Adam Silvera. Nasz ostatni dzień

Wyd. We need YA

 

5 września 2017 r. 18-letni Mateo Torrez i 17-letni Rufus Emeterio nie znają się, ale łączy ich jedno – dziś umrą. Dowiadują się o tym z call center Prognoza Śmierci, dzięki któremu przyszli zmarli mogą przygotować się na śmierć, pożegnać z najbliższymi. Ci dwaj mają przed sobą jeden dzień. Ich drogi zetkną się za sprawą Ostatniego Przyjaciela, aplikacji pomagającej znaleźć „Zgonersom” osobę, która będzie chciała spędzić z nimi ostatnie godziny. Mateo i Rufus wyruszają w krótką odyseję. Poznają się lepiej, rodzi się więź, choć czasu jest mało. Prognoza Śmierci nie myli się, „ułaskawienia” nie będzie. Mateo, wycofany, wrażliwy, bojący się życia, otwiera się na świat i własne potrzeby. Sam też ofiaruje coś Ostatniemu Przyjacielowi. Adam Silvera prezentuje nietuzinkową opowieść rozgrywającą się w rzeczywistości naznaczonej śmiercią. To więcej niż następne love story w blasku tęczy. Bardziej liczy się tu konfrontacja z nieuniknionym, wykorzystanie życia – dosłownie – do ostatka. Co zrobią bohaterowie? Zdążą się nawzajem zrozumieć? Powieść zaskakuje, angażuje emocjonalnie, prowokuje i wzrusza. Adam Silvera, autor „Zostawiłeś mi tylko przeszłość” i „Raczej szczęśliwy niż nie”, staje się gwiazdą literatury LGBTI. (Michał Paweł Urbaniak)  

 

Tekst z nr 80 / 7-8 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Andrzej Selerowicz. Inna tajemnica wiary

Wyd. Novae Res 2019

 

 

W swej kolejnej powieści Andrzej Selerowicz, legenda polskiego ruchu LGBTI, bierze na warsztat gorący ostatnimi czasy temat hipokryzji i przestępstw seksualnych w Kościele katolickim. Chcąc uciec od swej homoseksualnej tożsamości, Paweł wstępuje do seminarium duchownego. Od razu dostrzega obłudę i ciche przyzwolenie na kontakty seksualne wśród mężczyzn, sam przeżywa tu swój pierwszy raz. Zaprzyjaźnia się też z księdzem Tadeuszem, który nie stroni od nastoletnich chłopców. Gdy Paweł opuści mury seminarium, tylko przez chwilę będzie cieszył się dawno wyczekiwaną wolnością. Wkrótce przytłoczy go samotność i będzie musiał prowadzić podwójne życie, odkrywając zarazem kolejne „grzechy” Kościoła. Sensacyjny, świetnie nadający się do literackiej dramatyzacji temat został jednak zmarnowany. Sugerowana przez wydawnictwo atmosfera thrillera okazuje się niewypałem, większych mrocznych tajemnic do odkrycia tutaj nie ma. Fabuła jest prosta i nie zaskakuje, za to obfituje w nieścisłości (np. urwany wątek uwodzenia w Rzymie). Postaci są sztampowe, jednowymiarowe (Paweł – młody idealista, Tadeusz – zły, mama Pawła – troskliwa itd.) Celem książki miało być zapewne ukazanie mechanizmów ukrywania przestępstw w Kościele, ale w oczy kole toporność, z jaką są one przedstawiane. Bohaterowie mówią o Kościele sztucznie brzmiącymi, napompowanymi frazesami przypominającymi oświadczenia i konferencje prasowe. Szkoda, bo temat ważny. (Mathias Foit)

 

Tekst z nr 80 / 7-8 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

GDY MĘŻCZYZNA ZAKŁADA SUKNIĘ

Z irlandzkim pisarzem SEBASTIANEM BARRY’M, autorem powieści „Dni bez końca” o losach dwóch zakochanych w sobie żołnierzy w USA połowy XIX w., rozmawia WOJTEK SZOT

 

foto: The Irish Times

 

Wiem, że książki powstają z wielu powodów. Czasem po prostu, bo jest się pisarzem i ciężko znaleźć tego przyczynę, ale mówisz, ze pisałeś „Dni bez końca” jako hołd dla swojego syna, który ujawnił się jako gej. Co jednak sprawiło, że umieściłeś akcję w czasie wojny secesyjnej? A może po prostu chciałeś opowiedzieć „love story”?

Od ponad pięćdziesięciu lat wiem, że mój prapraprzodek brał udział w tym, co on sam nazywał „indiańską wojną”. O tym, że mój syn jest gejem, wiedziałem dopiero od roku. Nie byłem tego świadomy, ale dopiero gdy skończyłem ją pisać, okazało się, jak wiele moich uczuć do niego przelałem na łamy powieści. Nie byłbym zdolny opisać związku Thomasa i Johna Cole’a, gdyby nie to, że mam przyjemność być ojcem homoseksualnego faceta. Ale pierwszym impulsem do napisania „Dni bez końca” była chęć opisania ludobójstwa i zniszczenia świata Rdzennych Amerykanów przez Europejczyków.

Czytając twoją książkę wciąż przypominały mi się książki z dzieciństwa, pełne ciekawych postaci, które były takie strasznie hetero. Pisząc „Dni bez końca” myślałeś o swoich lekturach z młodości?

Kiedy mój dziadek mimochodem wspomniał, że brat jego dziadka brał udział w tych wojnach, miałem pewnie z osiem lat i zdawało mi się, że wiem, o czym mówi. Przecież chodziłem co sobotę do kina i oglądałem niezliczone filmy o kowbojach. Lata sześćdziesiąte, sam rozumiesz. Można powiedzieć, że to wszystko wina dzieciństwa. Pamiętasz to uczucie, gdy wychodziło się z kina i całą drogę do domu „było się” bohaterem, którego najbardziej się podziwiało? To bardzo przydatne wspomnienie i wciąż potrzebna zdolność dla autora fikcji.

Bywasz w swojej powieści bardzo powściągliwy. Przypominała mi miejscami nastrój z „Mistrza” Colma Toibina. Co przeważało – chęć bycia wiernym czasom, o których piszesz, a może jednak gra z „prawdą historyczną?

Colm jest jednym z moich najbliższych przyjaciół i jesteśmy w tym samym wieku. Rozumiem, co masz na myśli, rzeczywiście w „Dniach bez końca” nałożyłem na siebie kilka zasad – żadnych dłużyzn, dygresji i zdecydowanie bez „po- etyczności”. Włożyłem sporo wysiłku, by „odświeżyć” mój styl po to, by stworzyć bohaterów pragmatycznych i zintegrowanych, jak Thomas. Czytałem o tym okresie wszystko, co mi wpadło w ręce, ale jest taki moment, gdy musisz zapomnieć o researchu i po prostu napisać książkę. Jakby to ona była prawdą, którą oczywiście nie może się stać, ale jednak w jakiś sposób, tak czy inaczej, nią się staje.

Nasza rozmowa zostanie opublikowana na łamach magazynu walczącego o prawa osób LGBT w Polsce. Literatura i polityka nie zawsze idą w parze. Czy jesteś zaskoczony faktem, że twoja książka stała się orężem w tej walce?

Zaskoczony, ale też absolutnie zachwycony. Dzięki niej mam nowych czytelników, co sobie bardzo cenię. Ludzie przychodzą na spotkania i bardzo wyrażają swoje uznania, choćby prostym słowem czy uściskiem dłoni. To dla mnie ważniejsze niż nagrody. Dało mi to pewność, że mój syn nie jest sam na świecie i że jest wielka armia gejów na całym świecie. To dla mnie bardzo ważne, tak samo jak fakt, że są kraje i miejsca, gdzie wciąż jego życie byłoby zagrożone. Pewnie nawet w Irlandii, gdzie mimo wygranego referendum małżeńskiego, wciąż mamy silnie zakorzenioną i niedającą się wykorzenić homofobię, która mnie jako heteryka bardzo martwi i niepokoi.

W wywiadzie powiedziałeś, że zazdrościsz swojemu synowi faktu, że jest gejem. Nie sądzisz, że to trochę protekcjonalne? A gdybyś miał córkę-lesbijkę?

Oczywiście nie miałem takiego zamiaru, choć rozumiem, że może to być tak odczytywane. Udzielanie wywiadów jest trudną sztuką i czasem w ich efekcie ciężko dostrzec rzeczywisty sens wypowiedzi. Jestem z pokolenia, które rzadko kiedy zastanawiało się nad opresją, która spotyka osoby LGBT. Urodziłem się w 1955 r. Teraz czytam, ile się tylko da i słucham mojego syna, obserwuję go i jest dla mnie oczywiste, ze oprócz tego, że osoby hetero muszą „tolerować”, to ten stan musi promieniować, musi być sposobem na życie, zwłaszcza wśród takich starych ludzi jak ja. Osoby hetero, takie jak ja, muszą się wiele nauczyć o miłości, życzliwości i walce o siebie. Jedna z moich córek przez chwilę myślała, ze jest lesbijką, więc nie robię różnicy między mężczyzną a kobietą. Myślę, że w społeczeństwie, w którym doświadczasz opresji, co często spotyka osoby homoseksualne, to cię niszczy, ale też sprawia, że stajesz się prawdziwym filozofem. To, co odkryłem w moim synu, to jego zrozumienie innych ludzi, wrażliwość na różnorodność, radykalny feminizm i łatwość zjednywania sobie ludzi.

Rodzice osób LGBT często tworzą grupy wsparcia, by się poznać, doradzać sobie. Kto tobie doradzał, kto cię wspierał?

Prawdę mówiąc to nie potrzebowaliśmy takiej pomocy. Za to na różnych spotkaniach rodzice podchodzą do mnie, gdy podpisuję książki i mówią, że mają syna-geja lub córkę-lesbijkę, zawsze robią to z dumą i radością. Taki klub serdecznych ludzi. Większość dobrej irlandzkiej literatury została napisana przez osoby homoseksualne. Może moi rodzice popełnili wiele błędów, jak każdy z nas, ale należeli do bohemy artystycznej Dublina, mama była aktorką, ojciec poetą i w tym środowisku nie było homofobii.

Męskie-żeńskie. Ta opozycja często pojawia się w twojej książce. Co „kobiecego” jest w twojej duszy?

Myślę o tym od kiedy napisałem tę książkę. Bardzo dużo emocji wzbudziło we mnie pisanie o tym, jak Thomas ubiera się w swoją suknię. Czułem, że naprawdę rozumiem ten stan, w którym odnajduje on swoją prawdę i wolność. Myślę, że jest obowiązkiem pisarza w pełni zrozumieć naturę swoich postaci. Mam nadzieję być dobrze zrozumianym, gdy myślę, że jestem kobiecy w tym, jak myślę i co czuję, ale trochę się boję, że mogę jednak zabrzmieć protekcjonalnie.

Twoja książka pokazuje, że amerykański mit został stworzony przez bardzo różnorodnych ludzi. Irlandzki mit założycielski wydaje się być dużo bardziej homogeniczny, a może się mylę?

Dzisiejsza Irlandia cierpi przez ponury podział pomiędzy katolikami i protestantami, nacjonalistami i unionistami, i tak dalej. W czasach elżbietańskich byliśmy plemieniem, z odrębnym językiem, stylem życia, ubraniami, religią i zdecydowanie odmiennym systemem prawnym – wszystko to zostało zniszczone i nie zostało odbudowane po uzyskaniu niepodległości w 1922 r., bo już wtedy zostało utracone bezpowrotnie.

Z pewnością mylisz o kolejnej książce albo masz dziesiątki pomysłów na nowe opowieści. Czy jest jakaś postać historyczna, o której chciałbyś napisać?

Bardzo chciałbym napisać książkę o Winonie, pochodzącej z Siuksów Lakota, która jest też jedną z bohaterek „Dni bez końca”.  

 

Powieść „Dni bez końca” ukazała się w Polsce w lutym br.

 

Tekst z nr 78/3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Laurie Frankel „Tak to już jest“

wyd. Poradnia K, 2019

 

 

Autorka powieści znalazła świetny sposób, by pokazać dorastanie osoby transpłciowej z nieco mniej oczywistej strony, z perspektywy rodziców. Choć w centrum akcji znajduje się Claude-Poppy, główni bohaterowie to Rosie i Penn. Nie są stereotypowym małżeństwem, ona jako lekarka zarabia na rodzinę, on zajmuje się domem i próbuje być pisarzem, wciąż pracuje nad „ChP”, czyli cholerną powieścią, na której tworzenie nie ma zbyt wiele czasu z powodu obowiązków rodzinnych. Mają piątkę dzieci; akcja rozpoczyna się, gdy rodzi się najmłodsze. Od początku wiemy, że to dziewczynka, ale wszyscy myślą, że mają do czynienia z chłopcem. Z upływem czasu do rodziców i starszych braci dochodzą kolejne sygnały świadczące o transpłciowości, są akceptowane, ale jednocześnie najpierw lekceważone, a dopiero z czasem budzące niepokój, wreszcie strach. Nie ma mowy o dyskryminacji czy odrzuceniu, jest bezgraniczna miłość, ale i tak pojawiają się problemy. Na ile pozwolić dziecku odbieranemu jako chłopiec na dziewczyńską ekspresję? Reagować na docinki i głupie komentarze? Jak nie zastraszyć, a jednocześnie ostrzec przed niebezpieczeństwem, które może czyhać na zewnątrz? Jak uświadamiać kilkuletnie dziecko, że dziewczynki zazwyczaj nie mają penisa? Czy i kiedy zacząć stosować blokery hormonalne? Komu powiedzieć, a przed kim zachować sekret? Czy ukrywanie nie będzie sygnałem, że transpłciowość uważa się za coś złego? I czy dla bezpieczeństwa jednego członka rodziny można poświęcić komfort całej reszty? To tylko niektóre dylematy, z którymi borykają się Rosie i Penn. Na szczęście swojej sytuacji nie postrzegają jako dramatu, tak też napisana jest całość. Udana powieść obyczajowa. (Krzysztof Tomasik)

 

Tekst z nr 78/3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Jonathan Littell „Stara historia“

Wydawnictwo Literackie, 2019

 

 

To książka transowa. Nie tylko w takim sensie, o jakim pewnie pomyśleli teraz czytelnicy i czytelniczki „Repliki”. Obcowanie ze „Starą historią” przypomina słuchanie muzyki repetytywnej. Mamy tutaj jeden motyw, który powraca w kolejnych wariantach. Oto narrator/ narratorka wyłania się z basenu i idzie korytarzem. Przekracza próg drzwi i wkracza w kolejną opowieść. Jest w niej mężczyzną, kobietą, dzieckiem, mężem, kochanką, gejem, osobą trans itd. Zmienia się sceneria, zmieniają się okoliczności. Niekiedy jednak oglądamy „starą historię”, już opowiedzianą wcześniej, z innej perspektywy. Ta sama sytuacja powraca, ale patrzymy na nią innymi oczami. Innymi, choć przecież należącymi do tego samego/tej samej narratora/ narratorki.

Trafiamy do wilii z basenem, do pokoju hotelowego, nocnego klubu, ale też do miejsca ogarniętego wojną… Littell drobiazgowo opisuje zmieniające się ciało głównej postaci. Skrupulatnie i bez żadnych eufemizmów przedstawia liczne sceny seksu i nader brutalnej przemocy. Jednocześnie jego styl jest chłodny, pozbawiony emocjonalnego zaangażowania czy autorskich komentarzy. Narrator/ka przygląda się swym metamorfozom z dystansu, przyjmuje kolejne okoliczności, w jakich się znalazł/a, jakby dotyczyły kogoś innego. Właśnie, innego. Gdyby chcieć najkrócej streścić „Starą historię”, to należałoby napisać, że dotyczy ona doświadczenia inności. Które jednocześnie jest doświadczeniem jak najbardziej własnym, osobistym, intymnym. I, w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu, cielesnym.

Podobnie jak utwory minimalistyczne, powieść Littella opiera się na hipnotyzującym rytmie. Proponuję więc, by wchłonąć ją „za jednym posiedzeniem”. Bez przerw na wzięcie oddechu. W ten sposób najlepiej można ją poczuć na własnej skórze. (Bartosz Żurawiecki)

 

Tekst z nr 78/3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Frédéric Martel “Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”

Wyd. Agora, 2019

 

 

Książka-wydarzenie. Cztery lata pracy, setki przeprowadzonych wywiadów, zastęp researcherów. Frédéric Martel mówi, że ma dobre kwalifikacje do opisania (ponad 700 stron!) homoseksualizmu wśród katolickich księży, szczególnie w Watykanie. Po pierwsze, pochodzi z laickiej Francji, ma więc dystans. Po drugie, jest gejem, zna więc wewnętrzne kody zachowań, wie, co to szafa, coming out, ma „gejdar” (wbijcie w google hasło: „Cardinal Burke cappa magna”, obejrzyjcie fotki). Po trzecie, jest uznanym socjologiem, autorem kilku książek.

W „Sodomie” opisuje nie sensacyjki, tylko mechanizmy. Homoseksualizm to nie jest coś, co „czasem” się zdarza, księża geje to nie są zbłąkane owieczki, odosobnione „wypadki przy pracy” wielkiej instytucji. Martel stawia sprawę jasno: na homoseksualistach Kościół katolicki stoi. Im wyżej w hierarchii, tym jest ich więcej, a na szczytach Watykanu to już ok. 75%. Spośród 12 bliskich współpracowników Jana Pawła II, aż 8 było gejami – twierdzi. Papież Franciszek jest w Watykanie w mniejszości. Trudno mu okiełznać walczące ze sobą frakcje mniej lub bardziej konserwatywnych homoseksualistów- homofobów. Bo następna teza brzmi: im bardziej homofobiczny duchowny, tym większe prawdopodobieństwo, że jest homoseksualistą. Martel sypie przykładami i wyjaśnia, jak działa system niewyobrażalnej hipokryzji i kłamstw.

Wstrząsające wrażenie robi np. reportaż z rzymskiego dworca centralnego. Wśród eskortów, z którymi autor rozmawia, większość to młodzi emigranci. Najczęściej heteroseksualni. Najczęściej muzułmanie. Sprzedają swe usługi katolickim księżom kryptogejom – to ponoć najlepsi klienci. Wokół dworca naliczył Martel ponad 100 hotelików z pokojami na godziny.

„Sodoma” ukazuje się równocześnie w wielu krajach. Podzielona jest na cztery części poświęcone pontyfikatom Franciszka, Benedykta XVI, Jana Pawła II i Pawła VI. Przed premierą wydawnictwo udostępniło mi obszerne fragmenty książki. Czekam z niecierpliwością na całość. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 78/3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Dorota Jaworska “Rado Boy”

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2019

 

 

Kolejna po „Fanfiku” młodzieżowa powieść LGBT osadzona w polskiej rzeczywistości. Kamil Rado jest nastolatkiem z pięknymi oczami, który lubi się fajnie ubrać, stara się stylizować na Marlona Brando z filmu „Dziki”. Uczy się w liceum, mieszka z babcią, bo mama nie ma dla niego czasu, a ojciec dawno przepadł bez wieści. Stara się być grzeczny, ale unika ludzi, nie ma przyjaciół, nikomu nie zdradza, że w szkole jest dręczony przez Jakuba, chlubę miejscowej drużyny koszykarskiej. Nie chce się zastanawiać nad źródłami agresji, próbuje tylko przeczekać najgorszy okres, nie zwraca uwagi na zaczepki i homofobiczne komentarze („Chętnie zrobiłbym ci makijaż” jest najdelikatniejszym z nich). W życiu Kamila wszystko zmieni się, gdy pozna młodego poetę Wojciecha Gierdonia, którego twórczość uwielbia. Jednak nie od razu jest gotowy przyznać, że podobają mu się nie tylko wiersze, ale także ich autor… Od tego momentu powieść przyspiesza i już nie można się od niej oderwać, wydarzenie goni wydarzenie, bohaterowie bywają w dramatycznych sytuacjach, niektóre z postaci ujawniają swoje drugie oblicze, nie zawsze pozytywne, na jaw wychodzą liczne rodzinne sekrety. Można się pośmiać, ale też współczuć i wzruszyć. Tylko nie spodziewajcie się banalnego, romantycznego happy endu. Pod tym względem „Rado Boy” też zaskoczy! (Piotr Klimek)  

 

Tekst z nr 78/3-4 2019.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

POKRĘTNA LOGIKA KOŚCIOŁA

O reportażowej książce „Dzieci księży”, o kościelnej zmowie milczenia, a także o żonie i synku z MARTĄ ABRAMOWICZ, kiedyś prezeską Kampanii Przeciw Homofobii, a dziś pisarką, rozmawia KATARZYNA CHOJNACKA  

 

foto: Sławomir Panek

 

„Dzieci księży” to twoja druga reportażowa książka i znów poruszasz tzw. kontrowersyjny temat związany z funkcjonowaniem Kościoła katolickiego – Kościoła nie jako wspólnoty wiernych, ale jako instytucji.

„Dzieci księży” to wbrew pozorom nie jest książka o Kościele. To reportaż o naszym społeczeństwie z Kościołem w tle. Dwa lata zabrało mi dotarcie do dzieci księży. Nie dlatego, że ludzie ich nie znali – wręcz przeciwnie: na pięćset osób, które o to zapytałam, czterysta pięćdziesiąt opowiedziało mi historie o księżach nieprzestrzegających celibatu, ich partnerkach albo dzieciach. Nikt jednak nie chciał pomóc mi skontaktować się z bohaterami tych opowieści, bo „o tym nie mówi się głośno”. Napisałam więc również o tej naszej wspólnej tajemnicy. O tym, co sprawia, że wszyscy w milczeniu patrzymy na czyjąś krzywdę. O tym, że dzieci księży i ich matki żyją w bańce samotności, bo ludzie rzadko coś mówią w oczy, a chętnie za plecami.

Geje i lesbijki również „powinni” żyć w ukryciu, by polskie społeczeństwo nie miało z nimi kłopotu.

Rzeczywiście zmowa milczenia, jak mówi prof. Tokarska-Bakir, jest rodzajem wielogłowej hydry. Jedna głowa to stosunek do dzieci księży, druga – do kobiet, trzecia – do Żydów, czwarta – do ludzi LGBT. Jest jeszcze wiele innych. Odetniesz jedną, wyrasta następna.

Czy stosunek do tych grup ma wspólny mianownik? Kościół?

Tak. 150 lat temu Kościół objął pieczę nad naszym narodem i wyznaczył, co jest dobre a co złe. Te kategorie wiele się nie zmieniły do dziś. Niestety, chrześcijaństwo po Jezusie zbudowało swój system przekonań na nierówności i wykluczeniu kobiet. Kwestia celibatu jest tu kluczowa. Im bardziej ścigano za nieprzestrzeganie celibatu, tym trudniej mężczyznom było zachować wstrzemięźliwość i tym bardziej winną wszystkich pokus okazywała się kobieta. W średniowieczu zresztą podbudowano ten pogląd teoretycznie: w końcu to pramatka Ewa zwiodła na pokuszenie niczego nieświadomego bezgrzesznego Adama. W historiach dzieci księży, które opisałam, wyraźnie widać ten sam mechanizm, to kobieta uwiodła księdza, to ona sprowadziła na niego hańbę, jest winna, więc niech niesie swój krzyż i sama w ukryciu zajmuje się dziećmi. Ksiądz-ojciec jest natychmiast rozgrzeszany zarówno przez ludzi, jak i swego przełożonego i, aby wierni zbytnio nie szumieli, przerzucany do innej parafii. Dziecko księdza natomiast dzieli los matki.

W książce cytujesz ojców Kościoła. Święty Tomasz, na którym po dziś dzień opiera się teologia, pisał: „Kobieta potrzebuje mężczyzny nie tylko do płodzenia i wychowania dzieci, ale także jako swego władcy, gdyż mężczyzna jest obdarzony doskonalszym rozumem, większą siłą i cnotą.”

Mężczyzna był więc panem stworzenia. Kobiety wykluczono do tego stopnia, że zakazano im nawet śpiewania w kościelnych chórach. Ponieważ mężczyźni nie osiągali tak wysokich tonów, przez wiele stuleci aż do początków XX w. kastrowano chłopców, aby mogli swoim śpiewem cieszyć ucho papieża. Kościół zamienił się w całkowicie męską społeczność. I choć oficjalnie potępiał homoseksualizm, siłą rzeczy ukształtował kulturę, która przyciągała homoseksualnych mężczyzn.

Mówi się i pisze, że wśród księży jest nadreprezentacja gejów. Rzeczywiście? I czy pisząc książkę „Zakonnice odchodzą po cichu” miałaś podobne wrażenie odnośnie sióstr, że jest nadreprezentacja lesbijek? Kilka twoich bohaterek to kobiety nieheteroseksualne.

Profesor Baniak, socjolog, który jako jedyny badał to zjawisko, podawał, że około jedna trzecia duchownych jest homoseksualna, w tym częściej zakonnicy niż księża diecezjalni. Nie wiadomo, jak to jest w przypadku sióstr zakonnych, ale właściwie dlaczego miałoby być inaczej? Należy jednak pamiętać, że zakonnicy i zakonnice ślubują czystość w wymiarze seksualnym, więc to, co mówię automatycznie nie oznacza, że tyle jest par w klasztorach.

Tyle osób homoseksualnych w Kościele i takie nauczanie na ich temat w Kościele…

No, właśnie tu dochodzimy do meritum. Jeden z bohaterów mojej książki, Janusz, syn księdza jest też gejem. Od 30 lat żyje w szczęśliwym związku z partnerem. Odwiedza go jeden z jego dawnych kolegów, który jest księdzem, też gejem. I mówi mu tak: „– Słuchaj, jadę sobie do Rzymu, do zakonnic. One mi piorą, sprzątają i gotują. Kolację podają. A za rogiem są kluby gejowskie. Słuchaj, tam jest jak w raju. A ty tu w grzechu żyjesz. – W jakim grzechu? – pyta Janusz. – Mnie się tylko przytrafi a mały momencik zapomnienia, wyspowiadam się i już jestem czysty. A u ciebie grzech ciągły, bo jesteś w związku. To jest właśnie prawdziwe zło. To o wiele gorsze, niż wyskoczyć sobie co jakiś czas do sauny gejowskiej.” Jak widać, nauczaniem Kościoła kieruje dość pokrętna logika.

Skąd twoje zainteresowanie Kościołem? Patrzysz z dystansu czy może widzisz jego wady, jednocześnie czując się jego częścią i chcąc go zmieniać od wewnątrz?

Nie jestem katoliczką i to nie jest moja misja. Ale nie zgadzam się na krzywdę innych w imię Boga, Kościoła czy jakichś innych wartości. Uważam, że powinniśmy zawsze stawać po stronie ofiar. Dlatego chciałabym, żebyśmy wszyscy zobaczyli, jak bardzo jesteśmy uwikłani w ten system. I jak się z tego wyplątać.

Jak?

Poprzez zrozumienie, w jakim klinczu tkwią osoby wierzące. Byłe zakonnice z mojej książki w większości pozostały osobami wierzącymi, ale to, co je łączyło, to głęboki dystans do instytucji Kościoła.

Jak widzisz rolę i miejsce chrześcijan LGBT w życiu publicznym? Od lat działa Wiara i Tęcza. 3 lata temu mieliśmy głośny coming out ks. Charamsy, 2 lata temu była akcja „Przekażmy sobie znak pokoju” Kampanii Przeciw Homofobii. Ostatnio w „Replice” czytaliśmy wywiad z parą gejów katolików: Pawłem Dobrowolskim i Konradem Szpindlerem. Czy te wydarzenia są raczej jednostkowe, czy może układają się w jakiś trend? A jednocześnie np. ojciec Rydzyk ostatnio o Tęczowym Piątku grzmiał, że to jest „niszczenie młodzieży”.

Kościół grzmiał, odkąd pamiętam. I katolicy LGBT także zawsze byli. Przełomem okazała się kampania społeczna KPH „Przekażmy sobie znak pokoju”, gdzie po raz pierwszy przedstawiciele inteligencji katolickiej – „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, Więzi” – ramię w ramię z organizacjami LGBT zaapelowali o miłość bliźniego w Kościele. Tę niesubordynację Kościoła otwartego natychmiast potępił Episkopat, co tym mocniej pokazuje rozdźwięk między wiernymi a hierarchią. Jeśli tak dalej pójdzie, katolicy zaczną szukać wspólnoty poza instytucją.

Jak postrzegasz szaloną popularność filmu „Kler”? Czy ona jest symptomem jakichś nadchodzących zmian?

„Kler” to film, który również otwiera sekret. Wszyscy wiemy, co zobaczymy, ale wreszcie możemy o tym publicznie rozmawiać.

Marta, 5 lat temu pojawiłaś się na okładce „Repliki” ze swoją rodziną: żoną, synkiem Mateuszem i jego tatą, waszym przyjacielem. Jak się miewacie?

Mieszkamy w Gdańsku, a więc najbardziej równościowym mieście w Polsce (Gdańsk jako pierwsze miasto w Polsce uchwalił „Model na rzecz równego traktowania” – przyp. „Replika”). Mateusz chodzi do wspaniałego przedszkola. Już na samym początku dzieci miały przynieść zdjęcia swojej rodziny i o niej opowiedzieć. Z punktu widzenia przedszkolaków najciekawszym członkiem naszej rodziny był kot. Ale teraz przygotowujemy się do wyboru szkoły. Jedna rozpoczyna mszą, druga pielęgnuje tradycje narodowe, a w trzeciej, społecznej, powiedziano mi, że nie będę miała prawa rozmawiać z nauczycielami o moim synu. Dlatego, że zgodnie z prawem szkoła może udzielać informacji tylko opiekunom prawnym, „proszę pani, nawet babci nie udzielimy”. Zapytałam więc, co, jeśli opiekunowie prawni wyrażą zgodę na piśmie. „A to będę musiała skonsultować z działem prawnym” – odpowiedziała pani dyrektor. Po naszym przedszkolu był to dość zimny prysznic.

Zostałaś aktywistką LGBT w 2001 r. – tuż po powstaniu KPH, przez 8 lat stanowiłaś supertandem z Robertem Biedroniem – on jako prezes, Ty jako wiceprezeska, potem byłaś też prezeską. Jak dziś widzisz KPH i szerzej, cały ruch LGBT. Mieliśmy w tym roku aż 15 Marszów/ Parad… Czy to jest jakiś przełom?

Bardzo się cieszę, że KPH wciąż prężnie działa i robi świetne kampanie społeczne. Oczywiście działamy w sytuacji, w której rząd nie wspiera równości. „Tęczowy Piątek” został potępiony przez władze kościelne i państwowe, ale w niektórych miejscach się odbył i ponad 200 szkół chciało go organizować! To było nie do pomyślenia za „moich” czasów, żeby ktokolwiek w szkole się odważył na taką akcję. Jednak to, co się dzieje w Polsce, jest częścią bardziej złożonego problemu. Jakiś czas temu byłam na seminarium w Chorwacji o radykalnych organizacjach katolickich. Ze zdziwieniem dowiedziałam się, że Polska w nich nie przoduje i w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej także są bardzo aktywne. Jeśli prześledzić sposób ich powstania i finansowania przez USA, dochodziło się do Rosji i jej prób destabilizacji Unii Europejskiej. Niestety, Polska bardzo szybko dała się zdestabilizować. Dlatego wszyscy musimy walczyć z tą hydrą i połączyć siły, by stworzyć kraj, w którym każdy będzie mógł być sobą – i gej czy lesbijka, i syn czy córka księdza.

 

Książka „Dzieci księży” ukazała się w październiku br., a „Zakonnice odchodzą po cichu” – w 2016 r.; obie – nakładem Krytyki Politycznej.

 

Tekst z nr 76/11-12 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

POCZET KRÓLOWYCH POLSKICH według Kim Lee

Drag queen KIM LEE wyszukuje wątki dragqueenowe w polskich książkach

 

foto: Beata Matczuk

 

To chyba normalne, że czytając książki, chcemy tam znaleźć także coś o sobie? Ja w każdym razie cieszę się, ilekroć znajduję. Co prawda, nie mam wielu powodów do radości, bo drag queens pojawiają się w polskiej prozie rzadko – są wykluczane za orientację (bo przecież to najczęściej geje) przez homofobów i za sam wizerunek przez część samej społeczności LGBT (bo to „dziwadła”, które „zwykłym gejom robią złą opinię”). Ale coś tam wygrzebałam i wynotowałam.

„Drug” queen

Pierwszy raz (w sumie nie jestem pewna, może znacie wcześniejszy przypadek?) z pojęciem drag queen w polskiej prozie zetknęliśmy się w książce „Mój świat jest kobietą. Dziennik lesbijki” Magdaleny Okoniewskiej (2004). Pozycja ta narobiła sporo szumu, ale chyba bardziej ze względu na temat niż poziom literacki. To raczej banalny dziennik dokumentujący zwykły świat, w tym świat lesbijek: portale internetowe, listy dyskusyjne, jakieś knajpki. Wspominając klubową zabawę i erotyczny taniec z partnerką, narratorka zauważa z przekąsem, iż większe zainteresowanie wzbudzili geje poprzebierani za kobiety, zwłaszcza jeden zrobiony na Marylin Monroe. Recenzując kultowy dragqueenowy film „Priscilla, królowa pustyni”, pisze, że obraz w mistrzowski sposób ukazuje pogranicze płci, transseksualistów, transwestytów itd. Gdy w końcu nazywa drag queen po imieniu, robi błąd, pisząc drug queen (czyżby miała je za osoby uzależnione od środków psychoaktywnych?) Wspominając warszawską Paradę 2002, drag queens widzi jako element raczej szkodliwy: Przyjechały też szpanerskim kabrioletem bajecznie kolorowe drug queen – na ten element parady zresztą były głównie skierowane obiektywy aparatów i kamery. Po Paradzie kupiłyśmy rano „Wyborczą”, w stołecznym dodatku (…) wzmianka o naszej paradzie. (…) na zdjęciu oczywiście drug queen, chociaż oni byli jedynie kolorowym dodatkiem, a nie najistotniejszą częścią imprezy.

Śmieją się po męsku

Dwa lata później ukazała się znakomita „Śmierć w darkroomie” Edwarda Pasewicza, kryminał z autentycznymi wydarzeniami w tle. W listopadzie 2005 r. w Poznaniu policja rozpędza Marsz Równości. Jego uczestnik Igor zostaje przewieziony na przesłuchanie, a kilka godzin później jego ciało zostaje znalezione w darkroomie jednego z gejowskich klubów. Brat Igora, komisarz policji Marcin Zielony, zamierza na własną rękę ustalić, co się stało. Pasewicz kreśli nietuzinkowy obraz środowiska, mamy tu nawet homoseksualnego księdza.

Już w trzecim zdaniu policjant przesłuchujący zatrzymanych spodziewa się, że będą mu tutaj przyprowadzać facetów z piórami w dupach, później zaś mamy rozbudowany wątek z drag queens. Część akcji dzieje się w klubie Grzechu Warte (autentyczny lokal, obecnie Come Back), gdzie poznajemy drag queens: Marlen, Gretę, Milady, Nadobną Pasqualinę, Beatrix. Widzimy je oczami wspomnianego księdza – Eminencji: nie znosił facetów przebierających się za kobiety. O, to dopiero była ohyda przez Panem, ale jego obserwacje i strach wywołują głównie efekt komiczny: kto wie, czy Sodomy nie zniszczył Pan z powodu diabelskich występów ówczesnych Drag Queens…, niech przybędzie, myślał, i przeprowadzi mnie przez ciemną dolinę, a wtedy podrabianych kobiet się nie ulęknę. Drag queens w pięknych strojach występują na scenie, „śpiewając” np. „Gdzie ci mężczyźni” Danuty Rinn. Poza tym nie chodzą lecz paradują, nie rozmawiają lecz ćwierkają, wyginają się, gestykulują, palą długie papierosy w pretensjonalnych lufkach, puszczając gościom w nos kółeczka dymu, przy barze podrywają chłopaków (Wyglądasz, kochanie, na niezłego ogiera – zatrzepotała rzęsami Milady) i opowiadają sobie o seksualnych podbojach (anegdota Milady o „jaszczurkowatym z dużym instrumentem przebija Patty Diphusę Almodovara!). Są po prostu fascynujące: rozmawiały o przemocy w rodzinie, związkach na odległość, o tym, gdzie zdobyć nowe buty. Piszczały, oblizywały wargi i śmiały się głośno, po męsku. Specjalnie dla Marcina Zielonego jedna z nich „śpiewa” „I’m not a girl”, w trakcie występu ściąga perukę, wyjmuje piersi, zrzuca buty – i przeobraża się z powrotem w chłopaka.

Chociaż niektóre rzeczy w powieści świadczą o nadmiernej wyobraźni autora (przebieralnia drag queens w saunie? Przecież cały makijaż spłynąłby w dekolt!), to i tak zachęcam do lektury „Śmierci…” – zwłaszcza, że właśnie ukazało się drugie rozszerzone wydanie.

Prawdziwe artystki

„Tęczowy koliber na tyłku” (2007) to autobiografia Szymona Niemca, działacza LGBT. Odwiedzamy wraz z nim m.in. warszawskie branżowe kluby sprzed lat – Kozły, Mykonos, Paradise, Amigo, Rudawkę… Są też drag queens: Lady Desdemona czy Lady Vicky, wspaniała, nieżyjąca już (podarowała mi parę sukienek, w których do dziś występuję), która pomagała w organizacji pierwszych parad. Widzimy też drag queens na scenie Ground Zero, Sixty-Nine, a przede wszystkim – w klubie Paradise. Sam Niemiec wyjaśnia: Drag queen to dziedzina aktorstwa parodystycznego, jedna z najtrudniejszych w zawodzie aktora. (…) Wielu młodych gejów sądzi, że wystarczy założyć sukienkę, wypchany skarpetkami stanik, perukę i buty na szpilkach. Wielu z nich widzimy później na scenach w klubach. Gdzie usiłują rozśmieszyć publiczność (…) Jednak prawdziwych artystów łatwo rozpoznać. Ich kostiumy są zawsze idealnie dopracowane, makijaż jest robiony za pomocą profesjonalnych kosmetyków scenicznych, zaś choreografia nie budzi najmniejszej wątpliwości, że poświęcono na nią wiele godzić ćwiczeń. Podobnie rzecz ma się z doborem repertuaru. Praca artysty parodysty to ciężki kawałek chleba i tylko najlepsi w tym zawodzie zostają na scenie na dłużej.

Lola

„Bądź moim Bogiem” (2007), barwnej powieści z kluczem Remigiusza Grzeli, w której splatają się ze sobą różne pozornie odległe historie młody dziennikarz, poszukując zaginionej Eriki, odkrywa prawdę o własnej rodzinie, a potem przyjmuje zlecenie na wywiad z gwiazdą przedwojennej piosenki, Verą (czyli słynną Wierą Gran), zamieszkałą w Paryżu. Sąsiadkami piosenkarki są…ostatnia sekretarka Marleny Dietrich oraz… wulgarna drag queen Lola, która „robi” m.in. hity Glorii Gaynor, Tiny Turner, Madonny. Grzela skrupulatnie opisuje show Loli.

Lale

„Poczet królowych polskich” Marcina Szczygielskiego (2011) to wspaniała saga o trzech silnych i samotnych kobietach (babka, matka i wnuczka) z mocnymi wątkami LGBT na drugim planie. Fabuła rozgrywa się m.in. w Wilnie okresu międzywojnia. Pojęcie drag queen wówczas u nas nie istniało, Szczygielski pisze o „lalach” – chłopakach przebierających się za kobiety, trudnych do zaklasyfikowania według dzisiejszej nomenklatury (trans czy drag queens?). Lale są wyzywające, wyzwolone i umieją docenić piękno kobiecego stroju: Miałam na sobie kremową sukienkę uszytą przez Franię. Strój wydawał mi się niezwykle szykowny, tak był oceniany w Wilnie, gdzie podziwiały go wszystkie bez wyjątku lale. Szczegółowo poznajemy m. in. kuzyna (autentycznej aktorki) Iny Benity – Alka, który po nałożeniu makijażu zamienia się w Dorę. Choć w tym przypadku mamy do czynienia z dziewczyną trans –Alek/Dora po wojnie przejdzie tranzycję.

„Poczet królowych polskich” poleciłabym szczególnie – polskie dzieje narodowe według Szczygielskiego to nie tylko żołnierze- bohaterowie i męczeństwo, ale również właśnie drag queens, które nie spadły z nieba w końcu XX wieku!

Heteryków nie ma

„Siedmiu szklankach” (2011) Magdalena Zych opowiada historię rodzącej się miłości zwyczajnego Kuby i ekscentrycznego Emila. Kuba, uprzedzony, że Emil czasem ubiera się w sukienki, wyobraża sobie pokracznego drag queena z niedogoloną kwadratową szczęką i wystającymi łokciami, kiwającego się niezgrabnie na wysokich obcasach, całego w kolorowych piórach, jednak gdy widzi Emila, ulega iluzji – bierze go za kobietę. Emil „śpiewa” „I Will Surivive” wspomnianej Glorii Gaynor, tańcząc na stole. Jest i sympatyczny, i irytujący, rzuca efektowne teksty typu: Na świecie nie ma heteryków. Są tylko źle podrywani biseksualiści. Emil nie mieści się w szufladkach: LGBT, myślałby kto (…) Ta ich żałosna branża! (…) żenujące anonse, te obślizgłe darkroomy (…) Biseksualiści są traktowani jak zdrajcy, wyrzutki i tchórze, transseksualiści to wybryki natury, o transwestytach lepiej nie wspominać. Recenzenci mieli problem z Emilem – pisali o transdivie, artyście o bliżej nieokreślonej płci”, a nawet „jakowymś transowodragqueenowatym biseksie.

Nie miałam przyjemności poznać Magdaleny Zych osobiście, choć widziałam ją nieraz na moich występach. Moja znajoma krytyczka literacka Kinga Dunin stwierdziła, że Emil mógł być wzorowany na mnie. No nie wiem, ale nie będę się wypierać.

Kochani, to ja!

Takich wątpliwości nie mam natomiast przy opowiadaniu „Buttefly” Kai Malanowskiej ze zbioru „Imigracje” (2011). Autorka jest moją przyjaciółką, a postać azjatycko-polskiej drag queen Butterfly (poza sceną – Max), którą opisuje, to ja. Chodzę tam z bohaterką po sklepach i knajpach, pomagam jej w przeprowadzce, a ona w piątki zachwyca się moimi występami. W tle są inne drag queens: Domina (autentyczna), Pusi Cat (autentyczna), Luiza (wzorowana na Żaklinie). I jest dokładny opis mojego show: Delikatna, śliczna Azjatka przebrana za Violettę Villas, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach: w długiej, atłasowej sukni, futrzanej etoli, rękawiczkach z miękkiej białej skórki. Na wskazującym palcu miała pierścionek z kolorowym kamieniem, na głowie ma jasną perukę i przybrany kwiatami kapelusz. Butterfly nie poszła na łatwiznę, żadnych znanych gejowskich przebojów. Załamała drobne dłonie na środku sceny i zaśpiewała „Do ciebie, mamo”. Jest idealna, pomyślałam, idealnie kobieca, nawet zbyt kobieca, zbyt delikatna jak na drag queen. Patrzyłam zafascynowana, jak ściąga beżową sukienkę, żeby odkryć następną, granatową, błyszczącą kreację, a potem jeszcze jedną, tym razem śnieżnobiałą, z trenem panny młodej. Takiego popisu się nie spodziewałam. Kaja opisuje też garderobę Buttefly: od podłogi do sufi tu kolorowe suknie, błękitne, zielone, krwistoczerwone, różowe i czarne. Na specjalnych stojakach kapelusze, strusie pióra, rękawiczki, woalki, podwiązki do pończoch, w niezliczonych rzędach, rozwieszone nad toaletką. Setki kolczyków, bransoletek, korali. Ojej – jęknęłam.

W recenzjach dragqueenowskiego opowiadania dominowało zdziwienie, iż zza makijażu i strojów wyłania się nie żadne dziwadło, tylko odpowiedzialny mężczyzna. No, przepraszam… A dlaczego miałoby być inaczej? Drag to tylko część mojej tożsamości.

Szafa reżysera

Drag queens zawitały również do dydaktycznej (i mocno stereotypowej) powieść dla nastolatków Anny Onichimowskiej „Koniec Gry” (2012). To bardzo „grzeczna” powieść. 17-letni Alek odkrywa, że pociągają go nie tylko kobiety. W sypialni jego starszego przyjaciela, reżysera Wądołowskiego wisi duża fotografia drag queen, jej twarz prześladuje Alka. Któregoś razu chłopak otwiera – zamkniętą wcześniej na klucz – szafę Wądołowskiego – a w niej: „pióra, aksamity, koronki…”

Kochani, znowu ja!

„Ości” Ignacego Karpowicza (2013) były nominowane do Nike, otrzymały też nagrodę czytelników. To perypetie grupy ludzi połączonych skomplikowanymi zależnościami. Wśród bohaterów wzorowanych na prawdziwych postaciach znajduje się Wietnamczyk Kuan, biseksualny poliamoryczny biznesmen, mąż, ojciec, partner, jednocześnie występujący nocami jako drag queen Kim Lee. Oczywiście chodzi o piszącego te słowa. Nie mam dystansu do „Ości”, więc oceny się nie podejmę, dodam jednak, że recenzje były raczej entuzjastyczne. Doczekaliśmy się zresztą przeniesienia powieści na deski Teatru Soho. We mnie wciela się Hiroaki Murakami, który występuje w wypożyczonych ode mnie sukniach, perukach i biżuterii. Jeszcze dam cytacik: Ludzie bili brawo, Kim Lee łaskawie rozdawała ukłony i ekspediowała w powietrze pocałunki. Norbert rzucił okiem na stół jurorów, oni również klaskali. Norbert nie rozumiał. Przecież ten występ powinien zakończyć się spektakularną klapą, tymczasem obserwował coś przeciwnego. Nie rozumiał, gdy Ninel Czeczot ogłosiła werdykt (…) Najlepszą polską drag queen jest… Kim Lee!

Tym akcentem powinnam zakończyć, ale dodam jeszcze, że o najstarszej polskiej drag queen – Lulli, zresztą mojej przyjaciółce, pisze (co prawda na drugim planie, ale zawsze) Remigiusz Ryziński w obu swych reportażowych książkach: „Foucault w Warszawie” (2017) i „Dziwniejsza historia” (2018). Lulla, pozdrawiam cię i całuję. I was, moi drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, również – mmmmm cmok!  

Jerzy Krzyszpień „Wychodzimy z ukrycia“

Wyd. Korporacja ha-art., 2018

 

 

Książka Jerzego Krzyszpienia jest tylko w niewielkiej mierze o „wychodzeniu z ukrycia”, to raczej zbiór bardziej lub mniej przypadkowych tekstów autora o szeroko pojętej tematyce LGBT (z jego strony wychodzimyzukrycia.net). Bardzo słusznych, owszem. Jest tu więc esej o homoseksualności wśród zwierząt, jest esej o sprawach LGBT i religii, są rozważania językowe, a także… przemówienie Hillary Clinton o prawach LGBT wygłoszone w 2011 r. na forum ONZ.

Ale o samym coming oucie jako o zjawisku czy też procesie tak ważnym dla niemal każdej osoby LGBT – jest tu tylko garść okrągłych, dość banalnych stwierdzeń. Autor przytacza też kilka anegdot z własnego życia. Tymczasem ta problematyka to wręcz kopalnia interesujących opowieści, która, okraszona przykładami, „czytałaby się sama”: ujawnianie się przed samym sobą, przed przyjaciółmi, rodziną, w szkole, w pracy. Ujawnianie się publiczne. Przygotowane i na spontanie, a także, bywa, przymusowe. W wieku młodym i dojrzałym. Ujawnianie się jako wyzwolenie i ujawnianie się z negatywnymi skutkami (gdy np. młody człowiek zostaje wyrzucony z domu przez rodziców-homofobów). Ujawnianie się w środowisku artystycznym (generalnie łatwiejsze) i sportowym (generalnie trudniejsze). Ujawnianie się jako osoba homo i jako osoba bi. I tak dalej… Tego wszystkiego tu nie ma. Próżno szukać też najsłynniejszych comingoutowych historii znanych postaci, jak np. Oscar Wilde, Elton John, Ellen DeGeneres, George Michael, Caitlyn Jenner, Jodie Foster, Jacek Poniedziałek, Klaus Wowereit, Rock Hudson, Chaz Bono, Jason Collins – to przecież samograje.

„Wychodzimy z ukrycia” robi więc wrażenie pozycji bardziej krążącej wokół tytułowego tematu niż trafiającej w sedno. (Mariusz Kurc)  

 

Tekst z nr 76/11-12 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.