From London with (gay) love

Zagrał w drugiej części przygód Jamesa Bonda, partnerował Helen Mirren, Hugh Grantowi czy Patrickowi Swayze. Dwunastego marca mija setna rocznica urodzin VLADKA SHEYBALA, Polaka, który zrobił światową karierę jako ceniony aktor drugiego planu, ale pozostaje artystą mało znanym, także dla społeczności LGBTQ+, do której należał. Tekst: Rafał Dajbor

 

Vladek Sheybal jako Kronsteen w drugiej części przygód Jamesa Bonda, „Pozdrowienia z Moskwy” (1962)

 

Dwunastego marca 2023 r. mija setna rocznica urodzin Władysława „Vladka” Sheybala – aktora i reżysera, który w 1957 r. wyjechał z Polski na zawsze i który zrobił światową karierę jako ceniony aktor drugiego planu. Choć występował u boku takich gwiazd jak Helen Mirren, Hugh Grant, Patrick Swayze (w „Czerwonym świcie” z 1984 r.) czy Michael Caine i zagrał w przebojach – np. w serialu „Szogun” (1980) i drugim filmie o Jamesie Bondzie, „Pozdrowienia z Moskwy” (1962), pozostaje dziś artystą mało znanym. Także dla społeczności LGBTQ+, do której należał.

Wracać czy nie wracać?

Urodził się w Zgierzu, dzieciństwo spędził w Krzemieńcu (dziś: Ukraina). Był synem Stanisława Sheybala (1891-1976), fotografika i malarza, bratem Kazimierza (1920-2003), reżysera dokumentalisty. Aktorstwa uczył się w czasie II wojny światowej, na scenie debiutował w Łodzi, epizodyczną rolą Muzykanta w „Weselu” Wyspiańskiego (1945). Jednak kolejna rola – Dorant w „Igraszkach trafu i miłości” (1945) – była już główną. Od tej pory aż do wyjazdu z Polski Sheybal grywał znaczące role u reżyserów tej miary co Bronisław Dąbrowski, Maryna Broniewska, Aleksander Bardini czy Irena Babel. W 1954 r. ukończył studia reżyserskie i zaczął regularną współpracę z raczkującą wówczas telewizją. Zagrał jedną z głównych ról, muzyka Michała, w „Kanale” (1956) Andrzeja Wajdy. W życiu osobistym był w związku z wybitną aktorką Ireną Eichlerówną, starszą od niego o 14 lat. Do końca życia wyrażał się o niej z nabożną czcią i można odnieść wrażenie, że bardziej niż kobietą z krwi i kości była dla niego uwielbianą diwą gejowską; w nieco afektowanych wspomnieniach tak ją opisywał: „Była dużą kobietą, a przy tym cudownie zbudowaną. Miała strzeliste, długie nogi, cudownie ułożoną szyję i piersi. Cała ta linia była u niej przepiękna. Z tej szyi wyłaniała się nieprawdopodobna twarz: kości policzkowe, skośne zielone oczy i to cudowne czoło, które było jak półkula”.

W 1957 r. znalazł się na emigracji w Anglii. Twierdził, że otrzymawszy stypendium z Ministerstwa Kultury, zdecydował się pozostać na Zachodzie, bo komunizm paraliżował jego aktywność twórczą. Tak mówił później, bo na początku nie był pewien, czy wybrał dobrą drogę. Monika Żeromska, która zetknęła się z nim na obczyźnie, wspominała w pamiętnikach, że wciąż zadręczał wszystkich pytaniem: wracać, czy nie wracać? Z czasem, rozpoznany w Oksfordzie, gdzie w studenckiej stołówce smażył naleśniki, jako aktor z „Kanału”, rozpoczął współpracę z oksfordzkim teatrem studenckim. Zaczął nawiązywać kontakty i znajomości i tak rozpoczął się drugi, zachodni etap jego kariery. Miał trochę szczęścia – choć perfekcyjnie opanował angielski, mówił z silnym wschodnioeuropejskim akcentem, a trwała przecież zimna wojna i kino brytyjskie wręcz pożądało aktora, który mógłby wiarygodnie wcielać się w szpiegów zza żelaznej kurtyny czy radzieckich wojskowych.

Pozdrowienia z Moskwy

Filmem, który otworzył Sheybalowi okno na międzynarodowe kino, były „Pozdrowienia z Moskwy”, czyli drugi „Bond”. Zagrał tam genialnego szachistę Kronsteena, który układa plan wykradzenia dla zbrodniczej organizacji dekodera Lector, a przy okazji – zabicia Bonda, lecz gdy ów plan nie wypala, ginie kopnięty wysuwanym z buta nożem nasączonym trucizną. Była to w gruncie rzeczy niewielka rola, ale Sheybal zagrał ją świetnie. Jego twarz – z charakterystycznymi, wystającymi kośćmi policzkowymi i ogromnymi oczami – wryła się w pamięć nie tylko widzów, ale i producentów. Od tej pory aż do śmierci 16 października 1992 r. Sheybal nie notował „chudych” aktorskich lat. Kręcił film za serialem, czasem występował w teatrze, miał nawet czas i możliwości, by za darmo udzielać się w teatrze polonijnym. Na przełomie lat 60. i 70. należał do grona ulubionych aktorów wybitnego reżysera Kena Russella (zagrał w jego pięciu filmach, w tym w „Zakochanych kobietach” z 1969 r. – to tam znajduje się scena nagich zapasów Olivera Reeda i Alana Batesa, uznawana za pierwsze tak otwarte pokazanie męskiej nagości).

W kilku zachodnich rolach Sheybala można dostrzec rysy nieheteronormatywne. Najbarwniejszą z nich jest chyba ta z filmu „Hamlet” (1976) Celestino Coronado, który pozostawił po sobie legendę „gejowskiego Hamleta” (pisałem o tym w moim tekście w „Replice” nr 98, lipiec/ sierpień 2022). W swoim czasie był to film dość znany, reżyser dedykował swe dzieło Pierowi Paolo Pasoliniemu, a większość wykonawców ról męskich występowała na ekranie albo nago, albo w mocnym negliżu, albo w kobiecych strojach. W podwójnych rolach – Hamleta oraz jego ojca – wystąpili bracia Anthony i David Meyerowie (najbardziej znani jako bracia zabójcy Miszka i Griszka z „Ośmiorniczki” z Rogerem Moore’em w roli Jamesa Bonda); także w dwóch rolach – Ofelii oraz Gertrudy – pojawiła się będąca wówczas u progu wielkiej, trwającej do dziś kariery wspomniana już Helen Mirren. Sheybal grał trzy role – wcielił się w Lucianusa, Pierwszego Aktora oraz Aktora Grającego Królową. W tej ostatniej roli nosił zieloną perukę, sztuczny biust i coś w rodzaju sukni z przezroczystej tkaniny, w jednym z ujęć zaś` odwracał się tyłem do kamery, zadzierał ową suknię i kręcił nagimi pośladkami.

Znacząca była także współpraca Sheybala z homoseksualnym Lindsayem Kempem, aktorem, reżyserem, mimem i choreografem. Sheybal zagrał u niego w „Salome” Oscara Wilde’a rolę Heroda, podczas gdy żeńską rolę tytułową grał sam Lindsay Kemp. Premiera odbyła się w 1977 r. w Round House Theatre w Londynie. Jednak gdy grupa Kempa ruszyła w międzynarodowe tournée, Sheybal oddał rolę. Bał się zniknąć z pola widzenia producentów filmowych. Bo to film, a nie teatr pozwalał mu na godziwe zarobki i kupno własnego domu w londyńskiej dzielnicy Farm Lane. W listach do rodziny i przyjaciół (zwłaszcza Kazimierza Janusa, o którym pisałem we wspomnianym tekście i Tadeusza Łomnickiego) nigdy nie wspominał wprost o swoim życiu osobistym, choć niektóre opisy pozwalają domyślać się pewnych spraw związanych z nieheteronormatywnością. Na przykład opowieść o tym, jak to podczas wspólnej podróży łódką (na pokład statku, na którym kręcone były zdjęcia do „Szoguna”) z Richardem Chamberlainem (gejem, który wyoutował się wiele lat później) bawili się w wypychanie się nawzajem z owej łódki do wody, co miało być zabawą uśmierzającą dokuczliwy upał. W „Szogunie” Sheybal zagrał postać portugalskiego kapitana Ferreiry.

W życiu prywatnym Sheybal nie związał się już na stałe z nikim. Miałem okazję przed wieloma laty rozmawiać z przyjacielem Sheybala, nieżyjącym już dziennikarzem polonijnym Lesławem Bobką. Po wypiciu wspólnie kilku kolejek w barze w warszawskim Grand Hotelu przyznał, że przez jakiś czas był kochankiem Vladka.

Stryjeczna wnuczka wspomina

Na szczęście mówiąc o nieheteronormatywności Sheybala, nie muszę opierać się wyłącznie na wyszeptanej na ucho, po wódce, informacji. Na rozmowę zgodziła się jego stryjeczna wnuczka, Aleksandra Sheybal, dawniej wieloletnia radna m.st. Warszawy: „Gdy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, temat orientacji seksualnej wujka Władka w ogóle nie istniał, przynajmniej w moim pokoleniu. Starsi między sobą na ten temat rozmawiali, podejrzewając, a być może nawet mając pewność, że Władek jest albo biseksualny, albo że wręcz jest gejem. O tym jednak, że ten temat się pojawiał, dowiedziałam się już jako dorosła osoba” – opowiada dziś.

Aleksandra Sheybal wspomina swoje jedyne spotkanie z Vladkiem: „Poznałam go w Paryżu, w 1989 r. Miałam wówczas 16 lat. Moja mama jest nauczycielką języka francuskiego, więc na wakacje często jeździła do Francji. Zabrała mnie wówczas ze sobą na całe 3 miesiące – od końca czerwca aż do połowy września. Władek miał dom w Londynie, ale w Paryżu miał również własne mieszkanie. Mama zadzwoniła do niego, informując, że jesteśmy. Miał jeszcze jakieś obowiązki w Londynie, więc nie spotkaliśmy się od razu, tylko kilka dni później w kawiarni przy St. Michel Boulevard, czyli w samym centrum miasta. Przyjechał do Paryża specjalnie, aby się z nami spotkać. Nie pamiętam, co oni jedli i pili, ale ja dostałam lody. Potem rozmawiali z moją mamą chyba z 1,5 godziny. Byłam wtedy nastolatką i nie ze wszystkiego, co dotyczy seksualności, zdawałam sobie w pełni sprawę. Dopiero teraz mogę nieco inaczej analizować tamto spotkanie i Władka. Na pewno mnie zaskoczył. Był bardzo drobny, eteryczny. Na spotkanie przyszedł w białej marynarce i w butach drewniakach. Też, o ile pamiętam, białych. Rozmawiając – kobiecym zwyczajem – założył nogę na nogę i bujał sobie tym chodakiem, zawieszonym na palcach stóp. Stanowiło to kontrast z bardzo męską twarzą – wujek Władek nosił wąsik, miał dźwięczny, męski głos. W tym bujaniu chodaka na stopie, w sposobie gestykulacji, ruchach rąk i dłoni, w tym, jak modulował głos – było coś naprawdę kobiecego. To dla mnie było trochę dziwne, nowe, niespotykane, ale zrzuciłam to wówczas na karb bycia aktorem – uznałam, że to jakiś kolejny element kreacji artystycznej. Zaskoczyła mnie również bardzo pozytywnie jego polszczyzna – idealnie poprawna, bez żadnego akcentu po tylu latach na obczyźnie. Pomyślałam, że zapamiętał język jak jedną ze swoich ról. Miałam przy tym wrażenie, że jestem dla niego niewidzialna, »przezroczysta«. Przywitał się, kupił mi te lody, po czym przestał w ogóle zwracać na mnie uwagę. Mówił wyłącznie do mojej mamy, do mnie się nie zwracał, o nic nie pytał. A przecież znał mnie z rozmów, z listów, ze zdjęć od dnia moich narodzin. Wtedy myślałam, że jestem dla niego po prostu gówniarą. A dziś myślę, że być może były inne przyczyny i nie wykluczam, iż związane również z jego orientacją seksualną. Ale to są daleko posunięte domysły”.

Aleksandra Sheybal przedstawia także interesującą hipotezę na temat dość przedwczesnej śmierci Vladka: Oficjalną przyczyną śmierci wujka Władka było pęknięcie aorty brzusznej. Miał 69 lat – nawet jak na tamte lata nie jakoś bardzo dużo. Co prawda skarżył się na angina pectoris, ale od bólu związanego z chorobą niedokrwienną serca do śmierci daleka droga. To był początek lat 90. ubiegłego wieku, czas, gdy AIDS zbierał żniwo w środowiskach artystycznych, ale i gejowskich. Stąd podejrzenie, iż faktyczną przyczyną śmierci był proces chorobowy innego pochodzenia niż zwykła wieńcówka. Nie wiemy tego jednak i pozostaje to jedynie w sferze domniemań. Dodam, że takie podejrzenie nie wywołało w naszej rodzinie »świętego oburzenia « i nie położyło się cieniem na wizerunku Władka. Rodzina Sheybalów, od pokoleń artystyczna, zawsze była otwarta i tolerancyjna. Nie mówiąc już o tym, że wujek Władek, czyli Vladek Sheybal, to nasza rodzinna wizytówka. Ostatecznie nie każdy może się pochwalić wujkiem, który grał w »Bondzie«”.

Vladek Sheybal zmarł 16 października 1992 r. Został pochowany na londyńskim cmentarzu Putney Vale Cemetery.  

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Tár

(USA, 2022), reż. Todd Field, dystr. UIP, w kinach: 24.02.2023

 

mat. pras.

 

Reżyser Todd Field („Małe dzieci”, „Za drzwiami sypialni”) po 16 latach powraca z nowym filmem, który podobno powstawał od razu z myślą o Cate Blanchett w tytułowej roli kompozytorki i dyrygentki (rzadkość w zdominowanym przez mężczyzn zawodzie), lesbijki Lydii Tár. Field snuje opowieść tak, jakby to była biografia realnej postaci, trudno czasem pamiętać, że mamy jednak do czynienia z fikcyjną bohaterką. Akcję rozpoczyna wywiad dla „New York Timesa” dający nam wstępny obraz dyrygentki – widzimy ubraną w stylowy garnitur błyskotliwą gwiazdę muzyki klasycznej u szczytu sławy. Ale wizerunek idealnej, wręcz nadludzkiej postaci jest złudny – proces dekonstrukcji zaczyna Field zaraz po scenie z wywiadem. Zwiastunem „rys na szkle” jest choćby Krista Taylor, była asystentka Tár, teraz obsesyjnie szukająca atencji ze strony dyrygentki i uporczywie przez nią ignorowana. Perfekcyjna wizjonerka na naszych oczach staje się narcystyczną egocentryczką, jej prawdziwe oblicze poznajemy też w życiu prywatnym – w relacji z żoną (Nina Hoss). Ale też z uczniami czy aktualną asystentką Franceską (Noémie Merlant, „Portret kobiety w ogniu”), silnie zazdrosną o mentorkę. Widzimy coraz to nowe pęknięcia w tej chodzącej, choć toksycznej, doskonałości. Nie opuszczamy jej na krok, śledzimy każdy ruch, wszystkie dyskretne drgnienia na jej bladej twarzy zdradzające słabości czy lęki. Końcówka filmu (spojlerować nie będę) nieco zawodzi, ale i tak warto obejrzeć „Tár” choćby dla fenomenalnej kreacji Cate Blanchett, która gdy czytacie te słowa, pewnie ma już nominację do Oscara za tę rolę. Poza tym jej Lydia ma bardzo pociągającą lesbijską daddy energy. (Michalina Chudzińska)  

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Wieloryb

(USA, 2022), reż. Darren Aronofsky, dystr. Monolith Films, w kinach: 17.02.2023

 

mat. pras.

 

„Wieloryb” należy do tych zeszłorocznych premier, które największy rozgłos zyskały dzięki kontrowersjom, jakie wzbudziły, co w sumie nie powinno dziwić, zważywszy że jego twórca od ponad dwóch dekad uchodzi za jednego z czołowych skandalistów amerykańskiego kina. Po rozbuchanym, ekstatycznie mizoginicznym „mother!” (2019), opowiadającym w konwencji domestic noir o destrukcyjnym dla rodziny kompleksie demiurga, Aronofsky ponownie sięga po estetykę klaustrofobicznej baśni, biorąc na warsztat współczesną sztukę autorstwa wyoutowanego geja Samuela D. Huntera (odpowiedzialnego za scenariusz filmu).

Dobroduszny, lecz samotny wykładowca zdalnego kursu pisania esejów, ekstremalnie otyły Charlie – w tej roli Brendan Fraser, wydobyta z zapomnienia gwiazda blockbusterów z lat 90. XX w., w filmie odziany w fat suit, czyli „otyły kostium” – ukrywa siebie i swoje ciało przed światem w obskurnym mieszkaniu, gdzie wegetuje po tragicznej śmierci partnera. Film, w całości rozgrywający się w condo Charliego, przedstawia ostatnie dni życia bohatera, który dosłownie zaczyna się dusić pod ciężarem własnego tłuszczu. Jednocześnie obserwujemy jego rozpaczliwe próby pojednania się z rodziną, którą zostawił dla kochanka, a późniejszego partnera. Tytułową metaforę wieloryba (wprost zaczerpniętą z klasycznej, wizjonerskiej powieści Hermana Melville’a z XIX w.) można odnieść zarówno do olbrzymiego ciała Charliego, jak i jego pogoni za nieosiągalnym celem – w tym wypadku odkupieniem „winy” i przebaczeniem ze strony żony (Samantha Morton) i już prawie dorosłej córki (Sadie Sink).

W tym miejscu dochodzimy do sedna kontrowersyjności „Wieloryba”, który jest dziełem niestrawnym nie tyle ze względu na zastosowanie fat suitu (to zapewne temat na osobną dyskusję) i nie tylko ze względu na krzywdzącą, stereotypową reprezentację otyłości i zaburzeń odżywiania (pokazanych jako ostateczna forma upadku moralnego i społecznego), ale też ze względu na zinstrumentalizowanie wątku homoseksualności głównego bohatera i bezrefleksyjne zaprzęgnięcie tegoż wątku do napędzania machiny owej „demoralizacji”. Nieznośne jest, jak kamera z chłodną obojętnością rejestruje umieranie amorficznego homoseksualnego ciała; umieranie z niezrozumiałym uporem i obojętnością, a nawet ulgą, ciała przytłoczonego z jednej strony ciężarem queerowej żałoby, z drugiej rzekomej „winy”. Arbitralnej, ewidentnie negatywnej oceny moralnej źródła samozagłady Charliego – czyli wyboru życia w zgodzie ze sobą – film ani zbytnio nie tłumaczy, ani nie komplikuje, ani nie bierze w nawias, w zamian natrętnie zmuszając nas do jej przyjęcia. Wspaniała feministyczna rzeczniczka osób otyłych Roxane Gay nazwała „Wieloryba” „spektaklem okrucieństwa”. Najgorzej chyba, że kozłem ofiarnym w tym spektaklu jest nie tylko ciało nienormatywne ze względu na wagę, ale też – znowu i dlaczego znowu? – podmiot nienormatywny seksualnie. (Małgorzata Tarnowska)

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Chleb i sól

(Polska, 2022), reż. Damian Kocur, dystr. Kino Świat, w kinach: 27.01.2023

 

mat. pras.

 

Fabularny debiut Damiana Kocura spotkał się z dość ciepłym przyjęciem, o czym świadczą przede wszystkim Nagroda Specjalna Jury w konkursie Orizzonti na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji oraz trzy nagrody specjalne na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Osią opowieści jest wakacyjny powrót w rodzinne, małomiasteczkowe strony Tymka (Tymoteusz Bies), utalentowanego pianisty akademii muzycznej. Na prowincji życie toczy się w typowy dla siebie sposób – wielkie marzenia konfrontowane z brakiem perspektyw na ich zrealizowanie znajdują ujście w bezcelowych włóczęgach czy pijackich rozróbach. Jedyną zmianę w krajobrazie stanowi lokal z kebabem, prowadzony przez dwóch obcokrajowców. Jeden z nich zwraca uwagę Tymka – z wzajemnością. Kocur bez wątpienia ma smykałkę do kierowania opowieścią – jej lekko dokumentalny sznyt, wsparty naturszczykami, nadaje całości smaku. Niestety na poziomie scenariusza fi lm powiela klisze o prowincji, agresji do obcego czy ciągłej konieczności pilnowania się przed obnażeniem swojej homoseksualnej orientacji. W 2022 r. karmienie takimi odgrzewanymi kotletami to trochę za mało. Uwiera też samo zobrazowanie fascynacji sobą dwóch mężczyzn, sprowadzone do niuansowej wymiany spojrzeń. W tym kontekście dużo bardziej progresywny jest „Słoń” Kamila Krawczyckiego, z pięknie oświetlonymi scenami seksu, czy nawet „Hiacynt” Piotra Domalewskiego. Jednym słowem, w polskim kinie ciągle jeszcze jesteśmy w połowie drogi w portretowaniu nieheteronormatywności. (Agnieszka Pilacińska)

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Smiley

(Hiszpania, 2022), twórca: Guillem Clua, dystr. Netflix, premiera: 7.12.2022

 

mat. pras.

 

Jeśli już patrzycie z tęsknotą na świąteczne swetry powoli kurzące się w szafie, a nie widzieliście jeszcze najnowszej bożonarodzeniowej gejowskiej propozycji Netflixa, to macie idealny powód, żeby chociaż jeszcze na 4 godziny powrócić do odrobinę prostszego świata świątecznych komedii romantycznych. Zgodnie z klasycznym przepisem obserwujemy w tym serialu zderzenie dwóch światów. Alex, barman w queerowym barze w Barcelonie, spędzający praktycznie każdy dzień na siłowni, jest zmęczony pustką w relacjach opartych tylko na mięśniach. Nie mogąc pogodzić się z zakończeniem ostatniego związku, zostawia na poczcie głosowej długą romantyczną wiadomość, tyle że wskutek pomyłki numeru trafi a ona nie do jego ukochanego exa, a do kompletnie obcego gościa – Bruna, architekta, inteligentnego, wykształconego i gardzącego kampową gejowską kulturą singla. Nuta romantyzmu w wiadomości skłania Bruna do oddzwonienia do nieznajomego i umówienia się na randkę. Choć przeradza się ona w kłótnię i panowie stwierdzają, że się nienawidzą, to i tak noc kończy się upojnym seksem. A to dopiero początek wspólnego love-hate zafascynowania. Czy „Smiley” jest przełomowe czy odkrywcze? W gatunku rom-comów niezbyt, ale to sprawnie napisana opowieść. W dodatku nie jest to tylko podmiana płci jednej z postaci w wielokrotnie powtarzanym schemacie, ale mocne osadzenie historii w realiach queerowego randkowania. Tło głównego wątku tworzą m.in. najlepsza przyjaciółka Alexa Vero, lesbijka w długoletnim związku, menadżer baru Javier (będący też drag queen Keeną) oraz nieprzerwane notyfikacje Grindra. Idealna rzecz do odpalenia na kojący wieczór. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Medal dla miss

Best in show (USA, 2000), reż. Christopher Guest, dystrybucja: iTunes, Rakuten.tv

 

mat. pras.

 

Jedyna jak dotąd nieheteronormatywna rola Jennifer Coolidge, która ostatnio, głównie dzięki serialowi „Biały lotos”, osiągnęła w społeczności LGBT status aktorki kultowej.

Pierwszym przełomem w karierze Jennifer Coolidge była dziś już chyba ikoniczna, do bólu heterycka komedia „American Pie” z 1999 r. Miejska legenda głosi, że to właśnie rola Coolidge, seksownej matki przyjaciela głównego bohatera, przyczyniła się do popularyzacji terminu MILF (ang. mother I’d like to fuck – czyli w eleganckim tłumaczeniu: bardzo atrakcyjna kobieta w średnim wieku), jednej z najpopularniejszych obecnie kategorii porno. Jednak tuż po nim, w 2000 r., filmem „Medal dla miss” swój początek miała druga, równie owocna (dotychczas cztery wspólne filmy), kolaboracja Jennifer – z reżyserem Christopherem Guestem. Zasłynął on mockumentami, udającymi dokumentalne filmami, które opierają się na improwizacji aktorów, a stylem i humorem przypominają nakręcony później kultowy serial „Biuro”. „Medal dla miss” śledzi cztery pary wystawiające swoje pieski w prestiżowym konkursie. Jedną z par stanowią dwaj przegięci (ale bez homofobii) kolorowi geje, Scott i Stefan, chełpiący się shih tzu o imieniu Miss Agnes. Coolidge gra zaś Sherri Ann Cabot, trophy wife Lesliego, starszego pana, który wydaje się coraz bardziej tracić kontakt z rzeczywistością. Jej pies to rasowy pudel, Butch, którym na co dzień opiekuje się trenerka Christy Cummings (wyoutowana Jane Lynch). W trakcie kolejnych przygotowań do konkursu relacja między paniami staje się coraz mniej platoniczna. I choć Coolidge stworzyła wiele ikonicznych dla queerowej kultury ról, to tylko w tym filmie gra faktycznie nieheteronormatywną postać, i jeszcze udowadnia swój niesamowity dar do improwizacji. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 101/1-2 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Lewandowska forever

O 15 latach grania „Berka”, spektaklu z centralnym wątkiem gejowskim, o reżyserach gejach i o listach miłosnych od lesbijek z EWĄ KASPRZYK rozmawia Rafał Dajbor

 

Foto: AKPA

 

Siadając do rozmowy, pokazuję Ewie Kasprzyk okładkę „Repliki” (nr 16, listopad/grudzień 2008) ze zdjęciem jej i Pawła Małaszyńskiego ze spektaklu „Berek, czyli upiór w moherze”.

Pamięta pani tę okładkę?

O kurczę! Jakie to dawne czasy. To było przy okazji premiery „Berka…” w Teatrze Kwadrat. Zaraz sobie tę okładkę sfotografuję!

„Berek, czyli upiór w moherze”, bo tak brzmi pełny tytuł spektaklu (napisanego przez Marcina Szczygielskiego), żyje na scenie do dziś, choć już w innych okolicznościach.

 Zaraz to wszystko po kolei wyjaśnię. Pierwszy „Berek…” miał premierę w 2008 r. w Teatrze Kwadrat. Występowałam w nim ja – jako „moherowa” Lewandowska – i Paweł Małaszyński jako gej Paweł. Graliśmy to równe 10 lat. W Polsce, za granicą, nawet na drugiej półkuli, dla Polonii. Mieliśmy obawy, jak nas przyjmie polonijna widownia, ale było bardzo fajnie. Gdy w 2018 r. odchodziłam z etatu w Teatrze Kwadrat, odbyło się nawet pożegnalne przedstawienie „Berka…”. A „Berek 2” to spektakl, który istnieje dopiero od 19 grudnia 2022 r. Gramy to w ramach Teatru Gudejko, impresaryjnie, na różnych scenach. Według innego już tekstu, z rozszerzoną obsadą. W fabule pojawia się mój były partner, ojciec mojego dziecka, którego gra Daniel Olbrychski, oraz – jako Paweł – Antek Pawlicki. Małaszyński nie mógłby już z nami grać, bo obecny dyrektor Teatru Kwadrat Andrzej Nejman w zasadzie nie zgadza się na gościnne występy „swoich” aktorów. Jednak producent spektaklu zapytał mnie, czy nie moglibyśmy zagrać także pierwszej części, bo widz oglądający „Berka 2” chciałby wiedzieć, jak to się wszystko zaczęło. I tak doszło do sytuacji, w której sama wyreżyserowałam pierwszego „Berka…”, już z Antkiem Pawlickim.

Czyli w eksploatacji są obecnie dwa „Berki…”?

Zgadza się i jest z tym trochę galimatiasu – czasem już sama mam wątpliwości, kto co gra w której części „Berka…”. Zwłaszcza że teraz właśnie spotykam się z panem po próbie wznowieniowej, którą musieliśmy zorganizować, by zrobić zastępstwo. Za Marysię Niklińską, która nagle poszła do jakiejś innej pracy, wchodzi Julia Chatys.

Lewandowska w obu „Berkach…” to chyba obecnie najbardziej znane pani sceniczne wcielenie. Co sprawia, że ten spektakl jest dla pani tak ważny?

Kiedyś powiedziałam, że Lewandowską to ja chyba będę grała do końca życia. No i najwidoczniej miałam rację. Tyle tylko, że obecnie gramy już ten tekst w nieco innej inscenizacji. Zmienił się świat, zmieniliśmy się my, zmieniła się władza… Zmieniła się, o czym już mówiłam, także obsada, ale Paweł Małaszyński wciąż jest z nami obecny. Zgodził się bowiem gościnnie wystąpić w filmie, którego projekcja jest częścią przedstawienia. Bardzo mnie to cieszy, bo i do Pawła, i do spektaklu w jego pierwszej wersji mam wielki sentyment. Zresztą muszę powiedzieć, że „Berek…” zawsze był spektaklem żywo reagującym na rzeczywistość. W fabule pojawiały się aktualne zdarzenia, jak np. awantura o tęczę na pl. Zbawiciela, jej pożar, a potem demontaż. Publiczność zawsze bardzo spontanicznie na to reagowała.

Chciałbym właśnie zapytać o reakcje publiczności. Czy widzi pani jakąś różnicę w reakcjach z czasów grania „Berka…” przed laty, w Teatrze Kwadrat, a tym, jak dziś widownia przyjmuje spektakle?

Przede wszystkim obecnie spektakl jest o wiele odważniejszy niż ten w Kwadracie. Nazywając rzeczy po imieniu – Teatr Kwadrat jest teatrem o charakterze mieszczańskim i pewne teksty, pewne sytuacje musiały zostać w inscenizacji pominięte, by spektakl nie był zbyt ostry. Wymagał tego ówczesny dyrektor Kwadratu Edmund Karwański. Obecnie zaś, w mojej reżyserii, nie stawialiśmy sobie żadnych ograniczeń, tak więc tekst jest wręcz bliższy temu, co napisał Marcin Szczygielski, którego zresztą prywatnie uwielbiam – także za dystans do samego siebie. Nie mówię, że chciałam jakoś specjalnie szokować, ale są w nim sceny bardziej śmiałe, np. ta z lubrykantem. Niektóre spośród tych odważnych scen rozwiązałam także z pomocą projekcji filmowych. Publiczność świetnie to podchwytuje, bo tekst jest napisany brawurowo. Jest zresztą cały czas uaktualniany. Teraz np. znalazł się w nim wątek ukraiński. Pytał pan o reakcje widzów kiedyś i dziś. Nie widzę różnicy. Choć zmieniła się widownia. Dzisiejszy widz, w porównaniu z widzem z 2008 r., jest jakby bardziej niecierpliwy, dlatego skróciłam spektakl, wprowadziłam szybsze tempo akcji. Jednak reakcje są wciąż niezmiennie takie same – sztuka budzi wesołość, a obserwacja najpierw konfliktu, a potem pogodzenia się i przyjaźni między Lewandowską a Pawłem skłania do myślenia.

Dostrzega pani na widowni gejów?

Oczywiście. Nawet swoich kolegów, których zapraszałam już na próby jako konsultantów. Nie chcieliśmy pokazywać jakichś głupot albo czegoś, co mogłoby zostać wzięte za kpiny z gejów. Antek Pawlicki sam zresztą prosił o pomoc i podpowiedzi. Reakcje gejów, z którymi rozmawiałam, są bardzo pozytywne. Mówią, że pokazujemy prawdę – np. w tym, że gdy jesteś gejem w wielkim mieście, nie imprezujesz, nie chodzisz do klubów, jesteś samotny. Albo skazany na krótkotrwałe związki.

Czy są widzowie zgorszeni tym, co widzą na scenie?

Zgorszeni – nie. Ale gdy gramy w mniejszych miejscowościach, widzę, jak czułe sceny między mężczyznami sprawiają, że część widzów jest zawstydzona. A to zawstydzenie często wynika z niewiedzy. Z tego, że wielu ludzi kompletnie nie zna tej tematyki. Nie wiedzą na przykład, co to jest Grindr. A pan wie, co to jest Grindr?

Mówiąc skrócie: Tinder dla gejów.

No właśnie. A wielu nie ma o tym pojęcia! Dzięki naszemu spektaklowi mogą się więc dowiedzieć wielu rzeczy. Także tego, że kiedyś wielkim problemem był wirus HIV, a teraz jest środek o nazwie PrEP, który umożliwia uprawianie seksu w bezpieczny sposób.

A czy zdarzyły się pani negatywne reakcje na „Berka…”? Czy ktoś np. oznajmił, że nie będzie z panią pracował, bo gra pani w „pedalskiej sztuce”?

Do TVP i tak mnie nie zapraszają zbyt często. A co do reakcji widzów – nie zdarzyło się, by ktoś wyszedł, zdarza się jednak, że czasem widownia nie reaguje na pewne teksty tak, jak byśmy się spodziewali. Natomiast na końcu i tak zawsze są brawa.

Warto tu jeszcze poruszyć ważną sprawę – z pozoru wydawać by się mogło, że oba „Berki…” stają w obronie gejów i wyśmiewają „moherową” Lewandowską. Tymczasem grana przez panią Lewandowska jest także osobą pokazaną jako ktoś mający swoje racje i swoje powody, dla których żyje tak, jak żyje.

Dokładnie. Lewandowska słucha Radia Maryja i chodzi do kościoła dlatego, że tam znalazła dla siebie oparcie. Jest kobietą, która samotnie wychowywała dziecko. Dziś żyjemy w innym świecie, zwłaszcza w dużych miastach. Ale w czasach PRL-u panna z dzieckiem była kimś odsuwanym od społeczeństwa, wyśmiewanym, należącym do dyskryminowanej mniejszości. Tak jak geje. Dlatego właśnie Lewandowska i Paweł są w stanie się zaprzyjaźnić. Bo przychodzi moment, w którym oboje czują się strasznie samotni i z tej samotności rodzi się ich porozumienie. Publiczność bardzo nam zawsze sekunduje, wręcz czuje się, że czeka na ten moment pogodzenia się naszych bohaterów.

Marcin Szczygielski, reżyser Maciej Michalski, Jacek Poniedziałek, z którym pracowała pani w Teatrze Polonia, Maciej Nowak, Grzegorz Chrapkiewicz, a w czasach, gdy grała pani w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku – Marek Okopiński, Marcel Kochańczyk. W pani artystycznej biografii widnieje mnóstwo gejów. Czy według pani reżyserzy geje różnią się czymś od reżyserów heteronormatywnych? Mają coś, co ich wyróżnia?

W pierwszym momencie chciałam odpowiedzieć, że są chimeryczni, czasem histeryczni – bardziej niż heterycy. Ale to przecież tak naprawdę dotyczy wszystkich twórców – wszyscy my, artyści jesteśmy narcystyczni, a z tego wynika skłonność do nadmiernej emocjonalności. Jednak jest w reżyserach gejach pewien rodzaj specyficznej wrażliwości i pewnego uczulenia na swoim punkcie, co moim zdaniem wynika z tego, że mają gdzieś z tyłu głowy, że dla wielu są „inni”. Lubię wchodzić w ten świat reżyserów gejów i w ogóle artystów gejów, bo wiem, że narodzi się z tego nowa wartość. Taka, której żaden heteryk by nie dotknął.

A jak jest w przypadku dramaturgów gejów? Grała pani w sztukach Andrzejewskiego, Geneta, Gombrowicza.

Przyznam, że nie miałam poczucia, by homoseksualność tych pisarzy miała dla mnie znaczenie, zwłaszcza że w ich sztukach grałam moje pierwsze, do tego niewielkie role. Oczywiście wiedziałam, z jakiego rodzaju materią pracowałam, jednak wszyscy trzej byli dla mnie przede wszystkim wybitnymi pisarzami, których twórczość (zwłaszcza Geneta) wyprzedzała swoją epokę.

Kończyła pani krakowską PWST w czasie, gdy uczyli w niej lesbijka Halina Gryglaszewska i gej Stanisław Igar…

…od razu wejdę w słowo – nic na ich temat nie powiem, ponieważ nie miałam z żadnym z nich zajęć. O tym, że profesor Igar jest gejem, wiedziałam, ale o orientacji seksualnej pani Gryglaszewskiej dowiedziałam się w ogóle już po ukończeniu szkoły. To nie były czasy, w których się o takich sprawach otwarcie mówiło. Artystyczny świat jest pod tym względem dość specyficzny. Z jednej strony jest w nim większa otwartość na kwestie tożsamości seksualnej i geje wręcz do niego lgną, ale z drugiej wielu aktorów gejów boi się wyoutować w obawie, że stracą fanów. Sama znam kilka takich przykładów, o których oczywiście nie będę mówić z nazwiskami. To ich osobista sprawa, kiedy i czy w ogóle zdecydują się na coming out. Ja nigdy nie miałam problemu z tym tematem. Zawsze byłam tolerancyjna. A moja córka, gdy jej mówiłam o tolerancji, oburzyła się: „Jaka tolerancja! Tolerancja to za mało, potrzebna jest akceptacja”. Tak więc młodsze pokolenie jest pod tym względem już w ogóle bardzo otwarte. Oczywiście, niestety, z wyjątkami.

Była pani kiedyś obiektem podrywu ze strony lesbijki?

Tak. Było to lata temu i była to pewna pani reżyser filmowa, której nazwiska nie będę ujawniała. Pytał pan o wrażliwość reżyserów gejów, a ja zapamiętałam, że właśnie ona była osobą o wyjątkowej, specyficznej wrażliwości. Dostawałam też listy miłosne od lesbijek. A nawet kiedyś na jakimś wyjeździe w góry pewna dziewczyna próbowała mnie poderwać, dała mi kwiaty.

W pani przypadku szczególnego znaczenia nabiera zagadnienie „gejowskiej divy”. Nie dość, że sama pani takie postacie grała (Violetta Villas oraz – w filmie „Belissima” – kobieta zafascynowana Violettą Villas, a także Patty Diphusa, Dalida), to jeszcze sama jest pani „gejowską divą”.

Jak to unieść, prawda? (śmiech) Dostałam od środowiska LGBT nagrodę Hiacynt, zawsze miałam świetne kontakty z gejowskimi klubami Toro, Utopia, a przed laty także Le Madame. Do Krystiana Legierskiego (skierował mnie do niego Maciek Nowak) mam do dziś wielki szacunek i wdzięczność. To dzięki niemu mogłam w Le Madame zagrać po raz pierwszy Patty Diphusę Almodóvara, bo teatry nie były tym początkowo w ogóle zainteresowane. Le Madame było klubem uwielbianym przez wszystkich, nie tylko przez gejów, panowała świetna atmosfera, sam Andrzej Wajda realizował tam swoje programy telewizyjne.

Próby w Le Madame miał nawet krańcowo odmienny – wydawałoby się – światopoglądowo od bywalców klubu Bohdan Poręba, gdy wystawiał w 2006 r. sztukę „Zmartwychwstanie”.

To pokazuje otwartość Le Madame, w którym ze swoimi próbami mogła się zmieścić i Kasprzyk z Almodóvarem, i Andrzej Wajda, i Bohdan Poręba. Ale jak pan pewnie pamięta, komuś się nie spodobało, że w podziemiach jest darkroom. A dlaczego miałoby nie być?

Debiutowała pani na ekranie u kobiety, Barbary Sass, rolą Kwiryny w „Dziewczętach z Nowolipek” i „Rajskiej jabłoni”. Rzadki to przypadek, by aktorka czy aktor debiutowali w kobiecej reżyserii, bo to zawód – także i dziś, ale w latach 80. jeszcze bardziej – silnie zmaskulinizowany.

Ma pan rację, że kobiet reżyserek jest niewiele. Są Agnieszka Holland, Marysia Sadowska, Małgorzata Szumowska, Magdalena Łazarkiewicz i jeszcze kilka innych. Ale akurat Basia Sass to była jak facet! Pamiętam, jak kiedyś Wiesio Zdort, który był jej mężem i operatorem zdjęć jej wszystkich filmów, podszedł do niej z jakimś ciasteczkiem, gdy siedziała za kamerą – skupiona, bo czekały nas długie ujęcia z jazdą kamerową – i mówi do niej delikatnie: „Basieńko, a może byś zjadła ciasteczko?”. A Basia: „Nie, nie będę jadła, daj mi teraz spokój”. No, powiedzmy, że ostatnie słowa wypowiedziała nawet znacznie ostrzej. (śmiech) Byłam Basią zafascynowana, zrobiłam z nią potem jeszcze jeden fi lm – „Pajęczarki” – i trzy spektakle. Tak, była ostra i wiedziała, czego chce, ale nigdy nie krzyknęła na aktora czy aktorkę, zawsze umiała wyciągnąć z nich wszystko, co chciała, bez żadnej agresji. Teraz, gdy sama reżyseruję, nigdy nie podnoszę głosu i mogę powiedzieć, że tego nauczyłam się właśnie od Basi. Dobrze, że pan o niej wspomniał, bo Basia to moja guru.

W tamtym wywiadzie dla „Repliki” z 2008 r. zapowiada pani swój udział w filmie „Płynące wieżowce”, którego bohaterem jest młody człowiek odkrywający homoseksualną tożsamość. Ostatecznie film powstał 5 lat później, w innej obsadzie. Dlaczego pani w nim nie zagrała?

Dwie główne role kobiece miałyśmy grać ja i Krystyna Janda. Przychodziliśmy wszyscy na próby, czytaliśmy sceny, później nagle to wszystko zostało zawieszone, a potem faktycznie film powstał, w zupełnie innej obsadzie. Tak to czasem w zawodzie aktorskim bywa.

W filmie Patryka Vegi „Polityka” grała pani postać wzorowaną na Beacie Szydło. A jak patrzy pani na polską politykę? Zwłaszcza wobec społeczności LGBT? Na to, co mówią i robią rządzący politycy, a także duchowni, bo na razie te dwie grupy są ze sobą mocno splecione.

To wszystko nie napawa optymizmem. Patrzę na te sprawy także przez pryzmat spektaklu „Berek, czyli upiór w moherze”. Robiliśmy go po raz pierwszy 15 lat temu. Mieliśmy nadzieję, że wiele spraw związanych z akceptacją osób o orientacji seksualnej innej niż heteryczna pójdzie do przodu. Zmieni się na lepsze. I co? Od głowy państwa usłyszeliśmy, że LGBT to nie ludzie, tylko ideologia. Jak więc ma być lepiej „na dole”, skoro „góra” w ten sposób się wyraża? Do tego w wielu mediach wciąż kreuje się obraz geja jako odmieńca, którego trzeba leczyć. Niemal wszystkie kraje Europy wyprzedziły nas w sprawie legalizacji związków partnerskich. Wychodzi na jaw coraz więcej faktów o tym, co robił i jak zachowywał się Kościół. Smutny wniosek jest taki, że świat zrobił postępy, a w Polsce jest gorzej, niż było.

***

Ewa Kasprzyk (ur. 1957) – ceniona aktorka teatralna i filmowa. W latach 1983-2000 związana z gdańskim Teatrem Wybrzeże, potem (2000-2018) z Teatrem Kwadrat w Warszawie. W kinie debiutowała rolą Kwiryny w dramatach Barbary Sass „Dziewczęta z Nowolipek” i „Rajska jabłoń”. Masową publiczność zdobyła rolą kłótliwej Barbary Wolańskiej z cyklu „Kogel mogel” (1988, 1989, 2019, 2022). Popularność ugruntowała rolami takimi jak Ilona w „Złotopolskich” (1998-2007), matka Magdy w „Magdzie M.” (2005-2007), Elżbieta Żak w „Na dobre i na złe” (2008-2012). Nieprzerwanie od 2012 r. gra matkę Pawła w „Przyjaciółkach”. Na scenie bywała Patty Diphusą (2004), Anną w „Berku, czyli upiorze w moherze” (2008), Violettą Villas w „Kallas” (2013) i Dalidą w „DalidAmore, czyli kochaj, całuj i płacz” (2018). Laureatka wielu nagród teatralnych, wyróżniona na festiwalach w Gdyni i Wenecji za rolę w filmie „Bellissima” (2000); Srebrnym Krzyżem Zasługi (1996) i nagrodą Hiacynt od społeczności LGBT (2009).  

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Pukając do drzwi

Knock at the Cabin (USA, 2023), reż. M. Night Shyamalan, dystrybucja: UIP

 

mat. pras.

 

W centrum adaptacji książki Paula G. Tremblaya (w Polsce wydanej pod tytułem „Chata na końcu świata”) jest rodzina dwóch gejów, Erica i Andrew (granych przez wyoutowanych aktorów, Jonathana Groffa i Bena Aldridge’a), i ich 7-letniej adoptowanej córki Wen. Spędzają właśnie wakacje w chatce w środku lasu z dala od cywilizacji, kiedy ich dom nachodzi czwórka nieznajomych. Twierdzą, że mieli wizje, które pokazały im możliwy przebieg końca świata. Jedyny ratunek? Któraś z tych trojga osób musi zginąć, a morderstwa ma dokonać też jedno z nich. Wybrać mogą sami, przy czym osoba, która zginie, musi się na to zgodzić. Czy Erica, Andrew i Wen napadli szaleńcy, szczególnie okrutne homofoby? A może to czwórka jeźdźców apokalipsy? I choć można przewracać oczami, że to kolejny fi lm, w którym homoseksualnym bohaterom przydarza się traumatyczny los i są oni znów tylko ofiarami przemocy, to fi lm sugeruje też inną interpretację. Jeśli faktycznie od tej rodziny zależy przyszłość planety, to może zostali wybrani dlatego, że są najszczerzej kochającą się rodziną na świecie? Geje i córka bez więzów krwi jako reprezentanci idealnej rodziny? To idea ciągle radykalna właściwie w każdym zakątku świata. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Chrissy Judy

(USA, 2022), reż. Todd Flaherty, 14. LGBT+ Film Festival

 

mat. pras.

 

Męskie dojrzewanie to temat dla kina zawsze wdzięczny, szczególnie jeśli w tle mamy wielką miłość lub przyjaźń. I tak oto Judy (w tej roli debiutujący pełnym metrażem reżyser filmu Todd Flaherty) i Chrissy (Wyatt Fenner) – najlepsi przyjaciele w życiu oraz duet dragowy na scenie – przeżywają relacyjny kryzys. Ten pierwszy ciągle chce być Piotrusiem Panem: występować, dobrze się bawić i mieć na każde skinienie oddanego kumpla. Chrissy natomiast coraz poważniej myśli o ustatkowaniu się i pewnego dnia oznajmia, że wyjeżdża z wielkiego miasta, żeby wieść bardziej rodzinne życie z nowym partnerem. Judy musi zatem przeorganizować nie tylko program estradowych show, ale też przede wszystkim emocjonalną przestrzeń pozostałą po rozłące z przyjacielem. Pustka, której nie da się ukryć pod grubym makijażem, prowokuje do coraz to nowszych refleksji na temat własnych wyborów życiowych. To, co może pachnieć kliszami, okazuje się jednak całkiem zręcznie i sprytnie poprowadzoną narracją. Flaherty oddaje stany bohaterów umiejętnie, bez popadania w przesadę. Jednocześnie nadaje im niebywałej chemii, energii i kokieteryjności, które szybko przekładają się na sympatię odbiorcy. Jednocześnie to fi lm, który przy większym budżecie, niewymagającym przyszlifowania konceptu do mainstreamowych szablonów, mógłby być artystycznym sukcesem na miarę „Bros” Nicholasa Stollera. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo kameralności wybrzmi z właściwą siłą, a finałowy występ Judy na długo zostanie w pamięci widzów. (Agnieszka Pilacińska)

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

The Last of Us

(USA, 2023), twórcy: C. Mazin i N. Druckmann, dystr. HBO, premiera: 16.01.2023

 

mat. pras.

 

Już 10 lat minęło od premiery gry „The Last of Us”. Mocno linearna gra (gracz nie ma wpływu na przebieg fabuły) opowiada o Joelu, 50-latku żyjącym od 20 lat w czasach apokalipsy (epidemia grzyba zamienia zarażonych ludzi w agresywne potwory), który dostaje zadanie: ma przetransportować 14-letnią Ellie (która być może jest antidotum na infekcję) na drugi koniec Ameryki wypełnionej zarażonymi, gangami i anarchistami. Joel, którego córka zginęła na samym początku pandemii, na nowo odkrywa siłę miłości i przywiązania do drugiego człowieka. Świat wokół niesie przeważnie przemoc, kolejne traumy, śmierć i beznadzieję. Wątpliwe decyzje moralne wzbudzały dyskusje już po premierze gry, a teraz rozgorzały na nowo, gdy kolejne grono odbiorców zapoznało się z generalnie wierną adaptacją na ekran telewizyjny. Podjął się jej sam Druckmann wspólnie z Craigem Mazinem (który zasłynął ostatnio wybitnym „Czarnobylem”). Zmniejszona liczba sekwencji akcji w porównaniu do gry daje więcej miejsca na wybrzmienie emocji bohaterów. Na szczególne wyróżnienie zasługują zwłaszcza dwa retrospektywne odcinki poświęcone „miłości w czasach zarazy”. Bill to prepper, prawicowy radykał przygotowujący się całe życie na apokalipsę, a zarazem gej. Apokalipsa nadchodzi, tymczasem Bill niedługo później poznaje mężczyznę, który okaże się miłością jego życia. W innym odcinku poznajemy historię pierwszej miłości Ellie i jej magicznej randki z Riley. Niektórzy widzowie oczekujący serialu akcji nie kryli oburzenia, kiedy focus serii przenosił się na liryczne, ciepłe opowieści o jednopłciowej miłości. Tymczasem w przygotowaniu jest już drugi sezon, oparty na drugiej, dużo bardziej queerowej części gry. (Daniel Oklesiński)

 

Tekst z nr 102/3-4 2023.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.