DANIEL OKLESIŃSKI, dziennikarz-wolontariusz „Repliki” był jedną z 48 osób zatrzymanych 7 sierpnia na 24 godziny w szokującej policyjnej łapance. Oto jego relacja
Foto: Krystian Lipiec
Mam 24 lata. Od prawie trzech lat jestem dziennikarzem-wolontariuszem „Repliki”. Odpowiadam przede wszystkim za teksty okołofilmowe. Z komfortu własnego mieszkania szukam filmów o tematyce LGBT, które mogą edukować, inspirować czy dodawać otuchy. Poza Marszami Równości raczej nie chodzę na demonstracje, ale w piątek, 7 sierpnia, gdy kończąc pracę koło godziny 18, przeczytałem, że Margot ma właśnie zostać aresztowana pod siedzibą Kampanii Przeciw Homofobii, czyli kilka ulic dalej, 15 minut drogi pieszo ode mnie – od razu postanowiłem, że tam idę. Być może uda się zrobić dobre zdjęcie dla „Repliki”, być może zobaczę coś wartościowego, o czym inny portal nie napisze, być może to będzie ważny dzień w polskiej historii tęczowego aktywizmu. Nie przeszło mi przez myśl, że wbrew własnej woli, ze świadka i dziennikarza stanę się jedną z ofiar tamtego wieczoru.
Wszystkich nas nie zamkniecie
Ale po kolei. Kiedy dotarłem pod KPH, zdążyła się tam zebrać już spora grupa ludzi. Na tyle duża, że reszta naszej redakcji oglądająca w sieci relację na żywo, robioną z centrum wydarzeń bezpośrednio przez Stop Bzdurom, widziała lepiej ode mnie, co się dzieje. Nie miałem więc co relacjonować, nagrałem tylko krótkie wideo skandujących profetycznie ludzi: „Wszystkich nas nie zamkniecie”. Właśnie wtedy Margot podchodziła do kolejnych policjantów, bezskutecznie wystawiając ręce do aresztowania. Z mojej perspektywy były tylko odjeżdżające radiowozy, potem tańcząca Margot i wezwanie, że idziemy na Krakowskie. No to poszliśmy.
Krótki spacer z Solca na Krakowskie Przedmieście nagle nabrał paradowego charakteru. Ktoś puszczał piosenki, ktoś wymachiwał tęczową fl agą. Na chwilę napięcie opadło i zrobiło się optymistycznie. Tylko tych trzech policjantów, którzy towarzyszyli przemarszowi po drugiej stronie ulicy, mogło zaburzyć chwilową ułudę spokoju.
W końcu dotarliśmy na Krakowskie Przedmieście, a ja, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zrobionymi w redakcji, miałem okazję działać. Po to tu w końcu przyszedłem. Zacząłem moją pierwszą relację na żywo na Facebooku i to z pompą, bo choć pierwsze 15 sekund zapowiadało relację o stojących, milczących ludziach, to już po minucie nagrywałem aktywistów wdrapujących się na nieoznakowany radiowóz z Margot w środku (o czym sam dowiedziałem się dopiero później). Mój telefon, zwyczajowo na skraju wyładowania, nie wytrzymał zbyt długo i po 15 minutach musiałem udać się na wymuszoną przerwę i doładowanie łakomej baterii w pobliskiej kawiarni.
Szybki napój, niecierpliwe patrzenie na piekielnie ślamazarnie rosnący postęp naładowania baterii i szybkie doedukowanie się z innych źródeł o tym, co sam przegapiłem w tłumie. Choć później brakowało mi szczęścia, to z kawiarni wyszedłem w idealnym momencie, by zarejestrować wyciąganie siedzących ludzi sprzed samochodu – blokowali ciałami samochód z Margot w środku, by nie odjechał. Po chwili bateria znowu pada, więc powtarzam cykl. Kawiarnia, napój i intensywne obserwowanie ładowarki. Wtedy dołącza do mnie Gabriel Kuhl z naszej redakcji, próbując mnie ratować, niestety martwym jak mój telefon przed chwilą, power bankiem.
Odważą się aresztować losową osobę, gdy są nagrywani?
Gdy wychodzę znowu, główne miejsce akcji przenosi się kilkaset metrów dalej, a po drodze wyrasta nieprzekraczalna bariera policyjnych furgonetek. Po uwiecznieniu jej dla naszych Czytelników/czek, udaje mi się dotrzeć do ciągle sporych rozmiarów demonstracji. Po drodze, idąc bocznymi uliczkami, mijam dziesiątki radiowozów i furgonetek. Z jednego dobiegają mnie strzępki komunikatu: „… aresztować wszystkich…”. Mijam też turystów zszokowanych tym, w czym mimowolnie uczestniczą. Protesty wyglądają tak jak przedtem. Choć ludzie mają dosyć, to po prostu idą powoli w kierunku komisariatu na Zakroczymskiej i spokojnie skandują hasła. „Kiedy państwo mnie nie chroni, mojej siostry będę bronić”. Nic, czego nie nagrałem już wcześniej, nic nowego już się nie wydarzy, chyba że…
Nagle widzę, że ulicą biegną dziesiątki policjantów. Biegną od tyłu protestujących – ci nie mogą ich widzieć. Podbiegają do losowych osób i wyciągają je z tłumu. Zaczynam na nowo relację, niestety jest już dobrze po godzinie 20, zrobiło się ciemno i niewiele można z nagranego pandemonium wywnioskować. Nie wiem, ile osób w tej łapance zatrzymano. Jestem tylko świadkiem, jak posłanka Magdalena Filiks (KO) domaga się od policjanta podstawy zatrzymania kilkunastoletniego dzieciaka. Policjant potrafi tylko powiedzieć, że nic nie wie i za wszystko odpowiedzialny jest dowódca akcji. W międzyczasie słychać wezwanie do rozejścia się uczestników nielegalnego zgromadzenia. Metr ode mnie ludzie jedzą piątkową kolację w restauracyjnym ogródku.
Tym razem nie pada mi telefon, za to… kończy się internet. Nic tu więcej po mnie. Część ludzi ogłasza, że będą szli pod komisariat na Wilczą. Idę za nimi. Jeszcze mam resztki baterii, może uda się zrobić dobre zdjęcie i wykorzystać później. Poza tym to i tak w stronę mojego domu. Jesteśmy ulicę dalej, robi się spokojnie, nikt nic nie skanduje, zaczynają się towarzyskie rozmowy, ot, po prostu grupka ludzi spacerująca przez Warszawę…
Wtedy przebiega obok mnie policjant, odwracam się, widzę, że biegnie na mnie kilkunastu kolejnych. Kurwa… Wiem, że nic nie zrobiłem źle. Wiem też, że to w tej chwili nie ma znaczenia. Zaraz mnie aresztują. Usuwam się w bok, licząc, że może z rozpędu mnie miną. Mój wzrok krzyżuje się ze spojrzeniem jednego z nich. Mija cała wieczność. Wiem, że za chwilę mnie powali. I już leżę na ziemi i mam skuwane ręce za plecami. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, żeby wyjąć telefon i próbować coś nagrać. „Spadły mi okulary!”. Cisza. Ktoś mnie nagrywa. Czuję blask potężnej lampy. Może jednak mnie zostawią? Nie odważą się przecież aresztować losowej osoby, gdy są nagrywani? „Pod jakim zarzutem zatrzymujecie tego pana?”. Cisza. „Okulary!”. Pytają mnie, gdzie one leżą. Są! Przynajmniej nie będę ślepy przez resztę nocy. „Pod jakim zarzutem zostałem zatrzymany?!” – pytam.
Cisza.
Jutro będą o tym mówić na całym świecie
Zaczyna się cykl strachu, nudy i niekompetencji. W furgonetce jest nas trzech zatrzymanych, wszyscy skuci. Policjantów – co najmniej pięciu. „Wiecie, że jutro będą mówić o tym na całym świecie?” – mówią między sobą. Najbardziej się martwię moim chłopakiem. Czeka na mnie w domu, nie wie, co się ze mną dzieje. Czekamy i my. Na decyzję, że możemy odjechać. Potem czekamy, wydaje się, że wieki, pod komisariatem. Nie wiadomo, czy zmieścimy się w tym komisariacie, bo zatrzymano ponoć dużo osób. Ile? Nie wiadomo.
W końcu wchodzimy do środka. Każdy z nas jest zabierany do oddzielnego pokoju, oczywiście po odpowiedniej dozie oczekiwania. Przychodzi czas na biurokrację. Niewiele ode mnie starszy młodzik – ten sam, który mnie powalił i skuł – nie ma pojęcia, co robić. To chyba jego pierwszy raz. Pomaga mu starszy aspirant, wypełnia za niego formularz protokołu zatrzymania. Młodzik nie wie, gdzie mnie zatrzymał, musi wspomagać się mapą, a i tak nie trafia. Gdy aspirant dochodzi do wiersza z powodem zatrzymania, w końcu słyszę pytanie, czy został mi on przedstawiony. Nie został. Dopiero teraz słyszę, że rzekomo brałem „czynny udział w zbiegowisku, wiedząc, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osobę lub mienie”. I nie posłuchałem się wezwania do rozejścia. Co tam, że wezwanie do rozejścia się nadawano na jednej ulicy, a mnie zatrzymano na zupełnie innej. Pokazuję skonsternowanym policjantom faktyczne miejsce mojego zatrzymania. W końcowym protokole nie ma żadnej wzmianki o nieposłuchaniu się komunikatów policji.
Jest za to inny dopisek. „Zachodzi obawa ukrycia się lub zatarcia Śladów. Tryb przyśpieszony” (pisownia oryginalna). To wkład innej pracowniczki szanownej policji. Przychodzi z informacją „z góry”, że pierwsza wersja protokołu jest nie do zaakceptowania. To, że spokojnie idę, jest, (niespodzianka!), niewystarczającą przesłanką do zatrzymania. Jak mówi, przecież „chodzi o tak zwaną prawdę”, trzeba coś dopisać. Młodzik-biedaczyna nie wie, co. Niestety, nie byłem mu pomocny. Nie uciekałem przed nim. Nie rzucałem mu kłód pod nogi. Nawet jednego malutkiego śladu nie zatarłem. Ach, niedobry ja. Musiał zostać przy ogólnikach.
Wszechogarniający bezruch i nuda nie są spowodowane wyłącznie policyjnymi zdolnościami obsługi elektroniki (tu należy wspomnieć wiedzę zdobytą tamtej nocy – telefonogram to nie słowo wymyślone przez Lema, a współcześnie używany środek komunikacji w policji), ale także koniecznością potwierdzania każdego dokumentu przez mityczną, niedopowiedzianą „górę”.
Prawnika nie dopuszczano przez kilka godzin
O poinformowanie bliskiej osoby udaje mi się doprosić dopiero za którymś razem. Moja pierwsza prośba o prawnika zostaje zignorowana. Później dowiaduję się, że prawnik dla mnie jest, ale spotykam się z nim dopiero w środku nocy, po kolejnej godzinie i w obecności policji. Nie jest on oczywiście załatwiony przez policję, działa z własnej ręki ze wsparciem interwencyjnego zespołu posłanek i posłów Lewicy – dziękuję! Prawnik przez kilka godzin miał blokowany dostęp do mnie, ale tego dowiem się dopiero następnego dnia.
W pewnym momencie młodzik patrzy z paniką na telefon. „Ja tu nic nie dotykałem, to samo zaczęło tak robić”. Aspirant podnosi słuchawkę. Nie, nie może udzielić żadnych informacji. Proszę dzwonić do dyżurnego komisariatu. Po czym: „Chwila, proszę powtórzyć nazwisko”. Jego spojrzenie zaczyna mnie świdrować. „Taaak, mogę potwierdzić, że pani syn został zatrzymany”. A więc matczyna furia spowodowała, że moja rodzicielka po prostu była w stanie poruszyć niebo i ziemię i w chwilę zdobyć numer policyjnego telefonu stojącego tuż przede mną? Ha! Co to dla niej. Po chwili jednak nachodzi mnie rozwiązanie zagadki – pewnie mój chłopak przekazał jej numer, z którego do niego dzwoniła policja. I tak czuję otuchę, ale też zmartwienie, że nie mogę jej przekazać, że ze mną wszystko w porządku.
W końcu po wielu rundach czekania w różnych pokojach znowu wsiadamy do radiowozu. Mamy trafi ć do Piastowa, w Warszawie już nie ma miejsca na zatrzymanych. Do celi (a raczej pomieszczenia dla osób zatrzymanych) trafiam około szóstej rano w sobotę – dziewięć godzin od zatrzymania. W końcu zostaję rozkuty na dłużej. Dostaję pusty pokój, drewnianą skrzynię do spania, worek materacopodobny, koc i poduszkę. Dopiero tutaj się uspokajam. Najgorszą część nocy mam za sobą.
Budzę się na obiad, to pierwszy i jedyny posiłek, jaki mi podano. Resztę dnia spędzam w półśnie, przekonany, że w Piastowie spędzę jeszcze jedną noc. Ale o osiemnastej znowu jestem w kajdankach, prowadzony do radiowozu. Jadę na przesłuchanie na Wilczą. Tam oczywiście obowiązkowe czekanie, następnie krótka rozmowa z moim prawnikiem (znów w obecności policji) oraz punkt główny wieczoru – przesłuchanie. Od razu na wejściu dostajemy do zrozumienia, że będę miał postawione zarzuty „chuligaństwa” niezależnie od tego, co powiem. Odmawiam zeznań, ale i tak sporządzenie protokołu przesłuchania trwa wieki. W końcu udaje się im to zrobić, po raz pierwszy przemierzam korytarze policji bez obstawy i bez kajdanek. Po ponad 24 godzinach zostaję wypuszczony. Przed komisariatem czeka na mnie rodzina. Czekali tam od rana.
Tylko jeden atak paniki
Opisałem tu tylko swoje przeżycia z tego jednego dnia. Miałem szczęście. Fizyczne szkody zamknęły się w dwóch siniakach i obolałych nadgarstkach. Psychiczne objawiły się, jak na razie, tylko jednym atakiem paniki. Wiem, że nie wszyscy zatrzymani mieli tyle szczęścia. Wiem, że ta noc była dużo trudniejsza dla moich bliskich. Nie wiedzieli, co się ze mną dzieje i mieli blokowany dostęp do informacji. W trybie bojowym zdobyli w ekspresowym tempie dowody mojej niewinności. A mój chłopak musiał znosić pytania dzielnicowych, czy wynajmujemy w naszym mieszkaniu pokój na godziny. Czeka mnie jeszcze proces i choć wyrok skazujący ciągle wydaje mi się abstrakcyjny, to czy jest to większa abstrakcja niż bycie ofiarą policyjnej łapanki?
Tekst z nr 87 / 9-10 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
RAFAŁ SZELEŹNIAK i MAREK GABRYCH są parą od 20 lat. Od 9 – mieszkają na wsi. W ostatnich tygodniach przeszli od poczucia bezpieczeństwa do obaw
Marek Gabrych (z lewej) i Rafał Szeleźnia. Foto: Michał Ignar
Sami zgłosiliśmy się do „Repliki”. Od lat żyjąca jawnie na wsi para chłopaków, ciesząca się sympatią otoczenia – pomyślałem, że to mógłby być interesujący temat, bo geje kojarzeni są głównie z dużymi miastami, a wieś – z konserwatyzmem, więc fajnie byłoby złamać te stereotypy na naszym przykładzie. A poza tym odezwała się we mnie żyłka aktywistyczna – wierzę, że my, ludzie LGBT, powinniśmy pokazywać, że jesteśmy wszędzie i że jesteśmy zwykłymi ludźmi. Niestety w ostatnich tygodniach przeszliśmy od poczucia komfortu i bezpieczeństwa do atmosfery niepewności i narastających obaw.
Wysychy – nasze miejsce na ziemi
Obaj przekroczyliśmy właśnie czterdziestkę. W tym roku świętujemy 20 lat bycia razem. Ja jestem z Puław, które teraz są „strefą wolną od LGBT”, co mnie… nie, „ubodło” to jest złe słowo. To jest rana. Gdzieś tam miałem zakodowane, że Puławy to jest mój azyl, moje bezpieczne miejsce, moje miasto rodzinne. A teraz to jest miasto prześladujące, miasto piętnujące mnie i wielu innych ludzi. Już nie jestem w stanie myśleć ciepło o Puławach. Mój Marek jest z Brodnicy. Poznaliśmy się w Warszawie, gdzie ja studiowałem ogrodnictwo, a Marek pracował jako fotolaborant. Po skończeniu studiów zostałem w stolicy, mieszkaliśmy razem i… marzyliśmy o przeprowadzce na wieś. Cisza, przyroda, zieleń, ogród – obaj to uwielbiamy, mimo że nie dorastaliśmy na wsi. W końcu postanowiliśmy to marzenie zrealizować i zaczęliśmy szukać działki na wsi do kupna. Po dziesięciu latach życia w Warszawie wyprowadziliśmy się z niej. W 2011 r. wylądowaliśmy w Wysychach, gmina Zabrodzie, powiat wyszkowski, 50 km od Warszawy. Mieszkamy w najbardziej „dzikiej” części wsi – na środku łąki, w pewnej odległości od najbliższych sąsiadów, ale za to stosunkowo blisko, jakieś 500 metrów, od stacji kolejowej. Obaj wciąż pracowaliśmy w Warszawie, więc trzeba było codziennie dojeżdżać, ale nasz ogród z kwiatami i warzywami, psy i koty – to wszystko rekompensowało te 3 godziny codziennych dojazdów.
Pszczoły i my
W 2012 r. kupiliśmy pierwsze dwa ule. Pszczoły fascynowały mnie od dawna i wraz z ogrodem i domem na wsi można było zrealizować to marzenie. Na początku łączyłem to z pracą w redakcjach pism ogrodniczych, dla których robiłem wywiady o uprawie warzyw, owoców i kwiatów. Jednak pszczoły wciągały mnie coraz bardziej. Te nasze łąki okazały się dobrym terenem dla nich, a nasz miód szedł jak woda – klienci pojawiali się natychmiast. Ani się obejrzałem i już mieliśmy sześć uli, a potem dwanaście… Teraz mamy ich 150 i to już jest duże gospodarstwo pasieczne. Jesteśmy rolnikami pełną gębą, bo pszczelarstwo jest działem rolnictwa. Od ponad trzech lat miód to jedyne nasze źródło utrzymania, obaj zrezygnowaliśmy z pracy w Warszawie. Utrzymanie 150 uli to jest praca na więcej niż 2 etaty. W sezonie pracujemy po 12 godzin dziennie, bywa że i 16 godzin. Sezon trwa od kwietnia do końca października, ale zimą też jest co robić. Mógłbym o pszczołach opowiadać godzinami. Na Facebooku założyłem profil „Pszczoły i my”. Marek skończył w międzyczasie pełny kurs pszczelarski w technikum w Pszczelej Woli – ma papier, jest profesjonalnym pszczelarzem. Ach, no właśnie – przy okazji: gospodarstwo jest zapisane na Marka, on jest pszczelarzem „z kwitem”, a ja? Jak uzyskać mam ubezpieczenie? Kim ja jestem? Powinienem być mężem Marka, ale to u nas wciąż niemożliwe. Wyobraźcie sobie, że KRUS daje możliwość dopisania do ubezpieczenia osoby, która nie jest małżonkiem ani nie jest spokrewniona, ale pomaga w gospodarstwie – jest domownikiem. KRUS widzi więc nas jako domowników – to jedyny urząd, jedyna instytucja państwowa, która jakoś tam uznaje, że nie jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi.
Nasza pasieka wyrosła na zbyt dużą, by była stacjonarna – nie ma wokół domu pokarmu dla aż tylu pszczół, więc w sezonie musimy je wywozić, potrzebny jest spory teren, gdzie jest mnóstwo kwiatów i co chwila coś kwitnie. Sezon zaczyna się nam właśnie od wywożenia. Wywozimy pszczoły na plantacje rzepaku aż za Sokołów Podlaski. Na raty, po 22 ule, bo tyle mieści się na samochód i przyczepę. Jak pszczoły wieczorem schowają się do uli, a więc po ciemku – spinamy ule i pakujemy je. Przez noc jedziemy, rano rozładowujemy – trzeba ustawić podstawy, wypoziomować, pozdejmować pasy spinające, rozstawić ule – no i odetkać wylotki, by pszczoły mogły wylecieć. I tak przez trzy dni przewozimy ule, a to tylko jeden pożytek. Jest ich w sezonie siedem, osiem. Raz na tydzień musimy doglądać pszczelich rodzin, bo trzeba dostosować liczbę ramek (plastrów) w ulu do siły rodziny pszczelej. Jak pszczoły będą miały zbyt mało miejsca, to rodzina nie będzie się rozwijać, a nawet może uciec z ula, czyli się wyroić. Jeśli miejsca będzie zbyt wiele, jak na dane warunki pogodowe, to larwy się wychłodzą i mogą pojawić się choroby, wraz z ryzykiem śmierci wszystkich pszczół. W zeszłym roku mieliśmy ule w siedmiu miejscach, więc codziennie jeździliśmy odwiedzić inną pasiekę. Do tego dochodzi sprzedaż miodu na targu i imprezach plenerowych, na które regularnie jeździmy i wystawiamy tam nasz miód. Jesienią przygotowujemy pszczoły do zimy i leczymy. Zimą przetapiamy wosk, zbijamy nowe ramki, nowe korpusy uli… Generalnie, nie ma wolnych sobót czy niedziel. Ale też nie ma stresu, wyścigu szczurów, presji przełożonych, czy ryzyka mobbingu. Jest praca na łonie natury, w bezpośredniej bliskości przyrody.
Dorastanie? 6 lat w depresji
Gdy miałem 13 lat, zakochałem się w nauczycielu geografii, marzyłem, by go pocałować. Moje dorastanie było bardzo trudnym okresem. Odkryłem, że podobają mi się chłopcy i nie byłem w stanie tego zaakceptować. Byłem z tym sam. Znikąd nie mogłem otrzymać żadnego wsparcia. Nikt mi nigdy nie powiedział, że ludzie homoseksualni są OK. Zamiast tego wciąż słyszałem, że jesteśmy zboczeni, nienormalni, bez przyszłości. Opresja Kościoła katolickiego była tak ogromna, tak przytłaczająca i tak niszcząca, że sam nie wiem, jak przez to przebrnąłem. Nawet nie dziwię się, że jest tylu księży gejów – stłamszonych, złamanych i agresywnie atakujących takich, jak oni sami. W tak wynaturzony sposób znaleźli azyl, by przetrwać – straszne. Dla mnie dojrzewanie w homofobicznym środowisku było traumatycznym przeżyciem. Dziś to umiem nazwać, wtedy nie – ale ja przez jakieś 5-6 lat żyłem z depresją.
Rodzicom, katolikom, nie byłem w stanie powiedzieć, że jestem gejem. Lata później postanowiłem ich powolutku oswajać – po prostu mówiłem ciągle o Marku, że robimy razem to, tamto, że wakacje spędzamy razem, że przeprowadzamy się do innego mieszkania itd. I oni Marka zaakceptowali. Ale nigdy nie powiedziałem im wprost, że jestem gejem, a Marek to mój chłopak. Wiedzą o nas. Odwiedzili nas w naszym domu na wsi. My częściej do nich zaglądamy, także na święta. Marek ma z nimi świetny kontakt.
Na spacer z psem nigdy razem
W Wysychach najpierw ludzie nie orientowali się, o co chodzi, ale wiesz, nas trudno jest uznać za braci, on jasny blondyn, ja brunet. Przez długi czas sami się cenzurowaliśmy. Jak dziś myślę, dlaczego taki duży mur zbudowaliśmy oddzielający nas od najbliższej posesji, która i tak jest daleko… Może to podświadomość nam podpowiadała taki mur? A na spacery z psem w pierwszych latach nigdy nie chodziliśmy razem. Dlaczego? Bo wtedy byłoby widać, że jesteśmy parą. Dziś jestem bardziej świadomy, że właśnie taki był powód, wtedy robiliśmy to jakby „naturalnie”, „instynktownie” – to cenzurowanie się weszło nam jakby w nawyk.
Otwieraliśmy się powoli – zarówno na wsi, jak i w Kole Pszczelarzy, do którego należymy. Zdałem sobie sprawę, że każda osoba LGBT jest jakby ambasadorem naszej sprawy. Dla wielu ludzi jesteśmy jedynymi gejami, jakich oni znają, więc to jest odpowiedzialność, która jednak dodaje też skrzydeł, pokazuje, ile możemy zrobić po prostu swoją otwartością. Dziś mamy w Wysychach prawdziwych przyjaciół – z jedną rodziną jesteśmy tak zaprzyjaźnieni, że regularnie się odwiedzamy, ich dzieciaki też bywają u nas, jesteśmy zżyci. Dowiedziałem się, że o nas na wiosce mówiło się „chłopcy z łąk”. To również świadczy, że nie jesteśmy kojarzeni z czymś wrogim i obcym. Choć wiadomo, osoby LGBT w konserwatywnych środowiskach ukrywają się. Aby zrozumieć skalę zjawiska, wystarczy uruchomić aplikację randkową w Warszawie, gdzie zobaczysz mozaikę zdjęć, a następnie na wsi, gdzie dostrzeżesz przeważnie szare kratki – ludzie boją się wrzucać swoje zdjęcia – profile są bez fotek. Strasznie to smutne – na wioskach gejom znikają twarze. To pokazuje, jak jesteśmy zastraszeni i boimy się pokazać nawet w takim wirtualnym miejscu, które jest dedykowane wyłącznie nam, gejom.
Gdy już stało się jasne wśród sąsiadów, że jesteśmy razem, to zaobserwowaliśmy nawet większą serdeczność. Jakby ludzie chcieli nam pokazać, że nie mają problemu. Naprawdę czułem nawet więcej ciepła z ich strony. Podobnie było w Kole Pszczelarzy. Przez 9 lat mieszkania tutaj na wsi, nie spotkaliśmy się z niczym, co by sugerowało, że jesteśmy w Wysychach niemile widziani.
7 sierpnia, dzień aresztowania Margot i 48 innych osób
A więc dlaczego teraz trudno jest mi zachować optymizm? Jest 7 sierpnia, dzień aresztowania Margot i zatrzymania 48 innych osób. Dokładnie w ten wieczór, a nawet później, w nocy, nagle słyszymy tuż za naszym murem gromkie głosy: „Pedały, wypierdalać! Pedały, wypierdalać!”. To musiała być grupka mężczyzn. Trwało to kilka minut, potem odeszli. Żadnego głosu nie rozpoznaliśmy. Co tu dużo mówić, zmroziło nas. A więc jednak są na naszej wiosce ludzie, którzy tylko czekali na sygnał, by zacząć nagonkę? Wstrząsające, jak propaganda TVP działa. Ta nienawiść jednak w niektórych ludziach jest – i jakby czeka na uwolnienie się, na iskrę. Jedna z naszych sąsiadek – przesympatyczna osoba – przyszła potem, pytała, jak się trzymamy. Powiedziała, że jakby co, mamy do niej przybiegać i możemy u niej spać. Liczę na to, że nigdy do takiej sytuacji nie dojdzie.
Martwimy się, czy będzie dalszy ciąg. A może będzie gorzej niż tylko wyzwiska? Czy stracimy klientów, bo ktoś podchwyci, by nie kupować miodu od pedałów? Nie jesteśmy jedynymi pszczelarzami w okolicy, więc wybór będą mieli. A z drugiej strony powtarzam sobie, że nawet jeśli tak się stanie, to nie ma co żałować. Dlaczego mam oddawać to, co mamy najcenniejszego, nasz miód, który powstał dzięki ciężkiej pracy, właśnie homofobom?
W wiosce moich dziadków, w Kurowie pod Puławami na Lubelszczyźnie, też postanowiono napiętnować jeden dom – napisano tam niedawno na kostce brukowej przed posesją „LGBT – wróg Polski”. To sąsiedzi sąsiadom zrobili! Ale inni się skrzyknęli, stawili się do pomocy przy likwidowaniu tego napisu – na szczęście zadziałał mechanizm wsparcia.
Jacek Dehnel pisze „pogromobusy” o tych furgonetkach, co jeżdżą z homofobicznymi hasłami. I to nie jest wcale przesada. Znamy historię Jedwabnego i wiemy, że w małych społecznościach, gdzie wszyscy się znają, mieszkańcy mogą podnieść rękę na swoich sąsiadów. Widzimy, jaki sygnał daje Zbigniew Ziobro, gdy kilku gminom, które są „strefami wolnymi od LGBT”, a nie dostały pewnych pieniędzy z UE, daje rekompensatę. Ten sygnał brzmi: „Prześladowania ludzi LGBT są w porządku. Róbcie tak dalej”.
Pierwszy taki Szeleźniak
Na koniec powiem, co jeszcze mnie mobilizuje. Mam wujka z zamiłowaniem historycznym, który zrobił drzewo genealogiczne naszej rodziny. „Szeleźniakowie” – ukraińsko brzmiące nazwisko – było kiedyś tylko w Kurowie. Wujek przejrzał księgi parafialne, cofnął się aż do roku 1662. Rozrysował to niesamowicie, zrobił książkę ze stronami, które rozkładają się jak wachlarze. A na nich są wypisane nazwiska setek ludzi, tych wszystkich Szeleźniaków z mojej rodziny. To rozbudowane drzewo genealogiczne dotyczy fragmentu mojej rodziny, bo tylko strony ojca. Jasne jest, że wśród tych setek musiało być też sporo osób LGBT, przecież nie tylko ja. I oni wszyscy musieli żyć w ukryciu, nikt z nich nie mógł być sobą, nawet choćby w pokoleniu moich dziadków. Uzmysłowiłem sobie, że mam niesamowity przywilej – jestem pierwszym Szeleźniakiem LGBT, który dostał szansę, by być sobą, i żyć na wsi jawnie, ze swoim partnerem. Na tylu przodków – ja jeden. Jest to ogromny postęp i wielki przywilej, którego nie mogę zmarnować. Nie możemy teraz odpuścić, nie możemy pozwolić dać się zgnębić i wcisnąć z powrotem w te chore ramy, które istniały przez wieki. To, co udało się już wywalczyć, nie może zostać zaprzepaszczone. Musimy iść do przodu. Muszę dopilnować, by następna osoba LGBT, którą dopiszemy do drzewa genealogicznego, miała jeszcze lepszą sytuację ode mnie. Będzie bezpieczna i będzie mogła być sobą. Jak inni Polacy.
Strona Rafała i Marka: pszczolyimy.pl
Tekst z nr 87 / 9-10 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Kościół polski afirmuje nacjonalizm, hierarchię płci i restrykcyjną etykę seksualną; wszystko, tylko nie idee chrześcijaństwa – pisze specjalnie dla „Repliki” BOŻENA KEFF
„Tegoż dnia (…) słuchano poselstwa Kozaków, które przedłożyło następujące punkty. Czytali instrukcję, w której zapewniali, że są członkami tej samej Rzeczypospolitej, i dlatego mają prawo wziąć udział w elekcji; przeto głos oddają na Najjaśniejszego Władysława i jego pragną mieć królem Polski. Następnie aby religia grecka schizmatycka cieszyła się pokojem i nie była naruszana przez unitów. Przedstawiali obszerne swoje służby i zasługi dla Rzeczypospolitej. Prosili, aby powiększyć ich liczbę i podnieśćżołd. Aby zaopatrzyć ich w sukna i proch oraz w inny sprzęt wojenny w miejscu, które zwą Zaporoże, aby mogli być dopuszczani do godności żołnierskich. (…) Kozacy dobrze zostali złajani, że ważyli się mienić członkami Rzeczypospolitej, żądać głosu na elekcji; surowo ich senat napomniał, aby więcej tego nie próbowali.” [Pamiętnik Stanisława Albrychta Radziwiłła, połowa XVIII w., za Janem SowąFantomowe ciało króla, Kraków 2011, s. 450]
Kozacy, którzy nie byli polskimi chłopami pańszczyźnianymi, a więc niewolnikami, uważali, że należą do tej samej wspólnoty, do której należy polska szlachta. Oczekiwali też zaspokojenia swoich potrzeb. Senat odpowiada: nie śmiejcie nawet myśleć o sobie jako o równych polskiej szlachcie! Jan Sowa mówi, że Kozacy byli w oczach szlachty podporządkowani/ subalterni. To pojęcie Antonia Gramsciego; oznacza grupę, która nie ma świadomości swojej siły, ani tego, jak można ją politycznie wykorzystać. Kozacy szybko się tego nauczyli, a następnie wszczęli rewoltę przeciwko kolonizacji ich ziem i zmienianiu ich z wolnych ludzi w polskich chłopów pańszczyźnianych. Ta wojna o mały włos nie rozniosła Rzeczypospolitej w strzępy.
Polityka dotycząca kresów – to za Janem Sową – była kolonialna i polegała na tworzeniu polaryzacji opartych na różnicy języka, religii, organizacji, etc. Te różnice nie były stopniowalne, dotyczyły istoty różnicy. Istotową różnicę rozumiemy jako różnicę fundamentalną, nie do przekroczenia; powoduje ona, że jedna grupa ludzi jest uprawniona do czegoś więcej niż inna. W dzisiejszym świecie takie myślenie reprezentuje: antysemityzm dla różnic Żydzi – nie-Żydzi; rasizm dla różnic koloru skóry; seksizm dla różnicy płci; homofobia/transfobia – dla różnic orientacji seksualnej/tożsamości płciowej.
Te uprzedzenia są odporne na oświeceniową ideę równości ludzi, ponieważ są przesądem (przed-sądem), założeniem a priori, nieodpowiadającym na doświadczenie. Doświadczenie mówi, że ludzie jako istoty mają to samo wyposażenie gatunkowe.
Żyd w nowym kapeluszu
Mniejszości w Polsce nie mają ani odruchu, ani zwyczaju zdecydowanie i gniewnie żądać tego, co im się należy – praw i szacunku. Od lat biorę udział w Manifach i Paradach, z muzyką i balonikami, bez zaciśniętych pieści, co wydaje mi się już od dawna nieadekwatnie pogodne w stosunku do okoliczności. Od lat idę w Marszu Pamięci 22 lipca, dzień, kiedy zaczęto wywozić 250 000 ludzi z getta warszawskiego na śmierć w komorach gazowych. Marsz liczy jakieś tysiąc osób góra. Demonstracja antyfaszystowska 11 listopada do Marszu Niepodległości nie ma startu.
Akcja kolektywu anarcho-feministycznego „Stop bzdurom”, w czasie której Margot zdarła z pogromobusa (określenie Jacka Dehnela) plandeki z hasłami szczującymi przeciwko osobom LGBTQI, była odpowiednia do okoliczności i do treści, które są odpowiednikami antysemickich haseł mówiących, że Żydzi dokonują destrukcji aryjskich wartości, niszczą moralny i biologiczny rdzeń narodu (niemieckiego lub polskiego, to już bez znaczenia). Tęczowe fl agi na pomnikach, blokada przy aresztowaniu Margot to sensowne odpowiedzi, a ich przesłanie nikogo nie krzywdzi i nie obraża.
Tymczasem krzyże na ulicach miast, święte obrazki w urzędach i sklepach nie są atakiem. Są podobno neutralne. Podobnie jak przed wojną w miasteczku Żyd w nowym kapeluszu bywał natychmiast zauważony, ale nowe kapelusze katolickie nikogo nie obchodziły. Jednak, jak mówi historia, to nie kapelusz symbolizujący niecne wzbogacanie się „naszym kosztem” czy zabicie Jezusa było tym, co atakowało – atakowało samo istnienie Żyda, fakt, że ten człowiek żył. Analogia Żydzi – LGBTQI+ jest już klasyczna w Polsce i coraz bardziej prawdziwa. To nie tęcza jest agresywnym atakiem moralnym, w istocie chodzi o ludzi, których symbolizuje. I gdyby udało się nawet zmusić wszystkich, by „robili to w domu po kryjomu”, to po pewnym czasie ta kryjomość też stanie się agresywnym atakiem moralnym. I tylko uśmiercenie lub wygonienie tych ludzi przyniesie ulgę tym, którzy ich nienawidzą. Tylko wtedy dobrzy obywatele nie będą się czuli osaczeni i obrażeni. Od III Rzeszy przez wiele innych krajów tak postrzegano i tak działano w tej sprawie. Może stawiam rzecz na ostrzu noża? Ale nie można mi zarzucić, że nie jest i nie było tak, jak mówię.
Wszystko to jest kontruderzeniem, odpowiedzią na udowodnioną pedofilię w Kościele i na jej tuszowanie. Te urągające rozumowi i przyzwoitości brednie, które usprawiedliwiają nienawistne uczucia i działania, to dar od Kościoła i jego polityków dla wszystkich, którzy potrzebują legalnie dozwolonego obiektu agresji. Samorządowcy ustalają „strefy wolne od LGBT”, nawiązując do idei apartheidu czy też miejsc Nur für Deutsche w czasie okupacji. Jest to łamanie praw człowieka pod patronatem państwa i Kościoła.
Patriotyczny oddech Mordoru
Pewna moja miła znajoma, porywcza aktywistka LGBTQI, powiedziała ostatnio: „Żydzi mogą teraz spać spokojnie, teraz my jesteśmy Żydami!”. To jednak tak nie działa: antysemityzm nie zniknie dlatego, że szaleje homofobia. Trzeba mieć wiarę w utrwalane przez wieki ścieżki, drogi, autostrady nienawiści zawsze wobec tych „innych”, których w Polsce niemal się nie znajdzie. W porównaniu z krajami Zachodu jesteśmy po prostu biali, hetero i męscy. Pilnuje tego armia Chrystusa, prosto z siłowni i strzelnic, z różańcami, którymi można poharatać i rozpłatać ciało (piszę o realnych wytworach), i ognisty patriotyczny oddech Mordoru, który zionie przez Warszawę 11 listopada. Ale przyznajmy: ma on energię, gniew, agresję, ogień i liczebność po swojej stronie.
Tomasz Kozak u siebie na Facebooku napisał, że dziś w państwie mamy do czynienia z przepływem afektów pomiędzy „dołem”, czyli bazą społeczną, a „górą”, czyli „jej strukturalną emanacją w postaci partii lub rządu”. Natura tych afektów, powiada Kozak, jest sadystyczna. Nie chodzi o lepsze warunki życia, nie chodzi o położenie kresu korupcji etc., „ale o współodczuwanie tej samej wściekłości w masie swojaków wspólnie celebrujących ludożerstwo”. Żadna satysfakcja nie jest większa od satysfakcji upadlania przeciwników, grożenia im („Zrobimy z wami, co Hitler z Żydami”), przypisywania im najpodlejszych motywacji w działaniach, od których ucierpimy. Uwaga o sadystycznej naturze afektów krążących góra-dół, góra-dół jest celna, bardzo. A jednak te afekty nie spływają z gwiazdozbioru Aldebarana i nie żywią się naszym brudnym powietrzem. W dużej części biorą się z transmitowania między pokoleniami braku wzajemnego szacunku, z bicia i pomiatania dziećmi, które zazwyczaj robią to potem swoim dzieciom, w tej lub w podobnych formach (oprócz tych, którzy idą na terapię, ale tych jest mało, a terapia potrzebna jest milionom). I w dużej mierze z tego, że państwo zostawiało ludzi samym sobie, pouczając ich o niedojdowatym homo sovieticusie i o tym, że jest wędka w postaci wolnego rynku, trzeba mieć inicjatywę – i proszę sobie złowić.
Święta rodzina ple, ple
Przemoc i pogarda wobec dzieci w rodzinie bywa przypieczętowanymi w Kościele twierdzeniami o świętości rodziny, o świętym instynkcie macierzyńskim i wzniosłości roli ojca i temu podobne ple ple. Kościół polski, szczególny Kościół w Europie, który afirmuje nacjonalizm, hierarchię płci, restrykcyjną etykę seksualną; wszystko, tylko nie idee chrześcijaństwa, działa jak kolektor. Jak urządzenie, które nieodmiennie wychwytuje i znów wprowadza do obiegu te treści, które bez Kościoła zostałyby prędzej czy później z obiegu usunięte, bo są anachroniczne, toksyczne, antyludzkie. Konserwują z jednej strony postawy sarmatów, a z drugiej chłopów owych sarmatów. Pychę i uniżoność, egoizm i spryt, który w polszczyźnie jest częstym zamiennikiem „inteligencji”.
Konsekwencją układu szlachta – chłopi jest tradycyjny polski brak realnej wspólnoty. W obu przypadkach – i środowiska sarmackiego, i chłopskiego – liczyło się tylko to, co było indywidualną własnością, a ponieważ miasta były małe i słabe, nie wykształciła się wspólna przestrzeń miejska, przestrzeń kultury, oczekiwań estetycznych, wspólnot politycznych i wszystko to nadal ma swoje konsekwencje. Polski Kościół ciągnie za sobą kontrreformacyjną dewocyjność, podporządkowanie autorytetom i okrucieństwo związane z trwaniem przy istotowych różnicach między ludźmi.
***
Jedyne logiczne rozwiązanie, jakie można zaproponować jako leżące – być może – w zasięgu możliwości, polegałoby na tym, by nieliczne i niezbyt silne polskie mniejszości – i ci, którzy się z nimi identyfikują – działały w miarę możliwości razem.
Dlaczego, jak wspomniałam, w marszu dla uczczenia 250 tysięcy ludzi wywiezionych z getta idzie jakieś tysiąc osób? Czy nie mogłaby dołączyć Parada Równości? A nauczyciele do Parady? Przynajmniej ci, którym zależy, by ich nieheteronormatywni uczniowie nie zabijali się i nie wpadali w depresję? A czemu antyfaszystów 11 listopada jest kilka tysięcy, a nie kilkanaście co najmniej? A feministki, strajk kobiet, choćby po części? Ludzie, rzec by się chciało, stańcie po swojej stronie! Stwórzmy komitet koordynacyjny mniejszości, róbmy razem choć jedną demonstrację raz w roku, o prawa dla nas wszystkich. LGBTQI+, Ukraińców, Wietnamczyków, Żydów (którzy mają festiwal treści roku 1968 od lat), niepełnosprawnych, ludzi od praw zwierząt, ekologów, hetero, którzy potrzebują praw dotyczących związków nieformalnych i kto jeszcze może i zechce. Po długiej epoce działań partykularnych, każdy dla siebie, i w swojej sprawie, można spróbować ująć się za sobą i za innymi jednocześnie.
Bożena Keff – poetka i pisarka, publicystka i feministka, z wykształcenia filozofka, wykładowczyni Gender Studies. Jej pracą doktorską była książka Postać z cieniem. Postacie Żydówek w polskiej literaturze od końca XIX wieku do 1939 roku (wydana przez Sic! i w 2002 r. nominowana do Nike). Pracowała w Żydowskim Instytucie Historycznym jako badaczka literatury. Wykłada na UW, PAN, SWPS. Opublikowała również m.in. Nie jest gotowy (wiersze, 2000), Utwór o Matce i Ojczyźnie (poezja, Ha-art! 2008, nominacja do Nike), Antysemityzm. Niezamknięta historia (kulturoznawcza, popularyzatorska; Czarna Owca 2013) oraz Strażnicy Fatum (eseje o literaturze, Krytyka Polityczna 2020)
Tekst z nr 87 / 9-10 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O pięknych greckich bogach, o tym, jak katolickiej „nauce” o seksualności powiedział „pa”, o Jędrku, jego ukochanym „małym księciu” a także o tym, jak zaorać szkolną homofobię i dać uczniom narzędzia logicznego myślenia, z PRZEMKIEM STARONIEM, Nauczycielem Roku, rozmawia Mariusz Kurc
„Jeśli nie umiesz pokochać siebie samego, to jak zamierzasz pokochać kogoś innego?” – słynna fraza RuPaula napisana przez jedną z uczennic Przemka. Foto: Paweł Spychalski
Możesz mnie pytać o wszystko. Jeśli będę miał z czymś problem, najwyżej odmówię odpowiedzi.
Super. Może powinienem zacząć od tego buziaka, którego dałeś swemu facetowi na gali tuż po tym, jak ogłoszono, że zostałeś Nauczycielem Roku – ale o tym już mówiłeś w wielu wywiadach. Zacząłbym więc od czegoś innego. Dominik z Bieżunia, Kacper z Gorczyna zabili się, bo nie mogli wytrzymać otaczającej ich homofobii, szykan. Pewnie wielu innych uczniów doświadcza czegoś podobnego właśnie teraz. My, dorosłe osoby LGBTI możemy wesprzeć nastolatków LGBTI przede wszystkim opowiadając nasze własne historie – po to, by oni poczuli, że nie są sami ze swymi problemami – jak w tym wielkim projekcie amerykańskim „It Gets Better”. A więc jaka jest twoja historia dorastania jako geja?
Najwcześniejszy moment, który pamiętam: zerówka, mam 6 lat i taki przebłysk, że bawię się z kolegą, który był, można powiedzieć, ikonicznie ładny i myślę: „Ja to bym chciał ze Zbyszkiem wziąć ślub”. I zaraz potem: „Ale chwila, chwila – chłopak nie bierze ślubu z chłopakiem. Więc jak to jest, że ja jednak bym chciał ze Zbyszkiem?” Ale na 5 lat o tym zapominam. Jako 11-latek czytam mity greckie, a w nich są ci wszyscy piękni bogowie. Czytam o jakiejś nimfie, która wylądowała w ramionach pięknego, umięśnionego Apolla i myślę (Przemek głęboko wzdycha): „O Boże, jak ja bym chciał wylądować jak ta nimfa…” A ponieważ oprócz Apolla podobał mi się jeden kolega w szkole, potem drugi, a potem jeden nauczyciel, to powoli zaczęło mi świtać, że coś poważniejszego jest na rzeczy. Tu przypis: wychowywałem się w bardzo katolickiej rodzinie, więc razem z odkryciem, że podobają mi się chłopcy, nadeszła cała fala religijnych skrupułów. Ale jako że moi rodzice, katolicy, byli i są ludźmi otwartymi, a ja czułem się i czuję przez nich bardzo kochany, to… zwyczajnie im się wyoutowałem. W wieku 12 lat. Po prostu oświadczyłem, że zwracam uwagę na urodę chłopców. Mój tata na to: „Przemek, ale jak ja widzę ładnego, dobrze zbudowanego mężczyznę, to też zwracam uwagę”. A mama mówi, że jak miała 13 lat, to chodziła z jedną koleżanką za rękę i udawały, że są parą. Czyli luz. Kiedy to wypowiedziałem i spotkałem się z taką reakcją rodziców, to mi mega ulżyło. Wyciszyłem się, przestałem przykładać wagę do tego, że chłopcy na mnie „działają”, chyba nawet na jakiś czas w ogóle o tym zapomniałem. Co ciekawe, w tym samym czasie miało miejsce pewne zdarzenie. Na przerwie koleżanka położyła mi rękę na ramieniu, mówiąc „pedał” i śmiejąc się. Potwornie się spłoszyłem! Byłem zupełnie zbity z pantałyku i przekonany, że ona się domyśliła. A to był zwykły żart. Mnie ten mój homoseksualizm, jeszcze wtedy nienazwany, przerażał, a jednocześnie fascynował. Pamiętam, jak patrzyłem na jednego ministranta, to było takie: „Aaaaaach!”. Zauroczyłem się w nim całkowicie. Była w tym niezwykła moc, moc samego opisywanego w „Uczcie” Erosa. A jednocześnie było w tym coś totalnie do bani, bo wiadomo – jestem katolikiem. Skrupuły. Grzech. Piekło. Po kilku latach poznałem przez internet chłopaka, z którym się zaprzyjaźniłem i dopiero po jakimś czasie skumałem, że to z mojej strony nie jest przyjaźń. Zakochałem się! On był hetero i o seksie nawet nie gadaliśmy, ale to była moja pierwsza, bardzo młodzieńcza i platoniczna miłość, co odkryłem po czasie. Niemniej, dotarło do mnie, że to „coś” z chłopakami to nie tylko biologia. W grę wchodzą też uczucia. Przede wszystkim uczucia. I totalne, głębokie poczucie sensu. (Patrzę na Przemka cały zamieniony w słuch i orientuję się, że nie muszę zadawać żadnych pomocniczych pytań – opowieść sama się z niego „wylewa”, więc nie przeszkadzam) A gdy miałem 18 lat, poznałem Marcela. Znów się nie połapałem, że zakochuję się w nim po uszy. Gdy w końcu się zorientowałem, to religijne skrupuły były tak wielkie, że cały zapadłem się w sobie. To był wstęp do najgorszego okresu mojego życia. Bardzo ponurego. Poszedłem na studia do Lublina na KUL z mocnym postanowieniem, że z homoseksualności się wyleczę. Nietzsche pisał, że chrześcijaństwo jest metafizyką kata. Bardzo wtedy to czułem. Miałem przeświadczenie, że jestem zły i że to ode mnie tylko zależy, czy będę gejem, czy nie. A w konsekwencji czy zostanę zbawiony. Tak trafiłem do pewnej wspólnoty katolickiej, która miała pomóc mi wyjść z homoseksualizmu i która później okazała się sektą(!). Próbowano to jakoś uratować, więc stworzono nową. Tam dostrzeżono moje naturalne kompetencje liderskie i szybko zacząłem być koordynatorem tej grupy na całą archidiecezję lubelską. Wprowadzałem nowych chłopaków do grupy. I pewnego razu dołączył Paweł. Pojechaliśmy razem na rekolekcje milczenia, Paweł był ze mną w jednym pokoju, cały czas siedział w komórce. Introwertyk, myślałem wtedy. A on wszystko spisywał… Po kilku tygodniach dostałem telefon, żeby kupić „Duży Format”. Był tam opublikowany tekst o naszej grupie pt. „Ja cię, synu, naprawię” (do dziś dostępny w sieci). Zmroziło mnie od stóp do głów. Wtedy zapaliła się we mnie jakaś lampka, nie wiem, czy żółta, czerwona czy tęczowa. Lęk, który mnie przeszył po akcji z podstawionym dziennikarzem, jakby mnie otrzeźwił. Myślałem sobie, że z jednej strony siedzę w tej grupie, a z drugiej studiuję psychologię i kulturoznawstwo, które jest interdyscyplinarne, połączone z religioznawstwem, z filozofią i z historią sztuki – mam zatem ogląd sytuacji z szerokiej perspektywy i coraz lepiej widzę, że katolicyzm w tej swojej „nauce” o seksualności po prostu głosi bzdury, które z nauką nie mają nic wspólnego. Rozumem to już, ogarniam, rzucam grupę. Ale jak odrzucić rzymskokatolickie nauczanie na poziomie emocji? Byłem na piątym roku i wciąż tkwiła we mnie ta niewypowiedziana miłość do Marcela sprzed pięciu lat i… co zrobiłem? Gdy przez przypadek (dobre sobie) spotkałem go w moim rodzinnym Koszalinie, powiedziałem mu w twarz, że go kocham. Że przez pięć lat się z tym męczę. Że byłem głupi i pełen lęku (wtedy byłem jeszcze dodatkowo przekonany, że jestem brzydki i beznadziejny i dlatego on mnie nie chciał). I nagle on zaczyna ryczeć. Normalnie jak w durnych serialach. „Przemek, kurwa, ja cię kochałem na zabój, chciałem z tobą spędzić życie”. Patrzę na niego i myślę: „Co, kurwa?” I też w ryk. Przepraszam cię, Mariusz, za tę łacinę podwórkową. Ale to prawo cytatu (śmiech). I zaraz we mnie nadzieja, że odbudujemy to, naprawimy, nadrobimy. Miłość, miłość! Tyle że on od 2 lat jest w związku. A ja nie kumam, jak działa bycie w związku z drugim chłopakiem, w ogóle związki to dla mnie abstrakcja. Serio, miałem 23 lata, a w tej materii miałem serce i umysł nastolatka. Nic nie wyszło. Jednak ta rozmowa była moim kolejnym przełomem. Zrozumiałem, że nie ma odwrotu, nie ma żadnego leczenia, nawracania się. Jestem, kurwa, gejem, kropka. Co więcej, to doświadczenie tłumionej i w końcu utraconej miłości uzmysłowiło mi, że ja życie przegrywam przez te niemające żadnych podstaw głupoty, które mam w swoim umyśle. Powiedziałem sobie raz na zawsze: „No pasaran”. Żegnaj, katolickie nauczanie o seksualności, które z nauką nie masz nic wspólnego. Dwa miesiące później, znów niejako przez przypadek (śmiech), spotkałem się z moim dawnym kumplem z liceum, z którym jestem w związku od 10 lat. To jest mój Jędrek właśnie. Było tak, że spotkaliśmy się na zasadzie „mafia koszalińska razem się trzyma”. Pogadaliśmy, popiliśmy trochę i zaczęliśmy się całować. Jędrek był zawsze gwiazdą socjometryczną, przystojny, towarzyski, zabawny, szybko znajdował krąg znajomych, przyjaciół, podbijał wszystkie imprezy. Chyba jednak było to dla mnie wtedy za mocno, za wcześnie. Wycofałem się. Jędrek nie odpuszczał, ale ja byłem niewzruszony. W końcu słusznie uznał, że życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na faceta, który de facto nie wyszedł z szafy. Z całą swoją zajebistością jeszcze chodził na siłownię, więc był totalnie ciasteczkowy, a zatem nie musiał nawet specjalnie zabiegać o względy chłopaków. Nie mi to nie robiło, gdyż powtarzałem sobie, że wcale nie jestem w nim zauroczony ani nic. A przynajmniej tak sobie wmawiałem. Im więcej facetów wokół niego widziałem, tym bardziej miałem syndrom „psa ogrodnika” – sam Jędrka nie mam, ale nie chcę też, by inni go mieli. Nie rozumiałem, co się ze mną dzieje. Czułem zazdrość, że jest w szczęśliwym związku. Życzyłem mu dobrze, jak najlepiej. Ale ucieszyłem się jak głupi, gdy się okazało, że jednak się ze swoim chłopakiem rozstał. Nadeszły wakacje, rozjazdy, we wrześniu 2009 r. zaczęło się między nami na poważnie. Jeszcze w liceum wystawialiśmy „Małego księcia”, w którym ja grałem Lisa, a Jędrek Małego księcia (jakżeby inaczej). Wspominaliśmy to, traktując jako metaforę – że Jędruś teraz mnie, dzikiego, oswaja, jak tego Lisa. A ja mówiłem „pa” katolicyzmowi, ale to się przeciągało… Całowaliśmy się i… szedłem się wyspowiadać. Gdy powiedziałem to Jędrkowi, on zrobił takie wielkie, takie zdziwione oczy, że aż się przestraszyłem. Nie musiał nic mówić, te oczy same mówiły: „Ej, co ty odpierdalasz?” I pewnego dnia dodał: „Pamiętaj, że stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Zaczęliśmy ze sobą być. Zaczęliśmy uprawiać seks. W końcu! (śmiech) Z Jędrkiem jako moim „oficjalnym chłopakiem”, już gdy postanowiliśmy, że przeprowadzam się do Trójmiasta i zaczynamy mieszkać razem, wszedłem w następny etap: coming outu przed rodzicami, już na poważnie. Siostrze powiedziałem wcześniej, ale jak rodzicom powiedzieć? Zrobiłem niezbyt mądrą rzecz. „Jeśli masz problem, ja mogę z mamą pogadać” – zaoferowała siostra, a ja ochoczo na to przystałem. Tylko że to jednak ja powinienem był zrobić. Nagle zacząłem czuć od mamy niesamowity chłód. Był to dla niej wstrząs. Dziś ją już lepiej rozumiem, zwłaszcza że kilka miesięcy przed moim coming outem jej rodzice zostali świadkami Jehowy. To był dla niej trudny rok. Jednakże przeszła długą drogę i od kilku lat akceptuje mnie i Jędrka bezwarunkowo. Tacie wyoutowałem się kilka miesięcy po mamie. Wspomogłem się drinkiem. No dobra, kilkoma. I poszło. Tata mnie niezwykle zaskoczył. Powiedział, że się domyślał. Że nic się nie zmieniło. Że bardzo mnie kocha. I że chce, żebym był szczęśliwy. Niemniej wiem, że to było dla niego trudne. Bratu powiedziałem trochę od niechcenia, wyszło to słabo. Przeprosiłem go po kilku latach. Co ciekawe, wracałem myślami do wakacji 1997 r., gdy wyoutowałem się przed rodzicami jako 12-latek i wtedy ogóle nie było tematu. Jak to możliwe, że kiedyś było lajtowo, a teraz nie? Cóż, zrozumiałem, że jednak gdy pierworodny mówi rodzicom, że jest gejem i przedstawia swojego faceta, staje się to już całkowicie realne i ostateczne. Moi rodzice, co ważne, mimo że nie było to dla nich łatwe, nie zaczęli mnie jakoś mniej kochać. Po prostu dość długo wewnętrznie trawili, że mają syna geja. Nie było dramatu, ale też nie czuć było wewnętrznego przekonania, że jest OK. Dopiero gdy jesienią 2016 r. nasz związek przeżył wstrząs i na chwilę się rozstaliśmy, nastawienie rodziców się zmieniło. Jędrek dzwonił do mojej mamy, ona do niego, gadali i płakali. Myślę, że wtedy mama nie tyle zrozumiała, co poczuła: to jest miłość. I że ta miłość nie jest w niczym gorsza od miłości między mężczyzną a kobietą. Jest dokładnie tą samą miłością. Ale jak kilka tygodni później napisałem publicznie na FB, że jestem z Jędrkiem, to reakcja rodziców… no cóż, trochę nimi to wstrząsnęło. Bali się, jak zareaguje ich otoczenie, znajomi. Mama powiedziała wcześniej tylko jednej zaufanej koleżance. Tata do mnie: „Synu, po prostu… wiesz, że mama jest wrażliwa. Ona już miała parę takich sytuacji, że wchodziła w pracy do pokoju, a tam nagle ustawały rozmowy, wiesz, o co chodzi”. Ja do taty: „Takie sytuacje zdarzają się wtedy, gdy są plotki. Jak odkrywa się karty, plotki się kończą”. Mama umówiła się z koleżanką, która właśnie się rozwodziła – razem miały wyjawić pozostałym przyjaciółkom swe sekrety. Koleżanka opowiedziała o rozwodzie, potem mama mówi… „Przemek ma partnera”. Reakcja koleżanek: „Żartujesz sobie? Myślałyśmy, że ty też masz jakiś dramat. Przemek ma partnera? No i? Świetnie, niech będą szczęśliwi. Kochamy twojego Przemka i komu jak komu, jemu szczęścia życzymy totalnie. Daje tyle dobra światu, że zasługuje na szczęście jak mało kto. Ty myślałaś, że to problem? Chyba zwariowałaś, Jolka”. Od 3 lat nasze relacje z rodzicami są rewelacyjne. Gdy zostałem Nauczycielem Roku, gratulowali mi też rodzice Jędrka. Bo wiesz, hajs i fejm przekonały ostatecznie do mnie teściów (śmiech). No dobra, hajsu specjalnie nie było, ale po uzyskaniu tego tytułu trochę fejm się zwiększył (śmiech).
To teraz o tym właśnie. Na scenę zaprosiłeś m.in. Jędrka, dałeś mu buziaka. Wszystkie media o tym pisały, ale nie był to twój publiczny coming out.
W zasadzie przede wszystkim go przytuliłem – i to pojawiło się w mediach. Buziak też był, ale chyba z wrażenia po zaproszeniu na scenę przeze mnie partnera pospadały dziennikarzom kamery i nie nagrali tego (śmiech). Ale coming out to nie był, zwłaszcza że rok wcześniej nasze zdjęcie było okładką dodatku do trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”. Niemniej nie byłem przygotowany, że moja homoseksualność stanie się aż takim newsem. Żyję już w zgodzie ze sobą i dla mnie buziak dany Jędrkowi to jest normalna sprawa, ale jednak w naszym życiu publicznym taki buziak to jest rzadkość, dopiero po fakcie to zrozumiałem. Po gali pomyślałem, że rzuciłem do ludzi co najwyżej jajko-niespodziankę, a tymczasem rzuciłem „bombę”. Znajomi mieli bekę, jak czytali: „Nauczyciel Roku wraz ze swym przystojnym partnerem…”, „przystojny partner Nauczyciela Roku”. Do tej pory, jak mnie widzą samego, to zaraz: „A gdzież to jest twój przystojny partner?” Tak zwane liberalne media denerwowały mnie, gdy pisały, że zaprosiłem na scenę „rodzinę i partnera”. Bo partner to nie rodzina?
Po szumie medialnym wszystko wróciło do normy?
Niektórzy w szkole wróżyli coś niedobrego: „Przemek, i co teraz będzie?” Nakręcali mnie i też czułem przez chwilę niepokój. Ale okazało się, że fundamentalna intuicja mnie nie zawiodła. Co będzie? Nic. Jest tak jak kiedyś, wręcz lepiej. Nie przypominam sobie żadnych „spektakularnych” reakcji. Ach, były sytuacje z osobami pokroju Kai Godek czy Korwin-Mikkego, ale daj spokój, nie przejmuję się ludźmi, którzy decydują się funkcjonować w brodziku intelektualnym. No i to się działo w necie. Ja chyba wiem, dlaczego – poza tym marginesem – ludzie mnie generalnie akceptują i moja homoseksualność nie stanowi problemu. Po pierwsze: jestem bardzo dobry w tym, co robię, jestem skuteczny i profesjonalny. Po drugie: staram się być dobrym człowiekiem. Po trzecie: coś, co mnie wkurza, czyli „Przemek, bo ty w ogóle nie wyglądasz na geja, ty jesteś normalnym facetem”. No, a kurwa kim mam być? Jakaś część mnie odbiera to wciąż jako komplement, ale jest to okrutnie podlane stereotypami, więc nie słucham tej części (śmiech). Podczas jednego z publicznych spotkań ze mną mówiłem m.in. o ważności coming outów – że nikogo oczywiście nie zmuszam, ale byłoby świetnie, gdybyśmy masowo zaczęli te coming outy robić. Z jednej strony spotkałem się z oskarżeniem, że promuję sodomię (katoliccy fundamentaliści są niezastąpieni – w promowaniu mnie), a z drugiej jeden chłopak powiedział, że nie zgadza się na to, że my musimy te coming outy robić i udowadniać ciągle, że też jesteśmy ludźmi. Odpowiedziałem, że po ludzku rozumiem, ale żyjemy w takiej rzeczywistości, w jakiej żyjemy – pozamieniano zło i dobro kostiumami, jak śpiewał pan Kleks. Chciałbym, by aprobata dla kogoś lub jej brak zależał tylko od czynów tej osoby. Ale jak na razie – idziemy pewną sprawdzoną w innych krajach drogą do równych praw i albo będziemy dalej nią szli, albo usiądziemy i stwierdzimy, że bezwarunkowa akceptacja nam się należy i basta – czym wiele nie zdziałamy. Obecnie jest mega hejt, ale przemy mocno do przodu, prawa osób LGBTI znalazły się w absolutnym mainstreamie. Pozwolę sobie na dygresję, choć bardzo związaną z tematem. Kiedyś psychiatrzy i psychologowie nieustannie mówili o tym, że trauma psychiczna niezwykle pogarsza zdrowie fizyczne. Aż w końcu zareagował Aaron Antonovsky, który podkreślił jasno: „Nie dziwi mnie, że większość osób po przeżytej traumie jest chora. Warto się raczej zastanowić, dlaczego pozostała część mimo tej traumy jest zdrowa.” Antonovsky w ramach nauk o człowieku wylansował podejście skupione na zdrowiu, sile, mocy. Zmienił spojrzenie. Podążajmy jego intuicją. Nasza społeczność była w stanie w tym roku zorganizować 25 Marszów Równości. Czujesz to? Jesteśmy nieskończenie zajebiści, amen! (śmiech)
Właśnie, skoro już o zajebistości – masz koszulkę z RuPaulem.
Ale ja nie mogę się nazwać prawdziwym fanem Ru, bo bym obraził tych naprawdę prawdziwych (śmiech). Wiesz, to tak, jak gdyby ktoś obejrzał wszystkie filmy z uniwersum Harry’ego Pottera i powiedział mi, że jest prawdziwym fanem Harry’ego. Historia z Ru jest taka. Jędrek zaczął oglądać „RuPaul’s Drag Race” kilka lat temu, jak jeszcze dzieliliśmy mieszkanie z naszą przyjaciółką Sandrą. Ona któregoś razu do mnie mówi zniesmaczona: „Widziałeś, co twój facet ogląda?” Zerknąłem i pomyślałem: „O, cholera…” – też zniesmaczony. Moja reakcja wynikała z kompleksów na punkcie męskości, bez dwóch zdań. Dziś już wiem, że prawdziwy mężczyzna różu się nie boi. Ani przegięcia, ani dragu, ani mamy Ru. Sandra przysiadła wtedy z Jędrkiem, by mocniej się przekonać, co to za głupoty są – i wsiąkła. Następny przykład: jesteśmy w Warszawie na finale Olimpiady Filozoficznej m.in. z Jędrkiem i z naszą przyjaciółką, psycholożką szkolną, Anką, której mąż – sorry za dygresję, ale muszę – jest nieziemsko przystojnym facetem, normalnie amantem z Hollywood, żartujemy, że gdyby nie on, to byśmy się w ogóle z Anką nie przyjaźnili (śmiech) – no i Jędrek pokazuje Ance Ru. Anka się w Ru zakochuje natychmiast. I teraz, uważaj, taka akcja. Mamy w szkole chłopaka trans. Pierwsza klasa liceum. Pierwsze zajęcia, on ma na sobie koszulkę z Ru. Do sali wchodzi psycholożka Anka, patrzy na dzieciaki i pierwsze, co mówi: „O, masz koszulkę z RuPaulem. Ale super!”. Potem powiedział, że po prostu nie mógł uwierzyć, że zaczął chodzić do szkoły, w której nauczyciele znają RuPaula. Inna nasza przyjaciółka, Krysia, wykładowczyni filozofii na uniwersytecie. Jędrek dzwoni do niej, by powiedzieć, że nowy sezon Ru jest dostępny. „To kiedy oglądamy?”. „Sorry, Jędruś, on wczoraj wyszedł, przez noc cały sezon obejrzałam.” Zorientowałem się zatem, że Ru ma znaczenie. Jeszcze wszystkich sezonów nie obejrzałem, ale moje podejście od „O, cholera, co ten Jędrek ogląda” przeszło do „Wow, co za extra program”. Mama Ru ma mój mega szacun. No i z dumą wystąpiliśmy w tych koszulkach w teledysku Kuby i Dawida. Może zrobimy sobie krótką przerwę? Wyjdę na ogród na fajkę, możesz sobie popatrzeć na Hogwart, ok? (Ok. Patrzę na Hogwart z klocków Lego stojący na szafce, po chwili Przemek wraca)
Przemek, co z edukacją antydyskryminacyjną w polskiej szkole?
Systemowa – nie istnieje. Jedyne, co mamy, to dobra wola nauczycieli. Nie są zobligowani, nie są przeszkoleni. Niemniej, lepszy nauczyciel, który może nie jest do końca profesjonalny, ale czuje, że taka edukacja jest potrzebna, niż taki, który nie robi nic. U nas w szkole mamy wszelkie certyfikaty bezpieczeństwa i akceptacja dla człowieka oraz poszanowanie różnorodności człowieczeństwa jest fundamentem i ja jako jawny gej uczący filozofii, etyki i wiedzy o kulturze jestem jednym z dowodów na to. W kodeksie etycznym naszej szkoły jest cała długa lista cech, z powodu których nie można dyskryminować – seksualność też tam jest. Ale mówimy o najlepszym liceum w Sopocie. W Sopocie. Jak to jest w innych placówkach? Trzeba edukować antydyskryminacyjnie masowo i systemowo, mając na uwadze nie tylko fizyczne, ale również emocjonalne bezpieczeństwo każdego ucznia.
Słyszałem o mocno przegiętym chłopaku, który chciał działać w samorządzie uczniowskim. Wychowawczyni, w obawie, że spotka go hejt, sama go od tego działania odwodziła.
To jest próba zabezpieczenia młodego człowieka przed potencjalnymi reperkusjami, nadopiekuńczość, która może zrobić więcej krzywdy. Nauczyciel powinien powiedzieć: działaj, a gdybyś napotkał problemy, to stanę za tobą murem. Wielu nauczycieli zwyczajnie się boi… Ile strachu Tęczowy Piątek wywołał! Wiem, że nie można heroizmu wymagać, ale ja jestem z Gryfindoru – my z Gryfindoru nie jesteśmy tylko mądrzy, dobrzy i sprytni, jesteśmy też odważni! (śmiech) A nadchodzą czasy, jak mówił Dumbledore, że będziemy musieli wybierać między tym, co dobre, a tym, co łatwe. Kilka lat temu para dziewczyn z naszej szkoły zapytała mnie, czy mogą tańczyć razem na studniówce. Odpowiedziałem, że jasne. Poszliśmy do nauczycielki opiekującej się samorządem – też od razu powiedziała, że to żaden problem. To znaczy, jeśli ktoś będzie miał z tym problem, to będzie to jego problem.
Wyobrażam sobie, że w szkole z tak przyjazną atmosferą coming out jest zrobićłatwiej.
Łatwiej – tak. Ale to nie znaczy, że łatwo. Do mnie sporo uczniów i uczennic LGBTI przychodzi po radę. W polskiej szkole zbyt dużo zależy od szczęścia – trafisz na fajnego nauczyciela, jest super. Ale możesz trafić tak, że masz prze…
Spotykasz się z homofobią wśród uczniów?
Czasem absolwenci mówią, że u nich w klasie były głosy typu: „Kurde, Staroń jest spoko, a przecież jest pedałem”. Taka zagwozdka. Staram się prowadzić zajęcia maksymalnie sokratejsko, zadaję pytania, naprowadzam bardziej niż wykładam. Chcę przekazać uczniom fundamentalne narzędzia myślenia. Jeśli się je ma, nie da się dojść do wniosku, że dyskryminacja jest OK. Na przykład oglądamy film „Dwunastu gniewnych ludzi”, który pokazuje, na jakie manowce może prowadzić kierowanie się stereotypami. Rozkładamy na czynniki pierwsze argumentowanie w dyskusji. Argumentum ad traditionem, argumentum ad personam, argumentum ad numerum – celowo mówię po łacinie, bo to brzmi jak zaklęcia z „Harry’ego Pottera”, uczniowie łapią w lot. Albo zagrywki erystyczne typu ab uno disce omnes czy ignoratio elenchi. Potem opowiadają, że oglądali w TV jakąś dyskusję polityczną i tam było mnóstwo tych zagrywek – cieszą się, że je wykrywają. Po każdej stronie sporu. Zauważają np. że gdy posłankę Krystynę Pawłowicz atakuje się za to, że ona jest samotna, „nigdy seksu pewnie nie miała”, są to słabe argumenty. Tak jakby tego, co ona mówi, nie dało się rzeczowo obalić? A czasem to nawet… dobrze, jak homofobia wyjdzie na jaw. Bo można wziąć byka za rogi i się z nim rozprawić. Tym bardziej, że mnie jest trudno intelektualnie pokonać. Miałem przykładowo gościa, który mówi: „Ja nic do gejów nie mam, ale mnie to obrzydza”. Pytam go: „A lesbijki?”, „To co innego”. „Wyobrażasz sobie dwie kobiety uprawiające seks?” – „Jasne, który chłopak sobie nie wyobraża?”. „OK, to teraz wyobraź sobie, że te kobiety są stare, brzydkie i w ogóle bardzo nieatrakcyjne”. „O, bleee!”. „Bleee? Aha, czyli dopóki tobie się podoba, to jest OK, a gdy coś jest dla ciebie „bleee”, to już nie jest OK? Czyli twój osąd etyczny jest osądem estetycznym.” No i jest cisza oraz poczucie, że Staroń zaorał.
Jak uczniowie zareagowali, gdy zostałeś Nauczycielem Roku?
Jak to jak? Duma! Jednej z naszych absolwentek, która jest świetną dziennikarką i regularnie nagrywa u nas materiały, mówili w dzień zakończenia roku, że to było najlepsze wydarzenie w tym roku szkolnym. Mówią do mnie, proszę pana, fejm się musi zgadzać, nie? Jarają się np. moim selfie z Karolem Paciorkiem na Woodstocku. Jeden uczeń, Kuba, zobaczył, że jest ze mną wywiad w gazetce dostępnej w Rossmannie i aż to wrzucił na Insta: „Czy wasi nauczyciele też widnieją w gazetkach Rossmanna?” (śmiech)
A spotkałeś się z homofobią ze strony nauczycieli?
Jeśli ona jest, to dobrze ukryta. Wprost – nic. Natomiast np. kiedyś dwóch nauczycieli, obaj heterycy, pojechali na wycieczkę z dzieciakami i okazało się, że mają w pokoju jedno łóżko. Jeden do drugiego: „A gdybyś tak ze Staroniem na wycieczkę pojechał i byłoby jedno łóżko, to nie bałbyś się z nim spać? Bo ja tak.” Ten drugi to mój przyjaciel. Załamał się tym pytaniem. Albo tekst po moim coming oucie od trenera, z którym byłem na jednej konferencji: „Następnym razem, jak będziemy na konferencji, to wyżej zapnę koszulę”. Odparłem: „Nie musisz. Musiałbyś mi się podobać”.
A inni nauczyciele LGBTI?
Odezwało się do mnie bardzo wielu po gali. Pisali, że płaczą z radości, wdzięczności i wzruszenia. Jesteśmy w kontakcie. Odebrałem też kilka gratulacji od dyrektorów szkół, którzy są LGBTI. Pisali, że mają nadzieję być kiedyś tak odważni jak ja. Mnóstwo podziękowań dostałem od rodziców uczniów LGBTI i od samych uczniów także. A ci nauczyciele LGBTI, którzy siedzą głęboko w szafie, to się nie odzywają, ale mam wrażenie, że uważnie śledzą.
W kilku tekstach o tobie przeczytałem, że nie czułeś się nigdy dyskryminowany z powodu homoseksualnej orientacji. Mam wrażenie, że wiele osób LGBTI w Polsce za dyskryminację uznaje tylko ekstremalne przypadki. Byłem pobity za bycie gejem? Nie. Byłem zwyzywany od pedałów? Nie. No to nie jestem dyskryminowany. Tak jakby to, że słyszysz o sobie, że jesteś „tęczową zarazą” nie było dyskryminacją. Albo to, że nie masz równych praw. Albo to, że czułeś się zmuszony przez lata ukrywać orientację.
KUL, moja Alma Mater, po gali Nauczyciela Roku chwaliła się mną, ale gdy dotarło do nich info, że jestem gejem – natychmiast zniknąłem ze wszystkich stron internetowych uczelni. Pomyślałem: „To jest jawna dyskryminacja”. Oni mnie wymazali, bo jestem jawnym gejem.
Całe twoje „zmaganie się” z własną naturą to jest też objaw dyskryminacji, nie?
Jasne. To całkiem niedawno zaczęło do mnie docierać, zacząłem reinterpretować własne życie. Okres spędzony w tej wspólnocie, gdzie miałem się „wyleczyć”, to była przecież dyskryminacja w wersji hard. A zatem rewiduję swoje słowa. Czułem i czuję się dyskryminowany. W wymiarze społeczno – politycznym najbardziej. Jako że już chyba kończymy, to spuentuję to przywołaniem tego, jak dyskryminacja osób LGBTI może objawiać się nawet na fizycznym poziomie. Do mojego pełnego coming outu miałem chroniczne problemy z infekcjami gardła. Niby typowa nauczycielska choroba zawodowa, ale to mnie dopadało po kilka razy w roku. Po przełomowym dla mnie 2016 r. choruję dużo mniej. Rafał Daniluk, specjalista od psychosomatyki, powiedział mi, że chroniczny stres, taki, do którego przywykasz, codzienny stres związany z ukrywaniem się, ma na ciebie ujemny wpływ, działa po cichutku, a organizm daje jednak o nim znać. Ciało mówi symbolami. Permanentne problemy z gardłem bez przyczyny organicznej mogą sugerować, że zatrzymujesz tam treści i emocje. Że nie chcesz, nie możesz, nie jesteś w stanie czegoś wypowiedzieć. Bardzo to pasuje do opisu życia w szafie. Mam to już za sobą. I dzięki temu jestem człowiekiem autentycznym, a z kolei dzięki autentyczności – jestem lepszym nauczycielem. Gdy startujesz w konkursie na Nauczyciela Roku, jako kandydat musisz napisać o sobie. Ja na kilkudziesięciu stronach opisałem swoją historię jako nauczyciela i… zaryzykowałem. Napisałem także to, że od kilku lat jestem wyoutowanym gejem, i wspominam o tym dlatego, gdyż dzięki temu jestem po prostu lepszym nauczycielem. Jury stwierdziło, że wręcz najlepszym.
Tekst z nr 81 / 9-10 2019.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z BARTEM STASZEWSKIM, reżyserem i aktywistą LGBTI, twórcą dokumentu „Artykuł osiemnasty” i współorganizatorem Marszów Równości w Lublinie, rozmawia Tomasz Piotrowski
Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw
Rozmawiamy przed drugim Marszem Równości w Lublinie, zaplanowanym na 28 września br. Za demonstrację odpowiada Stowarzyszenie Marsz Równości w Lublinie, organizacja, której jesteś jednym z liderów. Jest stres? Boisz się, że będzie tylu agresywnych kontrmanifestantów, co w zeszłym roku?
Byłbym wariatem, gdybym się nie bał i nie stresował. Szczególnie, że Białystok niedaleko. Reportaż z Lublina zapowiedziała nawet Agencja Reutersa, więc Marsz będzie obserwowany nie tylko w Polsce. Dopinamy ostatnie szczegóły.
Mieszkasz w Warszawie. Jak to się stało, że jesteś jednym z organizatorów Marszu w Lublinie?
Gdy dowiedziałem się, że w Lublinie powstaje grupa organizacyjna Marszu, postanowiłem dołączyć. Urodziłem się w Szwecji, ale jak miałem 7 lat, wróciłem z rodzicami do Lublina i tam spędziłem dzieciństwo. Gdy skończyłem 18 lat, zbuntowałem się i wyjechałem do Warszawy w poszukiwaniu miłości. Tam się zakochałem i tak już zostało. Przed organizacją Marszu do Lublina przyjeżdżałem jedynie na święta.
Jak to się stało, że zacząłeś grupie przewodzić?
Nie stało się to od razu. Na pierwszym spotkaniu było około 20 osób, ostatecznie Marsz organizowało jakieś 12, a ja byłem wtedy jedyną osobą, która nie miała problemu, by podać imię i nazwisko do mediów jako przedstawiciel organizatora.
Marsz odbył się tuż przed wyborami samorządowymi. Przypadkowo?
Datę ustaliliśmy jeszcze zanim znana była data wyborów. Mieliśmy dużo nacisków politycznych, by go przełożyć, głównie z kręgu prezydenta miasta Krzysztofa Żuka, czyli z Platformy Obywatelskiej. Zrobiliśmy głosowanie – wygrała opcja pozostania przy pierwotnym terminie.
Prezydent Żuk zakazał Marszu, ale wy szybko zakaz zaskarżyliście i wygraliście. O tym, że nie wolno zakazywać pokojowych demonstracji, wiadomo w Polsce co najmniej od wyroku Trybunału w Strasburgu z 3 maja 2007 r., wydanego po bezprawnych zakazach Parad Równości przez ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego. Jak myślisz, dlaczego Żuk i po nim jeszcze kilku innych prezydentów miast zakazywało Marszów? Nie wiedzieli, że sądy to obalą?
To polityczna gra osobami LGBT+, „naturalna” zagrywka PO. Wydaje mi się, że prezydent Żuk chciał się symbolicznie odciąć od nas, bo liczył, że dostanie więcej głosów od naszych przeciwników niż zwolenników. Nie sądzę, by nie wiedział, że zakaz jest do obalenia. Potem wygrał wybory dużą przewagą, więc być może z czysto cynicznego, politycznego punktu widzenia zakaz mu się nawet opłacił? Choć prezydent chyba nie podejrzewał, że wyjdzie aż taka afera i że pojawi się tylu agresywnych przeciwników. Prezydent jest ponoć zaufanym współpracownikiem Grzegorza Schetyny, który niby odciął się od zakazu, ale…
Marsz organizowało 12 osób. Tyle potrzeba?
Jeśli to miałoby być samo przejście grupy ludzi z punktu A do punktu B, to właściwie nie, ale są wydarzenia towarzyszące, a każda z tych 12 osób działa tylko w swym wolnym czasie. Mają też różne doświadczenie, niektórzy uczą się od zera. Zaangażowanie i wysiłek był więc różny, ale w sumie ok. 12 osób brało w tym udział.
Jak to wygląda od kuchni?
Musi być ktoś, kto zajmie się social mediami oraz rzecznictwem prasowym. Ktoś, kto administruje zbiórkę publiczną, ktoś, kto ogarnie formalności z ZAiKS-em (by grała legalna muzyka). Do tego rejestracja zgromadzenia, organizacja wolontariuszy i odpowiednie ich przygotowanie do samej imprezy, koordynowanie samochodów, ich dekoracje, przygotowanie banerów… Jest checklista, którą stworzył Kuba Gawron, współorganizator Marszu w Rzeszowie – jeśli ktoś z Czytelników/czek myśli, czy w przyszłym roku nie zrobić Marszu w swoim mieście – róbcie, ale z tą listą w ręku. I skontaktujcie się z innymi Marszami, nie warto popełniać tych samych błędów.
Każdy organizator zbiera na Marsze pieniądze. Na co one idą?
Na opłaty ZAiKS, wynajęcie i udekorowanie samochodów czy chociaż zwrot kosztów paliwa. Na imprezy towarzyszące – prelekcje, pokazy filmowe, debaty. Organizatorzy starają się też podnieść bezpieczeństwo – my chcemy przeszkolić wolontariuszy z pierwszej pomocy, czy też zamówić dodatkową karetkę. To też kosztuje.
Planujecie nawet zakup tęczowych kasków.
10 sztuk. Dla osób chroniących Marsz. Do tego megafon i kamizelki odblaskowe dla wolontariuszy.
Przyszły wam też do głowy środki dekontaminacyjne w razie użycia przez policję gazu pieprzowego. Skąd ten pomysł?
Na Marszu w Białymstoku doświadczyłem tego na własnej skórze. Taka jednorazowa chusteczka może naprawdę pomóc. Policja chroni nas przed atakami, np. rozpylając gaz łzawiący, ale te środki mogą też zadziałać na nas. Z policją jesteśmy w stałym kontakcie od lipca, ustalamy wszelkie szczegóły.
Lubelski radny PiS – Tomasz Pitucha, jeszcze przed pierwszym Marszem napisał na FB: Najzagorzalsi fani filmu W. Smarzowskiego chcą zorganizować w Lublinie tzw. Marsz Równości promujący homoseksualizm, pedofilię. Wytoczyłeś mu proces o zniesławienie i niedawno wygrałeś. Gratulacje! Wzmianka o pedofilii kosztowała radnego 5 tys. zł, które musi zapłacić na rzecz Marszu. Podczas rozprawy pewnie sporo nasłuchałeś się o związkach homoseksualności z pedofilią?
Łącznie 12 rozpraw, każda była małą gehenną. O ile pierwsze, otwierające, szły na luzie, to późniejsze przesłuchania… Moje trwało około 6 godzin. Na stojąco z jedną 20-minutową przerwą. Radny Pitucha miał „dowody”, że to, co napisał, jest prawdą – np. 400 stron badań amerykańskich pseudonaukowców, którzy twierdzą, że homoseksualizm i pedofilia są tak połączone, że to niemal to samo. Było ośmiu świadków w tym zakresie! Np. terapeuci, którzy twierdzili, że mieli pacjentów, którzy byli i homoseksualni, i byli pedofilami.
Równie dobrze mogliby być hetero i być pedofilami.
Kilku świadków radnego pogrążyło, wystarczyło zadać konkretne pytania, np. czy widzieli na Marszu banery promujące pedofilię. Wielogodzinne słuchanie tych głupot, tego jadu, powodowało, że wracałem do domu zdołowany. Zastanawiałem się, jakich argumentów jeszcze użyć, by tym ludziom wyjaśnić, że homoseksualizm nie ma takich połączeń. A to byli eksperci, intelektualiści, ludzie z KUL-u, ludzie niby oczytani. Na co dzień nie myślisz o tym, że ziemia jest okrągła i działa grawitacja, ale jak nagle trafisz na osobę, która uważa, że jest płaska i każe ci udowodnić, że jest okrągła… to zaczynasz googlać i okazuje się, że są setki badań naukowców, ale brak jednej organizacji, odgórnego narzucenia tej teorii. Radny Pitucha twierdził nieustannie, że istnieje twarde i miękkie LGBT, cokolwiek by to znaczyło. Jedna terapeutka mówiła, że to, co robimy na Marszach, to jest „rozpasanie seksualne”, a radny Rybak, filozof – że to neomarksistowska szkoła frankfurcka.
Wierzyłeś, że wygrasz?
Szczerze – nie. To wielka zasługa moich adwokatów: Bartosza Przeciechowskiego i aplikantki adwokackiej – Sary Wilk. Tylko jeszcze pamiętajmy, że to wciąż pierwsza instancja, dopiero po drugiej będę mógł mówić o zwycięstwie.
W sądzie spotkałeś się też z wojewodą lubelskim – Przemysławem Czarnkiem. Na swym kanale YouTube, również jeszcze przed pierwszym Marszem w Lublinie, powiedział on m.in., że: Obnoszenie się ze swoją seksualnością na ulicy jest po prostu obrzydliwe. Nie promujmy zboczeń, dewiacji, wynaturzeń. Doszliście do porozumienia, ustaliliście treść przeprosin… ale sprawę wytoczyłeś ponownie.
Bo wojewoda złamał wszystkie warunki umowy. Przeprosiny niby opublikował, ale poprzedził komentarzami, w których właściwie stwierdził, że nie przeprasza. Potem cały filmik usunął i dodatkowo wstawił na FB oświadczenie, że nie wycofuje się z ani jednego słowa.
Chyba wiele osób w Polsce mogłoby wytaczać podobne procesy. Polecasz?
To nie jest takie proste. Ja mogłem to zrobić, bo te słowa dotyczyły mnie bezpośrednio jako organizatora Marszu. Jeżeli wypowiedź jest ogólna, to niestety raczej nie ma podstaw do procesu. Do tego trzeba mieć siłę i cierpliwość, zapłacić opłaty sądowe i znaleźć adwokata. Ale warto! Idźcie do sądu, jeżeli was obrażają.
Ty masz tę cierpliwość?
Mam tę uprzywilejowaną pozycję, że jestem freelancerem, robię filmy, mogę więc dopasować kalendarz, by tym się zająć.
Napisałeś na Twitterze, że myślisz nad pozwem zbiorowym przeciw arcybiskupowi Jędraszewskiemu.
To jednak, jak się okazało, byłoby trudne. Szczególnie jeśli mowa o pozwie zbiorowym. Chociażby przez to, że nie powiedział wprost o LGBT, tylko o „tęczowej zarazie”. Jestem po konsultacjach z prawnikami i… pozostaje jedynie obserwować jego zachowania dalej. Tak jak wspomniałem, jeśli ktoś uderza w konkretną osobę albo organizację, wtedy można iść do sądu, jeśli mówi ogólnie o LGBT, o ideologii LGBT albo o zarazie… to prawo nas wtedy nie chroni, tak jak chroni inne grupy. Jeśli znieważysz jakąś grupę wyznaniową czy etniczną, to jest to przestępstwo, a w przypadku orientacji czy tożsamości płciowej ochrony prawnej brak.
Uczestniczyłeś w Letniej Akademii Równości – inicjatywy poznańskiej Grupy Stonewall, której działaczki i działacze podczas wakacji odwiedzili 7 małych miast z plenerowymi eventami wokół edukacji dotyczącej LGBTI.
Ja byłem tam tylko jako filmowiec. Narodowcy pojawili się w każdym z tych miasteczek, więc bywało smutno i trochę niebezpiecznie mimo ochrony policji. Ale przychodziło też sporo ludzi, którzy autentycznie chcieli się czegoś dowiedzieć. Padały nawet najbardziej bezpośrednie pytania, np. „Jak to robicie?”
Jak robicie co?
Jak uprawiamy seks!
Żartujesz.
Nie! Ale nie chcieli nikogo obrazić. Zwyczajnie byli zainteresowani, a nie mieli nigdy kogo o to zapytać.
I jak odpowiedzieliście?
Normalnie. Np. że jeśli chodzi o sam stosunek między mężczyznami, to jest coś takiego, jak stosunek analny. Dla wielu z nas to coś przyjemnego, ale nie wszyscy to lubią, poza tym trzeba do tego ćwiczeń, lubrykantu itd. Takie normalne rzeczy.
Więcej było osób, które podeszło do was, by dostać darmową puszkę Sprite’a (firma była partnerem akcji, działacze Grupy Stonewall częstowali nim w każdym mieście – przyp. red.), czy może podchodziły też same osoby LGBTI?
W Grudziądzu przyjazd Grupy Stonewall przerodził się w mini Pride. Na rynek przyszło kilkadziesiąt młodych osób z tęczowymi akcentami. Tańczyli do muzyki z głośnika, zrobił się niemal piknik. Ktoś nam powiedział, że oni nigdy tak kolorowo nie chodzą ubrani, że to był jedyny dzień, kiedy mogli to zrobić. Ale pojawili się też ich koledzy – w kontrmanifestacji. Jedna i druga grupa to byli ludzie z tych samych klas w szkole.
W dokumencie „Artykuł osiemnasty” (2017), który wyreżyserowałeś, pokazujesz lata zaniechań Platformy Obywatelskiej w kwestiach LGBTI. Gdyby film miał powstać dziś…
To mielibyśmy do wykorzystania znacznie więcej homofobicznych wypowiedzi hierarchów Kościoła. Gdy film powstawał, osoby mówiące chociażby, że osoby LGBT należy palić na stosach (ks. Rafał Trytek) były z Kościoła usuwane. Dziś arcybiskup Jędraszewski mówi, że jesteśmy „błędem antropologicznym” i nic w związku z tym mu się nie dzieje.
Twój chłopak Sławek Wodzyński także jest działaczem LGBT. Gdzieś przeczytałem, że nigdy nie trzymaliście się publicznie za rękę.
W Wielkiej Brytanii się zdarzyło, ale w Polsce… Może przez chwilę gdzieś, ale nie pamiętam… Dłużej to jedynie na Paradzie czy Marszu. To właśnie mnie najbardziej wkurza: czytam wpisy pseudointelektualistów pytających, na czym właściwie polega dyskryminacja ludzi LGBT w Polsce – a przecież zwyczajne trzymanie się za rękę jest tak „kontrowersyjne”, że można oberwać…
Szczerze? Mam 23 lata, mieszkam w Gdańsku i gdy tylko wychodzę z moim chłopakiem na miasto. trzymamy się za rękę… no i żyję. Ty od dobrych kilku lat działasz publicznie, mówisz, że jesteś gejem, walczysz o nasze prawa, twój Facebook kipi od aktywistycznych postów… a boisz się czegoś tak zwykłego? O co chodzi?
Nawet myślałem o tym ostatnio… Może dlatego, że im bardziej jesteś na świeczniku, tym bardziej się obawiasz, że każdy gest może zwrócić się przeciwko tobie. Może jako anonimowy Bartek nie bałbym się wystawić tęczowej flagi na balkon?
Ale przecież wystarczy wpisać twoje nazwisko w google i zaraz wyskoczy twoje zdjęcie z tęczową flagą!
Może boję się, że ktoś wejdzie w moje prywatne życie, przyjdzie do domu mnie pobić… No widzisz? Niby aktywista – a też jest we mnie strach. I ten strach nie bierze się z niczego, nie udawajmy, że nie ma przemocy, że nie ma pobić. To, że ty „żyjesz” i nic ci się nie stało, nie oznacza, że ktoś inny nie został pobity chociażby na tej samej ulicy. Przemoc wobec osób LGBTI zdarza się nawet na zachodzie Europy, ale tam spotyka się z ostrą reakcją policji i sądów. U nas nie jest tak różowo. Wszyscy ci, którzy na co dzień pokazują, że są LGBTI, jednopłciowe pary żyjące jawnie, obejmujące się czy całujące na ulicy, są według mnie mega odważne. Ja im tej odwagi zazdroszczę.
Tekst z nr 81 / 9-10 2019.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O tym, jak to było być księdzem gejem, o tym, dlaczego postanowił zrzucić sutannę i zrobić publiczny coming out, o kościelnej homofobii i o Marszach Równości oraz o nowej pracy z ŁUKASZEM KACHNOWICZEM, rozmawia Mariusz Kurc. Do rozmowy przyłącza się JAKUB PRZYBYSZ, chłopak Łukasza
Foto: Łukasz Kachnowicz
Pierwszym polskim księdzem, który zrobił publiczny coming out, był Krzysztof Charamsa w 2015 r. Z tym, że on wyszedł z szafy, będąc w Watykanie, a potem przeprowadził się do Barcelony. Ty jesteś drugi – ale pierwszy, który mieszka w Polsce.
Jest jeszcze inna różnica. Charamsa wyoutował się, nie odchodząc ze stanu kapłańskiego, choć oczywiście szybko został wyrzucony, czyli mówiąc elegancko: suspendowany, zawieszony. Ze mną było inaczej – ja publiczny coming out zrobiłem już praktycznie jako były ksiądz.
Dokładnie 14 sierpnia we wpisie na FB. Nie byłeś już wtedy księdzem?
Formalnie rzecz biorąc pismo informujące, że zostałem suspendowany, dostałem 19 sierpnia, ale przełożonych o odejściu poinformowałem 30 czerwca.
Jak?
W liście do biskupa. Myślałem o tym już od dawna, ale by nie robić kurii zamieszania, chciałem odejść w czasie, gdy podejmuje się organizacyjne decyzje na kolejne 12 miesięcy, ustala nowe grafiki itd., czyli właśnie w końcu czerwca.
Wyoutowałeś się w tym liście?
Tak. Napisałem, że jestem gejem i nie mogę dłużej akceptować rosnącej homofobii Kościoła, nie jestem w stanie godzić bycia księdzem i gejem w takiej sytuacji.
I co?
Dostałem odpowiedź, że biskup chciałby się ze mną spotkać, ale ustalanie terminu przeciągało się. Dla mnie zresztą to nic by nie zmieniło. W połowie lipca poszedłem na mój pierwszy w życiu Marsz Równości.
Dwa tygodnie po odejściu byłeś już na Marszu Równości?
Tak. W Kielcach.
Jak ci się podobało?
Właśnie bardzo mi się podobało. Poczułem się u siebie. Wspaniała atmosfera. Zobaczyłem na własne oczy to, co podejrzewałem – że obiegowe opinie, jakie to zgorszenie na tych Marszach sieją, jakie antykatolickie prowokacje tam organizują – to bujdy.
Byłeś w sutannie?
Nie, skąd! Od 1 lipca nie noszę sutanny. Jednak dopiero po publicznym coming oucie biskup chyba zrozumiał, że negocjacji nie będzie – i wtedy mnie zawiesił.
Łukasz, a gdyby Kościół nie był homofobiczny, to byłbyś dalej księdzem?
Całkiem możliwe. Nawet brałem pod uwagę inną denominację chrześcijańską, są przecież kościoły protestanckie oraz anglikański, gdzie bycie gejem nie jest problemem. Miałem propozycje przejścia. Tak, że u mnie to absolutnie nie jest kryzys posługi czy powołania, to raczej kryzys Kościoła, który w moim przekonaniu idzie złą drogą.
Tak zwyczajnie, nie brakowało ci seksu?
Nie brak seksu najbardziej mi doskwierał, tylko konieczność ukrywania swej tożsamości. Rozdarcie wewnętrzne. Nie było to może życie w kłamstwie, ale w prawdzie też nie. Przez lata borykałem się z depresją, której przyczyn nie umiałem określić. Myślałem, że to może dlatego, że jestem katechetą, a tego nie lubię. Tymczasem powód był znacznie „większy”. Od 3 miesięcy czuję się wolny.
Cofnijmy się. Masz 19 lat i wstępujesz do seminarium duchownego. Może jeszcze nie nazywasz tego homoseksualnością, ale wiesz już, że mężczyźni ci się podobają – mam rację?
Masz.
I? Nie masz poczucia, że wchodzisz między wrogów? Frederic Martel pisze w „Sodomie”, że wielu chłopaków homoseksualnych idzie na księdza, bo to rozwiązuje ich problemy. Jako kryptogeje są przedmiotem szyderstw ze strony kolegów, a rodzina nagabuje ich o dziewczyny – w takiej sytuacji stan kapłański daje im wyższą pozycję społeczną i spokój z pytaniami o seks. Cena? Trzeba być homofobem. Bo sam celibat nie jest ceną – można sobie zinterpretować, że celibat to brak seksu z kobietami, a to ślubować gejowi jest łatwiutko.
(śmiech) Ale jednak to nie mój przypadek. „Podrzutkiem” klasowym nie byłem, miałem niezłą pozycję towarzyską. Homoseksualność natomiast ukrywałem całkowicie, nawet tego nie byłem w stanie przeanalizować. I co za tym idzie, nie miałem świadomości, jak Kościół jest homofobiczny. Na początku liceum byłem jeszcze dość krytycznie nastawiony do Kościoła, pamiętam, że nawet jakiś złośliwy wierszyk na ojca Rydzyka ułożyłem. Potem jednak odkryłem Boga jakby na nowo, zrobiło mi się bardzo dobrze, najbardziej porwało mnie proste stwierdzenie: „Bóg jest miłością”, Bóg kocha każdego. Wszedłem w to mocno, efektem było seminarium. Całą moją homoseksualność chyba blokowałem, wypierałem, tak to trzeba nazwać – ona istnieje, ale jakby na jakimś dalekim planie. Ignoruję ją, tym bardziej, że ona nie ma żadnego praktycznego wymiaru. Z żadnym chłopakiem się nie spotykam. Nie „grzeszę”.
W 2005 r. wchodzi w życie instrukcja papieża Bendykta XVI, zgodnie z którą, mówiąc w skrócie, gejów nie można wyświęcać na księży nawet jeśli ślubują celibat. Wbrew temu, co mówi katechizm, sama orientacja też okazuje się „zła” – homofobia Kościoła wchodzi na wyższy poziom.
Ja poszedłem do seminarium rok wcześniej. Ta instrukcja słabo i powoli przebija się do mojej świadomości, ale gdy jestem na piątym roku, mam już tyle wątpliwości, że przed święceniami po prostu outuję się moim przełożonym.
O, kurczę, serio?
Wysyłają mnie na badania psychologiczne. Katolicki psycholog mówi mi, że gdybym był na pierwszym roku, to radziłby mi zrezygnować z kapłaństwa, ale skoro jestem na piątym… W domyśle: warto marnować 5 lat? Moi przełożeni są poinformowani, że jestem gejem, a jednak dają mi zielone światło. Biorę to za dobrą monetę.
Zostajesz księdzem na 9 lat.
W czasie których narasta frustracja i potrzeba wyrzucenia tego z siebie.
Dziś masz 34 lata i na pewno ułożysz sobie życie. Myślę o tych księżach gejach, którzy całe dekady spędzili w zaprzeczeniu. Znasz takich?
Nie.
A w ogóle jakichś księży gejów?
Też nie. Choć zaraz, kłamię cię. Już znam – teraz się do mnie zgłaszają.
A w seminarium i w czasie 9 lat posługi?
Jakieś plotki na temat paru osób… Gdy jakiś hierarcha okazywał się mniej prawicowy, a bardziej centrowy, to zaraz pojawiały się domysły, że to pewnie homoseksualista.
Choć przypuszczam, że w istocie jest odwrotnie – homoseksualistów jest więcej wśród tych „hardkorowych” biskupów… Martel, że znów odwołam się do „Sodomy”, pisze, że Kościół jest pełen gejów, ale to nie tak, że funkcjonuje jakaś wielka szafa, do której, jeśli wejdziesz, to jesteś wśród swoich, tylko na zewnątrz musisz prezentować homofobię – raczej jest tak, że każdy ksiądz gej żyje we własnej szafie, kryje się przed resztą, udaje, że homoseksualność go nie dotyczy.
Jest w tym dużo racji. Do żadnego zaklętego kręgu nie wszedłem. Czułem się samotny.
Był jakiś moment przełomowy, po którym powiedziałeś sobie „koniec, odchodzę?”
To narastało latami. Pamiętam na przykład, jak z zaprzyjaźnionym wikariuszem poszliśmy z wizytą do kogoś i wywiązała się rozmowa o homoseksualności – ten mój kolega wikariusz powiedział z pogardą: „Ja to bym pedałowi ręki nie podał.” Pomyślałem, człowieku, nie masz pojęcia, że podajesz ją codziennie, przychodzę do ciebie na kawki, rozmawiamy, przekazujemy sobie znak pokoju. To było smutne i straszne, bardzo mnie zabolało. Potem kilku moich świeckich znajomych się wyoutowało, opowiadali, jak im trudno być katolikami w tak homofobicznym Kościele. A w zeszłym roku poznałem aktywistów zaangażowanych w pierwszy Marsz Równości w Lublinie i to była kolejna cegiełka. Fajni ludzie, w towarzystwie których mogłem być sobą. Zachęcali: „Chodź z nami, chodź z nami”
Co prawda nie od razu, ale poszedłeś.
Poszedłem. Po Marszu w Kielcach pojechałem do Białegostoku. Skala przemocy ludzi związanych z Kościołem, deklarujących głęboko religijność, przeraziła mnie. Doświadczyłem agresji, stanąłem twarzą w twarz z homofobią w wersji hard. Byłem z koleżanką, którą prowadziłem na wózku, bo miała złamaną nogę. Rzucano w nas petardami. Ryczeli nam wyzwiska do uszu. W każdej chwili mogli nas pobić a może i zabić. Policja była bierna. To były naprawdę traumatyczne chwile. Byłem osłupiały tą nienawiścią i przemocą – twardo powiedziałem wtedy do Honoraty: „Właśnie zostałem aktywistą LGBT”. Po Marszu w Kielcach zamieściłem na moich social mediach tylko fotkę z podpisem: „Nie jest tak, jak się mówi”. Po Białymstoku napisałem wprost, że byłem na Marszu – właśnie wtedy biskup wezwał mnie do pokuty, to było pod koniec lipca. Ale już nie dałem się uciszyć. Białostocka parafia św. Jadwigi podziękowała tym, którzy przeciwstawiali się Marszowi, a arcybiskup Jędraszewski kilka dni później powiedział o „tęczowej zarazie”. A więc ludzie, którzy rzucali w nas kamieniami i pluli na nas, bronili wartości chrześcijańskich? Na wysokości białostockiej katedry rzuciły mi się w oczy wielkie chorągwie i tłum modlących się, gotowych na atak ludzi. Oni chyba czuli się, jakby byli, nie wiem, pod Grunwaldem. Normalnie „rycerstwo” polskie broniące „ojczyzny” – i Kościół zagrzewa ich do walki? Przeciwko nam? Niepojęte. Napisałem wtedy, że Kościół wpisuje się w eskalację nienawiści.
Powiedziałbym, że nawet tę nienawiść inicjuje.
Przysłali mi wtedy upomnienie.
A nie sądzisz, że tych agresywnych jest w sumie nie tak dużo, natomiast winę za tę rosnącą homofobię ponoszą również tak zwani „umiarkowani”, których jest dużo więcej?
Dokładnie! Ci wszyscy, którzy niby są po naszej stronie, ale mówią: „Prowokujecie, no to macie”. Nigdy na żadnym Marszu nie byli, ale uprawiają symetryzm, że niby obie strony sporu są ekstremalne. Właściwie nie wiem, którzy bardziej mnie przerażają. Ci, którzy rzucają w nas kamieniami, czy ci wykształceni i nastawieni pokojowo, którzy potrafią to rzucanie sobie wytłumaczyć. Dobry gej to tylko taki gej, który siedzi w szafie, bo jak się ujawni, to prowokuje samym istnieniem.
I tęczową Maryjką?
Jasne. Nikt nie pamięta, skąd się w Płocku ta tęczowa Maryjka wzięła. Otóż, stad, że tamtejszy proboszcz udekorował w skandaliczny sposób Grób Pański na Wielkanoc, pisząc hasła „LGBT” obok „zboczenia”, „pogardy” itd. Jak tak można?
Byłeś potem na Marszu w Płocku?
Byłem i było znakomicie. Wiesz, po Białymstoku to już teraz wszędzie będzie lepiej. Nie mogę doczekać się mojej pierwszej Parady w Warszawie w przyszłym roku.
Łukasz, a nie myślałeś, by odejść z kapłaństwa po cichutku? Bo ty w 2 tygodnie – od odejścia do pierwszego Marszu – przeszedłeś drogę, jaka wielu osobom LGBTI zajmuje lata. A wiele innych nigdy jej nie pokonuje i tkwią w szafach, albo na wpół ujawnieni.
Moja działalność jest od dawna publiczna i nawet nie wyobrażałem sobie odejścia innego niż z otwartą przyłbicą. Nie mogę milczeć, gdy źle dzieje się w Kościele. Poza tym wierzę, że to procentuje. Napisało do mnie kilku księży, którzy noszą się z podobnym zamiarem.
A coming out przed rodzicami?
Powiedziałem mamie. Nie jest to dla niej łatwe, ale stara się zrozumieć. Zadaje to sakramentalne pytanie: „Ale jesteś pewny? Może tak ci się tylko wydaje?”. Wiesz sam, jak to jest, prawda? Jestem absolutnie pewny, że jestem gejem. Wiem to od niemal 20 lat i nic się przez ten czas nie zmieniło.
A tata?
Dużo gorzej. Usłyszałem, że mam nie przyjeżdżać do domu.
Współczuję. Musisz to przetrwać. Będziesz teraz szukał pracy?
Już znalazłem. Pracuję w pewnym klubie sportowym pod Lublinem, w miejscowości, która ogłosiła się „strefą wolną od ideologii LGBT”.
Super, że masz pracę. Nie chcę zabrzmieć jak dobra ciocia, ale teraz jeszcze przydałby ci się chłopak.
Chłopaka też już znalazłem.
Co? Naprawdę?
Na Marszu w Kielcach. To dopiero niecałe 3 miesiące… Jak ja za tym tęskniłem!… Czuję, że żyję.
Z ciebie, Łukasz, jest obrotny gość. Jak on ma na imię?
Ty go znasz. To jest Kuba, aktywista z Tęczowego Białegostoku.
Kuba Przybysz? Oczywiście, że znam.
Jest tu ze mną akurat (Łukasz spędza weekend w Warszawie, siedzimy w jednej z knajp)
Tu czyli?
Zadzwonić po niego?
Pewnie.
(Okazuje się, że Kuba spaceruje samotnie po Warszawie, nie chcąc nam przeszkadzać, o czym nic nie wiedziałem. „Zawołany” telefonicznie przez Łukasza („Już cię zadenuncjowałem Mariuszowi, chodź”) zjawia się po jakichś 10 minutach i dalej rozmawiamy już we trzech.) W mojej miejscowości robię za nie lada okaz, jedyny jawny gej. Jak Kuba ode mnie ostatnio wychodził, to ktoś zadzwonił do mojego szefa i powiedział, że ode mnie chłopak wychodził. Tak, jakby to było przestępstwo.
Nie do wiary.
Jeszcze jeden przypadek miałem. W pracy zajmuję się m.in. social mediami naszej firmy, ktoś włamał się na nasze konto i zamieścił info o akcji „LGBT to ja” – chyba po to, by było na mnie, że wykorzystuję pracę do „promocji homoseksualizmu”. Szef wiedział, jak jest, bo w tym czasie byłem akurat z nim na spotkaniu.
Co ty mówisz…
Ale daję radę. We dwóch jest raźniej. (Łukasz patrzy Kubie głęboko w oczy)
Kuba, jak się czujesz po Marszu w Białymstoku?
Już się pozbierałem, ale w pierwszym tygodniu działo się tyle, że nie miałem czasu „przytrzymać się” przy wspomnieniach i emocjach, które później zaczęły do mnie boleśnie docierać. Przepracowałem je. Teraz zaczęliśmy planować kolejne działania, otrzymaliśmy wiele wsparcia, również finansowego.
No i masz chłopaka.
No i mam chłopaka… Ledwo skończyła się burza medialna po Marszu, to on się wyoutował publicznie, więc znowu mam cyrk (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że jestem teraz dla Łukasza wsparciem. (Kuba patrzy Łukaszowi głęboko w oczy, czuję, że gdybyśmy nie byli w miejscu publicznym, byłbym teraz świadkiem buziaka).
Kuba, jaka jest twoja historia z Marszami/Paradami?
W zeszłym roku byłem na wakacjach w Barcelonie, gdy akurat była tam Parada. Nigdy wcześniej na żadnej nie byłem i nie miałem odwagi pójść. Stanąłem tylko z boku, przy przystanku Plaza Espana, by obserwować. Stanąłem i… przepłakałem tam z godzinę. Patrzyłem na uśmiechniętych chłopaków trzymających się za ręce, całujących się, na tęczowe rodziny, na drag queens i po prostu płakałem. Myślałem o tym, jak bardzo homofobia próbuje nas odczłowieczyć, sprowadzić tylko do seksu, do dziwolągów. Ileż razy słyszałem nawet samych gejów, którzy pletli, że nie chodzą na Marsze, bo nie lubią „piór w dupie”. O czym oni mówią, skąd im się w ogóle takie myśli biorą? Wiem, że racjonalne wyjaśnienia do homofobów nie trafiają, ale iść z piórkami w tyłku – czy to nie byłoby niewygodne? (śmiech). Tak nam te piórka do tyłków wtłaczają, że może ktoś w końcu powinien te „marzenia” zrealizować? Dodatkowo, wtedy w Barcelonie, byłem świeżo po trudnym coming oucie w domu… W Polsce zdobyłem się na odwagę i pojechałem na Marsz do Poznania, a potem do Lublina, gdzie było tyle agresji, że miałem tylko dwa wyjścia: poddać się i popaść w depresję albo zacząć działać – „popaść” w aktywizm. Wybrałem to drugie.
Tekst z nr 81 / 9-10 2019.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O religijnych fundamentalistach i o przemocy, o przegiętych gejach i o lesbijkach butch oraz o zakazie seksu analnego z Jalną Broderick, aktywistką LGBT z Jamajki, rozmawia Mariusz Kurc.
Chciałbym porozmawiać o sytuacji LGBT na Jamajce i o tobie samej, twoim aktywizmie. Od czego zaczynamy?
Od Jamajki. O mnie wolę później, jak się rozkręcę.
Moje pierwsze skojarzenia: gorący klimat Karaibów, reggae, Bob Marley. A jednocześnie Jamajka to ponoć najbardziej homofobiczny kraj na świecie.
Jest nas 7 milionów, z czego na wyspie mieszka połowa. Druga połowa wyemigrowała. Odnoszę wrażenie, że w przypadku LGBT proporcje są inne – wyemigrowała większość. Główny cel życiowy młodych LGBT – wyjechać.
Homoseksualizm jest nielegalny.
Czekaj. Sama orientacja homo jest legalna. Nielegalny jest seks analny – i między mężczyznami, i między mężczyzną a kobietą, i między kobietami. To raz. Dwa: nielegalne są wszelkie erotyczne zachowania między mężczyznami, choćby wzięcie się za rękę czy przytulenie, o seksie nie wspominając. Nawet spanie dwóch mężczyzn w jednym łóżku jest nielegalne. Możesz dostać 10 lat więzienia i ciężkich robót.
Ale skąd wiadomo, co się dzieje w domach? Policja wchodzi do sypialni?
Racja, ten przepis jest sprzeczny z drugim, który mówi, że szanuje się życie intymne. Jeśli dopuścisz się „zachowania homoseksualnego” publicznie, to sprawa jest jasna. Prywatnie, w domu może ci ujść płazem. A seks między kobietami jest legalny, byle nie analny.
Ta fiksacja na punkcie analu, jakby to było samo zło świata…
Fiksacja na punkcie seksu w ogóle! (śmiech). Ale suma sumarum, geje nie siedzą u nas w więzieniach za homoseksualizm, a na gruncie przepisu o analu jakoś mocno się nie ściga.
To skąd aż tak zła opinia o Jamajce?
Z przemocy, na którą władze przymykają oczy. Kiedyś liczyliśmy w naszej organizacji J-FLAG – wychodziło jedno morderstwo geja na miesiąc. Pobić nie zliczymy. Ofiarami są najczęściej geje, najczęściej ci przegięci lub trans kobiety.
Najgłośniejsze było zabójstwo Dwayne’a Jonesa w 2013 r. Chłopak miał 16 lat, był typem „divy”, lubił np. damskie ciuchy. Ojciec wyrzucił go z domu. Dwayne mieszkał na squacie z innymi „wyrzutkami” takimi, jak on. Poszedł na imprezę w Montego Bay ubrany jak dziewczyna. Inni chłopcy z nim tańczyli, myśląc, że jest dziewczyną. Gdy ktoś rzucił hasło, że nie jest, Dwayne został sprawdzony. Był bity, godzono w niego nożem, przejechano po nim autem. Zmarł po dwóch godzinach tortur. Do tej pory nikomu nie postawiono zarzutów. Świadków były dziesiątki i „nikt nic nie widział”. Ciało Dwayne’a leżało w rowie. Ojciec odmówił zabrania go.
Kultura maczo w makabrycznym wydaniu.
Musisz być bardzo ostrożny i nie wzbudzać „podejrzeń”. Sytuacja różni się w zależności od okolicy. Kogo stać, ten przeprowadza się do bardziej liberalnych dzielnic, jak ja. Akceptację i więcej wolności kupuje się, paradoksalnie, na ogrodzonym osiedlu.
A policja tylko czeka. Czasem wystarczy, że dwóch facetów siedzi w samochodzie i uśmiecha się do siebie. Policjanci potrafią podejść, zasugerować, że chyba publicznie odbywają się tu „lubieżne czynności”, wziąć na przesłuchanie. „A co możesz dla mnie zrobić?” – pytają, gotowi na łapówkę.
Mnie się też coś takiego zdarzyło. Siedziałam z dziewczyną, nic nie robiłyśmy, próbowali nas zastraszyć. Publiczne „lubieżne czynności” podlegają karze, choć par hetero nikt nie nagabuje.
W kanałach Kingston mieszka wielu bezdomnych gejów, tych przegiętych, „kobiecych”. Wyrzuceni z domu, bez szans na pracę.
Geje są częściej narażeni na pobicia, a lesbijki – na ataki na tle seksualnym. Pewnie słyszałeś o gwałtach korekcyjnych, które mają lesbijkę „naprawić”. Ich ofiarami padają równie często lesbijki butch, a więc te mniej atrakcyjne z perspektywy hetero maczo – jeszcze jeden dowód, że w gwałcie nie chodzi o seksualne wyładowanie, tylko o pokazanie władzy.
A jednak chcę podkreślić, że widzę poprawę. W zeszłym roku mieliśmy pierwsze na Jamajce imprezy Pride. Jeszcze nie Paradę, na to jest za wcześnie, ale były np. imprezy na plaży.
Ty sama jesteś wyoutowana i działasz. To też świadczy o poprawie.
Kochany, ja byłam jako lesbijka na pierwszej stronie głównego dziennika (śmiech).
Przepisy, o których mówiłaś, są z czasów kolonialnych. Jamajka uzyskała niepodległość od Wielkiej Brytanii w 1962 r. Pięć lat później Brytyjczycy przestali karać za „akty homoseksualne”, u was przepis został.
Niestety tak. W latach 70. sprawy szły ku lepszemu, docierała emancypacja ze Stanów. Powstała nieformalna organizacja Gay Freedom Movement. Założył ją Larry Chang, prekursor, który powołał do życia również magazyn LGBT „Jamaica Gaily News”. W 2004 r. dostał azyl polityczny w USA i tam mieszka…
W latach 80. nadeszła epoka AIDS i telewizji satelitarnej, a wraz z nią – fundamentalnie chrześcijańskie kanały, które sączyły i nadal sączą nienawiść. Do tego fala chrześcijańskich kaznodziejów z USA. Druga – już w XXI wieku, gdy zdali sobie sprawę, że u siebie przegrali. Uważam, że to oni odpowiadają za podżeganie do homofobii. Bogobojni, niedoedukowani ludzie stanowią dobry grunt. To smutne, ale im lepsza sytuacja w USA, tym mocniej Stany tę nienawiść eksportują do Jamajki, czy do krajów Afryki.
Strach przed HIV jest dodatkowym paliwem nienawiści. Według tych kaznodziei jesteśmy demonami, które chcą zniszczyć społeczeństwo, a szczególnie hetero małżeństwa. Uczą, by zwracać uwagę na słowa takie jak „równość” czy „prawa człowieka”, które rzekomo są „kamuflażem” zniszczenia. To są potężne organizacje: Jamaica Cause, Christian Fellowship, Love March Movement. Taki gość Scott Lively… Wygugluj sobie.
Słyszałem o nim. Jednocześnie macie dość prężny ruch LGBT, tak?
Ale zachowaj proporcje: na ich kazania potrafi przyjść 20 tysięcy osób. W tym kontekście ruch LGBT to garstka. Najważniejsza organizacja LGBT – J-FLAG (Jamaican Forum for Lesbian, All-Sexuals and Gays), o której już wspomniałam, powstała w 1998 r. Jej lider Brian Williamson, biały facet, został zamordowany w 2004 r.
Ty już wtedy działałaś?
Właśnie w 2004 r. dołączyłam do J-FLAG. W latach 80., gdy kończyłam liceum, wyoutowałam się przed paroma przyjaciółmi. Na studiach założyłam grupę Women for Women, to już był czas wzrostu przemocy i zachorowań na AIDS. Lata 1994-2004, powiedziałabym, były najgorsze.
Czytałem, że na Jamajce aż 33% mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami, żyje z HIV.
Żyje w ukryciu – i umiera. Stygma jest straszna. Co najmniej kilkoro moich przyjaciół zmarło na AIDS albo zostało zamordowanych na tle homofobii.
Od czterech lat z przyjaciółką Angeline Jackson prowadzę organizację: Quality of Citizenship Jamaica, skierowaną do homo – i biseksualnych kobiet. W 2015 r., gdy był na Jamajce prezydent Obama, w wystąpieniu pochwalił Angeline. Media to pominęły.
Jednym z naszych postulatów jest zmiana definicji gwałtu. Obecnie gwałtem określa się spenetrowanie waginy przez członka przy użyciu siły. To oznacza, że zgwałcenie kobiety np. pistoletem czy nożem nie jest już gwałtem. Nie jest też gwałtem zgwałcenie mężczyzny.
A działacz Maurice Tomlinson?
Prawnik, który wyszedł za mąż w Kanadzie. Publicznie się wyoutował, nawoływał do zniesienia kar za seks między mężczyznami. Dostawał tyle pogróżek, że zaczął bać się o życie i wyemigrował, ale nadal działa.
Jak sytuacja LGBT na Jamajce wygląda na tle regionu?
Najwięcej jest wpływów amerykańskich, ale jak mówiłam, paradoksalnie, one nie muszą być dobre. Odwilż na Kubie, działalność Marieli Castro, niespecjalnie odbija się u nas echem. Te kraje, gdzie wcześniej rządzili Brytyjczycy, mają podobną sytuację. Na Barbadosie prawo jest gorsze – homoseksualizm jest wprost nielegalny. Za to na wyspach należących do Holandii, Curaçao i innych, są małżeństwa jednopłciowe.
Kultura reggae, rasta – jest homofobiczna?
Bob Marley śpiewał tylko o związkach hetero, ale oddaję mu, że nigdy nie był homofobiczny. To już dużo.
Jamajką jest też Grace Jones.
Kocham Grace Jones za muzykę, za androgyniczny wizerunek i za to, że jest naszą sojuszniczką. Zawsze powtarza, że miłość to miłość, a jakiej płci osobę się kocha, to mniej ważne. I jest Diana King… Nie znasz hitu „Shy Guy”?
Ach, tak, znam.
Diana jest wyoutowaną lesbijką.
No, ale mamy też niestety całkiem sporo mocno homofobicznych wykonawców.
Czytałem niektóre teksty utworów. O zabijaniu gejów, o traktowaniu ich kwasem. Straszne.
Jedyna pociecha, że te zespoły mają coraz większe problemy z występami za granicą.
A relacje rasowe?
Ja na Jamajce jestem biała, a jak pojadę do USA, to „tracę” biały kolor i jestem Latynoską.
Jakie masz korzenie?
Jestem przykładem na to, że multi-kulti to nie jakaś idea, tylko fakty. Urodziłam się na Jamajce, moi rodzice też, natomiast mój dziadek i babcia od strony mamy są z Ekwadoru. Rodzice dziadka: Hiszpan i Francuzka. Mój pradziadek od strony taty był Irlandczykiem, który w Hondurasie ożenił się z Indianką. Mamy w rodzinie osoby o wielu odcieniach koloru skóry. Jedna moja siostra ma skórę wyraźnie jaśniejszą od mojej i piegi, a druga czarne jak smoła, „indiańskie” włosy i skórę ciemniejszą.
Tekst z nr 67 / 5-6 2017.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O postępującej islamizacji, o zakazie homoseksualizmu, o własnej drodze do akceptacji i o gejowskich ikonach na imprezach w Kuala Lumpur mówi Jerome Kugan, działacz LGBT z Malezji, w rozmowie Mariusza Kurca
Jesteś aktywistą LGBT, ale nie należysz do żadnej organizacji.
Należę do nieformalnej organizacji Seksualiti Merdeka. Merdeka to po malajsku „niepodległość” albo „wolność”. Formalnych, zarejestrowanych organizacji LGBT w Malezji nie ma – są zakazane. Seksualiti Merdeka założyłem w 2008 r. wraz z przyjaciółką – Pang Khee Teik. Zaczynaliśmy jako swoisty festiwal praw mniejszości seksualnych. Po trzech edycjach, gdy festiwal został zauważony, dostaliśmy bana i musieliśmy zejść do podziemia. Teraz koncentrujemy się na warsztatach, półprywatnych spotkaniach, samopomocy, wzajemnym wspieraniu się, konsolidacji środowiska. Poza tym od pięciu lat organizuję tu, w Kuala Lumpur, imprezy LGBT w klubach pod wspólną nazwą Rainbow Rojak. Rojak to kolorowe danie malajskie, podobne do sałatki; a w przenośni używa się tego słowa na określenie czegoś różnorodnego, czegoś, w czym wszystko może znaleźć swe miejsce. Moje imprezy służą otwarciu się naszej społeczności, poznawaniu się, zaprzyjaźnianiu, wspólnej zabawie. Uprzedzając od razu twoje pytanie: nie, to nie są seksimprezy – z seksem osób tej samej płci trzeba być ostrożnym – jest karalny. Zamknąć kogoś za homoseksualizm nie jest może bardzo łatwo, bo trzeba być przyłapanym „na gorącym uczynku”, ale właśnie dlatego z „gorącymi uczynkami” trzeba uważać.
O to jeszcze dopytam później, ok? Opowiedziałbyś o tych imprezach? Są w Kuala Lumpur gejowskie kluby?
Takich z renomą, które działają od jakiegoś czasu, to są trzy: Blueboys, Marketplace KL oraz Divine Bliss. Kuala Lumpur to nie jest wielkie miasto, jakieś trzy miliony mieszkańców. W Bangkoku, Singapurze czy szczególnie w Dżakarcie społeczność LGBT jest dużo, dużo większa.
Do jakiej muzyki się bawicie?
Mam bzika na punkcie gejowskich ikon, więc usłyszysz u nas Abbę, Queen czy Madonnę. Również starsze rzeczy z wytwórni Motown, Steviego Wondera, Dianę Ross, Jamesa Browna, Marvina Gaye’a, Arethę Franklin. Co jeszcze? Michael Jackson… no i oczywiście współczesne kawałki.
Puszczasz też malajską muzykę?
Tak. Wyoutowanych wykonawców nie mamy, ale mamy gwiazdy uwielbiane przez społeczność LGBT, np. Siti Nurhaliza albo Sheila Majid – sprawdź sobie. Od lat interesuję się tym, co moglibyśmy nazwać „gejowską” czy „queerową estetyką”. Długo zastanawiałem się, czy coś takiego w ogóle istnieje – moim zdaniem tak. Teraz zakochałem się w muzyce klasycznej, odkryłem Benjamina Brittena, kompozytora angielskiego, który pisał dla swego ukochanego – Petera Pearsa, tenora. Byli razem ponad 30 lat.
Jakbyś ocenił sytuację LGBT w Malezji?
Większość ludzi się boi. Istniejemy właściwie tylko w podziemiu. O jakimś szerszym coming oucie nie ma mowy. Jest dobrze, jeśli ma się swoje grono, w którym czujesz się bezpiecznie. Większość jest schowana, udają przed rodzinami, przed ludźmi z pracy. Do tego obserwuję postępującą islamizację kraju, która, nie muszę chyba tłumaczyć, nie wpływa dodatnio na akceptację wobec LGBT. Ja sam nie jestem muzułmaninem, ale mnie ta islamizacja też dotyka.
Wyznajesz jakąś religię?
Pochodzę z katolickiej rodziny, ale nie czuję się katolikiem, nie jestem religijny.
Katolickiej, naprawdę?
Tak. Wiem, to u was większość. W Malezji są chrześcijańskie enklawy i urodziłem się właśnie w jednej z nich, w mieście Kota Kinabalu na wyspie Borneo. Ale ostatni raz byłem w kościele, gdy byłem może 15-latkiem, a więc już ponad 20 lat temu. Urządzamy sobie święta Bożego Narodzenia, ale bardziej dla zabawy, niż z powodów religijnych.
Muzułmanów w Malezji jest ok. 60%, dużo mniej niż katolików w Polsce, a i tak mówisz o islamie jako o dominującej sile.
Bo polityczny wpływ islamu jest dużo większy, niż te 60% by wskazywało. Jest przytłaczający. W parlamencie zasiadają prawie wyłącznie wyznawcy islamu. Nadają ton.
Z drugiej strony zakaz homoseksualizmu w waszym prawie to spuścizna jeszcze po kolonizatorach Brytyjczykach, jak by nie było – chrześcijanach.
Obowiązuje prawo cywilne i prawo islamskie. Zakaz homoseksualizmu z prawa cywilnego, czyli ten po Brytyjczykach, jest rzadko stosowany. Ten z prawa islamskiego częściej. Mnie obowiązuje tylko prawo cywilne, bo jak powiedziałem, nie jestem muzułmaninem – ale gdyby mnie przyłapano z muzułmańskim chłopakiem, to też bym miał kłopoty z islamskim kodeksem. Moi koledzy geje, którzy urodzili się w rodzinach islamskich, zazdroszczą mi. Zresztą nawet heterycy przyznają, że islamizacja w Malezji idzie zbyt daleko. Z katolicyzmu czy jakiejkolwiek innej religii możesz w Malezji po prostu zrezygnować, ale z islamu – nie.
Jakbyś porównał sytuację w Malezji do sąsiednich krajów?
W Indonezji jest podobnie, tylko wszystkiego więcej, bo to dużo większy kraj.
Największy muzułmański kraj na świecie.
W Tajlandii jest większa akceptacja, ale z drugiej strony całe zjawisko seksturystyki nie jest zbyt pozytywne. Dominuje tam buddyzm, który jest nam bardziej przyjazny. Bardziej jest tak, że „nie akceptuję homoseksualizmu, bo on jest nie do pogodzenia z wzorcem rodziny” niż „jest niezgodny z religią”. Natomiast w Singapurze jest sporo chrześcijan, więc jeszcze trochę inaczej. Czempionem w naszym regionie jest Tajwan, gdzie sprawy LGBT są dyskutowane w mainstreamie, znajdziesz je w gazetach, co w Malezji jest raczej nie do pomyślenia.
Na Tajwanie projekt ustawy o małżeństwach jednopłciowych jest obecnie w parlamencie. To byłby pierwszy kraj Dalekiego Wschodu…
Właśnie, trzymam kciuki. U nas dostępne są media malajskie, angielskie i chińskojęzyczne – widzę gołym okiem, że te chińskojęzyczne są bardziej postępowe niż malajskie.
Są widoki na dekryminalizację homoseksualizmu?
Nie potrafię sobie wyobrazić, że to mogłoby się stać za mojego życia.
Lider opozycji i były wicepremier Anwar Ibrahim siedzi w więzieniu…
… za homoseksualizm. Już trzeci raz. Pierwszy raz został skazany w latach 90.
Spędził już za kratkami wiele lat za rzekome stosunki ze swym szoferem, z asystentem od pisania przemówień, z doradcą. Wiadomo, czy on naprawdę jest gejem?
Nie wiadomo i jak się domyślasz, jego rzeczywista orientacja jest bez znaczenia. Zakaz homoseksualizmu został użyty politycznie.
A korekta płci w Malezji?
Niemożliwa. Przyjaźni nam prawnicy podjęli kilka lat temu próbę obalenia zakazu na drodze sądowej, ale nie udało się. Zakazane jest też przebieranie się za osobę przeciwnej płci.
Drag queens?
Crossdressing, tak – zakaz.
Gdy dorastałeś, to musiałeś zdać sobie sprawę, że należysz do mniejszości i religijnej, i seksualnej.
Chodziłem do męskiego liceum. Ci wszyscy chłopcy wokół mnie! Hormony buzowały, myślałem, że zwariuję aaaaaa! (śmiech) Ale to był w sumie smutny czas, byłem nieustannie zestresowany, z wciąż czającymi się myślami samobójczymi. Jako katolik gryzłem się, że nie pójdę do nieba. Każde spojrzenie na przystojnego faceta wywoływało nie tylko erotyczną fascynację, ale też głębokie poczucie winy, strasznie to było przykre. Nie przystawałem do innych chłopców, którzy gadali o dziewczynach i sporcie. Ach, typowa historia geja! Ciągnęło mnie do sztuki – do książek, do muzyki, do plastyki. Potem miałem jednego kolegę, który też był gejem. Nie zostaliśmy parą, ale zaufaliśmy sobie, byliśmy dla siebie oparciem, razem narzekaliśmy na zło tego świata, dołując się nawzajem, nakręcając się (śmiech). Byliśmy nerdami oraz emo w epoce, gdy te słowa nie były jeszcze w użyciu. Czytaliśmy mroczną poezję. W pewnym momencie gorąco zapragnąłem uczyć się gry na wiolonczeli, by być jak Yo-Yo Ma. Okazało się, że w całej okolicy nie ma nauczyciela gry na wiolonczeli. Och… wszystko było nie tak! Na szczęście zdobyłem stypendium i na studia, literaturę, poleciałem do Australii.
To już chyba znam dalszy ciąg „typowej historii geja” – kraj bardziej LGBT-friendly otworzył cię i pozwolił się zaakceptować.
Dokładnie (śmiech). Wprawdzie z mojego małego miasta (Kota Kinabalu ma ponad 600 tys. mieszkańców, ale Jerome patrzy z dalekowschodniej perspektywy – przyp. red.) przeprowadziłem się do jeszcze mniejszego, czyli Canberry, ale tam jest prężna społeczność LGBT. Jest też polityczny ferment, bo to stolica. Przeżyłem 6 lat takiego życia, jakiego każdy młody człowiek powinien zasmakować. Dużo się uczyłem, sporo romansowałem, bawiłem się, było wspaniale. Oczywiście, wyszedłem z szafy. Powrót do ojczyzny był tak ciężki, że… wszedłem do tej szafy z powrotem. Dopiero po jakimś czasie zacząłem na nowo szukać takiego miejsca w życiu, bym mógł być sobą. Na tyle, na ile jest to u nas możliwe – znalazłem. Pracowałem m.in. w galerii sztuki, w redakcji czasopisma. W zeszłym roku byłem już na tyle zmęczony korporacyjnym myśleniem pracodawców, że zwolniłem się. Mam niewyparzoną buzię, nie wpasowuję się łatwo. Na razie utrzymuję się z dorywczych prac, zajmuję się też sztukami wizualnymi, maluję, rysuję. W tym roku planuję pierwszą solową wystawę. Życz mi powodzenia. Jak na warunki w Malezji, żyję praktycznie otwarcie. Jak zajrzysz na mój profil na Facebooku, to moja orientacja jest oczywista. Staram się zachęcić młodych ludzi do jak najbardziej otwartego życia, bo tylko taką drogą jesteśmy w stanie zbudować społeczność, która będzie w stanie zmienić innych ludzi. Tu naprawdę nie chodzi o sam seks. Chodzi o bycie sobą, o posiadanie przyjaciół, o poczucie, że się nie jest samemu. To Australia zaraziła mnie aktywizmem LGBT.
Tekst z nr 65 / 1-2 2017.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O tym, jak dyskryminacja wpływa na związki gejowskie, skąd geje biorą wzorce związku, jakim problemem jest różny poziom wyoutowania partnerów, co robić, gdy seks w związku „pada”, jak to jest z otwieraniem związków oraz z wewnętrzną homofobią u gejów, a także o zazdrości, przemocy i… powiększaniu penisa, mówią psychoterapeuta i seksuolog Andrzej Gryżewski oraz dziennikarz Przemysław Pilarski, autorzy poradnika „Jak facet z facetem”. Rozmowa Mariusza Kurca
Andrzej Gryżewski (z lewej) i Przemysław Pilarski. Marcin Niewirowicz (niema.foto)
W waszym poradniku związków gejowskich, „Jak facet z facetem”, dziennikarz gej, Przemek, rozmawia z psychoterapeutą, heterykiem, Andrzejem. Przemek pyta, ale też dzieli się własnymi spostrzeżeniami, a Andrzej sypie przykładami historii gejów, z którymi spotkał się w pracy. Jest między wami taka „chemia”, jakbyście znali się od dzieciństwa. Jak wpadliście na pomysł książki?
P: Miło słyszeć, ale znamy się ledwo od roku. Niezależnie od siebie mieliśmy ten sam pomysł. Przez kilka lat robiłem stand-up z wątkami gejowskimi, co wywołało we mnie większą uważność na „te tematy”; ale przede wszystkim, czerpiąc z doświadczenia własnego oraz przyjaciół, zauważyłem, że przydałoby się gejom wsparcie – mamy „Radość seksu gejowskiego”, „Radość seksu analnego”, a jeśli chodzi o emocje, bliskość – książek nie ma. Heterycy mogą podpatrywać przykłady wokół siebie, a i tak mają poradniki, a my? Wspominałem o tym przyjaciółce, dziennikarce Beacie Pawłowicz i…
A: Beata jest też moją przyjaciółką. Razem napisaliśmy wiele artykułów z psychologii i seksuologii do „Zwierciadła”. Wpadłem na pomysł książki, bo na 1500 godzin psychoterapii, którą robię rocznie, aż 500 godzin jest z klientami gejami. Coś jest na rzeczy! Zaproponowałem temat Beacie, ale stwierdziła, że ma za mało wiedzy – poleciła mi Przemka.
Jedna trzecia twoich klientów to geje – sporo. Skąd wynika ta nadreprezentacja?
A: Po pierwsze heteronorma i homofobia sprawiają, że mężczyźni homoseksualni po prostu mają mniej poczucia bezpieczeństwa, co odbija się na ich życiu psychicznym. Przy outowaniu się często doświadczają braku zrozumienia. To nie ma nic wspólnego z samą orientacją, tylko z warunkami społecznymi. Chłopak mówi rodzicom, że jest gejem, a ci każą mu się leczyć lub iść do egzorcysty – nietrudno wtedy o depresję. Każdy by tak reagował. Zapytasz pewnie, co z lesbijkami. Do mnie zgłaszają się sporadycznie. Przez 10 lat pracy miałem może kilka, a gejów – około 50 rocznie. Stawiałbym, że lesbijki częściej wybierają kobiety terapeutki. Po drugie, nie mam wobec gejów uprzedzeń, które, jak mówią mi klienci, zdarzają się czasem innym seksuologom i terapeutom. Zwłaszcza tym wykształconym w latach 70. czy 80., którzy nie aktualizują wiedzy. Wtedy nauczano, że homoseksualizm jest zaburzeniem, dziś jest po prostu jedną z orientacji. Bywa, że gej przychodzi z problemem w związku, a terapeuta: „Przepraszam, ale ja perwersjami się nie zajmuję”. O tym, że prowadzę terapię m.in. osób LGBT, można przeczytać na mojej stronie internetowej. Często klienci mówią, że obawiali się natknąć na homofoba i przekonało ich właśnie to, że wprost na stronie napisałem o LGBT. Ja jestem chłopak z warszawskiej Pragi. Byłem blokersem z osiedlowej ławki. Dorastałem w klimatach trochę chuligańskich, narodowych, z chodzeniem do kościoła co niedziela. Nie zapomnę pierwszego klienta geja. To było 10 lat temu. Przyszedł zwyczajny, pogodny człowiek i powiedział, że nie może dogadać się z partnerem. Nie takie było wyobrażenie geja w moim dzieciństwie. Wiele zawdzięczam moim dwóm mentorom: prof. Zbigniewowi Lwu Starowiczowi oraz prof. Andrzejowi Kokoszce.
Andrzej, w jakim wieku geje do ciebie przychodzą i z jakimi problemami?
A: Młodzi, tacy 20-30 lat, przychodzą z reguły z czysto seksualnymi sprawami, które chcą ekspresowo załatwić, proszą o leki. Mówię, że jako psychoterapeuta recepty wypisać nie mogę, ale z ciekawości: jaki ma pan problem? Częsta odpowiedź: za krótkie stosunki, przedwczesny wytrysk, słaby orgazm, zaburzenia erekcji. Pytam, jak długi stosunek by miał być? „No, z godzinę co najmniej”. A jak długo przeciętnie sam stosunek trwa według badań? W Polsce od 2 do 8 minut! Jest niesamowite parcie wśród młodych, by być seksmaszyną, ogierem. Trochę starsi, od 25 lat i wyżej, pytają, jak się wyoutować. Jeszcze starsi, po 35-roku życia, przychodzą z problemami w związkach – np. wypalenie pożądania albo partner się zaraził HIV. Najwięcej mam klientów z problemami partnerskimi.
Seniorzy?
A: Gejów po 70-tce nie mam w ogóle, po 60-tce kilku.
Przemek, gdybyś miał zdefiniować główną bolączkę polskich gejów?
P: Może zamknięcie w szafie? Na gejowskich portalach randkowych roi się od zdjęć nóg czy (rzadziej) klaty zamiast twarzy. Udajemy, że nas nie ma, istniejemy tylko anonimowo. To rodzi brak szacunku i do innych gejów, i do samego siebie. Oraz frustrację i pasywną agresję. Czujemy się odrzuceni, ale nie umiemy tego przyznać ani z tym walczyć. Ten brak otwartości przekłada się na funkcjonowanie w życiu. Oczywiście, nie wszyscy i oczywiście, gdyby nie homofobia, to szafy by nie było.
Piszecie w książce o różnym poziomie wyoutowania, jako o jednym z problemów, który odróżnia związki gejowskie od hetero.
P: Jeden chce objąć drugiego na klatce schodowej, a ten drugi w strachu, że sąsiedzi zobaczą. Jeden powiedział rodzicom, drugi nie. Jeden powiedział w pracy, drugi nie, i tak dalej. Znam parę, która pokłóciła się w Ikei, bo jeden powiedział do drugiego „kochanie”. Przecież mógł ktoś usłyszeć!
A: Trzeba wytrwałości i cierpliwości, by te poziomy wyrównać. Inaczej to grozi nawet rozpadem. Brak coming outu wpływa zresztą też na życie singla. Chłopak mieszka z rodzicami w małym miasteczku, ukrywa, że jest gejem. Raz na jakiś czas jeździ do dużego miasta, tam załatwia seksualne potrzeby i wraca. Ten brak wyoutowania całe jego życie determinuje, on związku sobie nawet nie wyobraża. W życiu emocjonalnym spełnienia nie znajduje.
Kolejny problem to brak wzorców relacji męsko- męskiej.
P: Nie ma wzorców, więc geje kopiują wzorce hetero, a one często się nie sprawdzają.
A: Jak u klienta w domu tata po pracy tylko odpoczywał, to on też tak robi. Tylko, że jego facet też swego ojca kopiuje – i rośnie góra śmieci, bałagan, lodówka pusta itd. Albo obaj, wzorem ojców, nie komunikują uczuć. Bo sam fakt, że już zdecydowali się być razem, powinien wystarczyć! Z czasem widzą, że coś nie wychodzi. Jeśli zaczynają negocjować, to już jest dobrze. Parom, które ustaliły własny, „spersonalizowany” wzorzec, wiedzie się z reguły lepiej. To dotyczy zresztą też par hetero.
P: Nieraz słyszałem: kto w twoim związku jest kobietą, a kto mężczyzną? Halo? Nikt nie jest kobietą! To jest związek dwóch mężczyzn. Na to pada pytanie, kto wykonuje „kobiece” czynności – i zaczyna się dekonstrukcja, dlaczego jakieś czynności są „kobiece” a inne – „męskie”.
Ponoć wzorce hetero są tak silne, że stereotypowo ten bardziej „kobiecy” gej w związku jest oddelegowywany do „kobiecych” zajęć, a ten bardziej „męski” – do „męskich”.
P: Jeśli im to pasuje, to OK. Gorzej, gdy ten „kobiecy” woli naprawiać gaźnik w skuterze, a „męski” ubijać masło w maselnicy, jak Słowianki Donatana (śmiech).
Ja obserwuję wśród gejów parcie na męskość. Czasem to jest wręcz autoagresja – oznak przegięcia nie cierpią u innych i sami też się pilnują.
A: Męskość jest zdefiniowana przez zaprzeczenie kobiecości. Skoro miękkie ruchy są „kobiece”, to facet powinien mieć „twarde”. Jeśli kobieta pokazuje emocje, to facet ma być głazem. Jeśli nie jest, to „w takim razie nie jestem prawdziwym mężczyzną”? Spada poczucie wartości. „Może nie zasługuję, by ktoś mnie pokochał?” Przedłużeniem takiej postawy bywa notoryczna chęć na seks z nieznajomymi, awersja do głębszych relacji.
P: Dopowiem tylko odnośnie pilnowania się, by np. nosić się po „męsku”, a nie po „pedalsku” – że z perspektywy takiego Berlina to spodnie moro i glany są bardziej „pedalskie” niż różowe majteczki.
Dochodzimy do zinternalizowanej, wewnętrznej homofobii wśród gejów.
A: Jeśli ktoś do mnie przychodzi, to zwykle podstawowe sprawy ma już przepracowane. Chyba że jest po „leczeniu” w jakimś katolickim ośrodku i ma nawkładane do głowy, że jego homoseksualizm wynika ze słabej woli, defektu psychicznego, deficytu męskości. Natomiast miałem przypadki, że przychodzi para hetero z problemem, że seks padł, on nie ma ochoty. Stosuję znane mi metody i, cholera, nic nie działa. On jest sfrustrowany, ona zła. W końcu godzą się na taki stan rzeczy, bo się kochają. Seksu nie będzie. Po kilku latach ona wraca i mówi: „Tamta terapia się nie mogła udać, wykryłam, że on jest gejem”! Czasem, gdy taką parę rozdzielam na sesje indywidualne, to on bąknie, że wprawdzie żadnym gejem nie jest, ale lubi popatrzeć na seks męsko-męski. Inny przypadek: przychodzi gej z kumplem hetero. Mówią, że się przyjaźnią, a od jakiegoś czasu uprawiają seks – i nie wiedzą, o co w tej relacji chodzi. Ten „heteryk” zarzeka się, że na 100% nie jest gejem.
P: Mnie na hasło „zinternalizowana homofobia” przychodzi do głowy Kościół katolicki – instytucja, w której jest wielu kryptogejów i która ma obsesję na punkcie piętnowania homoseksualności. Kiedy ktoś w kółko o czymś mówi, to widać, że ma jakiś problem.
A zdarza ci się słyszeć od gejów, że „z homofobią nigdy się nie spotkałem”.
P: Zwłaszcza od starszych. „Wszyscy wiedzą, jaki jestem, i nikt mnie nigdy nie pobił”. No faktycznie, jest co świętować! A co to znaczy, „jaki jestem”? Oswojony pedał to nadal pedał, odmieniec. Nie bity, ale obgadywany za plecami, wytykany palcami. To nadal człowiek bez pełni praw, który na przykład nie może zawrzeć związku z partnerem. Na wszelki wypadek lepiej udawać, że homofobii nie ma – bo jeśli jednak istnieje, to trzeba się zastanowić, czy przypadkiem nie jest się jej ofiarą. Wtedy przestaje być miło. Może trzeba by zacząć coś robić, działać? „O rany, tylko nie to!”
Kult młodości wśród gejów?
A: Bywa, że nadwrażliwość na punkcie niedoskonałości ciała, zaczyna się już po 30-tce. Chodzi nie tylko o symptomy starzenia się. Jestem za gruby albo za chudy. Bicepsy? Komar, jak napnie łydkę, to ma większe mięśnie. Albo chłopak z nadwagą mówi, że ma przystojnego faceta, któremu rzekomo ten jego brzuszek nie przeszkadza. „Niemożliwe, jaja sobie robi chyba”. 1/10 moich klientów gejów korzysta z medycyny estetycznej – odsysanie tłuszczu, usuwanie nadmiaru skóry, podgardla, wszczepianie implantów, wybielanie odbytu. Zdarzają się też anorektycy, wcześniej ich nie było. Zarówno wśród gejów, jak i heteryków. Kult szczupłego ciała, który do niedawna dotyczył tylko kobiet, teraz coraz częściej dotyka mężczyzn.
Powiększanie penisa?
A: Można powiększyć o 2 cm, a jest 80% prawdopodobieństwa, że organizm zabiegu nie przyjmie. Pytam klienta, czy warto. Jeśli ma nadwagę, to mówię, że zrzucenie 10 kilo powiększy penisa średnio o 1,5 cm.
Podgolenie włosów łonowych też optycznie wydłuża penisa.
A: O, widzisz (śmiech).
A gdy seks w związku ustaje…
A: …to jest podobnie, jak w związkach hetero. Z automatu to można mieć seks przez kilka miesięcy, szczęśliwcy – przez kilka lat. Na tyle starcza fenyloetyloaminy, która się wydziela w mózgu, gdy ktoś wchodzi w nowy związek. Składem jest podobna do amfetaminy. Później trzeba popracować, a ludzie myślą, że seks ma być z automatu przez 30 lat. I wzajemne obwinianie się: „A bo ty ciągle zajęty jesteś!”, „A ty się zapuściłeś, na siłkę byś poszedł”.
Przemek, zgodziłbyś się, że wśród gejów więcej jest związków otwartych niż wśród heteryków?
P: Czy więcej, to nie wiem. Znam też swingersów wśród heteryków. Na pewno jest u gejów większa otwartość. Bo już i tak jesteśmy wtłoczeni w stereotyp, że geje = seks. Więc dlaczego tego nie przekuć na atut? Seks jest super! W otwartym związku nie widzę nic złego. Byle tylko partner miał świadomość, że funkcjonuje w takim układzie (śmiech).
A: A z drugiej strony, jeśli jest zazdrość, to mam wrażenie, że w związkach gejowskich częściej przybiera przemocowy charakter. Zgodnie ze stereotypem, geje to delikatne chłopaczki, a w rzeczywistości potrafi ą się naprawdę ostro pobić. Nie żartuję, bywa, że leje się krew, są złamania, pobyty w szpitalach. Te sytuacje nie są zgłaszane na policję, bo… wstyd. Jestem za tym, by dla związków gejowskich też była niebieska linia.
Przemek, dowiedziałeś się czegoś nowego o seksie i o związkach, dzięki rozmowom z Andrzejem?
P: I to ile! Np. o tym, że w wielu związkach jest tak, że to jeden z partnerów pełni rolę inicjatora seksu, drugi tylko się godzi. Albo o koszyku seksualnym – bardzo cenne, odsyłam do książki.
A: Stanowię chyba taki element „normalizujący” naszej książki. Chciałbym swoją osobą, heteryka znającego się na związkach gejowskich, pokazać, że to jest po prostu nasza wspólna ludzka tematyka. Mam zresztą nadzieję, że osoby hetero też przeczytają „Jak facet z facetem”, bo przecież ciągle spotykają gejów – sąsiadów, braci, ojców, wspólników, listonoszy, policjantów. Przykład? Niedawno przyszedł do mnie klient, heteryk, który ma z kolegą firmę, zatrudniają kilkudziesięciu pracowników. I ten kolega wyoutował się. Heteryk poczuł się zagubiony – czy coming out partnera biznesowego wpłynie na firmę? A może on teraz będzie go podrywał? „Ja go ciągałem do klubu nocnego ze striptizem, to teraz będę musiał chodzić po gejowskich lokalach?”. „Kurde, głupia sprawa, tyle razy wspólnie żartowaliśmy z ciot”. Facet miał mnóstwo pytań, bo wszedł na nieznany mu teren.
Z jakimi reakcjami spotkaliście się po premierze książki?
A: „Czy nie boi się pan, że zostanie teraz ekspertem od gejów?” – usłyszałem od jednej dziennikarki. Chyba nie zdawała sobie sprawy, że to trąci homofobią. Tak, jakby wiedza w tym zakresie stawiała mnie w gorszym świetle. Przed jednym ze spotkań autorskich prowadząca pytała nas: „A jeśli pojawią się narodowcy? Może nie siadajmy na samej scenie, tylko pod sceną, to będziemy mniej widoczni?” Jeszcze inna osoba, też z mediów, pytała, czy to już nie „za duży” coming out? Przemek odparł, że on już jest wyoutowany, a ja? Jaki coming out? Stosunkowo niewiele dostajemy pytań merytorycznych, o same związki gejowskie.
P: Sporo podziękowań dostałem – i od gejów, i od osób hetero, które mówiły, że w wielu tematach się odnajdywały.
O związkach pogadaliśmy, ale o samym seksie jakby mniej, a w waszej książce jest też o seksie. Wychodzę na pruderyjnego.
P: Mnie kilka osób powiedziało, że spodziewały się więcej pikanterii. Bo przecież geje to seks, a związki to tylko przykrywka dla nieustannych orgii ha ha. Znajoma wspominała, że chciała w końcu dowiedzieć się, co to jest ten „sneakers sex” – a tu nic. Bo nie wyjaśnialiśmy tego, co wszyscy geje wiedzą. Opowiedziałem jej, na czym polega sneakers, ale wydawała się rozczarowana.
Tekst z nr 63 / 9-10 2016.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z Marią Peszek o lesbijkach z piosenki „Jak pistolet”, o gejach, którzy ją wychowywali i w których się kochała, o kobiecości, o związkach partnerskich i o skoku w przepaść rozmawia Mariusz Kurc
foto: Zuza Krajewska/Warner
Utwór „Jak pistolet” z twojej nowej płyty „Karabin” opowiada o dwóch młodych lesbijkach, które nie wytrzymały nienawiści otoczenia i popełniły samobójstwo. To prawdopodobnie pierwsza polska piosenka, która mówi wprost o lesbijkach. Jak powstała?
Pomysł na płytę, której motywem przewodnim jest nienawiść, miałam od dawna. To temat, który mnie samej też dotyka. Chciałam zrozumieć, skąd w nas, ludziach, i skąd w Polsce, tyle nienawiści, szukałam obszarów, gdzie jest ona szczególnie widoczna. Poruszył mnie reportaż o samobójstwach wśród homoseksualnej młodzieży, który obejrzałam w telewizji. Skontaktowałam się z Mirką Makuchowską z Kampanii Przeciw Homofobii, która opowiadała w tym programie o dwóch dziewczynach zaszczutych w małej miejscowości. Historia mnie rozwaliła, zebrałam więcej informacji i tekst powstał błyskawicznie, w ciągu dwóch dni. To był pierwszy tekst na płytę, jej mit założycielski. Zwykle pisanie to jest dla mnie żmudna praca, a „Jak pistolet” napisał się praktycznie sam. Te dziewczyny, K i P, stały się jakby patronkami „Karabinu”, piosenka jest hołdem dla nich.
Nie wiedziałem, że to jest prawdziwa historia.
„Leżały pod drzewami do siebie głowami” – ten fragment tekstu jest wzięty dosłownie z zeznań grzybiarza, który odkrył ciała.
Po premierze płyty dostałam na Facebooku wiadomość od dziewczyny, która przedstawiła się jako przyjaciółka K i P. To był głos oburzenia: jak ja śmiem śpiewać, że one były lesbijkami? Strasznie bolesne, rozpaczliwa próba obrony ich czci przez zaprzeczanie – tak jakby homoseksualność miała szargać pamięć. Ta przyjaciółka była przekonana, że ranię rodziców dziewczyn, robię im krzywdę, bo oni nie chcieliby pewnie, by choć sugerować „taki” wątek. Okrutne. Niczego już nie da się sprawdzić czy udowodnić, zresztą nie o to przecież chodzi – bo ta historia była tylko inspiracją. Śpiewam o czymś ważnym – nienawiść do ludzi za to, że mają orientację inną niż hetero – po prostu jest, istnieje.
W numerze „Modern Holocaust” wyśpiewujesz obelgi, które ciebie samą spotykają i jest wśród nich „lesba”.
Tak. Choć ustalmy od razu: nazwanie mnie lesbijką nie jest dla mnie żadną obelgą. Bycie innym niż większość ma w Polsce konkretną cenę. „Inny nie znaczy gorszy” – śpiewam w „Polska A, B, C i D”, ale są ludzie, w których inność wyzwala agresję i muszą obrzucić cię błotem. To błoto kojarzy się im głównie z trzema „dziedzinami” – z homoseksualizmem, stąd jestem lesbijką, z żydostwem – stąd jestem „Żydówą” oraz z zaburzeniami psychicznymi, więc jestem wariatką. Moja niezależność często drażni ludzi i w ten sposób odreagowują, próbując mnie wyśmiać, napiętnować, a moje poglądy – unieważnić.
Z „lesbijką” to jest ciekawe też o tyle, że z jednej strony nagrałaś całą płytę o erotycznej fascynacji mężczyznami („Maria Awaria”), a z drugiej – twój wizerunek rzeczywiście odbiega od typowej kobiecości, jest bliski tzw. lesbijskiej stylistyce. Za „kociaka” tylko się przebrałaś przy „Marii Awarii”, a zwykle masz ostre fryzury, spodnie, nie starasz się podobać facetom maczo.
Taka jestem i już. Trzy w jednym – żydowska lesba wariatka, z dumą to miano noszę.
Jeden recenzent powiedział mi, że usłyszał od swojej dziewczyny: „Wiesz, Peszek to mi się normalnie podoba”. Zdziwił się, a ona dodała: „Podoba mi się jako chłopak”. Zdaję sobie sprawę, że mój wizerunek bywa ambiwalentny seksualnie, ale nie zamierzam na siłę tego zmieniać. Irytują mnie kalki kobiecości, to prawda. Szpilki, szminka, wyeksponowany biust – wykorzystałam ten wizerunek na „Marii Awarii”. To było moje pierwsze starcie z tradycyjną wizją kobiety. Ale już zdecydowanie mniej tradycyjne a momentami wywrotowe były teksty. Z roli „przedmiotu” stałam się „podmiotem” który miał czelność śpiewać o swoich potrzebach: że „chce mi się kochać”, że „mi mokro”, że „rozkładam ręce, rozsuwam uda, leżę bezbronna jak Rospuda” I – to nie są żarty – te teksty naprawdę niektórzy uznali za „antypolskie”.
A propos ambiwalencji to jeszcze o jedną piosenkę chciałbym zapytać – „Miłość w systemie Dolby Surround” z „Marii Awarii” właśnie.
(uśmiech)
Pomysł, by tekst zwrotek, gdzie jest mowa o seksie z kilkoma chłopakami, śpiewał facet, jest genialny. Jak na to wpadłaś?
Ale wiesz, jaki tam jest przekręt zrobiony?
Jaki?
Zdradzę ci techniczną tajemnicę. To śpiewam ja. Przepuściliśmy mój głos przez transformator, sztucznie go obniżyliśmy.
Żartujesz!
Serio. Zastanawialiśmy się z Andrzejem Smolikiem, producentem, jak można by w tej piosence namieszać. Pomyślałam, że może chłopak powinien o tych przygodach erotycznych z chłopakami zaśpiewać? Gdy usłyszeliśmy mnie w męskiej wersji, to stwierdziliśmy „to jest to!”
Tylko jedno słowo sugeruje, że podmiot liryczny to dziewczyna. Śpiewasz, że masz sukienkę.
Ej, halo! Chłopak nie może mieć sukienki? Dlaczego?
(śmiech)
To ma być niejednoznaczne.
Tym bardziej gratuluję pomysłu. Tam jest też zachwyt pięknymi częściami męskiego ciała, np. „Mietek, który objawia przecudnej urody napletek”. Znów: niezbyt typowe kobiece spojrzenie, już chyba bardziej gejowskie, zwłaszcza, że ten męski głos…
To jest tajny message tej piosenki, wywrotowa sprawa, rozumiesz. Dodaje pikanterii. Rozkminiaj, jak chcesz, o to chodzi. Miłość nie jest mono, tylko dolby surround!
Maria, opowiedziałabyś o tych „gejach, którzy cię wychowywali”, jak się wyraziłaś w jednym z wywiadów?
Ta wypowiedź wywołała wiele nieprzyjemnych komentarzy, że jak to – „zboczeńcy” i małe dziecko? (śmiech)
No i widać, na kogo wyrosłaś. (śmiech)
No, tak. Moi rodzice, szczególnie mama, przyjaźnili się z wieloma gejami i często, jak trzeba było zostawić dzieci z kimś, to dzwonili po któregoś kolegę – i tyle.
„Geje w moim życiu” to w ogóle ważny temat. Dorastałam wśród ludzi teatru – aktorów, reżyserów, scenografów, muzyków. Geje byli i są normalną częścią tego świata. Natomiast nie pamiętam jawnych par lesbijskich. Lesbijki zaczęłam poznawać dużo, dużo później – i zresztą nadal znam ich mniej, niż gejów.
W każdym razie, zaczynając od początku. Będąc małą dziewczynką, przeżyłam niezwykłą relację z Januszem Nyczakiem, kultowym reżyserem teatralnym z Poznania, który potem zmarł na AIDS. To była tak intensywna przyjaźń, że właściwie miłość z mojej strony, choć oczywiście całkowicie platoniczna. Z jego strony – też na pewno silne uczucie. Miałam 8 lat, wchodziłam w świat książek i Janusz był jednym z moich przewodników. Dużo podróżował i zawsze przywoził mi prezenty. Na komunię dostałam ametyst z Brazylii. Wyobraź sobie, początek lat 80., ja w komunijnej sukience, kwiaty we włosach, idziemy nad staw, karmię kaczki i on wręcza mi ten ametyst. Filmowa scena.
Janusz był jedną z pierwszych znanych mi osób, które miały automatyczną sekretarkę. Zadzwoniłam i nagrałam mu się, że go kocham. Chciał wystawić „Wiśniowy sad” i powierzyć mi rolę Ani. Potem, gdy zachorował, nie chciał, żebym go widziała w coraz gorszym stanie – nasza przyjaźń się przerwała. Umarł. Zostawił list pożegnalny, że będzie na mnie czekał.
Wiedziałaś, że był gejem?
Nie, to było bez znaczenia. Potem się dowiedziałam, ale to oczywiście nic nie zmieniło.
Interesuje mnie, jak sobie to układałaś w głowie, będąc dzieckiem, że dwaj mężczyźni mogą być razem, tak jak kobieta i mężczyzna. W moim otoczeniu żadnych jawnych gejów nie było.
To było tak oczywiste, że się nie zastanawiałam. Wiesz, co? Mnie dziwiło raczej to, że np. na jednej imprezie ten pan, co kocha tę panią, nagle całuje się z inną panią – o co chodzi? A że czasem jest tak, że pan kocha drugiego pana i go całuje? Normalne. Gdyby cała Polska miała takie wychowanie, jak ja, to problemu homofobii by nie było.
Do dziś wspominam twojego tatę, Jana Peszka i Jana Frycza w „Pożegnaniu jesieni”. Ich pocałunek mnie, osiemnastoletniego wtedy, elektryzował. Cały film zresztą świetny.
Piękny. Pocałunek też pamiętam. Ale jak pierwszy raz zobaczyłam tatę w roli geja – to było mocne przeżycie. Byłam dziewczynką, tata grał Gonzala w „Transatlantyku” Gombrowicza w Łodzi. Wyszedł na scenę w lnianych spodniach i w lnianej marynarce na gołe ciało. Miał uszminkowane usta i kolczyki w uszach, poruszał się w przegięty sposób i… nie poznałam własnego ojca! Mimo, że charakteryzacja była minimalna. Fenomenalna zresztą rola. Pół Łodzi gejowskiej się w tacie kochało.
Moi rodzice przyjaźnili się z Markiem Barbasiewiczem i jego wieloletnim partnerem, cudownym człowiekiem. Panowie znaleźli w lesie rannego wilczka, przynieśli go do domu i oswoili. Chodziliśmy do nich z bratem – i też nie pamiętam, byśmy mieli jakiś znak zapytania – ci panowie byli razem, kropka.
Krystian Lupa i jego banda – a zawsze to byli bardzo ciekawi ludzie – przychodzili do nas często, a ja z bratem wystawialiśmy dla nich spektakle w pokoju. Wspaniałe było, że zawsze mieli dla nas czas i nieskończoną cierpliwość.
Potem, jak miałam 15 lat, zakochałam się w Jacku Poniedziałku. Tak konkretnie. Jacek był studentem mojego taty. Przychodził ze swoim chłopakiem pomagać nam w malowaniu mieszkania. Widzę ich, jak siedzą obaj na drabinach, dżinsy, nagie torsy – byli totalnie na tych drabinach piękni i wolni. Jacek pomagał mi też dobierać strój na komers, czyli bal na zakończenie podstawówki.
A co z miłością?
Wyznałam mu miłość. Zareagował wspaniale. Usiedliśmy i wytłumaczył mi, że nic nie wyjdzie, bo on już jest zakochany, właśnie w tym chłopaku, i w ogóle jest gejem. Zrozumiałam, przyjęłam. Zaprzyjaźniliśmy się, do dziś mu kibicuję.
Maria, między twoimi pierwszymi dwoma płytami, a ostatnimi dwoma – „Jezus Maria Peszek i „Karabin” – jest wyraźna cezura, nie sądzisz?
Pierwsze dwie płyty to była ekspedycja poszukiwawcza. Potem nastąpił moment zwrotny czyli rodzaj egzystencjalnej katastrofy, załamanie. Okazało się, że ono miało wyzwalającą moc. Dziś mam 42 lata i od kilku żyję w harmonii ze sobą. To nie znaczy, że już wiem, „jak jest” i mam spokój, ale moje osobiste trzęsienie ziemi sprawiło, że wypiętrzyły się nowe, nieznane mi wcześniej lądy. Wyzwolenie się od Boga, religii jest jedną z najważniejszych rzeczy, które przydarzyły mi się w życiu. Nie twierdzę, że trzeba „zabić” Boga, by poczuć się szczęśliwym, ale w moim przypadku zadziałało to bardzo skutecznie. Prosta konstatacja, że nie ma żadnego bytu, który mógłby sprawić, że będę szczęśliwa, jest totalnie wyzwalająca: ta samotność rodzi wolność, która polega na odpowiedzialności. Poczucie, że tylko ode mnie zależy, czy będę szczęśliwa, było moim wielkim odkryciem. Nie trzeba szukać szczęścia w innych ludziach czy w bycie pod tytułem „Bóg”, ani w żadnej religii. To brutalne, co powiem, ale – nie marnujesz już na to czasu. Zaczynasz wymagać od siebie – to jest wielka odpowiedzialność.
Odrzucenie Boga nie jest brakiem?
Zaczynasz wierzyć we własną siłę sprawczą, to nie jest brak, ale to wymaga skoku w przepaść, w mrok, szczególnie u nas, gdzie niemal wszyscy są katolikami. Jak już skoczysz, to widzisz, że jednak wcale nie było tak trudno ani ciemno.
To są kluczowe kwestie dla wielu ludzi LGBT. Jak zaakceptować siebie? Co zrobić z wszechobecną religią katolicką, która cię nie akceptuje? Jak być gejem/lesbijką i katolikiem/czką, skoro Kościół uważa „czyny homoseksualne” za „moralnie nieuporządkowane”? Coraz więcej ludzi odrzuca katolicyzm, ale wielu zostaje.
Jak to godzą?
Są tacy, co pewnie naprawdę wzbraniają się przed jakimikolwiek kontaktami. Inni korzystają z „wytrychu”, jakim jest spowiedź. Możesz grzeszyć, ale później wyznajesz wszystko, żałujesz szczerze, obiecujesz poprawę i jesteś „czysty” – do czasu, aż znów „upadniesz” – i tak w kółko.
Fuck… Jakie to musi rodzić poczucie winy?! Ale nie trzeba być gejem albo lesbijką, żeby czuć się wykluczoną – wobec kobiet Kościół bywa równie okrutny. Ja żyję w niesakramentalnym związku, nie chcę ślubu i nie chcę mieć dzieci, więc „powinnam” się z tym czuć źle. Pusta macica – to rzekomo przekreśla moją egzystencję.
Przy tym skoku, o którym mówiłam, można sobie pogruchotać kości, ale jak już się stanie na nogi, to jest super. Bardzo ożywcze. Zaakceptowanie siebie, bycie wierną sobie, daje ogromną radość.
Skalę uprzedzeń, jaka jest w Polsce wobec inności, w tym wobec inności homoseksualnej, ta ostatnia trasa z „Karabinem”, jeszcze raz mi uzmysłowiła. Po koncertach często przychodzą do mnie pary tej samej płci. Trzymają się za ręce i mówią np., że zakochali się słuchając „Jezus Maria Peszek” a teraz już się zaręczają, chcieliby się pobrać. Słucham ich, jest mi przyjemnie, ale widzę też, że ta miłość jest taka uciśniona, oni zdradzają mi sekret, o którym mało komu mogą powiedzieć. Nie jest erupcją radości, nie jest uśmiechem od ucha do ucha, jest skryta.
Miałam ostatnio koncert w Londynie i tam wśród publiczności szalało całe „stado” lesbijek. Poubierane jak wariatki, roześmiane. Ile w nich było energii! Normalnie jakby rajskie ptaki mi wleciały na występ. Różnica w aurze była ogromna.
Jesteśmy spętani katolickim poczuciem winy, Kościół w mojej ocenie robi dziś w Polsce więcej złego niż dobrego. A jednocześnie znam kilku fascynujących księży, więc też nie mogę powiedzieć, że Kościół to samo zło. Patrz, mam tu cytat z księdza Tischnera: „Ani katolik, ani Polak ani nikt inny nie może mieć w państwie większych praw niż ma człowiek.” Jasne? Ksiądz katolicki to powiedział! A gdyby tak papież Franciszek powiedział, że homoseksualizm jest po prostu jednym z przejawów człowieczeństwa? Mam wrażenie, że nastąpiłoby odrodzenie Kościoła. Utopia? Marzenia? Boję się, że tak.
Czytam, że pod Tarnowem zniszczono pomnik zagłady Romów a na siedzibę Kampanii Przeciw Homofobii był już trzeci atak w tym roku, znów wybita szyba. Mam złe przeczucia co do naszej ojczyzny. Jeszcze ta akcja z zakazem aborcji i z uchodźcami. Nie łudźmy się, że jesteśmy tolerancyjnym krajem. Nie jesteśmy i jak zwykle ockniemy się być może dopiero przy okazji jakiejś kolejnej spektakularnej katastrofy.
Maria, mogę cię jeszcze zapytać o twojego faceta?
Pewnie.
Podobno jesteście razem już ponad 20 lat.
Niedługo będzie 25. Łatwo nie jest, zapewniam cię. „Wy, homoseksualiści tego nie zrozumiecie” ha, ha ha (Maria mruga okiem).
Wprowadzenie związków partnerskich mogłoby być ważne dla ciebie również z osobistej perspektywy.
Oczywiście. Maciek od ponad 20 lat uczestniczy w tworzeniu marki „Maria Peszek”. Odpowiada za projekty graficzne, jest pierwszym czytelnikiem tekstów. Na koncertach robi światła, pomaga przy tysiącu spraw. Gdybym ja teraz, nie wiem, wypadła przez okno, to kim on dla mnie jest? Konkubentem, przybłędą. Mamy pozabezpieczane rzeczy testamentami, ale wszystkiego się nie da załatwić. Gdyby np. rodzice nie akceptowali naszego związku, to by mogli testamenty podważyć. Cytat z Tischnera się kłania.
Jak postrzegasz polską branżę muzyczną? Nie mamy powszechnie znanego, jawnie homoseksualnego piosenkarza/piosenkarki. Tak jak Wielka Brytania ma Eltona Johna…
Który ma męża i dzieci.
A teraz też i coraz więcej młodych wokalistów – choćby Olly Alexander z Years & Years czy Sam Smith.
No, czekaj… Naprawdę nie ma u nas nikogo jawnie mówiącego o swojej homoseksualności? Kurczę, w tej chwili mi to uświadomiłeś. Rzeczywiście. Smutne trochę. Chociaż niedawno opowiedziała o sobie Natalia Zamilska – super rzecz! Ale pewnie masz na myśli kogoś bliżej mainstreamu, bardzo rozpoznawalnego. Myślę, że byłoby to bardzo ważne i też mega potrzebne.
Brakuje tego pierwszego odważnego. Maria, co byś powiedziała naszym czytelnikom, fanom ze społeczności LGBT?
(Maria spogląda na dyktafon i zaczyna mówić tak, jakby czytelnicy „Repliki” już ją słyszeli)
To, co ja czuję do ludzi ze społeczności LGBT, to jest więcej niż sympatia. To jest więź. „Popaprańcy” zawsze się wyczują. Jesteście dla mnie totalnie inspirujący i jeśli moja muzyka jest ważna choćby dla części z was, to jestem strasznie dumna.
Społeczność LGBT to grupa, która jest poddawana w naszym kraju opresji i mam nadzieję, że się to wreszcie skończy! Bo jesteście fantastyczni! Imponujecie mi, macie coś, czego my, „normalni” – daj to w cudzysłowie, tak jak tych popaprańców wcześniej, złe słowa, ale wiesz, o co chodzi – nie mamy.
Była taka akcja już ładnych parę lat temu – „Najmniejszy koncert świata”. Artysta wybierał z nadesłanych e-maili dwudziestu chętnych, których zapraszał na kameralny występ. Wybrałam swoje dwadzieścia osób na czuja, kto mi tam jakoś pasował. Przyjechali i co się okazało w rozmowach? Szesnaście z tych osób to byli geje i lesbijki. Szesnaście! Także taka sytuacja.
Tekst z nr 61 / 5-6 2016.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).