Dziecko gorszego Boga – recenzujemy film „Magdalena”

Na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych, swoją premierę miał debiut reżyserski Filipa Gieldona, „Magdalena”. Ten skromny i niepozorny, mogący umknąć szerszej publice obraz jest kinem czystych emocji, dającym dużo przestrzeni zarówno swoim bohaterom, jak i widzom.

„Magdalena” opowiada historię 20-letniej niemej dziewczyny (Magdalena Żak), wychowującej swoją paroletnią córkę pod jednym dachem z matką (Anna Gajewska). Mamy tu zatem trzy pokolenia, a sama konstrukcja ich relacji przywodzi na myśl „Wiosenną falę” Tiany Yi Yang, mającą swoją premierę na 15. Festiwalu Kina Azjatyckiego „Pięć Smaków”, i świadczy o pewnej uniwersalności współzależności rodzinnych. Zamiast rodzinnego ciepła, wspierania się, pomocy mamy nakręcającą się spiralę wzajemnych pretensji, frustracji płynącej z zawiedzionych oczekiwań i żądań niemożliwych do spełnienia przez żadną ze stron. Reżyser umiejętnie rozdziela racje bohaterów, częściej malując szarościami, niż oddzielając białe od czarnego. Magdalenę stawia głównie w pozycji dziecka – osoby młodej, nie do końca świadomej konsekwencji swoich czynów, pełnej – mimo wszystko – wiary w swoje marzenia i pasję. Osoby niezwykle ciepłej emocjonalnie, mimo doznanego od strony matki chłodu, która tym ciepłem umie i chce się dzielić z własnym dzieckiem. Ale przecież nie tylko – gdy poznaje Julkę (Natalia Sikora), dj-kę i właścicielkę klubu, w którym stara się o pracę, bardzo szybko nawiązuje z nią romantyczną więź. Kiedy wydaje się, że poczucie równowagi wygrywa z dotychczasowym chaosem, odzywają się stare demony, a jeden przewrócony kamień domina burzy całą budowlę.

To, co w filmie uwodzi najbardziej, to głęboka świadomość sztuki narracyjnej i wartości przestrzeni, jaką twórca powinien zostawić odbiorcy. Gieldon wyśmienicie operuje niedopowiedzeniami, zostawiając dużo poza kadrem. Doskonale wie, że nie musi używać grubej kreski i mówić wszystkiego, żeby widz zrozumiał zarówno bohaterów, jak i tło społeczne. Odbierając swojej bohaterce fizyczny głos, idzie nawet o krok dalej, zostawiając nas jedynie z jej emocjami. Dzięki temu jego obraz wychodzi poza ramy kina społecznego, o które początkowo można go „posądzić”, i staje się swoistym coming of age jednostki wykluczonej, muszącej skonfrontować się ze swoją przeszłością, żeby móc zbudować przyszłość. Walka jest nierówna i nie ma w niej żadnych pewników. Ci, którzy z założenia powinni wspierać najbardziej, wystawiają walizki za drzwi. Tych, od których dostaliśmy bezinteresowną miłość, skrzywdzimy, być może dlatego, że nie umiemy inaczej – jak pisał Bukowski, potrzebujemy czasu, żeby rozpoznać kwiaty na tle noży wbijanych przez lata w plecy.

Nie bez znaczenia jest postawienie w centrum tej walki kobiety i otoczenie jej również kobietami, przy jednoczesnym nadaniu mężczyznom atrybutów typowych dla kultury dominacji, przemocy i gwałtu. Jest w tym gorycz, która wybrzmiewa w przemycanych cicho przebitkach wydarzeń równoległych do akcji filmu, mających narracyjny związek z brakiem mowy Magdaleny. W końcu to także obraz poświęcony traumie doznanej w zbyt młodym wieku, kiedy człowiek nie ma absolutnie żadnych narzędzi do radzenia sobie z rzeczywistością. Traumy, która może się powtórzyć – w końcu od przeszłości nie ma ucieczki.

Ale to też film o potrzebie i pięknie miłości, w którym reżyser całkowicie normalizuje homoseksualizm względem heteronormatywności. Związek Magdaleny i Julki jest naturalny – bez homofobii w tle, bez wątpliwości związanych z odkrywaniem własnej seksualności i całej gamy ostracyzmu społecznego, który czai się za rogiem. Magdalena kocha i chce być kochana – i nie wymaga to żadnych dodatkowych tłumaczeń i kontekstów. W tym ujęciu to obraz najdojrzalszy na tle polskich produkcji ostatniego czasu, mierzących się z tematyką queerową.

Dojrzałość artystyczna i smak objawiają się tutaj również w malowaniu tła. Polska Gieldona nie musi leżeć pijana do nieprzytomności pod osiedlowymi schodami, żebyśmy poczuli zapach alkoholu i wiedzieli, że odpowiedź na pytanie: „Napijesz się czegoś?”, prawie zawsze oznacza wódkę. Że dolanie kilku kropli czystej do kawy w czasie przerwy w pracy znacząco pomaga przetrwać kolejny dzień upadlającej pensji. Ale to tło budują także dialogi – niespotykanie jak na polskie kino realistyczne, niewydumane, będące blisko skóry. Połączone z konsekwentną konstrukcją postaci, tworzą spójną, pozbawioną fałszywych nut całość.

O debiucie Gieldona nie można mówić bez odtwórczyni głównej roli, czyli Magdaleny Żak, która przekazuje całą mozaikę swojego wnętrza jednym spojrzeniem czy grymasem. Nie potrzebuje do sportretowania postaci soczystych dialogów czy nadmiernej ekspresji i gestykulacji. Gra czystymi emocjami – można z niej czytać jak z otwartej książki, choć przecież przez cały seans nie wypowiada ani jednego słowa. Jej gra jest niemal doświadczeniem granicznym – elektryzującym, empatyzującym wszystkie stany, niedającym o sobie zapomnieć.

Mis-en-scène, którym operuje Gieldon, pokazuje jego olbrzymi talent narracyjny i wrażliwość artystyczną, ale przede wszystkim umiejętność emocjonalnego rezonowania z widzem. Tworzenie kina szczerego, nienachalnego, w którym katharsis bohatera przynosi ukojenie również odbiorcy, jest na wagę złota. Pozostaje mieć nadzieję, że „Magdalena” zostanie doceniona na festiwalach zagranicznych, a w niedalekiej przyszłości będziemy mogli obejrzeć kolejną produkcję tego świetnie zapowiadającego się twórcy.

(Agnieszka Pilacińska)

„Magdalena”
reż. Filip Gieldon
Polska, 2021
premiera kinowa: 7 stycznia 2022

występują: Magdalena Żak, Natalia Sikora, Anna Gajewska, Marcin Wiercichowski, Maja Malesa

“Mów mi Marianna” – film Karoliny Bielawskiej

Karolina_Bielawska_mow_mi_marianna_lgbt_Replika_mKarolina Bielawska, reżyserka filmu „Mów mi Marianna” opowiada o swej bohaterce. Marianna Klapczyńska przeszła zabieg korekty płci a kilka miesięcy później doznała udaru, który przykuł ją do wózka inwalidzkiego. Rozmowa Bartosza Żurawieckiego

„Marianna urzekła mnie tym, że nie pasuje do ogólnie panujących stereotypów na temat osób transpłciowych, jest wierząca, religijna, o konserwatywnych poglądach, a jedyne, czego pragnie to być zwyczajną kobietą. I ta walka o zwyczajność, to pragnienie akceptacji, przynależności wydały mi się bardziej przejmujące niż podążanie za ideologią, czy publicystyką.”

„Marianna jako Wojtek w latach osiemdziesiątych nie miała wyboru. Mogła albo „leczyć się” psychiatrycznie elektrowstrząsami, bo tak traktowano osoby transpłciowe, albo udawać kogoś, kim nigdy się nie czuła i spróbować żyć normalnie. Zawsze chciała mieć rodzinę, bo ważne była dla niej przynależność i bliskość drugiej osoby. Postanowiła więc, że zwalczy to, kim naprawdę jest i może dzięki temu zapomni o tym. Ale okazało się, że to nie jest do zapomnienia, do wyparcia. Doktor Dulko, z którym rozmawiałam podczas realizacji filmu, mówił mi, że zna przypadki pacjentów – transmężczyzn, czyli biologicznych kobiet, które idąc do ginekologa ze swoim problemem, słyszały: „Niech pani sobie urodzi dziecko, hormony zaczną działać i pani to przejdzie”. Robią to, a potem okazuje się, że nie pomaga. Powoduje za to tragedię, jedno kłamstwo ciągnie za sobą kolejne kłamstwo, krzywdzi ludzi dookoła.”

„Z jednej strony, spotyka mnie taka sytuacja, że chcę sfilmować Mariannę podczas pracy w metrze, gdzie ona kieruje pociągami, a jej szef mówi mi, że się nie zgadza, bo „cielę z dwoma głowami” nie jest dobre dla wizerunku metra. A z drugiej strony, to właśnie koledzy z metra pomagali Mariannie w najtrudniejszym okresie, kiedy przechodziła cały prawny i medyczny proces korekty płci.”

 

Cały wywiad do przeczytania w „Replice” nr 59

Foto: Agata Kubis

spistresci