La Veneno

(Hiszpania, 2020), twórcy: Javier Ambrossi & Javier Calvo, dystr. outfilm.pl/OUTtv. Premiera: nowe odcinki od lipca 2022 r. co środę

 

mat. pras.

 

Seriali i filmów biograficznych o ikonach queerowej kultury czy aktywizmu dostaliśmy już mnóstwo. Zazwyczaj są to mniej lub bardziej smutne historie o żmudnej walce z homofobią czy transfobią, które nawet jeśli nastrajają do dalszej walki, to raczej nie są filmami na poprawę nastroju. Z tym większym zaciekawieniem obserwowałem szum, jaki wywołał hiszpański miniserial „La Veneno”. Tytułowa celebrytka, znana także jako Cristina, to transpłciowa sex-workerka, która w 1996 r. stała się gwiazdą, udzielając serii wywiadów wieczornej telewizji. Wykorzystując popularność, zaczęła karierę piosenkarską i aktorską, by potem za oszustwo ubezpieczeniowe trafi ć do więzienia, i to męskiego (miała niezmienione dane w dokumentach). Można by z tego zrobić łzawą historię o krzywdzie i straconych szansach, ale duet Javierów (znanych z roli jurorów w hiszpańskiej edycji „Drag Race’u”) przyjął ciekawszą perspektywę. U nich to nie La Veneno dochodzi do sławy, lecz cały świat ma szczęście, że została mu objawiona. Wszystkie trans postacie są tu ukazane jako superbohaterki, gwiazdy rocka, przebojowe i roztaczające wokół siebie unikalny urok, czy to w nocnych parkowych alejkach, czy przed milionami telewidzów, stając się mimowolnie emancypantkami osób trans czy mentorkami dla następnego pokolenia. Równorzędny wobec historii La Veneno jest wątek Valerii Vegas, studentki, która pisze biografię Cristiny (właśnie ta książka posłużyła za podstawę serialu). Poznając ją, Valeria odkrywa samą siebie. Wyjątkowej energii serialowi dodaje fakt, że trans postacie są grane przez trans aktorki, a starszą wersję Paci „La Pirany”, najlepszej przyjaciółki La Veneno, gra sama Paca! Jak dobrze, że w końcu możemy go oglądać w Polsce. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 98/7-8 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tęczowy Bareja

Tylko pozornie w filmach i serialach króla polskiej komedii nie ma wątków LGBT – pisze Rafał Dajbor, autor książek o kinie STANISŁAWA BAREI „Jak u Barei” i „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem”

 

Wojciech Pokora jako Marysia w filmie „Poszukiwany, poszukiwana” (1972). Rysunek na podstawie fotosu wykonał Marcel Olczyński

 

Kino Stanisława Barei (1929-1987), choć kultowe i wciąż chętnie oglądane, było dotąd analizowane przede wszystkim pod kątem walki z cenzurą i pokazywania absurdów PRL-u. W bogatej twórczości reżysera, która powstawała blisko 30 lat, są jednak także wątki, których pierwotnie byśmy się nie spodziewali. Pod koniec kwietnia miałem spotkanie autorskie poświęcone mojej książce „Mój mąż jest z zawodu dyrektorem, czyli jak u Barei 2” w Domu Kultury Węglin w Lublinie. Prowadziła je Jolanta Prochowicz – feministka, filozofka, nauczycielka etyki, filolożka, współtwórczyni festiwalu „Demakijaż – Festiwal Kina Kobiet”. Przyznała mi się, że początkowo była zdziwiona, gdy zaproponowano jej poprowadzenie tego spotkania, i zastanawiała się, czy propozycję przyjąć. Twórczość Barei kojarzyła jej się bowiem z kinem bardzo maskulinistycznym, co prawda uwielbianym przez publiczność, ale w żadnym stopniu nieinteresującym z feministycznego czy genderowego punktu widzenia. Dopiero po bardziej wnikliwym przejrzeniu twórczości Barei zmieniła zdanie.

Ja będę dobry dla Marysi

Podobnie rzecz się ma z tęczowymi wątkami w twórczości Barei, o których pisanie trzeba zacząć od komedii „Poszukiwany, poszukiwana” (1972). Główny bohater, pracujący w Muzeum Narodowym historyk sztuki Stanisław Maria Rochowicz, zostaje oskarżony o kradzież obrazu i grozi mu więzienie. Ukrywa się więc w kobiecym przebraniu i zatrudnia jako pomoc domowa o imieniu Marysia w różnych rodzinach, by w tym czasie namalować kopię zaginionego obrazu, co ostatecznie okaże się zbędne, bo obraz odnajdzie się w domu jednego z pracodawców. Już sam motyw męsko-damskiej przebieranki stanowi interesujący wątek, który niejako z automatu nadaje filmowi homoerotyczny charakter. Grający Marysię Wojciech Pokora musi radzić sobie z licznymi próbami podrywu ze strony różnych mężczyzn, a jeden z chlebodawców (Mieczysław Czechowicz) nawet mu się oświadcza, wypowiadając kultowe słowa: „Ja będę dobry dla Marysi”. Inny, pan Karpiel (Wiesław Gołas), zakrada się w nocy do łóżka pracownicy, a gdy odkrywa tam mężczyznę – ucieka z krzykiem i, nie mając odwagi samemu wyjaśnić sprawy sprowadzania przez „Marysię” kochanków, bo tak interpretuje wynik swojej nocnej eskapady, finguje kradzież zegarka i prosi żonę, by to ona zwolniła „złodziejkę”. Jednak pani Karpielowa (Maria Chwalibóg), odkrywszy maskaradę, wcale nie ma zamiaru wyrzucić „gosposi” i następnej nocy to ona zakrada się do sypialni „Marysi”. Wtedy Rochowicz zmienia pracodawców, czując, że już za chwilę grozi mu pełna demaskacja.

W „Poszukiwanym, poszukiwanej” mamy także wątek lesbijski. Rochowicz jako „Marysia” nie zrywa bowiem kontaktów ze swoją żoną Kasią (Jolanta Bohdal), a gdy się spotykają, okazują sobie miłość – tulą się i całują. A to wyraźnie fascynuje dziewczynę (Jolanta Wołłejko, córka Czesława Wołłejki, twórcy kultowych gejowskich kreacji aktorskich w filmach „Zaklęte rewiry” i „Wielka majówka”), z którą „Marysia” zaprzyjaźniła się w czasie spacerów. Dziewczyna owa jest wręcz oczarowana tym, co widzi. Wypytuje koleżankę, „jak wy to robicie”, a gdy ma okazję widzieć na własne oczy czułą scenę między „Marysią” a Kasią, patrzy na nią jak zahipnotyzowana, z wyraźnym podnieceniem. Wątek ten jest krótki, nie wiąże się z żadną kobiecą sceną miłosną, nie ma w nim nagości, ale i tak jest unikatowy – bo tematów lesbijskich w kinie czasów purytańskiego pod względem obyczajowym PRL-u było naprawdę niewiele.

Spekulant w futerku

Z postacią geja w filmie Barei spotykamy się po raz pierwszy w filmie „Nie ma róży bez ognia” (1974). Homoseksualistą jest mieszkaniowy spekulant Malinowski. Przychodzi on do mieszkania Filikiewicza (Jacek Fedorowicz) odziany w futerko i próbuje wzruszyć gospodarza opowieścią o tym, że „tu stało moje łóżeczko, przykryte takim szkockim kocem”, oraz innymi tego rodzaju historiami, a także ma wielką ochotę na ciastko ptyś i krótkim, dosłownie ćwierćsekundowym grymasem okazuje rozczarowanie, gdy okazuje się, że Filikiewicz jest żonaty. Dodatkowy wątek satyryczny związany z orientacją seksualną Malinowskiego pojawia się wtedy, gdy opowiadając o nim swojej żonie Wandzie (Halina Kowalska), Filikiewicz podkreśla, że Malinowski jest sentymentalny „jak każdy mężczyzna”. Gdy zaś spekulant spotyka się już z obojgiem małżonków, wyraźnie widzimy, że wobec Filikiewicza jest wciąż uśmiechnięty i życzliwy, wobec jego żony zaś – szorstki, wręcz nieprzyjemny. Jest więc jak gdyby komediową wersją typu geja mizogina, takiego jak doktor von Fuchs, którego w „Zazdrości i medycynie” (1973) Janusza Majewskiego zagrał Edmund Fetting. Z biegiem akcji okaże się, iż Malinowski chciał pozbyć się mieszkania dlatego, że nie dość, iż jest ono koszmarnie wykonanym budowlanym bublem, to jeszcze ma do niego prawa sublokator, w dodatku były mąż Wandy. Warto podkreślić, że w rolę Malinowskiego wcielił się Wiesław Gołas, aktor kilkakrotnie angażowany przez reżyserów do ról homoseksualistów, których grywał z wdziękiem jako „przegięte cioty”. Jak zauważa w swojej książce „Gejerel” Krzysztof Tomasik, Gołas grywał gejów z okresu przedemancypacyjnego, kiedy to postaci homoseksualne ukazywano na ekranie jako „mężczyzn z kobiecą duszą”, czyli eksponujących swój homoseksualizm poprzez zachowania genderowe, a nie seksualność. Tak właśnie grał Gołas, poza „Nie ma róży bez ognia”, także w „Tysiącu talarów” Stanisława Wohla z 1960 r. (prezenter na pokazie mody) oraz w skeczu Kabaretu Dudek „Karolkowa”. Trudno natomiast powiedzieć, jakim gejem był członek złodziejskiej szajki z serialu Ryszarda Filipskiego „Kto ty jesteś” (1981), bo ów serial nigdy nie był emitowany, a zmarły w 2021 r. reżyser twierdził, że taśmy zostały zniszczone.

Nie bądź baba

Z prawdziwą eksplozją tematyki homoseksualnej u Barei mamy do czynienia w „Zmiennikach”, ostatnim dziele reżysera, którego telewizyjnej premiery (18 października 1987 r.) już nie dożył. Przede wszystkim, podobnie jak w „Poszukiwanym, poszukiwanej”, na ekranie występuje przebieranka, choć tym razem odwrotna – to kobieta, Kasia Piórecka (Ewa Błaszczyk) przebiera się za mężczyznę, by zdobyć upragnioną pracę w Warszawskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym. Powoduje to oczywiście szereg komediowych sytuacji i powiedzonek, z „nie bądź baba” na czele, które do Kasi występującej jako „Marian Koniuszko” rzuca jej zmiennik, Jacek Żytkiewicz (Mieczysław Hryniewicz). Wyeksponowany jest także wątek podobieństwa Kasi do prawdziwego Mariana Koniuszki (Marcel Szytenhelm gra go na mocnym, gejowskim przegięciu). Fizyczne podobieństwo obu postaci widać szczególnie w odcinku trzecim, podczas rzekomego grzybobrania, a w rzeczywistości leśnej libacji, gdy pijany Mroczkowski (Janusz Rewiński) z rozmachem klepie w pośladki prawdziwego Mariana, a dostrzegłszy swoją pomyłkę, bełkocze, że wziął go za kogoś „wręcz przeciwnego”. To wydarzenie stanie się zresztą dla Kasi początkiem feministycznego przebudzenia, zwłaszcza gdy jej szef, prezes spółdzielni imienia Borów Tucholskich, ojciec Mariana, Tadeusz Koniuszko (Mariusz Dmochowski), zbagatelizuje zdarzenie i powie jedynie, że „w zasadzie klepie się kobiety”, co sprawi, że Kasia podejmie pierwszą próbę odejścia z pracy, choć tym razem prezes da radę ją jeszcze udobruchać.

Warto także zwrócić uwagę na swoistą genderową grę, którą pokazuje Bareja. Na co dzień Kasia Piórecka wydaje się sama sobie zbyt mało kobieca (co wciąż zresztą wypomina jej matka, grana przez Irenę Kwiatkowską) i gdy ma ją odwiedzić Jacek (wobec którego w pracy udaje przecież mężczyznę) przebiera się w sposób „hiperkobiecy” – stosuje ostry makijaż, zakłada perukę i ekstrawagancką sukienkę, upodabniając się wręcz do gwiazd muzyki pop z lat 80. Zresztą rozmaitych wątków związanych z płcią Kasi Pióreckiej vel Mariana Koniuszki jest więcej – „Marian” wyraźnie podoba się pani Lusi (Stanisława Celińska) z Instytutu Literackiego Opoka, a gdy i ona poznaje tożsamość bohaterki, jest całą sytuacją wręcz rozbawiona i nie okazuje żadnego zakłopotania. „Mariana Koniuszkę” prosi o specyficzną przysługę kolega taksówkarz, Stefan Parzydlak (Marek Siudym), fingując „nakrycie” w sytuacji intymnej swojej żony (Iwona Głębicka) właśnie z „Marianem”, co ma na celu uzyskanie uzgodnionego między małżonkami rozwodu, by Parzydlakowa łatwiej znalazła przedszkole dla dzieci. Jest też scena, w której do ciemnej windy, w której jedzie przebrana za Mariana Kasia, dosiada się gej i próbuje podrywu, a gdy Kasia (reagując zresztą, mimo męskiego przebrania, nie jak mężczyzna, ale jak kobieta bojąca się agresji seksualnej w ciemnej windzie) wymyka się, twierdząc, że zapomniała kluczy, podrywacz kwituje to słowem „Gapcio”. Dodatkowego smaczku owej scenie dodawać miał zapewne fakt, iż owego geja podrywacza zagrał Jacek Janczarski, scenarzysta serialu i mąż Ewy Błaszczyk. Janczarski był bez wątpienia uzdolniony literacko, ale aktorsko – zupełnie drewniany, przez co oglądając scenę, trudno pozbyć się wrażenia, że byłaby ona dużo atrakcyjniejsza, gdyby zagrał ją aktor potrafiący uwiarygodnić homoseksualność bohatera. Ciekawa jest także historia z zamieszaniem, które wywołuje fakt, iż Kasia prosi Mariana, by ten przez jeden dzień ją zastąpił (sama ma w tym czasie randkę z Jackiem). Marian daje się wtedy wmanewrować w rzekome ojcostwo dziecka  prostytutki Grzybianki (Anna Gornostaj). Jednak do sądu w tej sprawie pójdzie już przebrana za Mariana Kasia, która dodatkowo wzruszy sędzię opowieścią o tym, jak była dyskryminowana jako kobieta, gdy nie mogła ze względu na płeć otrzymać pracy w WPT. Warto zwrócić uwagę na postać sędzi, graną przez Wiesławę Mazurkiewicz, jest to bowiem jedna z pierwszych (o ile nie pierwsza) w polskim kinie postać kobieca spełniająca definicję bycia feministką we współczesnym tego słowa znaczeniu.

Prosty szofer homoseksualistą?

Są w „Zmiennikach” wątki, które z dzisiejszej perspektywy mogłyby wydawać się homofobiczne. Oto w odcinku szóstym, gdy Kasia (oczywiście jako Marian) i Jacek wracają z Krakowa, dokąd odwieźli aktora Rawicza (Jan Englert), Kasia, po odjeździe Jacka, wraca do kobiecego wyglądu – odkleja wąsy, robi sobie makijaż, poprawia włosy. Scenie tej przygląda się pijaczek (Mariusz Gorczyński), który nie kryje obrzydzenia, a nawet w pewnym momencie spluwa z wyraźną pogardą. Ponieważ jednak po pijanemu obwiązał kurtkę wokół ulicznej latarni i niejako przywiązał się do niej – nie może odejść i bezradnie się szarpie bełkocząc, że go „mgli”, gdy patrzy na zboczeńca. W odcinku czternastym zaś wybucha bójka między Jackiem a „Marianem”, zwieńczona miłosnym pocałunkiem. Scenie tej przyglądają się ze zdumieniem poprzedni zmiennik Jacka, Stanisław Lesiak (Bronisław Pawlik) oraz magazynier WPT. Są wręcz wstrząśnięci: Staszek mówi, że jest to czymś normalnym wśród artystów, kolekcjonerów, dyplomatów, „ale żeby prosty szofer”… A chwilę później oznajmia Jackowi i Kasi, już w kobiecej roli: „Od tygodnia nie mogłem na was patrzeć”. To pewna scenariuszowa mielizna – trudno bowiem uwierzyć, by Jacek i Kasia jeszcze przez tydzień udawali przed całym WPT, iż Kasia to Marian Koniuszko. Sama Kasia, jeszcze jako Marian, zostaje zaatakowana przez Krashana (Piotr Pręgowski) usiłującego wydobyć z oparcia siedzenia taksówki schowane tam dolary. Kasia pokonuje Krashana i zamyka go w śmietniku. Krashan nie może oczywiście zdradzić swoich prawdziwych, przestępczych zamiarów, udaje więc podrywacza. „Zjeżdżaj, pedale, i żebym cię więcej na oczy nie widziała, to znaczy nie widział” – odpowiada na to Kasia. Trudno jednak dostrzegać w tych scenach rzeczywistą homofobię – to raczej zapis ówczesnej obyczajowości. Zwłaszcza że Bareja w jakimś sensie usprawiedliwia zarówno granego przez Gorczyńskiego pijaka, jak Stanisława Lesiaka w wykonaniu Pawlika; są to ludzie stosunkowo prości. Kasia zaś ulega emocjom naturalnym w sytuacji napadu. Bezlitośnie natomiast rozprawia się Bareja z dyrektorem wydawnictwa Opoka (Gustaw Lutkiewicz), czyli człowiekiem, po którym można by się spodziewać wyższej kultury, w tym zrozumienia dla spraw związanych z orientacją seksualną. Dyrektor ów pogardliwie wypowiada się o literatach słowami: „Normalny człowiek nie pisze powieści. To są zboczeńcy, maniacy, nierzadko pederaści”. W tym więc przypadku homofobia staje się dla Barei dodatkowym elementem eksponującym prymitywność dyrektora (okazującego się z biegiem akcji kolejną wersją znanego z „Poszukiwanego poszukiwanej” aparatczyka, który dyrektorował już wszystkim możliwym instytucjom) i jego niekompetencję na zajmowanym stanowisku.

Geje udział wzięli

„Zmiennicy” są także wyjątkowi, jeśli chodzi o udział gejów. Wcześniej Bareja niezwykle rzadko współpracował z homoseksualistami – jedynie wybitny tancerz Gerard Wilk (1944-1995, zmarł na AIDS) zaistniał w tanecznych scenach w dwóch wczesnych filmach: „Małżeństwie z rozsądku” (1965) oraz „Przygodzie z piosenką” (1968). Po latach w kultowym „Misiu” (1980) pojawił się Ryszard Czubak w maleńkiej, niemej roli statysty w stołówce wytwórni filmowej. Za to w „Zmiennikach” wystąpiło aż czterech gejów, których homoseksualizm nie był tajemnicą, zwłaszcza w środowisku aktorskim. I tak jako jeden z robotników pracujących w kanale pojawił się w odcinku drugim Zygmunt Hobot (1930-2004). Milicjantem prowadzącym odprawę przed akcją aresztowania prostytutek (odcinek siódmy) jest Andrzej Grzybowski (1930-2020). W odcinku dwunastym, w roli jednego z członków komisji inwentaryzacyjnej spisującej zawartość mieszkania po towarzyszu Winnickim, wystąpił Jerzy Tkaczyk (1923-2006). Najciekawsza sytuacja wydarza się w odcinku czternastym – wspomniany już magazynier z WPT, który z niedowierzaniem przygląda się pocałunkowi Jacka i „Mariana Koniuszki”, zagrany został przez geja, Bogdana Śmigielskiego (1929-2013).

Podsumowując – pozornie znane niemal na pamięć, bo nieustannie powtarzane filmy Stanisława Barei kryją w sobie jeszcze wiele różnych nieopisanych dotąd aspektów. A pierwszoplanowe w „Poszukiwanym, poszukiwanej” i w „Zmiennikach” wątki płciowej metamorfozy w obecnej dobie szybkiej emancypacji osób transpłciowych powinny doczekać się nowych analiz.

 

Tekst z nr 98/7-8 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Przytulam queerową publiczność

Z KAMILEM KRAWCZYCKIM, reżyserem filmu „Słoń”, rozmawia Adam Kruk

 

Foto: Krystian Lipiec

 

Pamiętam, że gdy poznaliśmy się na festiwalu w Karlovych Varach, „Słoń był prawie gotowy, a ty byłeś pełen nadziei, ale i obaw. Potem nastąpiła premiera na Nowych Horyzontach i posypały się nagrody na światowych festiwalach.

To dla mnie bardzo intensywny, ale też bardzo pozytywny czas. Wcześniej rzeczywiście byłem przejęty, bo przecież to mój pierwszy pełny metraż – projekt, nad którym pracowałem kilka lat. I weź go tu teraz nagle pokaż publiczności… Stresu nie unikniesz, nie wiesz, czego się spodziewać – bo i wiedzieć nie możesz. Obawy jednak zaczęły się rozmywać podczas Nowych Horyzontów, kiedy wszedłem na premierowy pokaz, zobaczyłem ekipę, z którą razem pracowaliśmy nad filmem, oraz widzów wchodzących specjalnie na mój fi lm. Pomyślałem: wow, sala jest pełna i pełno na niej queerowej publiczności. Wtedy odetchnąłem – od tamtej pory wszystko idzie już z górki.

Po Nowych Horyzontach, gdzie publiczność jest wyrobiona, otwarta na kino queerowe i generalnie na produkcje spoza mainstreamu, następuje festiwal w Gdyni: ultrapolski, bo pokazujący właściwie tylko polskie filmy, dość konserwatywny. I tam sukces – nagroda w sekcji mikrobudżetów. Spodziewałeś się jej?

Kompletnie nie myślałem w kategoriach konkursu, rywalizacji, nagród. Chciałem po prostu pokazać „Słonia” kolejnej publiczności – tak jak mówisz, trochę innej niż tej nowohoryzontowej. To jest specyficzny festiwal, bo przyjeżdża na niego cała branża filmowa i dla debiutanta, który przez całe życie ją obserwował – znanych reżyserów, aktorów, aktorki – i marzył, by tak jak oni robić fi lmy, to było duże przeżycie. A nagroda oczywiście bardzo mnie cieszy, bo nie jestem naiwny – wiem, jak wiele sukcesy na festiwalach dają promocyjnie, a najbardziej zależy mi na tym, by „Słonia” nieść dalej do przodu, ku następnym widzom.

Odbierając statuetkę, powiedziałeś ze sceny: „Ten fi lm ma być ≫przytulasem≪. Chciałem przytulić queerową społeczność, do której sam też należę. Ale nie tylko. Chciałem przytulić wszystkich, którzy tego potrzebują. Pomimo wszystkiego, co się teraz dzieje – damy radę i przetrwamy”.

Wiedziałem, że mamy transmisję w TVP, że reakcje mogą być różne, ale dla mnie to najbardziej naturalne sprawy pod słońcem. Powiedziałem tylko to, co jest prawdą: dla kogo zrobiłem ten fi lm, podziękowałem mojemu chłopakowi. Nie ukrywam się w życiu, nie cenzurowałem się, kręcąc fi lm, dlaczego więc miałbym to robić po jego premierze? A że leciało to w TVP na żywo, to tym bardziej czułem się zobowiązany, by uczcić naszą społeczność. Nie myślałem o tym, jak moje słowa zostaną odebrane, nie spodziewałem się, że otrzymam gromkie brawa i że popłyną tak daleko – a potem faktycznie pojawiło się sporo newsów i artykułów na ten temat. Bardzo zresztą życzliwych.

Czyżby okazywało się, że Polska jest mniej homofobicznym krajem, niż próbuje nam się wmawiać?

Chciałbym, żeby tak było, jakiś hejt jednak zawsze się znajdzie. Udzieliłem w ostatnim czasie sporo wywiadów i komentarze pod nimi bywały bardzo homofobiczne. Trochę ich poczytałem, po czym postanowiłem, że już nie będę tego robił. Więcej spotkało mnie jednak ciepłych reakcji – nawet na Podhalu, skąd pochodzę. Po Gdyni napisał do mnie nawet najbardziej znany i „klikany” w regionie portal Podhale24.pl z prośbą o materiały z filmu, bo chcieli napisać newsa o wygranej krajana. Zastanawiałem się, jaki to będzie miało skutek, bo jest on czytany i komentowany przez bardzo szeroki target. Myślałem, że taki wpis nie może przynieść nic pozytywnego. Zajrzałem tam godzinę po opublikowaniu: 10 tysięcy wyświetleń, kilkanaście komentarzy. Walczyłem, by ich nie czytać, ale w końcu zjechałem w dół i… o dziwo, zdecydowana większość była pozytywna, poza jakimś marginesem hejtu odklejonym nawet od treści artykułu.

Czyli Podhale jest z ciebie dumne! Portretując je w „Słoniu”, sięgałeś do własnych wspomnień?

Tak, choć na początku opierałem się, by osadzić tam akcję, miałem z tym problem. Może dlatego, że gdzieś tam z tyłu głowy tkwił posępny obraz polskiej wsi z innych polskich filmów i bałem się, że u mnie wyjdzie podobnie. Bo nie chciałem zakłamywać rzeczywistości i pokazywać, że wszystko jest tu cacy, ale też zależało mi, by uniknąć demonizowania prowincji. Na początku więc chciałem, by część akcji działa się w mieście – to jeszcze nie była ta historia, choć od początku była queerowa. Tylko że pisanie mi nie szło. Dopiero kiedy pewne rzeczy w sobie przepracowałem, odważyłem się osadzić Bartka – mojego bohatera – tam, gdzie sam się wychowałem, opowieść ruszyła. Dużo łatwiej mi się pisało, czerpiąc z życia mojego i moich znajomych – Podhale jest bardzo inspirującym miejscem z dużym potencjałem filmowym. Nie wykluczam, że przy kolejnych projektach będę chciał tu wracać.

Historie z prowincji zawsze opowiadają ludzie, którzy już stamtąd wyjechali. Nie tylko zresztą w Polsce osoby nieheteronormatywne, by wieść w miarę szczęśliwe życie, muszą opuścić swoje małe ojczyzny. To także jeden z motywów „Słonia”.

Interesował mnie konflikt wewnętrzny kogoś takiego jak Bartek, kto pasuje do Podhala i się tu odnajduje – bo lubi konie, lubi naturę, lubi mieszkańców. Tyle że oni nie pozwalają mu tu funkcjonować w pełni. Chciałbym, żeby wyoutowani geje mogli mieszkać na polskiej wsi i w małych miastach, żeby nie kosztowało to tyle energii, wiem jednak, że póki co nie zawsze jest to możliwe. Małe społeczności lubią ingerować w życie jednostki, która jest ich częścią, zawłaszczają je, kontrolują. Można starać się je zmieniać od wewnątrz, przejść tę drogę, ale jest to ogromnie kosztowne.

Jak było w twoim przypadku?

Opuściłem Podhale, mając 19 lat. To miał być standardowy wyjazd z domu rodzinnego na studia, jako że wtedy nie dało się studiować w Nowym Targu. Miałem plan, by wyjechać jak najdalej i nigdy nie mówić rodzicom o sobie – dziś sam się temu dziwię, ale te 14 lat temu inaczej odbierałem rzeczywistość. No ale zdarzyło się tak, że tuż przed wyjazdem zakochałem się po uszy i wylądowałem w pierwszym związku z chłopakiem. Kompletnie nieracjonalne było się wiązać, kiedy za kilka miesięcy masz wyjechać z domu i zacząć nowe życie, ale my wtedy zupełnie straciliśmy dla siebie głowy. Powiedzieliśmy o sobie wszystkim znajomym naokoło i odbiór okazał się zaskakująco pozytywny. Były oczywiście jakieś dziwne pytania i rozmowy, ale nie spotkaliśmy się z agresją czy odrzuceniem. Po kilku tygodniach okazało się jednak, że nie tylko znajomi, ale i całe miasto o nas mówi. Wtedy zaczął się hardcore, bo staliśmy się w mieście tematem numer jeden. Pewnego razu przychodzę do domu, jest późny wieczór, a rodzice czekają w moim pokoju i pytają, dlaczego wszyscy mówią, że jestem gejem. Nie mogłem skłamać. I to był trudny czas, bo wyjeżdżałem, trochę jak Dawid ze „Słonia”, w atmosferze skandalu. Zostawiałem za sobą rodziców, którzy sami musieli sobie te sprawy przepracować, i zostawiałem chłopaka. Ze względu na niego, zamiast na koniec świata, pojechałem na studia do Krakowa i co weekend przyjeżdżałem do Nowego Targu, ale szczerze nienawidziłem tam wracać. Potem jakoś się z tym miejscem pogodziłem – na co dowodem jest pewnie mój fi lm.

Czy myślisz, że dzisiejsza młodzież ma łatwiej? Z jednej strony jest większa świadomość, z drugiej „strefy wolne od LGBT”.

Myślę, że młodzi mają dziś większą wiedzę i akceptację, widzę to nawet w Nowym Targu. Homoseksualność przestała być tabu – nieustannie pojawia się w mediach, serialach na Netfliksie, w necie znajdziesz cokolwiek chcesz, także grupy wsparcia. Ale to, że od paru lat staliśmy się obiektem nagonki, jakimś politycznym mięsem armatnim, ma swoją cenę, przynosi wielu osobom cierpienie. Bo nagle każdy musi się wypowiedzieć, a jak jesteś niewyoutowany i musisz wysłuchiwać, co wszystkie ciotki, babcie i wujkowie mają na ten temat do powiedzenia, to nie zazdroszczę. Wyobrażam sobie, że dla młodych ludzi musi być to straszne. W dłuższej perspektywie jednak sądzę, że nagonka ta – wbrew intencjom – przyniesie więcej dobrego. Bo także dzięki niej faktycznie wyszliśmy ze sfery tabu i nie da nas się już tam oddelegować z powrotem. I większość społeczeństwa się na tę nagonkę nie godzi – widzimy to w sondażach, z roku na rok coraz bardziej nam przychylnym.

To też zasługa pracy organicznej, którą każdy w naszej społeczności – chcąc nie chcąc – trochę musi wykonywać. Zamiast żyć własnym życiem, stajemy się edukatorami seksualnymi czy obyczajowymi.

Pamiętam, że przechodziłem przez to, gdy wyprowadziłem się z domu i zacząłem studiować. Miałem wtedy takie podejście, że już nigdy więcej nie dam się zamknąć w szafie, mówiłem o sobie wszystkim. Ludzie reagowali pozytywnie, ale jednak byli zaciekawieni – bo te naście lat temu wciąż byliśmy traktowani jako coś egzotycznego. To prowokowało mnóstwo rozmów, na każdym spotkaniu towarzyskim ktoś nowy podchodził i dostawałem ten sam zestaw pytań: jak wyglądał twój coming out, co na to rodzice, od kiedy wiedziałeś – z tych mniej niedyskretnych. Nie obrażam się na nie, poczuwam się do tej „misji edukacyjnej”, ale to kosztuje sporo energii i rozumiem, że nie każdy ma ochotę to robić.

Twój głos wybrzmi teraz jeszcze głośniej, bo „Słoń ma szansę trafi ć do dużej publiczności. Fajnie, gdyby tak się stało, bo przecież sprawy, o których opowiadam: miłość, dojrzewanie, relacje z rodzicami, wybór własnej drogi – są w miarę uniwersalne. Ale ja, tak jak powiedziałem w Gdyni, robiłem „Słonia” głównie z myślą o queerowej publiczności, to do niej chciałem trafi ć. Nie kalkulowałem, co może się spodobać statystycznemu widzowi. Nie zastanawiałem się, czy sceny seksu nie są zbyt długie lub zbyt dosłowne dla widza hetero. Albo czy w kadrze może pojawić się lubrykant, czy to będzie już za dużo. Kompletnie mnie to nie interesowało. Stawiałem w centrum queerowego widza, czyli siebie. Siebie jako widza.

Coraz więcej queerowych produkcji przynosi jednak niezły zysk. W Stanach takie tytuły jak „Love, Simon” czy „Bros” na równych prawach konkurują z produkcjami mainstreamowymi. Czy myślisz, że twój film może być znakiem, że i my jesteśmy na to gotowi?

Emancypacji nikt z polityków już nie zatrzyma – proces ten jest trudny, ale przejść go musiał każdy kraj. Te zmiany postępują od lat, idą do nas z Zachodu, który już dawno przepracował martyrologiczne wątki geja jako ofiary i gdzie kino queerowe robi się coraz weselsze. My jeszcze je przerabiamy i myślę, że musimy to robić, dopóki nie zajdzie u nas realna zmiana społeczna. Ale wydaje mi się również, że choć zaczęliśmy dużo później, to i tak, starając się nadganiać cywilizacyjny dystans do Zachodu, przerabiamy je dużo szybciej. I to, że historie takie jak „Bros” czy „Call Me By Your Name” trafiają do szerokiej publiczności, powinno dać do myślenia także polskim producentom i dystrybutorom, którzy wciąż są dość zachowawczy. „Słoń” oczywiście z tymi dużymi tytułami nie może się mierzyć – porównałbym go raczej do amerykańskich filmów niezależnych – ale przecież nie wszystkie filmy muszą mieć kilkaset tysięcy widzów, wielkie nazwiska w obsadzie i zdobywać Oscary jak „Tajemnica Brokeback Mountain”. Skromne, osobiste produkcje też są potrzebne, bo kropla drąży skałę.

Pozytywne reprezentacje pomagają w oswajaniu się z homoseksualnością. Mnie amerykańska popkultura bardzo w tym pomogła.

Ja pamiętam, że kiedy w „Magdzie M.” pojawił się bohater gej, to przeszył mnie dreszczyk emocji – sam jeszcze nie wiedziałem o sobie wszystkiego, dopiero siebie poznawałem, a tu na ekranie zostaje to nazwane. Paraliżuje cię to, bo teraz masz kilka minut, żeby się czegoś dowiedzieć. U mnie w domu słowa „gej” czy „lesbijka” nigdy nie padły – ani w pozytywnym, ani w negatywnym kontekście. Po prostu nie było ich w słowniku. Dlatego w dzieciństwie wszystkiego dowiadywałem się z filmów, głów nie amerykańskich, bo one były najbardziej dostępne. W Nowym Targu było jedno małe kino (internet dopiero raczkował) i jednym z pierwszych filmów, które tam zobaczyłem, były „Godziny” Stephena Daldry’ego. Meryl Streep grała tam postać będącą w związku z kobietą i dla mnie to był totalny szok. Dlaczego one ze sobą mieszkają? Dlaczego śpią w jednym łóżku? A przede wszystkim: dlaczego nikt dookoła nie reaguje? Nie powiem ci dokładnie, ile miałem lat, ale już wtedy wiedziałem, że jakoś mnie to dotyczy. Stopniowo sięgałem po kolejne tytuły, aż natrafiłem na amerykańskie „Queer as Folk”, które dało mi solidną queerową edukację. (śmiech) Polskich produkcji wówczas nie było. Przypominam sobie jedynie, że spore wrażenie zrobiła na mnie „Senność” Magdaleny Piekorz – jednym z przeplatających się w filmie wątków była historia lekarza (Rafał Maćkowiak), który zakochuje się w dresiarzu (Bartosz Obuchowicz). Po latach widzę, jak odważne było to w tym 2008 r.

Zawsze jednak dostępna była pornografia…

Ja w tamtych czasach miałem raczej styczność z pornografią hetero i orientowałem się, że bardziej niż na dziewczyny, patrzyłem na kolesi. Dziś dostęp do pornografii jest jeszcze łatwiejszy, na szczęście jest też znacznie więcej reprezentacji gejowskich relacji w wersji niepornograficznej.

U ciebie sceny intymne wyszły fajnie – nie pornograficznie, ale i nie pruderyjnie. Jak nad nimi pracowałeś?

Mieliśmy na planie koordynatorki do spraw intymności: Kasię Szustow i Martę Łachacz – to na szczęście staje się dziś w produkcji filmowej standardem. Taka osoba ma przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo aktorom, którzy są bardzo narażeni na nadużycia. Dużo się słyszy skandalicznych historii z planu, więc starałem się o to szczególnie zadbać. Bo jeśli aktorzy czują się komfortowo, to nie narażamy nikogo na niepotrzebne traumy i to przekłada się na sposób, w jaki sceny intymne ostatecznie wypadną. Gdy czują się bezpiecznie, mogą skupić się na graniu, nie musząc przejmować się tym, że zaraz zostaną przekroczone jakieś granice. Wiedzą, że w każdym momencie mogą powiedzieć „nie” i mogą to powiedzieć koordynatorce – osobie, która jest tam specjalnie dla nich – a nie reżyserowi, co może być dla aktora stresujące. To bardzo ważne, by jeszcze przed włączeniem kamery przeczytać z koordynatorką scenariusz i skupić się na scenach intymnych, określić, co będzie widoczne, i razem z aktorami stworzyć choreografię tych scen.

Jak dobrałeś ze sobą aktorów, by na ekranie czuć było chemię?

Zorganizowałem spotkanie u siebie w mieszkaniu, nie było pieniędzy na większy casting. Zaprosiłem więc trzech aktorów, co do których czułem, że to może być to. I już wtedy, poznając Janka Hrynkiewicza, poczułem, że znalazłem Bartka, bo szukałem kogoś, kto w spojrzeniu miałby wrażliwość, ale i siłę – a Janek właśnie coś takiego ma. Wtedy na casting zaprosiłem też Pawła Tomaszewskiego, chciałem zobaczyć ich razem w tej konfiguracji. Dostali zadanie, by zaimprowizować pierwsze spotkanie swoich postaci, a jako że się nie znali wcześniej, to także dla nich było to pierwsze spotkanie. Wtedy Paweł zapytał, czy może Janka powąchać, i stwierdziłem, że tak bardzo pasuje to do jego postaci, do początku tej relacji, że weszło to do scenariusza. Potem jeszcze wielokrotnie się widywaliśmy, robiliśmy sporo prób, bo wiedzieliśmy, że na planie nie będzie już na nie czasu ani przestrzeni. Bardzo wiele to dało. Dzięki temu już pierwszego wspólnego dnia zdjęciowego chłopaków zobaczyłem, że faktycznie mamy tę chemię, że będzie ją czuć na ekranie.

Z Pawłem Tomaszewskim, wyoutowanym aktorem, mieliśmy wywiad w „Replice” (nr 82); producentem jest Jakub Mróz z Tongariro, które jest dystrybutorem tęczowych filmow. „Słoń jest więc queerowy nie tylko tematycznie, ale i produkcyjnie. Jak wpłynęło to na pracę na planie, który – wiadomo – bywa dość brutalnym miejscem?

Wiesz, ja całe życie chciałem robić filmy, ale w pewnym momencie z tego zrezygnowałem właśnie z powodu tego, czego nasłuchałem się o planach filmowych: jaki to maczystowski świat, jak toksyczne panują tam relacje. Później, kiedy dostałem pracę jako asystent kierowniczki produkcji, zobaczyłem, że nie musi tak być, że jest przestrzeń na inną wrażliwość. I zależało mi, by u nas też była. Ale to musi wyjść z góry: od reżysera, od producenta, od operatora – i od tego, jak my się do siebie odnosimy zależy, jak kształtują się kolejne relacje na planie. Ważne jest też, by dobierać ludzi nie tylko z uwagi na doświadczenie, ale i charakter. By się zastanowić, czy będą do siebie pasować vibe’em, czy będą chcieli grać do tej samej bramki, czy czują temat i potrzebę, by wspólnie opowiedzieć tę historię. Stąd rzeczywiście pojawiło się w ekipie sporo queerowych osób i pewnie to również wpłynęło na bardzo rodzinną atmosferę, która wytworzyła się na planie. Podczas zdjęć wszyscy się przytulaliśmy, przychodziliśmy na plan szczęśliwi – fi lm miał być więc nie tylko „przytulasem” dla widza, ale też okazał się nim i dla nas.  

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Świadomość ciała i rozkoszy

Z wybitnym aktorem OLGIERDEM ŁUKASZEWICZEM o wątkach gejowskich w jego rolach, o nagości na ekranie i w życiu oraz o współczesnej homofobii politycznej rozmawia Rafał Dajbor

 

Foto: Marek Szczepański dla „Newsweeka”

 

Rozmawiamy w Warszawie, w biurze pana fundacji „My Obywatele Unii Europejskiej. Fundacja im. Wojciecha B. Jastrzębowskiego”. Jeszcze przed rozpoczęciem wywiadu powiedział pan, że kwestie praw mniejszości są bardzo ważne także właśnie dla fundacji.

Wojna w Europie. Pandemia. Brak energii. Inflacje w różnych krajach. Te problemy dotyczą nas wszystkich. Lecz Unia Europejska nie zapomina o jednostce. O człowieku, który ma prawa obywatelskie. Unia czuje się zobowiązana wobec pojedynczych losów ludzkich, bo wynika to z zadekretowanych wartości europejskich. Samorządy w Polsce, które ogłosiły „strefy wolne od LGBT”, UE wyłącza ze swojej wspólnoty wartości i nakłada na nie sankcje. Takie samorządy nie otrzymają wsparcia Unii. Fundacja, którą założyłem, zwraca się do obywateli, ich wyobraźni, wrażliwości i – w końcu – wyborczych decyzji. Obecnie rządzący Polską, aby zasłonić istotę swoich nieudolnych rządów, wmawiają społeczeństwu, że LGBT to ideologia, którą narzuca Unia. Gorąco się temu sprzeciwiam.

Proszę powiedzieć, dlaczego pana zdaniem Kościół katolicki, który był w Polsce kiedyś w szpicy, jeśli chodzi o obronę praw człowieka (mam na myśli czasy PRL-u), dziś jest w tej kwestii hamulcowym? Pytam o to aktora, który przecież występował także w kościołach, jest z tą instytucją w jakimś stopniu kojarzony.

Nawet kilka razy zagrałem samego prymasa Stefana Wyszyńskiego. A to, o co pan pyta, stało się dlatego, że Kościół ma od dawien dawna jakąś straszliwą fobię na temat seksualności człowieka. Otrzymywałem w listach pytania: “Dlaczego pan się rozbiera w filmach? Ciało jest świątynią Boga”. Na cmentarzu słyszę: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Tymczasem w naszych ciałach wieją wichry popędów. Kościół chce je pacyfikować biczem. Dlaczego nie można użyć rozumu? Za cichy jest w tej sprawie głos psychologów. W przygotowaniu do spowiedzi rozdawanym w mszalikach w czasach mojej pierwszej komunii świętej wciąż powtarzało się pytanie: „Ile razy miałeś myśli nieczyste?”. Czyli sama już myśl na temat seksualny uważana była za grzech. A ja pamiętam moją pierwszą „zabawę w lekarza” z kuzynką, gdy miałem 6 lat. Po prostu pokazywaliśmy sobie różnice w wyglądzie naszych ciał i nie było w tym nic grzesznego, ale… pokonany przez własne wyrzuty sumienia, wróciłem do konfesjonału. Kościół doprowadził to wszystko do absurdu. Na przykład zakazując antykoncepcji, nie zważając przy tym na problem przyrostu naturalnego czy AIDS. Każda świadomość człowieka na temat cielesności budzi w Kościele grozę, podczas gdy sam schował się za murem nietykalności, zabraniając wiernym patrzenia, co się dzieje za tym murem. I teraz to wszystko wybiło na wierzch. Zaczyna wychodzić na światło dzienne, co dzieje się w zakonach, tak męskich, jak i żeńskich, to, jak księża krzywdzili dzieci, młodzież. To wychodzenie na jaw jest dobre, bo wszyscy musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: kim jesteśmy – jako ciała? Człowiek, a więc i jego ciało, miał być „koroną stworzenia”. I co teraz robi ta „korona”? Niszczy własne środowisko, a przez to jego ciało choruje i cierpi. Okazuje się, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć ani swojego matecznika – Ziemi – ani swojego ciała. Ludzie antyku, o czym mówi sztuka z tamtej epoki, mieli świadomość ciała i świadomość rozkoszy, którą ono daje. Potem zaś ideałem stało się niszczenie ciała, głodzenie, biczowanie, a także otoczenie świadomości ciała kręgiem wstydu. Proszę zobaczyć, jak w czasach wypraw krzyżowych traktowano żony rycerzy. Nie tłumaczono im niczego, nie mówiono, dlaczego zachowanie czystości jest ważne, tylko zakładano pasy cnoty. W dzisiejszej epoce znów zakłada się nam pasy cnoty – w sensie myślowym. Ciągle podkreśla się, że części intymne są grzeszne, nieczyste. Trzeba je zasłaniać. Dziś młode reżyserki teatralne biorą odwet za wieloletnie odsłanianie pośladków i piersi aktorek. W wielu przedstawieniach można zobaczyć aktorów z dyndającymi penisami. I bardzo dobrze, odsłońmy wreszcie to, co zasłonięte. I dokładnie znajmy konsekwencje aktu seksualnego. Tymczasem Kościół występuje dziś przeciwko edukacji seksualnej. Czyli przeciwko szerzeniu wiedzy na temat tak powszechny, tak podstawowy jak ludzka rozrodczość, płciowość. Jest coś strasznego w tym, że rozum wciąż nie może się przebić. Jednak w społeczeństwach zaczyna dziś bulgotać chęć zmiany. Chęć poznania tego wszystkiego, co niesie za sobą cielesność. Kościół musi jeszcze raz zbadać swój stosunek do tajemnic ciała. Demaskowanie poszczególnych duchownych jako homoseksualistów, opowiadanie o tym, jak „pod sutanną” realizowali swoją seksualność, wywołał sam Kościół, a nie jacyś jego wrogowie. Przez to, że tak nieroztropnie podchodzi do spraw ludzkiej płciowości. Wywołał po prostu gniew i kontrofensywę przeciwko samemu sobie.

Kościół, a za nim politycy, powtarzają dziś często słowa o „ideologii LGBT”.

Myślę, że warto przyjrzeć się sobie, niejako zbadać samego siebie, na ile ta bzdura o „ideologii LGBT” weszła w każdego z nas. Ja jej od razu powiedziałem „nie”. Ale to się sączy z mediów, wchodzi w głowę każdego człowieka. Jedyną „ideologią”, czy raczej ideą, jest równość, tolerancja. Oraz miłość, rozumiana bardzo szeroko, nie mówię teraz tylko o miłości erotycznej. A gdy ich nie ma, to dzieją się rzeczy straszne. W Berlinie jest tablica pamięci homoseksualistów prześladowanych w czasie hitleryzmu. Rozstrzeliwanych, wtrącanych do więzień, wywożonych do obozów koncentracyjnych.

A pan kiedy zetknął się po raz pierwszy z homoseksualizmem?

To się stało właśnie w kościele. A konkretnie – w krakowskim kościele Mariackim, gdy zdawałem do szkoły teatralnej. Siedziałem w ławce, gdy raptem ktoś z tyłu objął mnie, pokazując mi rękę z zegarkiem i mówiąc: „Zobacz, która godzina”. Potem posypały się komplementy pod moim adresem. Miałem 18 lat i, chociaż mój ojciec był lekarzem, aż do wtedy nie miałem pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak homoseksualizm (choć ojciec twierdził później, że na pewno mi o tym opowiadał), nie wiedziałem, że może się zdarzyć coś takiego jak chłopiec podrywający chłopca. Choć akurat ten, który mnie podrywał w kościele Mariackim, nie był chłopcem, tylko dojrzałym i niezbyt apetycznym mężczyzną. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, patrząc wstecz, że kręcąc się wokół Teatru Śląskiego w Katowicach, w który byłem wpatrzony, bo już chciałem być aktorem, wielokrotnie bywałem obiektem podrywania, tylko nie umiałem nawet tego rozpoznać. Z tym że to był naprawdę podryw. Nie było w tym nic z napastowania czy molestowania seksualnego. Muszę tu dodać, że pierwszą gejowską pornografię zobaczyłem po sześćdziesiątce. Wszystko, co wcześniej o tym wiedziałem, wynikało z mojej wyobraźni.

Porozmawiajmy o pana aktorstwie. Czy w dzieciństwie lubił się pan przebierać?

O tak, w sukienki mojej mamy. Tańczyłem przed lustrem. Nazywali mnie „Marysieńka”. Brat bliźniak płonął ze wstydu za mnie. Potem mi to przeszło, odgrywałem żebraka w olbrzymim płaszczu ojca i jego kapeluszu.

W kontekście homoseksualnym szczególnie ważny jest pana udział w adaptacjach filmowych dzieł Jarosława Iwaszkiewicza…

…który nigdy się we mnie nie podkochiwał. Za to podkochiwał się w Danielu Olbrychskim.

Bardzo się cieszę, że ujawnia pan tę interesującą ciekawostkę. Miał pan okazję poznać Iwaszkiewicza?

Oczywiście. Byliśmy nawet u niego w domu. „Byliśmy” – to znaczy Andrzej Wajda, Daniel Olbrychski i ja. Iwaszkiewicz pokazał nam cały swój dom, w gruncie rzeczy – zwykły. Wskazał nam np. regał z książkami, mówiąc, że to regał z apteki, który aptekarz już wyrzucił. Spore wrażenie zrobiło na nas, gdy zobaczyliśmy schowany pod łóżkiem obraz, a Iwaszkiewicz wyjaśnił, że to portret jego albo jego żony (w tej chwili już nie pamiętam) autorstwa Witkacego, ale ponieważ się nie podobał, to nie trafi ł na ścianę. Wiem, że moja rola w „Brzezinie” bardzo się Iwaszkiewiczowi spodobała, ale dowiedziałem się tego pośrednio, od jego córki, pani Marii.

Brzezina” Wajdy to jedno, ale szalenie istotna jest także „Stracona noc”, którą w 1973 r. przeniósł na telewizyjny ekran Janusz Majewski.

„Pisarz patrzy przez okno, widzi chłopca czytającego książkę” – takie zdanie jest w scenariuszu. Jak przełożyć to na obraz, który by sugerował homoerotyczne myśli pisarza? Zaproponowałem Januszowi, że będę nagi, przykryty tylko prześcieradłem. A ta nagość wynikać będzie z determinacji mojego bohatera, że tej nocy musi on stracić dziewictwo z postacią graną przez Alicję Jachiewicz. Gdy kręciliśmy tę scenę, prosiłem Andrzeja Łapickiego, który grał pisarza Juliana Kisieleckiego, by to patrzenie na mnie zagrał miękko, powłóczyście. By w jego spojrzeniu było widzenie granego przeze mnie chłopaka jako obiektu seksualnego. Wydawało mi się, że Andrzej się przed tym broni. Dopiero gdy zobaczyłem po latach ten fi lm, spostrzegłem, że on to jednak właśnie tak zagrał.

Do „Straconej nocy”, choć pod innym tytułem – „Nocne ptaki” – wrócił Andrzej Domalik (autor uważanego za pierwszy polski fi lm gejowski filmu „Zygfryd”) w 1992 r. Wtedy pan zagrał Kisieleckiego, a Jana, którego grał pan u Majewskiego, zagrał Mariusz Bonaszewski.

Kręcąc fi lm z Domalikiem, byłem już dużo bardziej świadom tematyki homoerotycznej, niż gdy kręciłem „Straconą noc” z Januszem Majewskim i bardzo chciałem pchnąć relację tych dwóch bohaterów w tym kierunku. Bonaszewski odrzucił to totalnie. Miał w sobie jakąś niechęć, wstręt, nie można go było przekonać, że to przecież tylko fantazja. Nie chciał tego tak grać, mimo że Domalik przystawał na moją propozycję. Jeżeli nawet w warstwie fantazji aktor ma być zamknięty na temat homoseksualny, to jest niedobrze, bo aktor nie może się tak bronić przed jakimkolwiek tematem. Bardzo Bonaszewskiego lubię i szanuję, ale żałuję, że nie dał się naprowadzić na ten trop.

Kolejny ważny tytuł iwaszkiewiczowski w pana dorobku to „Sława i chwała”. Najpierw przedstawienie Teatru Telewizji z 1974 r. w reżyserii Lidii Zamkow. Tu zagrał pan Andrzeja, natomiast w serialu Kazimierza Kutza „Sława i chwała” z 1997 r. wcielił się pan w Edgara, postać wzorowaną na Karolu Szymanowskim. Co ciekawe – u Lidii Zamkow Edgara grał Edmund Fetting, homoseksualista, a także pana kolega w zespole Teatru Powszechnego.

Szymanowski przywiózł Iwaszkiewiczowi z Taorminy portrety nagich chłopców, będące tam lokalną pamiątką. Po latach napisano o tym w „Gazecie Wyborczej”. Mam dzisiaj tę kolekcję, bo jest tam do dziś sprzedawana. Przedstawia miejscowych rolników, rybaków odgrywających starożytne nagie posągi. W tej chwili myślę, czy to Szymanowski przywiózł te portrety Iwaszkiewiczowi, czy też odwrotnie – Iwaszkiewicz Szymanowskiemu, ale to nie ma większego znaczenia. Muszę niestety powiedzieć, że materiał, który dostałem do zagrania w serialu Kazia Kutza, był w porównaniu z literackim pierwowzorem żałośnie wręcz okrojony i nie dawał mi zbyt wielkiego pola do pokazania Edgara w całej jego złożoności. Wspomniał pan Edmunda Fettinga. Przyjaźniłem się z nim i nie zaszkodził temu fakt, że Edmund mnie po prostu podrywał. Nieraz bywaliśmy z żoną na imieninach Edmunda u niego w domu. Do dziś mamy w domu taki ceramiczny flakonik czy też wazonik na kwiaty, który otrzymaliśmy kiedyś od niego w prezencie.

 Jadwiga Jankowska-Cieślak w wywiadzie dla „Repliki” mówiła, żówczesna warszawska szkoła teatralna, czasu przełomu lat 60. i 70. XX w., miała charakter nieco homofobiczny, że broniono się przed przyjmowaniem na studia „zbyt miękkich” chłopaków. Czy podobne widzenie tematu zaobserwował pan w Krakowie, gdzie kończył pan studia aktorskie?

Odpowiem krótko: nigdy w Krakowie czegoś takiego nie spostrzegłem.

Jednym z pana kolegów na studiach był Wojciech Pszoniak… Wiele razy krążyły pogłoski o jego domniemanej homoseksualności. Pszoniak przyznawał, że podrywał go Konrad Swinarski, ale twierdził, że nic nie wskórał.

Ja się z Wojtkiem przyjaźniłem, na wyraźną prośbę jego żony przemawiałem nawet na jego pogrzebie. Nigdy nie zauważyłem w nim niczego, co pozwalałoby mi pomyśleć, że Wojtek może być homo- czy biseksualny. Ale od razu muszę zastrzec, że rozmawia pan z człowiekiem, któremu sprawy orientacji seksualnej jego przyjaciół, znajomych czy współpracowników są może nie tyle obojętne, ile nie grają żadnej roli w kontakcie z danym człowiekiem. Ja się na przywitanie czy pożegnanie bardzo chętnie obejmę, przytulę i pocałuję z każdym, nieważne, czy jest hetero-, homo-, czy biseksualny. Nie mam tu żadnej bariery.

W „Ameryce” Kafki w Teatrze Ateneum grał pan z Jerzym Kaliszewskim…

…i od pana się dowiaduję, jakoby Kaliszewski mógł być homoseksualny. Pojęcia o tym nie miałem, a wręcz przeciwnie – w tym czasie pana Kaliszewskiego odwiedzała pani, nazwijmy ją, Krystyna Z. było widać, że mają się ku sobie, więc jeśli były jakieś plotki o Kaliszewskim, to wokół tej sytuacji.

Chciałbym porozmawiać z panem na temat męskiej nagości na scenie i na ekranie. W jednym z wywiadów z lat 90. wspominał pan o zaściankowości polskiego teatru, w którym męska nagość szokuje, podczas gdy w Niemczech jest jednym z normalnych środków wyrazu. Wielokrotnie był pan nagi – na ekranie i scenie.

Nie tylko na ekranie i scenie. Pamiętam, jeszcze z NRD, że poszliśmy ze znajomymi nad jezioro do daczy i nagle wszyscy byli nadzy – nikogo to nie szokowało.

W wywiadzie z Bogdanem Kuncewiczem wspominał pan także o swoich doświadczeniach z naturyzmem, o tym, że był pan na plaży nudystów z żoną. Mówił pan, że tabu wokół cielesności w Polsce jest przesadne i szkodliwe, zwłaszcza w aktorstwie. Z czego wynikało to, że pan nie miał nigdy oporów przed graniem nago, by wspomnieć tu takie tytuły filmów, jak „Dzieje grzechu”, „Gorączka”, „Seksmisja”…

Tak jak to tłumaczyłem mojej mamie, a przy tym samemu sobie – ja gram człowieka! A ten człowiek w danej scenie, w danym momencie jest akurat nago, co jest normalną życiową sytuacją. Ale też nie jest tak, że nagość od samego początku była dla mnie całkowicie bezproblemowa, zwłaszcza gdy chodziło o pokazanie penisa. W „Dziejach grzechu” Waleriana Borowczyka jest scena, w której  padam nago zatruty kurarą przez Walczewskiego i Wilhelmiego. Borowczyk chciał, bym padł penisem do góry. Odmówiłem i scena została nakręcona tak, że leżę na brzuchu. Borowczyk był na mnie obrażony. „Jestem artystą, dlaczego mi nie ufasz?” – pytał mnie. Najwyraźniej wtedy nie byłem jeszcze na to gotowy. Ale potem Walczewski i Wilhelmi niosą mojego trupa do skrzyni, wokół są lustra i jednak widać mojego zwisającego penisa. Skoro wspomnieliśmy Wilhelmiego – grałem z nim w Teatrze Powszechnym w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Była tam scena spotkania z prostytutką, którą grała Jolanta Lothe, z którego to spotkania wywleka mnie Mirosława Dubrawska jako siostra Ratched. Teoretycznie powinienem być w tej scenie nagi, ale jednak miałem taką przepaskę na biodrach. Nie zgodziłem się także, też w Teatrze Powszechnym, gdy Andrzej Wajda robił „Sprawę Dantona”, na scenę, w której w rozmowie z Robespierre’em, granym przez Wojtka Pszoniaka, miałem rozchylić szlafrok i być pod nim nago. Wajda uważał, że to jest konieczne, że bez tego scena ta jest niepełna. Zapłaciłem za ową niezgodę skróceniem tej sceny przez Wajdę. Nie było więc tak, że od zawsze byłem w pełni otwarty na nagość na scenie czy ekranie. To też był proces. Pewnie gdybym się urodził w innej kulturze ciała, np. w Niemczech, to nie miałbym żadnego z tym problemu. Gdy potem w filmie „Wojna polsko- ruska” zobaczyłem nagiego Borysa Szyca w scenie na balkonie, pomyślałem od razu z uznaniem: wyzwolony aktor!

A czy pana zdaniem męska nagość na ekranie czy scenie zawsze ma wymiar homoerotyczny?

To już zawsze zależy od odbiorcy. Mówiąc wprost – od tego, co sobie kto myśli. W 1974 r. widziałem w Paryżu spektakl „Kalkuta”. Aktorzy grali nago, otoczeni blisko siedzącymi widzami i nikogo, bez względu na orientację seksualną, to nie gorszyło ani nie szokowało. Nikt nie czuł się tym np. molestowany.

Grał pan także w „Magnacie” Bajona, filmie, w którym homoseksualizm jest bardzo ważnym wątkiem.

Wspaniały Filip Bajon urządził w tym filmie świetną zabawę wizerunkami aktorów. Ja, cały czas obsadzany w rolach różnych słabych i umierających, grałem silnego, a Janek Englert, znany z ekranu jako właściwie symbol twardej, szorstkiej męskości, dostał do zagrania geja. Janka bardzo to bawiło, grał tę rolę z przyjemnością. Zresztą dodam tu, że wyobrażenia na temat tego, jaki jest homoseksualista, bardzo się zmieniały. Kiedyś wydawało się, że gej to facet o dziewczęcym, miękkim ruchu, trochę się wdzięczący. A dziś wiemy doskonale, że niejeden kulturysta czy bokser może niejednemu gejowi szczerze pozazdrościć muskulatury i sylwetki.

Miałem zamiar zapytać pana o jeszcze kilkoro artystów, o których wiadomo, że są lub byli homoseksualni, a z którymi miał pan okazję pracować, znać ich. Takich jak Halina Gryglaszewska, Maciej Prus, Helmut Kajzar, Marcel Kochańczyk czy Krzysztof Kolberger. A także poeta, Bogusław Wit, ostatni sekretarz Jerzego Zawieyskiego.

Zaskakuje mnie pan, bo w kilku przypadkach – najlepszym przykładem jest tu Maciej Prus – naprawdę nie miałem pojęcia, że to są geje czy lesbijki. Wie pan, że mnie to naprawdę nigdy kompletnie jakoś nie interesowało, a sam nie miałem najmniejszych oporów przed tworzeniem granych przeze mnie postaci z wykorzystaniem wątków homoseksualnych. W „Lekcji martwego języka” Janusza Majewskiego jest scena z Markiem Kondratem. Jesteśmy w niej półnadzy, a mnie wręcz zależało, żeby pociągnąć ją w homoerotycznym kierunku. Grałem to poprzez rodzaj spojrzenia, poprzez pewien uduchowiony ton rozmowy, na co Janusz Majewski zresztą chętnie się godził. Było to bardzo lekkie, dyskretne, a jednak wyczuwalne. Uważam tę rolę za jedną z najlepszych w moim dorobku, co kiedyś potwierdził mi Andrzej Łapicki.

A Piotr Zaborowski? Młodo zmarły aktor Teatru Powszechnego. Jego homoseksualizm jest w środowisku aktorskim powszechnie znany.

Oczywiście pamiętam Piotrusia, ale nie wiem, czy jego orientacja seksualna jest znana, bo ja nie miałem o niej pojęcia. W ogóle nie chciałbym, by ten wywiad zamienił się w takie potwierdzanie „kto był a kto nie”. Zależy mi bardziej na tym, by wyszedł mój stosunek do spraw związanych z tolerancją wobec mniejszości seksualnych, co jest szczególnie ważne dzisiaj, w dzisiejszej Polsce, przy tej władzy.

Miał pan także okazję w filmie „Klejnot wolnego sumienia” Grzegorza Królikiewicza wcielić się w postać Henryka Walezego.

Mówiłem panu, że kiedyś homoseksualizm w zachowaniu widziano głównie przez pryzmat swoistego „zniewieścienia” i tak też grałem Walezego – jako zniewieściałego.

W 1976 r. wystąpił pan w spektaklu Teatru Powszechnego „Teatr osobny. Donosy” według poezji Mirona Białoszewskiego.

Nic nie wiedziałem o jego homoseksualności. Grając, próbowałem przekazać pewną delikatność jego poezji, którą wyczuwałem, ale której w ogóle nie łączyłem z homoseksualizmem. Białoszewskiego miałem zresztą okazję poznać, u niego w mieszkaniu, wraz z całą grupą aktorów i młodzieży szkolnej. Zaprowadził nas do niego Wojciech Siemion, który postanowił pokazać młodym ludziom prawdziwego, żyjącego poetę.

Zagrał pan biskupa w filmie Małgorzaty Szumowskiej „W imię…” opowiadającym o rozterkach moralnych księdza geja granego przez Andrzeja Chyrę. Czy nie obawiał się pan, że po tej roli wielu widzów, pamiętających pana z ról np. prymasa Wyszyńskiego, może wobec pana wyrażać niechęć?

Ja się nie obawiałem, ja się tego spodziewałem i dokładnie to nastąpiło. Grałem biskupa, który był człowiekiem zakłamanym, hipokrytą. Nie wiem, w jakim stopniu na oceny niektórych widzów wpłynęły moje wcześniejsze role kojarzone z postaciami duchownych, ale za tę rolę wylało się na mój łeb sporo hejtu. Oczywiście byli też tacy, którzy mnie bronili. Z tym że cały czas mówimy w naszej rozmowie o Kościele jako instytucji, ale Kościół to też poszczególni księża. I muszę panu powiedzieć, że znam sporo księży, którzy mają naprawdę spory dystans do kleru.

Kończąc temat pana ról filmowych i teatralnych, chciałbym zapytać: czy był pan podrywany przez gejów? Czy bywał pan adresatem miłosnych listów od mężczyzn?

Owszem, zdarzało się to. Na portierni Teatru Dramatycznego czekał raz na mnie wielki bukiet kwiatów z dołączonym bilecikiem, na którym był fragment sonetu Szekspira ze słowami: „Płyń, chłopcze, po oceanie sławy”. Osoba, która zostawiła ten bukiet, nigdy się nie ujawniła. Natomiast po filmie „Sól ziemi czarnej” wydarzyła się rzecz niesamowita. Erwin Axer przywiózł mi z USA listowną propozycję (bo to były jeszcze czasy, w których nie było maili ani SMS-ów), od nie pamiętam już kogo, zagrania Montgomery’ego Clifta w amerykańskim filmie. W tym zaproszeniu znalazły się słowa „on też był homoseksualistą”, z czego wywnioskowałem, że zostałem uznany za geja. Ostatecznie oczywiście nic z tego nie wyszło. Aaa, teraz mi pan coś przypomniał! Rzeczywiście, będąc już w szkole teatralnej, otrzymałem od pewnego człowieka zupełnie jawną propozycję seksualną. Z zupełnym spokojem odpowiedziałem, że dziękuję, ale ja jednak wolę dziewczyny. Nie zdradzę panu, kto to był, poza tym, że był to po prostu człowiek związany z teatrem, z którym pozostaliśmy przyjaciółmi.

W cyklu seriali o Chyłce, w którą wcielała się Magdalena Cielecka, znana sojuszniczka społeczności LGBT+, zagrał pan szefa mafii o ksywie „Siwowłosy”. Pamiętam jeden z wywiadów z panem, sprzed lat, zatytułowany „Żyję z tego, że umieram”. Czym więc dla pana, znanego z ról mężczyzn chorowitych, delikatnych i uduchowionych, było zagranie wszechwładnego gangstera?

Zabawą! Znakomitą, czystą, aktorską zabawą! Łapicki kiedyś dawał aktorom taką radę aktorską: musisz mieć zdecydowaną twarz i zdecydowane ruchy – wtedy nie będziesz miał problemu z tym, co myśli twój bohater. (śmiech) Tak właśnie grałem tę rolę. Miałem w niej złotawą marynarkę. Wymyśliliśmy ją wspólnie z panią kostiumograf. Ale wie pan co… Mogliby wreszcie jacyś reżyserzy dać mi porządną, dużą rolę, a nie, jak to się ostatnio dzieje, ciągle tylko jakieś takie drobne kawałki.

A chciałby pan, by była to rola geja?

Oczywiście! Czemu nie? Czekam na propozycje i przyjaźnie! A tymczasem fantazjuję. Mógłby to być fi lm o starzejącym się aktorze, takim jak ja. Załóżmy, opuszczonym przez wieloletniego kochanka. Za wszelką cenę próbującym sobie udowodnić, że jest jeszcze młody i szuka przygód. Tymczasem w teatrze każą mu iść na emeryturę. Sprzątaczka z jego szafki w garderobie wyjmuje pocztówki z Taorminy, o których rozmawialiśmy. Jest w szoku. “#MeeToo” w teatrze rozpętuje się piekło – kogo uwodził?! Tymczasem ruszają próby. Młoda reżyserka żąda od aktorów zdjęcia majtek. Wśród młodych aktorów rozpoczyna się spór o prawo do intymności.

Bardzo interesujący pomysł na scenariusz. Dziękuję za rozmowę.

Pozwoli pan, że skończę jednak pewnym mocnym stwierdzeniem, bo bardzo mi zależy, by to wybrzmiało: mam w sobie oburzenie i sprzeciw wobec rozpowszechnianej w naszym kraju propagandy anty-LGBT. Wobec tak prymitywnych inwektyw, które szerzą się w społeczeństwie wobec ludzi, którzy po prostu są, jacy są – ze swojej natury. To jest haniebne i nie może na to być zgody. Trzeba to na każdym kroku podkreślać i głośno protestować.

***

Olgierd Łukaszewicz (ur. 1946) – wybitny aktor teatralny i filmowy. W latach 1968-1970 grał w krakowskim Teatrze Rozmaitości, od 1970 r. w Warszawie (teatry: Dramatyczny, Współczesny, Powszechny, Studio, Polski). Pierwszą główną rolę zagrał w zapomnianym filmie „Dancing w kwaterze Hitlera” (1968), potem były występy u największych: Kazimierza Kutza („Sól ziemi czarnej”, „Perła w koronie”, serial „Sława i chwała”), Andrzeja Wajdy („Brzezina”), Jerzego Antczaka („Noce i dnie”), Waleriana Borowczyka („Dzieje grzechu”), Janusza Majewskiego („Stracona noc”, „Lekcja martwego języka”, serial „Królowa Bona”), Agnieszki Holland („Gorączka”), Krzysztofa Kieślowskiego („Dekalog II”). Masowa publiczność pokochała go za rolę Alberta w „Seksmisji” (1984). Wielokrotnie nagradzany, w 1971 r. w Łagowie jako „Gwiazda Filmowego Sezonu” i Nagrodą im. Zbigniewa Cybulskiego dla młodych aktorów. W 1979 r. odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, w 2000 – Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 2014 – Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”. W 2018 r. na festiwalu w Gdyni nagrodzony za drugoplanową rolę w filmie „Jak pies z kotem”. Założyciel fundacji „My Obywatele Unii Europejskiej”. W latach 2002-2005 i 2011-2018 prezes Związku Artystów Scen Polskich (ZASP). Jest bratem bliźniakiem operatora Jerzego Łukaszewicza i mężem aktorki Grażyny Marzec. Dziewiętnastego października br. na Netfliksie miał premierę serial „Gang Zielonej Rękawiczki”, w którym gra drugoplanową rolę Henryka Tarkowskiego.

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Derek Jarman: Sebastian

(UK, 1976), reż. Derek Jarman, dystrybucja: outfilm.pl

 

mat. pras.

 

Prologiem zawodowej ścieżki Jarmana była rola scenografa na planie „Diabłów” Kena Russella z 1971 r. (kultowego już dziś obrazu będącego eksploracją tłumionej katolickiej seksualności). W kolejnych latach Jarman zaczął tworzyć własne krótkie metraże, by w końcu w 1976 r. zadebiutować pełnometrażowym filmem „Sebastian”. Katolicki mit świętego przebitego licznymi strzałami, lecz cudownie uratowanego, przez wieki wykorzystywano do tworzenia homoerotycznych obrazów (szeroko piszemy o tym w „Replice” nr 74). Nie inaczej jest tutaj: Jarman zasłynie właśnie z tworzenia zjawiskowych queerowych wizji czy snów i choć dysponuje mniejszym budżetem, już w „Sebastianie” widać skalę jego wizji. Sebastian, żołnierz zdegradowany za swoją wiarę w boga słońca Apolla, trafi a do odległego garnizonu wojskowego, gdzie żołnierze, nie mając co robić, biegają nago, bawią się i przede wszystkim nudzą. Severus, dowódca jednostki, próbuje wymusić na Sebastianie zmianę wierzeń. Jarman reinterpretuje przesłuchania, tortury i finalną egzekucję (penetrację strzałami) przez queerową soczewkę. W tle głównego wątku toczy się sielankowa historia miłosna dwóch żołnierzy: Adriana i Antoniego, zakochanych w sobie po uszy i obściskujących się przy każdej okazji. To praktycznie postacie trzecioplanowe, na skraju fabuły, ale to właśnie w nich unaocznia się wizja gejowskiego raju, nieskrępowanej niczym miłości i wolności prowadzących do pełnego szczęścia. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Sweetheart

(UK, 2021), Twórczyni: Marley Morrison, dystr. outfilm.pl, premiera: 10.09.2022

 

mat. pras.

 

Pełnometrażowy debiut Marley Morrison miał wyglądać zupełnie inaczej. Scenariusz, na który dostała dofinansowanie, był dużo bardziej gniewny, polityczny, pisany w trakcie kwestionowania własnej tożsamości płciowej. Jednak gdy realizacja filmu stawała się bardziej namacalna, Marley była już w innym, spokojniejszym punkcie w życiu. Napisała więc zupełnie nowy tekst, o siedemnastoletniej AJ, lesbijce kochającej chłopięce ubrania, która jest zmuszona jechać z rodziną na wakacje. I choć AJ bardzo stara się nie czerpać z nich radości, to poznana w ośrodku ratowniczka oczarowuje dziewczynę. Tej w sumie prostej historii udaje się uciec od powtarzania wątków, które już wielokrotnie widzieliśmy. AJ jest wyoutowana przed rodziną i choć matka ma problem z akceptacją AJ taką, jaka ona jest, czyli mrukliwą, niezainteresowaną „dziewczęcymi” tematami, to orientacja nie jest nigdy w filmie problemem. Morrison chciała stworzyć postać, z którą mogą się identyfikować bucz nastolatki. Sama najbardziej się utożsamiała w młodości z postacią Brandona z filmu „Nie czas na łzy” (oscarowa rola Hilary Swank). Brandon, trans chłopak, został zabity w wieku 21 lat, a Morrison pragnęła zobaczyć się w postaci, która nie kończy tragicznie. I faktycznie, „Sweetheart” to przede wszystkim urocza historia wakacyjnej miłości. I widzowie tego potrzebują, czego dowodem chociażby Nagroda Publiczności dla filmu na Festiwalu Filmowym w Glasgow. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Biegacz, dziwka, Arab, mąż

Viens je t’emmène (Francja, 2022), reż. Alain Guiraudie, dystr. outfilm.pl, premiera: 24.12.2022

 

mat. pras.

 

Alain Guiraudie (wyoutowany gej) przebił się do bańki europejskiego kina artystycznego erotycznym thrillerem gejowskim „Nieznajomy nad jeziorem” z 2013 r. Trzy lata później ponownie przekraczał granice wrażliwości satyrą „W pionie” – jest tu i scena rodzenia z kamerą wycentrowaną na waginie, i „przelecenia” (jako jego ostatnia wola) starca na śmierć. W „Biegaczu…” głównym bohaterem jest trzydziestoletni informatyk Médéric, który zakochuje się do szaleństwa w kobiecie spotkanej na ulicy. Ona okazuje się prostytutką, w dodatku z zazdrosnym mężem. Podczas ich pierwszego zbliżenia dochodzi do ataku terrorystycznego, który wprowadza całe miasteczko w stan paranoi i zwiększonej islamofobii. W dodatku pod mieszkaniem Médérica zaczyna wystawać młody bezdomny Arab, najpierw proszący tylko o drobne na jedzenie, potem o przenocowanie. Guiraudie wyśmiewa pozorną otwartość Médérica, który z jednej strony chce pomóc chłopakowi, z drugiej ma koszmary senne o tym, że jego dom zamienił się w metę islamskich radykałów. Tak jak w poprzednich filmach, ustawicznym tematem jest też niepohamowana seksualność i jej miejsce w sztywnych ramach mieszczaństwa. Na dokładkę reżyser rozbija bańkę heteronormy, w której żyje Médéric. Szkoda, że tym razem pazur satyry Guiraudie’a wydaje się mocno spiłowany, a wielowątkowa i wielotematyczna fabuła nigdy nie dochodzi do sensownego punktu szczytowego. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Derek Jarman: Caravaggio

(UK, 1986), reż. Derek Jarman, dystrybucja: outfilm.pl

 

mat. pras.

 

Drugim z trzech prezentowanych na outfilm.pl filmów Jarmana jest quasi-biograficzna impresja o życiu słynnego tytułowego malarza (żył we Włoszech w latach 1571-1610). Caravaggio, prekursor baroku, nigdy nie namalował kobiecego aktu, często za to portretował skąpo ubranych mężczyzn. Jarman opowiada historię jego życia fragmentarycznie, skupiając się przede wszystkim na stronie wizualnej. Wiele tu scen malowania, pozowania, a także bezpośrednich nawiązań do dzieł mistrza. Fabularnie najwięcej miejsca Jarman poświęca trójkątowi miłosnemu, jaki się rodzi między Caravaggiem a ulicznym awanturnikiem imieniem Ranuccio (Sean Bean) i jego dziewczyną Leną. Oboje są zafascynowani malarzem i walczą o jego względy. W roli Leny zadebiutowała Tilda Swinton, która w przyszłości stanie się stałą współpracowniczką Jarmana i wystąpi we wszystkich (!) jego kolejnych filmach. To także filmowy debiut kostiumografki Sandy Powell (trzykrotnej zdobywczyni Oscara i wielokrotnie nominowanej m.in. za kostiumy do „Carol”). Po śmierci Jarmana w 1994 r. i jego partnera Keitha Collinsa w 2018 r. to właśnie Powell zaczęła zbierać środki na rzecz zachowania domu Jarmana i Collinsa i ich prac. W sezonie nagród filmowych 2020 uczęszczała na czerwone dywany w płóciennym garniturze, na którym zebrała ponad dwieście autografów. Środki z jego licytacji faktycznie uratowały dziedzictwo Jarmana. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Bros

(USA, 2022), reż. Nicholas Stoller, dystr. UIP, w kinach: 4.11.2022

 

mat. pras.

 

Na pewno już wszyscy wiedzą, że to pierwsza stricte gejowska komedia romantyczna, która powstała w dużym hollywoodzkim studiu (Universal) i miała szeroką dystrybucję. Głównym bohaterem jest czterdziestoletni singiel, Bobby (Billy Eichner, także współautor scenariusza), dyrektor powstającego właśnie Muzeum LGBTQ+ w Nowym Jorku. Na dyskotece poznaje młodszego od siebie i wielce umięśnionego Aarona (Luke Macfarlane). Panowie lgną do siebie, ale przecież zanim się zejdą na dobre, musi minąć 110 minut projekcji. Oprócz historii miłosnej mamy w filmie także opis gejowskich obyczajów (bardzo chwilami zabawny), jak również mini wykłady z tęczowej historii i próbę rozliczenia heteronormy z jej stosunku do mniejszości. Szczególnie zapada w pamięć gorzki, zupełnie nieśmieszny monolog Bobby’ego, który skarży się, że był przez lata marginalizowany i traktowany pobłażliwie, bo zajmował się czymś tak niestosownym i nieistotnym jak LGBT. Mocno się z jego słowami zidentyfikowałem. W Stanach fi lm nie najlepiej poszedł w kinach, a i u nas nie rozbił banku. Można dywagować, czy to ze względu na gejowską tematykę, czy może dlatego, że nie ma w obsadzie żadnej wielkiej gwiazdy, a bez niej trudno komedii romantycznej o sukces finansowy (ale też fi lm kpi sobie z heteroseksualnych sław wcielających się w queerowe postacie, żeby dostać Oscara). Zgłosiłbym również zastrzeżenia co do konstrukcji głównego bohatera. Nie nazbyt urodziwy, sarkastyczny intelektualista Bobby to dobry gejowski odpowiednik postaci wykreowanej przez Woody’ego Allena, natomiast niekoniecznie kandydat na filmowego amanta. Tym niemniej „Bros” są dowodem na to, że geje weszli do mainstreamu. Nawet w Polsce. Na moim seansie były poza mną same pary hetero, które czule tuliły się do siebie, patrząc na sceny męsko-męskiego seksu. (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

My Policeman

(UK, 2022), reż. Michael Grandage, dystr. Prime Video, premiera: 4.11.2022

 

mat. pras.

 

Szumnie zapowiadany „My Policeman”, mający wielkie nadzieje na sezon nagrodowy, miał premierę na prestiżowym festiwalu w Toronto i praktycznie od razu wszyscy o nim zapomnieli. Amazonowi, dystrybuującemu film na swojej platformie Prime Video, w Polsce nawet nie chciało się przetłumaczyć tytułu. Oparty na tak samo zatytułowanej brytyjskiej książce z 2012 r., opowiada o trójkącie między policjantem Tomem (w tej roli niezmiennie drewniany Harry Styles), zakochanej w nim nauczycielce Marion (niebinarni Emma Corrin znani wcześniej z roli księżnej Diany w „Th e Crown”) i jego prawdziwą miłością, kuratorem sztuki Patrickiem. Rzecz się dzieje w latach 50. w Wielkiej Brytanii, więc za seksualne kontakty między dwoma mężczyznami grozi więzienie. W drugiej linii czasowej, już współcześnie, obserwujemy kontemplację tej trójki nad straconym czasem i wyborami młodości. Przystępując do seansu, najbardziej bałem się gry Stylesa. I faktycznie, zazwyczaj kipiący charyzmą na scenie gwiazdor jako aktor ponownie tworzy postać emocjonalnie wyjętą ze szkolnych apeli. Niestety, wcale nie odstaje od reszty filmu. Bo choć jest to queerowa historia zrobiona przez queerowych twórców (elgiebetami są i reżyser, i scenarzysta, aktorzy grający Patricka w obydwu liniach czasowych), to na ekranie obserwujemy tylko banał goniący banał. Nie ma tu żadnego miejsca na chemię między postaciami, wybrzmienie emocji czy zagłębienie się w przyczyny decyzji bohaterów. Poza rozczarowaniem i znudzeniem do Amazona wysyłam też polską propozycję tytułu: „Trudne sprawy”. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.