„Sexedpl” to podręcznik edukacji seksualnej, jakiego nie było, nie ma i niestety, jeszcze chyba jakiś czas nie będzie w polskich szkołach. Nie ma tu „zabijania nienarodzonych dzieci” , nie ma gloryfikacji rodziny czy monogamicznego związku, nie ma krytyki środków antykoncepcyjnych. Jest za to sporo o zdrowiu, o pierwszym razie, o sekstingu, groomingu i o consencie, o tym, że możesz nie godzić się na coś, na co nie masz ochoty. O tym, że chłopakowi też czasem po prostu nie chce się seksu i o tym, że jak dziewczyna mówi „nie”, to oznacza „nie”. I że masturbacja jest normalna.
Książka składa się z wywiadów Anji Rubik z ekspert(k)ami z poszczególnych dziedzin. Wśród nich – Hubert Sobecki z Miłość Nie Wyklucza i tematyka LGBTQIA. Nie tylko na poziomie „gej jest OK”, ale również choćby z wyjaśnieniem, po co są Parady Równości. I z zachętą do udziału w nich. Nie tylko osób LGBTQIA – wszystkich.
„Sexedpl” jest świetnie wydane, zawiera mnóstwo zdjęć, a kosztuje kilkanaście złotych. (red.)
Tekst z nr 76/11-12 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Robert jest dominujący, Sebastian – uległy. Obaj po trzydziestce, z żonami – na seks umawiają się więc „dyskretnie”; są, co oczywiste, „spoza środowiska”. Dołączyć ma do nich 41-letni Piotr w charakterze drugiego aktywa. Wszyscy trzej spędzają mnóstwo czasu, kontaktując się w sieci.
Powieść „Wołając do Hille” pełna jest dosadnych rozmów o seksie, ale zaskakująco mało w niej… samego seksu. Epitety „zwierzęcy”, „wyuzdany”, „perwersyjny”, tudzież „zboczony”, a także „sunia” (w odniesieniu do Sebastiana) oraz wyrażenie „ryć psychikę” czytamy niemal co chwila, ale po kilkudziesięciu stronach chce się powiedzieć: „Ej, chłopaki, bzyknijcie się w końcu i zobaczmy, co wydarzy się dalej”. Gdy wreszcie pojawia się jakaś scena erotyczna, całe „wyuzdanie” polega na tym, że partnerem jest nieznajomy, a nasz bohater ma opaskę na oczach. A więc nuda, panowie. I dłużyzny, powtórzenia, język nieskomplikowany, psychologia postaci – prosta.
Z czasem intryga między Robertem, Sebastianem a Piotrem robi się coraz bardziej zawiła i coraz mniej wiarygodna. Do akcji wkracza też prywatny detektyw. Pojawia się kwestia HIV/AIDS przedstawiona jak wyrok śmierci mimo że akcja toczy się w 2015 r. Do tego paniczny strach przed coming outem. „Wołając do Hille” reklamuje się hasłem, że to odpowiedź na „Anioły w Ameryce”. Oj, nie, co najwyżej na „50 twarzy Greya” w wersji gejowskiej oraz bardziej wulgarnej. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 76/11-12 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Seksualna praca przymusowa podczas II wojny światowej. Burdele dla Niemców w polskich miastach. Burdele dla więźniów w obozach koncentracyjnych, również w Auschwitz. Wyłapywanie i wywożenie młodych kobiet w głąb Rzeszy do „obsługi” robotników przymusowych – z samej Warszawy ponad 600. Bo bez nich robotnicy mogliby uwodzić Niemki, uwodzić jeden drugiego lub onanizować się – wszystkie trzy warianty niezgodne z nazistowską ideologią.
Joanna Ostrowska odsłania fakty, „o których się nie mówiło”, ale na nich nie poprzestaje. Analizuje również proces ich tabuizowania. Pokazuje, w jaki sposób po wojnie z kobiet, które były ofiarami zbrodniczego systemu, robiono w wielu przypadkach kolaborantki, które rzekomo dobrowolnie zostawały prostytutkami. „Przemilczane” to lektura wstrząsająca z samej materii rzeczy, ale nie tylko. Również dlatego, że to pierwsza w Polsce książka na ten temat – w 2018 r., 73 lata po wojnie.
Autorka od lat zajmuje się zapomnianymi ofiarami nazizmu (patrz: wywiad w „Replice” nr 55), a więc skazywanymi za homoseksualność („różowymi trójkątami”), świadkami Jehowy, Sinti/Roma i innymi. W „Przemilczanych” pokazuje też, że „różowe trójkąty” i kobiety zmuszane do seksualnej pracy to części tej samej wizji hitlerowskiego świata, a później – tej samej zmowy milczenia. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 76/11-12 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Narratorem „Zostawiłeś mi tylko przeszłość” Adama Silvery (znanego ze świetnie przyjętego debiutu „More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie”) jest Griffin Jennings, który właśnie stracił chłopaka. Właściwie byłego chłopaka – rozstali się wcześniej, a Theo ułożył sobie życie w odległej Kalifornii, jednak to nie przekreśliło ich miłości, raczej tylko ją skomplikowało. Griffin mówi do ukochanego: „Ty jesteś martwy, a ja jestem żywy w najgorszym tego słowa znaczeniu”. W poruszającym monologu próbuje poradzić sobie z żałobą, rozpaczą, tęsknotą, złością, analizuje burzliwy związek z Theo. Otrzymuje wsparcie od najbliższych, ale czuje się osamotniony w cierpieniu. Nieoczekiwanie najwięcej zrozumienia okazuje mu Jackson – chłopak Theo z Kalifornii. Połączeni żałobą, pomimo wcześniejszej niechęci, zbliżają się do siebie. Dalszy przebieg zdarzeń wydaje się łatwy do przewidzenia, prawda? Budują nowy związek na wspólnej stracie. Ale to nie takie proste; Adam Silvera, tak jak w poprzedniej książce, nie wybiera przewidywalnych ścieżek fabularnych. (Michał Paweł Urbaniak)
Tekst z nr 76/11-12 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Prekursorstwo pracy Joanny Niżyńskiej z 2013 r. polegało na tym, że była to pierwsza monografia dotycząca Mirona Białoszewskiego (1922-83) wydana w USA. Przetłumaczona na polski, straciła swój największy atut. Dodatkowo, już po napisaniu książki, ukazał się długo oczekiwany „Tajny dziennik”, co znacząco wzbogaciło potencjał interpretacyjny na temat Białoszewskiego.
Choć w podtytule znalazło się słowo „queer”, o samej nienormatywności seksualnej bohatera dowiemy się z lektury niewiele. Niżyńska dość kategorycznie stwierdza, że „Białoszewski był pisarzem otwarcie homoseksualnym” i „nie ukrywał orientacji seksualnej”, ale nie wiadomo, co to znaczy, czym się przejawiało, czy odnosi się tylko do sfery prywatnej czy także publicznej. Zadziwiający jest taki poziom ogólności w pracy naukowej. Brakuje analizy, w jaki sposób homoseksualizm Białoszewskiego był przez lata przemilczany w poświęconych mu opracowaniach i kto w największym stopniu za to odpowiada. Także pisząc o osobach z najbliższego kręgu poety (Ludwik Hering), autorka skąpi informacji o ich homoseksualności. Zamiast tego są wielostronicowe wywody o „Lubiewie”, które ponoć zasadniczo wpłynęło na odbiór twórczości Białoszewskiego i sprawiło, że „nie możemy już zamykać oczu na obecną w niej seksualność”. W rzeczywistości, mimo licznych omówień książki Witkowskiego, niemal zupełnie pominięto wykorzystanie przez niego cytatów z Tadeusza Brezy i Białoszewskiego, a więc szukanie rodzimej, ciotowskiej tradycji. (Krzysztof Tomasik)
Tekst z nr 76/11-12 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O powstawaniu autobiograficznego „Brudnego różu”, o tym, jak była odbierana jako debiutująca pisarka i jako transkobieta, a także o spotkaniach z czytelni(cz)kami i o tym, co daje opisanie własnej, dramatycznej drogi do bycia sobą pisze KINGA KOSIŃSKA
foto: Michał Łuczak
Każdy marzy, by napisać książkę. W pewnym momencie życia. To prawie tak, jak każdy, będąc dzieckiem, chce zostać zakonnicą lub księdzem. No, może nie każdy, ale wielu ludzi. Klerykalne zapędy dotyczą przeważnie wczesnego dzieciństwa, chęć napisania książki najczęściej uaktywnia się w okresie dojrzewania. Wiadomo, dużo przeżyć, emocji. Piszemy wiersze, pamiętniki. Potem to wyrzucamy, ale te pisarskie aspiracje w nas wciąż są, tylko uśpione. Bo przecież każdy ma jakieś historie, chce coś po sobie zostawić. Jednak nie wierzymy w swoje umiejętności, skupiamy się na innych rzeczach. Trochę udajemy, że już nam nie zależy.
Moja historia sama tłumaczy, czym jest transpłciowość
Podobnie było ze mną. Zajęłam się pracą, trochę chłopakami, aż przyszła życiowa wtopa. Był to okres poszukiwań. Trafiłam na grupę Wiara i Tęcza, bardzo rozwinęłam się intelektualnie. Jako transkobieta zapragnęłam, by w tej grupie (gdzie większość uczestników to geje i lesbijki) mój głos był bardziej słyszalny. Wskutek różnych okoliczności zaczęłam dzielić się swoją historią. Powstał ważny dla mnie tekst w miesięczniku „Znak” – z moim udziałem. To miało być zamiast książki, ale myślałam, myślałam, aż wymyśliłam. Słyszałam wcześniej o książce Ady Strzelec „Byłam mężczyzną”. Zakupiłam ją na allegro, ale trudno mi było to czytać, gdyż ona tam ma dzieci, opisuje budowę domu, rozwód. Jakoś się nie identyfikowałam. Doceniłam jednak już wtedy szczerość i prostotę, choć całość przeczytałam dopiero dużo później. W tym czasie ukazała się książka „Mam na imię Ania” Anny Grodzkiej, która wydała mi się świetna edukacyjnie, ale trochę zachowawcza. Zapragnęłam już wtedy przejąć trochę pałeczkę (nie bójmy się tego słowa) sztafety pokoleniowej od Ady i zmierzyć się z tematem na tym samym poziomie szczerości. Minęły ponad dwie dekady od ukazania się tamtej książki.
Zrodził się we mnie pomysł, że może faktycznie jest to odpowiedni czas i miejsce. Umocniło to przeczytanie „Najgorszego człowieka na świecie” Małgosi Halber. Zaczęłam cenić realność stanów emocjonalnych opisanych w literaturze i to wydało mi się najlepszym sposobem na połączenie z drugim człowiekiem, niejako samą historią wytłumaczenie mu, czym jest transpłciowość.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Pisałam codziennie wieczorem, w ciągu dnia myśląc o kierunku, w jakim pójdzie tekst. Starałam się być konsekwentna w założeniu szczerości, bezkompromisowości. Zajęło mi to około dwóch miesięcy, po czym zaczęłam szukać wydawcy.
Zaczynając z wysokiego pułapu ambicji, dostawałam kolejne odmowy od dużych wydawnictw lub w ogóle nie otrzymywałam odpowiedzi. W końcu, po małym rozeznaniu, skupiłam się na mniejszych ofi cynach. Tak trafi łam do Niszy, prowadzonej przez Krystynę Bratkowską.
Redakcja tekstu była ostra. Odpadły wszelkie wstawki publicystyczne, zostało samo mięso. Zdałam się na fachowość redaktorki. Przed wydaniem wysłałyśmy jeszcze książkę na konkurs Promotorzy Debiutów, gdzie można było wygrać sfi nansowanie druku i promocji. Niestety, nie udało się. To wzbudziło moje wątpliwości co do jakości tekstu, ale nie poddałam się i „Brudny róż” ukazał się 20 listopada 2015 r.
Pod własnym nazwiskiem? „Boże, co ja robię?!”
Reakcja początkowa była właściwie żadna. Głównie ja trąbiłam o tym na swoim FB. Poza tym cisza. Pod koniec roku ukazała się pierwsza przychylna recenzja na blogu. Z pokorą musiałam przyjąć fakt, że większość pism wysokonakładowych nie zdecydowała się wspomnieć o mej książce. Z wydawczynią byłyśmy zdziwione, gdyż świadome treści i tego, że takie książki jednak nie ukazują się często, liczyłyśmy na większą atencję.
Trzeba było zacząć jakąś promocję. Biorąc pod uwagę dosłowny, wręcz o charakterze spowiedzi, typ książki, wszelkie osobiste zaangażowanie typu spotkania autorskie wywoływały moje przerażenie. Jestem raczej typem introwertycznym, który nawet w bezpiecznym gronie nie lubi publicznie zabierać głosu. Wolę pisaniem komunikować to, co mi w duszy gra, bądź w intymnej rozmowie. Trzeba było jednak rzucić się na głęboką wodę. Skoro powiedziałam „A”, to muszę być konsekwentna i wesprzeć to, co jest dla mnie ważne. Z pomocą przyszły organizacje pozarządowe, ruchy LGBTQ+. To dzięki nim wiele rzeczy okazało się możliwych.
Pierwsze zaproszenie przyszło od Fundacji na rzecz Różnorodności Polistrefa z Krakowa. Z drżącym sercem przyjechałam z dwójką znajomych do sali, w której odbywało się spotkanie. Na szczęście przyszło wielu znajomych z Wiary i Tęczy. Wyszło bardzo miło. Czułam pozytywną energię. Pojawiło się w sumie kilkadziesiąt osób. Rozmowa dotyczyła transpłciowości jako takiej oraz tego, jak wychodzić z nią do ludzi. Padło pytanie, czy taka działalność nie jest ucieczką przed życiem na co odparłam, że wprost przeciwnie. To konfrontacja z esencją.
Potem przyszedł czas na Warszawę i Faktyczny Dom Kultury. Miejsce bardziej publiczne. Ludzie ponownie nie zawiedli. Byłam ogromnie zdenerwowana. Tym razem został stworzony panel, w którym zasiadły, między innymi, Halina Bortnowska i Paula Sawicka, wielkie osobowości. Czułam, że takie rzeczy nie zdarzają się często i jakiś ciężar odpowiedzialności się pojawił. Z sali padły słowa krytyki dotyczące tego, że wszystko ma zbyt heteronormatywny charakter i do głosu są dopuszczane osoby cisnormatywne traktujące transpłciowość jako obce „zjawisko”. Tłumaczyłam, że przecież zderzenie dwóch światów jest tutaj kluczowe, by rozpocząć szerszy dialog, a nie dusić temat we własnym sosie. Mówiłam sporo o Bogu, co też było krytykowane. Wzbudziło to wątpliwości, co do reprezentatywności mojej historii, skoro wśród osób trans jest tak wielu ateistów. Odparłam to na swój sposób, że zwyczajnie moim celem było pokazanie tego, iż jednak spory procent ludzi trans wywodzi się z domów katolickich i chcą tę tradycję kultywować, a nie rezygnować z niej pod przymusem.
Pewien mężczyzna trans stwierdził, iż podziwia mnie za odwagę, za to, że nie wydałam książki pod pseudonimem (jak chociażby Ada Strzelec). Takie zderzenia opinii momentami wywoływały moją reakcję w stylu „Boże, co ja robię!”. Starałam się jednak trzymać i być konsekwentna.
Potem Łódź i spotkanie prowadzone w „Między nami” przez Martę Konarzewską. Moja znajoma pisarka Liliana Hermetz zwiększyła frekwencję, informując o spotkaniu swych znajomych. W Poznaniu, na zaproszenie Grupy Stonewall przyszło wielu uczestników tej grupy, jak i moich znajomych z Wiary i Tęczy. Czułam wsparcie naszej społeczności, co dodawało mi otuchy i poczucia sensu. Większość tych spotkań była bez żadnego wynagrodzenia. Pojawiły się pogłoski, że obłowiłam się na „Brudnym różu”, co też nie jest prawdą, gdyż sprzedaż było mocno umiarkowana i o większym zarobku nie mogło być mowy. Czułam wtedy, że są osoby, które stanęły za mną murem. Wiele ciepłych słów od gejów, co zawsze bardzo sobie cenię.
„Kinga, czy twoje cycki są prawdziwe?”
We Wrocławiu w klubokawiarni „Hiszpańska” było ciekawie. Znajoma organizująca spotkanie wręczyła mi kwiaty, gdy wcześniej w żartach wspomniałam, że jeszcze żadnych nie dostałam, a autorzy przeważnie otrzymują. Kolega z Wiary i Tęczy, prowadzący spotkanie, wybierał najbardziej pikantne fragmenty z książki, co wywołało mój uśmiech i skonfrontowało mnie z zawartością książki (starałam się o tym nie myśleć, by nie pogłębiać tremy). Na końcu znajoma rzuciła: „Dla zaspokojenia ciekawości, Kinga, czy twoje cycki są prawdziwe?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że tak. Miałam później kaca moralnego, czy nie powinnam zareagować inaczej. Mam dystans, jednak odpowiedzcie sobie sami, jak to obrazuje postrzeganie mnie jako autorki, transkobiety.
Ludzie mieli mnóstwo pytań, otwarcie przyznając, że są ciekawi, a książki nie czytali i raczej nie przeczytają. Cierpliwie rozmawiałam. Bywały różne reakcje, wynikające z różnicy między narracją książki, a tym, jaką osobą jestem prywatnie. Niektórzy po lekturze spodziewali się smutnej, tnącej sobie żyły kobiety i krew tryskającą na osoby w pierwszym rzędzie. Okazało się, że mam poczucie humoru i sporo dystansu. Z kolei ci, którzy zaintrygowani tym, z jakim luzem się wypowiadam i często uśmiecham, byli zdziwieni, jak drastyczny w wymowie jest „Brudny róż”. To wszystko wynika z założeń, jakie wytyczyłam sobie przy pisaniu. Wiadomo, że książka nie oddaje całości osoby, którą jest autorka i na co dzień nie skupiam się na swoich traumach aż tak, jak w książce, opisując trudne etapy swego życia.
Dużym wydarzeniem było dla mnie zaproszenie przez Roberta Rienta na Festiwal Non-Fiction w Krakowie. Po raz pierwszy poczułam się traktowana jak autorka, a nie dziewczyna, która po prostu opisała swoje życie (a co jest prawdą?). Dostałam pierwsze małe honorarium za udział. Spotkanie było ciekawe. Robert uważa, że książka jest ważna, ale kiepsko napisana. Broniłam się, na ile mogłam, ale takie doświadczenia uczą pokory i akceptacji różnych opinii. Ponownie padło pytanie o angażowanie się osób LGBTQ+ w życie publiczne. Tłumaczyłam, że przecież to tylko kawałek naszego życia. Mamy inne pasje, życie prywatne. Dało mi to obraz tego, jak są postrzegani ludzie, którzy otwarcie przyznają się do bycia częścią składową społeczności LGBT.
Wcześniej obawiałam się tego, jak książkę przyjmą osoby trans. Przecież nie jest to historia osoby przebojowej, ale raczej pasmo porażek i walki o przetrwanie, o siebie. Ogromnie zaskoczyła mnie życzliwość z ich strony. Były głosy typu: „Książka jest piękna, dziękuję za nią”, „Czuję się, jakbym czytał o sobie”, „Stałaś mi się niezwykle bliska i czekam na kolejną książkę”. To dodawało skrzydeł.
Potwor gender i zeschizowana laska
Proces promocji bywał trudny. Pierwsze wizyty w radiu, wątpliwości, czy podołam i nie zeżre mnie stres. Rozmowy z dziennikarzami prasowymi. Przekonałam się, że aby przygotować wywiad, potrzeba 3-4 godzinnej rozmowy. To wszystko spowodowało, że zaczęłam mieć dosyć swojej historii. Ania z Poznania podczas spotkania zapytała, czy napisanie tej książki przyniosło mi ulgę i miało wymiar terapeutyczny. Odpowiedziałam, że nawet jeśli, to w niewielkim stopniu. Pisałam ze świadomością i chęcią autentycznego kontaktu z czytelnikiem, nie dla siebie. Jednak sam okres promocji już w pewnym sensie terapią się okazał. Ciągłe ujmowanie tych samych wydarzeń z różnej strony, aby się nie powtarzać, sprawiało, że zwyczajnie przestało to na mnie robić aż tak mocne wrażenie.
Ostatnie spotkanie miało miejsce w Toruniu, na zaproszenie Stowarzyszenia Pracownia Różnorodności. Zawsze przed spotkaniem boję się tego, czy ktoś zechce w ogóle na nie przyjść, czy organizatorzy nie będą rozczarowani.
Sama idea spotkania jest trochę sztuczna, gdyż kim ja jestem, by ludzie chcieli słuchać tego, co mam do powiedzenia? Nawet nie mam wyższego wykształcenia. Robiłam to dla książki. Spotkanie w Toruniu miało dla mnie szczególny wymiar. Odbywało się dzień po Dniu Pamięci Osób Transpłciowych. To mnie zainspirowało. Przyjechałam bez żadnego makijażu, stawiając opór temu, jak często transkobiety są postrzegane przez pryzmat przesadnego dbania o swój wizerunek. Ot, przyjechała zwyczajna kobieta pogadać o książce, ubrana zwyczajnie. Taki potwór gender (miałam plakietkę z tym napisem na spotkaniu w Warszawie i Poznaniu). Starałam się wysyłać tego typu sygnały, nigdy nie mając pewności, jak zostaną odebrane. Celem było znormalizowanie tego, co w obiegu jest czymś niezwykłym, a przecież, gdy się przyjrzymy dokładniej, to wszystko sprowadza się do zwyczajnego życia i nudnych codziennych czynności.
Spotkania z ludźmi, przed którymi byłam bezbronna, dały mi poczucie oczyszczenia. Zawsze miałam mnóstwo zastrzeżeń do tego, jak wyglądam, jak mówię, jak czuję. Gdy natrafi ałam na całkowicie sprzeczne opinie typu „Książka mi się nie podobała, co za zeschizowana laska!”, „Pierwszy raz zakochałam się w książce”, dotarło do mnie jak relatywny jest odbiór. Musiałam wyrobić w sobie poczucie wartości tego, z czym wychodzę do ludzi i zrozumieć, że nawet ja sama mam prawo do tego, by chwilami żałować jej wydania. Bywa, co może niektórych zaskoczyć. Moje podejście z okresu pisania „Brudnego różu” było bardzo naiwne, ideowe. Z czasem zrozumiałam, że będę ponosić tego konsekwencje do końca życia. Zawsze ktoś może mnie wygooglować, przeczytać książkę i mieć ot, tak dostęp do bardzo intymnych faktów z mojej przeszłości. Zdarzają się napady paniki. Rozwija to jednak samoświadomość i umiejscawia w rzeczywistości. Anna Grodzka napisała bardzo ważną rzecz w swojej książce o tym, że gdy się ujawnimy, to nikt nie może już rzucić nam tego w twarz. Jest w tym głęboka prawda o wyzwoleniu. Ma ono jednak swoją cenę. Pomimo to czuję wciąż apetyt na więcej. Cały ten czas uczynił ze mnie baczniejszą obserwatorkę rzeczywistości i uświadomił, że mam jeszcze coś do powiedzenia. Nie przestałam pisać. Podejmuję różne próby wypowiedzi, a wkrótce ukaże się moja druga książka.
Wiem, jak wiele osób chce podzielić się swoim życiem w formie książki i z całego serca im kibicuję. Musicie jednak wiedzieć, że pod koniec zostaniecie z tym sami. Słowa podziwu bywają ulotne, ludzie zapominają, a wszelkie klimaty glamour są jak zapach perfum. Ich intensywność trwa chwilę a potem wraca trudna codzienność.
Najbardziej sobie cenię proces kreatywności, czyli to, że podjęłam trud dania czegoś od siebie i byłam konsekwentna w docieraniu z tym do ludzi. O książce napisał na swoim blogu nawet ksiądz – Grzegorz Kramer. I to pochlebnie. „Brudny róż” wciąż ma swoje życie. Przed własnym coming outem dałabym wiele, aby ktoś był ze mną aż tak szczery, jak ja z czytelnikami.
Zgodnie z zasadą jakiegoś anty-Hitchcocka, praca Agaty Stasińskiej zaczyna się od dłużyzny, a potem napięcie spada – po czym, koło setnej strony, następuje zwrot akcji – i już do samego końca będzie bardzo ciekawie. To teoretyczne wprowadzenie – zagadnienia niekoniecznie trudne, ale napisane językiem tak piekielnie nieprzystępnym, że aż chwilami zabawnym – polecałbym tylko wytrwałym (przemiany intymności wg Giddensa, Baumana i innych oraz metodologia badania „Rodziny z wyboru w Polsce”, na którym autorka się oparła). Dalej mamy jednak istne konfitury. Stasińska analizuje praktyki intymne nieheteroseksualnych związków na podstawie wywiadów z kilkudziesięcioma osobami. Skrzy się od szczerych wypowiedzi i błyskotliwych interpretacji autorki. Jak wracam z pracy, a on stoi i przygotowuje obiad, to ja mu ściągam majtki i daję mu buzi w pośladki – mówi 30-letni Adrian zapytany, jak na co dzień okazuje uczucia swemu partnerowi Maksymilianowi. A np. 43-letnia Agata opowiada o trosce, jaką obdarza ją partnerka Alicja: Wstaję rano, a na mnie czeka kubek gorącej kawy, ona naprawdę o mnie dba, (…) bardzo mnie wzrusza, kiedy otwieram szafkę, a tam wszystko poukładane co do centymetra.
Jest też o konfliktach, gdy ktoś wstawi ryż na kolację za wcześnie albo za późno, albo gdy ktoś chodzi po domu w butach. Jest o seksie i o braku seksu w związku. Jest o rodzajach niemonogamii – czasem można mieć wspólnego kochanka/ę, ale tylko na wakacjach. Czasem każda ze stron ma „własnego” kochanka/ę. Ale też w wielu przypadkach para ma siebie tylko dla siebie. Osobny wątek to praktyki zaręczynowoślubne w polskiej dyskryminacyjnej sytuacji, gdy prawo nas oficjalnie nie widzi. Znakomity rozdział jest o zazdrości: tak, można nie być zazdrosnym, gdy twój facet zaliczył szybki seks z nieznajomym oraz być zazdrosnym, gdy twój facet chodzi do parku na długie spacery z przyjacielem, a nie z tobą. Cielesność: o tym, jak dbamy o swoje ciała, czy chodzimy nago po domu i czy swobodnie czujemy się przy ukochanym/ej (jak zgrabnie ujął jeden respondent: syndrom pierwszego pierdnięcia). Jest też temat podjęty w naszym okładkowym materiale: publiczne okazywanie sobie uczuć. (Mariusz Kurc)
p.s. We „Wstępie” Stasińska pisze: Na moje usytuowanie badawcze wpływają wymiary mojej jednostkowej tożsamości. Pracę badawczą i analityczną prowadziłam jako kobieta żyjąca w Polsce, pochodząca z dobrze wykształconej rodziny z klasy średniej. Dalej autorka analizuje wpływ swej tożsamości płciowej (kobieta), narodowej (Polka) i społecznej (wykształcona klasa średnia). O tożsamości seksualnej – ani słowa. Bez znaczenia? U autorki pracy o intymnych praktykach w związkach nieheteroseksualnych?
Tekst z nr 74/7-8 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Debiutancka powieść Artura Nowaka rozgrywa się w dwóch planach czasowych: „teraz” i „kiedyś”. „Teraz” 17-letnia Marta jest praktycznie w areszcie domowym, pod całkowitą kontrolą dwojga katolickich fanatyków – babci i wujka. W Marcie siedzi… Szatan i dlatego dziewczyna musi być poddawana egzorcyzmom odprawianym przez kilku księży. „Kiedyś” Marta miała mamę, tatę, młodszą siostrę i szczęśliwy dom. Miała też dziewczynę Inkę, swą pierwszą miłość, którą rodzice bez problemów zaakceptowali. „Teraz” trzeba wypędzić z niej diabła, lesbianizm jest oczywiście diabelskiego pakietu częścią. Marta musi być hetero! Wejście w jej świat – powieść jest pisana w pierwszej osobie – to nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale ostre konfrontacje młodej lesbijki z wynaturzonymi homofobami (zarówno tymi w sutannach, jak i bez) mają miejscami moc wyzwalającą. Autor pisze na koniec, że opisana historia jest „zainspirowana losami osób, które miałem okazję poznać. (…) Nic nie usprawiedliwia krzywdy, którą wam wyrządzono”. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 74/7-8 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Prawda o poczuciu bycia odmieńcem, outsiderem znajduje się na powierzchni. Maskowanie nie działało i nie zadziała! W swej najnowszej książce Błażej Warkocki („Homo nie wiadomo”, „Różowy język”) bierze na warsztat debiut Witolda Gombrowicza z 1933 r. – „Pamiętnik z okresu dojrzewania”. Ingeruje w tekst pisarza brutalnie, czytając go jako „pamiętnik z okresu queerowego dojrzewania”. I nie chodzi tu bynajmniej o kategoryzację dzieła jako elementu literatury homoseksualnej. Najważniejsza bowiem staje się queerowa performatywność, którą Eve Kosofsky Sedgwick tłumaczy jako strategię tworzenia znaczeń opartą m.in. na wstydzie i napiętnowaniu.
Warkocki pracuje blisko tekstu Gombrowicza. Oprócz analizy w duchu teorii Sedgwick poszukuje łączników między pisarzem i teoretyczką w literaturze światowej. Jego odczytanie „Pamiętnika…” to fascynująca podróż poprzez konteksty – wyjątkowe „śledztwo”, w którym każda najmniejsza poszlaka jest punktem wyjścia do nowego spojrzenia na dziedzictwo Gombrowicza. Jednocześnie autor stara się, by jego „opowieść” była przede wszystkim komunikatywna. Dba o czytelnika. Dzięki niemu analiza postaci mecenasa Kraykowskiego to przede wszystkim opowieść o wstydzie i tożsamości, a sędzia H. staje się powidokiem postaci Daniela Paula Schrebera, oczywiście w duchu gotyckim.
Bunt przeciwko klasowemu uwarunkowaniu, flirt z biografią pisarza i „uwięzionym pamiętnikiem”, zniewieścienie jako atrybut homoseksualności i w końcu przeźroczysta homofobia jako mechanizm regulujący zachowania mężczyzn to tylko kropla w morzu motywów, które pojawiają się w książce Warkockiego. Jeśli ktokolwiek dziś w Polsce mierzy się z teorią queer, nie może pozostać obojętny wobec tej pracy. Podobnie w kwestii badaczy twórczości Gombrowicza – próba kamuflażu od teraz jest już passé. (Joanna Ostrowska)
Tekst z nr 74/7-8 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Historia Londynu z perspektywy queer. Zaczyna się w epoce przedrzymskiej, gdy Arystoteles pisał, że u Celtów „otwarcie uznaje się stosunki miłosne między mężczyznami”. W czasach rzymskich ta otwartość jeszcze się zwiększyła. Następnie przyszła długa epoka średniowiecznego chrześcijaństwa – a więc potępienia „sodomii”, tudzież wszystkiego, co cielesne a zarazem przyjemne. Niemniej, prawny zakaz stosunków homo został wprowadzony dopiero w 1533 r. – po to, by – o, ironio! – ukrócić gejowskie orgie w katolickich klasztorach! Karę śmierci zamieniono na dożywocie w 1861 r. Najwięcej wyroków było na początku XIX w., największa inwigilacja i prześladowania – wcale nie w średniowieczu, tylko w połowie XX w. (karalność zniesiono dopiero w 1967 r.).
Bogactwo źródeł, które cytuje Peter Ackroyd (znany historyk Londynu i wyoutowany gej), oszałamia – zwłaszcza, gdy zestawi się je z polskimi (ale i tak polecam pracę „HomoWarszawa” z 2009 r.). Mamy więc nie tylko szkice życia seksualnego i miłosnego królów i notabli, którzy byli gejami (m.in. Edward II, Jakub I), ale całą panoramę ludzi LGBT i ich zwyczajów w Londynie – miejsca spotkań, erotyczne wierszyki, ciekawe przypadki sądowe. Np. wielką wagę przykładano do tego, czy podczas seksu nastąpił wytrysk – była to okoliczność działająca na niekorzyść oskarżonych, wszak zmarnowało się „sedno” męskości! XVII-wieczny Londyn mógł poszczycić się taką samą liczbą klubów gejowskich („molly houses”), co XX-wieczny; autor podaje ich lokalizacje, więc książka jest też gratką dla wielbicieli topografii Londynu. W ciemnych uliczkach dzielnic płatnego seksu można było swego czasu spotkać chłopaków, którzy robili sobie dziury na spodniach w miejscu tyłka – po co kłopotać się z rozbieraniem w plenerze? Ackroyd przytacza także wiele przypadków zawierania małżeństw jednopłciowych (tak!). Szczególnie dziewczyny radziły sobie tak, że zaczynały po prostu nosić się jak mężczyźni, przybierały męskie imiona – i żeniły się z kobietami. Granice między „homo” a „trans” zacierały się. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 74/7-8 2018.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).