Znani aktorzy w trzyminutowym filmie nowej akcji Kampanii Przeciw Homofobii i grupy La Camera Independent
Wojciech Zieliński i Katarzyna Herman – kadr ze spotu kampanii społecznej „Homofobia szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu”; mat. pras.
Wojciech Zieliński, Katarzyna Herman, Piotr Garlicki, Bartek Firlet, Bartek Morawski i Mariusz Drężek wystąpili w trzyminutowym spocie, który ma formę zwiastunu do nieistniejącego filmu.
Adam ma poukładane życie: mieszka w apartamencie (styl Ikea) w prestiżowej warszawskiej dzielnicy, codziennie rano parzy kawę, całusami budzi piękną żonę, potem wsiada do mercedesa, odwozi córeczkę do szkoły, a sam jedzie do intratnej pracy w korpo. Właśnie dostał od szefa nowe zlecenie: ma przekonać pewnych inwestorów do zakupu wieżowca. To dwóch facetów. Adam jedzie odebrać ich na lotnisko i…o, zgrozo! Oni są parą! A potem jeszcze okazuje się, że córeczka na urodzinowej laurce dla tatusia narysowała… tęczę. Tymczasem wiadomości dudnią doniesieniami z Parady Równości. Jeszcze kilka takich „drobiazgów” i Adam czuje się osaczony przez „homoseksualną propagandę”. Wdrukowana w mózg homofobia powoduje irracjonalny lęk i agresję. A to tylko początek.
Pomysł ze spotem pod hasłem „Homofobia szkodzi tobie i osobom w twoim otoczeniu” w formie zwiastunu filmowego powstał półtora roku temu, gdy do Kampanii Przeciw Homofobii zgłosili się członkowie La Camera Independent: Ivo Krankowski (producent), Albert Bana (reżyser) i Mateusz Pacewicz (scenarzysta). Wyżej podpisany został koordynatorem projektu ze strony KPH. Dotychczasowe polskie kampanie społeczne przeciwko homofobii koncentrowały się na obronie jej ofiar – ludzi LGBTQ. W naszym spocie zajmujemy się homofobią od „drugiej strony”, pokazując, że jej ofiarą pada także sam homofob i jego otoczenie – piszemy na stronie internetowej projektu homofobiaszkodzi.pl.
Adam jest naładowany uprzedzeniami w rodzaju „homoseksualiści dobierają się do naszych dzieci”. Para gejów biznesmenów to zwykli kolesie, którzy chcą po prostu zrobić dobry interes, ale w Adamie uruchamiają spiralę homofobicznej paranoi. W odróżnieniu jednak od typowego kina akcji w naszym trailerze jedynym prześladowcą bohatera jest on sam, jego homofobiczna obsesja. Nikt na niego nie dybie, nikt nie chce go skrzywdzić – wyjaśniają twórcy filmu.
Od sierpnia spot jest emitowany w blokach reklamowych przed wszystkimi filmami (oprócz kina dla najmłodszych) wyświetlanymi w warszawskiej Kinotece. Sieć Multikino pokazuje go podczas jednorazowych wydarzeń (koncerty, maratony filmowe). Pozostałe kina emitują spot przed wybranymi filmami, są to: Atlantic, Nowe Horyzonty w Warszawie oraz Dolnośląskie Centrum Filmowe.
To nie koniec: kampania rusza w świat. Przygotowane zostały napisy angielskie, rosyjskie, włoskie i szwedzkie. Trwają negocjacje między producentami spotu i organizatorami festiwalów filmowych LGBT. Film i pełna informacja o projekcie: homofobiaszkodzi.pl.
Tekst z nr 45/9-10 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Podpisując ustawę zakazującą „homoseksualnej propagandy”, prezydent Putin wprowadził rosyjską homofobię do światowej polityki. W obliczu zbliżających się zimowych igrzysk w Soczi rozgorzała też dyskusja o coming outach w sporcie
Nikołaj Aleksiejew – działacz nie do zdarcia; mat. pras.
Ustawa, która weszła w życie w lipcu br., penalizuje „propagowanie homoseksualizmu wśród nieletnich”, co oznacza, że karalny może być każdy publiczny coming out. W styczniu br., protestując przeciwko rosnącej homofobii, na antenie TV wyoutował się prezenter Anton Krasovsky: Panie prezydencie, Panie premierze, jestem gejem i jestem człowiekiem – takim samym jak Panowie i jak wszyscy członkowie Dumy – powiedział. Zwolniono go jeszcze tego samego wieczoru. Gdyby ujawnił się kilka miesięcy później, mógłby liczyć się dodatkowo z grzywną.
Nieprawomyślny stał się również homoseksualizm wielkiego rosyjskiego kompozytora Piotra Czajkowskiego. Scenariusz biograficznego filmu o autorze „Jeziora łabędziego” przerabiano kilka razy. Larisa Maljukowa, recenzentka „Nowej Gaziety”, twierdzi, że kiedy czytała jedną z pierwszych wersji, Czajkowski cierpiał z miłości do mężczyzny. Teraz autor Jurij Arabow przyznał, że ostatecznie wątek ten usunął.
Ale są też znacznie bardziej drastyczne przypadki. Ustawa jest postrzegana jako przyzwolenie nie tylko na wykluczanie osób LGBT, ale i na przemoc. Największym echem odbiło się bestialskie morderstwo 23-letniego Władisława Tornowoja, działacza LGBT. W maju br. w Wołgogrodzie został on zamordowany przez dwóch mężczyzn, który przyznali, że homoseksualizmem „uraził ich uczucia patriotyczne”. Przed śmiercią Tornowoj był torturowany i zgwałcony butelkami po piwie.
W lipcu światowe media obiegły wstrząsające zdjęcia młodych rosyjskich gejów torturowanych przez neonazistów. Są zwabiani obietnicą randki, a następnie bici, upokarzani, zmuszani do coming outu przed kamerą. By ich skompromitować, filmy umieszcza się w internecie.
W ZSRR 5 lat za bycie homo
Dzisiejsza rosyjska homofobia tym się między innymi rożni od zachodniej, że przybiera na sile i skali, podczas gdy ta druga jest w odwrocie. Przez większość XX wieku gejów w Rosji traktowano jak przestępców, podobnie jak choćby w Wielkiej Brytanii.
Rewolucja Październikowa przyniosła wprawdzie dekryminalizację stosunków homoseksualnych, ale na krótko. W 1933 r., wraz z dojściem Stalina do władzy, wprowadzono w ZSRR paragraf 121 kodeksu karnego, zgodnie z którym homoseksualizm był karany więzieniem do 5 lat. Szacuje się, że liczba ofiar tego okrutnego prawa wynosiła około 1000 osób rocznie. W ostatnim roku jego obowiązywania – 1992 r. – 227. Homofobicznym przepisom ochoczo służyła nauka. Psychiatrzy bez wahania umieszczali homoseksualizm wśród chorób psychicznych.
Pod koniec lat 80. pojawiło się światełko w tunelu. Z jednej strony pełną parą działała antyhomoseksualna ofensywa związana z epidemią AIDS: w 1986 r. Mikołaj Burgasow, komisarz ministerstwa zdrowia i higieny publicznej mówił: Nie ma sprzyjających warunków, aby w naszym kraju ta nowa choroba rozpowszechniła się. Homoseksualizm jest przecież prawnie ścigany. Ale z drugiej strony, na fali pieriestrojki, rodził się rosyjski ruch LGBT. Homoseksualność zdekryminalizowano w 1993 r.
20 lat później rosyjskie społeczeństwo jest nadal bardzo konserwatywne i zdominowane przez Kościół prawosławny. Według czerwcowych badań, aż 88% procent obywateli/ek popiera zakaz „propagandy homoseksualnej”, przeciw jest tylko 7%. 42% chciałoby kar za „nietradycyjną orientację seksualną”, 25% uważa, że powinna być ona przedmiotem społecznego potępienia. Socjologowie podkreślają, że liczba osób deklarujących niechętny stosunek do homoseksualności rośnie. Homofobiczne nastroje rosną pod wpływem sterowanej odgórnie kampanii w kontrolowanych przez państwo mediach – pisze Maria Płotko, socjolożka z Centrum Lewady. W sytuacji narastającego napięcia w społeczeństwie nowa homofobiczna ustawa (…) to polowanie na wroga, sposób na znalezienie kozła ofiarnego i skanalizowanie niezadowolenia. W nagonce na gejów rosyjskie władze mają potężnego sojusznika – rosyjską cerkiew. Patriarcha Cyryl nazwał związki jednopłciowe niebezpiecznym znakiem nadchodzącej apokalipsy.
Nikołaj nie do zdarcia
W takich warunkach działa rosyjski ruch LGBT. Najważniejsza organizacja to Gayrussia.ru, którą w 2005 r. założył początkujący działacz Nikołaj Aleksiejew, zniechęcony brakiem postępu praw LGBT od czasu dekryminalizacji homoseksualizmu. Dziś Nikołaj jest człowiekiem-instytucją. W 2009 r. otrzymał od francuskiego magazynu gejowskiego „Tetu” tytuł „najbardziej upartego aktywisty na kontynencie”. Jest rzeczywiście nie do zdarcia.
Od 2006 r. rokrocznie, mimo zakazu wydanego z góry na… 99 lat, próbuje zorganizować w Moskwie Paradę Równości. Rokrocznie media obiegają zdjęcia poszarpanego, pobitego lub zatrzymanego przez policję Nikołaja i jego sojuszników. Kilka miesięcy temu jego mieszkanie zostało splądrowane przez „nieznanych sprawców”. Aleksiejew walczy na ulicy i w sądach – złożył już 10 skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Nie chodzi tylko o sprawy LGBT, ale o fundamentalne w demokracji prawo do wolności zgromadzeń.
36-letni dziś Nikołaj Aleksiejew jest absolwentem Uniwersytetu Moskiewskiego, gdzie z wyróżnieniem ukończył administrację publiczną. Rozpoczął studia podyplomowe z prawa konstytucyjnego, ale został zmuszony do odejścia – uczelnianym władzom nie podobał się przedmiot jego badan: status prawny mniejszości seksualnych w Rosji. W 2008 r. Nikołaj zawarł w Genewie związek partnerski ze swym szwajcarskim facetem, z którym jest od 14 lat. Za swą działalność na rzecz LGBT otrzymał m.in. nagrody GALVA w Londynie i HERO w Los Angeles. Bywa gościem honorowym wielu Parad Równości na świecie.
Zakaz propagandy homoseksualnej obowiązywał w kilku rosyjskich okręgach, zanim wprowadzono go w całej Rosji – to właśnie Aleksiejew był pierwszą osobą skazaną na podstawie nowych przepisów, gdy 12 lipca 2012 r. pikietował przed ratuszem w Sankt Petersburgu. Kilkanaście dni później w tym samym mieście homoseksualizm „propagowała” Madonna, która przed koncertem rozdawała tęczowe bransoletki a w jego trakcie wygłosiła przemówienie w obronie praw LGBT. Królowa Popu protestowała również przeciwko drakońskiemu wyrokowi na feministycznej grupie Pussy Riot.
Tęczowe paznokcie
W sierpniu, gdy sprawa ewentualnego bojkotu igrzysk w Soczi stanęła na wokandzie, Nikołaj napisał na Facebooku, że nie jest w stanie nawet odpowiadać na prośby zachodnich dziennikarzy o wywiady – dostaje ich kilkanaście dziennie. Rosyjską homofobią wreszcie zainteresował się świat. Choć chyba bardziej w kontekście zagranicznych sportowców, którzy mają w przyszłym roku przyjechać do Soczi niż w trosce o rosyjską społeczność LGBT.
Tak czy inaczej, można się tylko cieszyć, że oburzenie coraz gorszą sytuacją gejów i lesbijek oraz instytucjonalną homofobią w Rosji wyrazili politycy – prezydent USA Barack Obama, szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton, premier Wielkiej Brytanii David Cameron i gwiazdy show biznesu – oprócz wspomnianej Madonny jeszcze m.in. Ian McKellen, Stephen Fry, Tilda Swinton, Lady Gaga.
Reagują również sportowcy. Na niedawnej olimpiadzie w Moskwie szwedzka skoczkini wzwyż Emma Green wystąpiła z paznokciami pomalowanymi na tęczowo, wyrażając w ten sposób solidarność ze społecznością LGBT. Na początku września Anastacia Bucsis, 24-letnia kanadyjska panczenistka, powiedziała: Jestem homoseksualna i się tego nie wstydzę. Nie planowałam publicznego coming outu, ale biorąc pod uwagę to, co dzieje się w Rosji i mój możliwy występ na olimpiadzie w Soczi – nie mogę milczeć. Nie chcę dawać młodym ludziom sygnału, że homoseksualizm jest czymś, co należy ukrywać. Popularny amerykański łyżwiarz figurowy Johnny Weir, wyoutowany gej z rosyjskimi korzeniami, oświadczył, że nie będzie się w Soczi ukrywał: Jeśli mnie aresztują, to nawet lepiej, bo sprawa stanie się głośna.
Ale są i tacy, którzy popierają homofobiczne rosyjskie prawo, choćby były bramkarz Jan Tomaszewski (PiS). A Jelena Isinbajewa, zwana carycą tyczki, powiedziała: Uważam, że zgodnie z tradycją mężczyźni żyją z kobietami, to wynika z historii.
Film z telewizyjnym coming outem Antona Krasovsky’ego usunięto z sieci. Na stronie kanału NTW, w którym pracował, nie ma już nawet jego zdjęć. W niedawnym wywiadzie dla brytyjskiego „The Guardian” Anton wyjaśniał swój coming out: Przeczytałem o 22-letnim chłopaku zamordowanym w Petersburgu za to, że był gejem. Nie potrafiłem o tym zapomnieć. Ten chłopak mi sięśnił. „Widziałem” go, jak stał koło mnie na przystanku autobusowym czy jak siedział przy stoliku obok mnie w kafejce. W końcu powiedziałem sobie: dość wstydzenia się tego, kim jestem. Muszę się wyoutować dla tego chłopaka. Wiedziałem, że moja kariera będzie skończona, ale trudno, zarobiłem już sporo pieniędzy. Przyszedł widocznie w Rosji taki czas, że geje muszą być odważni.
Tekst z nr 45/9-10 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Plucia, bicia i wyzwisk doświadczył Adam Fotek na swym osiedlu kilkadziesiąt razy. I się nie poddał
Adam Fotek foto: Zofia Szczęsna
„Pedał!”, „Cwel!”, „Pedofil”, „Jesteś martwy, pedale” i inne wyzwiska słyszał Adam Fotek nagminnie. I zresztą nie chodzi tylko o nie. Plują na mnie i na mojego partnera, Artura, gdy przechodzimy obok. Raz rzucili kamieniem, na szczęście nie trafili. Raz z piskiem zahamowali motocyklem centymetry ode mnie.„Trzeba rozjechać pedała” – usłyszałem. Mowa o chuliganach, choć wcale nie wyglądają tak, jak postrzega się chuliganów. Wyglądają jak zwyczajni młodzi faceci. Zwalczanie geja pewnie postrzegają jako powinność moralną. Mieszkają na tym samym osiedlu na krakowskim Kurdwanowie. Jest ich ze dwudziestu, rzadko groźni pojedynczo, za to w grupie – często.
Notatnik incydentów
Adam jest gejem i się nie ukrywa. Bierze udział w Marszach Równości. Wypowiada się w sprawach LGBT w mediach. Jakieś trzy lata temu go zauważyli i rozpoznali. Pierwsze incydenty miały miejsce w 2010 r., potem zrobiło się ich tak dużo, że zacząłem je dokumentować w specjalnym notatniku na Facebooku. Pierwszy wpis mam z lipca 2011 r. Przez te dwa lata – kilkadziesiąt rożnych zdarzeń, kilkanaście wezwań policji. Wiem, że powinienem wszystko zgłaszać, ale często po prostu nie mam czasu. Zwłaszcza, że skuteczność jest zerowa. Zwykle przyjeżdżają po poł godzinie. Raz pokazałem policjantom, gdzie na osiedlu ci chuligani przesiadują, był tam akurat ten, który wcześniej mnie uderzył. I co? Mundurowi ruszyli do niego spacerkiem – gdy ich zobaczył z daleka, to nawet nie musiał uciekać, po prostu odszedł i tyle. Policjantom nie chciało się go gonić, dalszego ciągu nie było. Policja informuje mnie, że jak nie ma śladów pobicia widocznych przez 7 dni, to nie ma sprawy. Mógłbym co najwyżej wytoczyć im proces cywilny, ale wtedy musiałbym się dowiedzieć, jak się nazywają i gdzie dokładnie mieszkają. A raz jeden policjant doradził mi w komisariacie na boku: „ja w takiej sytuacji nie szedłbym na policję, tylko zebrałbym kumpli i sam bym to załatwił”.
Nie myślał o wyprowadzce? Nie. Jak idę chodnikiem i ich widzę, to nie zbaczam z drogi, nie przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie chcę im pokazywać, że się boję. Raz jeden dopadł mojego Artura. Złapał go za ubranie na piersiach ze słowami „I co teraz, pedale?” Po czym dostał od Artura taki cios, że znalazł się na ziemi. Artur miał czas, by uciec. Ale czy samoobrona ma być naszą jedyną bronią?
Zgłoś homofobię
Adam opowiedział o swych doświadczeniach nam, czyli Grupie Prawnej Kampanii Przeciw Homofobii. Doraźnie, bez woli działania po stronie policji, rzeczywiście nie jesteśmy w stanie efektywnie pomoc takim osobom, jak Adam, potrzebna jest zmiana w przepisach – system prawa karnego powinien zostać uzupełniony o przestępstwa z nienawiści motywowane homofobią, które powinno się ścigać z urzędu. KPH od lat zabiega o te zmiany. Niemniej, bardzo prosimy wszystkich, których spotykają podobne przykrości o zgłaszanie się do nas. Im więcej mamy przykładów homofobicznych prześladowań, tym silniejsza jest nasza argumentacja, że problem istnieje i trzeba go pilnie rozwiązać. Ciągle bowiem słyszymy, że skala takich przestępstw jest nieznana, bo nie są one zgłaszane, a przez to pozostają niewidoczne.
Tymczasem niespodziewanie nękanie Adama Fotka skończyło się w czerwcu br. Wiosną TVN wyemitował odcinek serialu „Szpital”, w którym zagrałem z Edwardem Pasewiczem parę gejów. Nie mam pojęcia, czy to właśnie z tego powodu, ale najwidoczniej coś się stało, bo od czerwca incydenty ustały. Kilku z tych facetów zaczepiło mnie tylko raz i pytali, czy to na pewno ja w „Szpitalu” zagrałem. Odpowiedziałem, że tak. Cholera wie, czy to magia telewizji na nich zadziałała – ale od tej pory, jak przechodzę koło nich, jest kompletna cisza.
Kontakt do Adama: facebook.com/adam.fotek.gallery
Dokumentacja Adama jest dostępna na stronie „Repliki”: replika-online.pl
Kontakt do Grupy Prawnej KPH: prawo@kph.org.pl
Tekst z nr 45/9-10 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Politycy kalkulują: przypodobać się homofobom czy Unii Europejskiej? Wychodzi im, że bardziej opłaca się homofobom
20 października 2013 r. – pierwsza Parada Równości w Podgoricy, stolicy Czarnogóry. Trwała pół godziny. 150 uczestników/czek było ochranianych przez 2 000 policjantów
Pokazywany także w Polsce serbski film „Parada” kończy się sceną marszu środowisk LGBT w październiku roku 2010. Wtedy to, po raz pierwszy od wielu lat, udało się Paradzie przejść ulicami Belgradu pod silną eskortą policji chroniącej ją przed rozwścieczonym tłumem 20 tysięcy przeciwników. Rok wcześniej podobna próba skończyła się bezpardonowym atakiem kiboli, nacjonalistów i prawosławnych fundamentalistów. I chociaż także w 2010 r. nie obyło się bez ofiar (150 osób zostało rannych), siły porządkowe obroniły marsz, który, mimo wszystko, zdawał się potężnym krokiem naprzód na drodze emancypacji mniejszości seksualnych w Serbii.
Marketing polityczny
Niestety, w kolejnych trzech latach władze odmówiły zgody na Paradę, tłumacząc, że nie są w stanie zapewnić jej uczestnikom bezpieczeństwa. We wrześniu bieżącego roku więc zamiast marszu odbyła się około dwustuosobowa demonstracja na Placu Republiki w centrum Belgradu. Przebiegła ona bez zakłóceń. Ale sytuacja w Serbii nie nastraja optymistycznie.
Władze, niezależnie od przynależności partyjnej, traktują prawa mniejszości seksualnych w kategoriach marketingu politycznego – mówi mi Ksenija Forca, współpracująca z Fundacją Roży Luksemburg działaczka lesbijskiej organizacji Labris, współtwórczyni festiwalu Queer Belgrad. Kalkulują, co się bardziej opłaca. Albo starają się przypodobać homofobicznym obywatelom Serbii, albo próbują zrobić dobre wrażenia na przedstawicielach Unii Europejskich, pokazując, że dbają o przestrzeganie praw człowieka. Wychodzi im ostatnio z tych kalkulacji, że jednak bardziej opłaca się zakazać Parad.
Do niedawna Serbią rządziła wspierana przez Zachód Partia Demokratyczna byłego prezydenta Borisa Tadicia. Od lipca ubiegłego roku stery przejęła koalicja socjalistów (spadkobierców Slobodana Milosevicia, na czele rządu stanął jego dawny rzecznik, Ivica Dacić), nacjonalistów i liberałów. I choć nowa władza deklaruje kontynuację działań na rzecz wejścia Serbii do Unii Europejskiej, trudno powiedzieć, by próbowała włączać do owych działań środowiska LGBT. A i borykająca się z rożnymi kryzysami Unia Europejska – która niedawno przyjęła pod swoje skrzydła Chorwację, niegdyś będącą „bratnim krajem” Serbii w ramach państwa jugosłowiańskiego, a potem głównym wrogiem w wojnie bałkańskiej – nie kwapi się do szybkiego rozszerzenia swego terytorium o nowych członków. Rząd stara się spełnićżądania płynące z Brukseli – dodaje Ksenija – ale głownie w sferze ekonomicznej, co skutkuje rosnącą biedą i brakiem praw pracowniczych. W efekcie, ludzie przestali wierzyć, że wejście do Unii może poprawić ich sytuację. Rzeczywiście, badania z grudnia 2012 r. wykazały, że tylko 41 procent Serbów opowiada się za przystąpieniem kraju do UE. W głosie mojej rozmówczyni słyszę wyraźne rozgoryczenie: Nie jestem już pewna, czy dzisiaj Unia jest zainteresowana wspieraniem marginalizowanych grup. Obawiam się, że chodzi jej wyłącznie o zyski i zdobycie kolejnego rynku zbytu dla swoich towarów.
Słoweński raj, chorwackie związki
Problem tkwi jednak nie tylko w działaniach polityków, lecz także w homofobii, która wciąż jest bardzo silna wśród bałkańskich społeczeństw. Wyjątek stanowi tutaj Słowenia, która weszła do Unii razem z Polską w roku 2004 i w której dwa lata później zalegalizowano związki partnerskie. Już zresztą w latach osiemdziesiątych zorganizowano tam pierwszy „gejowski tydzień” (opisał go Martin Pollack w jednym z reportaży wydanych w Polsce w zbiorze „Dlaczego rozstrzelali Stanisławów”). Jednak nawet w Słowenii odrzucono w referendum możliwość wprowadzenia małżeństw homoseksualnych. Z kolei w sąsiedniej Chorwacji w 2003 r. zalegalizowano konkubinaty, także osób tej samej płci (dają one pewne prawa po trzech latach wspólnego życia). Obecnie lewicowy rząd przygotowuje ustawę o związkach partnerskich, co zmobilizowało konserwatystów związanych z Kościołem katolickim do zebrania podpisów pod wnioskiem o referendum, które ma dotyczyć zapisania w konstytucji definicji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Wniosek przeszedł w parlamencie, referendum ma się odbyć 1 grudnia.
Warto wspomnieć, że już za czasów Jugosławii rożny był status prawny homoseksualizmu w rożnych krajach federacji. W latach osiemdziesiątych, u schyłku państwa jugosłowiańskiego, stosunki homoseksualne nie były karane w Słowenii, Chorwacji, Czarnogorze i autonomicznej prowincji Wojwodinie. W Serbii natomiast zdekryminalizowano je dopiero w roku 1994. Pierwszą paradę środowiska LGBT zorganizowały w roku 2001, niedługo po obaleniu Slobodana Milosevicia, na fali nadziei związanych z demokratycznymi przemianami. Przekształciła się ona w brutalną napaść ze strony ultraprawicowców, którzy masakrowali uczestników przy biernej postawie policji. To potworne wydarzenie zniechęciło na czas jakiś aktywistów do podejmowania publicznych działań.
Peder – wróg narodu
Jednakże już dwa lata później organizacje gejowsko-lesbijskie wraz z feministkami rozpoczęły przygotowania do parady w roku 2004. Niestety, nastąpiła wtedy eskalacja konfliktu na linii Serbia-Kosowo. Grupa chuliganów podpaliła meczet w centrum Belgradu, znów przy kompletnej indolencji służb porządkowych. Mając w pamięci wydarzenia z roku 2001, organizatorzy postawili zrezygnować z przemarszu, bo zdawali sobie sprawę, że nie zostaną ochronieni przez policję.
Dramatyczny przebieg, jaki miała kolejna próba podjęta w 2009 r., opisał w sfabularyzowanej formie wspomniany wyżej film Srdjana Dragojevicia (który zresztą odniósł wielki sukces frekwencyjny na Bałkanach). Przełom, który zapowiadała parada z roku następnego – wtedy w jej przygotowanie włączyło się nawet częściowo państwo – zaprzepaściły odmowy z lat kolejnych. I choć, jak podkreśla Ksenija Forca, sytuacja LGBT jest na pewno lepsza niż 15 lat temu, trudno nazwać ją dobrą. Homofobię przejawiają nie tylko organizacje i partie skrajnej prawicy, ale też instytucje państwowe i rząd. Jest ona częścią publicznego dyskursu, także zwykli ludzie nie mają oporu, by wypowiadać się przeciwko paradom, małżeństwom jednopłciowym, że o adopcji dzieci przez gejów i lesbijki nie wspomnę. Tak jak i w Polsce, na Bałkanach homofobia jest silnie powiązana z nacjonalizmem i religią. „Peder” (ponadetniczne słowo oznaczające „pedała”) to „wróg narodu”, z reguły przypisuje się go do innej, „konkurencyjnej” nacji. Sam przeczytałem w komentarzach pod teledyskiem jednego z queerowych bośniackich artystów, że „w Bośni i Serbii nie ma pedałów, są tylko w Chorwacji i Słowenii”.
Tymczasem, jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie portalu Unii Europejskiej – EurActiv, ponad 60 procent młodych homoseksualistów w Serbii myśli o samobójstwie, w tym 9 procent nieustannie. 4 procent wprowadza te myśli w czyn. Dla wielu jedyną alternatywą pozostaje emigracja.
Po złych doświadczeniach ostatnich lat Ksenija Forca jest zdania, że należy zmienić nieco strategię działania. Zamiast koncentrować się na Paradzie, powinniśmy robić wszystko, by wzmocnić społeczność LGBTIQ, tak by uczynić ją odporną na wszelkie manipulacje ze strony polityków i instytucji. Osłabiają nas one bardziej niż ataki fizyczne czy pokrzykiwania skrajnej prawicy. Prowadzą bowiem do kompletnej marginalizacji naszego środowiska i pozostawiają nas bez nadziei, że coś się może zmienić.
Tekst z nr 46/11-12 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Granaty dymne na seansie LGBT w Krytyce Politycznej i groźba podłożenia bomby w Kampanii Przeciw Homofobii
Agata Chaber, prezes KPH foto: Agata Kubis
28 października podczas seansu Klubu Filmowego LGBT w Krytyce Politycznej jeden z widzów wstał, rzucił na podłogę puszkę, z której poleciały iskry i dym, krzyknął „bomba!” i rzucił się do wyjścia. Publiczność wpadła w panikę, ludzie biegnąc do wyjścia, niemal zaczęli się tratować. Gdy wybiegli z sali, na schodach zobaczyli drugą dymiącą puszkę. W końcu wyszli drugim wyjściem. Nikomu nic się nie stało, ale tak naprawdę – stało się. Nie chodzi tylko o przerwany seans, ale o zasianie strachu. Niezwłocznie zawiadomiono policję, świadkowie zostali przesłuchani. Sprawa jest w toku.
Zdarzenie opisałam na podstawie relacji Leszka Uliasza i Mariusza Kurca. Leszek jest członkiem zarządu KPH, od kilku miesięcy szczęśliwym tatą Mateusza. Wraz z synem i jego dwoma mamami widniał na okładce poprzedniego wydania „Repliki”. Po seansie filmu, który dotyczył tęczowych rodzin, miał wziąć udział w dyskusji. Mariusz wraz z Bartoszem Żurawieckim są gospodarzami Klubu Filmowego LGBT.
Dwa dni później, 30 października, w komentarzu pod naszym postem na Facebooku ktoś napisał, że podłoży bombę w biurze KPH. Zawiadomiliśmy policję i ewakuowaliśmy się. Przyjechali saperzy z psami, sprawdzili biuro. Bomby na szczęście nie było. Nikomu nic się nie stało, ale zdezorganizowano nam pracę na cały dzień. A ile się najedliśmy strachu! Dochodzenie trwa.
W wydanym oświadczeniu napisaliśmy: Kodeks karny nie uwzględnia homofobii jako motywacji przestępstwa z nienawiści. (…) Apelujemy do przedstawicieli władzy o wyraźny sprzeciw wobec przestępstw motywowanych nienawiścią i podjęcie korków legislacyjnych w celu uwzględnienia w Kodeksie karnym homofobii jako przesłanki tego typu przestępstw. Zanim będzie za późno.
Przeciwko tym nienawistnym atakom zaprotestowała ministra ds. równego traktowania, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, która napisała: W przestrzeni publicznej osoby nieheteroseksualne spotykają się z nienawistnymi, pogardliwymi wypowiedziami i agresywnym zachowaniem. Jako Pełnomocnik Rządu do Spraw Równego Traktowania oraz jako obywatelka stanowczo protestuję przeciwko wszelkim zachowaniom wynikającym z dyskryminacji osób, które w naszym społeczeństwie stanowią mniejszość. Potępiam nienawiść i agresję wobec nich. Zdecydowana większość Polaków kieruje się podstawowymi zasadami przyzwoitości i tolerancji. Sprawmy, aby wszelkie mniejszości w tym osoby nieheteroseksualne, mogły się czuć w naszym kraju bezpiecznie i godnie, aby nie musiały doświadczać upokorzeń i przemocy fizycznej.
Doceniamy głos ministry, ale jednocześnie chcielibyśmy podkreślić: to za mało. Potrzebne są zmiany w prawie, które na razie jest ślepe na przestępstwa z nienawiści motywowane homofobią.
***
Ludzie KPH: Agata Kwaśniewska
Mój własny feminizm
Agata jest jedną z tych osób, które z miejsca wzbudzają zaufanie – miła, ciepła, spokojna, uważnie dobiera słowa. Działanie w KPH uruchomiło we mnie gen społecznikowski, o którego istnienie wcześniej siebie nie podejrzewałam. Jestem działaczką i to ambitną – chcę być dobra w tym, co robię – mówi.
W KPH jest od sześciu miesięcy, jednocześnie studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Niejako „automatycznie” najbardziej angażuje się w działania Grupy Prawnej KPH. Zdobywa też organizacyjne szlify. Chrzest bojowy przeszła przy niedawnej debacie KPH i „Gazety Wyborczej” pod tytułem „Dlaczego nie małżeństwa? Sąd nad homofobią”. Wzięli w niej udział m.in. profesorki Ewa Łętowska i Monika Płatek, posłowie Jan Tomaszewski (PiS) i Jacek Żalek (PO), Michał Pirog. Jestem dumna, że udało mi się skoordynować organizację tak dużego przedsięwzięcia – przyznaje Agata.
Pochodzi z Kielc. Od siedmiu lat mieszka w Warszawie. Hobby? Taniec, muzyka. Bardzo lubię Pink i za piosenki, i za wizerunek, i „autorskie” podejście do kariery. A ostatnie moje odkrycie to kubański muzyk Raul Paz. Również języki obce: hiszpańskiego uczę się teraz intensywnie. Literatura? Ostatnio Stieg Larsson, lubię też „Dziennik Bridget Jones”, a fascynacja, która trwa od liceum, to Gombrowicz.
Teraz na przyjaciołach testuje najnowszą pasję: pieczenie ciast i ciasteczek, przepisy bierze od babci. Ale niech was to nie zwiedzie: Jestem feministką. Cenię Graff, Szczukę i Środę, choć nie zawsze się z nimi zgadzam. Sama tworzę mój własny feminizm. Miłości swojego życia jeszcze nie poznała, więc chłopaki, dziewczyny, macie szansę! (Arek Michalski)
Tekst z nr 46/11-12 2013.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Cztery dni chodziłem za rękę z chłopakiem po centrum Warszawy. Doświadczenie ciekawe, choć nie zawsze miłe
Dawid i Nico w Warszawie, grudzień 2013 r. arch.pryw
Poznaliśmy się w Tel Avivie, wakacyjne zauroczenie. Zwiedzaliśmy Izrael, trzymając się za ręce, co dla Nico było naturalne i oczywiste, a dla mnie nowe, ale bardzo przyjemne. Kiedy wcześniej proponowałem złapanie się za ręce chłopakom w Warszawie, pukali się w czoło. Czuli obawę, nie naciskałem. Podczas tamtego tygodnia w Izraelu Nico i ja tylko raz spotkaliśmy się z negatywną reakcją. Gdy pocałowaliśmy się w autobusie z Jerozolimy do Tel Avivu, stary rabin siedzący za nami głośno chrząknął i uderzył w oparcie siedzenia, dając znać o swej dezaprobacie. Poza tym nie zwróciliśmy niczyjej uwagi.
W grudniu Nico przyleciał na kilka dni do Warszawy. Gdy pierwszego wieczoru wyszliśmy na piwo, wziął mnie za rękę. Następnego dnia, kiedy wróciłem z pracy, zjedliśmy kolację i wyskoczyliśmy do klubu, w drodze znowu szliśmy za rękę. Nikt się nawet krzywo nie spojrzał. Pomyślałem: może Warszawa jest lepsza niż Tel Aviv? W końcu tu trudniej uświadczyć rabina z obłędem w oczach.
Nadszedł weekend, chodziliśmy dużo po mieście i, niestety, pierwsze wrażenie prysło. Mimo że trzymaliśmy się turystycznego centrum stolicy – pokazywałem Nico Starówkę, Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Muzeum Historii Żydów itd. – to aż siedem razy obrzucono nas wyzwiskami. Głośno, z nienawiścią: „Pedały, wypierdalać!”, „cioty jebane” etc. Jeden facet, idąc, rozmawiał przez komórkę, gdy nas zobaczył, przerwał rozmowę, przystanął osłupiały i powiedział: „No kurwa, pedały rękami się macają”.
Nico nie mówi po polsku, więc nie odczuł tej jadowitej wulgarności i ogromnej niechęci, ale ja – tak. Zaczęliśmy przyglądać się ludziom, których mijaliśmy. Wielu wgapiało się w nas. Albo oglądali się za nami, jakby się zastanawiali, czy właśnie przeszli obok UFO. Niektórzy robili zniesmaczone miny. Nikt się do nas nie uśmiechnął. Paru splunęło z obrzydzeniem na chodnik i zresztą nie tylko na chodnik. Przy Dworcu Centralnym jakiś facet podszedł, splunął na moje buty i bez słowa uciekł. W Al. Jerozolimskich tuż przy nas z piskiem opon zatrzymał się samochód, w środku – czterech łysych facetów. Myślałem, że zaraz wyskoczą z auta i zacznie się przepychanka. Otworzyli okna, obrzucili nas wyzwiskami i odjechali. Przez chwilę stałem oniemiały i przestraszony, nogi miałem jak z waty.
Na kolację poszliśmy do restauracji Mąka i Woda. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, rozmawialiśmy, dotykaliśmy się po rękach, patrząc sobie w oczy. Gdy w pewnym momencie zerknąłem w bok, poczułem się jak na scenie. Część gości przy innych stolikach przyglądała się nam z niezłym zdziwieniem – szczęki opadnięte, a brwi podniesione tak wysoko, że zastanawiałem się, czy to nie makijaż. Kojarzycie Vicky Pollard z serialu „Mała Brytania”? Ona w takich sytuacjach reagowała od razu swoim: „Don’t give me evils!”. Chciałem wtedy, ubrany w jej różowy dres, wstać i najbardziej przegiętym tonem, na jaki pozwala moje gejowskie gardło, powiedzieć: „Sorry? Mogę w czymś pomoc?”
Gdy moje weekendowe doświadczenia opowiadałem później znajomym, kilkoro z nich zapytało: „Po co prowokujecie?” Prowokujemy? Przecież to było tylko niewinne trzymanie się za rękę. W jaki delikatniejszy sposób dwóch chłopaków może okazać sobie czułość na ulicy? Czy trzymającą się za rękę, przytulającą czy całującą parę hetero też się tak bezpardonowo zaczepia? Kiedy wreszcie uwaga skupi się na agresorach, a nie ofiarach homofobii? To tępa nienawiść i agresja jest zagrożeniem, a nie odrobina czułości.
Tekst dedykuję wszystkim tym gejom, którzy lubią głośno opowiadać, że nigdy nie czuli się dyskryminowani, że Warszawa jest tolerancyjna i że nie ma co robić szumu o nierówne traktowanie, bo wszystko jest OK. Przy czym sami gejami są tylko we własnych domach lub ewentualnie jeszcze w gejowskich klubach albo na zagranicznych wycieczkach.
Tekst z nr 47/1-2 2014.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Film Roberta Glińskiego „Kamienie na szaniec” jest przykładem paniki przed choćby cieniem podejrzenia o homoseksualizm
Zośka (Marcel Sabat) i Rudy (Tomasz Ziętek) mat. pras.
Kamienie na szaniec, reż. R. Gliński, Polska, 2014, wyk. T. Ziętek, M. Sabat, K. Szeptycki
Wystarczy uważnie wczytać się w książkę Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec”, by dostrzec gender. Oto jak w pierwszym rozdziale autor opisuje jednego z głównych bohaterów, Tadeusza Zawadzkiego „Zośkę”: „Delikatna cera, regularne rysy, jasnoniebieskie spojrzenie i włosy złociste, uśmiech zupełnie dziewczęcy, ręce o długich, subtelnych palcach, wielka powściągliwość, pewien rodzaj nieśmiałości”. To właśnie takim cechom zawdzięcza chłopak swoje przezwisko. Dalej Kamiński pisze o przywiązaniu Zośki do matki, o jego wdzięku, ale też i o samotności: „Zawsze jestem raczej sam – tak brzmiało pierwsze zdanie na pierwszej stronie pamiętnika Zośki”. Jak również, o walce bohatera z tym, co w nim „niemęskie”, „kobiece” – Zośka z determinacją uprawia rożne sporty, jest ambitny, uparty, dąży do tego, by być zwycięzcą i przywódcą.
Opowiadając o przyjaźni Zośki i Rudego, Kamiński nadmienia, że „stawała się coraz pełniejsza”. Wspomina, że ten pierwszy często dzwonił bez powodu do swojego przyjaciela, choćby tylko po to, by powiedzieć mu „dobranoc”. Nie ma w książce nic o jakimś innym życiu uczuciowym owej dwójki. Jedynym bohaterem „Kamieni…”, który ma dziewczynę, jest Alek. Układa się to wręcz w symetryczny obraz: Alek- Basia, Zośka-Rudy.
Gdy Rudy zostaje aresztowany przez Gestapo, Zośka jest gotów odbić go za wszelka cenę (choć przecież nie odbijano innych, nieraz ważniejszych członków Polski Podziemnej, którzy znaleźli się w kazamatach Gestapo, gdyż pociągało to za sobą nie tylko ryzyko śmierci uczestniczących w takich akcjach żołnierzy, ale i represje Niemców na ludności cywilnej). Po akcji czuwa przy łóżku umierającego przyjaciela, trzyma go za rękę. Rudy obejmuje jego głowę, mówi: „Jak szczęśliwi będziemy, gdy zamieszkamy razem…”. Ten fragment oparł Kamiński na spisanych wspomnieniach samego Zawadzkiego, które znaleźć można w, opracowanej przez Tomasza Strzembosza, książce „Bohaterowie Kamieni na szaniec w świetle dokumentów”.
Ale jest i ciąg dalszy. Po śmierci Rudego Zośka wpada w depresję, powtarza, że został zupełnie sam. Staje się zawzięty, twardy, wojowniczy. Wreszcie scena śmierci bohatera, w której Kamiński puszcza wodze fantazji. Umierający Zośka podąża za Rudym: „Rudy! Rudy! To na pewno on… Złocista, rozwichrzona czupryna – to on! Nareszcie znowu razem, w walce. Kochany…”.
Jakkolwiek interpretować relację między chłopakami, nie ulega wątpliwości, że łączyła ich silna więź. Zresztą, wątek Rudego i Zośki wydaje mi się jedyną rzeczą wartą ocalenia z „Kamieni na szaniec”, które poza tym są książką straszną w swej gloryfikacji śmierci za ojczyznę i „pięknego umierania”, w apoteozie szczeniackich nieraz akcji, które nie liczą z kosztami ludzkimi i materialnymi, w swym hołdzie składanym naszej niesławnej bohaterszczyźnie.
Cóż z tego wątku zostało w filmie Roberta Glińskiego „Kamienie na szaniec” (opartym, jak głoszą napisy, na motywach książki Aleksandra Kamińskiego)? Ano, nie zostało nic. Mało tego, jest film przykładem paniki przed choćby cieniem podejrzenia o homoseksualizm czy inne „niewłaściwe skłonności”, jaki mógłby paść na herosów. Bohaterowie dostają certyfikat heteroseksualności, gdyż twórcy pakują im do łózek dziewczyny. Usuwają także wszelkie ślady „nienormatywności” Zośki, o których wspomniałem wyżej – w wyglądzie, w zachowaniu, w sposobie bycia. I nawet Rudy nie jest rudy (bo rudzi, jak wiadomo, też są odmieńcami w świecie podzielonym generalnie na brunetów i blondynów).
Lęk przed jakimikolwiek niepożądanymi skojarzeniami stał się tak ogromny, że film skupia się wyłącznie na opisie męskiej wspólnoty, pomija natomiast relacje indywidualne między chłopakami. Nie wiemy więc, co łączyło Zośkę i Rudego poza przynależnością do tej samej organizacji. Na wszelki wypadek zmarginalizowana zostaje postać Alka, który – jako jedyny „ewidentny” heteroseksualista, z dziewczyną u boku – mógłby stanowić niepokojący kontrast dla pozostałej dwójki.
Jednak koszt takich zabiegów jest wysoki. Poświęcone bowiem zostaje prawdopodobieństwo psychologiczne i historyczne. Dlaczego Zośka z determinacją dąży do odbicia Rudego i to za wszelką cenę? Dlaczego płacze, gdy kolega umiera, a zaraz potem, ot tak, idzie do łózka z Hanią? Niezrozumiała jest też ostatnia scena, w której śmierć Zośki pokazana zostaje jako rodzaj samobójstwa, wystawienia się na strzał młodego niemieckiego żołnierza. Reżyser chciał zapewne tym zakończeniem wprowadzić do filmu jakąś dwuznaczność (choć, na wszelki wypadek, ów niemiecki żołnierz – blondyn – ani trochę nie jest podobny do Rudego), a wprowadził jedynie zamieszanie. Bo, skoro Zośka pozostaje w satysfakcjonującym związku z Hanią, to dlaczego wybiera śmierć?
Postacie kobiece w filmie mogłoby się stać zresztą tematem kolejnego tekstu. Zdają się one tutaj służyć wyłącznie zapewnieniu heteroseksualnego alibi dla męskich bohaterów. Bo poza tym to puste idiotki, histeryczki lub nieugięte Matki Polki. Do działania pchają je wyłącznie emocje, często egoistyczne, nie liczące się z nikim i z niczym. Tak jest właśnie wtedy, gdy Hania prowokuje seks z Zośką tuż po śmierci Rudego albo gdy jego siostra wręcza Zośce w histerycznym szoku pistolet, nakazując zabicie oprawców brata.
„Lepiej już, że Zośka idzie do łózka z Hanią niż z Rudym” – powiedział któryś z „autorytetów” na łamach tygodnika „Wprost”. I to zdanie idealnie podsumowuje grozę, którą wzbudza dzisiaj w kulturze oficjalnej homoseksualność. Jest to oczywiście cena, jaką płacimy za wejście tematu „mniejszości seksualnych” do obiegu publicznego, przebicie się przez zaklęty krąg niedomowień, aluzji, milczenia. Ale film Glińskiego generalnie stanowić powinien sygnał alarmowy. Na początku bowiem reżyser daje do zrozumienia, że będzie to dzieło krytyczne wobec polskich mitów, stawiające pytania o celowość działań konspiratorów, pokazujące niefrasobliwość (oględnie mówiąc) ich akcji, ujawniające konflikty w obrębie polskiego podziemia etc. Niestety, stopniowo Gliński coraz bardziej heroizuje czyny swoich bohaterów, dba o to, by nadać im „glamour” bohaterstwa. Ta asekuracja w połączeniu z charakterem dyskusji, którą ekranizacja „Kamieni na szaniec” wywołała – dyskusji skupiającej się na tak „fundamentalnych” kwestiach jak to, czy młodzi ludzie mieli prawo uprawiać seks albo czy harcerzom wolno było mieć wątpliwości – świadczy o tym, że popadliśmy w terror obłędnej, prawicowej wizji polskiej historii. Wizji, która jest wyłącznie narodowa (a nawet plemienna), monolityczna i, rzecz jasna, do cna heteroseksualna. Ta wizja nie dopuszcza jakichkolwiek pęknięć i dwuznaczności. Co gorsza, są tacy, który w jej imieniu gotowi wstąpić na szańce, by bić i zabijać odszczepieńców. Dzisiaj potrzebujemy więc nie desperatów gotowych umrzeć za ojczyznę, ale odważnych, którzy stawią czoła dyktaturze prawicowych wizji.
Tekst z nr 48/3-4 2014.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O tym, jak duże firmy traktują pracowników LGBT i dlaczego opłaca się ich zatrudniać z Andreasem Citakiem, niezależnym konsultantem korporacji ds. polityki równości, rozmawia Wojciech Kowalik
foto: Roman Zach-Kiesling
Otwarty gej to lepszy pracownik niż gej ukrywający się?
Tak. Nie oszukujmy się, że firmy wprowadzają politykę równości z pobudek moralnych. Wprowadzają ją, bo to się po prostu opłaca. Być LGBT-friendly dla pracowników oznacza mieć o 20-30% większą wydajność pracy osób LGBT zatrudnionych w firmie. Czujesz się pewniej, gdy wiesz, że homofobia w twojej firmie nie jest tolerowana. Nie wkładasz wysiłku w ukrywanie się. I lepiej pracujesz.
Podobnie z zewnętrznym wizerunkiem firmy – bycie LGBT-friendly przynosi zyski. Klienci LGBT mają wielką siłę nabywczą (patrz: ramka „Siła nabywcza osób LGBT” – red.), są wrażliwi na objawy dyskryminacji i cenią zaangażowanie firm dla społeczności LGBT. W tej chwili korporacje wręcz walczą o image tej najbardziej przyjaznej. Wiedzą, że to daje im przewagę nad konkurencją i dodatkowe zyski. Powstały nawet stosowne rankingi, jak np. Human Rights Campaign Equality Index (patrz: ramka „Najlepsi pracodawcy LGBT w USA”– red.). Wiem, że w Polsce to jeszcze tak nie działa, ale dojdziemy do tego. Ja sam mieszkam i pracuję w Wiedniu, obserwuję tę ewolucję od lat. Przeprowadziłem badania, aby wyliczyć, ile korporacja zarabia dodatkowo, jeśli wprowadzi politykę niedyskryminowania LGBT (tzw. diversity management).
Wyniki były zaskakujące?
Jeszcze jak! To liczby, które pomogły mi w Europie przekonać wielu klientów. Firma międzynarodowa, która zatrudnia 100 tys. osób, według bardzo ostrożnych szacunków, posiada 6% pracowników LGBT, a więc 6 tys. Wzrost wydajności tych ludzi w sytuacji, gdy nie muszą się ukrywać ani obawiać dyskryminacji, oznacza milionowe zyski. Ponadto, tacy pracownicy, jeśli czują się respektowani, nie zmieniają łatwo firmy, nawet jeśli gdzie indziej mogliby więcej zarobić. Po co ryzykować? Mniejsza fluktuacja to dla pracodawcy kolejny zysk – dla tak wielkiego – nawet rzędu stu milionów euro rocznie.
Jeśli uwzględnimy inne czynniki: dodatkowy rynek klienteli LGBT (czyli tych, którzy dokonując decyzji o zakupach, biorą pod uwagę przyjazność danej firmy wobec LGBT), a także innowacyjność firmy, która według badań Uniwersytetu w Kopenhadze wzrasta, jeśli jej pracownicy są zróżnicowani, to ta wielka firma może osiągnąć zysk operacyjny wyższy o 350 do 800 mln euro rocznie! To są liczby, których nie zignoruje żaden poważny biznesmen.
Super. Ale czy to rzeczywiście oznacza, że homofobia w pracy za chwilę przejdzie do historii?
Nie tak szybko. Dyskryminacja w firmach gayfriendly często jest ukryta (za otwartą groziłaby dyscyplinarka). Homofobiczny menadżer nie podpisze awansu pracownika LGBT, nie da mu premii, albo nawet w ogóle się go pozbędzie i nigdy nie poda prawdziwej przyczyny zwolnienia, znajdzie sposoby, by takiego pracownika zdyskredytować. Właśnie teraz nad tym zagadnieniem pracuję, piszę pracę „Homofobia w firmach gay-friendly”. Mam nadzieję, ze wielu szefom od HR (zasoby ludzkie – red.) otworzy ona oczy na problem.
Oprócz szefów są jeszcze koledzy i koleżanki z pracy.
Tu sytuacja rożni się w zależności od środowiska. Ci z moich respondentów, którzy pracowali na budowie czy w drużynie sportowej, zwykle mówili, że byli przez jakiś czas przedmiotem dowcipów. Jeśli wytrwali i nie dali się usunąć z grupy, byli w końcu akceptowani i wtedy liczyły się tylko ich wyniki w pracy.
Polityka różnorodności LGBT wymaga jednoznacznego poparcia od najwyższej grupy menadżerów, łącznie z prezesem. Jeśli oni pokazują pracownikom, że firma prowadzi taką politykę w rzeczywistości, a nie tylko na papierze, to każdy będzie musiał to zaakceptować pod groźbą utraty pracy.
Masz ponad 20-letnie doświadczenie zawodowe. Mógłbyś powiedzieć, jak kiedyś wyglądało podejście dużych firm do gejów i lesbijek? Można było mówić o jakichś politykach równościowych?
W USA one mają bogatą tradycję. Zaczęły się od równouprawnienia kobiet na początku XX wieku. Następnie, w latach 50. firmy zaczęły wprowadzać procedury niedyskryminacji innych grup etnicznych, a mniej więcej 20 lat temu takie procedury rozszerzono o LGBT. Zawsze polityka niedyskryminowania była wprowadzana najpierw w dużych firmach. Urzędy publiczne przejmowały ją z opóźnieniem.
Geje i lesbijki w firmach postrzeganych jako pro-LGBT w jakiś sposób się organizują?
Częścią polityki niedyskryminacji pracowników LGBT jest możliwość organizowania się w strukturach firmy w ramach tzw. ERG (Employee Resource Group). Na ogół grupy te dostają też trochę pieniędzy na działalność, np. na udział w Paradzie Równości, na plakaty, spotkania in formacyjne. To bardzo ważny element emancypacji i budowania sieci wzajemnych powiązań w firmie. Jako grupa zawsze będziemy silniejsi niż pojedynczo. Praktycznie nie znam na Zachodzie firmy z polityką niedyskryminacji, która by nie miała wewnętrznych organizacji pracowników LGBT. Przykłady: Novartis ze Szwajcarii ma grupę Pink Molecules, Microsoft – GLEAM (Gay, Lesbian, Bisexual and Transgender Employees at Microsoft), Gayglers funkcjonują w firmie Google, w HP działa NOGLSTP (National Organization of Gay and Lesbian Scientists and Technical Professionals), w IBM – EAGLE (Employee Alliance for Gay and Lesbian Equality) a w ING – GALA.
Te firmy są obecne również w Polsce. Tutaj też prowadzą polityki równościowe?
Polityka niedyskryminowania jest na ogół definiowana centralnie – obowiązuje zakaz dyskryminacji w każdym kraju, w którym działa firma. Jeśli by do niej doszło, to taki pracownik może zawsze zwrócić się do kogoś, kto pomoże rozwiązać problem. Pracowałem w firmie amerykańskiej i byłem odpowiedzialny terytorialnie za całą Europę, Rosję i Afrykę, wiem, jak to wygląda w praktyce. W żadnym z krajów prezes nie zabronił mi działalności mającej na celu dotarcie do pracowników i klientów LGBT. Ale jeśli chodziło o wdrażanie konkretnych projektów antydyskryminacyjnych, nagle na przeszkodzie stawało mnóstwo powodów. Niemniej, udało mi się sprawić, że moja firma była głównym sponsorem EuroPride w Warszawie w 2010 r. Ale gdybym chciał wyliczać, jakie były z tym trudności, trzeba byłoby podwoić liczbę stron „Repliki”.
Mówisz o IBM, to był główny sponsor EuroPride. A jakie trudności masz na myśli?
Na przykład uczestnicy LGBT Business Leader Forum otrzymali kartkę, na której było napisane, że ze względów bezpieczeństwa lepiej byłoby, by… nie szli na EuroPride! Firma odpowiedzialna za bezpieczeństwo Forum zmusiła nas, by taką kartkę włożyć do teczek z oficjalnymi materiałami konferencyjnymi.
Dlaczego w polskich oddziałach korporacji nie działają takie same struktury grupujące osoby LGBT jak na Zachodzie?
Na Węgrzech, w Rosji, w Polsce poznałem wielu pracowników LGBT z rożnych firm. Wielu z nich nie wierzy w lokalną politykę niedyskryminowania i wolą z tego powodu zostać w szafie. Musimy zdać sobie sprawę, że praca jest ważnym miejscem, w którym spędzamy mnóstwo czasu i mamy prawo być sobą – jak każdy heteryk, który opowiada o wakacjach z żoną i dziećmi.
Sam przeszedłeś drogę ujawnienia w pracy.
Ujawniłem się, ponieważ mój partner poważnie zachorował. Chciałem być z nim w szpitalu, ale bez coming outu w pracy to było niewykonalne. Powiedziałem więc szefowi, w czym rzecz. Pracowałem wtedy w IBM, jego reakcja była bardzo pozytywna. Pozwolił mi pracować na laptopie w szpitalu i tylko sporadycznie musiałem pojawiać się w firmie. Wtedy było mi wszystko jedno, co kto na to powie, bo najważniejsze było bycie w tych trudnych chwilach z Reinhardem. Czy spotkałem się z przejawami dyskryminacji? Naturalnie. Byłoby naiwnością przyjąć, że firma, która zatrudnia ponad 400 tys. pracowników na świecie, pomimo tego, że ma bardzo aktywną politykę przeciwdziałania dyskryminacji pracowników LGBT, jest wolna od homofobów. Gorzej, że wiele firm ignoruje ten problem.
Kiedy postanowiłeś sam się nim zająć?
10 lat temu. Na początku jako aktywista i działacz praw pracowników LGBT w IBM. W 2008 r. firma zauważyła, że w Europie jest duży rynek klientów LGBT i zdecydowała, że powinna mieć kogoś, kto by ich zdobywał. Ta idea biznesowa została wypróbowana w USA. Rozpisano konkurs i po wielu testach i rozmowach zostałem wybrany. Do 2011 r. badałem rynek LGBT i, za pomocą kontaktów w tym środowisku, zdobywałem kontrakty. Teraz jestem niezależnym konsultantem doradzającym firmom, jak efektywnie wdrażać „diversity management” i – z tego co wiem – jedynym na rynku, który potrafi to uzasadnić liczbami.
Twój największy sukces w działaniach na rzecz LGBT? Zorganizowanie trzeciego LGBT Business Forum w trakcie Europride 2010 w Warszawie oraz pierwszego afrykańskiego LGBT Business & Human Rights Forum w RPA w 2011 r.
***
Najlepsi pracodawcy LGBT w USA: Boeing, Levi Strauss, Chrysler, Apple, A. T. Kearney, American Express (Human Rights Campaign Equality Index)
Tekst z nr 37/5-6 2012.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Jan Świerszcz – członek zarządu KPH, psycholog, zajmuje się edukacją; foto: Rafał Nobis
Kampania Przeciw Homofobii zbiera informacje na temat sytuacji osób LGBT w polskich szkołach. W tym celu zorganizowaliśmy konkurs „List o szkole” – zaprosiliśmy uczniów/uczennice szkół średnich do opisania ich doświadczeń: Czy się ujawnili? Jak byli traktowani? Jak w ich szkołach walczy się z homofobią? Jaką postawę prezentują ich koledzy/koleżanki, kadra nauczycielska?
Z nadesłanych listów wyłania się obraz szkoły, w której prześladowanie uczniów homoseksualnych jest niestety normą, a nauczyciele nie wiedzą, jak radzić sobie z problemem – często zresztą za problem uznają homoseksualizm, a nie homofobię.
W mojej szkole panuje atmosfera wiecznego pikniku zagorzałych heretyków – pisze uczeń gej, który z powodu ostracyzmu rówieśników opuszczał lekcje wuefu. Gdy przyczynę nieobecności wyjawił dyrektorce, usłyszał, że jego wewnętrzna tragedia nie może mieć wpływu na realizowanie obowiązku szkolnego.
Nauczycielka, której wychowanek poskarżył się na homofobiczne wyzwiska rzucane przez kolegów, zadzwoniła do jego mamy z pytaniem: czy pani wie, że syn jest osobą homoseksualną? Mama na szczęście wiedziała. Była zszokowana zachowaniem nauczycielki.
Biseksualna dziewczyna relacjonuje, jak wyglądała lekcja wychowania do życia w rodzinie w jej szkole. Nauczyciel zadał pytanie: czym rożni się homoseksualista od pedała? – i sam odpowiedział: Pierwszy nie obnosi się ze swoją odmiennością, a drugi gustuje w obcisłych ubraniach i lata z piórkami w dupie na paradę. Tych pierwszych należy tolerować, tych drugich już niekoniecznie, bo sami się nadstawiają.
Bywają też subtelniejsze formy dyskryminacji. Po tym, jak pewna uczennica przestała ukrywać, że jest lesbijką, została delikatnie wykluczona ze społecznego życia szkoły: Nie mogłam organizowaćżadnych akcji, prowadzić apelów tak, jak robiłam to dotychczas.
Wśród smutnych historii (większość) są jednak i nastrajające optymistycznie – jedna z uczennic pisze: Moja nauczycielka zobaczyła, jak całuję się z drugą dziewczyną na ławce w parku. Nie zrobiła z tego problemu, nadal była miła. Potem nawet pytała, jak mi się układa z moją dziewczyną. Bardzo mnie to zdziwiło.
Listy uczniów/uczennic LGBT o sytuacji w ich szkołach znajdą się w specjalnej publikacji KPH, którą wydamy jesienią br. Autorzy/autorki siedmiu nagrodzonych listów otrzymują m.in. roczną prenumeratę „Repliki”.
Tekst z nr 38/7-8 2012.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Wyobraź sobie, że spędzasz dnie w obskurnym ciemnym pokoju, stojąc po łydki w zimnej wodzie. Jeśli nie wytrzymasz, położysz się i zaśniesz, możesz się utopić. Nie wiesz, czy jest dzień, czy noc, nie wiesz, czy przeżyjesz. I tak masz sporo szczęścia – twojemu koledze do takiej sali wrzucono trupa. Wszystko dlatego, że jesteś gejem. Witamy w Ugandzie, właśnie trafiłeś do Safe House
Wilson Sekiziyivu w Warszawie, lipiec 2012 foto: Adam Mularczyk
Wilson Sekiziyivu ma 31 lat. Uśmiechnięty, przystojny, zgrabny facet. Rozmawiamy w warszawskim klubie „Między Nami”, Wilson zamawia piwo po polsku. Nie uwierzylibyście, że przeszedł horror. Dwa razy aresztowany, trafił do Safe House – to supertajne miejsca, w których torturuje się ludzi. Władze Ugandy oficjalnie zaprzeczają ich istnieniu, ale Wilson doskonale wie, że są, bo tam był, byli też tam jego koledzy. Najpierw skopali mi intymne miejsca. Później do jąder i do penisa przywiązali mi kamień. Grozili, że w każdym momencie mogą go upuścić i wtedy urwie mi genitalia – mówi. Nawet nie liczy, ile razy został pobity. Na policję nie ma po co iść, policjanci jeszcze ci dołożą. Nikt nie broni twoich praw.
A teraz wyobraź sobie, że idziesz do lekarza z problemem i mówisz mu, że jesteś gejem. Jeśli nie doniesie na policję, że właśnie był u niego gej i nie poda jego danych – grozi mu siedem lat więzienia. Zadenuncjowanemu gejowi – o wiele więcej.
Jeden z biskupów kościoła anglikańskiego (dominujące wyznanie w Ugandzie) wzywa do wywiezienia wszystkich gejów na wyspę i wystrzelania ich tam. Wilson kiedyś chodził do kościoła. Przestał, gdy – po tym, jak został publicznie wyoutowany – ksiądz nie chciał przyjąć z jego rąk ofiary i zasugerował mu, że nie chce go więcej widzieć.
David Bahati to poseł – wróg numer jeden ugandyjskich gejów i lesbijek. W 2009 roku zaproponował, przy aplauzie swoich parlamentarnych kolegów, żeby karać śmiercią homoseksualistów przyłapanych drugi raz na uprawianiu seksu, albo HIV-pozytywnych uprawiających seks. Każda organizacja, która wspomniałaby coś o prawach osób LGBT byłaby karana za „promowanie homoseksualizmu”. Wy z „Repliki” wszyscy siedzielibyście w więzieniach – mówi Wilson. Kiedy Zachód podniósł głos i zagroził wstrzymaniem pomocy, projekt trafił do kosza. Teraz politycy próbują go wprowadzić na nowo, wspaniałomyślnie zamieniając karę śmierci na dożywocie. Mają przy tym poparcie panującego od 1986 roku prezydenta, wzywającego do oczyszczenia kraju z homoseksualistów.
W 2006 roku Wilson poznał chłopaka. Byli razem rok, chłopak uciekł do Singapuru. Musieliśmy bardzo uważać, bo w Ugandzie dwóch spacerujących ze sobą mężczyzn może mieć na głowie policję – mówi Wilson. Seks? Tak, ale tylko w największej tajemnicy. Obaj poznali się u zaprzyjaźnionego geja. To jedyny sposób na poznanie kogoś w tym kraju. Bo wyobraź sobie, że kiedy wejdziesz na jakąkolwiek stronę LGBT, policja od razu namierzy twój komputer. W ten sposób padła jedyna jak dotąd ugandyjska strona dla gejów.
Wilson zawsze chciał działać społecznie. Pomagał zakażonym HIV starszym ludziom, dzięki temu trafił do tajnej organizacji LGBT. Wtedy poznał Davida Kato, jego mentora i przyjaciela, bohatera afrykańskich gejów, kto- ry swoją walkę o ich prawa przypłacił życiem – w styczniu 2011 roku został pobity na śmierć. Wilson był już wtedy w Polsce.
W październiku 2010 roku Wilson zorganizował w domu w Kampali imprezę. Dwadzieścia kilka osób, przyjaciele z działającej w podziemiu organizacji LGBT, geje, lesbijki, trans. Było fajnie – pierwsza w jego życiu impreza urodzinowa. Wilson nie wie, kto było kapusiem – nie miał czasu na myślenie o tym, kiedy policjanci wlekli go do więzienia. W Ugandzie nie możesz ufać nikomu, każdy kto wie, że jesteś gejem i nie doniesie o tym na policję, idzie siedzieć. Dalej był już tylko gorzej: na wystawie w kiosku zobaczył gazetę z własnym zdjęciem i adresem; tu mieszka homoseksualista, wyeliminować go. Obok sto innych zdjęć ugandyjskich działaczy na rzecz LGBT. Pamięta, że był przerażony. Pamięta, że rodzina wyrzuciła go z domu i więcej jej pewnie nie zobaczy. Wtedy zdecydował: uciekam stąd. Wizę dostał na tydzień. Akurat nadarzyła się okazja na konferencję w Krakowie. Bilet, samolot przez Istambuł – wylądował w Warszawie. To było półtora roku temu. Do Krakowa nie pojechał. Chciał uciec dalej do Szwecji, ale się nie udało – trafił do obozu dla uchodźców w Warszawie, później w Białej Podlaskiej. Zaczął starania o azyl ze względu na orientację seksualną. W kieszeni miał ugandyjską gazetę z szykanującym go tekstem i list od Davida Kato. Urząd ds. Cudzoziemców uznał, że może bezpiecznie wracać do swojego kraju – nie przyznano mu statusu uchodźcy. O pomoc poprosił Kampanię Przeciw Homofobii, w sprawę zaangażowali się poseł Robert Biedroń i posłanka Anna Grodzka. Odwołanie w toku – Wilson czeka na decyzję Rady ds. Uchodźców. Jest rozgoryczony: Polski urząd nie wierzy, że jestem gejem. Jak to udowodnić?
„Gazeta Wyborcza” opisywała niedawno sprawę innego ugandyjskiego geja – Johna. Jemu też polscy urzędnicy odmawiają azylu ze względu na orientację seksualną. John nie chce ujawniać nazwiska ani pokazywać twarzy.
Wilson – przeciwnie. Chce, by o jego sprawie dowiedziało się jak najwięcej osób. W tym roku założył koszulkę „Stop homofobii” i pierwszy raz poszedł na Paradę Równości. Parę dni później założył biało-czerwony szalik i poszedł kibicować na Euro 2012. Polska! Biało-czerwoni! – skandował. Lubi Polaków, nawet wtedy kiedy zaczepiają go na ulicy, bo chcą mieć zdjęcie z Murzynem. Trochę mniej ich lubi, kiedy wyzywają go od czarnuchów. W pracy powiedział, że jest gejem. Nie „przyznał się” tylko współlokatorowi z Iranu. Jest mu tu dobrze, boi się tylko, że urzędnicy znowu każą mu wracać. Nie wiem, co wtedy ze mną będzie.
Tęczowi uchodźcy
Każdego roku tysiące osób LGBTI składa wnioski o nadanie statusu uchodźcy w krajach Unii Europejskiej, powołując się na prześladowania doznawane w krajach pochodzenia z powodu orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Liczba wniosków o ochronę międzynarodową z tego powodu w poszczególnych krajach UE znacznie się rożni: od kilkuset rocznie w Belgii, Holandii czy Szwecji, do kilkunastu lub kilku w Polsce, na Litwie czy Słowacji. Zgodnie z najnowszymi badaniami prowadzonymi w ramach ogólnoeuropejskiego projektu „Uciekając przed homofobią”, w Polsce w latach 2006-2010 złożono jedynie kilkanaście wniosków o przyznanie statusu uchodźcy z powodu prześladowań motywowanych homofobią lub transfobią. Tylko w jednym przypadku polskie władze administracyjne przyznały taką ochroną – osobie transseksualnej z Białorusi.
Kraje UE bardzo rożnie, niestety, interpretują zagadnienie zarówno orientacji seksualnej i tożsamości płciowej, jak i przejawy prześladowań z tych powodów. Niejednokrotnie władze poddają w wątpliwość orientację seksualną lub tożsamość płciową wnioskodawców, wymuszając lub sugerując przedstawienie „dowodów” na jej prawdziwość. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w ostatnich miesiącach w przypadku głośnej sprawy Ugandyjczyka Johna próbującego uzyskać w Polsce ochronę międzynarodową, gdzie do akt sprawy dołączone było „zaświadczenie” od psychiatry (!) stwierdzające homoseksualność mężczyzny. Niedawno także głośno było o technice „fallometrii” stosowanej w Czechach i częściowo na Słowacji, czyli sprawdzaniem fizjologicznej reakcji (erekcji) wnioskodawcy na pornografię hetero i homoseksualną.
W niektórych krajach wręcz wymusza się na wnioskodawcach informacje na temat szczegółów życia seksualnego (np. pytania o ulubione pozycje seksualne, techniki itd.) celem sprawdzenia „znajomości” życia homoseksualnego. Zdarza się, że urzędnicy pytają azylantów o znajomość tzw. „gay scene” w ich kraju, czyli adresy klubów dla osób LGBT, nazwy organizacji działających na ich rzecz. Problem w tym, że często nie bierze się pod uwagę w tych postępowaniach specyfiki krajów, w których osoby LGBTI są prześladowane – nie istnieje tam żadna „infrastruktura” tej społeczności, a co więcej, w niektórych krajach i w niektórych językach nie ma nawet odpowiednich słów na określenie zachowań homoseksualnych czy osób transseksualnych, gdyż kulturowo jest to niedopuszczalne. Dlatego często wnioskodawcy nie potrafią odpowiednio opisać swych przeżyć czy zachowań, tak, aby dopasować się do oczekiwań urzędnika reprezentującego zachodnią kulturę, w której obowiązują pewne kody językowe opisujące życie osób LGBTI.
To, co razi w decyzjach odmownych to również tzw. wymóg dyskrecji, czyli sugestia, że prześladowania nie będą miały miejsca, jeśli osoba ukryje przed całym otoczeniem swoją orientację seksualną lub tożsamość płciową. Takie oczekiwania i taki sposób procedowania z wnioskami o nadanie statusu uchodźcy jest niezgodny ze standardami praw człowieka i podstawowych wolności przypisanych jednostce ludzkiej.
Tekst z nr 38/7-8 2012.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).