobami niewierzącymi, bo autentycznie rodzi się pytanie: czy etyczne jest w dzisiejszej sytuacji pozostawanie w Kościele? Czy to nie jest tak, jak być w PZPR za czasów komunizmu? Etyczne jest dawanie na tacę? Puszczanie dziecka na religię?

Dlatego jestem tak ciekawy twojej opinii. Jesteś kobietą i matką, jesteś też lesbijką i aktywistką LGBT, a jednocześnie sam pamiętam, jak w jednym z filmów dokumentalnych mówisz z przekonaniem: „Jestem katoliczką, w moich żyłach płynie katolicka krew”.

Należę do klubu „Tygodnika Powszechnego”, biorę udział we wszystkich spotkaniach. Potrafi na nie przyjść po 200 osób. Jestem też na bieżąco w „Więzi”, w „Kontakcie” i oczywiście w Wierze i Tęczy. Nie czuję, by ten dzisiejszy wkurw tylu tysięcy, a nawet milionów ludzi, był wobec mojej katolickiej tożsamości. Ten wkurw jest wobec opresyjnego systemu władzy tych wszystkich śmietankowych panów w sutannach.

Niemniej my, katolicy, mamy etyczny problem. Gdybym weszła do restauracji i zorientowała się, że dochodzi tam do dyskryminacji kobiet, to bym po prostu wyszła, proste. Z Kościołem jest trudniej. Jestem jego częścią – a on jest zbudowany również na nierówności kobiet. Jednocześnie ten Kościół jest częścią mnie, ta metafora o „katolickiej krwi” jest trafna. Oddałam Kościołowi wiele lat życia, wiele energii. Nie zliczę, ile razy grałam do mszy. Ile pielgrzymek odbyłam. W mojej najlepszej intencji służyłam przez 14 lat we wspólnocie ruchu Wiara i Światło, jeździłam na obozy katolickie z dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną. I teraz się okazało, że ta wspólnota też była zbudowana na przemocy wobec kobiet, bo uważany za świętego Jean Vanier wykorzystywał swój duchowy autorytet do celów seksualnych, ponadto ukrywał przemoc seksualną swojego najbliższego współpracownika o. Thomasa Philippe.

Dla wielu, w tym dla mnie, odpowiedź brzmi: opuścić Kościół. Po co być w instytucji, która sieje nienawiść do ciebie?

A więc dlaczego ja nie wychodzę, prawda? Bardzo jest dla mnie ważne, by zarówno niewierzące osoby LGBT, jak i wierzące, ale nienależące do Kościoła katolickiego, zrozumiały mój punkt widzenia. Nie wychodzę, bo uważam, że jeśli już, to oni powinni wyjść, nie ja – oni, czyli ci wszyscy księża molestujący dzieci i ci, którzy te nadużycia tuszowali, ci wszyscy siewcy nienawiści, tak niezgodnej z samą istotą chrześcijaństwa. Ja mam się usuwać? Dlaczego? To nie ja molestowałam te wszystkie dzieci, to nie ja stosowałam całą tę przemoc – fizyczną i psychiczną. To nie ja wykluczam kobiety z kapłaństwa, to nie ja odbieram parom jednopłciowym dostęp do sakramentu małżeństwa.

Cel mamy podobny – reformę tego Kościoła – tylko strategię inną? To chcesz powiedzieć?

Rozumiem argument: „Przecież oni cię dyskryminują”. Ale gdybym ja miała odchodzić z każdej wspólnoty, w której mnie dyskryminują… Państwo też mnie dyskryminuje – powinnam wyjechać? Wielu tak robi i ja to rozumiem, ale sama podejmuję decyzję, że zostaję i chcę to państwo zmieniać. Społeczeństwo polskie też mnie dyskryminuje, współobywatele mnie zastraszają, moją rodzinę, moje dziecko. W mojej pracy – zostałam zwolniona z projektu, który sama napisałam, za to, że jestem, kim jestem: kobietą nieheteroseksualną. I że tego nie ukrywam, bo gdybym ukrywała, to pewnie byłoby OK.

Jak to zostałaś zwolniona z projektu w pracy? (Ania na Uniwersytecie Gdańskim wykłada psychologię społeczną, komunikację interpersonalną, procesy grupowe, kompetencje społeczne w budowaniu zespołu – przyp. „Replika”)

Rzecz działa się poza Uniwersytetem. Dano mi do zrozumienia, że sponsor projektu przekaże pieniądze na badania, jeśli ja zostanę z niego wykreślona. Moje własne koleżanki argumentowały, że dla dobra sprawy i dla zachowania całego projektu powinnam się wykreślić i „wziąć odpowiedzialność za to, że jestem rozpoznawalna”. Bo przecież powinnam liczyć się z konsekwencjami mojej publicznej działalności. A badania dotyczyły standardów pracy diagnostów laboratoryjnych – nic politycznego.

Nigdy wcześniej nie nosiłam na co dzień tęczowych elementów w stroju – a teraz noszę i namawiam innych, by mieli choć przypinkę.

Teraz jestem podekscytowana, bo na uczelniach powstają stowarzyszenia LGBT+. Dzieje się tak w Poznaniu, Białymstoku, i u nas w Gdańsku – to jest cudowne. Sytuacja z Margot spowodowała ferment na uniwersytetach. Ale wrócę do spraw kościelnych, ok?

Proszę.

Osoby LGBT będące w Kościele mają swoje strategie przetrwania. Jedna z nich, to „nic nie widzę, nic nie słyszę, ja się tutaj tylko modlę”. Teraz – i na tym polega cała zmiana – wszyscy katolicy muszą te strategie aplikować – i nagle widzą, jak jest ciężko. Coraz bardziej sami muszą zamykać oczy i uszy.

W klubie „Tygodnika Powszechnego” dostaję dużo wsparcia. Jest dużo opozycjonistów/ ek z czasów PRL-u i im w ogóle nie trzeba wyjaśniać kwestii z Margot. Margot tnie plandekę pogromobusa z homofobicznymi napisami? Wtyka tęczową flagę w posąg Chrystusa? Wypisuje hasła na murach? Oni to rozumieją, sami pisali kiedyś „Precz z PZPR”. Rozmowa o Margot i jej działaniach otworzyła przestrzeń do dyskusji o sytuacji ludzi LGBT dziś. Nagle odezwali się też inni wykluczeni – a to ludzie po rozwodach, a to kobiety po aborcji – każdy ma coś „na sumieniu”, gdy nasz Kościół tak łatwo wyklucza. Środowisko „Tygodnika Powszechnego” to są ludzie, którzy z otwartymi ramionami przyjęli w 2016 r. akcję Kampanii Przeciw Homofobii „Przekażmy sobie znak pokoju”. Są absolutnie przeciwni dyskryminacji osób LGBT w Kościele. Są świadomi, że Kościół musi się zmienić. Za każdym razem, gdy jakiś Czarnek powie coś homofobicznego, dostaję od moich przyjaciół z klubu SMS-y, że myślą o nas, że otaczają modlitwą.

Tylko, Aniu, jeśli – załóżmy – Kościół się zmieni, jeśli przejdzie te reformy, o których mówimy – kapłaństwo kobiet, zaprzestanie tuszowania nadużyć seksualnych, równe traktowanie osób LGBT, zerwanie aliansu z władzą – to nie będzie to już ten Kościół. Nie sądzisz? Ten Kościół, który znamy, po prostu runie. A tymczasem biskupi są jak monolit – a wśród nich nie ma nikogo z twojego środowiska „Tygodnika Powszechnego”.

Niech runie! My, katolicy, przeszliśmy wielką drogę przez ostatnie lata. Mam wrażenie, że tkwiliśmy w jakimś ciemnym pokoju, w którym nagle ktoś włączył światło. My o tym całym złu wiedzieliśmy, ale ciemności dawały nam alibi, pozwalały udawać, że nie widzimy, udawać, że tego nie ma. Po czym… Weź np. książkę mojej Marty „Zakonnice odchodzą po cichu” – ponad 60 tys. sprzedanych egzemplarzy, nakład jak u Olgi Tokarczuk. Albo weź „Sodomę” Martela. Potem zaraz fi lm „Kler”. Tego się nie da odzobaczyć, choć pewnie są tacy, którzy by chcieli. Wychodziliśmy z kina i musieliśmy powiedzieć: „Tak właśnie jest, tylko nie byliśmy w stanie tego przyznać”. Ja i wiele innych osób już jesteśmy zainfekowani „Klerem” – gdy jest ten ważny moment mszy i padają słowa: „Oto wielka tajemnica wiary”, to choćbym nie wiem, jak chciała, w moim wewnętrznym monologu dopowiadam wtedy słowa z „Kleru”: „Złoto i dolary”. I nic z tym nie zrobisz – pewnie zawsze już je będę dopowiadać. Następnie były dwa filmy Sekielskich. Znałam księdza Jankowskiego, a ksiądz Cybula był przyjacielem naszej rodziny! Poupadały też moje autorytety, instytucjonalny Kościół nam się rozpada jak domek z kart. A jak mają się czuć ci księża, którzy są przyzwoici, a słyszą, że ojciec Adam Żak został powołany do pilnowania, by chronić dzieci i młodzież przed księżmi? Gdy są wydawane dyspozycje, że ksiądz nie może dotykać dzieci, młodzieży, gdy powstają fundacje, których zadaniem jest wyjaśniać przypadki kościelnej pedofilii i pomagać ofiarom. Co to za instytucja jest? A skala tego wszystkiego jest niesamowita. Więc – niech runie, taki Kościół niech runie.

Jestem w Radzie ds. Równego Traktowania, która działa przy prezydentce Gdańska. Znam przypadki dyskryminacji w szkołach, gdy dzieci, które nie są zapisane na religię, są zmuszane do siedzenia na katechezie – oczywiście w ostatniej „oślej” ławce – i jeszcze mają wstawać, by okazywać szacunek modlącym się. Przecież to jest jawna dyskryminacja! A przedstawiciele Kościoła nie chcą wycofać religii ze szkół nawet na czas pandemii, bo wiedzą, że jeśli się na to zgodzą, to ta religia może już nie wrócić. Efekt? Katolicy i katoliczki masowo wypisują swe dzieci z katechezy. My Mateusza na religię nie posłaliśmy. Dlaczego? Bo wiem, co sama – jako osoba LGBT – przechodziłam w Kościele. Siostra, z którą miałam zajęcia, opowiadała o piekle tak sugestywnie, jakby co najmniej tam mieszkała. To gdzieś głęboko we mnie utkwiło – symboliczna przemoc, którą warto sobie uświadomić. Nie chcę tego dla mojego syna.

W Gdańsku wielu katechetów trzeba będzie zwolnić, bo młodzież masowo nie decyduje się na uczestniczenie w lekcjach religii. W szkole u mojego syna jest jeden rocznik, gdzie na religię chodzą… cztery osoby. Nie w jednej klasie, tylko w całym roczniku – cztery! Dzisiejsza młodzież mówi mi: my już nie chcemy być antysemitami, nie chcemy być homofobami, mamy w klasie geja czy lesbijkę – nie uczcie nas homofobii, nie wyświetlajcie nam tego cholernego „Niemego krzyku” o aborcji. Chcemy równości i chcemy troski o planetę, to nas zajmuje. A jak napiszesz do kuratorium, że jest homofobia na religii czy podżeganie do nienawiści, to kuratorium ci odpisze, że należy się zgłosić do wydziału katechetycznego archidiecezji gdańskiej. Rozumiesz to? I pisz sobie. To wszystko stoi na głowie!

Mariusz, a czytałeś niedawne stanowisko Episkopatu wobec ludzi LGBT? Ja przeczytałam i wiesz, co ci mogę powiedzieć? Zaczynają od miłosierdzia, od otwartości Kościoła na dialog, zaproszenia Jezusa do otwarcia na Niego serca, a potem nagle widzisz, że to jest wszystko misterna pasywna agresja i zapowiedź przemocy. ONZ już uznaje terapie reparatywne za tortury, kolejne kraje ich zakazują – a nasz Episkopat je zaleca!

I oczywiście mylą wszystko z wszystkim. Nie zadali sobie trudu, by choćby dać końcowy tekst do przeczytania jakiemukolwiek ekspertowi, bo gdyby dali, to nie byłoby tam „orientacji płciowej”. To są tacy ignoranci, że nie wiedzą nawet, czym jest orientacja seksualna, a czym tożsamość płciowa. Jednocześnie to oni mają władzę, którą my jako społeczeństwo im daliśmy – i będą tworzyć te ośrodki, a my będziemy się rzucać z mostów. Tymczasem słyszę kardynała Dziwisza, który filmu Sekielskich po prostu nie widział! A Leszek Sławoj Głódź rzucił, że „kiepskich filmów nie ogląda”. Bezczelność!

Po wyroku pseudotrybunału Polska masowo wyszła na ulice protestować, ale ledwo 5 miesięcy temu oddaliśmy w głosowaniu władzę prezydentowi, który zgadza się z tym wyrokiem.

(cisza) To jest straszne… Widziałam po naszej stronie totalne przeczulenie w społeczności LGBT na każde słowo, każdy gest, który Robert Biedroń zrobił dobrze albo niedobrze. Pojechał, wyjechał, wrócił, wystąpił, uśmiechnął się, nie uśmiechnął – ciągłe ocenianie i dzielenie włosa na czworo, a gdzie priorytety? Miesiąc po wyborach urządzili na nas łapankę. Standardy państwa prawa są praktycznie zawieszone i mogą na nas nasłać jakieś wojska obrony terytorialnej – i to właśnie oznaczało głosowanie na Dudę. Czy ludzie muszą zacząć ginąć, byśmy zobaczyli, co jest najważniejsze, a co mało istotne?

Jeszcze niedawno co rusz spotykałem ludzi LGBT zapewniających: „Ja nie czuję dyskryminacji”. Dodają jeszcze: „Nikt mnie nie pobił, nikt mnie nie zwyzywał” – tylko nie dodają, że siedzą w szafi e, wyoutowali się tylko ścisłemu gronu osób. I nawet nie czują, że to wynik dyskryminacji, opresji. Nie mówiąc już o tym, że ani ślubu ani związku partnerskiego zawrzeć w Polsce nie mogą. Myślę za to, że ta obecna sytuacja trochę w tych ludziach zasiała niepokoju. Dziś już chyba żadna osoba LGBT nie może powiedzieć: „Nie czuję w Polsce dyskryminacji”. Może to jest ta „zdobycz”? Że do wszystkich dotarło?

My, osoby LGBT, jako grupa społeczna, mamy przemoc znormalizowaną. Dla nas to jest oczywiste, że jesteśmy obrażani, że możemy zostać pobici, jeśli będziemy sobą w miejscu publicznym.

Na tym Pikniku Tęczowych Rodzin w 2017, o którym wspomniałam na początku, puszczano nam w kółko piosenkę „Pochód degeneratów”, w której są słowa „jebie wam się w głowie”, „anarchokomuchy”, „macie mózgi przeżarte dragami”, „zabijacie swoje dzieci”. Taka piosenka. I ja mam uzasadnienie sądu, że to jest piosenka patriotyczna! A gdy do nich wyszłam i powiedziałam, by wyłączyli – a wiedzieli, że w tej naszej grupie jest między innymi mój 4-letni wówczas syn – to krzyczeli do mnie, że jestem pedałem, pedofilem i że robię krzywdę mojemu dziecku i że oni zaraz zawołają policję, by policja zrobiła ze mną porządek. I według prokuratury to nie jest obrażanie?

Na jakim etapie jest ta sprawa?

Pierwotnie prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania ze względu na „brak interesu społecznego”, następnie po odwołaniu została objęta ściganiem z urzędu i umorzona, po czym znów wznowiona po naszym odwołaniu, i znów umorzona. W tej chwili jest ponowne wznowienie, po tym jak nasi prawnicy napisali prywatny akt oskarżenia. To jest sprawa o obrażanie nas, o napaść na nasze dzieci, nie odpuścimy. Ale to jest koszt psychiczny – od trzech lat na kolejnych sprawach staję z naszymi oprawcami twarzą w twarz. Jest z nimi prawnik Ordo Iuris, zachowują się wobec nas okropnie.

Coś tłumaczysz Mateuszowi z tego wszystkiego?

Mariusz, czuję się jak bohater filmu „Życie jest piękne”. Wokół trwa wojna, a ja jak Roberto Benigni, by ocalić moje dziecko, udaję, że nic się nie dzieje. Zapewne wszystkie tęczowe rodziny z małymi dziećmi są dziś w takiej sytuacji. Mówię mu, że to stereotypy i uprzedzenia są złe, nie ludzie. Wiadomości przy nim nie oglądamy. Po tej akcji na Pikniku on przestał spać sam na jakiś czas. Potem jeszcze drugi raz przestał spać – gdy zobaczył, jak zabijany jest prezydent Adamowicz, którego on znał. I który – przypomnę – równość dla osób LGBT wywodził z czysto chrześcijańskich wartości.

Odbywam teraz z Mateuszem edukację obywatelską – tłumaczę, że w wyjątkowych przypadkach, gdy dzieje się przemoc pod auspicjami państwa, trzeba temu państwu wypowiedzieć posłuszeństwo. On wie, że normalnie nie można trąbić, a podczas protestu samochodowego trąbił.

Innym razem przejeżdżał koło nas pogromobus – zapytał, co oni mówią, co reklamują? Jak ja mam to mu wytłumaczyć? Jak wytłumaczyć dziecku słowa mojego ministra Czarnka – mojego, bo jestem nauczycielką akademicką – o tym, że ludzie LGBT nie są równi normalnym ludziom? Albo słowa prezydenta Dudy, że nie jestem człowiekiem, tylko ideologią?

A jednocześnie – uważaj – prezeska pewnej organizacji, którą wspieram, organizacji zajmującej się dziećmi w pieczy zastępczej – mówi do mnie, bym przekazała „tym moim ludziom”, czyli „elgiebetom”, że to, co teraz robimy, to nie jest dobra droga i że „agresja rodzi agresję”. Powiedz im – wyjaśnia mi życzliwie – że trzeba edukować, trzeba uświadamiać, bo to, co teraz robicie, to jest przeciwskuteczne i tylko na tym stracicie, ludzie się odwrócą od was, ja oczywiście nie, ale inni tak. I co ja mogę powiedzieć? Mam 43 lata, działam, edukuję, buduję polityki równościowe i uświadamiam od kilkunastu lat. I dziś chce mi się krzyczeć razem z Margot: „Polsko, ty chuju!”.

Znam ten typ. Ci ludzie nie mają pojęcia, ile my wysiłku w to edukowanie włożyliśmy przez ostatnie 30 lat. Czasami nie wiem, kto jest gorszy – homofoby czy też ci „umiarkowani”, którzy niby są z nami, ale nas uciszają.

Ale wiesz co? Oni nas już nie uciszą. Przecież my już do szaf nie wrócimy.

Myśmy ruszyli mocno w 2018 r. Rok wcześniej było w Polsce 7 Marszów Równości, a w 2018 r. nagle zrobiło się 15, po czym w 2019 – 31. I wtedy już nasi wrogowie nie zdzierżyli, zaczęły powstawać „strefy wolne od LGBT”, zaczęły jeździć pogromobusy. Tylko teraz ta nasza wielka energia, którą widać obecnie na ulicach, powinna znaleźć jakieś przełożenie na politykę.

W Gdańsku w 2018 r. uchwaliliśmy Model ds. Równego Traktowania, pierwszą w Polsce politykę samorządową, uwzględniającą prawa osób LGBT. W tym samym roku Paweł Adamowicz objął patronatem Marsz Równości i szedł na jego czele. Teraz nie ma już z nami Prezydenta, ale wierzę, że znajdą się osoby, które naszą energię przełożą na politykę, tak jak robił to Paweł Adamowicz.

Wróćmy może do początku. Opowiesz, jak było z szukaniem szkoły dla Mateusza?

Chcieliśmy, by kadra szkoły była przygotowana na to, że Mateusz ma dwie mamy. Szkoła, którą w końcu znaleźliśmy, nie była przygotowana, ale była otwarta na to, nie było uprzedzeń. To już było coś. Przed rozpoczęciem roku szkolnego odbyłam cykl spotkań i szkoleń z kadrą pedagogiczną – jestem za nie bardzo wdzięczna. Nigdy nie ukrywamy ani w przedszkolu, ani teraz w szkole, że wszyscy troje jesteśmy rodzicami Mateusza. Tak więc wszyscy wiedzą. A jeśli chodzi o same dzieci, to w ogóle kwestii nie ma – i nie będzie, jeśli one nie nauczą się uprzedzeń od dorosłych. Dzieciaki gadają, że Mat ma lepiej, bo ma dwie mamy zamiast jednej i jeszcze tatę i też by tak chciały.

Zdarzyło wam się podczas tego szukania, że ktoś wprost wyrażał dezaprobatę?

O, tak, były odmowy. „Lojalnie ostrzegam…” i padały stwierdzenia, że dwie mamy nie będą uznawane. Myślałyśmy o szkole społecznej, wychodząc z założenia, że tam, gdzie bardziej kameralnie, łatwiej o akceptację – ale okazało się, że większość takich szkół w Gdańsku to są szkoły bardzo katolickie. Oczywiście, one tak się nie nazywają, bo do takich w ogóle byśmy nawet nie startowali. Bywały rozmowy zupełnie żenujące. Np. „Ale kim pani jest dla dziecka?” – pytanie do Marty. Albo „Która z pań jest z panem Leszkiem?”. Albo pan dyrektor na spotkaniu poprawiał Mateusza, gdy on o Marcie mówił „mama” – poprawiał go na „ciocia”, a Mateusz nie rozumiał, o co chodzi. Powiedziałam temu dyrektorowi wcześniej wszystko, ale nie chciał przyjąć do wiadomości. „Wie pani, u nas nie ma takiego dziecka”. I jeszcze przekonywał nas, że Mateusz powinien chodzić na religię. Mówię, że nie, a on, że siostra katechetka bardzo ładnie gra na gitarze. A ja, że rozumiem, ale nie. To wszystko było trudne. Gdańsk, duże miasto, XXI wiek.

Ale moc jest z nami. Dziś wszyscy protestujemy nie tylko w sprawie praw kobiet i osób LGBT, ale walczymy o cały kształt naszego państwa, o naszą przyszłość. I namawiam do bezkompromisowości.

Niedawno przeprowadzono w Polsce eksperymenty Miligrama i okazało się, że jako społeczeństwo jesteśmy dziś równie skłonni do uległości wobec władzy jak w 1978 r., gdy ostatni raz ten eksperyment przeprowadzono – niewiarygodne, ale prawdziwe. A wystarczy czasem jedna osoba, która wypowie posłuszeństwo – i nagle nadaje nowy kierunek całej grupie. Taką osobą jest w naszej społeczności Margot. Jeszcze rok temu rozmawiałam z osobami LGBT, które autentycznie płakały, że nikt w porę nie zareagował na tę słynną „cipkę” na Marszu Równości. Lamentowały, jak mogliśmy tak obrazić… Kogo? – pytałam. Jak mogliśmy tak obrazić… naszych własnych oprawców? W Kościele przez całe lata wybieraliśmy spójność grupy, poświęcając jednostki – poświęcając wykorzystywane, gwałcone dzieci, poświęcając kobiety. W końcu mówimy dosyć. To jest ten moment. Wypierdalać.  

 

Tekst z nr 88/11-12 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Rytm oporu

Moje pokoleniowe córki różnych płci i seksualności mogą wypowiadać siebie w sposób, jaki nie był mi dostępny. Zapytałam, czym dla nich są dzisiejsze manifestacje, szczególnie te aborcyjne

Tekst: Marta Konarzewska

 

W 1993 r. dostałam serię zastrzyków. Nie wiedziałam, co w nich jest, lekarz nie był rozmowny. Chodziło o to, żebym nie była już w ciąży. Z nikim specjalnie nie rozmawiałam, nawet z koleżankami, bo wstyd, albo ze wstydu na śmiesznie, ha ha, ale czy miałaś orgazm? Bo co my, polskie szesnastki, miałyśmy za wzór do seksualnych rozkminek, prowadzonych półszeptem, na fajce w kiblu? „Nagi instynkt”, czyli pamiętaj, zawsze oszukuj emocje, nigdy i za nic nie zakładaj majtek, zmysłowo przekładaj nogi. Lekarz rozmawiał z mamą, ponieważ to ona jest dorosła i płaci. Ja byłam ciałem, które narobiło problemów. Nie miałam narracji na to, co się wydarzyło, ani na tapczanie ani przed ani po. Co ja zrobiłam, czego chciałam, a czego chcieli ode mnie inni. Do głowy by mi nie przyszło, żeby to upolityczniać. Aborcja była niedostępna i tyle. Chyba że za pieniądze („bądź wdzięczna, że się udało”). Była niedostępna, ponieważ była zła, była grzeszna oraz nie dla mnie. Ponieważ byłam ciałem, które jeszcze nie umie decydować, umie tylko się puścić – choć nie wiadomo dokładnie, czego. Ze łzami w oczach oglądam współczesne seriale, np. „Skam”, gdzie nastolatka, gdy potrzebuje aborcji, to idzie przed zabiegiem do psycholożki, a z nią banda koleżanek. Mają wszystkie dostęp do narracji o samych sobie, o tym, co im się przytrafi a, co przy tym czują, co czuje ich ciało. Tak, „Skam” nie dzieje się w Polsce, dzieje się w Skandynawii. Ale gdy patrzę w oczy nastolatek z ostatnich protestów, wiem – to dzieje się tutaj, dzieje się właśnie teraz. „Nigdy nie będziesz szła sama”.

Dzisiaj tzw. najntisy to już vintage, powracają w wielkich dżinsach noszonych do swetrów, martensach i grandżu. Patrzę na policzki wytatuowane znakiem pioruna, na pioruny w oczach, boję się o nie – o te dziewczyny, co przez powracającą modę wyglądają naprawdę jak ja, boję się o siebie. A jednocześnie jestem spokojna. One wiedzą już coś, co pozwoli im przetrwać. Nie wiem, co dalej będzie, ale już nie ma powrotu. Mogą narazić się władzy, iść do więzienia, ale nie wrócą do więzień z własnych ciał. Patrzę na ojców, którzy stoją u boku swoich córek, w szacunku dla ich głosu i tożsamości. Słucham, co wykrzykują młode osoby o różnych autodefinicjach, różnych queerowych identyfikacjach, na różnych, nie tylko wielkomiejskich, ulicach i czuję tę nową rzeczywistość, nową krew. Mają lat tyle, co ja wtedy. Pokoleniowo – moje córki. Zmiana się dokonała i się nie cofnie. Moc idzie teraz z wnętrza, idzie z języka, który nagina się szybko. Moje pokoleniowe córki różnych płci i seksualności mogą wypowiadać siebie, swoje pragnienia, swoje ciała, granice tych ciał. One dziś wiedzą, że seksualność nie ma nic do rzeczy, gdy idzie o prawo do wolności i gniewu. Że dostęp do aborcji (jako realizacja jakiegoś podstawowego prawa ciała) dotyczy nas wszystkich, należy się i nie pozwolą sobie tego odebrać. Już nie chowają się po kiblach. Nie szepcą. Wyszły na ulice i się drą. Wiedzą też, że gender nie determinuje biologii i na odwrót. Że aborcja w bezpośredni sposób dotyczy też osób niebinarnych czy trans. I nieheteroseksualnych.

Zapytałam kilka bardzo młodych queerowych osób, które biorą czynny udział w protestach (np. organizują je, dbają o bezpieczeństwo, nadzorują, grają w Sambie), jak to jest – czym dla nich są manifestacje, szczególnie ta aborcyjna. Jak się czują w tych napęczniałych adrenaliną dniach i jak rozumieją nienaruszalność własnych granic.

Sasza, 17 lat, osoba niebinarna afab (ona/on), biseksualna:

Prawda jest taka, że aborcje wykonuje się tak czy siak. Jeśli masz dostęp do środków finansowych, które pozwolą ci wyjechać za granicę, albo kupić tabletki do aborcji farmakologicznej, jesteś bezpieczna. Dla mniej uprzywilejowanych kryminalizacja aborcji stwarza zagrożenie. To dotyczy wszystkich osób z macicami – czyli połowy społeczeństwa. Nie, nie tylko hetero – są przecież różne queerowe zestawienia w seksie, gdzie jest ryzyko zajścia w ciążę. Niemal całkowity zakaz aborcji wpisuje się też w strategię milczenia o cielesności i seksualności w ogóle i traktowania osób socjalizowanych do roli kobiety przedmiotowo. Ciała takich osób są od małego seksualizowane i traktowane jak obiekty. Mówi się nam, co możemy, a czego nie możemy z nimi robić. Nasze granice cielesne są w każdym momencie naszego życia naruszane, los naszych ciał jest zaplanowany odgórnie od momentu narodzin, a my jesteśmy z perspektywy prawicy tylko niewygodną otoczką wokół macicy z jakimiś roszczeniami… Boją się, że będziemy im równe – i słusznie, że się boją, bo teraz osoby są wkurwione! Nie chcemy już słyszeć o kompromisach, solidaryzujemy się i mówimy głośno o naszych prawach.

Jana, 20 lat, osoba queer:

Byłam pod Trybunałem już w czwartek 22 października – zaraz gdy ogłoszono „wyrok”. Było nas strasznie mało, może 15 osób plus tłum przeciwników i przeciwniczek aborcji z ich banerami, szczekaczkami, różańcami. A tu nagle parę godzin później już jest nas masa, masa, która wylewa się na ulice, która wie, że razem musimy się temu sprzeciwić. Jak się czuję? Jestem zachwycona solidarnością i energią ulicy. Ale jednak też nieco zmęczona hasłem #jebaćpis. Musimy pamiętać, od czego się zaczęło. „Seks to nie zbrodnia, ciąża nie kara, zechcę aborcji, to będę ją miała”.

Dlaczego protestuję? Gram w Rytmach Oporu, Sambie Warszawski Rumor, która należy do ogólnoświatowej sieci Rhythms of Resistance. Gramy na demonstracjach: „Tam, gdzie jest opresja, tam też jest opór!”. Przez pierwsze cztery dni protestów grałyśmy łącznie 24 godziny. A tak prywatnie, czemu tu jestem? Chodzę walczyć o swoje prawa. I o prawa wszystkich moich sióstr. Moje ciało to jest jedyna rzecz, którą naprawdę mam. Moje ciało i mój umysł – jest ze mną wszędzie i jest tylko moje. Jest moje, więc ja decyduję, co z nim robię, jak się z nim obchodzę i jak o nie dbam (bądź nie dbam). Nie należy do kościoła, ani do polityków, ani też nie do moich rodziców, partnerów i partnerek. To ja decyduję, jakie mam granice i jasno je komunikuję. „Moja macica to nie kaplica, a więc wara od niej!”. Państwo nas nie chroni i łamie nasze prawa na naszych oczach ale nas to nie zastraszy i nie podzieli. I wiesz, co jeszcze? Bardzo mnie cieszy, że uczymy się jawnie i otwarcie mówić o naszym bezpieczeństwie, o bezpiecznym komunikowaniu się ze sobą, o tym, jak przygotowywać się do demonstracji, jak z niej wracać. To jest duża zmiana świadomości. Myślę, że to nas dobrze przygotowuje na przyszłość, bo ta walka będzie długo trwała.

A gdybym spytała: „A co cię to w ogóle obchodzi? Aborcja, problem hetero…?”.

Aborcja dotyczy wszystkich osób, które mają macice, powinna być legalna, za darmo i bezpieczna. To nasza rola, żeby przypominać: decyzja należy do osoby, która decyduje się na przerwanie ciąży. Ty nie musisz mieć aborcji, ale czemu przeszkadzasz drugiej osobie, która jej chce lub potrzebuje? Zaczęłyśmy właśnie rewolucję i ona nie ogranicza się do walki o prawa kobiet i wolną aborcję. Walczymy też o prawa imigrantów i uchodźczyń, o prawa osób LGBTQ+, o pracowniczki i pracowników seksualnych, o prawa pracownicze, o prawa osób niepełnosprawnych, o edukację, o koniec kapitalizmu i eksploatacji ziemi, o sprawiedliwość klimatyczną i o naszą przyszłość, przyszłość ostatniego pokolenia!

Paulina, 19 lat, osoba panseksualna:

Zawsze przed protestami teraz czuję lekki stres. Analizuję wiele czarnych scenariuszy – to, jak na nie zareaguje cała moja grupa, w tym ja. Jak już wchodzimy i zaczynamy grać, czuję energię tłumu, krzyki i uśmiechy ludzi, w powietrzu czuć moc i doznaję już tylko szczęścia: jest nas tak wiele! Byłam na wielu protestach, ale na tych ostatnich ludzie naprawdę nie kryją się ze swoimi emocjami, wyrzucają z siebie całą tę złość… Czym dla mnie jest protest? To jest siła sprawcza ludzi. Wyjście na ulice jest buntem, niezgodą na zastaną rzeczywistość, solidarnością, której nic nie zatrzyma, a której rządzący tak się boją. Ja na protestach głównie gram z Sambą i lubię sobie myśleć, że daje to ludziom pozytywne motywacje do walki. Muzyka ma ogromną siłę, uwalnia napięcie, pozwala się wykrzyczeć. Traktuję to jak taką małą terapię.

Nienaruszalność granic? To mój spokój ducha. Nieingerowanie w moje przemyślenia, niewartościowanie ich. To brak konieczności wychodzenia na ulice, gdy panuje wirus. To prawo do przestrzeni na zajrzenie w głąb siebie i podjęcie decyzji zgodnie ze swoim sercem, życiem, przekonaniami. Swoboda rozwoju swoich własnych celów, nie czyichś. Ta granica została teraz naruszona… Jak to co mnie obchodzi aborcja? Mogłoby mnie nie dotyczyć wiele praw i to nie ma dla mnie żadnego znaczenia, dopóki będzie dotyczyć mojej siostry, matki, czy płaczącej dziewczyny spotkanej przypadkowo na ulicy. Mam dość tego, ile się myśli, że kobiety zniosą. Dość tego, że kobiety są wykorzystywane. Mam dość słuchania, ile bólu w sobie noszą te, które spotkały gwałty, uciszenia, niesprawiedliwość. Nie chcę już płakać razem z tymi kobietami, chcę dla nich walczyć. Wierzę, że w zjednoczeniu i solidarności kryje się siła.

Co ma tęcza do praw reprodukcyjnych, do Black Lives Matter, do osób pracujących seksualnie, do klimatu? Nie da się walczyć o swoje własne prawa, równocześnie odbierając je innym. Milczenie jest zgodą, a hasła głoszone w imię wolności nie mogą dyskryminować innych grup, to byłaby czysta hipokryzja.

Twój przekaz do innych? Dbajcie o siebie, ale nie rezygnujcie z walki. Solidarność znosi strach przed dyktaturą, a gdy przestaniecie się bać, nie pozostanie jej nic w zanadrzu.

Marceli, 21 lat, osoba niebinarna:

Jak się czuję? Od dzisiaj siedzę na kwarantannie, czyli nie mogę uczestniczyć w protestach, na których od ponad tygodnia pojawiałem się codziennie. Jest we mnie trochę smutku – czuję ogromną potrzebę walki o prawa moje, najbliższych i wszystkich innych osób z macicami. Gdyby ktoś spytał, co mnie to obchodzi? Odbieranie praw ponad połowie moich najbliższych nie mogłoby mnie nie obchodzić, nawet jeśli sam nie miałbym macicy. „Nigdy nie będziesz szła sama”!

Tęcza i klimat – co je łączy? Na co nam walka o równość, wolność i tolerancję na planecie, która chyli się ku upadkowi i na co nam zdrowa planeta bez wszystkich tych wartości? Tu chodzi o troskę, którą, darząc siebie nawzajem, możemy zdziałać piękne rzeczy. Pytasz mnie o granice, jak je rozumiem… Widzisz, wałkuję ten temat na terapii już od dłuższego czasu. Uczę się dbać o swoje granice i sam podejmować decyzję o moim ciele. Teraz niestety z gabinetu muszę wychodzić na ulicę, uczyć innych czegoś, co dla mnie zawsze było oczywiste – nikt nie ma prawa decydować o ciele drugiej osoby.

Bartosz „Sunny”, aktywista, osoba niebinarna:

Mój stan psychiczny odzwierciedla informacje o rozwijaniu się manifestacji, kolejnych osiągnięciach i porażkach. Oprócz wrażliwości na sytuację polityczną, są we mnie nieskończone zasoby determinacji, one dużo rekompensują, niezadowolenie czy smutek. Udział w proteście? Dla mnie to zaangażowanie, praca na rzecz dobrej przyszłości. Chcę wpływać na to, jaki jest świat. Nie widzę bardziej przejrzystej drogi do zmiany statusu quo, niż pełne zaangażowanie i danie z siebie, ile możliwe.

Nie widzę ani jednej przesłanki etycznej do zakazywania ani regulowania korzystania z aborcji. Łatwy dostęp do aborcji to fundamentalne prawo do zarządzania własnym ciałem, prawo człowieka. Teatrem ignorancji jest sądzenie, iż aborcja dotyczy tylko kobiet, tylko heteroseksualnych kobiet, czy tylko heteroseksualnych kobiet w małżeństwach – aborcja dotyczy każdej osoby, która hipotetycznie mogłaby mieć wykonany ten zabieg. Jako osoba, która sama z aborcji nie będzie mogła skorzystać, solidarnie walczę o prawo każdej osoby do indywidualnego wyboru.

Pytasz o granice, o wolność ciał. Odpowiedź będzie wyjątkowa, bo granice są w moim życiu wyjątkowe. Nienaruszalność to nic innego niż fakt, iż coś nigdy nie powinno zostać naruszonym. Nienaruszalność granic – granic, czyli wyznaczonych przez nas linii między „nie”, a „tak”, w ich obrębie – stanowi o ich absolutności, czego konsekwencją jest absolutna gotowość do ich obrony.

O ciele decydować może tylko ono samo, nikt nie może stawiać granic twojemu ciału (w obrębie twojego ciała, nie sprowadzajmy tego na libertariańskie sprzeczki na temat wielkości i wrażliwości pięści i nosa), ani ty niczyjemu innemu. Razem daje to konsekwencję w postaci przejrzystości granic osób i ich szanowaniu.  

 

Tekst z nr 88/11-12 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Kobieczyzna/Mężbieta

LIV FURGA mówi o sobie „them fatale”, kobieczyzna/mężbieta. Od ponad trzech lat, jako Livbertine, angażuje się w działania na scenie queer i polskiej burleski. Za dnia projektancie graficzne. W czasach pandemii – osoba aktywistyczna. Uczestnik_czka projektu „Naked Girls Reading” w ramach festiwalu Pomada. Element kolektywu scenicznych odszczepieńców Queer Explosion. A także – bohaterka naszego kalendarza „Afiszujemy się” (wersja błękitna – z kobietami i osobami niebinarnymi). Rozmowa Marty Konarzewskiej

 

Foto: Emilia Lyon

 

Jedno słowo na określenie tego kalendarza?

Wybuchowa mieszanina światów wewnątrz środowiskowego naczynia. Więc mieszanina. Albo wybuch!

Wow. I co teraz będzie?

Fala uderzeniowa po takim ładunku piękna!

Jedno słowo na ciebie?

Hmmm. Pytające?

A można pytać o płeć?

Można, nawet należałoby. Odrzucam binarny podział.

Nasz kalendarz jest z założenia „kobiecy”, a nawet – „lesbijski”.

Kobiecość jest dla mnie trochę łatką, trochę przywarą nadaną z genetycznej loterii. Nie odcinam się od niej, ale też jakoś szczególnie nie identyfikuję. Budzi mój ogromny sprzeciw, kiedy z ramienia kulturowego bagażu kobiecości narzuca mi się jakieś schematy zachowania, role społeczne, bariery. Z drugiej strony – kobiecość to ogromny ładunek siły jednoczącej pewną mniejszość. Z punktu widzenia biologii niepodważalnie jestem istotą o cechach kobiecych i z tym jestem pogodzona. Jako osoba o potencjale do wydania potomstwa (i w oczach niektórych o takiej powinności) mam w tym kraju o co walczyć. Szczególnie, że nie chcę mieć dzieci i nigdy nie było mi to bliskie zagadnienie.

„Zagadnienie”, no wiesz!

(śmiech) Jeżeli chodzi o niebinarność – zaimki i rodzaje mogą być dowolne. Wyznaję zasadę: mów mi, jak chcesz, byle z szacunkiem i dobrą intencją.

„Lesbijka”?

Ciężko mi się utożsamić. Kiedyś na drodze moich poszukiwań, umiejscawiałxm (pisownia intencjonalna – przyp. red.) się raczej w sytuacji chłopca, najprawdopodobniej geja, zamkniętego w ciele kobiety. Ale wtedy jeszcze niewiele słyszało się o odmiennej tożsamości (jedynie o tych skrajnych – kobieta homo, mężczyzna homo, osoba trans). Niewiele o queerze i seksualności poza odniesieniem do tej binarnej relacji z innymi osobami. No ale kobiety! Uwielbiam kobiety! Osoby o kobiecym pierwiastku, androgyniczne, takie pomiędzy. Zdecydowanie bardziej interesuje mnie detal niż ogół, a za nieistotny ogół uważam m.in. płeć osoby. W kontekście tego kalendarza „lesbijski” oznacza pewnie, że jest on skierowany do nieheteronormatywnych kobiet. Jak dla mnie, niech będzie on dla każdego, kto_sia uzna go za interesujący!

Pogadajmy o innych twoich działaniach w blasku fleszy. Burleska. Wciąż występujesz?

Teraz mniej.

Czym ona jest – bo chyba nie tym, co można sobie wyobrazić po filmie z Cher i Aguilerą?

Burleska w znaczeniu ogólnym jest po prostu performatywnym kuszeniem, art of the tease, czy też – w dużym uproszczeniu – performatywnym zdejmowaniem z siebie ciuchów (lub też wcale nie!). Oczywiście, ze względu na swoją historię, często jest utożsamiana z modą retro, old Hollywood glam – pończochy, gorsety i pióra – jednak dużo się w międzyczasie pozmieniało. Burleskę można podzielić na tę bardziej klasyczną – odwołującą się do korzeni i neoburleskę – zazwyczaj narracyjne sceniczne widowisko zawierające elementy stripu. Dla mnie burleska jest bardziej punktem startowym, niż czymś zamkniętym w twarde definicje.

To znaczy?

W każdej sytuacji, gdzie to osoba kobieca przejmuje kontrolę, widzę potencjał wywrotowy. Chodzi także o kontrolę nad swoim wizerunkiem, obrazem, seksualnością. O wyznaczanie samej sobie granic i ról. Nagość może być kuszeniem, może być ładnym obrazkiem, celebracją przyjemności i rozrywką, ale może też być wyzwoleniem, okazją do wypowiedzi na ważne tematy. Dla mnie jest głównie eksploracją wizualno-muzycznych inspiracji, narzędziem do wprowadzania myśli niekoniecznie rozrywkowych w przestrzenie klubowe i sceniczne, przemycania podprogowych treści.

Jak twoje zdjęcie w kalendarzu. Roznegliżowane do „old Hollywood glam” majtek ciało, wyzywający wzrok, a na twarzy pończocha. Niby kabaretkowa, a riot. Zdjęcie daje dyskomfortową przyjemność – nie wiadomo, czy mówisz: „no chodź”, czy: „#wypierdalać”.

Jedno i drugie! Wydarzenia i nastroje polityczne ostatnich miesięcy pokazują, że wyczerpuje się potencjał sprawczy potulnego i potakującego sojusznictwa. Czas przestać przepraszać za swoją obecność i przyjmować submisywną postawę. Czas spróbować czegoś spoza asortymentu „poprawnych” form protestu, szukać nowych. Tym jest dla mnie w swojej symbolice kominiarka. Nawiązaniem do radykalnych środków – Pussy Riot, fikcyjnej gejbojówki „Fag fighters” Karola Radziszewskiego. Niesie ze sobą punkową, wkurwioną energię, którą ja przenoszę na scenę w swoich performance’ach i która napawa mnie odwagą do aktywistycznego działania.

I tym jest właśnie dziś queerowy performance? Projektowaniem dyskomfortu, protestem? A co z zabawą, lekką sztuką, rozrywką?

Performowanie kiedyś było dla mnie głównie narzędziem do eksplorowania swojej relacji z ciałem jako narzędziem, nośnikiem informacji emocjonalnej. Oprócz tego – okazją do zabawy w DIY, majsterkowaniem, szyciem, pracą dłońmi. Od początku nie było we mnie przekonania, że burleska to idealna forma – nie widzałxm w sobie słodkiej pin-up girl ani predyspozycji do zabawiania widowni humorem. Ale spróbowałxm po swojemu, bardziej na poważniaka, i okazało się, że to też działa! To jest niesamowite uczucie, kiedy ktoś podchodzi do ciebie po występie i mówi, że coś było dla niego ważne lub wywarło emocjonalną reakcję. Scena, szczególnie ta klubowa, daje mnóstwo siły. Kiedy masz poczucie, że w państwowej telewizji na ciebie szczują, a dla większości społeczeństwa zwyczajnie nie istniejesz – tutaj zagarniasz kawałek miejskiej przestrzeni, przejmujesz ją na kilka minut, możesz stworzyć dowolną fantazję – rozszerzenie swojej osoby i sprawiasz, że tu jest twoje Miejsce.

W kontekście Miejsca istotna jest też świadomość przywileju wynikającego z życia w dużym mieście – tutaj istnieją przestrzenie do odnajdywania się. Są dwa problemy – te lokalowe, związane z prywatyzacją i znikaniem klubów, inicjatyw, no i bardziej aktualnie – brak dostępu do życia klubowego w ogóle – przez pandemię. Myślę, że to szczególnie trudny czas dla osób queerowych, które takiej przestrzeni sobie jeszcze nie znalazły, na przykład po przeprowadzce na studia do nowego miasta, żeby uciec od małomiasteczkowego strachu.

Scena performerska jest różnorodna pod kątem ciężkości treści, ze zdecydowaną przewagą tej lżejszej, rozrywkowej. Ona też jest super i bardzo potrzebna – to celebracja naszej mniejszościowej kultury, idealna opcja na odreagowanie frustracji. Uwielbiam w tym uczestniczyć jako widownia! No i mamy też nasz przegięty teatrzyk – Queer Explosion. Tomek Szczepanek (reżyser) dba o to, żeby było odrobinę politycznie, dwudennie, ale przede wszystkim rozrywkowo, kampowo. Takie przegięte queerowe jasełka, gdzie nabijamy się z naszej lokalnej rzeczywistości do akompaniamentu Britney, Madonny i Majki Jeżowskiej. Dwa odcinki mamy za sobą.

Gdzie to można oglądać? W klubach?

Tam, gdzie scena pomieści 8 osób naraz. (śmiech)

Dla mnie szczególnie ważny był twój udział w przedsięwzięciu, które współtworzę z Betty Q (pierwszą polską performerką burleski). Teraz nazywa się to „Bez okładek”, wtedy jeszcze „Naked Girls Reading”. To spektakl, w którym nagie kobiety czytają na scenie fragmenty tekstów literackich ułożonych tak, by tworzyć spójną opowieść. Ta, w której wzięłaś udział, była historią polskiego queerowania „kobiety”.

W „Naked…” wzięłam udział dwa razy – raz w Kawkowie podczas burleskowych kolonii z Betty Q, drugi raz w ramach otwarcia queerowego festiwalu Pomada w PKiN. Pierwszy raz był niesamowicie bezpieczną przestrzenią, zaopiekowaną, tematyka tekstów była dość dowolna i mój ostateczny wniosek jako widzki i performerki był: zdecydowanie wolę to oglądać! Jednak, kiedy razem z Betty zaprosiłyście mnie do udziału w Pomadzie, nie wahałem się zbyt długo. Jak można odrzucić tę perwersyjną, abstrakcyjną przewrotność znajdowania się nago w Pałacu Kultury?! Tematyka tekstów i kontekst też były mi dużo bliższe – nie chodziło po raz kolejny o projekt „typowo kobiecy”, nie było już dyskusji o tym, że trzeba mieć buty na wysokim obcasie i pomalowane usta.

Założyłaś takie z męskiej półki w sklepie. Siedziałyście jako ożywione rzeźby i czytałyście stare teksty. Na przykład Marii Konopnickiej, Piotra Własta.

Tak, to jest w ogóle świetna inicjatywa – Queer Archives, Pomada, poczet Karola Radziszewskiego. Queerowa archeologia – budowanie bazy odniesień, utrwalanie języka (również wizualnego), pozytywnego dziedzictwa i przekazu, nie tylko w kółko wkurw, reakcyjność i demonstracje. (śmiech)

Razem z Betty dostawałyśmy połajanki za „Bez okładek”. Że przedstawiamy kobiety jako obiekt, wystawiamy ciała na ogląd itd. Przy okazji tego kalendarza też były dyskusje o nagości. To ciekawe. Współczesna kultura jest bezwstydna, pornograficzna, np. włączam telewizor, a tam jacyś ludzie zamknięci na jakiejś wyspie, by się erotycznie dopasowywać, a widzowie decydują, kto z kim dzisiaj śpi. Dziewczyny w kółko chodzą w bikini, faceci się prężą w basenach. Oglądamy to i luz. Tam, gdzie się udatnie kłamie, że nie o nagość i nie o wymianę kobiecych ciał idzie, wszystko uchodzi płazem, a tam gdzie się nie kłamie – kłopot. Feministyczna narracja o kobiecym ciele pod władzą męskiego spojrzenia w zestawieniu z pruderią i zwykłym ludzkim wstydem wciąż skłania do tej samej wątpliwości: co znaczy rozebrana kobieta przed obiektywem, na ekranie, na scenie, na własnym balkonie? Wolno jej się rozebrać?

Wydaje mi się, że ten temat jest po prostu w kółko natrętnie moralizowany. A ciało kobiece usilnie sprowadzane do obiektu seksualnego, nikt archetypicznemu Januszowi z brzuszkiem na deptaku nie powie, że jest wyuzdany czy amoralny i kusi do agresji na tle seksualnym. Kobiecie wystarczy odsłonić ramię czy pępek.

Marzy mi się taka sytuacja, że o tym ciele się po prostu nie mówi, że każde jest okej i bezpieczne, ale daleko nam do idealnego świata i ten polityczny potencjał kobiecej cielesności warto eksplorować. Można i trzeba. I jak zdarta płyta zwracać uwagę, kiedy ktoś nam w tę wolność cielesną ingeruje – seksistowskim dresscode’em, zmuszaniem do rodzicielstwa, okrzykiem na ulicy.

Totalnie wolno robić kobiecie, cokolwiek ona sobie życzy. Byle tylko nie robić krzywdy innym – takie jest moje podejście. Ta nagość i to ciało należy do niej i jest naturalne. Oczywiście, wiele osób będzie próbowało przekonywać, że burleskę, czy też czytanie nago, należy zostawić do sypialni, dla męża najlepiej. Monogamicznie, oddańczo, z powinności. Straszne rzeczy.

(śmiech)

Jako osoba o skłonnościach do obsesyjnego myślenia o ciele, celebruję traktowanie ciała jako worka.

Na emocje, konflikty, sygnały o nich?

Na to, co naprawdę istotne. Worka, który czasem się rozpruje, czasem, najlepiej z pewną regularnością, trzeba o niego zadbać i nareperować. Wiwat ciałoobecność i ciałonormatywność!

Feministyczny przekaz.

Jest mi bliski feminizm pod sztandarem znaku równości między płciami, taki uwzględniający totalne pominięcie tego tematu w różnych aspektach życia. Możliwe, że to przez mój brak przywiązania do płci, ale strasznie denerwują mnie feministyczne inicjatywy, które tylko cementują binarny podział – kult cipki i organizowanie warsztatów skupiających się na urodzie, siostrzeństwie pod różową banderą. Często to jest tylko ładne opakowanie dla lokowania produktu lub nowej niezależnej marki sprzedażowej, chcącej zarobić na dziewczyńskiej oprawie (cokolwiek to znaczy!).

Jaka jest obecność sceniczno-aktywistycznego ciała w czasach COVID?

Życie sceniczne jest znacznie utrudnione – w ograniczony sposób lub wcale nie działają kluby, a poza tym… występując, jednak namawiasz do bywania w zatłoczonych miejscach, średnio mi to moralnie siedzi. Na szczęście pojawiła się inna inicjatywa, również mająca swoje korzenie w przestrzeniach klubowo-dj-skich, która zajmuje moją pandemiczną głowę. Powstała jako bezpośrednia reakcja na wydarzenia z Krakowskiego Przedmieścia, czyli aresztowanie Margot, samą formę tego wydarzenia i późniejsze – tak nieadekwatne do sytuacji – konsekwencje. Zgarnięcie z ulicy prawie 50 osób, w tym bardzo bliskich znajomych. Osoby ze środowiska dj-skiego postanowiły się zmobilizować, by stworzyć formę klubowej queerowej służby porządkowej: nagrywać demonstracje, pilnować porządku sanitarnego, stanowić drogę kontaktu do organizatora. Zaczęłyśmy w sumie od zera, czyli od warsztatów prawnych o przepisach dotyczących zgromadzeń. Cały czas jesteśmy aktywne i aktywni, robimy mniejsze i większe projekty w przestrzeni miejskiej, nawiązaliśmy współpracę z organizacjami działającymi na rzecz osób w kryzysie bezdomności i stale szukamy okazji do poszerzania naszych działań. Teraz na tapecie mamy kolejną akcję-zamieszanie – wspólne gotowanie dla osób bezdomnych połączone z promowaniem inicjatyw w postaci dj-skiego streamu i dyskusję o tym, jak pandemia i brak klubowego życia wpłynęły na zdrowie psychiczne osób ze środowiska, uczestniczek i uczestników nocnego życia.

Ta anonimowa grupka daje mi też możliwość wykorzystania graficznych umiejętności w sposób, który lubię – sprawczy, zaangażowany, totalnie odmienny od codziennej prackowej korporzeczywistości, która wzbudza we mnie głównie odrazę i wyrzuty sumienia, no ale zapewnia przywilej stabilności w tych ciężkich czasach.

Grupka może anonimowa, ale ty niekoniecznie. Rodzina nie ma problemu?

Poprzednie moje ukazanie się w popularnej gazecie dużego formatu skończyło się prawie zerwaniem kontaktów rodzinnych. Chodziło oczywiście o nagość i ciało i „coludziopowiedzizm” rodzicielski. Teraz jestem trochę w innym miejscu, trochę musiało przestać mi zależeć na podtrzymywaniu sztucznych konstruktów społecznych, które dla zasady trzeba pielęgnować i stawiać ponad swój dobrostan. Kiedy ostatnio ukazały się napisy na MEN, mój ojciec myślał, że to ja stoję za tą „rebelią”. Powiedział tylko: „mam nadzieję, że nie masz żadnych zdjęć, dowodów”. To było zaskakujące, bo kilka dni wcześniej zrobili mi dramę o tęczową fl agę na balkonie i „krzyczenie do sąsiadów o swojej inności”. To jest po prostu coś, czego nie zrozumieją osoby, które nie są częścią mniejszości, które lubią wygodę i bezpieczeństwo, jakie zapewnia konformizm. Nie zrozumieją, nie będąc częścią społeczności, względem której władze państwa otwarcie stosują nienawistny język. I oczywiście – głosują na PiS, chociaż moja matka ze strachu o mnie i potencjalną odpowiedzialność za krzywdy czasem unika wyborów w ogóle.

 

Tekst z nr 88/11-12 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

  

Ile kosztuje aktywizm LGBT?

SŁAWEK WODZYŃSKI twierdzi, że aby zmienić Polskę, potrzeba więcej Bartów Staszewskich. BART STASZEWSKI potrzebuje natomiast jednego Sławka Wodzyńskiego. Aktywistami są obaj, ale tym razem opowiadają o swoim życiu po zejściu z barykady i odwieszeniu na kołek tęczowych flag. Rozmowa Mateusza Witczaka

 

Bart (z przodu) i Sławek, foto: Paweł Spychalski

 

Barcie, dzieciństwo spędziłeś w Szwecji, a nastoletnie lata – w Lublinie. Do stolicy wyjechałeś już z dowodem osobistym, by – jak powiedziałeś w jednym z wywiadów – „szukać miłości”. Udało się?

Bart Staszewski: Tak. Ale to była pierwsza, młodzieńcza miłość, potrwała ze dwa lata i znikła. Potem tułałem się, tułałem… aż dotułałem się do Stowarzyszenia Miłość Nie Wyklucza, którego billboardy zobaczyłem w Warszawie. I tam poznałem Sławka.

 Sławek Wodzyński: Źle pamiętasz, to były billboardy Kampanii Przeciw Homofobii!

Zakładam, że Sławek wie, o czym mówi, bo już wtedy był czynnym aktywistą.

SW: Jakoś koło 2010 r. zacząłem obserwować Miłość Nie Wyklucza na Facebooku, podobnie jak Wojtka Szota, który na swoim blogu „Abiekt” bardzo ostro i bezkompromisowo pisał o tym, co się dzieje w środowisku aktywistycznym. Czy słusznie – to inna sprawa. Na pewno interesująco. Miłość Nie Wyklucza zorganizowała wtedy otwarte spotkanie w kawiarni Leniviec w Śródmieściu. Przyszło ze 20 osób. Wiele z nich włączyło się później w aktywizm, a wręcz zostało ważnymi działaczami – chociażby Hubert Sobecki czy Oktawiusz Chrzanowski, którzy też się wtedy w Lenivcu pojawili.

Bart dołączył później?

SW: Trzy lata później. Akurat debatowaliśmy o tym, żeby się wreszcie sformalizować.

Od razu wpadliście sobie w oko?

BS: Jak pierwszy raz przyszedłem, to Sławek udawał, że mnie nie widzi. Nienawidzę takich sytuacji, od razu pomyślałem: dobra, dobra, możesz sobie udawać, ale będziesz mój. Poprzeczka była jednak zawieszona wysoko, więc trzeba było zacząć taniec godowy.

Na czym polega taniec godowy Barta Staszewskiego?!

BS: Zaczęło się od puszczania oka na imprezach… Ale ciągle miałem wrażenie, że Sławek mnie nie zauważa. Dopiero potem dowiedziałem się, że ten typ tak ma, on po prostu nie pokazuje za bardzo emocji. Natomiast wtedy totalnie czułem się ignorowany, co strasznie mnie irytowało. Strasznie.

Sławku, tak szczerze: ignorowałeś Barta?

SW: Nie szukałem wtedy związku. Byłem sam i było mi z tym dobrze.

BS: Jak tylko próbowałem go przyciągnąć wzrokiem, od razu patrzył w drugą stronę! W pewnym momencie, pamiętasz, podszedłem do ciebie, niby o coś tam zapytałem… i zacząłem wprost podrywać. Wtedy już Sławek musiał ulec moim zalotom, nie było wyboru. Nie żeby z początku pisał się na jakąś długoterminową relację, ale ja już się przyssałem jak huba do drzewa.

SW: Zaraz potem wyjechałem do Birmy. Jakoś dwa-trzy miesiące po moim powrocie Bartek musiał opuścić mieszkanie, które wynajmował na Pradze… No i stanęło na tym, że wprowadza się do mnie.

Nie za szybko?

BS: Ja z natury jestem stateczny, naprawdę. Byłem przeciwnikiem tak szybkiego „formalizowania” związku, zawsze wydawało mi się, że po DŁUGIM czasie BYĆ MOŻE dałoby się razem zamieszkać, no bo przecież to duże ryzyko… A u nas to było: pyk, wprowadzam się! No bo ile myśmy się widywali?

SW: Z pół roku w sumie. A jako związek – nawet mniej.

BS: Sławek lepiej zna daty i godziny, ja zawsze mylę chronologię, bo mi się wszystko w życiu dłuży. Zapomniałem nawet o jego czterdziestych urodzinach. (śmiech) Niby nie obchodzi, ale był foch.

SW: Kiedy ja naprawdę nie przywiązuję do nich wagi.

BS: Ja przywiązywałem, ale już się z tobą trochę oduczyłem.

To jak spędzacie takie urodziny-nieurodziny?

BS: Wstajemy z łóżka, co nam długo zajmuje, po czym… w sumie nic się nie dzieje.

SW: To dzień jak każdy inny.

BS: Znacznie bardziej jestem przywiązany do Świąt Bożego Narodzenia. Potrzebuję choinki, gestów, ozdób, tradycji…

SW: …prezentów, prawda?

BS: Też. Najgorsze, że ty się buntujesz, kiedy ktoś ci próbuje zrobić niespodziankę. Jakby ci ją zrobić – pewnie byś się oburzył i wyszedł.

SW: Bo nie lubię się bawić na zawołanie, nie przepadam za przymusem. Dlaczego niby „muszę” się bawić w jakiś konkretny dzień?

Nawet podczas parady?

SW: Parady są dla nas raczej formą aktywistycznego obowiązku niż samą zabawą; albo robimy live’y czy zdjęcia – choćby w Warszawie – albo sami je organizujemy – jak Marsze Równości w Lublinie. Nawet jak byliśmy na pierwszym Marszu Równości w Kaliszu, teoretycznie „dla siebie”, to też oprowadzaliśmy zagranicznego dziennikarza.

BS: Czujemy wielką potrzebę, żeby pójść z Marszem, ale traktujemy to w kategoriach powinności. To dla nas obowiązek, nie fun. Oczywiście są ludzie, którzy uwielbiają chodzić na Marsze, machać tęczową flagą, tańczyć, spocić się pod sceną… ale to nie nasz klimat. My z natury jesteśmy introwertykami, czego nie widać, bo takie sobie wybraliśmy życia, że musimy być na pierwszej linii frontu: spotkać się z dziennikarzem, załatwić coś z politykiem albo wystąpić razem z organizacjami pozarządowymi.

SW: No, „musi” to robić Bartek. Ja raczej za tym nie przepadam.

BS: Ale też często w tych inicjatywach uczestniczysz, choć w cieniu. Nawet jeśli nie występujesz przed dziennikarzem, to często jesteś przy mnie. Pomagasz mi, choćby w Białymstoku.

SW: Pojechaliśmy tam razem, ale założenie było takie, że Bart tylko dokumentuje wydarzenie, nie uczestniczy w Marszu jako takim. Ja natomiast miałem wziąć udział.

Bałeś się?

SW: Cały czas. Ale o siebie, nie było czasu bać się o Barta. Zresztą już się trochę przyzwyczaiłem: Bartek lubi na przykład Marsze Niepodległości, na których robi zdjęcia, uchylając się przed racami, kamieniami i butelkami.

A ty, Barcie? Kiedy ostatnio rozmawialiśmy prywatnie, pisałeś, że obawiasz się o swoje bezpieczeństwo. W mediach społecznościowych krążyło wtedy twoje zdjęcie z dopiskiem „pedofil”, a komentatorzy prawicowych portali byli wręcz oburzeni, żżaden sąd nie skazał cię za zbrodnie przeciwko narodowi.

BS: Na Marszu Niepodległości czy Marszu Równości w Białymstoku nie ma czasu myśleć o strachu. Adrenalina daje takiego kopa, jakbyś skakał na bungee, tyle że przez parę godzin. Co innego, gdy padam ofiarą kilkumiesięcznej nagonki, tak jak było na jesieni ubiegłego roku, gdy Telewizja Polska emitowała dzień po dniu moją twarz, opisując mnie jako anty-Polaka i sugerując, że finansuje mnie zagranica. Potem poszły viralowe kampanie na Facebooku i Twitterze. Wtedy strach, rzeczywiście, był. Całe szczęście, że musieliśmy wtedy zakładać maseczki, bo bez bałbym się wyjść na ulicę.

SW: W Białymstoku baliśmy się wszyscy. Sam zapobiegawczo pozdejmowałem tęczowe przypinki i nie wziąłem fl agi. Dlatego jak spotkałem Julię Maciochę (organizatorkę warszawskiej Parady Równości – przyp. red.), która szła ulicą w tiulowym kostiumie, pomyślałem: „Ja pierdolę, zaraz się na nią rzucą”. Policji było bardzo mało. Cały czas leciały w nas petardy i kamienie, zapłakana Renata Kim (dziennikarka „Newsweeka” – przyp. red.) robiła relację, starając się przekrzyczeć kilkuset kiboli. Gdyby na nas ruszyli – to tych trzech mundurowych na krzyż nawet by nie zdążyło wyciągnąć pistoletu czy pałki. Obawiałem się, że będą ofiary śmiertelne, że nas zatłuką. Fakt, że skończyło się „jedynie” na złamaniach i pobiciach, to jest cud.

Na aftera, rozumiem, nie dotarliście?

BS: Tam chyba nawet nie było żadnego aftera, a poza tym my naprawdę jesteśmy introwertykami. Napędzają nas adrenalina, siła, wkurw, chęć zmiany społecznej, ale „zabawowi” nigdy nie byliśmy.

SW: Jak byłem młodszy, w czasach studenckich, to się po klubach chodziło, ale chyba trochę z tego wyrosłem. Czasem po Paradzie złapiemy znajomych z innych miast, pójdziemy coś wspólnie zjeść – ale to tyle.

BS: Nasz sposób bycia, fakt, że ciągle jesteśmy na barykadach, sprawia, że jesteśmy dosyć samotni. Trudno znaleźć z kimś spoza aktywizmu wspólny temat do rozmowy. Mam wręcz wrażenie, że czasem zanudzamy naszych znajomych rozmowami o aktywizmie. Tymczasem my tymi tematami żyjemy. Często nie mamy nawet wakacji, bo – dajmy na to – moje sprawy sądowe sprawiają, że nie mogę się ruszyć z Polski.

Strofujesz Dudę, debatujesz z Bodnarem, spotykasz się z Obamą, trafiasz na listę liderów „Timesa” – przecież to są towarzysko superciekawe tematy!

SW: Dla nas – tak. Ale większość osób nie żyje polityką. Nawet przedstawiciele naszej społeczności nie chcą non stop gadać o „strefach wolnych od LGBT+” i Czarnku. Oni chcą wieczorem iść do klubu, potańczyć, poszaleć.

BS: A nie gadać o Dudzie. Duda jaki jest – każdy widzi, przy piwie to niezbyt atrakcyjny temat. Dlatego dużo czasu spędzamy w domu, który bardzo sobie cenimy. Najbardziej obawiałem się zresztą, że policja wymyśli sobie – w związku ze „strefami” – żeby nam ten dom przeszukać. Przykład Eli Podleśnej dał nam wszystkim do zrozumienia, że aktywiści nie mogą czuć się bezpiecznie. Mundurowi mogą do nas zapukać o szóstej nad ranem i pod byle pretekstem wywrócić mieszkanie do góry nogami. Nie zniósłbym tego. Dom to nasz bezpieczny azyl. Tu planujemy, knujemy, działamy, wymyślamy.

I się relaksujecie?

SW: Tak, oglądamy seriale, bo dla Bartka nieobejrzenie wieczorem serialu to jest najgorsza obraza. Jeśli z jakichś względów uznam, że jest już za późno, bo rano muszę wstać do pracy, jest na mnie autentycznie zły.

BS: Wściekły! To jest nasz rytuał, codziennie oglądamy na Netfliksie czy HBO minimum jeden odcinek. Uwielbiam kryminały, science fiction, horrory, no i wszelkiej maści filmy dokumentalne. Te ostatnie bywają pożywką dla mojej pracy, często mnie inspirują albo stają się pretekstem do dyskusji ze Sławkiem.

SW: Tymczasem ja cierpię, bo Bart nie chce oglądać poważnych filmów: klasyki czy kina festiwalowego. Trudno jest go namówić, bo zazwyczaj wieczorem jest zmęczony i chce się odmóżdżyć.

To co ostatnio oglądaliście?

SW: Męczymy „Lupina”, ale jest straszny; Bart oglądał „Katlę”. Beze mnie, bo się pokłóciliśmy.

BS: My tak często mamy. (śmiech) Sławek idzie do drugiego pokoju, a ja kontynuuję oglądanie. Bardzo lubię dokumenty kryminalne. Próbowaliśmy skończyć „Synów Sama”, ale serial okazał się przegadany. Zaciekawił mnie natomiast „The Staircase”, który otwiera oczy na problemy ludzi niesłusznie oskarżonych, przyznających się do winy w wyniku nacisków. Chciałbym, żeby w Polsce też takie dokumenty powstawały i żeby oddziaływały na społeczeństwo. Wyjaśniały, dlaczego areszty wydobywcze są złe i dlaczego nie mogą pełnić funkcji środka zastępczego. Jak słyszę, że ktoś siedzi w takim areszcie od dwóch lat, a proces się jeszcze nie rozpoczął, to – niezależnie od ciężaru oskarżeń – taka sytuacja budzi we mnie gniew.

Sam masz z „niesłusznymi oskarżeniami” do czynienia na co dzień. Ostatnio uniewinniły cię sądy rejonowe w Tarnowie, Nowym Sączu i Mielcu, natomiast – jak przyznałeś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” – dochodzeń związanych z twoim happeningiem toczy się w całej Polsce przynajmniej 20. A do tego przecież dochodzą debaty, akcje i działalność artystyczna. Macie ze Sławkiem związek na odległość?

BS: Nie, zresztą przez epidemię spędziliśmy razem bardzo, bardzo, bardzo dużo czasu. Aż ZA dużo czasu.

SW: Co zrobić, pracuję z domu.

BS: Mamy 38-metrową kawalerkę, a obaj potrzebujemy czasu dla siebie, nierzadko: chwili samotności. W dodatku zaczyna nam brakować przestrzeni życiowej, bo obaj jesteśmy zbieraczami. Ja mam po całym mieszkaniu pochowane mnóstwo sprzętu filmowego, Sławek – masę książek.

SW: Bart często wyjeżdża na dzień lub dwa. W weekendy często zabieram się z nim, a w tygodniu zdarza mi się brać wolne. Pewnie sytuacja trochę się zmieni, gdy pod sąd trafi ą sprawy cywilne, bo te wykroczeniowe to są najczęściej „jednodniówki”, ot: rozprawa i po robocie.

BS: Czasem dłużej, bo niektóre procesy są bardzo obciążające psychicznie. Ostatnio byłem w Lublinie przez trzy dni, bo po wszystkim musiałem odtajać. Najbardziej przeżywałem proces z radnym Pituchą, bo musieliśmy się tłumaczyć w sądzie, że nie jesteśmy pedofilami i degeneratami. Prawicowcy zawsze próbują skleić pedofilię z osobami LGBT. Obrzydliwe.

Z czasem robi się łatwiej?

BS: Trochę. Na pewno lepiej orientujemy się w prawie. Sławek zajmuje się prawem zawodowo, ale wielu rzeczy uczyliśmy się w praniu. Wiem już, z czym to się je; jak wyglądają procesy, czym jest wykroczenie, a czym przestępstwo, odróżniam prywatne oskarżenie od pozwu cywilnego, znam procedury. Właśnie wiedza sprawia, że w konfrontacji z sądem człowiek jest mniej przerażony.

SW: Ogromnie dużo daje nam wsparcie z zewnątrz. Mamy dostęp do najlepszych prawników, czy to darmowych, czy takich, których jesteśmy w stanie opłacić dzięki naszej społeczności. Jesteśmy więc w znacznie lepszej pozycji niż ktoś, kto musi się zmierzyć z całą tą machiną samotnie, nie mając kontaktów czy dostępu do mediów.

BS: Nie dałbym rady opłacić obrony z pieniędzy zarobionych na działalności filmowej i z własnych oszczędności. Dlatego jestem bardzo wdzięczny, że nasza społeczność uważa to, co robię, za istotne i dorzuca się do spraw sądowych. Dzięki temu czujemy, że nie jesteśmy sami. Ponieważ mamy już kontakty do mediów i potrafi my się przebić, teraz staramy się otwierać tę przestrzeń dla innych, zrobić miejsce dla kolejnych aktywistów i aktywistek, w tym przede wszystkim – kobiet. Właśnie dlatego moją nagrodę od Fundacji POLCUL przeznaczyłem na działalność Alicji Sienkiewicz, która stara się działać w Lublinie i robi tam świetną robotę. To kolejna rzecz, której się nauczyliśmy: aktywizm kosztuje.

Jasne, zdobyliście ogólnopolską rozpoznawalność, ale to trochę miecz obosieczny. Takie wPolityce.pl tytułuje Barta „znanym prowokatorem”, który „znów postanowił napluć na Polskę. Całkiem niedawno jego zdjęcie stało się częścią instalacji artystycznej „Jak zabijam Jezusa” w Kościele św. Apostołów Piotra i Pawła. Wcale mnie nie dziwi, że – jak przyznałeś w poprzednim wywiadzie dla „Repliki” – obawiacie się ze Sławkiem chodzenia za rękę.

BS: Mamy w sobie wewnętrzną obawę, której nie potrafi my się wyzbyć. Od kiedy pamiętam, żyję w strachu, boję się na przykład – głupia sprawa – założyć tęczowe ubrania. Trudno się na to zdecydować, gdy skrzynkę na Messengerze zapychają groźby, a media donoszą, że ktoś dostał nożem w plecy tylko za to, że szedł za rękę ze swoim chłopakiem. To straszne, że – jako społeczność – boimy się eksponować naszą zwykłość, normalność, miłość, godność. Przecież wiemy, że absolutnie nie mamy się czego wstydzić! Ale i tak drżymy o własne bezpieczeństwo.

SW: Ja jestem z trochę innego pokolenia, pewne blokady są we mnie głęboko zakorzenione. Spora część starszych gejów i lesbijek wychowywała się i żyła w innej atmosferze. Od zawsze wiedzieliśmy, że – dajmy na to – śluby nie są dla nas. Smutno mi natomiast patrzeć, jak to starsze pokolenie czasem występuje dziś przeciw równości małżeńskiej.

Jest na to nazwa. Zinternalizowana homofobia.

SW: Osoby hetero są od maleńkości socjalizowane do ślubu, właściwie wszyscy tego od nich oczekują. Poddają się tej presji, a nawet jeśli jej nie ulegają – ślub jest dla nich czymś zupełnie zwyczajnym. Dla naszej społeczności – nie. Jestem starszy od Barta o 10 lat, byłem wychowywany w innych czasach. Naszemu pokoleniu trudniej się przestawić, nie mieliśmy Netfliksa, wsparcia celebrytów czy choćby części polityków.

Przypuśćmy, że za dwa lata w Sejmie będziemy mieć zupełnie inną konstelację partyjną, która opowie się za równością małżeńską. Zdecydujecie się na ślub?

BS: Chciałbym. Nie wiem, co myśli na ten temat Sławek.

SW: Pewnie tak. Ale raczej z przyczyn formalnych.

BS: Ja mniej myślę o romantycznej części tego przedsięwzięcia. Po prostu chciałbym zrobić huczną imprezę.

SW: To nie dla mnie.

BS: Bo ty w ogóle nie lubisz hucznych imprez!

SW: To swoją drogą. Natomiast myślę, że dotknęliśmy tutaj szerszego problemu, który dotyczy również osób starszych, kobiet czy np. osób czarnoskórych w Stanach. Oni często osiągają gorsze wyniki, bo nie wierzą w siebie. Nie pchają się do mediów i do polityki, nie aplikują na uniwersytety i nie walczą o swoje prawa, bo większość mówi im: to nie jest dla was. Jesteśmy strukturalnie spychani na margines. Dlatego przed nami jeszcze sporo do zrobienia, a widoczność osób LGBT jest tu kluczowa. Potrzebujemy więcej publicznych osób LGBT, więcej zawodowych aktywistek i aktywistów, którzy będą naszym głosem w debacie publicznej. Jest z tym coraz lepiej, ale tych kilka osób to wciąż za mało. Trzeba nam więcej odważnych ludzi, którzy, gdy usłyszą słowo „pedał”, odpowiedzą: „Tak, jestem pedałem. Dlaczego masz z tym problem?”. Ludziom się wydaje, że aktywizm to okładki i uściski dłoni, a tymczasem to jest naprawdę ciężka, wyczerpująca praca, w której dzielisz się swoim życiem, swoimi doświadczeniami. I to jest duży koszt, więc niewiele osób ma na to ochotę. Ale innej drogi nie ma. To właśnie aktywiści reprezentują naszą społeczność przed politykami, dziennikarzami czy liderami opinii. Bez nich nasz głos po prostu nie będzie słyszalny. Kiedyś Mariusz Kurc powiedział na jakiejś debacie, w której pojawił się wątek „celebrytów LGBT”, że w Polsce nadal zbyt wiele osób LGBT ma większe parcie na szafę niż na szkło. A bez tego parcia na szkło, bez zabiegania o uwagę opinii publicznej, bez rozpychania się w tym heteromatriksie nikt nas słuchać nie będzie. Teraz robi to nie tylko Bart, ale też Magda Dropek, Maja Heban czy coraz więcej tęczowych rodzin, które pokazują swoje życie w social mediach. I to jest super. Im tego więcej, tym lepiej!  

 

Tekst z nr 92/7-8 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Homokomando

Z LINUSEM LEWANDOWSKIM i RAFAŁEM BELKĄ, twórcami Homokomanda, o sporcie, miłości i o seksie rozmawia Mariusz Kurc

 

Od lewej: Linus Lewandowski i Rafał Belka. Mat. pras.

 

Homokomando?

Linus: Tak jest. Budujemy gejowską drużynę sportową – głównie do biegów przeszkodowych, ale też triathlonów, paintballa i innych tego typu rzeczy. Zaczęliśmy w lutym i zebraliśmy paczkę 10 osób, razem trenujemy bieganie i pokonywanie przeszkód – w parkach trampolin czy na leśnych ścieżkach zdrowia. Zapraszamy do ćwiczenia z nami!

Nazwa super. (śmiech)

L: Straszą nami w TVP, to niech przynajmniej mają kim straszyć. Homokomando nadchodzi, bójcie się! (śmiech) A mówiąc poważnie: chyba niewielu jest gejów na imprezach sportowych. Zawsze, jak sam na jakiejś jestem, odpalam Grindra i szału nie ma.

Sport jest mocno podzielony według płci. Homofobia w męskich grupach jest wyjątkowo ostra, więc skutecznie odstrasza homoseksualnych chłopaków zainteresowanych aktywnością fizyczną. Z indywidualnymi dyscyplinami jest trochę lepiej. Wśród kobiet homofobii jest znacznie mniej i w sporcie zaraz widoczność lesbijek jest większa.

Rafał: Coś w tym jest. Jak uczestniczyliśmy w biegu dla par w Parku Skaryszewskim, to była jedna drużyna gejów i dwie drużyny lesbijek. A biegi z przeszkodami to jest miks sportu indywidualnego i zespołowego, bo biegnie oczywiście każdy sam, ale standardem jest, że przeszkody pokonuje się razem – jeden drugiemu pomaga. L: Kilka biegów w życiu biegłem z namalowaną tęczą na klacie – nikt się do mnie nie zgłosił. Tylko jeden koleś krzyknął coś głupiego, pewnie homofob. Ale gdzie geje? Gdybym ja zobaczył gościa z tęczą na klacie, to bym podszedł.

Z waszego Facebooka widzę, że Homokomando działa bardzo prężnie. Praktycznie co kilka dni macie jakiś bieg. 20 czerwca, w dzień niedoszłej Parady, zorganizowaliście w stolicy I Warszawski Bieg Równości. I nie jest tak, że przyjmujecie tylko gejów, prawda?

L: Jasne, że nie – wszyscy są mile widziani. W tej chwili biegamy dwa razy w tygodniu – we wtorki i w czwartki. Dystans – 10 kilometrów. Do tego organizujemy zwykle coś dodatkowego w weekend.

R: Bieg Równości zorganizowaliśmy wespół z Volupem, czyli drużyną siatkarzy gejów. 5 kilometrów bulwarami nadwiślańskimi. Biegło nas 120 osób. Nawet agencja Reutersa o nas napisała.

L: Do tego Homokomando robi wypady za miasto – rowery po Kampinosie, kajaki na Świdrze. Naprawdę wszystkich zapraszamy.

W ostatnich latach geje, mam wrażenie, ruszyli tłumnie na siłownie. Ale wiadomo, o co tam chodzi – niekoniecznie o sam sport, przede wszystkim o atrakcyjny wygląd.

L: Nam w Homokomandzie chodzi o nawet coś więcej niż sport – o kumplowanie się, stworzenie pewnej wspólnoty bez potrzeby kombinowania, czy jeśli się wyoutuję, to zostanę zaakceptowany, czy nie. A zdjęcia z biegów też mogą podziałać tak jak zdjęcia z siłki – czyli pomóc w znalezieniu chłopaka. Ja z moimi zdjęciami – nie mam problemów ze znajdywaniem par na Tinderze.

Właśnie. Linus, poznaliśmy się, gdy zostawiłeś komentarz pod postem „Repliki” na Facebooku o związkach otwartych.

L:Wybuchła tam duża dyskusja, wielu ludzi atakowało związki otwarte – a że jest to temat, który bezpośrednio mnie dotyczy, to normalne, że się odezwałem.

Napisałeś po prostu, że jesteś w związku otwartym i że ci to odpowiada.

L: Kiedyś bardzo przejmowałem się tym, co ludzie pomyślą. Od czasu, jak się wyoutowałem, przestałem. Jestem jaki jestem i nie zamierzam się tego wstydzić. Do 26. roku życia miałem ponad 20 kilo nadwagi i nie uprawiałem żadnego seksu. Ani żadnego sportu. Sam się sobie zupełnie nie podobałem do tego stopnia, że uważałem się za osobę aseksualną.

Osoba aseksualne to taka, która nie odczuwa popędu seksualnego, albo odczuwa, tylko bardzo niewielki.

L: Ja nie potrafi łem sobie nawet wyobrazić, że mam z kimś seks, że komuś mógłbym się podobać. Przy tym oglądałem porno gejowskie, więc czułem, że jestem gejem – ale niechęć do własnego ciała przeważała. Nikomu o swojej homoseksualności nie mówiłem, bo też i nic nie robiłem, więc uważałem, że nie mam się z czego outować.

A teraz ile masz lat?

L: Prawie 28.

Co się stało dwa lata temu?

L: Wyprowadziłem się od rodziców, skończyły się obiadki mamusi i zacząłem uprawiać sporty – rower, bieganie. W pierwszym triathlonie, w którym wziąłem udział, część biegową właściwie przeszedłem – bo nie umiałem biegać – ale ukończyłem. Te 20 kg zrzuciłem w pół roku. Poczułem się pewniej, zaakceptowałem to, że jestem gejem. I poznałem Rafała.

(spoglądam na Rafała)

R:Opowiedzieć o moich coming outach?

Tak, poproszę.

R: Miałem jakieś 13 lat, gdy zacząłem mieć podejrzenia, że mogę być gejem i bardzo chciałem, by to była nieprawda. Nie pamiętam jakichś ostrych przejawów homofobii, ale przeświadczenie, że powinienem w przyszłości mieć żonę i dzieci, tkwiło we mnie głęboko. Następne 10 lat spędziłem, ukrywając się. W końcu stwierdziłem, że dosyć, nie mogę tak dalej żyć – chcę kochać chłopaka. Nie chcę żony i dzieci, tylko męża i dzieci.

Planujecie dzieci? Pytam, bo jesteście młodzi i w waszym wypadku adopcja nie jest taka nieprawdopodobna za ileś lat.

L: To jest trudny temat, rozmawiamy o tym.

R:Nie codziennie, ale temat wraca. Na razie jest tak, że ja bym chciał dzieci, a Linus nie.

Jak się poznaliście?

R: W parku trampolin półtora roku temu. Umówiliśmy się przez Tindera.

Zwykle pary otwierają związek po jakimś czasie, po kilku latach. Wy jesteście razem rok i już związek otwarty?

R: To nie tak. Po tym parku trampolin zakumplowaliśmy się, pobiegliśmy razem w biegu Runmageddon. Stopniowo zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu, do przyjaźni doszedł seks.

Czyli fuck buddies?

R: Właśnie.

Ale w pewnym momencie zrobiło się jednak poważnie, tak?

R: Zrobiło się poważnie, odbyliśmy rozmowę i ustaliliśmy, że… nigdy nie będziemy ze sobą w związku. ?

L: A potem Rafał poszedł do fryzjera. (obaj wybuchają śmiechem)

O co chodzi? L: Nie wiem dokładnie, zmienił fryzurę i… jakaś „chemia” zadziałała. Nie brzmi to zbyt romantycznie, ale co zrobić. Spotykałem się też wtedy jeszcze z innym chłopakiem, coś tam się z nim kręciło, ale zdałem sobie sprawę, że muszę mu powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Naprawdę myślałem, że z Rafałem będzie przyjaźń, super mi się z nim rozmawiało i biegało, a seks był dodatkiem. Po czym – zakochałem się. Tylko napisz to w wywiadzie składniej.

Rafał, co ty zrobiłeś z włosami?

L: Znacznie skrócił po prostu, jakoś to wystarczyło. (śmiech)

R: Od roku chodzę często do fryzjera. (śmiech)

 Czyli ze statusu fuck buddies staliście się parą.

R: Tak. I nigdy nasz związek nie był monogamiczny. Bo gdy byliśmy jeszcze fuck buddies, to w trakcie tego „fuck” okazało się, że (Rafał mówi patrząc w oczy Linusowi) potrzeby Linusa i moje w tym względzie są zupełnie inne. To znaczy mówiąc wprost: Linus lubi więcej i częściej. Ja ani nie jestem w stanie, ani nawet nie chcę, bo działałbym wbrew sobie, spełnić wszystkich jego fantazji.

Więc idea otwartości seksualnej była u was wcześniej niż sam związek.

R: Tak.

I była oczywista?

R: Tak. Co nie znaczy, że nie ma problemów. Są. Rozwiązanie ich jest zawsze jedno, oprócz miłości – trzeba ze sobą rozmawiać. Cały czas to porozumienie wypracowujemy, było wiele burz.

L: Przykładowo poszliśmy do klubu, ja się świetnie bawiłem, Rafał średnio, bo w ogóle nie jest zbytnio klubowy. W końcu oznajmił, że idzie do domu, ja zostałem, poderwałem potem kolesia i wiadomo, co było dalej. Wróciłem do domu rano – Rafał zły. Ale przegadaliśmy to, każdy opowiedział ze swojej perspektywy sytuację. Zrozumiałem, że nie chodziło o to, że wyrwałem kolesia, tylko że nie zwracałem uwagi, że Rafał miał zły nastrój i zostawiłem go. A on nie zakomunikował tego wprost, bo uznał, że powinienem to wyczuć. Po rozmowie problem praktycznie zniknął. Ale to jest praca. Poszliśmy nawet do psycholożki, by nauczyć się lepiej rozwiązywać podobne konflikty. Rozmowa z nią bardzo dużo nam dała. To jest banał, ale powtórzę: bycie szczerym i gotowym na rozmowę to podstawa. Nie może być takiego myślenia, że skoro Rafał coś tam coś tam, to jest to jego problem, albo skoro ze mną coś jest, to muszę się ogarnąć. Nie. Skoro jesteśmy parą, to są to nasze wspólne problemy, które razem rozwiązujemy.

R: Powiedzmy też wprost, że nasz związek jest teoretycznie otwarty z obu stron, ale w praktyce tylko ze strony Linusa. Mamy inne potrzeby i temperamenty. Linus uwielbia podrywać facetów, ja nie.

Skoro jednak tyle jest burz i otwarcie tylko z jednej strony, to nie myśleliście, by związek zamknąć?

L: Wyobrażam sobie, że mógłbym zgodzić się na życie w monogamii, tylko to byłoby autentycznie wbrew samemu sobie, to nie byłby Linus, którym chciałbym być. Mam za sobą lata całkowitej abstynencji seksualnej, lata wstydu z powodu tego, kim jestem, lata pod względem spraw erotycznych stracone.

Gdy się zaakceptowałeś, poczułeś wolność, z której chcesz teraz korzystać – i będziesz sobie teraz ten stracony czas przez następnych 30 lat odbijał, tak?

L: Dłużej niż 30 lat! (śmiech)

R: Zdałem sobie sprawę, że przecież ja nie pokochałem grzecznego, ułożonego Linusa-monogamisty. Pokochałem Linusa takiego, jakim on jest – trochę wariata z dużymi potrzebami seksualnymi. Miałbym teraz żądać, by ich nie realizował? Pokochałem go takiego, powiedziałbym, w pełni świadomie. Czułbym się nieswojo, gdybym miał go teraz ograniczać, to nie byłby mój Linus.

A z drugiej strony…? L: A ja nie miałbym żadnego problemu, gdyby Rafał chciał przespać się z innym facetem, ale nie chce, co na to poradzę? (śmiech) Przecież nie będę go zmuszał.

R: Próby były, trochę zmuszał. (śmiech) Żartuję oczywiście. Najwyżej delikatnie proponował.

Pary w związkach otwartych ustalają zasady tej otwartości. Jedne otwierają związek tylko na trójkąty, inne otwierają związek czasowo – np. tylko na wakacje. Wy macie jakieś ustalone zasady?

L: Rafał musi wszystko wiedzieć. Jeśli planuję wyhaczyć kolesia, to mu mówię, a jeśli coś wyjdzie spontanicznie, to po fakcie zdaję relację. Odpowiadam też bezwzględnie za nasze wspólne bezpieczeństwo, jeśli chodzi o choroby. Bez PrEPu nie ma seksu i kropka.

R: Istnieje „regulamin”, ale wiele rzeczy ustalamy na bieżąco. Mnie relacja z Linusem rozjaśniła pewne sprawy związane z seksem. Taką mam refleksję… Jesteśmy na wakacjach w Barcelonie i tych, nazwijmy to, przygód seksualnych, jest trochę i w pewnym momencie to staje się takie… zwyczajne. Po prostu przyjemność, sposób na spędzenie wolnego czasu bez większego znaczenia. Co dziś chcemy na śniadanie? Coś na słono czy coś na słodko? Taka skala problemu. Seks jako taki jest poważną sprawą, ale jakaś jedna czy druga przygoda – niekoniecznie. Nauczyłem się, by nie przywiązywać do tego aż takiej wagi. L: Są okresy, gdy otwartość naszego związku pozostaje tylko „na papierze”, a są takie – jak właśnie na wakacjach – gdy dzieje się sporo. A mam wrażenie, że polscy geje są generalnie dość konserwatywni i robią z seksu nie wiadomo co. W Barcelonie o 4 rano w klubie nie ma kolesia, który by miał koszulkę na sobie – a u nas jest mniej luzu i swobody.

Ja bym powiedział raczej, że wielu gejów ma poglądy niezgodne z ich własnymi działaniami.

L: Parę razy mi się zdarzyło, że w klubie uderzałem do gościa, który mówił, że jest w monogamicznym związku, a po chwili, no cóż…

Wy teraz mówicie publicznie o swym otwartym związku, a wcześniej mówiliście np. przyjaciołom?

L: Gdy ten temat wypływa, to mówimy, nie ukrywamy.

R: Ale jednego kumpla musiałeś wywalić ze znajomych na Facebooku po komentarzu na „Replice”, pamiętasz? Bo była gównoburza, że związek otwarty to nie związek.

L: Tak, rzeczywiście. Natomiast inny hetero kumpel, po tym jak się przed nim wyoutowałem, też mi się z czegoś zwierzył – powiedział, że jego dziewczyna ma seks z innymi facetami i on nie ma z tym problemu. Wiem, że publicznie by tego nie powiedział, bo presja na monogamię w związkach hetero jest chyba jeszcze większa.

Tam się w ogóle sprawa komplikuje, bo to robi się kwestia „męskości”. „Prawdziwy mężczyzna” nie pozwala „swej” kobiecie na seks z innymi. A my, geje, już z „definicji” nie jesteśmy „prawdziwymi mężczyznami”.

L: Tak, patriarchat…

W patriarchacie monogamia jest opcją domyślną, wiele osób, również z naszej społeczności, twierdzi, że związek otwarty to nie związek.

L: Tymczasem my się w ostatnie święta zaręczyliśmy i wysłaliśmy zaręczynową fotkę do was, pojawiła się na fanpage’u „Repliki”.

Serio? Muszę odnaleźć! Który któremu się oświadczył?

L: Zgadnij.

Linus Rafałowi.

R: Zgadza się.

I?

R: Oczywiście, że przyjąłem.

L: Najchętniej ślub byśmy wzięli w Barcelonie.

R: Nie, najchętniej ślub byśmy wzięli w Polsce. To jest straszne, że wciąż jesteśmy dyskryminowani i wciąż w myśl prawa jesteśmy dla siebie obcymi osobami, nie możemy się wspólnie rozliczać z podatków, nie dziedziczymy po sobie z automatu. L: Mówisz, jakbyśmy dawali wywiad do „Gazety Wyborczej”. Czytelnicy „Repliki” to wiedzą.

R: OK, OK. Jeszcze coś innego chcę powiedzieć. Ja już przed poznaniem Linusa byłem wyoutowany, rodzina i przyjaciele wiedzieli – ale życie w związku to jest nowa sytuacja. Żyjemy i mieszkamy razem – to sprawia, że jesteśmy gejami trochę jakby bardziej publicznie. Gdy w sklepie podczas zakupów dyskutujemy, czy wziąć sok pomarańczowy czy jabłkowy, to widać, że jesteśmy parą. Gdy idziemy ulicą, trzymamy się za ręce. Kiedyś czekaliśmy na Ubera, trzymając się za ręce – jeden samochód aż zwolnił, by nas lepiej dojrzeć, gdy przejeżdżał obok nas, usłyszeliśmy: „Ty, pa, geje!”. A latem, w te straszne upały, po Parku Skaryszewskim spacerowaliśmy za rękę i bez koszulek i aż byliśmy zaskoczeni – mnóstwo babć albo mam z dziećmi reagowało uśmiechem na nasz widok. Gdy się żegnamy na przystanku autobusowym, bo jeden wsiada, drugi nie – to dajemy sobie buziaka. Przed deweloperem, przy sprawach mieszkaniowych, nie udajemy, że jesteśmy braćmi czy kuzynami, którzy chcą mieszkać razem.

L: Robiłem Rafałowi imprezę urodzinową – niespodziankę, zadzwoniłem do restauracji, przedstawiłem się i powiedziałem, że impreza jest dla mojego chłopaka Rafała. Okazało się, że zapisali sobie mnie jako „panią Lewandowską”. No, bo chłopaka może mieć tylko dziewczyna – nawet jeśli mówi męskim głosem. (śmiech)

R: Od świąt mówimy wszystkim, że jesteśmy dla siebie narzeczonymi.

L: Ludzie muszą widzieć, że istniejemy, w ten sposób zmieniamy ich sposób myślenia.

Linus, ty też działasz społecznie i politycznie, prawda?

L: Tak, nie mogę usiedzieć spokojnie, gdy dzieje się coś, na co mogę mieć wpływ. Byłem jednym z organizatorów akcji StopACTA2 – i dzięki naszym protestom udało się opóźnić, a finalnie złagodzić zapisy europejskiej dyrektywy o prawach autorskich. Natomiast z tematów bardziej tęczowych – organizowałem protest „Tęcza nie obraża” w czasie policyjnej nagonki na Ewę Podleśną za „tęczową Maryję”. W ostatnich wyborach samorządowych byłem także pełnomocnikiem finansowym Komitetu Wyborczego Jana Śpiewaka – Wygra Warszawa.

Nie zapytałem was, co robicie zawodowo.

L: Ja jestem programistą, zakładam właśnie startup.

R: A ja analitykiem finansowym.  

 

Tekst z nr 86/7-8 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Znienawidzony Peter Tatchell

Hating Peter Tatchell (Wielka Brytania, 2021); reż. C. Amos. Premiera na Netfliksie: maj 2021 r.

 

mat. pras.

 

Dokument o wyjątkowym aktywiście LGBT. Dobiegający dziś 70-tki Peter Tatchell ma za sobą pół wieku walki o równość, zorganizował i przeprowadził niezliczone akcje bezpośrednie, które sprawiły, że został znienawidzony nie tylko przez homofobów, ale i też przez sporą część społeczności LGBT. Głośno domagał się pełnej równości, a homofobów bezlitośnie piętnował w czasach, gdy większość z nas bała się choćby wyjść z szafy, o aktywizmie nie wspominając. Z dzisiejszej perspektywy widać, że to Tatchell miał rację. Film zawiera wiele niesamowitych archiwalnych nagrań przeplatanych wywiadem – z bohaterem rozmawia Ian McKellen (wyoutowany aktor, czarodziej Gandalf z „Władcy pierścieni”, Magneto z „X-Men”). Tatchell jest Australijczykiem i już jako nastolatek działał na rzecz Aborygenów oraz przeciwko wojnie w Wietnamie. Jednocześnie był ofiarą przemocy domowej ze strony agresywnego ojczyma. W wieku 19 lat, by uniknąć wojska, wyemigrował do Wielkiej Brytanii, gdzie natychmiast zaangażował się w ruch LGBT. W czasie swoich protestów był wielokrotnie pobity, również przez ochroniarzy prezydenta Zimbabwe Roberta Mugabe, który gościł w Wielkiej Brytanii (Tatchell oprotestował wizytę tego skrajnego homofoba) czy przez neofaszystów podczas próby zorganizowania Parady w Moskwie. Wzruszające są rozmowy Petera z sędziwą matką, która z akceptacją homoseksualności ma pewien problem, jednak, ot, paradoks, w pełni zaakceptowała życiową drogę syna. Film wyprodukował Elton John i jego mąż David Furnish. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 92/7-8 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

 

Jak transmężczyzna z transmężczyzną

Z KACPREM POTĘPSKIM, transpłciowym aktywistą, członkiem zarządu krakowskiej Federacji Znaki Równości, o tych aspektach bycia trans, z których ludzie cis rzadko kiedy zdają sobie sprawę, rozmawia Anton Ambroziak

 

Foto: Marcin Ściegliński

 

Transchłopak przepytuje transchłopaka i aż kusi mnie, żeby zupełnie olać tranzycję i pogadać o czymś zupełnie innym. Też czasem męczy cię to, że po coming oucie wszyscy chcą gadać tylko o twojej tożsamości płciowej?

Ja akurat zacząłem tranzycję, gdy przyszła pandemia. Niespecjalnie wychodziłem do ludzi, więc nie musiałem wyjaśniać randomowym osobom, co się dzieje. Nie musiałem też na każdym kroku udowadniać, że jestem mężczyzną. Ale, kurczę, fajnie jest opowiadać o tranzycji, jej różnych aspektach. Lubię patrzeć, jak te rozmowy zmieniają się wraz ze mną. Na początku tłumaczyłem bardzo technicznie, jak to w ogóle wygląda, jaki jest przebieg medycznej tranzycji. Za to teraz z bliższymi znajomymi głównie eksplorujemy tę tożsamość w różnych aspektach życia.

Te rozmowy, często edukacyjne, pozwalają ci poukładać w głowie, kim jest teraz Kacper?

Myślę, że to miks. Czasem tak, jak mówisz, mogę sobie uporządkować coś, co kotłuje się w środeczku. Ale przecież rozmawiam też z ludźmi, którzy nie wiedzą o tranzycji nic, a chcą być sojusznikami i sojuszniczkami. Albo mówię do młodych osób transpłciowych, żeby zwyczajnie pomóc. Staram się dawać im to, czego mi brakowało tych kilka lat temu, gdy zaczynałem odkrywać siebie.

Pamiętasz swoją najważniejszą rozmowę o tranzycji? Taką, po której pomyślałeś: „Wow! Co tu się stało?”

Dużo mam takich rozmów. Pamiętam, jak rozmawiałem ze znajomą – doświadczanie menstruacji czy posiadanie piersi są dla niej ważnym aspektem kobiecości. Gdy mówiła, że musi sobie przepracować świadomość zbliżającej się menopauzy, bo budzi w niej to lęk, pomyślałem: „Kurczę, to bardzo nie moja historia”. Pozbycie się stereotypowych, cielesnych wyróżników kobiecości było uwolnieniem. Tamta rozmowa była dla mnie też potwierdzeniem, że nie popełniłem błędu, przechodząc „jedynkę” (rekonstrukcję klatki piersiowej – przyp. red.). Ważna była też rozmowa z mamą, w której ona przyznała, że zaczyna rozumieć, dlaczego ta operacja nie jest okaleczaniem się, a wręcz przeciwnie – chroni moje zdrowie psychiczne i fizyczne. Ale chyba nie przesadzę, gdy powiem, że szczerze ekscytuje mnie niemal każda rozmowa.

Zazdroszczę tego entuzjazmu. Dla mnie po pierwszym uniesieniu przyszedł chyba moment wypalenia. Czuję się zmęczony tym, że tak wiele w moim życiu jest o tożsamości płciowej. Ile razy mogę opowiadać tę samą historię? Czy chodzi tu o społeczność, czy może egodolary? Kliki, lajki, dowody uznania są fajne, bo generalnie wyrzut dopaminy jest fajny, ale ile można? Równie męcząca jest niekończąca się lista zadań do wypełnienia: diagnostyka, operacje, rozprawy, zmiana dokumentów, biurokracja…

Po zmianie dokumentów poczułem, że to koniec mojej tranzycji. Bo dla mnie tranzycja jest radzeniem sobie z dysforią. Gdy przestało mnie męczyć ciągłe outowanie się, większość dysforii zniknęła.

Zmiana dokumentów to moment, gdy myślisz: „Nareszcie będę niewidoczny”. Nie będę musiał kopać się z kontrolerem na lotnisku, który sprawdzając dowód, patrzy na mnie z zakłopotaniem. Nie będę musiał po raz kolejny tłumaczyć w przychodni, dlaczego jakiś pan próbuje wbić się do gabinetu na dokument żony. Ale to nie załatwia wszystkiego. Wciąż trzeba radzić sobie z natrętnymi myślami. Przychodzą takie dni, gdy chorobliwie szukam nowego włosa na twarzy albo tysiąc razy zmieniam ubrania, bo wydaje mi się, że we wszystkim wyglądam mizernie.

Albo muszę zmienić koszulkę przy gościach, a szafa stoi w salonie. Automatycznie biegnę do łazienki, żeby ludzie nie widzieli. I wtedy ściągam T-shirt i okazuje się, że jestem po „topce” (inne określenie operacji klatki piersiowej, od ang. top surgery – przyp. red.). Tak samo jest z garbieniem się. Patrzę na tę przykurczoną postać w lustrze i myślę sobie: „Chłopie, co ty robisz?”.

To dysforia? Czy może zapominasz, jak daleko już zaszedłeś?

Zdecydowanie dysforia. Twoja głowa wciąż płata figle i przypomina, z czym masz czuć się niekomfortowo. Już wcześniej starałem się akceptować swoje ciało takim, jakie jest, i kochać je na tyle, na ile potrafiłem. Przede wszystkim nie ukrywałem tego, jak wygląda moja klatka piersiowa. Bardziej przeszkadzał mi binder, który sugerował, że muszę się uciskać, niż chodzenie bez koszulki. To były męskie cycki, bo należały do mnie, do mężczyzny. Teraz, nawet gdy nachodzą mnie trudne myśli, szybko uświadamiam sobie, że już nie muszę się tym przejmować.

Pomaga ci stara, dobra racjonalizacja?

Wolę być w kontakcie z tym, co czuję. Bo mam prawo czuć strach. Ale w takich momentach staram się wzmocnić. Jak? Staję przed lustrem, rozbieram się, patrzę na klatkę piersiową i mówię: „O kurczę, nie masz cycków. Zajebiście”. Albo jest lato, wychodzę na zewnątrz w samej podkoszulce i myślę: „Stary, ale świetnie wyglądasz!”. Tak sobie wynagradzam trudne chwile. Ale też jestem w stu procentach pogodzony z tym, że jestem transpłciowy. Cieszę się, że jestem trans, bo to daje mi inny wgląd w świat. Wychowanie do życia jako kobieta daje niesamowitą perspektywę. Bardziej od dysforii wkurzają mnie momenty, które przypominają, że żyjemy w seksistowskim, patriarchalnym świecie.

Czyli syndrom męskiej szatni? Cischłopaki zaczynają rozpoznawać cię jako kolesia, więc „w nagrodę dostajesz nie tylko zapraszający uścisk dłoni, ale też sporo seksistowskich żartóow i zachowań.

Wkurza mnie, gdy przypominam sobie, że jestem mężczyzną i tylko dlatego nie jestem obiektem sprośnych żartów. Ostatnio dosłownie w ciągu jednego dnia rozlazł mi się samochód. Musieliśmy z moją dziewczyną kupić nowy. I od razu poczułem stres, bo jakiś typ w salonie będzie mi coś z wyższością tłumaczył. Dopiero potem przypomniałem sobie, że mam zmienione dane, więc nie będzie przypału. Ale i tak cały czas czekałem, aż coś niemiłego powie w stronę mojej dziewczyny. Tak zostałem wychowany.

W ciągłej gotowości na atak?

W pewnym sensie tak. Świat wygląda jak wygląda, więc czekasz, aż coś złego cię spotka. Wracasz nocą z imprezy i w głowie słyszysz te wszystkie słowa, które mówiła mama, gdy byłeś mniejszy – że muszę uważać, by uniknąć gwałtu. I wtedy przypominasz sobie: „Teraz to nie ty musisz się bać, że zostaniesz w ten sposób skrzywdzony!”. I powinieneś raczej zadbać o to, by kobiety, czy osoby o stereotypowo damskiej ekspresji, które idą ulicą, nie przestraszyć swoim zachowaniem.

Jak radzisz sobie z nowym przywilejem? Myślę, żłatwo wpaść w pułapkę rycerskości: ratowania kobiet, które są wokół ciebie. Co nie jest zbyt feministyczną postawą.

No właśnie, nie trzeba bronić kobiet, tylko edukować mężczyzn.

Ale jak to robić w praktyce? Wróćmy do mojego przykładu. Jestem w męskiej szatni na siłowni, słyszę seksistowski żart i co? Najczęściej nie mam odwagi zareagować, bo wciąż czuję się jak intruz.

Powtarzam sobie, że nie mam obowiązku tego robić. Bo przede wszystkim mam się czuć bezpiecznie. Ale faktycznie, powodów do dyskomfortu jest wiele. Jak przy podaniu dłoni. Ja zasługuję na uścisk dłoni, a moja dziewczyna już nie? Pamiętam, że gdy w przedszkolu zaczęły się podziały na chłopców i dziewczynki, miałem wrażenie, że żadna z tych grup nie chce się ze mną bawić. I dlatego gdy dziś ta grupa cię rozpoznaje jako „swojego”, z jednej strony czujesz ulgę i euforię…

A z drugiej poczucie niesprawiedliwości, że tak ten świat jest urządzony.

Oczywiście. Nie wiem, czy wciąż masz tak, że starasz się mieć bardziej męską aparycję?

Już dawno przestałem to robić. Nie kontroluję swojej gestykulacji. Ostatnio zacząłem za to nosić paker na siłownię po to, by czuć się bardziej komfortowo przy rozbieraniu. Ale sam nie wiem, czy bardziej nie stresuje mnie obraz wypadającego bokiem nogawki silikonowego penisa…

Ja też próbowałem nosić paker na basenie, ale tak często go poprawiałem, że miałem wrażenie, że ludzie częściej patrzą na moje krocze, gdy on jest, niż gdy go nie mam. Więc po prostu przestałem to robić. Znajomy opowiadał mi, że najbardziej uwalniające było, gdy w łazience w siłowni zdjął gacie i kąpał się nago, tak jak reszta typów. I jakoś to bardzo współgra z tym, co teraz czuję. Pozwalam sobie na odczuwanie bycia sobą, takim jaki naprawdę jestem. Bez udawania.

Jakie miałeś oczekiwania względem procesu tranzycji?

Z początków pamiętam głównie lęk. Pracowałem w miejscu, gdzie musiałem funkcjonować na danych z dowodu, więc codziennie byłem misgenderowany. Pamiętam lęk przy sprawdzaniu biletów czy lęk przed operacją. Do tranzycji, w sensie zmian w ciele, staram się podchodzić jak do zwykłego dojrzewania. Hormony, które przyjmuję, dają mi na razie tyle, ile powinny w wieku 16 lat. Dalej mam czasem problem, gdy widzę chłopaka, który jest młodszy, ale ma bujniejszy zarost. Ale wiem, że będę miał też taki, tylko muszę poczekać.

A jest coś, co chciałbyś wiedzieć przed rozpoczęciem tranzycji?

Może kilku kruczków prawnych i tego, że tranzycję da się zrobić mniejszym kosztem. Bo myślałem, że skończę ten proces z kredytem na kilkadziesiąt tysięcy. Dlatego dziś staram się być aktywny w internecie. I dlatego chyba nie męczy mnie gadanie o tranzycji. Próbuję dawać ludziom to, czego mi brakowało parę lat temu.

Twoja internetowa aktywność jest bardzo niepolska. Nie masz w sobie wstydu, dzielisz się bardzo prywatnymi szczegółami i proponujesz aktywizm, który wyłamuje się ze schematu, do którego przez lata przymuszał nas system, czyli mówienia z pozycji ofiary: Żeby ktoś mnie usłyszał, muszę krzyczeć o krzywdzie. Skąd ta świeżość?

Wziąłem to wszystko od ludzi, którzy mnie otaczają. Szczególnie od mojej osoby przyjacielskiej, którx na wszystko mnie uwrażliwia i dodaje perspektywy. Mój aktywizm jest dość prosty: polega na słuchaniu doświadczeń innych i akceptowaniu siebie. Pracuję w reklamie, więc rozumiem konsumpcjonizm i sprzedaż własnego brandu, ale też nie chcę jeden do jeden wkładać tych zasad w społeczność LGBT. Chcę robić kampanie, które dają widoczność nie tylko mnie, ale też całej naszej społeczności. Dlatego rozmawiam o transpłciowości np. z Krzysztofem Gonciarzem i Quebo (w ramach kampanii Sprite’a „Let’s Be Clear” – przyp. red.), by wyjść poza bańkę.

Wziąłeś też udział w kampanii Zalando, a twoja zoperowana klata trafiła na bilboardy polskich miast. Dlaczego?

Bo właśnie ta kampania dawała dużą widoczność osób transpłciowych. Wiele osób pisało do mnie, że widzi plakat na przystanku, w drodze do pracy i codziennie się uśmiecha. Podobało mi się też to, że mogłem napisać własne słowa, a nie odgrywać sztuczne scenki. Pomogło też to, że sprawdziłem Zalando wzdłuż i wszerz. Albo faktycznie podchodzą nieźle do ludzi i planety, albo robią świetny green- i pinkwashing (śmiech). Ale w wielu kampaniach nie wziąłem udziału, właśnie dlatego, że uważam, że nie przysłuży się to w żadnej mierze naszej społeczności.

A jakie są cienie widoczności?

Niedawno przeprowadziłem się do małego miasteczka już jako Kacper. I teraz widzę, jakim przywilejem jest życie w stealthie. Nikt o mnie nie wie, więc nie mam obaw, że ktoś przyjdzie pod mój dom, żeby zrobić mi krzywdę. Jednocześnie dla społeczności jestem widoczny w internecie. Jeżdżę też na Marsze Równości w całym kraju. Przed każdym wydarzeniem muszę się przygotować, bo w zasadzie jestem dość nieśmiałą osobą. Mam stany lękowe, często się denerwuję, więc cieszę się, że wiem, co mnie czeka, a na co dzień mogę być niewidoczny.

Widoczność w sieci niesie za sobą też inne trudności, np. to, że jesteś poddany nieustannej ocenie. Każdemu zdarza się, mimo najlepszych chęci, popełnić błąd. Dynamika social mediów uczy nas jednak, że nie ma tam za bardzo przestrzeni na potknięcia, szarości czy dialog.

Muszę przyznać, że bardzo bałem się błędów i hejtu. Dlatego staram się nie stawiać w roli specjalisty, który wie lepiej i coś komuś radzi, tylko opowiadam o swoich przeżyciach. Nie chodzi o to, by nie palnąć czegoś głupiego, tylko by nie zrobić komuś krzywdy. Zdarzyło mi się za to dostać hejt na TikToku, gdy trwała dyskusja o byciu „superstraight”. Odpowiedziałem filmikiem, w którym wyjaśniałem, z czego w zasadzie ta pseudoorientacja się wzięła. Jeżeli mówisz, że twoją orientacją jest brak chęci uprawiania seksu z osobą transpłciową, to znaczy, że nie chcesz tego zrozumieć głębiej. Można przecież mieć konkretne preferencje: wolę seks z osobami z penisem albo seks z osobami z cipką. Okej, ale przecież nie wszystkie osoby transpłciowe mają takie same genitalia. Wykluczanie całej grupy społecznej to transfobia, a nie preferencje seksualne. I za ten filmik dostałem niezły hejt. Ale nigdy nie zdarzyło mi się, żeby wylała się na mnie fala krytyki od społeczności. Staram się jednak nie dać sobie wejść na głowę, bo pewnie w dłuższej perspektywie wykończyłoby mnie to psychicznie.

Co jest po drugiej stronie, po tranzycji?

W zasadzie przez całe życie rezygnowałem ze swoich zajawek. Trochę przez ADHD, a trochę przez to, że ciążyła mi dysforia. Przykład? Bycie kucharzem. Nie wyobrażam sobie przez 12 godzin stać przy garach i pocić się w binderze. Myślę, że dopiero teraz spełniam też marzenie o budowaniu rodziny. Tworzę bezpieczny związek, oparty na zaufaniu, zrozumieniu i akceptacji. To nie znaczy, że porzucę tematykę transpłciowości. Marzy mi się stworzenie podcastu, w którym będę rozmawiał z osobami o ich doświadczeniach. Tranzycja nigdy nie jest taka sama, zależy od uwarunkowań osobistych, ale też tego, co dookoła: rodziny, regionu, statusu ekonomicznego.

Co robi Kacper, kiedy odkłada telefon i nie edukuje?

Nie istnieje. (śmiech) A tak naprawdę to robię zupełnie nudne, codzienne rzeczy. Załatwiam dentystę, naprawiam auto. A w międzyczasie oglądam cispłciowy świat i zastanawiam się: o co tutaj właściwie chodzi? No i tak, buduję rodzinę. Przed operacją zamieszkałem z dziewczyną, którą dopiero poznałem. Miała zająć się mną przez 2 tygodnie, a opiekuje się do dziś. Każde z nas miało swoje mieszkanie, ale przyszedł Covid-19. Dziś mieszkamy razem, urządzamy wspólny dom. W zasadzie to jest moją narzeczoną.

I dopiero teraz o tym wspominasz?

Bo zaręczyny wyglądały niezbyt poważnie. Byliśmy na wakacjach na Helu. Były tam automaty, w które wrzucasz złotówkę i coś wypada. Powiedziałem, że mam akurat złotówkę i czy powie „tak”, jeśli wylosuję pierścionek. No i wylosowałem. Do dziś żartujemy, że nie wiemy, czy to ona nie miała wyjścia, czy ja.

Ale zdecydowalibyście się na ślub w Polsce?

Szczerze mówiąc, nie przerobiłem ciągle tematu ślubów w Polsce, bo niemal przez całe dotychczasowe życie wydawało mi się, że jako lesbijka nie będę mógł tego zrobić. Wkurza mnie, że nie można formalnie zawrzeć związku jednopłciowego w tym kraju. Jeżeli miałbym brać ślub, to tylko w kwestii ułatwienia rozliczeń podatkowych. Zresztą nie potrzebuję przyklepania związku. Dużo ważniejsze było dla mnie zamieszkanie we wspólnym mieszkaniu i codzienne decyzje, że to właśnie z nią chcę być. I chyba bardziej niż te śluby rozkminiam sobie teraz moją zawiłą drogę z seksualnością.

To znaczy?

Zawsze w środku czułem, że jestem mężczyzną. Nawet gdy nie do końca potrafiłem to nazwać. No więc skoro jestem facetem, to muszą mi się podobać kobiety. Dziś myślę, że to głupie, ale wtedy nie wiedziałem, że są osoby transpłciowe. Określałem się więc jako lesbijka. Nie wyobrażałem sobie funkcjonować w relacji jako „kobieta”. Myślę, że gdyby nie transpłciowość, już dawno wyoutowałbym się jako osoba nieheteronormatywna. To mogło być po prostu dużo prostsze.

Jak się ma dziś według ciebie transpłciowa młodzież w Polsce?

Myślę, że są dużo bardziej świadomi niż my w ich wieku. Szybciej odkrywają siebie, bo mają łatwiejszy dostęp do informacji. Ale problemy, z którymi się mierzą, są podobne. Brak specjalistów, którzy chcą pomóc osobom nieletnim, transfobiczne szkoły, rodzice, którym wydaje się, że tracą dziecko – choć tak naprawdę dzięki coming outowi je odzyskują.

A nie myślisz, że ten rozkrok, o którym mówisz, jest bardzo trudny? Z jednej strony dostajesz komunikaty, że jesteś ekstra i możesz lecieć na transpłciowej chmurce na koniec świata. Z drugiej żyjesz w Polsce, gdzie prawo albo cię nie widzi, albo dyskryminuje.

A system edukacji jest powalony. Szczerze mówiąc cieszę się, że moja droga wyglądała tak, jak wyglądała. Zrobiłem to na swoich zasadach, w bezpiecznym środowisku, gdy byłem samodzielny finansowo. Ale z drugiej strony, tak jak mówiłem, wiele rzeczy musiałem odpuścić: studia, gotowanie, treningi bokserskie. Długo wydawało mi się, że muszę zniknąć, żeby przejść tranzycję. Zaszyć się gdzieś, by bez widzów zrobić co trzeba i wrócić nowym sobą. Jaka droga jest lepsza? Ciężko powiedzieć. Możesz mieć zajebiste warunki dookoła, wspierającą rodzinę i szkołę, a i tak odczuwać gigantyczną dysforię. A możesz mieć się super ze swoją transpłciowością, ale mieć przerąbane w najbliższym środowisku. Zawsze, gdy dopada mnie myśl, że żałuję, że nie zrobiłem czegoś wcześniej i inaczej, przypominam sobie, jak wiele wspaniałych osób spotkałem akurat na takiej, a nie innej drodze. I wtedy nie mam już sobie nic do zarzucenia.

***

Kacper Potępski – transpłciowy aktywista, opowiadający o swojej tranzycji na IG (@ka.per) i TikToku (@lewackitrans). Członek zarządu Federacji Znaki Równości, która prowadzi DOM EQ – Krakowskie Centrum Równości. Współorganizator zrzutek na cele pomocowe dla osób transpłciowych i niebinarnych (obecnie trwa zrzutka EuforJa).  

 

Tekst z nr 94/11-12 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.