Narcyz polski

Z Jackiem Melchiorem, autorem powieści „XXL”, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

 

Jak pan wspomina PRL?

Dobrze. Dorastałem w średnio zamożnej rodzinie, która nie czuła się z PRL-em ani cudownie, ani najgorzej. Nie mam żadnych martyrologicznych wspomnień. Nic nie rozumiałem. Z zachwytem witałem z ulicy Breżniewa, machając chorągiewką i szacha Iranu.

Czy dla pana, tak jak dla bohatera pana książki „XXL”, ważna była popkultura PRL-u?

Oczywiście. TVP Kultura powtarza obecnie rożne stare festiwale, programy rozrywkowe – widzę, jakie to było przaśne i tandetne, a mnie się wtedy wydawało Londynem czy Paryżem. Obserwując np. Zdzisławę Sośnicką, nie mogłem wiedzieć, że po latach stanie się ona pożywką kultury gejowskiej. Choć pewnie osoby nieco ode mnie starsze obierały ją już wtedy jako pedalską diwę.

Ale muszę wyraźnie zaznaczyć – napisałem „XXL” w pierwszej osobie, bo wydawało mi się, że taka narracja będzie najbardziej sugestywna. Nie chciałbym udowadniać, że nie jestem wielbłądem. To nie jest moja historia.

Skąd więc wziął się pomysł książki o „gejowskim Donżuanie”, urodzonym w latach 60. XX wieku i zaliczającym kolejne dekady naszej historii? Podziw budzi pana dogłębna znajomość subkultury pedalskiej PRL-u i gejowskiej III RP.

To nie jest autobiografia, lecz też w żadnym razie to nie jest fikcja. Bohater, Wojtek, mieści w sobie cechy rożnych ludzi, których albo znam, albo im się przyglądałem. Pochodzi z małego miasteczka, gdzie jako dziecko czuje się kompletnie wyobcowany. Znajduje ujście dla swych złych myśli w kinie, w literaturze, w okienku telewizora, w świecie, którego realnie nie ma.

I w seksie. Od wczesnych lat młodzieńczych prowadzi intensywne życie erotyczne.

Pilnowałem, żeby nie była to książka pornograficzna. Pierwotnie miała nosić tytuł: „Nie na miejscu”, ponieważ każda sytuacja, jaka została tam opisana, jest – wedle różnorako pojmowanych norm – „nie na miejscu”. Nie chodziło mi o erotyczny skandal. Poza jednym, nie ma opisów seksu, są tylko pieprzne sytuacje, a to co innego. Najważniejsze jest wyobcowanie bohatera i jego wiara w talent, którego de facto nie ma.

To wyobcowanie jest tak wielkie, że on właściwie nie nawiązuje z nikim bliższych relacji.

Przyświecała mi idea powieści łotrzykowskiej. Obserwujemy bohatera od narodzin do śmierci. Idzie jak Tom Jones, mija kolejne osoby – ojca, matkę, znajomych – czerpie z tych spotkań doświadczenia, które przetwarza na swój sposób.

Ale w powieściach łotrzykowskich bohater jest w ruchu. U pana natomiast tkwi w warszawskim mieszkaniu jak w schronie. Zamiast ruchu mamy… ruchanie (śmiech obu rozmówców). Czytając książkę, jednak szuka się uzasadnienia, dlaczego bohater jest aż takim mizantropem.

Z mizantropią trochę jak z gejostwem. Ona po prostu jest wrodzona. Od dziecka Wojtek musiał ścigać się z ambicjami – własnymi, matki, otoczenia. Nie był w stanie poczuć, zrozumieć miłości. Matka przecież bardzo go kocha, tylko głupio. Znamy mnóstwo biografii, w których matka skrzywiła kręgosłup synowi.

To wręcz schemat: dominująca matka i syn gej.

Ale tu mamy jego przełamanie, bo syn wreszcie się od tej matki oddala – już jej nie chce, nie lubi, nienawidzi.

Czy jednak nie można tłumaczyć alienacji bohatera jego wewnętrzną homofobią? Lękiem przed coming outem? On w ogóle nie dąży do zademonstrowania światu swej seksualności, tożsamości.

Bo Wojtek nie jest w stanie zintegrować się z czymkolwiek. Gdy w III RP pojawia się państwo policyjne PiS-u, zaczyna się bać i przez moment odczuwa więź ze środowiskiem gejowskim. Łączy go jednak tylko strach. Ale, gdy PIS przegrywa wybory, natychmiast się z tego wycofuje. Nie bierze flagi tęczowej i nie biegnie na paradę. Bo już się nie boi. Jest zapatrzonym w siebie narcyzem. Ucieka w seks, w pisanie kolejnych okropnych, grafomańskich książek. Zresztą, czy polityka jest ciekawsza od Vivien Leigh w „Pożegnalnym walcu”? Nie jest.

Można mieć i jedno, i drugie. Ale w bohaterze wiedzę brak chęci zmiany czegokolwiek – w sobie, w otoczeniu, w Polsce. To mi się jednak wydaje charakterystyczne dla wielu tutejszych homoseksualistów. Pragną wyłącznie świętego spokoju. Nie uczestniczążyciu publicznym, wygodniej im, gdy są niewidzialni. W tym kontekście Pana bohater jest wręcz typowy dla pewnego „gatunku” gejów polskich. Tych tzw. gejów przedemancypacyjnych.

 Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem z jednego z miast wojewódzkich w Polsce. Nikt o nim nie wie, nic po nim „nie widać”. Prowadzi podwójne życie, przyjeżdżając do Warszawy co weekend. Mimo że w jego mieście jest klub gejowski. Ale tam się wszyscy znają. Nie o to chodzi, że on nie ma w kim wybierać. On po prostu nie chce być widziany. Tak więc myślę, że ten podział na gejów przedemancypacyjnych i emancypacyjnych się jednak chwieje. Bo okazuje się, że młodzi mają te same problemy, co pokolenie wstecz. Mimo internetu, wyjazdów zagranicę i zmiany cywilizacyjnej, którą próbowałem w „XXL” przedstawić. Z pozoru teraz nam znacznie łatwiej żyć życiem gejowskim – loguje się pan na czacie: „słuchajcie, mam 15 lat, nie wiem, co w co wchodzi, co z tym zrobić, powiedzcie mi, pomóżcie mi”. Rodzice śpią za ścianą, młody człowiek ślęczy nad laptopem. Ale gdy ten laptop wyłączy, jest tak samo samotny, jak mój bohater 40 lat temu.

Jak więc pan odnosi się do zmiany nie tylko obyczajowej, ale też społeczno-politycznej w Polsce? Do organizacji LGBT, do parad gejowskich, do walki o związki partnerskie, do całej tej polityki „widzialności”?

Jestem nawet za najbardziej ekstremalnymi formami wyrażania siebie, ponieważ wydaje mi się, że w pewnym momencie będzie jak z łajbą podczas sztormu. Fale opadną, ekstrema zanikną, natomiast pozostanie istota rzeczy. Coś, co zmieni w społeczeństwie postrzeganie tych tzw. innych – nieważne, czarnych, zielonych, czerwonych czy gejowskich.

Ale co jest tą istotą rzeczy?

Niezwracanie uwagi. Nie tzw. tolerancja, która mnie wkurza już od samego słowa począwszy, bo ja sobie nie życzę być tolerowanym. Nie, chodzi o inność, która na nikim nie będzie robić wrażenia. By ludziom wreszcie przestało się wydawać, że wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż oni, postępują źle.

Z drugiej strony, oglądałem programy z młodzieżówkami PIS-u i, niestety, oni są tacy sami, jak ich rodzice. Chyba w każdym pokoleniu będą mohery, nie chodzi o to, by je wyeliminować, tylko żeby żyć obok siebie i się nawzajem nie ośmieszać.

Może drogą jest uwolnienie tego ściśniętego, polskiego libido, o którym pan również pisze? Może i pana książka, przez swą otwartość, pomoże w tym dziele?

Nie, nie wierzę w wyzwoleńczą moc literatury. Ale w „XXL” ważna jest dyskusja z polskością. Stan wojenny zastaje bohatera podczas seksualnej inicjacji. A w wieczór śmierci papieża spotyka chłopaka, który liże mu stopy i każe mu wyłączyć telewizor, tłumacząc to tym, że Jan Paweł II potępił paradę gejowską w Rzymie. Chciałem więc też sparodiować ekstremalną postawę gejów.

Myśli pan, że ona jest ekstremalna? To przecież normalna reakcja wobec homofobii Kościoła katolickiego, wobec przeciwnika ideowego, politycznego, który w dodatku dysponuje dużo większą władzą niż mniejszości seksualne. Ekstremalne to się wydaje tylko w Polsce, gdzie papież i Kościół są świętymi krowami.

Wie pan co, wszystko sprowadza się do tego: są głupi księża i mądrzy, fascynujący księża jak Tischner. Są głupie pedały i mądre pedały.

To uwięzienie w polskości jest dla mnie ciekawe i znaczące. Bohater odbywa tylko dwie, trzy podróże zagraniczne, w czasie których staje się nagle impotentem.

Ha, to oczywiście metafora. Wojtek jednak jest Polakiem, choć wcale nie ma na to ochoty, i tylko tu może w pełni istnieć. Cierpi też na powszechną chorobę intelektualistów, w których wpisany jest pewien niedowład, choć wymądrzają się, jak my teraz (śmiech).

Naśmiewa się pan także z dzisiejszych mediów, w których niemal wszyscy są ignorantami i kretynami. Jedynie Wojtek zna się na rzeczy – przeczytał jakieś książki, obejrzał filmy. To akurat wynika z moich doświadczeń pracy w rożnych redakcjach. Media w Polsce to od lat równia pochyła. Tkwią tam ludzie niekompetentni, pozbyto się fachowców. „Mira Zimińska, Cafe Ziemiańska, Halina Kunicka, wojna punicka”– konstatuje mój bohater – to dla nich jeden diabeł.

Czy spotkał się pan z zarzutami, że kreuje pan w „XXL” niepozytywny wizerunek geja? Że dzisiaj potrzeba gejów, którzy są tzw. normalni, mili, żyją w monogamicznych związkach?

Chciałem pokazać wszystko w krzywym zwierciadle, przez pryzmat umysłu mojego dziwnego bohatera. Myśli pan, że „pozytywny”, biegnący ochoczo na paradę gej byłby bohaterem ciekawszym?

Nie, wcale tak nie myślę. Ale to jest zarzut, który i ja swego czasu słyszałem. Jednak odwołuje się pan do stereotypu: homoseksualizm równa się rozwiązłość. W „XXL” mamy rozwiązłość wręcz monstrualną. Prawdę mówiąc, zazdroszczę bohaterowi tej ilości łatwego seksu.

Przecież ta książka to prowokacja! Starałem się pęd do seksu pokazać z wielu stron. Kiedy np. bohater wchodzi do gejowskiego pubu, widzi wiele osób, które trzymają się za ręce, patrzą sobie w oczy, nie chodzi im więc o jednorazowy podryw. Wtedy nawet pyta samego siebie, czy nie należy w tej mniejszości do mniejszości maniaków seksualnych. Chciałem, żeby moja powieść była śmieszna, ale jak u Gogola. „Z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!”. Tak śmieszna, że aż smutna. I z pewnością nie tylko dla gejów.

Powieść „XXL” Jacka Melchiora ukazała się nakładem Instytutu Wydawniczego Latarnik.

 

Tekst z nr 38/7-8 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Matt i jego rodzice

Judy i Dennis Shepard działają na rzecz praw osób LGBT od 14 lat – od kiedy ich syn został zamordowany, bo był gejem. We wrześniu przyjechali do Polski

 

3 września 2012 – Judy i Dennis Shepard w Warszawie                                     foto: Kasia Klimczyk

 

Śmierć Matta przyciągnęła uwagę mediów, która nigdy nie trwa długo – skorzystaliśmy z szansy, by maksymalnie nagłośnić sprawę przestępstw z nienawiści motywowanej homofobią. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo ta praca mnie pochłonie. Daje mi poczucie celu w życiu. Chcemy z mężem zrobić wszystko, co możemy, by to, co spotkało Matta, nie spotkało nikogo innego. Prawa osób LGBT to nie są żadne specjalne prawa, to prawa człowieka, które my, heterycy, już mamy. Działamy na rzecz zlikwidowania dyskryminacji – mówi Judy.

Wysiłki Shepardów opłaciły się. 28 października 2009 r. prezydent Barack Obama podpisał ustawę dotyczącą przestępstw z nienawiści ze względu na orientację seksualną, znaną jako Matthew Shepard Act. Judy była wtedy w Białym Domu, stała obok prezydenta: To było niesamowite uczucie ulgi i sukcesu. Niezwykła chwila. Ale gdy pytam, czy nie był to też koniec pewnej drogi dla niej, oboje odpowiadają stanowczo: Absolutnie nie. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia. Nigdy nie przestaniemy działać.

W pierwszych dniach września Judy i Dennis gościli w Polsce na zaproszenie Kampanii Przeciw Homofobii i ambasady USA. Spotkali się z dziewięcioma polskimi mamami gejów i lesbijek działającymi przy KPH, opowiedzieli o swych działaniach w Fundacji im. S. Batorego na spotkaniu otwartym, które miałem zaszczyt prowadzić, wzięli udział w konferencji w Sejmie na temat przestępstw z nienawiści.

Znaleźli również czas dla „Repliki”. Shepardowie są ujmująco życzliwi, naturalni i dowcipni. Błyskawicznie nawiązują kontakt. Mają ogromną wiedzę na temat praw i sytuacji osób LGBT w USA i wielkie doświadczenie. Wydają się zwyczajni, wręcz niepozorni, ale gdy pomyślę, przez co przeszli i jak wiele dobrego dziś robią, przychodzi mi do głowy angielskie określenie „bigger than life”. Shepardowie są więksi niż życie.

Morderstwo

Na przedmieściach miasta Laramie (26 tys. mieszkańców), w amerykańskim stanie Wyoming, w nocy z 5 na 6 października 1998 r. dwaj oprawcy przywiązali Matta za ręce do płotu, pobili do nieprzytomności rękojeścią pistoletu i zostawili. Przypadkowy rowerzysta znalazł Matta dopiero 18 godzin później. Wziął go za stracha na wróble. Gdy podszedł bliżej, zauważył, że twarz Matta była zmasakrowana i cała we krwi. Matt zmarł w szpitalu 5 dni później nie odzyskawszy przytomności. Miał 21 lat.

Jego śmierć i późniejszy proces zabójców, Aarona McKinneya i Russella Hendersona, były przedmiotem narodowej debaty o rozmiarach homofobii. Historia Matta stała się kanwą dwóch filmów – „Laramie Project” i „Matthew Shepard Story”. Matthew Shepard stał się symbolem bezsensownej tragedii spowodowanej homofobią.

McKinneya i Hendersona poznał w lokalnym barze. Nie ukrywał, że jest gejem, działał w organizacji LGBT na uniwersytecie, gdzie studiował. W rozmowie temat szybko wypłynął. Mężczyźni postanowili udawać gejów przed Mattem, by zdobyć jego zaufanie. Chętnie zgodzili się, gdy poprosił ich o podwózkę do domu. McKinney zaczął bić Matta już w samochodzie. Bóg nienawidzi pedałów i skazał ich na wieczne potępienie – mówili w sądzie. Obaj zostali skazani na dożywocie.

Pogrzeb przyciągnął tysiące ludzi, ale nie wszyscy opłakiwali Matta. Niewielka grupa fundamentalistycznych chrześcijan, z niejakim Fredem Phelpsem na czele, przyniosła transparenty z napisami „No tears for queers” („Nie ma łez dla ciot”) i „Matt burn in hell” („Smaż się w piekle, Matt”).

Gdy na konferencji prasowej Dennis Shepard odczytywał pierwsze po śmierci syna oświadczenie dla mediów, miał na sobie kamizelkę kuloodporną. Ale gdy pytam Shepardów, czy byli zaskoczeni skalą nienawiści, mowią: Otrzymaliśmy tysiące listów i mejli ze słowami solidarności i wsparcia. Te nienawistne były w zdecydowanej mniejszości. Gdy Matt leżał nieprzytomny w szpitalu, do Shepardów zadzwonił prezydent Bill Clinton. Później jeszcze Barbra Streisand, Madonna i Elton John, który na pogrzeb wykupił wszystkie kwiaty w mieście, a kilka miesięcy później dał w Laramie koncert ku pamięci Matta.

Przestępstwa z nienawiści to rodzaj terroryzmu

Już półtora miesiąca później, w 22. rocznicę urodzin Matta – 1 grudnia 1998 r., Shepardowie założyli Fundację Matthew Sheparda, która działa do dziś. Pracuje w niej również ich młodszy syn – Logan. Fundacja (www.matthewshepard. org) ma trzy główne cele: walkę z nienawiścią na tle orientacji seksualnej, działania na rzecz równych praw osób LGBT oraz działania na rzecz młodzieży LGBT.

Gdy zaczynaliśmy, mieliśmy dobrego prezydenta (Clintona) i zły Kongres (zdominowany przez Republikanów) – działanie na politycznym topie nie przyniosło efektów. Z Bushem w ogóle nic nie dało się zrobić, zajęliśmy się więc pracą u podstaw, edukacją społeczeństwa. Trzeba być bardzo, bardzo wytrwałym i nigdy nie popuszczać. Byłam w Kongresie tak wiele razy, że mam wrażenie, że uchwalili w końcu tę ustawę, żeby tylko się mnie wreszcie pozbyćśmieje się Judy.

W 1998 r., gdy Matt został zamordowany, Wyoming był jednym z nielicznych stanów bez jakiegokolwiek prawodawstwa dotyczącego przestępstw z nienawiści. Judy: Oponenci mówią: zbrodnia to zbrodnia. Dlaczego zabicie geja czy czarnego miałoby być traktowane na jakichś specjalnych zasadach? Odpowiadam, że przestępstwo popełnione z nienawiści do pewnej grupy społecznej nie dotyka wyłącznie jego bezpośredniej ofiary, ale całej grupy. To rodzaj terroryzmu. Gdy pobity zostaje gej tylko dlatego, że jest gejem, cała społeczność LGBT nie może czuć się bezpiecznie. Dennis dodaje: I nie tylko społeczność LGBT, ale wszyscy, którzy „wyglądają na geja czy lesbijkę, wszyscy, którzy nie spełniają jakichś wzorów męskości czy kobiecości. Przestępstwa z nienawiści na tle rasowym, etnicznym oraz – od 2009 r. – na tle orientacji seksualnej i tożsamości płciowej, podlegają surowszym karom i są ścigane na poziomie federalnym.

Polskie organizacje LGBT (m.in. KPH) przygotowały projekt nowelizacji kodeksu karnego, która – podobnie jak Matthew Shepard Act w USA – uzupełnia przestępstwa z nienawiści rasowej czy etnicznej o przestępstwa z nienawiści ze względu na m.in. orientację seksualną i tożsamość płciową. Projekt, wniesiony przez SLD i Ruch Palikota, trafi ł do sejmowej podkomisji. Minister Gowin odrzuca pomysł nowelizacji, pojawiło się też stanowisko rządu: nowelizacja nie jest potrzebna.

To nie był aniołek

Spędzam z Judy i Dennisem kilka godzin w ciągu dwóch dni. Zapewniają mnie, że nie ma kwestii tabu. Wyobrażam sobie, że pytania o samego Matta mogą być dla nich szczególnie trudne, ale nie – mówią chętnie. Tylko raz Judy nie wytrzymuje i zaczyna płakać – gdy pytam o spotkanie z dziewięcioma polskimi mamami gejów i lesbijek. One są cudowne, takie odważne i takie silne… – głos jej się załamuje. Mimo że w ciągu ostatnich 14 lat, jak sama mówi, spotkała przecież już bardzo wiele mam gejów i lesbijek. Gdy zauważam, że w tym zalążku polskiej grupy rodziców dzieci LGBT nie ma jeszcze ojca, Dennis czuje się wywołany do tablicy: Wiesz, kiedy mój ojciec po raz pierwszy powiedział mi, że mnie kocha? Dopiero po śmierci Matta. Kowbojska kultura maczo czyni z mężczyzn sztucznych twardzieli i homofobów. Jak zareagował na coming out Matta? Matt najpierw powiedział Judy i poprosił, by nie mówiła mnie, jeszcze nie był wtedy gotowy. Ale Judy mi powiedziała. Przed Mattem udawałem, że nie wiem. Kilka miesięcy później usłyszałem: „Tato, muszę powiedzieć ci coś ważnego” i już wiedziałem, że to jest ten moment. „Jestem gejem”. Odparłem: „OK, coś jeszcze cię trapi?” Dosłownie widziałem, jak kamień spada mu z serca.

Pytam Judy, co wiedzieli na temat LGBT, gdy Matt robił coming out. Nie byliśmy homofobami. Podejrzewałam, że Matt jest gejem, odkąd w wieku 8 lat przebrał się na Halloween za Dolly Parton. Wiem, wiem, stereotyp, ale podejrzenie okazało się trafi one, tym bardziej, że Matt przebierał się za Dolly trzy lata z rzędu. Miał 18 lat, gdy otworzył się przede mną, powiedziałam wtedy: „Czemu tak długo z tym czekałeś?”. Ale muszę przyznać, że w tematyce LGBT byliśmy ignorantami. Po prostu nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak silnie zakorzeniona jest dyskryminacja, nie wiedzieliśmy też nic o samej społeczności LGBT.

W książce „The Meaning of Matthew” Judy nie idealizuje syna: Och, on potrafi ł być wkurzający! Miał rożne wybryki i miał swoje problemy. Nie mogłam i przede wszystkim nie chciałam przedstawiać go jako aniołka. Chętnie opowiadał o sprawach związanych z jego orientacją po coming oucie? Pewnie. Opowiadał mi o chłopakach, w których się podkochiwał. Cieszył się z coming outu Ellen DeGeneres. Gadaliśmy też dużo o polityce. Chciał robić karierę w dyplomacji, a ja bałam się, że będąc otwartym gejem, nie zajdzie daleko. A teraz proszę – niemiecki minister spraw zagranicznych to otwarty gej. Oboje, pamiętam, doszliśmy też do wniosku, że ja chyba nie dożyję małżeństw homoseksualnych w naszym kraju, ale on – na pewno. O, ironio, wyszło odwrotnie. Jest szansa na małżeństwa homoseksualne w całych Stanach? Trzymam kciuki za zwycięstwo Obamy w wyborach. Gdyby wygrał Romney, mielibyśmy kilka lat do tyłu. Myślę, że to się wydarzy za sprawą wyroku Sądu Najwyższego. Niebawem kilku konserwatywnych sędziów odejdzie na emeryturę, wybór ich następców, który zależy od prezydenta, będzie kluczowy.

W stroju łabędzia

Dziś znają amerykańską społeczność LGBT od podszewki. Judy: Na pierwszym spotkaniu w Human Rights Campaign (największa organizacja LGBT w USA) nagle znalazłam się w sali razem z pięcioma setkami gejów i lesbijek. I co? I nic. To byli po prostu… ludzie. Na początku odczuwałam pewną rezerwę, z jaką odnoszono się do mnie jako do heteryczki. To chyba był strach przed niezrozumieniem. Dziś już tego nie ma, bo mnóstwo osób hetero okazuje otwarcie, że są LGBT-friendly. Poznałam też wiele drag queens i zakochałam się w nich. Drag queens są genialne, nieustraszone i kochane. Byłam bardzo rozczarowana, gdy dowiedziałam się, że część środowiska je odrzuca.

Dennis zaczyna uśmiechać się szeroko. Orientuję się, że coś jest na rzeczy: Lubiłem się przekomarzać z drag queens, zaczepiać je, przedrzeźniać i pewnego razu one to sobie odbiły i mogły ponaśmiewać się ze mnie. Na jednym z eventów wystąpiłem w stroju łabędzia. Miałem piękne piorą, skrzydła, a przy tym gołą klatę i kowbojki na nogach. Pląsałem, że hej! I demonstruje łabędzie ruchy taneczne. Chcesz wiedzieć, co sądzę o ludziach ze społeczności LGBT? – pyta z błyskiem w oczach. Dorastają, szukają miłości, znajdują ją albo nie, wchodzą w jakieś związki lub nie, pracują, kupują domy, potem się starzeją, odchodzą na emerytury i mają nadzieję na spokojną śmierć. A te wszystkie „piorą w tyłku” i boa? Eeee – Dennis macha ręką. Społeczność LGBT jest tak samo nudna, jak społeczność hetero. Patrzy na mnie zawadiacko. Bez obrazy – dodaje Judy, uśmiechając się.

P.S. Tydzień po wizycie Shepardów w Polsce do grupy rodziców dzieci LGBT działającej przy KPH zgłosił się pierwszy tata.

 

Tekst z nr 39/9-10 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Martin Coars „Zabić geja”

Wydawnictwo Literackie i Naukowe Radwan 2012

Ten (fikcyjny?) pamiętnik mógłby z pewnością napisać niejeden gej w Polsce. Odkrycie w dzieciństwie własnej homoseksualności, pierwsze doświadczenia z chłopakami w szkole podstawowej, wyuzdane fantazje, nieśmiałe z początku, a później już regularne wizyty w klubach, saunach, darkroomach, czat, faceci na jedną noc i próby budowania trwalszych związków. Rozkosz i rozpacz, przyjemność i smutek. Zaprezentowany świat to nasze „tu i teraz” w Krakowie, Warszawie czy Katowicach, mieszkania dzielone z rodzicami i rodzeństwem, wynajmowane pokoje. Główny bohater jest idealistą poszukującym prawdziwej wielkiej miłości, a styka się z dość brutalną rzeczywistością – brakiem akceptacji, homofobią. A także z wirusem HIV.

Coars pisze prosto i sugestywnie, nie owija w bawełnę. Tekst nie pozostawia obojętnym, skłania do przemyśleń, a może i nawet do działania na rzecz równości i zdrowia seksualnego. (MD)

Tekst z nr 39/9-10 2012.

Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Rewolucje spadają z nieba

Z MICHAŁEM SIERMIŃSKIM, historykiem idei, laureatem Nagrody Prezesa Rady Ministrów za swoją pracę doktorską, gejem i autorem listu otwartego do premiera Morawieckiego, rozmawia Bartosz Żurawiecki

 

Foto: Paweł Spychalski

 

Zacznijmy od listu, bo wywołał on sporo szumu. Przypomnijmy – otrzymał pan Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za swoją pracę doktorską o inteligencji opozycyjnej w PRL. Następnie napisał pan list otwarty do Mateusza Morawieckiego opublikowany 14 grudnia w „Gazecie Wyborczej”. Nie zostawił pan w tym liście suchej nitki na obecnej władzy i ogłosił, że przekazuje całą nagrodę, prawie 26 tys. zł, inicjatywie Aborcja Bez Granic. Czy to był impuls, czy też od dawna pan się zbierał, żeby coś takiego napisać?

Nie był to do końca impuls, bo od dłuższego czasu jestem, mówiąc oględnie, wkurzony na to, co się w Polsce dzieje. Teraz jednak nadarzyła się okazja, gdyż – z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów – zostałem wyróżniony przez Morawieckiego za swoją rozprawę pisaną przecież z pozycji wyraźnie lewicowych. Już w pierwszym zdaniu pada w niej wyklęte słowo „marksiści”! Po wiadomości o nagrodzie radziłem się przyjaciół, co z tym zrobić, bo nie ukrywam, że wyróżnienie przez znienawidzoną przeze mnie władzę było nie lada problemem. Nie mam finansowego noża na gardle; skoro dotychczas jakoś dawałem sobie radę, jakoś się utrzymywałem, mogę to robić dalej. Mam lewicowe poglądy, a do obecnego rządu potwornie krytyczny stosunek. Zrobienie z tych pieniędzy osobistego użytku byłoby więc czymś na kształt moralnego czy naukowego samobójstwa. Wiedziałem jednak też, że nie ma sensu odmawiać przyjęcia nagrody. Z prostego względu – szkoda, żeby te pieniądze u nich zostały. Jest naprawdę ogromna liczba osób, którym mogą się one bardzo przydać. Zacząłem wszystko obmyślać – że przekażę pieniądze Aborcji Bez Granic, a powody wyjaśnię w liście otwartym. Długo jednak czekałem, żeby go opublikować – od połowy października, kiedy nagroda została przyznana. Nie mam do tych ludzi za grosz zaufania, bałem się więc, że decyzja o wyróżnieniu mnie może ulec jakiejś nagłej „reasumpcji”. Chciałem najpierw dostać pieniądze na konto, a następnie przelać je dalej. I dopiero wtedy upubliczniłem swój list.

Jednym z jego elementów jest pana coming out jako geja. Długo się pan nad tym coming outem zastanawiał, czy też od razu uznał, że z oczywistych względów musi się on w liście znaleźć?

Chciałem tej władzy zagrać na nosie. Proszę – oto skrajnie homofobiczny rząd dał nagrodę nie tylko „lewakowi”, ale też gejowi. Poza tym, skoro społeczność LGBT+ jest w Polsce ofiarą szczujnii zinstytucjonalizowanej przemocy, to po prostu trzeba zacząć się bronić. I obrona polega na tym, że należy deklarować otwarcie, kim się jest. Ale zastanawiam się też, czy warto o tym, co zrobiłem w liście, mówić jak o coming oucie. Bo coming out przed kim? Nie jestem przecież celebrytą, którego życiem osobistym emocjonują się tłumy. Pisząc artykuły czy książki, dotychczas właściwie nie zahaczałem o kwestie LGBT+. Ale też się nie ukrywałem. Moi przyjaciele, rodzina, wszyscy wiedzieli. Według mnie coming out nie jest moralnym obowiązkiem. W Polsce, najbardziej homofobicznym kraju UE, nie można ludzi szantażować, to powinna być indywidualna decyzja. Natomiast jeśli ktoś ma odpowiednie warunki i nie musi się bać reakcji otoczenia, jeśli kogoś stać na to emocjonalnie, to warto wtedy coming out zrobić, bo jest to także gest o politycznym znaczeniu. Dla mnie fakt, że napisałem w liście „jestem gejem”, nie wiązał się z wielkim kosztem emocjonalnym, bo generalnie nieszczególnie obchodzi mnie to, co inni myślą na mój temat.

A pana wcześniejsze coming outy przed rodziną, znajomymi? Były wyzwaniem, traumą?

Traumą nie, ale wyzwaniem tak. Nie potrafi ę sobie wyobrazić osoby wychowanej w Polsce, dla której byłaby to rzecz zupełnie neutralna. Wspomniałem w liście o nastolatkach LGBT+, bo to oni są najbardziej bezradni. Ich zwłaszcza trzeba bronić przed homofobiczną przemocą. U mnie było o tyle łatwiej, że pochodzę z rodziny owszem, katolickiej, ale o otwartych horyzontach. Nigdy nie było u nas obyczajowego kołtuństwa. Nie czułem, że dorastam w atmosferze nieprzychylnej mniejszościom seksualnym. To na pewno ułatwiało start w dorosłość, ale nie rozwiązywało wszystkich problemów, bo nie żyje się przecież wyłącznie w domu. Nadto zawsze mieszkałem w Warszawie lub bliskich okolicach, co też ma ogromne znaczenie. Choćby dlatego, że jest tu więcej ludzi, są kluby gejowskie, miejsca, w których można się spotkać. Człowiek ma zupełnie inną perspektywę.

Były jakieś reakcje na pana publiczny coming out? Czy też uznano, że to nie jest meritum tego listu?

 Mój list spotkał się z bardzo dużym odzewem. Nie spodziewałem się, że będzie on aż taki. Z moim partnerem Maciejem próbowaliśmy wszystkie te reakcje prześledzić, ale nie dawaliśmy rady. W przeważającej większości były to zresztą reakcje pozytywne. Ale i hejt nie dotyczył chyba mojej orientacji seksualnej. Ten wątek poruszył portal wpolityce.pl, ale też raczej nie jakoś agresywnie. Oni bardzo szybko wrzucili paszkwil na mnie, w którym pisali coś na zasadzie: „Co to premiera obchodzi, jaką orientację ma pan Siermiński?”. Myślę, że w moim liście znalazły się rzeczy, które prawicę bardziej wkurzyły niż to, że pisze gej.

Wróćmy do pana pracy doktorskiej, która w formie książkowej ukazała się pod tytułem „Pęknięta Solidarność”. Pokazuje pan tam zwrot ideowy opozycji peerelowskiej, jaki dokonał się po 1968 r. Analizuje pan poglądy osób takich jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń. Śledzi pan ich ewolucję z pozycji lewicowych, socjalistycznych na pozycje konserwatywne, gdzie najważniejsze stało się zachowanie tkanki duchowej i jedności narodu. Pan do tego zwrotu odnosi się krytycznie. Nie ma jednak w książce niczego, co by dotyczyło sfery obyczajowej. A przecież koniec lat 60., lata 70. to na Zachodzie początek nowoczesnego ruchu gejowsko-lesbijskiego, to walka o prawo do aborcji. Ciągle żywa jest też kontrkultura, która przyniosła rewolucję seksualną. Czy pracując nad swoim doktoratem, natrafi ł pan na jakieś teksty, materiały, dokumenty peerelowskiej opozycji, które by się do tych kwestii odnosiły?

Kwestia praw kobiet czy mniejszości seksualnych nie budziła zainteresowania opozycji. Tego nie było, co jest oczywiście wielkim zaniedbaniem. Można to się starać zrozumieć, ale nie można tego usprawiedliwiać. Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę z tego, że przewrót październikowy w Rosji w 1917 r. przyniósł ogromne zdobycze, jeśli chodzi o prawa kobiet i mniejszości seksualnych. Oczywiście w tamtych warunkach materialnych rewolucja seksualna mogła odbyć się przede wszystkim „na papierze”. Ale i tak bolszewickie prawodawstwo i praktyki z pierwszych lat po październiku stanowią absolutny ewenement na skalę światową. To są rzeczy nieprawdopodobne, trzeba o nich pamiętać. Tylko że te wszystkie zdobycze padły łupem kontrrewolucji stalinowskiej. Już w pierwszej połowie lat 30. homoseksualizm ponownie zaczął być penalizowany, niedługo później odebrano kobietom prawo do aborcji. W kolejnych dekadach ruch komunistyczny nigdy nie powrócił już do rewolucyjnej retoryki i rewolucyjnych praktyk z pierwszych lat po październiku. W drugiej połowie lat 50. Leszek Kołakowski – wtedy wciąż zdeklarowany komunista, potem guru polskiej opozycji – w jednym ze swoich tekstów bez cienia zawahania kojarzy homoseksualizm z chorobą i zbrodnią. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie słowa Zbigniewa Lew-Starowicza, który przyznał, że „leczył” homoseksualistów prądem, bo tak go w PRL w latach 60. uczono na studiach. To pokazuje degenerację tych wszystkich postępowych tendencji, które pojawiły się bezpośrednio po rewolucji październikowej.

Można dyskutować, czy PRL był państwem wyzwolonym obyczajowo, ale jednak w 1956 r. wprowadzono liberalną ustawę o przerywaniu ciąży, homoseksualizm też nigdy nie był w Polsce Ludowej penalizowany. Może więc konserwatyzm opozycji wynikał ze sprzeciwu wobec „niemoralnego” systemu, który odrzuca tradycyjne wartości?

Taki trop mógłby być do pewnego stopnia słuszny, ale raczej w przypadku dysydentów o orientacji prawicowej. Jest jednak faktem, że na przełomie lat 60. i 70. zanikają rewolucyjno- lewicowe sposoby myślenia o walce z systemem i za tym idzie coraz bardziej postępujący konserwatyzm opozycji na wszystkich polach. Zaczyna się też sposób myślenia, który ma charakter manichejski. Jest dobry naród i zły, totalitarny system. Widać to zwłaszcza po stanie wojennym. Zmienia się również reżim. Ostatnia dekada PRL to, wbrew mitom funkcjonującym w polskiej historiografii, coraz bliższe układanie się władzy z Kościołem katolickim. Naciski Kościoła poskutkowały np. tym, że w latach 80. w nowo otwartym szpitalu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi zakazano aborcji.

Pamiętam z lekcji religii w latach 80. wałkowanie, że aborcja to zbrodnia. Ta retoryka stawała się coraz bardziej powszechna.

Jej intensyfikacja następuje na początku lat 90., w czasach transformacji, gdy mamy obłęd antykomunistyczny, bezkrytyczny kult Jana Pawła II, wkraczanie Kościoła we wszystkie sfery życia. Na mnie samym śmierć papieża w 2005 r. – miałem wtedy 15 lat – zrobiła spore wrażenie. Pamiętam tamtą atmosferę. Przekonanie, że kończy się pewna epoka. Teraz wydaje mi się to absurdalne. To się zresztą szybko wyczerpało. Miało być pokolenie JP2, a go nie ma. Dzisiaj młodzi ludzie urządzają w necie mistrzostwa w szkalowaniu papieża-Polaka. To pokazuje ogromną zmianę obyczajową, kulturową, która jednak w Polsce się dokonała.

Kiedy miała miejsce?

Trudno to dokładnie zlokalizować w czasie. To jest proces, który przebiega od może 10 lat. Młodzi ludzie, powiedzmy poniżej 25. roku życia, nie pamiętają tych rzeczy, którymi ja jeszcze w jakiś sposób nasiąkałem. Tej całej bogoojczyźnianej atmosfery potransformacyjnej Polski. Ta atmosfera wciąż istnieje, ale wyraźnie słabnie. Gdy dorastałem w pierwszej dekadzie XXI w., powszechna homofobia była czymś oczywistym. Teraz w wielu, zwłaszcza młodzieżowych, środowiskach homofobia to jest po prostu obciach. Proszę wziąć pod uwagę to, że z jednej strony mamy tę tępą, agresywną propagandę, kompletnie nieliczącą się z tym, jak świat wygląda, a z drugiej portale społecznościowe i Netfliksa. Młodzi ludzie nie są już zamknięci w granicach państwa narodowego. Wielu z nich swobodnie czyta po angielsku, wszyscy oglądają filmy z całego świata. Trzymam się z nimi, słucham ich, oni mają mnóstwo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Zupełnie inaczej definiują polskie podziały. Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie mem, który pojawił się po tym, jak Donald Tusk wrócił do polskiej polityki. Widać na nim obecnego przewodniczącego PO mówiącego z patosem: „Wróciłem żeby cię uratować”, a młoda dziewczyna z niebieskimi włosami odpowiada: „Nawet nie wiem kim ty jesteś typie xD”. Osoby w jej wieku już nie pamiętają Tuska, sceny politycznej sprzed 2015 r.

Tylko że Tusk może zaraz wrócić do władzy. A przecież powtarza, że rewolucji obyczajowej robić nie będzie.

Nie wiem, czy pan czytał wywiad w „Krytyce Politycznej” z Tuskiem i Anne Applebaum, który ukazał się w związku z ich świeżą książką „Wybór”. Jest to rzecz zupełnie porażająca. Poziom niezrozumienia, dziaderskiej mentalności jest straszny. Nie wpadam jednak w panikę. Uważam, że restauracja porządku sprzed 2015 r., także w wymiarze obyczajowym, może być bardzo trudna. Polską chyba już nie da się tak rządzić. Dla mnie bardzo istotna jest perspektywa ruchów społecznych i ich wystąpień. Fascynują mnie ludzie, którzy w grupach mniejszych i większych biorą swój los we własne ręce i zaczynają walczyć. Momentem przełomowym był dla mnie Strajk Kobiet. Wczesną jesienią 2020 r. nie spodziewałem się, że w najbliższym czasie coś takiego w Polsce zobaczę, że będę mógł wziąć w tym udział. Jeszcze tydzień przed wybuchem protestów trudno byłoby mnie przekonać, że to się wydarzy. A jednak stało się. Rewolucje spadają z nieba, jak słusznie mawia mój przyjaciel.

Ale Strajk Kobiet wygasł. To było bardzo intensywne parę tygodni protestów, które się skończyły. Czy ta rewolucja wróci, czy znowu spadnie nam z nieba?

Nie mam pojęcia, ale nie wierzę, że ta energia wyczerpała się na dobre. Ten ruch był potężny nie dlatego, że jakaś grupka radykalnych „lewaków” zrobiła w Warszawie ruchawkę. To był ruch, który ogarnął bardzo wiele miast i miasteczek w całej Polsce. Odważne kobiety, które często bez żadnego doświadczenia wychodziły z inicjatywą i organizowały protesty „u siebie”, to prawdziwe Joanny D’Arc tej rewolucji. To przede wszystkim w nie, jak sądzę, wymierzona była brutalna reakcja władzy. One były ciągane po posterunkach, przesłuchiwane, zastraszane. Władza metodycznie tłumiła ten ruch i to się, niestety, udało. Rewolucja nie doszła do skutku. Na razie przegrała. Zobaczymy, w jakiej formie powróci, zobaczymy, co się będzie działo w kraju; sytuacja jest trudna do przewidzenia. Ale jest bardzo dużo wrzącej nienawiści, wiele osób się zradykalizowało w ostatnich latach, bo czują się gnębione przez tę władzę. Ja też się tak czuję.

Jest więc pan gotowy pójść na barykady?

Pewnie!

Rozprawa doktorska Michała Siermińskiego – nagrodzona przez Mateusza Morawieckiego – ukazała się w postaci książki zatytułowanej „Pęknięta Solidarność. Inteligencja opozycyjna a robotnicy 1964-1981”, Książka i Prasa, Warszawa 2020.

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Akt oskarżenia

Tekst: Piotr Mikulski

Opublikowany w grudniu 2021 r. raport „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce” Kampanii Przeciw Homofobii i Lambdy Warszawa to gotowy akt oskarżenia przeciwko PiS – pokazuje skutki brutalnej nagonki rządzących na ludzi LGBT+

 

Przypomnijmy chronologię

W lutym 2019 r. nowo wybrany prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, w wyniku wysiłków organizacji Miłość Nie Wyklucza, podpisał tzw. Deklarację LGBT. Zgodnie z zawartymi w niej postulatami w Warszawie miały powstać instytucje oraz polityki zwiększające poczucie bezpieczeństwa warszawianek_ ów LGBT oraz przybliżające ich, w miarę możliwości, do równego traktowania. Sukces aktywistów wywołał furię wśród prześladowców ludzi LGBT. To wtedy PiS, czując, że sprawę może wykorzystać do zmobilizowania swojego elektoratu, rozpoczął zmasowaną nagonkę – politycy w kampanii wyborczej zaczęli atakować i Trzaskowskiego, i społeczność LGBT, zaczęli nas odczłowieczać, próbując skrót LGBT sprowadzić do „ideologii”. Jarosław Kaczyński zaczął nami straszyć społeczeństwo, krzycząc do nas „ręce precz od naszych dzieci”. „Gazeta Polska” zapowiedziała dołączanie wlepek „strefa wolna od LGBT”, a samorządowcy z PiS zaczęli uchwalać „strefy wolne od LGBT”, które w szczytowym momencie objęły zasięgiem 1/3 ludności Polski. Na ulice miast wyjechały pogromobusy – busy oklejone hasłami straszącymi ludźmi LGBT, abp Jędraszewski zaczął „nauczać” o „tęczowej zarazie”, na Marsz Równości w Lublinie terroryści przynieśli ładunki wybuchowe, bp Wojda przed Marszem Równości w Białymstoku groził „non possumus – nie zgadzamy się” i nawoływał swoich wyznawców, by nie byli obojętni. Nie byli. Marsz spotkał się z niespotykaną dotąd agresją. Wielu uczestników zostało dotkliwie pobitych. W 2020 r. ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Duda mówił na wiecu: „Próbuje się nam wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia”. W sierpniu 2020 r. policja aresztowała aktywistkę LGBT Małgorzatę Margot Szutowicz, a spontaniczne zgromadzenie ludzi LGBT i sojuszników_czek stających w jej obronie brutalnie rozpędziła, urządzając pokaz tępej siły i zatrzymując w łapankach 48 osób. Nie było miesiąca bez doniesień medialnych o pobiciach ludzi LGBT na ulicach, w transporcie miejskim, nawet w ich mieszkaniach. Usłyszeliśmy o nowych samobójstwach (m.in. Milo Mazurkiewicz, Michał z Warszawy, Zuzia z Kozienic). To w takim czasie – w latach 2019 i 2020 – prowadzono badanie „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce”.

Wina prześladowców z PiS

Wyniki badania przerażają, szczególnie jeśli zestawi się je ze stopniowo poprawiającą się sytuacją osób LGBT w Polsce odnotowywaną w poprzednich latach. Pozytywny trend został zatrzymany przez PiS i rozochoconych neonazistów, kiboli czy fundamentalistów katolickich. Dziś, w wyniku prześladowań, masowo cierpimy na depresję, masowo rozważamy odebranie sobie życia. Masowo padamy ofiarami agresji, kalkulujemy, gdzie i kiedy możemy powiedzieć, że jesteśmy LGBT, żeby nie oberwać. Lawinowo spadło zaufanie do policji – służba powołana do obrony obywateli_ ek stała się zinstytucjonalizowanym oprawcą obywateli_ek LGBT, do rządu zaufania nie mamy w zasadzie żadnego, choć to akurat niewielka zmiana w por. do ubiegłej edycji z 2017 r. (wtedy brak zaufania do rządu deklarowało 96%, dziś 99%). Przełomowe są wyniki związane z doświadczeniem homo- i transfobii. Ludzie LGBT często mówią, że nie mają takiego doświadczenia, ponieważ wiążą je tylko z incydentami traumatycznymi, jak pobicie, oplucie/zwyzywanie na ulicy czy innymi formami agresji. Gdy tylko zmienimy nazwę (w badaniu homo- i transfobia nazwane zostały „mikroagresją”), okazuje się, że ofiarami homo- i transfobii padło 98% z nas – doświadczamy jej więc wszyscy i to nagminnie. Doświadczenie prześladowania za bycie LGBT to nasz chleb powszedni i nigdzie nie jesteśmy w stanie schować się przed mową nienawiści – ani w wielkich miastach, ani w bańkach akceptujących bliskich. W badaniu udowodniono, że doświadczenie homo- i transfobii zwiększa ryzyko wystąpienia myśli samobójczych. Ponieważ jest dla nas doświadczeniem masowym, niestety nie dziwi, że samobójstwo rozważa 55% z nas (wzrost z 45% w 2017 r. i 38% w 2012 r.). Co gorsza, w badaniu czytamy: „Bez względu na swoje cechy indywidualne, osoby mieszkające w powiatach, które ogłoszono »strefami wolnymi «, odznaczały się większym nasileniem myśli samobójczych niż respondenci_tki mieszkający w powiatach, gdzie takie uchwały nie zostały przyjęte”. Mają więc radni naszą krew na rękach. Podajemy za Atlasem Nienawiści: spośród wszystkich samorządowców_ czyń, którzy mogli głosować w sprawie stref, za ich wprowadzeniem, a zatem za intensyfikacją samobójstw osób LGBT w swoich powiatach, gminach i miastach głosowało 91% radnych z PiS, 100% radnych z Kukiz’15 i 49% radnych z PSL.

Wina tradycyjnych polskich rodzin

Podstawowa komórka społeczna, gloryfikowana przez PiS i Kościół ostoja społeczeństwa, czyli rodzina, okazuje się kolejnym prześladowcą ludzi LGBT w Polsce. To dlatego tak ważne jest powstawanie tzw. hosteli lub mieszkań interwencyjnych dla ludzi LGBT w wielu polskich miastach, to dlatego tak często mówimy o „rodzinach z wyboru” – czyli przyjaciołach, bo ludzie, z którymi łączą nas więzy krwi, zawodzą nas masowo i przyczyniają się do naszego cierpienia. 45% matek i 60% ojców nie wie, że ich dzieci są LGBT. Z tych, którzy wiedzą, akceptujących matek jest 61%, a ojców 54%. Jeśli przemnożymy odsetek rodziców wiedzących, że ich dziecko jest LGBT, przez odsetek akceptacji, otrzymujemy obraz ponury – w Polsce jedynie 34% matek i 22% ojców akceptuje swoje dzieci LGBT.

W czym nadzieja?

W nas samych! Wreszcie masowo zaczynamy być prześladowaniami… wkurwieni. 97% z nas zadeklarowało złość z powodu dyskryminacji. Ratunku upatrujemy w sile społeczności LGBT – 87% z nas uważa, że do poprawy sytuacji osób LGBTA w Polsce może doprowadzić wspólny wysiłek osób ruchu LGBTA (wzrost z 70%), 77% z nas zadeklarowało, że ma wiele wspólnego z innymi osobami LGBTA (wzrost z 63%), poczucie solidarności z całym ruchem osób LGBT wzrosło z 66% w 2017 r. do 83% obecnie. Widzimy to także w liczbie Marszów/Parad Równości – w pierwszym roku nagonki, czyli w 2019 r., była ona rekordowa – maszerowano w 31 miejscowościach, udział wzięło 150 tys. osób (do 2015 r. przez Polskę przechodziło co roku zaledwie 5-6 marszów i nigdy nie zgromadziły one łącznie więcej niż 10 tys. osób). Rośnie finansowanie dla organizacji LGBT – po aresztowaniu Margot ponad 400 tys. zł zebrano w zbiórce Stop Bzdurom, w 2021 r. padł kolejny rekord – zebrano ponad 700 tys. zł na ogólnopolską kampanię billboardową „Kochajcie mnie, mamo i tato” podkreślającą koszmar wyrastania w homo- i transfobicznych rodzinach. Przekazaliśmy rekordowe 1,4 mln zł dla organizacji LGBT w ramach 1% podatku dochodowego (rekordowy wzrost – o prawie 70%). I choć nadal do zrobienia jest mnóstwo (np. podatników_ czek LGBT jest 1,1mln, 1% organizacjom LGBT przekazało… 13 tys. osób), postęp jest krzepiący. Co najważniejsze, zaczęliśmy wreszcie masowo wychodzić z szaf (znowu – ogromna droga przed nami, wg badania Agencji Praw Podstawowych UE wyoutowanych jest 27% z nas, w szafach wciąż siedzi 73%) – w mediach społecznościowych akcje #JestemLGBT oraz #LGBTtoJa osiągnęły rekordowe zasięgi, tysiące ludzi oznaczało się tymi hasłami, tysiące tęczowych fl ag pojawiło się na oknach i balkonach, lata 2020-2021 były także rekordowe pod kątem publicznych coming outów – wspomnijmy chociażby Witolda Sadowego, Daniela Kuczaja, Sylwię Chutnik, Agnieszkę Graff , Andrzeja Piasecznego, Martę Warchoł czy Wróżbitę Macieja. Dziś wiemy, że te coming outy mają efekt zbawienny. Jak wynika z omawianego badania, coming out okazuje się jednym z nielicznych czynników, które pozwalają zmniejszyć ryzyko depresji u osób LGBT (!). Co więcej, amerykański Pew Institute w badaniu z 2013 r. udowodnił, że poparcie dla ludzi LGBT bezpośrednio zależy od liczby osób LGBT, którą dana osoba zna. Okazało się bowiem, że poparcie dla równości małżeńskiej wśród ludzi, którzy nie znali żadnej osoby LGBT, wynosiło 32%, natomiast wśród ludzi, którzy znali wiele osób LGBT, już 68%, a jeśli był wśród nich ktoś z najbliższej rodziny oraz para LGBT wychowująca dziecko – aż 76%. Jeśli więc znajdziemy odwagę, by coming outów dokonywać masowo, nie tylko zadbamy o siebie, swoje zdrowie i życie, ale także wytrącimy naszym prześladowcom ich największą broń – zastraszanie. Głośne i dumne mówienie, kim jesteśmy, to coś, czego nie mogą zakazać nam żadnymi przepisami (choć próbują – przykładem projekt zakazów marszów równości Kai Godek). Spieszmy się więc, bo jeśli nie wyjdziemy z tych szaf w porę, mogą zastraszaniem zamknąć nas w nich na dobre.

98% osób LGBTA doświadczyło homo- i/lub transfobii

68% doświadczyło przemocy, w tym 22% seksualnej

70% unika konkretnych miejsc w obawie przed dyskryminacją

75% milczało o byciu LGBT w obawie przed dyskryminacją

55% ma myśli samobójcze

44% ma poważne objawy depresji

140 tysięcy chce wyjechać z Polski

89% nie ufa policji (w por. z 57% w ubiegłej edycji)

99% nie ufa rządowi

45% matek i 60% ojców nie wie, że ich dzieci są LGBT

A z tych, którzy wiedzą:

39% matek i 46% ojców nie akceptuje swoich dzieci LGBTA

1/10 osób LGBTA została wyrzucona z domu

20% osób LGBTA uciekło z domu rodzinnego

Udowodniono wpływ braku akceptacji rodziny na

intensyfikację myśli samobójczych

Z powodu orientacji seksualnej / tożsamości płciowej

ponad 20% lesbijek, gejów i osób trans straciło kogoś bliskiego

Tekst z nr 95 / 1-2 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Koniec z sarkazmem

JANINA BĄK, naukowczyni, autorka bloga „JaninaDaily”, sojuszniczka LGBT+, laureatka tegorocznej Korony Równości. Rozmowa Mateusza Witczaka

 

Foto: arch. pryw.

 

Co statystyka mówi o sytuacji osób LGBT+ w Polsce?

Najbardziej przerażają mnie liczby związane z reakcjami rodziców na wyoutowanie dzieci, bo przecież miłość rodzicielska nie powinna nigdy się kończyć. A tymczasem 88% wyoutowanych nastolatków nie jest akceptowanych przez ojców, a 75% przez matki. 70% ma myśli samobójcze. Połowa: objawy depresji. Ponad dwie trzecie społeczności LGBTQ+ doświadczyło przemocy. Te statystyki sprawiają, że mam w głowie wykrzykniki, choć jestem niezwykle wdzięczna Kampanii Przeciw Homofobii i innym organizacjom, które je zbierają. Te liczby są groźne same w sobie, a robią się jeszcze groźniejsze, gdy spojrzymy, jak reaguje na nie klasa polityczna. Gdy przytaczała je w Sejmie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, prawa strona sali zagłuszała ją oklaskami.

Powtarzasz, że nie ma matematycznych głąbów, ale w takim razie może są emocjonalne głąby?

Statystyką i pracą naukową zaczęłam się zajmować dlatego, że chciałam zrozumieć świat. Natomiast przekonań homo-, bi- i transfobicznych zrozumieć nie potrafię. Szukałam teorii socjologicznych i psychologicznych, ale nie znalazłam takiej, która tłumaczy, skąd bierze się w ludziach tak czysta nienawiść. Potrafi ę sobie tylko wyobrazić, że jakiś polityk Konfederacji albo homofobiczny wujek przekaże i wdrukuje komuś „informację”, że LGBT+ to nie ludzie, to ideologia i że zasługują na przemoc. I że adresat tych wypowiedzi będzie tak leniwy intelektualnie, że nijak tych słów nie zweryfikuje.

Przestrzegasz, by nie traktować cudzej niewiedzy z pogardą, ale co możemy zrobić, skoro do takich „leniwych intelektualnie” osób apelujemy, przytaczamy statystyki, badania i osobiste tragedie, a w ich narracji nic się nie zmienia?

Musimy być konsekwentni. W przypadku mojej społeczności konsekwencja w zarządzaniu komentarzami doprowadziła do tego, że gdy publikuję cokolwiek na temat osób LGBT+, rzadko zdarzają się wpisy, które wymagałyby mojej reakcji. Niemniej gdy się pojawiają, czasem zaczynam z czytelnikami dyskutować. Staram się uczyć ich inkluzywnego języka, wyjaśniać, czym jest transpłciowość, gdzie szukać informacji, jaka jest sytuacja prawna osób LGBTQ+ – i to będę robić do końca świata. Jeśli przekonam choć jedną osobę – będzie to sukces. Pisałam m.in. o przemocy słownej. Gdy aresztowano Margot, wiele mediów uparcie ją misgenderowało, co było objawem czystego wyrachowania: jedyne, co musiał zrobić dziennikarz_ rka, to używać takich końcówek, formy i imienia, jakiej osoba sobie życzyła. Cholera, gdyby przyszła do nich koleżanka, która stwierdziłaby, że nienawidzi, gdy ktoś mówi do niej „Anka”, i poleciła, by mówić „Ania” – nie mieliby problemu. Ale nie, lepiej celowo zignorować prośbę Margot tylko po to, by pokazać swoją „siłę” czy „wyższość”.

Dzięki powszechnemu wzburzeniu kapituła Grand Press cofnęła nominację dla Beaty Lubeckiej, która misgenderowała Margot w swojej audycji, a redakcja Radia Zet przeszła równościowe szkolenia.

Chwilowo na poziomie państwa nie mamy na co liczyć, ale na poziomie indywidualnym możemy coś zdziałać. Warto reagować; w sieci naszym najlepszym przyjacielem jest klawisz „print screen” używany w stosunku do przemocowych komentarzy. Radzę każdemu zgłaszać posty zawierające mowę nienawiści do administracji Facebooka czy Instagrama. Choć te platformy często takie zgłoszenie ignorują, warto próbować. Warto też zgłaszać takie posty pracodawcom. Kiedyś opublikowałam na LinkedInie post dotyczący Ikei. Pisałam, że licha musi być ta „męskość” i „siła” Prawdziwego Polaka, skoro może ją naruszyć tęczowa torba. Jeden człowiek zrozumiał ten wpis opacznie (co samo w sobie było osiągnięciem!), sądząc, że nie popieram osób LGBT+, i napisał do mnie na privie, żebym uważała, bo on już za homofobiczne wpisy w mediach społecznościowych został z Ikei zwolniony. Najwyższy czas, by ludzie byli pociągani do odpowiedzialności za swoje działania w sieci. Ważne też, by pracodawcy tworzyli bezpieczne miejsca pracy dla wszystkich, a marki opowiadały się po stronie wartości, wolności i równości.

Na Zachodzie takie wsparcie się po prostu opłaca, bo osoby LGBT+ należą do cennej marketingowo grupy DINKY (Double Income No Kids Yet), a poparcie dla jednopłciowych małżeństw wyrażają nawet konserwatyści. Czy w Polsce ono wciąż jest aktem odwagi?

Tak, choć nie dlatego, że w reakcji nastąpi wielki bojkot konsumencki, bo szczerze wątpię, że nastąpi. Choć oczywiście na poziomie deklaracji tak, wiele osób twierdzi, że już nigdy nie skorzysta z usług danej firmy. Gdy Ikea wprowadziła tęczowe torby, przeczytałam w internecie: „Nigdy nie kupowałem w Ikei, ale teraz tym bardziej nie będę”. (śmiech) Nie, niebezpieczeństwo opowiadania się przez markę za konkretnymi wartościami nie polega na bojkocie, ale raczej na tym, z czym marka będzie musiała zmierzyć się po publikacji – z bagnem w komentarzach. Bo nie może być tak, że wrzucamy post i idziemy sobie oglądać „Top Model”. Jesteśmy cały czas odpowiedzialni za to, co dzieje się na naszej stronie, za poziom debaty – moderujemy, reagujemy na przejawy nienawiści, banujemy. Nie można jednak działać bez wsłuchania się w głos społeczności. Jestem w stałym kontakcie z moimi tęczowymi przyjaciółmi i przyjaciółkami, pytam, uczę się, w jaki sposób mogę być jak najlepszą sojuszniczką.

Skąd właściwie twoje zaangażowanie? Lata temu czytałem na twoim blogu żarty o tym, że jesteś przeciwko Paradom, bo jesteś przeciwna wszelkiej aktywności fizycznej, ale od zeszłego roku twoje wsparcie jest większe i częstsze, a w dodatku ma także wymiar finansowy.

Faktycznie wtedy moje wpisy miały charakter sarkastyczny, choć oczywiście sarkastyczny względem idiotycznych zachowań i homofobicznych „przemyśleń”. W pewnym momencie zrozumiałam jednak, że skończył się czas na sarkazm, że czas mówić dosadnie i wprost. Również po to, by mój przekaz był jasny dla wszystkich – również wszelkiej maści „fobów” (patrz: człowiek, który nie zrozumiał posta o tęczowej torbie). Musiałam przejść od etapu frustracji tym, co się dzieje, do potężnego wkurwu, który zmotywował mnie do działania innego rodzaju. Humor nagle przestał być wystarczającym narzędziem, trzeba było zacząć nazywać rzeczy po imieniu i wprost opowiedzieć się po stronie równości. Uznałam, że to jest najlepsze, co mogło mi się przytrafi ć – to, że mogę wykorzystywać moje zasięgi i popularność np. do edukacji albo do zbiórek finansowych.

Najdobitniej opowiedziałaś się w sierpniu 2020 r. na wrocławskim rynku, tuż po zatrzymaniu Margot. Mało mówiłaś wtedy o liczbach, dużo – o konkretnych nastolatkach LGBT+, którzy przez homo- i transfobię odebrali sobie życie.

Gdy dostałam of organizatorek propozycję wystąpienia, byłam – wiem, zabrzmi to jak frazes – absolutnie zaszczycona. Pomyślałam: kurczę, ta społeczność chce mnie wysłuchać, choć jestem białą, heteroseksualną mężatką, której jest całkiem wygodnie w tym swoim społecznym gnieździe. Bardzo nie chciałam tej społeczności zawieść.

Urodziłaś się w Polsce, studiowałaś w Szkocji, wykładałaś w Irlandii. Które z tych państw najwięcej nauczyło cię o sytuacji osób LGBT+?

Najwięcej zobaczyłam i doświadczyłam w Irlandii. To był 2017 r., niedługo po tym, jak Irlandia stała się pierwszym krajem na świecie, w którym małżeństwa jednopłciowe wprowadzono głosami obywateli na drodze referendum. Dużo rozmawiałam z moimi studentami, dla których głosowanie na „nie” było zwyczajnym obciachem. Im się nie mieściło w głowie, że w XXI w. ktoś wciąż może mieć homo-, bi- czy transfobiczne poglądy i się tego nie wstydzić! Do myślenia dała mi też moja uczelnia, która nie tylko przyznała wszystkim wolne na kilka godzin w trakcie referendum (odbywało się w piątek), ale też wywiesiła gigantyczny baner: „Trinity College open for all, vote: YES”, co było jasną deklaracją światopoglądową. Na uczelni działa stowarzyszenie osób LGBT+, gwarantuje ona wsparcie psychologiczne dla osób LGBT+. Co roku odbywa się Rainbow Week z projekcjami filmów, dyskusjami, warsztatami robienia sekszabawek. Zobaczyłam w Dublinie inny świat. Taki, w którym instytucja jasno opowiada się za wartościami, w którym o seksualności nie myśli się jako o czymś wstydliwym. Taki, w którym ludzie nie są dumni z nienawiści.

Czy za myśleniem młodzieży nadąża polska Akademia?

Zarówno w obronie Margot, podczas Strajku Kobiet czy teraz, w czasie kryzysu uchodźczego, są instytuty i grupy naukowców, które zachowują się przyzwoicie, na przykład pisząc listy otwarte, szczególnie na plus wyróżnia się tu np. Rzeczniczka Praw i Wartości Akademickich UJ, prof. dr hab. Beata Kowalska. Ale to wciąż nie są całe instytucje. A istnieją w Polsce uniwersytety zideologizowane w drugą stronę – przecież KUL oficjalnie potępił słowa ks. Wierzbickiego, który poręczył za Margot!

Gdy prof. Nalaskowski pisał w „Sieci” o „wędrownych gwałcicielach”, jak określił uczestników Parad, Uniwersytet Mikołaja Kopernika niby podjął postępowanie wyjaśniające, ale je umorzył.

Ostatnio dowiedziałam się o wykładowcy – będę dobra, nie powiem z jakiej uczelni – który prowadzi fejkowe konto na Twitterze, na którym pisze m.in. o paleniu Żydów. Skąd wiem, że on je prowadzi? Jego studenci mi powiedzieli. Skąd oni wiedzą? Kiedyś ów „geniusz zbrodni” zszerował swój ekran podczas wykładu, gdy był zalogowany na to konto.

Poniósł jakieś konsekwencje?

Żadnych. To jest prestiżowa uczelnia, studenci są przerażeni i boją się zareagować. Wcale im się nie dziwię. To jest człowiek, który jest każdym możliwym „fobem”, rasistą i mizoginem, dręczy mnie też osobiście.

Zaraz, zaraz – dręczy cię?!

Powiedzieć, że jest hejterem, to nie powiedzieć nic. On mnie nęka. Od ponad roku. Komentuje każde moje wystąpienie, wpis, aktywność, a to, co pisze, strasznie ryje mi psychę. W ramach zadania na egzaminie kazał skrytykować studentom moje wystąpienie o statystyce i wykazać moją rzekomą niewiedzę. Ci studenci wysłali mi screeny i powoli zaczęłam składać wszystko do kupy. Mogę to zgłosić, ale uczelnia najpewniej mnie zignoruje. To zdanie podziela spora grupa naukowców, których prosiłam o radę. To problem systemowy. Ludzie, którzy sieją nienawiść, czują się w systemie edukacji bezpiecznie.

Jak to się zmieni za kadencji obecnego ministra, który już zapowiada „odideologizowanie” uczelni?

Na pewno nie zmieni się sam minister. Wiemy to po ostatnim proteście młodzieży LGBT+ przed siedzibą MEiN i późniejszych „rozmowach” – biorę to słowo w cudzysłów, bo Czarnek nawet nie przyszedł na tę dyskusję, tylko połączył się na Zoomie. Niestety, ma on ogromną władzę, czym jestem przerażona. Mam tylko nadzieję, że nie spieprzy za dużo, nim przyjdą wybory, choć jeśli chodzi o wybory, to jestem pesymistką. Ostatnio dużo we mnie pesymizmu.

Może niesłusznie? Statystyka pokazuje przecież, że wahadło społecznych nastrojów wychyla się wśród młodzieży na lewo.

Po wyborach prezydenckich rozpadłam się na milion kawałków. Skoro znowu wygrał je Duda, który zrobił tak wiele złego zarówno w temacie LGBT+, jak i praworządności, to skąd brać optymizm? Ale może masz rację? Protesty w obronie Margot i Strajk Kobiet to iskierki nadziei.

Nawet w teledysku Ekipy pojawiły się ostatnio pary jednopłciowe.

Cokolwiek myślimy o Ekipie – było to super, bo przecież mogliby zagrać bezpiecznie. Mnóstwo influencerów, również lifestyle’owych, parentingowych, takich, którzy mogliby w ogóle nie poruszać „trudnych” tematów, nie tylko opowiada się za. Oni wprost mówią: w temacie praw LGBT+ nie ma miejsca na dyskusję. W 2021 r. każdy jest infl uencerem, każdy ma jakąś platformę socialmediową i sam decyduje, co na niej umieszcza. Jasne, są osoby, które mają milionowe zasięgi, ale nawet kiedy masz na FB 30 znajomych, to jeśli oddajesz kawałek swojej tablicy, żeby opowiedzieć się przeciwko rosnącej przemocy względem osób LGBT+ – ten gest ma znaczenie.

Od statystyki zaczęliśmy, na statystyce skończmy. Znasz pracownię sondażową Social Changes?

Nie.

Wyniki jej badań regularnie kolportują TVP Info, „Sieci”, Polskie Radio czy wPolityce. pl. Nie jest zrzeszona w żadnej organizacji ośrodków badawczych, nikt nie kontroluje jej metodologii. Prowadzi ją natomiast Marek Grabowski, prezes Fundacji Mamy i Taty.

Chyba potrafi ę przewidzieć, do czego zmierzasz.

Kiedy 3 lata temu w badaniu Kantara wyszło, że 57% ankietowanych popiera związki partnerskie, Social Changes zadało respondentom następujące pytanie: „Czy pana/pani zdaniem do polskiego porządku prawnego powinno wprowadzić się związki partnerskie dla par homoseksualnych i heteroseksualnych z ograniczonym prawem do adopcji dzieci?”. I wyszło, że Polacy są jednak przeciwko związkom.

To źle zadane pytanie ankietowe. Powinieneś zapytać o jedną rzecz w jednym pytaniu, a tutaj pytasz o trzy: o akceptację dla nieformalnych par homoseksualnych, heteroseksualnych i jeszcze o adopcję dzieci. Jest mnóstwo sposobów, by przeprowadzić „badania” społeczne w taki sposób, by dały żądany efekt. W ankietach mogą pojawiać się chociażby pytania naprowadzające, w których przytacza się „dane” wzięte z sufi tu (np. że 97% osób homoseksualnych to pedofile), a następnie ankieter pyta, czy osoby LGBT+ powinny mieć prawo do adopcji. Doskonała manipulacja, jeśli chodzi o kolejność pytań i sposób ich zadania. Można źle dobrać próbę – np. stanąć sobie pod kościołem i pytać ludzi wychodzących z mszy, co myślą o małżeństwach jednopłciowych. Siedząc teraz na kanapie, mogłabym zdecydować, że otwieram Instytut Badań Społecznych Janiny Bąk i zacząć publikować „raporty” z dupy. Nad tym nie ma żadnej kontroli prawnej, a sposoby manipulowania statystykami są ekstremalnie proste.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

American Dream w Polsce

O współpracy z Kayah i o domówce z RuPaulem, o coming oucie przed rodzicami, o tym, jak w saunie poznał przyszłego męża Michała Kubasiewicza, o rasizmie i o homofobii oraz o tym, jakie pytanie najczęściej zadają mu Polacy, opowiada NICK SINCKLER, amerykański wokalista, od 14 lat mieszkający w Polsce. Rozmowa Mariusza Kurca

 

Foto: Joanna Czarnota

 

„Kochaj rożnym być” – zaśpiewałeś z Kayah na tegoroczny Miesiąc Dumy. Trudno o kogoś bardziej wiarygodnego do dawania takich rad – jesteś gejem, jesteś czarny i jesteś emigrantem mieszkającym w Polsce od 14 lat, więc chyba musisz „kochać rożnym być”.

(śmiech) Najczęstsze pytanie zadawane mi przez Polaków to oczywiście: „Ale dlaczego przeniosłeś się z Nowego Jorku do Polski?! Dlaczego? Dlaczego?”.

Też o to zapytam, ale najpierw: jak powstała ta piosenka?

W zeszłym roku, gdy Kayax wydał na Miesiąc Dumy album „Music 4 Queers & Queens”, pomyślałem: „Ach, jak wspaniale!”; i zaraz potem: „Ale chwileczkę – dlaczego mnie na tej płycie nie ma?”. (śmiech) Stwierdziłem, że następnym razem muszę coś zrobić i zaprosić Kayah, którą przecież znam od lat, do zaśpiewania ze mną.

Śpiewałeś chórki na jej płycie „Skała” z 2009 r., ale teraz to pełnoprawny duet.

Śpiewałem z Kayah mnóstwo razy na różnych koncertach – „Na językach”, „Fleciki”, „Śpij kochanie, śpij”. Poznałem Kayah w 2008 r. w programie „Fabryka gwiazd”, którego była jurorką. Linie melodyczne i tekst po angielsku do „Kochaj różnym być” napisałem z moim przyjacielem Adamem Josephem, tekst po polsku stworzyli Kayah i mój mąż Michał Kubasiewicz. Muzyka to zasługa Seby Skalskiego i Piotra Zabrodzkiego – i voila! To jest piosenka przede wszystkim dla moich kochanych ludzi LGBT, ale też dla wszystkich innych, którzy „odstają” i bywają z różnych przyczyn dyskryminowani.

Podoba mi się to przesłanie, że jesteśmy rożni i tak jest dobrze. Problem tylko, byśmy byli również równi.

Wkurzają mnie te negatywne stereotypy – że my to tylko „dziwki” i choroby.

W nas widzą „dziwki” – tak jakby sami przez całżycie seks tylko z jedną osobą uprawiali.

(wybuch śmiechu) Właśnie! Natomiast ja nie mam problemu, by wychodzić do ludzi i im tłumaczyć. Nie ruszają mnie nawet najgłupsze pytania – byle z tego jakaś rozmowa była.

Nick, pochodzisz z Nowego Jorku, tak?

Niedaleko – z New Jersey. Do Nowego Jorku przeprowadziłem się, gdy miałem 21 lat, po tym jak na drugim roku rzuciłem studia, bo już wiedziałem, że chcę się zajmować aktorstwem i muzyką. Powiedziałem rodzicom, że szkoda pieniędzy i czasu na te studia. Mama trochę oponowała: „Czy ty wiesz, jak trudno było dla naszego pokolenia dostać się na uniwersytet? A teraz ot, tak rzucasz sobie studia?!”. No, cóż, mój tata skończył studia, starszy brat też, a ja nie.

Co studiowałeś?

Biologię morską. To z miłości do delfinów i wielorybów, które chciałem ratować. Jestem oczywiście nadal bardzo proekologiczny, ale muzyka przeważyła.

Gdzie dorastałeś?

W 120-tysięcznym mieście 45 minut drogi od Nowego Jorku. W trzeciej klasie podstawówki zacząłem grać na skrzypcach, co znudziło mi się po tygodniu, i przerzuciłem się na saksofon. Na saksofonie dociągnąłem do końca liceum. W Nowym Jorku cały czas bywałem, bo moi dziadkowie mieszkali na Brooklynie. Oboje moi rodzice urodzili się na Brooklynie, natomiast gdyby głębiej sięgnąć, to rodzice mojej mamy pochodzą z Trynidadu, a rodzice mojego taty – dziadek z Barbados, a babcia z Gujany.

Karaiby i Ameryka Południowa.

Tak jest.

A więc masz te, powiedzmy, 13 lat, dorastasz w New Jersey, grasz na saksofonie i… zaczynają ci się podobać chłopcy.

Coś ty! Wcześniej, dużo wcześniej! (śmiech) Pierwszy crush miałem w przedszkolu. Był taki jeden chłopiec, koło którego zawsze chciałem siedzieć. Śliczny był, śliczny. Ja to zawsze wiedziałem, żadnych wątpliwości, żadnego okresu poszukiwań i żadnych traum. Mój pociąg w kierunku chłopców był zupełnie naturalny i jasny dla mnie jak słońce. No, ale przyznaję, że akurat w wieku 13 lat miałem dziewczynę przez kilka tygodni. Już nie pamiętam, jak to wyszło – chyba jednak chciałem sprawdzić, czy może jednak dziewczyny też mnie pociągają. Były niewinne buziaki i ani kroku dalej, bo już wiedziałem, że to nie to. Rodzicom powiedziałem, dopiero gdy miałem 17 lat i nie sam z siebie, tylko mama mnie zapytała. Sobota, wcześnie rano, jeszcze śpię, mama wchodzi do mnie i mówi, że chce porozmawiać. Od razu wiedziałem, że coś się szykuje. Mama prosto z mostu, czy wolę chłopaków, czy dziewczyny. Na to ja też prosto z mostu, że chłopaków. Dopytała mnie, czy może jestem trans – to znaczy, czy może chcę być dziewczyną, tak to ujęła. Wyjaśniłem, że jestem chłopcem i podobają mi się chłopcy. „Nie, nie zrujnujesz się na kosmetyki dla mnie, nie czuję się dziewczyną ani nawet nie jestem drag queen”. (śmiech) Tata natomiast przeczytał mój profil na AmericaOnLine i mówi do mnie, że on brzmi trochę gejowsko. Odpowiedziałem, że OK, pozmieniam – i dopisałem: „I am very, very, very gay”, i mówię do taty: „Już, spójrz teraz”. Mój starszy brat dowiedział się wcześniej niż rodzice, bo kiedyś próbowałem poderwać jego kolegę. Przyszedł do nas, był piękny, więc ja od razu: „A czego byś się napił?”, a potem mocniej popłynąłem: „A może chciałbyś masaż? Zdjąłbyś koszulkę? Polecę po olejek”. Nic się nie udało, nawet buziaka nie było. Traumy nie mam, bo u nas w rodzinie już były wcześniej osoby LGBT – moja siostra jest lesbijką, moja kuzynka jest lesbijką. Mama szybko przestawiła się na tryb szukania mi chłopaków i oceniania tych, których przyprowadzałem do domu. Proszona czy nieproszona, od razu mi mówiła, który jej zdaniem jest dla mnie, a który nie jest.

Nick, a jakie miałeś wtedy fascynacje muzyczne?

Whitney Houston (zaczyna śpiewać): How will I know if he really loves me…, dalej: Aretha Franklin, Stevie Wonder, Michael Jackson, Michael McDonald, Céline Dion, George Benson, Chaka Khan, James Brown… Dużo funku, r’n’b – to była moja muza, ale klasyka i jazz też. Do tego muzyka karaibska.

Miałeś uwielbienie dla div?

Oj, tak. Mam nadal. Baby, które się drą, są cudowne! (śmiech)

Ja jeszcze Tinę Turner uwielbiałem.

Och, sorry, Tina, nie wymieniłem cię – oczywiście, że Tina też! (Nick zaczyna śpiewać „What’s Love Got to Do With It”): „You must understand that the touch of your hand makes my pulse react…”.

Więc przeprowadzasz się do Nowego Jorku, jest 2001 r., i śpiewasz chórki u na przykład Billy’ego Portera, dziś wielkiej gwiazdy serialu „Pose”.

Opowiedzieć ci anegdotę? Billy pewnego wieczoru zaprosił mnie na domówkę, siedzieliśmy w pięciu, piliśmy piwo i graliśmy godzinami w kalambury z jego kolegami – dwóch z nich już nie pamiętam, a ten trzeci to był Ru- Paul, który za każdym razem, gdy któryś z nas szedł siku, przypominał, że mamy siadać na sedesie, a nie pryskać po całej toalecie. (śmiech) Generalnie w Nowym Jorku chciałem zrobić karierę aktorską, a jednocześnie dostać się do zespołu grającego salsę, merenge albo baciata.

Widzisz chyba sam, że pytanie, co ci przyszło do głowy, by jechać do Polski, samo się nasuwa.

Nowy Jork jest wspaniały, ale tam wszystkiego jest dużo. Śpiewałem chórki, pisałem piosenki, chciałem być frontmanem – i zaświtało mi w głowie, że może powinienem spróbować gdzieś indziej. Wziąłem mapę Europy i wycelowałem – palec padł niedaleko od Monachium. Super! Zwłaszcza, że miałem tam jednego znajomego. I poleciałem. Mama oczywiście stwierdziła, że chyba chcę od nich uciec, ale to nieprawda, ja po prostu mam w sobie podróżniczego ducha po dziadkach. Babcia raz wstała i stwierdziła, że musi zobaczyć Jerozolimę, kupiła bilet i poleciała. Ja w podobny sposób, tylko że na stałe, w kwietniu 2006 r. wylądowałem w Monachium. Ten mój znajomy, Marcus, pracował w Sony BMG, więc zaraz pierwszego dnia poznałem Dietera Bohlena.

Tego z Modern Talking?

Tak! Poprosił, bym coś zaśpiewał, spodobało mu się i zapytał, czy mówię po niemiecku. „Jeszcze nie”. On, że szkoda, bo bym mógł śpiewać chórki. Po 3 miesiącach już w miarę mówiłem po niemiecku.

Uogólniając trochę, ludzie, dla których pierwszym językiem jest angielski, nie są chyba często skorzy do nauki języków obcych.

Ja uwielbiam! Mówię po angielsku, po polsku, po niemiecku i po hiszpańsku. Do tego trochę po francusku, po włosku, po japońsku, po chińsku i po rosyjsku. Kocham uczyć się języków! Szczególnie w Europie to jest fajne, bo tu jest tak, że ledwo przekroczysz granicę, ciach – już ludzie mówią w innym języku. Jaka radość wtedy, jeśli umiesz coś powiedzieć!

Po polsku mówisz rewelacyjnie.

Dziękuję. Bo mówię cały czas – praktyka czyni mistrza. (śmiech) Pamiętam pierwszy raz, gdy śniłem po polsku… A któregoś razu śniła mi się mama, która mówiła: „Nickuś, dokąd ty idziesz, miałeś przecież skosić trawę”, więc ja w tym śnie myślę: „Oj, to chyba jest sen, skoro moja mama nawija po polsku”. Mówię: „Mama, ty po polsku mówisz?”, a ona: „No i co z tego? To jest dziwne?”. (śmiech)

Skąd więc ci się wzięła ta Polska, skoro osiadłeś w Monachium?

Przez chłopaka.

Żartujesz.

Serio. Marcin miał na imię. Poznaliśmy się przez PlanetRomeo. Umówiliśmy się na randkę w Wiedniu, tak się zaczęło. Dla niego po 10 miesiącach w Monachium przeniosłem się do Warszawy. Byliśmy razem 3,5 roku.

A wcześniej miałeś stałego chłopaka?

Nie, tyko randki, randki, randki.

Czyli Polska jest przez miłość.

Tak. (uśmiech) Bardzo mi się podobają polscy chłopcy, bardzo. (śmiech) Są wspaniali i piękni. Gdy się rozstaliśmy z Marcinem, to miałem taki moment: „Hmm no i co teraz?”. Nie chciałem wracać, bo to by jakoś oznaczało porażkę – przyznanie się, że mi nie wyszło. Decyzja o zostaniu okazała się super, bo szybko wszystko zaczęło mi się układać. Nawiązałem współpracę z Natalią Kukulską, Sewerynem Krajewskim, Blue Café i oczywiście z Kayah.

Nick, od początku w Polsce byłeś wyoutowanym gejem. Myślisz, że to ci mogło zaszkodzić? Czy może bez wpływu? A może pomogło?

Nie mam pojęcia i nie zastanawiałem się nad tym, bo siedzenie w szafie nigdy nie było dla mnie opcją. Jak występowałem w heteryckich klubach, zdarzało się, że koleś podchodził, zagadywał i w końcu padało pytanie (Nick zaczyna imitować gruby głos heteryka): „Hej, Nick, a jak tam polskie dziewczyny he, he?”. Ja na to, że super, mam cudowne koleżanki, ale wolę polskich chłopaków. „O ho, ho, żartujesz, ho, ho”. Nieraz mi się zdarza, że dziewczyny do mnie zarywają, autograf na niejednym cycku złożyłem – więc oni zakładają, że mam idealne sytuacje do podrywu dziewczyn. Wracając do coming outu – spójrz, jak Andrzej Piaseczny teraz rozkwita, to jest piękne. Czuć, że w piosence „Miłość” wyśpiewał swoją prawdę, więc coming out (Nick nachyla się do dyktafonu, jakby chciał mówić wprost do czytelników) – p-o-l-e-c-a-m. Oczywiście, w swoim czasie i jak jesteś na to gotowy_a, ale polecam. Podobnie jak polecam co? M-i-ł-o-ś-ć. (śmiech) Jak się ma takiego Michała jak ja, to PiS niestraszny.

A jak randkowałeś w Polsce, to czułeś się wyjątkowo jako czarny facet?

Czasami wyczuwałem, że koleś chce zaliczyć fantazję – że jestem dla niego rodzajem fetyszu, nie podoba mi się to.

Musiałeś spotkać się w Polsce z rasizmem, prawda?

O, tak. Pierwszy raz – zaraz kilka dni po przyjeździe. Szedłem wieczorem po centrum miasta w nastroju: „O, jak fajnie, jestem w Warszawie!” – i widzę tak z pięciu dresiarzy. Słyszę, jak jeden z nich mówi: „Zobacz, Murzyn” – nie wiem, jeszcze, co to znaczy, idę dalej. Oni zaczynają coś pokrzykiwać, chyba do mnie. „Wypierdalaj do Afryki!”. Afryka? Africa? W Afryce nigdy nie byłem, ale… to chyba jest do mnie i chyba nie jest dobrze. Zwłaszcza że przyśpieszają kroku. Niewiele myśląc, zwiałem po prostu. Drugi raz, który zapamiętałem, był w Gliwicach, gdzie grałem w musicalu „Hair”. Już wtedy mówiłem po polsku. Zaczepił mnie koleś pod hotelem, zaczął na mnie pluć, choć nie trafiał. „Co tu robisz w naszym mieście?”. Podjąłem rozmowę. „Dlaczego ma pan ze mną problem”?. Gość zdębiał, że mówię po polsku. Zaczął tłumaczyć, że… zabieram mu robotę. „Czym się pan zajmuje?”. „Budowlanką”. „Ja nie umiem nic budować, nie zabiorę panu pracy”. Było jeszcze, że zabieram polskie kobiety.

Znów strzał kulą w płot.

(śmiech) Wyoutowałem się przed nim i nie uwierzysz, on w końcu zaczął normalniej się zachowywać, powiedział mi, że nigdy z żadną czarną osobą nie gadał. Zaprosiłem go do hotelowego baru na piwo. Chyba jednego rasisty w Polsce ubyło.

A mikrorasizm?

Typu np., że słyszę, jak dziecko w tramwaju mówi: „Mamo, mamo, zobacz, Murzyn!”? Tak, jasne. Albo wchodzę do spożywczego gdzieś w małym miasteczku czy na wsi i widzę, jak wszystkim w środku opadają szczęki. Ja wtedy: „Hejka” – i te otwarte buźki się rozpromieniają.

Wielu Polaków chyba wciąż nie wie, że słowo „Murzyn” nie jest OK.

I jednocześnie nie wiedzą, jakiego użyć. Jak się odważą, pytają mnie, czy „czarny” jest OK. Tak, jest OK. I am a Black American. Ale wiesz, gdybym naprawdę miał problemy z rasizmem w Polsce, to nie siedziałbym tu 14 lat.

Jak się poznaliście z twoim mężem?

W saunie w Aquaparku w Łodzi. Trochę się sobie przyglądaliśmy, aż w końcu zaczęliśmy rozmawiać. Przegadaliśmy kilka godzin – w tej saunie i później już gdzieś indziej też. Michał nie wiedział, kim jestem, i to mi pasowało, dopiero wieczorem zaprosiłem go na mój koncert. Potem wróciłem do Warszawy i zaczęły się kilometrowe SMS-y od niego. (śmiech)

W 2017 r., po 3 latach, wzięliście w Stanach ślub.

Było super! Ślub był na wpół polski, a na wpół karaibski. Mojej rodzinie bardzo podobały się oczepiny i również wszelkie przyśpiewki, po których trzeba się napić. (śmiech)

Nick, a jak PiS doszedł do władzy – nie miałeś myśli, by jednak wyjechać?

Nie. Bo oni właśnie by tego chcieli. Nie, nie, nie – jestem tutaj, tutaj chcę żyć i jestem szczęśliwy z Michałem. I czuję, że jak Kaczyński widzi ludzi takich jak my, szczęśliwych, to budzi się w nim złość. Równocześnie oni, PiS, dają nam jakieś supermoce – że niby jesteśmy w stanie pozmieniać wszystkie dzieci w szkole na homoseksualne? Ale jak? (śmiech) I są zamknięci na rozmowę, to jest najgorsze.

Śledzisz polską politykę?

Śledzę i smuci mnie, że ciągle musimy wychodzić i protestować. Gdybym wziął ślub z Polką, to miałbym automatycznie prawo stałego pobytu. A że wziąłem ślub z Polakiem, to wchodzę wciąż w tę „starą” procedurę. Dyskryminacja. Muszę iść do Urzędu ds. Cudzoziemców, składać wciąż dokumenty. „Pani Kasiu, ale ja mam męża Polaka, o, tu jest akt ślubu”. I pani Kasia nawet jest po mojej stronie – przeprasza, że ten dokument jest niestety u nas nieważny. Społeczeństwo polskie jest dużo dalej niż politycy. Nie tylko PiS jest tu winny. PO, która ciągle mówi, że jest z nami… Ale jak jest z nami? Niech to pokażą w czynach, z tym coś słabo. Fajnie, że Trzaskowski był na Paradzie, ale potrzebujemy więcej niż gestów.

Co czułeś, gdy Obama został prezydentem w 2008 r.? I gdy zalegalizowano równość małżeńską na terenie wszystkich stanów w 2015 r.?

Obama, oh my God, you go, girl! Byłem i jestem tak dumny… A co do równości małżeńskiej, u nas walka też trwała latami i nieraz już traciliśmy siły – aż w końcu wywalczyliśmy ją! I teraz w Polsce czuję się tak jak wtedy w Stanach – jest czas walki. Jestem pewny, że wywalczymy też równość w Polsce, tylko pytanie, czy będę już wtedy starym dziadkiem? (śmiech)

A gdybyście mogli z Michałem adoptować dzieci?

Mama mnie o to niedawno pytała, jesteśmy otwarci, zobaczymy. Raz miałem sen, że adoptowaliśmy małą Chinkę i mówiłem do niej po chińsku.

Po albumie śpiewanym po polsku („11 x 11” z 2018 r. – przyp. red.) szykujesz teraz następny?

Tak, ale tym razem po angielsku. W tym roku wydałem dwa single: „Soul Clap” i „Livin’ It Up”, pracuję nad następnymi. Mają być dwie EP-ki: „Groove and Vibes” i „Funky Delight”. Tyle się mówi o słynnym American Dream i ja mam swój American Dream – w Polsce.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Presja ma sens

Jej urodzinowe zdjęcie z Instagrama, na którym całuje się ze swoją partnerką, rozniosło się lotem błyskawicy po wszystkich mediach. Z MARTĄ WARCHOŁ, dziennikarką TVN24, rozmawia Małgorzata Tarnowska

 

Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw

30 czerwca wrzuciłaś na swój Instagram zdjęcie, na którym całujesz się ze swoją partnerką Iwoną Widomską, producentką w TVN. Dodałaś do niego hasztag „#MiesiącDumy”. Fotka błyskawicznie rozeszła się po sieci. Uznano ją za twój coming out. Zaskoczyło cię to?

„Zaskoczyło mnie” to mało powiedziane. Do tej pory nie rozwikłałyśmy zagadki – dlaczego zdjęcie zyskało taką popularność. Nie planowałyśmy tego. Nie ukrywam, że byłyśmy w szoku, tym bardziej że do tej pory naszym życiem nikt się nie interesował.

Jeśli uważnie prześledzi się twój Instagram, to widać, że jest na nim więcej zdjęć świadczących o tym, że stanowicie z Iwoną parę. 14 lutego, na walentynki, napisałaś: „A na walentynki Iwona zabrała mnie do Kielc #LoveIsLove” i dodałaś zdjęcie, na którym się obejmujecie. Jak myślisz, dlaczego właśnie zdjęcie z pocałunkiem stało się viralem?

Może zadziałała magia Miesiąca Dumy, może za rzadko para dziewczyn dzieli się swoją miłością w mediach społecznościowych. Zakładam, że historia po prostu się klikała. Mam wrażenie, że każdy znany mi portal napisał artykuł o naszym zdjęciu. Wszystkie teksty były życzliwe, choć ich liczba w pewnym momencie nas przerosła. Zdradzę, że nawet chwilami nas to stresowało.

Obok pozytywnych głosów pojawiły się sugestie, że działacie pod publikę albo że wasz związek to coś niepoważnego. To stereotyp często odnoszony do kobiecych relacji. Spotkałaś się z nim?

Określanie naszego związku jako czegoś pod publikę byłoby dość zabawne, ponieważ jesteśmy już razem 7 lat. Ale rzeczywiście pojawiło się parę tego typu komentarzy pod zdjęciem. Nie brakowało też stwierdzeń: „Wszystko toleruję, ale po co się z tym obnosić?”, „Nie chciałbym tego widzieć na ulicy” itd. Jeżeli ktoś pisze takie rzeczy, to znaczy, że nie jest tolerancyjny. Skoro są ludzie, którzy nie potrafi ą zrozumieć, że dwie dziewczyny też mogą chodzić za rękę i też mogą się całować, to oznacza, że jeszcze wiele osób nie chce, żeby pary jednopłciowe cieszyły się taką samą wolnością jak pary hetero.

Czy jako lesbijka spotkałaś się ze stereotypizacją?

Że jestem „za ładna na lesbijkę”? Parę razy zdarzyły się takie teksty, ale ktoś, kto je wypowiadał, chyba chciał nam sprawić komplement. Nigdy się o to nie obrażałam, bo też nikt nie mówił: „Twój wygląd wskazuje na to, że jesteś osobą hetero”. Stereotypy wynikają z niewiedzy na dany temat. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, że nie ma czegoś takiego jak „stereotypowa lesbijka”.

Jak sobie poradzić z tego typu komentarzami?

Osobiście uważam, że takimi komentarzami nie ma co się przejmować. Ale nie jestem ekspertką i nie mogę udzielić fachowej rady. Mogę powiedzieć tylko tyle, że od kiedy sobie uświadomiłam, że wolę dziewczyny, nigdy nie chciało mi się z tym ukrywać. Oczywiście nie wyszłam na ulicę i nie zaczęłam krzyczeć: „Ludzie, słuchajcie teraz o mojej orientacji!”. Gdy poznałam swoją pierwszą dziewczynę, nie widziałam powodów, dla których miałabym to ukrywać. Wszyscy moi znajomi przyjęli to bez większej ekscytacji. Jedyne, co chcieli wiedzieć, to czy jestem szczęśliwa. Podobnie teraz, gdy poznajemy kogoś nowego, wolimy od razu przedstawić się jako para. Nigdy nie żyłam w ukryciu i nigdy nie sądziłam, że ukrywanie się przyniesie coś dobrego – to życie w zgodzie ze sobą daje siłę.

Wiele osób, zwłaszcza pochodzących z mniejszych miast czy wsi, często nie ma wyboru lub musi się liczyć z negatywną reakcją otoczenia.

Od urodzenia żyję w Warszawie, więc nie potrafiłabym postawić siebie w sytuacji młodej osoby żyjącej w mniejszej miejscowości i narażonej na ostracyzm. Chociaż w naszym kraju dostrzegam dużo homofobii, pod moim zdjęciem pojawiło się wiele komentarzy, które przekonały mnie, że są rzesze osób stojących murem za osobami LGBTQIA+. Wydaje mi się, że warto mówić o swojej orientacji i dać ludziom szansę – zrozumieć i oswoić się z tą myślą. Badania pokazują, że społeczeństwo staje się coraz bardziej tolerancyjne.

Naprawdę wierzysz, że nasz kraj się liberalizuje?

Tak.

Masz na myśli wymiar polityczny czy społeczny?

Społeczny. Politycznego nie chcę oceniać, on jest często podyktowany zimną kalkulacją sondażową.

A nie jako osoba, która zawodowo zajmuje się polityką, tylko jako obywatelka, kobieta, osoba LGBTQA+?

Jako obywatelka… Wiem, jak wygląda moje życie, i wiem, jak wygląda życie ludzi występujących w materiałach u nas na antenie. Sama nigdy nie doświadczyłam skrajnej homofobii. Zdarza się, że ktoś coś krzyknie na ulicy, ale w ogóle nie zwracam na to uwagi. Może to dlatego, że całe życie wychowywałam się tu, w Warszawie i może żyję w jakiejś bańce. Znam tylko doświadczenia, które zostały mi opowiedziane przez przedstawicieli różnych organizacji i aktywistów.

A jak się odnajdujesz jako lesbijka w środowisku zawodowym?

Wydaje mi się, że jestem w miejscu, w którym powinnam być, w którym mam przyjaciół i znajomych. W telewizji jest pełno ludzi inteligentnych, tolerancyjnych i otwartych. Moja orientacja nie ma znaczenia w pracy codziennej, gdy czas goni, a do przygotowania są materiały.

Jak wyglądał twój coming out w pracy?

W zasadzie wszystko wyglądało naturalnie – ani nikogo nie informowałam o swojej orientacji, ani przed nikim jej nie ukrywałam. Gdy z Iwonką zostałyśmy parą, oczywiście nie od razu powiedziałyśmy o tym wszystkim, ale w miarę upływu czasu po prostu kolejne osoby dowiadywały się o naszym związku.

Czy gdybyś np. rozmawiała z osobą, która zaczyna mówić coś homofobicznego, zainterweniowałabyś? Powiedziałabyś „stop”?

Antena to nie miejsce na dawanie upustu negatywnym emocjom. Jeżeli mój rozmówca zacząłby głosić teksty homofobiczne, rasistowskie czy antysemickie, musiałabym mu przerwać, bo telewizja jest od informowania, a nie siania nienawiści.

Miałaś okazję zainterweniować w taki sposób?

Czasami w trakcie zdjęć zupełnie obce osoby rzucały komentarze na temat stacji, w której pracuję. Nie lubię się wypowiadać o hejterach, bo nie zasługują na to, żeby poświęcać im uwagę.

Przejdźmy do bieżącej sytuacji w Polsce. Co sądzisz o tym, co aktualnie dzieje się z wolnością mediów?

Nieistotne jest to, co ja sądzę. Ważne jest to, co sądzi większość społeczeństwa. A patrząc na skalę protestów i wsparcie widzów, widać, że ludzie nie godzą się na to, żeby odebrać im dostęp do rzetelnej informacji. Nie wychodzą na ulicę, bo mają ochotę iść na protest w ciepły, słoneczny weekend. Wychodzą, bo czują, że coś jest im odbierane i po prostu się temu sprzeciwiają.

A jak widzisz przyszłość? Czy sądzisz, że te protesty przyniosą coś więcej niż stworzenie wspólnoty opartej na wyznawanych wartościach – w tym wypadku wolności słowa?

Przez ostatnie lata w ramach pracy byłam na niezliczonej ilości protestów. Wydaje mi się, że presja zawsze ma sens. Protesty to część demokracji i po to ludzie manifestują, żeby to dało jakieś efekty. Nawet jeżeli czasami nie robią wrażenia na lokalnej władzy, to często przykuwają uwagę świata – tak jak ma w przypadku Białorusi.

Chodzisz na Marsze Równości?

Za każdym razem jestem wtedy w pracy.

Nie próbowałaś się urwać?

W przyszłym roku już nie odpuszczę tego wydarzenia.

Postrzegasz Marsze Równości jako narzędzie politycznego nacisku, takie jak protesty, o których mówiłaś?

Marsze nie byłyby w żaden sposób narzędziem politycznym, gdyby nie fakt, że wychodzą tam ludzie, którzy chcą zawalczyć o równe prawa. Przyznanie komuś praw wiąże się z procesem legislacyjnym, zatem i z polityką. Nie mówię, że zawsze tak będzie.

Wróćmy do homofobii. Powiedziałaś, że odkąd pamiętasz, nie dotykała cię bezpośrednio. Ale istnieje jeszcze drugi typ homofobii – ta ukryta, systemowa, która przejawia się np. w braku równości małżeńskiej. Czujesz, że to wpływa na twoje życie? Zadowalają cię półśrodki, takie jak np. formalizacja związku za granicą?

Nie satysfakcjonowałby mnie wyjazd i wzięcie ślubu, który potem nie jest respektowany w naszym kraju. Chodzi nie tyle nawet o kwestię romantyczną, ile pragmatyczną. Praktycznie wróciłybyśmy po ślubie, z podróży poślubnej i tak naprawdę… dalej by było tak, jak jest. Ślub jest wspaniałą ceremonią, ale też niesie za sobą pewne poważne konsekwencje i zobowiązania. Chciałabym go brać z całym inwentarzem, a nie tylko tę przyjemną część. Na co dzień jednak zawsze skupiam się na tym, co możemy zrobić, co mamy dane i ile mamy szczęścia, a nie na tym, co jest nam zabierane.

Czy sytuacja ze zdjęciem jakoś na was wpłynęła? Jesteście rozbawione, zdziwione, silniejsze?

Słowa, które najlepiej opisują tę sytuację, to „totalny rollercoaster”. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne, ale w tamtej chwili byłam pewna, że nic w moim życiu już nigdy nie będzie takie samo. Potrzebowałyśmy czasu, żeby zauważyć, że tak naprawdę nie zmieniło się nic. I na powiedzenie sobie, że nie zrobiłyśmy nic złego. Na koniec zadałyśmy sobie pytanie: czy można z tym wszystkim zrobić coś dobrego? Nie wiem jeszcze jak, ale wiem, że się postaramy.

O to właśnie chciałam cię zapytać. Odnalazłaś się w roli osoby, do której osoby LGBTQ+ i ich bliscy zwracają się o wsparcie. Czy ta sytuacja pociągnie za sobą kolejne działania na rzecz społeczności?

Odzywa się do mnie wiele osób w sprawie rozterek w swoich związkach czy związanych z coming outem przed rodziną, życiem w ukryciu. Nie mogę im nic doradzić, bo nie jestem ekspertką, ale staram się je podnieść na duchu. Opowiedzieć o swoich doświadczeniach. Na tyle, na ile mogę, będę starać się pomóc i odpisywać każdemu. Od zawsze prowadziłam konto publiczne. Wrzucałam swoje zdjęcia z Iwonką, dołączałyśmy flagi, konto pełniło więc funkcję, jak by to powiedzieć, uświadamiającą. Czy to, co mówię, ma sens?

Jeżeli rozumiesz przez to wykorzystywanie tego, że jesteś osobą publiczną, jako platformy do pokazania wartości, które są dla ciebie ważne, to jak najbardziej.

Trudno mi o sobie mówić, że jestem osobą publiczną. Po prostu zyskałam trochę obserwujących w mediach społecznościowych. Nikt nigdy nie interesował się moim życiem. Zawsze prowadziłyśmy konto z myślą o uświadamianiu ludzi: niech widzą, niech zrozumieją. W taki sposób walczymy ze stereotypami.

Jak przebiegł twój coming out przed rodziną?

W zasadzie zostałam do niego sprowokowana. W pewnym momencie mama zaczęła mnie pytać: „Czy ciebie chłopcy w ogóle interesują?”. W końcu, za którymś razem, po prostu odpowiedziałam, że nie. Zwłaszcza że już wtedy byłam w związku z dziewczyną.

Ułatwiła ci zadanie.

Tak. Rodzice potrzebowali chwili, żeby się z tym oswoić. Kiedy rozmawiałam o tym ostatnio z mamą, podkreśliła, że nie chce, aby teraz określać ją jako „tolerancyjną” lub, co gorsza, „akceptującą”. Rodzina po prostu szanuje to, kim jestem. Zarówno dla rodziców, jak i mojej siostry, wujków i dziadków Iwonka jest po prostu częścią rodziny. W ich oczach, oczywiście pomijając formalny ślub, nie różnimy się od związku mojej siostry, która ma męża.

Wiele osób mogłoby wam pozazdrościć.

Wiem o tym i wiele osób do mnie o tym pisze. Podkreślam jednak, że dałam rodzinie szansę. Mogłam po prostu brnąć w bajkę i powtarzać, że nie spotkałam jeszcze odpowiedniego chłopaka…

…i skupiam się na pracy.

I skupiam się na pracy. Stwierdziłam, jednak że nie ma sensu dłużej tego ciągnąć. Byłam na studiach i miałam pierwszą dziewczynę. To było chyba na trzecim roku, więc miałam wtedy 22-23 lata.

Nie byłaś wyoutowana przez cały okres szkoły.

Uświadomiłam sobie, że jestem lesbijką, dopiero gdy byłam na studiach. Wcześniej, w szkole wszystkie koleżanki rozglądały się za chłopakiem, więc ja też chciałam chłopaka mieć. Myślałam, że jeśli idę z nim za rękę, to już jest wielka miłość. Dopiero kiedy poznałam na studiach swoją pierwszą dziewczynę, zorientowałam się, że to jednak zupełnie inne uczucie niż te, które żywiłam w liceum czy gimnazjum. Pewnie gdybym dzisiaj była nastolatką, zastanowiłabym się dwa razy nad tym, czy bardziej podobają mi się chłopcy, czy dziewczyny.

Pamiętam, że mówiło się wtedy o homoseksualności – wtedy „homoseksualizmie” – jako zjawisku, które istnieje, ale zazwyczaj jest fazą przejściową.

Nie doświadczyłam nawet czegoś takiego. Wiedziałam, że tacy ludzie istnieją, ale stanowią mniejszość. A jak ja mogłam być w jakiejś mniejszości? Szkoda, że już wtedy nikt mnie nie uświadomił.

Sporo się mówi o zmaganiach z orientacją czy tożsamością w okresie dorastania, a tymczasem są osoby, które zmagają się z tym jeszcze dłużej i czekają na swój moment – aż poczują się na tyle silne, by zrobić coming out i zacząć żyć tak, jak by chciały. Twoja historia jest na tym tle ciekawa.

Każdy musi wyczuć swój moment, poczuć się na tyle pewnie, żeby w końcu światu powiedzieć o sobie. Wiem, że dla wielu osób matura, a potem wyjazd na studia jest szansą na nowy start, na nabranie wiatru w żagle. Ja nie planowałam wyjeżdżać, wszystko, co dobre, znalazłam na miejscu.

Wydajesz się osobą bardzo skupioną na pozytywach. To świadoma strategia?

Tak. Zdecydowanie, staram się myśleć pozytywnie. Czasami wręcz jestem lekkoduchem, przez co bywa, że budzę się z ręką w nocniku. Zatem takie podejście ma swoje plus i minusy. Dzięki temu, jestem mniej zestresowana, ale też mniej przygotowana na sytuacje awaryjne.

Jak się poznałyście z Iwoną?

Poznałyśmy się na Wiertniczej (w siedzibie TVN – przyp. red.), jeszcze w redakcji „Faktów”. Zaczęło się od podchodów, które przerodziły się w związek trwający już 7 lat. Właściwie od początku mieszkamy ze sobą. Teraz nie wyobrażam sobie mieszkania bez Iwonki, która jest moją bratnią duszą. Nigdy nie doświadczyłam takiego poczucia bezpieczeństwa, jak przy niej. Ona twardo stąpa po ziemi, dlatego przy swoim nastawieniu lekkoducha zawsze mogę liczyć na to, że sprowadzi mnie na ziemię.

Pracujecie w jednej branży, która w dodatku przeżywa teraz kryzys. Czy to wpływa na wasze wyobrażenia o przyszłości?

W ogóle w ten sposób nie myślimy. Wierzymy, że wszystko przetrwamy – jako wolne media. Ludzie, nasi widzowie, chcą mieć wybór, więc nikt im go odebrać nie może. Jako para dużo o tym dyskutujemy. Ogólnie lubimy dyskutować o sprawach bieżących i możliwych scenariuszach.

Co macie w najbliższych planach?

W planach mamy urlop, ale to zweryfikuje sytuacja covidowa. Zawsze możemy wziąć samochód i zrobić sobie europejski trip. Mamy podobny styl wypoczywania. Wolimy relaks niż odhaczanie kolejnych zabytków. Myślę, że razem byłybyśmy w stanie zjechać cały świat.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Jedyny (jawny) gej w Wińsku

IZYDOR ZIELNICA mieszka w Wińsku pod Wrocławiem. Ma 21 lat, uwielbia ciągniki marki New Holland, co widać na jego profilu na Facebooku. Jest synem wójtowej, gorącej zwolenniczki PiS. Jak dogaduje się z rodziną i sąsiadami? Czy chciałby mieszkać w dużym mieście? Czy może pogadać o swojej orientacji z kolegami i jak doszło do tego, że na kapliczce we wsi pojawiła się tęczowa flaga? Z Izydorem spotkał się Tomasz Piotrowski

 

Foto: Anna Piotr „Smarzu” Smarzyński

 

Na grupie na Facebooku „LGBT Polska” pojawiają się różne posty – czasem to informacje o wydarzeniach z Polski i świata, innym razem pytania o to, jak radzimy sobie jako osoby LGBT w homofobicznym kraju, a jeszcze innym – propozycje randek. Pewnego razu przed oczy wpadło mi zdjęcie Izydora Zielnicy – młodego chłopaka w niebieskim polarze z logo New Holland, stojącego przy wielkim ciągniku tej marki. To było zdjęcie profilowe, do którego dodana była wielka tęczowa nakładka. Młody gej, pasjonat rolnictwa, mieszkający w Wińsku pod Wrocławiem. Hmm! Musiałem do niego napisać. Spotykamy się na wideoczacie. Izydor siada przed kamerą w pomarańczowej koszulce Stihl z odblaskami i popija herbatę z kubka markowanego tym samym logo. Kiedyś mieszkał w Oławie, 30 km od Wrocławia, a teraz, już od 6 lat – na obrzeżach gminy Wińsko, mającej 8200 mieszkańców. Wójtową od 2014 r. jest tam jego mama, Jolanta Krysowata-Zielnica, przed laty dziennikarka radiowa, telewizyjna i prasowa (reżyserka filmów dokumentalnych, m.in. „Droga Krzyżowa”, „Coraz bliżej nieba”), a później, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, kandydatka PiS do parlamentu w 2011 r. i prawa ręka Beaty Kempy, która dała jej za zadanie stworzenie w regionie struktur Solidarnej Polski.

Kombajny, traktory, piły

Izydor: „Od czwartej klasy szkoły podstawowej chciałem być rolnikiem. W 2019 r. skończyłem technikum rolnicze, a pół roku później założyłem firmę „Zielnica – pielęgnacja zieleni”. To dlatego te ubrania Stihla (firma produkująca narzędzia ogrodnicze – przyp. red.), którym tak się przyglądasz. (śmiech) Pasjonuje mnie wszystko, co związane z ciężkimi maszynami. Kombajny, traktory, piły, duże kosiarki ogrodnicze. Uwielbiam to. I widzisz, Krystyna Pawłowicz pytała kiedyś na Twitterze, czy geje potrafi ą wbić gwóźdź w ścianę, skręcić półkę na książki, czy odmalować pokój. No pewnie, że potrafi ą. I nawet więcej!”. Dopytuję, skąd te zainteresowania, czy jego rodzina miała gospodarstwo, czy wychowywał się gdzieś z dziadkiem na roli. „Zacznijmy od tego, że jestem adoptowany. Nigdy nie mieliśmy żadnego gospodarstwa. Te wszystkie zdjęcia na FB pochodzą z moich różnych praktyk, z pracy, gdy w czasie żniw pomagam sąsiadom itd. To wszystko pasja, z tym się rodzisz, tak jak z orientacją!”. A więc własne gospodarstwo to jego marzenie? Mówi, że nie, że bardziej marzy mu się traktor: „I to niebieski. Albo żółty kombajn. (śmiech) Kolory New Hollanda, najlepsza marka. Moja sypialnia jest pomalowana na te właśnie kolory, jest tam mnóstwo plakatów rolniczych, które są dołączane do prenumeraty „Rolniczego Przeglądu Technicznego”. Raz wygrałem nawet kalendarz w konkursie New Hollanda i mam zdjęcie z dyrektorem głównym na Polskę. To było marzenie, które spełniło się w wieku 18 lat”. Dopytuję, kiedy siedział pierwszy raz za kierownicą. Siedział, odpowiedź jest nieco zaskakująca: „Prawo jazdy mam od 16. roku życia, ale na nielegalu pierwszy raz jechałem traktorem w wieku 14 lat. Dwa kilometry od nas mieszkał pan Romek, który już nie żyje. Dobry człowiek z niego był, on mnie nauczył jeździć na polu. I tak – z prawem jazdy kategorii T można prowadzić ciągnik i dwie przyczepy z tyłu. A ja miałem wtedy 14 lat, za sobą trzy przyczepy, a gościu siedział obok nawalony, ledwie się trzymał na siedzeniu z piątym piwem w ręce. (śmiech) Pan Romek był super. To byli znajomi mojej mamy, mieli duże gospodarstwo. Czasem prosto po szkole, z plecakiem wysiadałem specjalnie z autobusu wioskę wcześniej i szedłem do niego trochę mu pomóc czy to na żniwach, czy gdzieś w polu”. Izydor podkreśla, że w pracy na roli najbardziej pasjonuje go bliskość natury. Wspomina tatę, wykładowcę akademickiego, który siedzi w pokoju obok przy komputerze. Izydor by tak nie mógł. „Ja lubię być na dworze. To sójka przeleci, to bocian. To jest ekstra”.

Tęczową smycz i opaskę noszę zawsze

Swoją homoseksualną orientację Izydor odkrył w gimnazjum. Oglądał się za chłopakami, a nie za dziewczynami, i nigdy nie próbował z tym walczyć. „Do ludzi wyszło to przez przypadek, powiedziałem jednej koleżance, a ta wszystkim rozgadała. No i mówię trudno, jak ma tak być, to tak będzie. Ja siebie akceptuję. Nie musi mnie każdy lubić. W szkole dostałem kilka razy szynką z kanapki czy długopisem, ale większość wolała się nie odzywać. Od pedałów może raz czy dwa mnie wyzwali. Dziś wiedzą o mnie wszyscy w gminie, każdy rolnik, u jakiego pracowałem, wiedział, każdy klient. Zawsze mam tęczową smycz przy spodniach i tęczową opaskę na ręce. Czasem mnie nawet pytają, czy sobie już jakiegoś faceta znalazłem. A czasem pytają o dziewczyny, zupełnie nie zauważając tej tęczy. Wtedy mówię, że nie, że będę miał chłopaka. Większość wzrusza ramionami i mówi, że ich to tam wali, że to moje życie. Gdy dowiedziałem się o akcji z rozwieszaniem tęczowej Maryjki (w 2019 r. Ewa Podleśna w reakcji na skrajnie homofobiczny wystrój ołtarza w kościele św. Dominika w Płocku rozkleiła w jego okolicach nalepki z wizerunkiem Matki Boskiej z tęczową aureolą – przyp. red.), to poszedłem w nocy z tęczową flagą pod kapliczkę we wsi i tam powiesiłem. (śmiech) Wszyscy gadali, winnego szukali, a że ja jedyny gej w całej wiosce, to od razu było wiadomo, że to syn wójtowej. Jak w sądzie uznano, że tęcza nie obraża, to potem wypomniałem wszystkim sąsiadom: »A widzicie, i co? Głupio wam teraz?«”. Dopytuję, czy ksiądz z lokalnej parafii nie zrobił awantury. W końcu w małych miejscowościach to wciąż osoba ciesząca się dużym poważaniem. Jednak nie, a poza tym Izydor do kościoła nie chodzi od 18. roku życia. Wcześniej miał taki przymus od matki. „Obchodzę urodziny w lipcu, te 18. wypadały w środę – więc niedziela przed tą środą to był ostatni dzień, kiedy byłem w kościele. Od września wypisałem się z religii. Wtedy rodzice już o mnie wiedzieli. Dowiedzieli się, gdy miałem 17 lat i na Facebooku zacząłem udostępniać tęczowe posty. Najgorzej było i w sumie dalej jest z mamą. Najpierw był płacz, że HIV i AIDS, potem krzyk, a teraz w sumie mama nie chce o tym rozmawiać i czuję, że cały czas się boi. Nie chce też, żebym cokolwiek na ten temat udostępniał w sieci, ale chyba nie chodzi o mnie. Myślę, że chodzi o jej pozycję w gminie, o to, co ludzie powiedzą. Mama nie należy do partii PiS, ale bardzo ją popiera i głośno o tym mówi. To nie jest proste, o wielu rzeczach nawet nie chcę z mamą rozmawiać, bo nie chcę się z nią kłócić. Gdy udostępniam coś od Wiosny Biedronia na FB, ograniczam dla niej widoczność. Przy moim pierwszym kolczyku mama zapytała, co to za gówno. Była wielka kłótnia. Ale potem się już przyzwyczaiła – pojawił się drugi, trzeci, czwarty. Z włosami było podobnie – zrobiłem to bez jej wiedzy. Byłem na kursie rolniczym 6 dni poza domem, jeszcze przed wyjazdem umówiłem się do fryzjera, wróciłem już z blond włosami i tak jest od 2 lat. W tej chwili nie spędzamy ze sobą wiele czasu. Mieszkamy razem, ale w sezonie letnim widzimy się 2 czy 3 minuty dziennie”. Co z tatą i resztą rodziny? „Tata od razu powiedział, że mnie kocha, i w sumie też nigdy już do tematu nie wrócił. A moje dwie siostry? Zaskoczyłeś mnie. W sumie w rodzinie nie mam nikogo, z kim mógłbym o tym porozmawiać. Jedna z sióstr ma 22 lata i jest przeciwko LGBT. Mama ją kiedyś tak nastawiła, teraz ma chłopaka i »teściową « i oni są oboje też chyba bardzo pro- -PiS. Po 18. urodzinach wyprowadziła się od nas i nie utrzymuje z nami relacji. Z drugą, 24-letnią siostrą, jest OK, kilka dni temu byłem u niej na obiedzie, zamieszkała z chłopakiem. Trochę posmutniałem, że ja tak nie będę nigdy mógł”. Mówię Izydorowi, że to przecież możliwe. Izydor o tym marzy, ale nie wierzy, że kiedykolwiek to się ziści. „Chciałbym dalej prowadzić moją firmę, mieszkać z chłopakiem gdzieś tutaj w okolicach, bo do dużego miasta nigdy mnie nie ciągnęło. Nie chodzi mi nawet o to, żeby dom budować. Po prostu razem mieszkać, żeby to była szczera, prawdziwa relacja. Piszą do mnie tu czasem, że ładny, fajny, że wyślij foto kutasa. Mówię: nie, koniec z internetem. O co tutaj chodzi? Najpierw trzeba się poznać, pogadać, władować czasu, energii no i pewnie kasy w tę relację i później dopiero coś tam więcej myśleć”.

Żyć się odechciewa

Pytam więc Izydora o jego dotychczasowe relacje. „Miałem dwóch chłopaków. Jednego z Wrocławia, drugiego z Leszna. No, ale nie wyszło. Seks? (śmiech) Tak, no i na jednym się nie skończyło. (śmiech) Szczerze? Myślałem, że będzie lepiej, jakoś aż tak mnie do tego analu nie ciągnie. No, ale fajnie było. A pierwszy raz? Kolejna pojechana akcja. Poszedłem z kolegą na dwa browarki i się skończyło u niego w domu. Czasem się widzimy w pizzerii, 15 km dalej. Każdy tylko: siema, siema. Było minęło”. (śmiech) Izydor niewiele mówi o homofobii. Biorąc pod uwagę, że tak wiele osób LGBT+ boi się coming outu ze strachu przed reakcją lokalnej społeczności, dopytuję Izydora o ten temat. „Najgorzej chyba jest z kolegami, moimi równolatkami. Ostatnio wyrzuciłem z mojego życia co najmniej 15 osób. Na ulicy nie mówili mi cześć, omijali mnie. W Wińsku jest jeden taki okropny homofob. Co chwilę mówi takie teksty, że mi się odechciewa żyć. Teksty typu, że powinniśmy zdechnąć, że mamy wypierdalać. Jest o rok młodszy ode mnie i mamy wspólnych znajomych, więc czasem niestety zapraszają mnie na ognisko, na które przyjeżdżam, i okazuje się, że jest on. A jak się napije, to jest jeszcze gorzej”. To nie wszystko. W czerwcu Izydor został wyproszony z 18. urodzin znajomego, bo zaproszeni goście nie chcieli u siebie „pedała”. A ostatnio, podczas urlopu ze znajomymi w pobliskim Boszkowie, został zaproszony na domówkę. Od razu po wejściu zapytali go, czy jest „pedałem”. Według Izydora domyślili się po kolczyku. Wyszedł. Ku mojemu zdziwieniu największe wsparcie otrzymuje nie od koleżanek, ale od kilku kolegów ze wsi, u których znajduje zrozumienie. „Oni mnie serio wspierają, nie to, że jesteś to jesteś, wyjebane, twoja sprawa. Czasem siedzimy sobie przy piwku, i to nie przy sześciu czy ośmiu, ale i przy jednym poruszamy trudne tematy – tego, jak mi jest w Polsce, czy kogoś tu sobie znajdę, jak to mi jest z rodziną”. Ciekaw jestem, czy Izydor jako lokalny aktywista LGBT+ był też na wrocławskim Marszu Równości. „Tak, pierwszy raz w 2019 r. Bardzo mi się podobało. Ta energia, poczucie że jesteśmy razem, że nie jestem na tym świecie sam. Niesamowite. A co do aktywizmu – byłem wolontariuszem Tęczowej Wiosny (organizacja polityczna działająca przy Wiośnie Biedronia – przyp. red.). Mam zresztą zdjęcie i z Biedroniem, i z Krzysiem Śmiszkiem. Mam smycze z Wiosny, przypinki Lewicy. Głosowałem na nich, bo wspieram ludzi, którzy chcą wprowadzić równość małżeńską. To jest dla mnie ważne”.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Maski jak tarcze

„Queerfobia i homofobia, a właściwie autohomofobia, jest we mnie zakodowana przez religię, wychowanie, przez Polskę i w gorsze dni wraca, by ponownie mnie opleść łańcuchami. Tak naprawdę łatwo się do nich przyzwyczaić, dlatego wyzwalanie się jest procesem dynamicznym i trudnym, ale potrzebnym” – mówi TEN CZA, queerowa osoba performerska. Rozmowa Jakuba Wojtaszczyka

 

Foto: Paweł Spychalski

 

W jednym z postów na Instagramie napisałaś, że jako osoba queerowa jesteś wciskana w normatywne ramy, które krępują jak łańcuch i nie pozwalają być radykalnie sobą. Jak wygląda to funkcjonowanie w granicach twojej tożsamości?

Kiedy mówię o sobie, używam określenia „osoba niebinarna”, chociaż tak naprawdę najbardziej komfortowo czuję się, w ogóle siebie nie określając. Zdecydowanie ważniejsze od mówienia jest pokazywanie tego w sposobie funkcjonowania czy ubierania się. Zawsze jestem pozytywnie zaskoczony, kiedy w sklepie ktoś zwróci się do mnie per pani, bo moja ekspresja też nie jest do końca kobieca – jestem łysy i noszę to, co akurat leży w szafie, ha, ha.

Mówisz, że wolałbyś się nie nazywać, ale jednak to robisz. Po co ci kolejna łatka?

Pół roku temu nastąpił przełom – określiłem siebie i zacząłem głośno mówić, kim jestem. Tym samym zwiększam widoczność osób niebinarnych w naszym kraju. Być może ktoś mający tożsamość podobną do mnie, usłyszy mój głos i zobaczy, że nie jest sam, że u nas niebinarna reprezentacja istnieje. Sam takiej osoby nie miałem i mojej tożsamości szukałem po omacku.

W jaki spósób?

Im więcej o sobie odkrywałem, tym bardziej chciałam tę wiedzę zamanifestować. Jednak najpierw trzeba było przyzwyczajać najbliższych. Zacząłem wkradać w mój codzienny wizerunek nienormatywne elementy. Bardzo często zmieniałem kolor włosów. Przesiadywałem w lumpeksach, w których znajdowałem dziwne rzeczy, niebędące typowo męskimi ubraniami, i je nosiłem każdego dnia. O dziwo, rodzina reagowała zupełnie naturalnie. Był to nasz wspólny proces oswajania się z tą ekspresją. Wreszcie w wakacje na przełomie liceum i studiów dokonałem coming outu. Dotyczył orientacji homoseksualnej, ponieważ niebinarny coming out przed rodziną jest jeszcze przede mną.

Jak zareagowali najbliżsi?

Pochodzę z rodziny katolickiej, więc tak naprawdę mogłem się spodziewać najgorszego. Na szczęście nie doczekałem się negatywnej czy agresywnej reakcji, tylko po prostu… nie rozmawialiśmy o tym przez kolejne 2 lata. Frustrowała mnie ta sytuacja. Czasami wybuchały kłótnie, które i tak omijały temat. Pewnie nie byli gotowi na tego typu rozmowę, a mnie, odkąd pamiętam, dużo łatwiej przychodzi mówienie o czymś istotnym nie za pomocą słów, tylko języka wizualnego. Przez lata naturalnie wykształciłem w sobie artystyczne umiejętności, bo tak się komunikowałem ze światem.

Teraz przydają ci się na malarstwie na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Dokładnie! Pamiętam, jak poszedłem na wystawę malarki Marii Lassnig, która w swojej sztuce zajmuje się autoportretem. Stworzyła koncepcję, zgodnie z którą wrażenie wzrokowe nie jest wystarczające, dlatego poszukiwała czegoś bardziej szczerego. Dla niej tym czymś okazało się jej ciało. Szukała w nim miejsc, których ma świadomość, czyli w których czuje napięcia mięśni. Później starała się przenieść te napięcia, te zgięcia w ciele, na płótno. Było to dla mnie niezwykle otwierające. Wtedy postanowiłem iść na Akademię i zająć się autoportretem. Podobnie jak ta artystka, w moich pracach przedstawiałem to, jak odczuwam swoje ciało. Było ono punktem wyjścia i przechodziło w emocje oraz w eksploracje wizerunku jako elementu jednocześnie wyrażającego i budującego queerową tożsamość.

Czy drag jest przeniesieniem ciebie i twojego autoportretu na wyższy poziom: ty w wersji 2.0?

Absolutnie tak. Sceniczna postać bardzo silnie się przenika z postacią z obrazów. Nawzajem się uzupełniają i wynikają z siebie. Tak naprawdę trudno mi określić, kiedy w moim przypadku zaczął się drag. Nie było takiego kluczowego momentu, że oto założyłem perukę i poszedłem na miasto. Wręcz przeciwnie – dragowałem, odkąd pamiętam, tyle tylko, że nie nazywałem tego dragiem. W liceum wychodziłem na imprezy w ekstrawaganckim przebraniu, strojem kwestionowałem swoją płeć, performowałem ją i też byłem w tym konsekwentny – jeżeli spotykałem się z homofobią wśród znajomych, zrywałem kontakt. Świadome nazwanie dragu dragiem przyszło na studiach.

Rodzi się Ten Cza, czyli twoja sceniczna drag persona?

Nie powiedziałbym, że jest ona postacią sceniczną, bo nie jest aż tak odległa ode mnie. W czasie kiedy eksperymentowałem z kolorami włosów, o którym wspominałem, znajomi nazywali mnie „Tenczą”. Uznałem, że to świetny pseudonim artystyczny. Zaczerpnięcie z mojej własnej biografii idealnie pasuje do mojego dragu, bo go nie wkładam, po prostu jestem.

Jak club kid, czyli postać, która wychodzi z dragiem do przestrzeni publicznej. To też drag queerowy, nieopierający się na binarnym podziale na faceta przebierającego się za kobietę i na odwrót…

Dokładnie tak. Zrozumiałem, że interesuje mnie właśnie taki rodzaj dragu, po obejrzeniu filmu „Party Monster” z 2003 r. Zafascynowało mnie podejście club kids do mody, używanie w lookach przedmiotów, które nie są typowymi elementami garderoby, i to, w jak świadomy sposób tworzyli i wykorzystywali swój wizerunek. Po seansie zacząłem googlować, kim dokładnie jest club kid. Zachwyciło mnie to, że w dragu zmieniasz rzeczywistość po prostu w niej będąc, na co dzień, niekoniecznie wychodząc na scenę. Już wtedy studiowałem malarstwo, więc zacząłem szukać połączeń dragu ze sztukami pięknymi. Jednak nie znalazłem żadnych konkretnych źródeł naukowych, które o takim powiązaniu by mówiły. Zauważyłem, że sztuka nie podejmuje tematu dragu, a jeżeli już, to jest to obserwacja z boku, takie trzymanie się na dystans. Jednak tym, co znalazłem i co mnie zaciekawiło, były teksty na temat masek. Maska przełamuje tabu w społeczeństwie i może być do tego wykorzystana przez sam fakt swojej obecności. W tym rozumieniu drag można traktować jako maskę.

W przestrzeni Ten Cza jest bardzo kolorowa – nosisz ortaliony, dziergane bluzki w rażących kolorach, różowe kozaki na obcasie, oplatasz się koralami. Jesteś jak wiosna na speedzie. Jeśli drag jest maską, to co kryje się pod tą feerią barw?

Ten Cza pochodzi ze świata, który jest bardzo kolorowy i na pierwszy rzut oka bardzo infantylny. Jednak kiedy zaczniesz zdrapywać tę barwną powłoczkę, dotrzesz do czegoś bardzo niepokojącego. Przygotowując się do coming outu, uznałem, że albo go robię na maksa, albo nie robię go wcale. Tak bardzo chciałem mieć go za sobą, że nie dałem sobie przestrzeni na przepracowanie tego, co on dla mnie oznacza i jak wpłynie na rzeczywistość dookoła mnie. Nie chciałbym wdawać się w szczegóły, bo wracam do tych momentów i przepracowuję je z moją terapeutką, ale np. boję się wchodzić w romantyczne relacje, ponieważ ze względu na moje katolickie wychowanie podświadomie dalej siedzi we mnie fałszywa wizja związku i rodziny jako konstruktu, który musi prowadzić do ślubu i gromadki dzieci. Wybuchowa Ten Cza staje się moją tarczą, którą odgradzam się od przytłaczającej codzienności. Kolor, a z nim pewna infantylizacja czy percepcja dziecka, to mój mechanizm obronny – nie myślę o negatywnych sprawach, bo wiem, że mógłbym sobie z nimi nie poradzić. Zakrywam się i udaję, że wszystko jest w porządku, chociaż podskórnie wiem, że jest inaczej. Błędne koło.

Czy kiedy wchodzisz na scenę, twój performance ma autoterapeutyczną moc?

Nie sądzę. Podczas występu opowiadam o tym, co czuję, i mam nadzieję, że odbiorca też może odnaleźć w nim siebie. Performance ma wydźwięk aktywistyczny, podobnie jak moje nazywanie siebie osobą niebinarną i głośne mówienie o tej tożsamości.

W przeciwieństwie do twojej obecności w dragu w przestrzeni domowej czy klubowej na scenie nosisz np. robioną na drutach maskę diabła, kabaretki, podartą koszulkę, a do tego jesteś spętana łańcuchami i kołem od roweru… Przedstawiasz swoją zupełnie inną, mroczną stronę?

Estetyka dark wynika z tego, że moimi występami zawsze staram się powiedzieć coś na temat queerowych tożsamości w świecie, w którym przyszło nam żyć. A że funkcjonujemy w Polsce, będzie to opowieść o smutnych rzeczach, traumach.

Jakie to są traumy?

Opowiem na przykładzie performance’u z kołem od roweru, o którym wspomniałeś. Jestem do tego przedmiotu przywiązana łańcuchami do kolan i łokci. Koło symbolizuje homofobię i słowo „pedał”, na co dzień rzucane w moim kierunku. Traumatyczne jest to, jak ten przedmiot ogranicza moje ruchy i naznacza je. Garbię się, jestem wręcz zdeformowana. W występie udaje mi się z niego wyzwolić. Przejmuję słowo „pedał” i zaczynam, jak wiele innych queerowych osób, mimo negatywnych konotacji, używać go jako określenia własnej tożsamości. Wydaję się silną, otwarcie queerującą rzeczywistość personą, która przeszła długi proces wyzbywania się homofobii z własnego układu krwionośnego, dalej jednak pozostają w nim jej śladowe ilości. Queerfobia i homofobia, a właściwie autohomofobia, jest we mnie zakodowana przez religię, wychowanie, przez Polskę i w gorsze dni wraca, by ponownie mnie opleść łańcuchami. Tak naprawdę łatwo się do nich przyzwyczaić, dlatego wyzwalanie się jest procesem dynamicznym i trudnym, ale potrzebnym.

Czy to, że studiujesz na ASP, pomaga w budowaniu twoich występów?

Daje mi możliwość przeanalizowania tego, co robię. Tak jak rozmawiam o moich obrazach z profesorami, tak samo podchodzę do występów, które tworzę. W obu przypadkach muszę znaleźć w nich konkretne symbole mające przekazać sens mojego myślenia na jakiś temat. Zaczynam od konkretnej rzeczy. To może być fragment piosenki, na którym się zafiksuję i wokół którego później buduję kolejne elementy. To może być też konkretny przedmiot, jak w przypadku koła. Zdarzyło mi się, że, będąc w sklepie, natrafiłem na białe szczotki do kibla, które wyglądały jak bukiet ślubny. Zafascynowało mnie to podobieństwo do tego stopnia, że stworzyłem występ, który przepracowywał całą koncepcję małżeństwa. Coś, co w naszej kulturze zakorzenione jest jako moment pozytywny, dla queerowych osób ma gorzki posmak, bo po prostu w Polsce nie możemy ślubu wziąć.

Jesteś członkinią House of Viva la Diva, czyli domu drag person skupionych wokół warszawskiego klubu Pogłos. Jak przenosisz clubkidową ideę rozsadzania codzienności ze swojej bańki, której nie musisz przekonywać do dragu czy queerowości, na ulice?

Bardzo chcę moją nienormatywność pokazywać na co dzień, ale zwyczajnie boję się o własne życie. Drag zawsze wywoła reakcje. Z jednej strony będą one pozytywne, z drugiej muszę się liczyć z tym, że pojawią się te negatywne, a wręcz agresywne. Jeszcze nie jestem na nie gotowa. Na razie takie sytuacje przenoszę na moje obrazy. Ostatnio namalowałam tę, która wydarzyła się na afterze po tegorocznej Paradzie Równości. W klubie stały takie skrzynki, do których wrzucasz 2 zł, przekręcasz wajchę i wypada kulka z niespodzianką. Wtedy miałam na sobie czarną maskę z rogami, która przypomina diabła. Stwierdziłam, że to świetne przełamywanie codzienności – mroczna postać kupuje sobie taką najzwyklejszą kulkę. Maluję też różnego rodzaje deformacje powodujące, że człowiek przestaje przypominać istotę ludzką, zaczyna być hybrydą, kosmitą. Jest odmieńcem, niczym osoby queerowe w oczach normatywnej większości.

Myślisz, że kiedyś odważysz się na wyjście w dragu na ulicę?

Mam wrażenie, że się do tego przygotowuję. Tak jak moją mamę przygotowywałam do dragu, który teraz uwielbia – chce zabrać na występ koleżanki i babcię. Tak samo, jak przygotowywałem się na ASP, składając teczkę z nudnych anatomicznych rysunków i martwej natury, by móc znaleźć swoją ekspresję w postaci autoportretów. Tak sam siebie przygotowuję na radykalne funkcjonowanie odrzucające wszystko to, co normatywne i kneblujące.

Tekst z nr 93 / 9-10 2021.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.