Uhonorowana nagrodą Bookera za rok 2019 powieść Evaristo dedykowana została między innymi wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie. I faktycznie, różnorodność tożsamości płciowych i seksualnych pojawiających się na kartach książki robi wrażenie. Niebinarność nie jest wcale najbardziej „awangardową” spośród nich. Angielska autorka (o nigeryjskich korzeniach) kreśli portrety dwunastu kobiet połączonych więziami niekiedy oczywistymi (np. matka-córka), w innych przypadkach na pierwszy rzut oka niewidocznymi. Dla większości bohaterek wspólnym doświadczeniem jest czarny kolor skóry i związane z nim upokorzenia, jakich doznają w Wlk. Brytanii i jakim starają się stawić czoła – każda na swój sposób, uzależniony przede wszystkim od okoliczności historyczno- kulturowych, w których przyszło im żyć. Nie ma jednak wątpliwości, że we wszystkich dwunastu przypadkach mamy do czynienia z kobietami silnymi. Takimi, które się nie poddają i nie wypełniają w pokorze ról, jakie próbuje im narzucić otoczenie. Zresztą, punktem wyjścia fabuły jest premiera spektaklu o wojowniczych Amazonkach, stworzonego przez Ammę, legendę lesbijskiej społeczności Londynu. Powieść to błyskotliwa, wartko napisana, a przy tym zabawna i niepozbawiona satyrycznego ostrza. Czyta się ją wybornie (wyrazy uznania dla tłumaczki, Agi Zano), pochłonąłem prawie 500 stron w jeden dzień. (Bartosz Żurawiecki)
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Miron Białoszewski to nie tylko nadal fascynujący pisarz, ale także jedna z ikon rodzimego ruchu LGBT. Jego twórczość czy biografię można wciąż odkrywać i interpretować na nowo. Udowadniają to twórcy pierwszego tomu „MiroFora” – publikacji poświęconej właśnie Białoszewskiemu i jego literackiej spuściźnie. Zdają się oni przede wszystkim skupiać na kwestii jego seksualności, wbrew pozorom nieoczywistej, „nieetykietowalnej” – nawet teoria queer nie do końca tu pasuje. Możemy zobaczyć, jak sprawy związane z seksem, budowaniem relacji międzyludzkich przedstawiały się w twórczości pisarza, przede wszystkim w ineditach. Ważne miejsce zajmują tu dwa naznaczone tragizmem związki Białoszewskiego: z tkwiącym w depresji Adamem oraz z Julianem, który nieoczekiwanie utonął. Znajdziemy w tomie także eseje analizujące dorobek czy epizody z biografii Białoszewskiego (pobyt w domu pracy twórczej w Oborach, rozdział „dziennikarski”), jak również wspomnienia bliskich mu osób, refleksje wokół jego postaci (ciekawy esej Sylwii Chutnik), twórczość mniej lub bardziej inspirowaną dokonaniami autora „Tajnego dziennika” (na przykład świetne opowiadanie Bartosza Żurawieckiego), zapis dyskusji akademickiej, omówienia filmów fabularnych („Parę osób, mały czas”) i dokumentalnych, a nawet recenzje książek dosyć odległych od głównego przedmiotu tej publikacji (jak „Historia przemocy” Eduarda Louisa). Może powstaje z tego miszmasz, ale świetnie pasujący do samego Mirona Białoszewskiego i jego dorobku – „MiroFor” również nie poddaje się łatwym klasyfikacjom. (Michał Paweł Urbaniak)
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Szok, prawdziwy wysyp nienormatywnych książek. Czyżby to pokłosie zeszłorocznej nagonki na osoby LGBT+, sojusznicze działanie wydawnictw na rzecz represjonowanej grupy czy raczej cwane wyczucie rynku? A może wreszcie przewietrzenie literackiego świata, gdzie niezależnie od ambicji większość powieści kończyła się ślubem lub harlequinowym wzdychaniem do rodziny jak ze zdjęcia z reklamy? Zobaczmy więc, co my tu mamy. Wojtek Szot, krytyk literacki, dostaje wysypki na myśl o stereotypowych przedstawieniach queerowych osób: „Jak w książce jest tylko jedna postać nieheteronormatywna i jest ona gejem, który skończył historię sztuki lub kulturoznawstwo, to ja tej książki nie polecam”. Zasada ta sprawdza się w popularnych powieściach, gdzie albo homo=nieszczęście i depresja albo nadal funkcjonuje figura „pedała-przyjaciela”. Takiego, co to doradzi, którą kieckę założyć na randkę albo będzie się „och, tak zabawnie przeginał”. Na szczęście ukazały się na polskim rynku książki, które rozbijają te narracje. Są na temat, ale temat ten powiązany jest z innymi zagadnieniami związanymi z tożsamością. Jednym słowem: o wątkach LGBT+, ale nie tylko.
Zacznę od nieoczywistej: autobiografii, powieści, reportażu uczestniczącego? Maggie Nelson, amerykańska pisarka, opowiada o swoim życiu z osobą niebinarną i byciu matką. Wplata w to wszystko mit o tytułowych Argonautach, którzy wybrali się po złote runo barana. Podróż statkiem „Argo”(„szybkim”) obfitowała w liczne przygody i perturbacje. Nelson nawiązuje do interpretacji mitu, którą zaproponował Roland Barthes – „statek Argo […], w którym Argonauci wymieniali po kawałku każdą część, aż w końcu otrzymali zupełnie nowy statek, nie zmieniając jego nazwy i kształtu […]; ze źródła nic nie pozostaje: Argo jest przedmiotem niemającym innej przyczyny poza swoją nazwą, innej tożsamości poza swoją formą”. To wieczne budowanie swojej tożsamości u osób nieheteronormatywnych jest jak niekończąca się podróż. Czasem droga to tego, aby czuć się sobą, jest kręta i długa. Jak argonautów. Nelson pisze: „moment queerowej dumy to niezgoda na wstyd, kiedy widzisz, jak ktoś inny wstydzi się ciebie”. Niezgodność własnego obrazu w oczach tych, dla których stanowisz problem lub zagadkę do rozwiązania. Pamiętam, kiedy po oucie obcy ludzie roztrząsali moje życie seksualne na portalach internetowych. Dyskutowali między sobą, próbując sklecić naprędce opowieść o mnie, dysponując przecież lakonicznymi nagłówkami w stylu: „Przyznała się, że jest lesbijką”. Tak, wstydziłam się, bo uważałam, że zostałam ograbiona z fragmentu mojej prywatności. Uważałam, że to cena, którą musiałam zapłacić. Po jakimś czasie jednak zwyciężyła we mnie „queerowa duma”, która pozwoliła mi na prychanie za każdym razem, kiedy ktoś próbował wypytywać („ale… no wiesz, czy ty wcześniej już coś PODEJRZEWAŁAŚ?”). Maggie Nelson pokazuje, że nasze życie to jedna wielka tranzycja – przeistaczanie się, zmiana, zawracanie na właściwie tory. Dzięki swojemu doświadczeniu, a także osoby partnerskiej, potrafi wpleść skomplikowane teorie feministyczne lub polemikę z nimi we własne życie. A przykłady, te płynące z doświadczenia, zawsze pomagają zrozumieć istotę zagadnień. No wiecie, kocham Judith Butler, ale czasami potrzebuję po prostu jasnej historii z „życia wziętej”, jak w tygodniku „Chwila dla ciebie”. Wiem wtedy, o co tak naprawdę chodzi i po co mi jakakolwiek teoria.
Druga książka, która zachwyciła mnie i wprawiła niemal w ekstatyczne uniesienie, to „Dziewczyna, kobieta, inna” Bernardine Evaristo. Wreszcie przeczytałam powieść, w której mogę się przejrzeć. Tekst, który dotyka zmian od lat dziejących się na naszych oczach. Bohaterki i bohaterowie zadają pytania o tożsamość psychoseksualną, toczą dyskusje – również ze sobą – o współczesne modele płci. Queerują siebie i otoczenie, aby poczuć się na miejscu (co za ulga!). Jednocześnie dokonuje się zmiana na poziomie języka, zresztą wspaniale oddana w polskim tłumaczeniu. Herstorie „dziewczyn, kobiet i innych” są przy tym wciągające i intersekcjonalne, czyli dotyczące również pochodzenia, klasy społecznej, doświadczeń życiowych i koloru skóry. Bo tu nie chodzi przecież o płeć, przynajmniej nie zawsze. Evaristo w istocie dała Polsce prezent: podręcznik różnorodności. Przy okazji ostatnich TERFowych skandali to idealna lektura.
A na horyzoncie są jeszcze inne książki: autobiografie, opowieści dla dzieci i młodzieży (choćby „Wszystkie kolory świata”) i wiele innych. Nic, tylko czytać i cieszyć się, że literatura na polskim rynku wreszcie wychodzi z szafy.
Maggie Nelson Argonauci, przełożyła Kaja Gucio, Wyd. Czarne Bernardine Evaristo Dziewczyna, kobieta, inna, przełożyła Aga Zano, Wyd. Poznańskie
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z DIONISIOSEM STURISEM, dziennikarzem i pisarzem o greckich korzeniach, o jego nowej książce „Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji”, o neofaszystowskim Złotym Świcie, o starożytnym homoerotyzmie, a także o coming outach i o mężu Michale, rozmawia Bartosz Żurawiecki
Foto: Paweł Spychalski
W swojej najnowszej książce „Zachód słońca na Santorini” opisujesz to, co się działo w Grecji w minionej dekadzie. Owszem, docierały do Polski informacje o neofaszystowskim Złotym Świcie, o uchodźcach i antyuchodźczej histerii, ale podczas lektury uderzyła mnie skala przemocy. Pobicia, napady, podpalenia, morderstwa. Jak w ogóle Złoty Świt mógł się narodzić w Grecji? Na ile jest on emanacją greckiego społeczeństwa?
Grecja ma długą tradycję prawicowych rządów silnej ręki. Przedwojenna dyktatura faszyzującego Joanisa Metaksasa, potem kolaboranci Hitlera i wojna domowa, wreszcie junta czarnych pułkowników w latach 1967- 74. W części greckiego społeczeństwa tkwi nostalgia za tego typu władzą. Zresztą lider Złotego Świtu, Nikos Michaloliakos, siedział przez chwilę w więzieniu z byłym dyktatorem, Jeorjosem Papadopulosem, a nawet był liderem jego młodzieżówki.
Z drugiej strony pamięć o hitlerowskiej okupacji i terrorze pułkowników uodporniła Greków na idee skrajnej prawicy. Dlatego też w latach 80. Złoty Świt pozostawał na marginesie. Był partią kanapową, nikt nie brał go na poważnie. W Grecji dokonywał się wtedy proces demokratyzacji, kraj wszedł do Unii Europejskiej. Złoty Świt uaktywnił się po raz pierwszy, gdy w latach 90. wybuchł konflikt z Macedonią o jej nazwę. Grecy zwarli się wtedy narodowo, patriotycznie, więc Złoty Świt próbował coś na tym ugrać. Ale i to nie trwało zbyt długo. Dopiero kryzys ekonomiczny w roku 2009, który naprawdę silnie dotknął Grecję, pozwolił Złotemu Świtowi się wybić. Ponieważ nigdy wcześniej nie rządził, w przeciwieństwie do głównych partii, to nie sposób mu było cokolwiek zarzucić. Przejście z kanapy do parlamentu nastąpiło szybko, w ciągu trzech lat. Do tego doszedł kryzys związany z uchodźcami, z których łatwo można było zrobić kozła ofiarnego. Złoty Świt wykazał się dziwną przenikliwością i skutecznością polityczną. Ale, prawdę mówiąc, też do końca nie rozumiem, jak Grecy mogli przymykać oczy na dziką, żywą, okrutną przemoc na ulicach. Przyczyniły się do tego media. Neonazistów zapraszano do telewizji, by opowiadali o sypiącym się budżecie, a nie rozliczano ich z pogromów. Potem jeszcze przyszła europejska fala populizmu, na którą Złoty Świt też wskoczył.
Czy widzisz jakieś podobieństwa między tamtą Grecją, a tym, co teraz dzieje się w Polsce?
Myślę, że Polska jest teraz w momencie, w jakim Grecja była nieco ponad dekadę temu. Gdy neofaszyści rośli w siłę, gdy nauczyli się występować w mediach, ładnie ubierać, prezentować i wypowiadać, nie afiszować się ze swoimi faktycznymi poglądami. Mówili tylko to, co dziennikarze i widzowie chcieli usłyszeć. Rzecznik Złotego Świtu, Ilias Kasidiaris bardzo mi się kojarzy z Krzysztofem Bosakiem. A ci wszyscy zadymiarze z brygad uderzeniowych to jest ONR. ONR z Marszu Niepodległości.
Złoty Świt był ksenofobiczny, nacjonalistyczny, antyimigrancki. Ale czy był także homofobiczny?
Był i to bardzo. Złoty Świt zostawił sobie osoby LGBT+ na drugą turę, zupełnie jak u nas PIS. „Jak się rozprawimy z imigrantami, to przyjdziemy po was” – takie hasło znalazło się na ulotkach, jakie Złoty Świt rozrzucił przed wyborami w 2012 roku w ateńskiej dzielnicy Gazi, w której jest dużo barów gejowskich. Ci sami bojówkarze – jeżdżący na motorach, zamaskowani, ubrani na czarno, w bluzach z symbolem Złotego Świtu, meandrem – którzy mordowali imigrantów i lewaków, zatrzymywali się, gdy widzieli dwóch mężczyzn siedzących na ławce. Była taka para, Grek i Hindus, których oblali śmierdzącą cieczą, a potem dotkliwie pobili. Grekowi założono wiadro na głowę, skatowano go tak, że cudem przeżył. Takich zdarzeń było więcej, ale na pewno nie były tak liczne jak w przypadku imigrantów i uchodźców. Michaloliakos zasłynął wypowiedzią, że w Złotym Świcie nie ma otwartych gejów, bo on by na to nie pozwolił. A jeśli są jacyś ukryci, to trudno: „Nie mamy testów, by wykryć tę chorobę”.
Czy to członkowie Złotego Świtu stali za zabójstwem w 2018 roku queerowego aktywisty, Zaka Kostopulosa?
Członkowie nie, ale z pewnością wyborcy lub sympatycy. Mordu dokonało dwóch właścicieli sklepu z biżuterią, ich sąsiad i czterech policjantów, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia, skuli dogorywającego, skatowanego Zaka, a potem mu jeszcze sprzedali parę kopniaków. Powodem była czysta homofobia. Proces morderców ruszył w listopadzie zeszłego roku, ale z powodu pandemii został odłożony.
Z twoich opowieści i z twojej książki wynika, że i policja w Grecji jest bardzo ksenofobiczna, homofobiczna, staje po stronie oprawców.
Tu właśnie najlepiej widać tęsknotę za rządami „silnej ręki”. W Grecji w czasie wyborów policjanci mogą głosować w osobnych lokalach. Z analizy wyników z tych lokali wynika, że w 2012 roku poparcie dla Złotego Świtu wśród policjantów przekroczyło 20%.
Złoty Świt został koniec końców uznany przez sąd za organizację przestępczą. W jakiej jest teraz sytuacji? Czy może się odrodzić pod taką czy inną postacią?
Na pewno jakaś część elektoratu to są sieroty po Złotym Świcie i ktoś będzie mógł je przygarnąć. Na przykład Kiriakos Welopoulos, który założył małą partyjkę w stylu Korwina-Mikkego, libertariańską gospodarczo. Ale jednocześnie jak coś palnie antyimigranckiego to włos się jeży na głowie. Widać, po jaki elektorat zmierza. Jednak eksperci, z którymi rozmawiałem, twierdzą, że szans dla takiej partii, która jawnie odwoływałaby do hitleryzmu i jawnie stosowała przemoc, już nie ma. Ze względu na to, co się wydarzyło. Zwłaszcza ze względu na śmierć rapera Pawlosa Fissasa i proces, w którym sądzony był jego morderca i 67 innych członków Złotego Świtu. Proces, który obnażył marność tych udawanych polityków.
Grecja była przedostatnim krajem tzw. starej Unii, który zalegalizował związki partnerskie, w 2015 roku. Ostatnie były Włochy. To swoisty chichot historii, że dwa kraje, o których powiadają, że w starożytności „wynalazły” homoseksualizm, teraz znalazły się na samym końcu. Jaki jest stosunek greckiego społeczeństwa do mniejszości seksualnych?
Idzie ku lepszemu, ale Grecy nadal są społeczeństwem konserwatywnym i patriarchalnym. Oczywiście, łatwiej żyje się osobom LGBT+ w dużych miastach, zwłaszcza w Atenach, które są dla mnie bałkańskim Berlinem. Ale wyspy, poza gejowskimi mekkami jak Santorini czy Mykonos, to z kolei Podlasie.
Trzeba też pamiętać o wciąż silnej pozycji Cerkwi prawosławnej. Jej biskupi byli bardzo blisko Złotego Świtu. Gdy przechodziło prawo o związkach partnerskich, kazali bić w dzwony na trwogę. Dopiero w 2002 roku wykreślono z dowodów deklarację przynależności religijnej. Cerkiew zmobilizowała wtedy dwa miliony ludzi do protestu przeciwko tej reformie. Do niedawna jeszcze greckość była równoznaczna z prawosławiem. Tylko prawosławni, na przykład, mogli dostać pracę w sektorze publicznym. Zmiana się jednak dokonuje. Ludzie odchodzą od Cerkwi, a politycy rozumieją, że nie potrzebują już kościelnego błogosławieństwa dla każdej decyzji. Wiele dobrego zrobiła lewicowa Syriza, rządząca w latach 2015-2019. Zalegalizowała jednopłciowe związki partnerskie, uprościła administracyjny proces korekty płci, pozwoliła parom homoseksualnym na przysposabianie dzieci, a dzieciom imigrantów zapewniła automatyczne obywatelstwo. Generalnie zresztą, jak mówi mi jeden z bohaterów książki, gdy dokona się zmiana w prawie, to nikt tego potem nie kwestionuje. Prawicowa Nowa Demokracja, która doszła do władzy w 2019 roku, mogła odkręcić wszystko, co zrobiła Syriza. Nie odkręciła niczego, ale sama za nic w świecie by takich zmian nie dokonała.
Piszesz w książce, że Grecy mają silną potrzebę konstruowania swojej tożsamości. I to zarówno ci po prawej, jak i lewej stronie. Odwołują się przy tym w bardzo dużym stopniu do starożytności. Jak więc sobie radzą z jej homoerotycznym wymiarem?
Wygumkowują to tak samo jak setki lat historii Akropolu i Partenonu, który kiedyś był meczetem, a jeszcze wcześniej chrześcijańską świątynią. To, co jest niewygodne, co nie pasuje im do narracji, do mitu, po prostu wymazują. Nie słyszę w Grecji nic na temat homoerotyzmu w starożytności. Na pewno nie mieścił się on w opowieściach Złotego Świtu, choć przecież neonaziści byli zapatrzeni w starożytnych wojowników, odwoływali się do Sparty, składali kwiaty pod pomnikami Leonidasa. Zastanawiam się jednak, na ile pozostałością po starożytności jest dużo większa niż w innych krajach bliskość między mężczyznami. Mężczyźni witają się pocałunkiem, często chodzą ze sobą pod rękę albo objęci i nikogo to nie dziwi. Jest też takie greckie słowo pustis. To „pedał”, ale zarazem „koleżka”, jeśli użyjesz go w sytuacji kumpelskiej, rzucisz je żartobliwie, jowialnie.
Jak ty, jako osoba LGBT, czujesz się w Polsce i w Grecji? Gdybyś miał porównać te dwa kraje.
W Polsce czuję się dużo gorzej niż w Grecji. Czuję większe zagrożenie, szczególnie w ostatnich dwóch latach, gdy homofobia w sferze publicznej przybrała na sile. Warszawską Paradę sprzed dwóch lat wspominam jako niesamowite święto radości. Czułem się wolny, swobodny, szczęśliwy. A w tym roku szedłem ze spuszczoną głową. Nie dała mi energii ta Parada, pewnie też ze względu na pandemię i dojmującą obecność policji, która niby nas chroniła, ale może bardziej pilnowała. Jakbyśmy chcieli na siłę udowodnić, że to jest nasze święto, a nie świętowali szczerze, radośnie. W Grecji nic nieprzyjemnego mnie nie spotkało. Mam zresztą to szczęście, że na co dzień nie mieszkam ani w Polsce, ani w Grecji, ale z mężem w Brukseli.
Teraz mieszkasz w Brukseli, urodziłeś się jednak w niewielkim Chojnowie pod Legnicą. Twoja rodzina ze strony ojca wywodzi się z Grecji, którą musieli opuścić w latach 40. po wojnie domowej. Dorastałeś w latach 90. Masz imię, które z pewnością nie jest typowym polskim imieniem. Czy byłeś więc w jakikolwiek sposób dyskryminowany? Spotykałeś się z aktami wrogości?
Nigdy. W Chojnowie mieszkała spora grupa Greków, ludzie mieli ich za sąsiadów, więc byli przyzwyczajeni do dziwnych nazwisk. Nikt nie miał problemu z poprawnym przeczytaniem mojego imienia i nazwiska. Nie doświadczyłem żadnych przykrości. Wręcz przeciwnie. Moje imię pozytywnie mnie wyróżniało. Mieliśmy w klasie licznych Tobiaszy, Kamilów, Marcinów, a Dionisios był tylko jeden. Dopiero gdy wyjechałem do Wrocławia czy Warszawy, stałem się egzotyczny.
A w Grecji? Czy tam z kolei twoje polskie pochodzenie wywoływało jakieś reakcje?
Też nie, bo jestem Grekiem po linii męskiej, po ojcu, więc oni mnie automatycznie uważają za swojego. I ta Polska, matczyzna, w ogóle ich nie interesuje. Gdy jeszcze nie znałem greckiego, to rozmawiałem z Grekami po angielsku, a i tak uchodziłem w ich oczach za Greka. Tymczasem jeden z bohaterów mojej książki, znany muzyk Negro Tou Moria, który urodził się w Grecji i jest Grekiem z krwi i kości, nie może się doczekać, by uznano go za „prawdziwego” Greka. Tylko dlatego, że jest czarny, a jego rodzice pochodzą z Ghany.
Nie mogę nie zapytać o twoje coming outy przed rodziną i znajomymi. Czy i one przebiegły bezboleśnie?
Kiedy już się wydarzyły, nie były problemem. Ale mój coming out przed samym sobą nastąpił późno. Jakieś sześć lat temu, a mam teraz lat 37. Wynikało to ze strachu, z poczucia wstydu i właśnie z obawy, że publiczny coming out wywoła negatywne reakcje – pogardę, wrogość. Nadto miałem za sobą kilka związków z dziewczynami. Szczerych, intensywnych. Byłem kilka razy zakochany w dziewczynie, przy jednoczesnej świadomości, że pociągają mnie też faceci. Nie umiałem siebie umiejscowić na spektrum bi-gej itd. Gdy jednak pojawił się Michał, to już nie było innej opcji. To było zupełnie inne uczucie, dużo bardziej intensywne. Wtedy już nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mogę żyć w ukryciu, podwójnym życiem, żyć bez Michała. I mój coming out przyszedł naturalnie.
Byłem przygotowany na negatywne reakcje, ale ich nie było. Przeciwnie, spotkałem się z wielką serdecznością i życzliwością. Tak samo w Grecji, jak i w Polsce. Moja mama już, niestety, wtedy nie żyła. Ale outowałem się przed ciotkami, liczącymi prawie 80 lat. U jednej byłem dwa dni temu i pierwsze pytanie, jakie padło, brzmiało: „No jak wam się powodzi?”. Dziesięć lat temu nie spodziewałbym się, że ciocia Renia może mnie zapytać o to, czy jestem szczęśliwy z facetem. Chyba wszyscy odrabiamy powoli lekcję empatii i zrozumienia. Jestem szczęśliwym, zakochanym gejem i jest to integralna część mojej tożsamości. Jedna z wielu. Jak bycie Polakiem, bycie Grekiem. Ten wymiar wiąże się z autoidentyfikacją, ale także z poczuciem przynależności do grupy – mniejszościowej, nierównoprawnej, prześladowanej, a przy tym serdecznej, niebazującej na strachu. Tęczowa flaga to moja flaga, mogę jej bronić i paradować z nią, podczas gdy inne flagi są bardziej problematyczne.
W ostatniej części książki piszesz trochę o swoim obecnym życiu. Michał, twój mąż, też nie ma prostej biografii. Ma dzieci z poprzedniego związku, jesteście w bliskim kontakcie z ich matką. Tworzycie rodzinę, której nie da się zaszufladkować. Czujesz potrzebę stworzenia definicji waszego związku? Tożsamości, która odnosić się będzie do waszego doświadczenia?
Język jest dla mnie super ważny, ale akurat w tej kwestii zadowalam się nie etykietką, a opisem. On mi wystarcza. Piszę w książce o tym, jak wygląda nasza relacja. Że dzielimy się opieką po równo; dziewczyny są tydzień u nas, tydzień u mamy. Że gotuję dla dziewczyn, odbieram je ze szkoły, pomagam im w lekcjach, prostuję im włosy. W ich myśleniu od kilku lat jest mama, tata i Dionis. Nie jestem dziwnym wujkiem. Jestem dla nich bonusem. A dla mnie one są rodziną, którą kocham.
Macie z Michałem zalegalizowany związek?
Nie, ale chcemy to zrobić jesienią. Oczywiście w Belgii. Z tym się zresztą wiąże ciekawa historia. Gdy oddawałem na początku roku do wydawnictwa moją książkę, to nazwałem w niej Michała partnerem. Ale uwierało mnie to słowo tak bardzo, że w dzień, w którym książka miała iść do druku, zdecydowaliśmy z Michałem, że jednak zamieniamy „partnera” na „męża”. Bo „mąż” o wiele lepiej opisuje to, kim wobec siebie jesteśmy. Partner nie wystarcza, rozmywa obraz, spłaszcza go. Zaczęły się nerwowe telefony do Wydawnictwa Poznańskiego. Na szczęście udało nam się zmienić ten fragment dosłownie w ostatniej chwili. Używam zresztą słowa „mąż” także prowokacyjnie, bo przecież w Polsce nie możemy być małżonkami.
Coming out indywidualny to jedna sprawa, a coming out rodzinny druga. Czy więc wahaliście się jako rodzina przed coming outem na łamach książki?
Nie, bo już wcześniej byliśmy bardzo otwarci. Wrzucaliśmy w mediach społecznościowych swoje zdjęcia z Parady, zdjęcia z wakacji. Przyłączyliśmy się też, po Marszu Równości w Białymstoku w 2019 roku, do akcji „#JestemLGBT”. Obaj z Michałem osiągnęliśmy ten etap, że wyparował z nas strach i wstyd. Choć w dużej mierze dlatego, że mieszkamy tam, w Brukseli. Gdybyśmy mieszkali tu, w Polsce, pewnie zastosowalibyśmy autocenzurę.
Piszesz, ale też gotujesz. Właśnie wydałeś także książkę z przepisami. Skąd się ta pasja wzięła? Z pandemii?
Zawsze gotowałem, nauczyłem się tego od mojej mamy, która była kucharką, choć gotowała głównie po polsku. Moja miłość do greckiego jedzenia zaczęła się w 2009 roku, gdy pojechałem na stypendium do Joaniny na północy Grecji. Tam jadałem codziennie w stołówce uniwersyteckiej. Niby to było najzwyklejsze żarcie, ale zachwyciłem się smakiem musaki, briamu, zupy z soczewicy. I po powrocie sam nauczyłem się robić te rzeczy. Teraz w domu gotuję niemal wyłącznie po grecku – i choć nie mieszkamy na Santorini, jedzenie stwarza nam namiastkę Grecji. Proste, super smaczne, zachęcające do biesiady. Oliwa z oliwek mogłaby płynąć u nas w domu z kranu. W pandemii wyszedłem z tym do ludzi. Założyłem kanał na YouTubie, a teraz powstała książka „Kalimera. Grecka kuchnia radości”, na którą składa się ponad 70 przepisów, ale też anegdoty, mini-reportaże o kulturze jedzenia, greckie ciekawostki. To jest ta jaśniejsza, wspanialsza strona Grecji.
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Książka Anny Dżabaginy przypomina (a może raczej należałoby powiedzieć, że wskrzesza) zapomnianą postać Eleonory Kalkowskiej, urodzonej w 1883 r. poetki, pisarki, dramatopisarki i aktorki. Kalkowska była dwujęzyczna, pisała po polsku i niemiecku. Zadebiutowała w 1904 r. młodopolskim zbiorem opowiadań „Głód życia”. Największą jednak sławę przyniosły jej stworzone w Niemczech w latach 20. i 30. dramaty realistyczne – „Sprawa Jakubowskiego” i „Doniesienia drobne”, zainspirowane historiami znalezionymi w ówczesnej prasie. Drugi z tych utworów, ze względu na swą krytyczną, lewicową wymowę, został oprotestowany przez skrajną prawicę. Hitlerowskie bojówki zakłóciły jeden ze spektakli w berlińskim Schillertheater, a policja zakazała prezentowania „kontrowersyjnej” sztuki.
Kalkowska była feministką i kobietą nieheteronormatywną. W Berlinie związała się z rzeźbiarką Milly Steger. Niewiele wiemy o ich związku, ale Dżabagina z iście detektywistyczną skrupulatnością rekonstruuje i ten fragment życiorysu Kalkowskiej. Nie jest to popularna biografia, lecz rzetelna i dociekliwa praca historycznoliteracka, ukazująca zarówno życie i twórczość bohaterki, jak i kontekst jej czasów. (Mateusz Chojnacki)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
W wielogłosowej powieści Pasewicza przewijają się tematy nieustająco aktualne oraz dylematy szczególnie bliskie społecznościom marginalizowanym, takim jak LGBTQ+: pytania o tożsamość, konstelacje przyjaźni i miłości, potencjał sztuki i pojedynczego życia, granice szaleństwa i „normalności”, traumy, choroby i śmierć, XX- i XXI-wieczne romanse z faszyzmem i neonazizmem. I choćby dlatego o tej książce powinno zrobić się głośno. Zapewne będzie o to trudno z powodów politycznych, bowiem „Pulverkopf” to rzecz niewygodna dla wielu, szczególnie Polaków i Niemców, którzy w portretowanym Międzyrzeczu, w szpitalu psychiatrycznym Obrawalde, w ramach nazistowskiej akcji T4 wspólnie dokonywali masowej eksterminacji; „eutanazji” pacjentów „zastrzykami łaski”. Ofiarami byli ludzie „niegodni życia” wg ideologii III Rzeszy: z zaburzeniami psychicznymi i rozwojowymi, „oporni” żołnierze, więźniowie polityczni oraz „osoby angażujące się w niepożądane związki seksualne” (m.in. z paragrafu 175 zakazującego stosunków między mężczyznami). Tutaj trafi ł w czasie II wojny światowej niemiecki kompozytor Norbert von Hannenheim. Gej, schizofrenik i fenomenalny artysta, o którym więcej nie wiadomo, niż wiadomo. Obsesyjne poszukiwanie wyjaśnienia tajemnicy jego śmierci to żywioł opowieści, które w „Pulverkopfie” się przenikają. Wokół zagadek z przeszłości krążą charyzmatyczna Weronika Werhunt oraz jej wnuk Patryk. Po śmierci babki młody Werhunt zostaje sam z nietypowym dziedzictwem, obarczony zagadką do rozwiązania (lub pogrzebania i zostawienia w spokoju). Choć pewnie wolałby się zająć własnymi kłopotami i coraz silniejszymi męsko-męskimi namiętnościami. (Tomasz Charnas)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Poznali się w 1947 roku. Znany pisarz po przejściach i ponad 30 lat młodszy student: Jarosław Iwaszkiewicz i Jerzy Lisowski. Ten pierwszy nieźle umocowany zawodowo w ludowej Polsce, ten drugi, syn Francuzki i Polaka, studiujący romanistykę i polonistykę w Lille. Wymiana korespondencji pomiędzy nimi z mniejszymi lub większymi przerwami trwała niemalże do śmierci Iwaszkiewicza w 1980 r. Nie ma co ukrywać, Iwaszkiewicz zadurzył się w młodym Jurku i zasypywał chłopaka listami. Ten, sparaliżowany faktem, że ktoś taki jak słynny literat zainteresował się jego „skromną osobą”, tytułuje go początkowo „Wielce Czcigodny Mistrzu” i stara się zachować delikatny dystans. Jego odpowiedzi na erotyzująco-estetyczne wywody Jarosława są raczej krótkie i dość rzeczowe. Na początku tworzy się między nimi typowa dla tamtych czasów relacja „mistrz – uczeń”. Iwaszkiewicz przyjmuje pozycję starszego przyjaciela, który prowadzi za rękę młodszego, niczym Platon Arystotelesa. Głównie oczywiście w sprawach literackich. Pisarz pozwala sobie jednak na bardziej śmiałe teksty w stylu „Twoje mocne ramię”, czy „włochata pierś”. W końcu doprowadza do tego, że Lisowski w 1950 r. przenosi się na stałe do Polski. Kochankami prawdopodobnie nigdy nie zostali. Przyjaciółmi pozostali przez ponad 30 lat, choć Iwaszkiewicz irytował się, że Lisowski wybrał niezależną drogę: usamodzielnił się, ożenił, potem rozwiódł, miał dzieci. Jeśli kogoś interesują erotyczne napięcie i specyficzny opis zamkniętego w szafie życia gejów tuż po II wojnie, to polecam pierwszy tom korespondencji. Reszta to po prostu życie, w którym, jak napisała Agnieszka Osiecka, „miał być raj, miał być cud i ćwiartka na popicie, a to wszystko nie tak, nie tak, nie to…” (Maciej Kucharski)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Narratorem powieści jest 28-letni Lucien O’Donnell, skazany na bycie celebrytą jako syn gwiazdy rocka i piosenkarki. Kiedy na strony serwisów plotkarskich dostają się jego kompromitujące zdjęcia, niektórzy darczyńcy fundacji non-profit, w której pracuje, wycofują poparcie, a Lukowi grozi zwolnienie z pracy. Aby ratować wizerunek, musi związać się na niby, dla paparazzich, z „odpowiednim” partnerem (a przecież, zraniony przez byłego chłopaka, z trudem nawiązuje relacje – jest nastawiony wyłącznie na przygodny seks). Zawiera układ z Oliverem Blackwoodem, prawnikiem, który, poukładany i sztywny, zdaje się jego przeciwieństwem. Nie jest to wbrew pozorom banalna opowieść o tym, jak dwóch nieznoszących się bohaterów zaczyna pałać do siebie gorącym uczuciem. Niechęć niemal od razu ustępuje wzajemnej fascynacji, a „udawany” związek ma szansę przekształcić się w prawdziwy. A jednak obaj komplikują sprawy. Luc jest bowiem niedojrzały i zakompleksiony, a Oliver niewolny od lęków. „Materiał na chłopaka” to powieść o trudnym docieraniu się – zabawna, smutna, ciepła i wzruszająca zarazem. Taka, którą można pokochać. Nie da się ukryć, że w ostatnich latach powstało mnóstwo podobnych książek – jest to jednak literatura naprawdę potrzebna, zwłaszcza młodym ludziom LGBT, którzy mierzą się z własną seksualnością i starają się budować pierwsze związki w opresyjnej, homofobicznej rzeczywistości. Takie powieści mogą nieść ze sobą nadzieję. (Michał Paweł Urbaniak)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
George „Geo” Mitchell ma 10 lat, mamę, starszego brata, „wakacyjnego” ojca, przyjaciółkę Kelly oraz kolekcję starych czasopism dla dziewcząt. Ma też wielką tajemnicę – choć urodziła się w ciele chłopca, czuje się dziewczyną. Tak właśnie o sobie myśli, nawet jeśli świat postrzega ją inaczej (na marginesie – językowe zderzenie niepasujących do siebie gramatycznie zaimków, rzeczowników i czasowników daje bardzo ciekawy efekt w polskim tłumaczeniu). Marzy o tym, aby zagrać Charlottę, tytułową bohaterkę książki E. B. White’a „Pajęczyna Charlotty” w zbliżającym się szkolnym przedstawieniu. Ale przecież taka rola nie jest dla niej – wszak „chłopiec” nie może grać postaci żeńskiej. Ta krótka powieść rozgrywa się właśnie wokół przygotowań do spektaklu, ale też przygotowań bohaterki do coming outu. Geo jako „chłopiec” jest przeważnie wyśmiewana, z kolei jako dziewczyna – raczej niezrozumiana. Alex Gino w sposób niezwykle przekonujący i empatyczny pokazuje zagubienie dziecka, które zdaje sobie sprawę, że nie pasuje do własnego ciała i oczekiwań społecznych. Pisze wprost, ale delikatnie, zwracając uwagę na niuanse. Powieść jest niebanalna, świetnie skonstruowana, wzbogacona o ciekawe literackie nawiązania (istnieje pewien związek pomiędzy wspomnianą powieścią E. B. White’a i historią George). Podziwiamy małą Geo za odwagę. „George” zdecydowanie powinna znaleźć się na liście lektur szkolnych – choć w naszym kraju zapewne długo przyjdzie nam na to czekać. (Michał Paweł Urbaniak)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Kiedy (fikcyjne) miasteczko Big Burr w stanie Texas zostaje uznane na podstawie badań za najbardziej homofobiczne w USA, grupa aktywistów z organizacji Acceptance Across America przybywa tam na 2 lata, by podnosić świadomość. Polski czytelnik może odczuć pokusę przełożenia fabuły tej powieści na np. Kraśnik, jednak albo Laskey wyolbrzymia homofobiczne działania mieszkańców, momentami wręcz groteskowe, albo w „strefach wolnych od LGBT” najbardziej homofobicznego kraju UE dzieje się lepiej niż w jego teksaskim odpowiedniku. Z drugiej strony, choć autorka wyraźnie sympatyzuje z ludźmi queer, to zarazem celnie punktuje niektóre schematyczne działania aktywistów, choćby „niesienie oświecenia”, zdradzające klasistowską, wyższościową postawę i brak chęci zrozumienia lokalsów. Ale czy sama ich rozumie? Narracja książki składa się z rozdziałów – mikrohistorii z różnymi narratorami i punktami widzenia, lokalnymi i queerowymi. Otrzymujemy w ten sposób szerszą panoramę małego miasteczka. Bez obaw jednak, narracja ta jest na tyle popowa (w dobrym sensie), że żaden czytelnik nie powinien się zgubić. Zarazem owa panorama nie pozwoliła autorce pogłębić większości portretów, więc trudno się spodziewać, że po lekturze zrozumiemy lepiej mental konserwatystów. Z jednym wyjątkiem. Książkę kończy rozdział „10 lat później” po wizycie aktywistów. Opowiedziany jest z perspektywy Gabe’a, faceta, którego syn jest czołowym szkolnym homofobem. Gabe po rozwodzie odważył się żyć w miasteczku z mężem. To jego psychologiczny portret wypada najpełniej. (Piotr Sobolczyk)
Tekst z nr 92/7-8 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).