Anna Niemczyk „Aseksualność. Czwarta orientacja”

Wyd. Novae Res, 2020

 

 

To bodaj pierwsza w Polsce książka poświęcona w całości aseksualności. Anna Niemczyk oddaje głos samym osobom aseksualnym – czytamy ich historie. Kinga po kilku niepowodzeniach była przekonana, że nie znajdzie szczęścia w związku, ale gdy poszła na spotkanie osób aseksualnych połączonych w internetowej grupie AVEN, spotkała Marka, aseksualnego, jak ona – kliknęło, zostali parą. Tomek wyznaje, jak stopniowo uświadamiał sobie, że seks zupełnie go nie interesuje i jak w końcu poczuł się zmuszony, by zrobić aseksualny coming out przed swoją dziewczyną. „Umieram z nudów podczas seksu” – bezceremonialnie zaczyna swą opowieść Iga. Kuba nie może pogodzić się ze swoją aseksualnością, uważa, że nie jest normalny. Jeszcze inna jest opowieść Adama, którego seks „męczył i denerwował”: Musiałem myśleć o czymś innym, na przykład, że jestem piosenkarką Sandrą. Łącznie to kilkanaście różnych historii.

Anna Niemczyk przybliża stan wiedzy na temat asów, a także wyniki ankiet dotyczące użytkowników AVEN. Np. 52% z nich masturbuje się, 44% deklaruje, że są „wolni od popędów”. Dla 46% stosunek seksualny jest „obojętny”, dla 29% – wywołuje obrzydzenie. Autorka tłumaczy podstawowe kwestie – że aseksualności nie można mylić z impotencją, celibatem, wstrzemięźliwością czy abstynencją seksualną, czyli świadomą decyzją o odrzuceniu seksu, albo że popęd i libido to odrębne sprawy. Wyjaśnia też pojęcia takie jak demiromantyczność i inne. Prezentuje poglądy Davida Jaya, któremu jako pierwszemu udało się nagłośnić aseksualność jako „czwartą orientację”. W „Aseksualności” jest też wywiad z anonimowym księdzem, który wypowiada się jako ekspert od stanowiska Kościoła katolickiego odnośnie aseksualności. O ile można zrozumieć, że na obecnym, początkowym etapie emancypacji osób aseksualnych, sami bohaterowie książki pozostają znani jedynie z imion, o tyle ekspert, który obawia się podać nazwiska, brzmi dość kuriozalnie. Znajdziemy też w książce wywiad z psychologiem Janem Świerszczem, który potwierdza opinię Nikodema Mrożka z naszego wywiadu – wiedza dużej części psychologów/ seksuologów na temat aseksualności pozostawia wiele do życzenia.

56% aseksualnych użytkowników AVEN przyznało, że spotkało się z dyskryminacją, wokół aseksualności jest wiele niezrozumienia i stereotypów – ta książka to krok milowy na drodze do tego, by „czwarta orientacja” wyszła z cienia. (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 84/3-4 2020.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Niviaq Korneliussen – “Dolina kwiatów”

Wyd. Czarne 2022

 

 

Na Grenlandii jest dużo kruków, które – jak mówi jedna z koleżanek głównej bohaterki – oznaczają śmierć i cierpienie. Bezimienna, około dwudziestoletnia „ona” wierzy jednak, że kruk przyniesie jej szczęście. Czuwa nad nią, kiedy dziewczyna przesiaduje na cmentarzu, i jest obecny, gdy poznaje Maliinę, wielką miłość.

„Ona” pochodzi z Nuuk, stolicy, mieszka z kochającymi rodzicami i siostrą, a z Maliiną spędza noce (wreszcie naturalne i odpowiednio długie opisy lesbijskiego seksu!). Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: lesbijska miłość – związane z nią ekstazy i trudności – i depresja, która jest często jednoznaczna z samobójstwem. To w Grenlandii młodzi ludzie masowo się zabijają. Najczęściej w czerwcu, gdy nadchodzi dzień polarny i pojawia się słońce, które okazuje się trudne do zniesienia, tak jak i mieszanie się dnia z nocą.

Niviaq Korneliussen przytacza nam newsy z prasy dotyczące śmierci młodych. Istnieją infolinie, na które można dzwonić i prosić o pomoc, ale na terapię czeka się po kilka miesięcy. „Ona” też dzwoni. Straciła ukochaną babcię i najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, nie umie się cieszyć życiem i ma skłonności autodestrukcyjne. A czytelnika czasem zachwyca swoją wrażliwością i budzi w nim współczucie, a czasem irytuje i żenuje niewybrednymi dowcipami. Autorce „Doliny Kwiatów” udało się stworzyć wyrazistą postać i momentami zachwycającą narrację, chociaż niektóre pomysły fabularne – jak efekciarskie zakończenie – trudno jej wybaczyć. (Kinga Sabak)  

 

Tekst z nr 100/11-12 2022.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Męczeństwo Oscara Wilde’a

Wyrok za homoseksualność, upadek na dno hierarchii społecznej i przedwczesna śmierć pisarza to mit założycielski nowoczesnego ruchu LGBT

Tekst: Bartosz Żurawiecki

 

mat. pras.

 

Bez wielkiej przesady można powiedzieć, że proces Oscara Wilde’a ma dla ruchu LGBT takie samo znaczenie, jak dla chrześcijaństwa ukrzyżowanie Chrystusa. To mit założycielski, kamień milowy czy jak tam chcecie to sobie nazwać. Dramat, nawet tragedia, a zarazem przełom. Wtedy po raz pierwszy w nowoczesnych dziejach homoseksualizm stał się sprawą publiczną – nie tylko państwową, ale i międzynarodową.

Ulec pokusie

Urodzony w 1854 r. w Dublinie Wilde był jednym z najsłynniejszych pisarzy swojej epoki. Był również kimś, kogo dzisiaj określamy mianem „celebryty”. Ekstrawagancki, błyskotliwy, piekielnie inteligentny, a także wystrojony i przegięty brylował na salonach Londynu, z premedytacją prowokując i szokując wiktoriańskie społeczeństwo Wielkiej Brytanii. Głosił wszem i wobec hasło „sztuki dla sztuki”, wyższości tejże nad banalną rzeczywistością. To nie sztuka naśladuje życie, ale życie naśladuje sztukę – powiadał. Jego demonstracyjny estetyzm stał się przedmiotem drwin i jednocześnie podziwu. Publiczność wiele Wilde’owi wybaczała, podekscytowana powieścią „Portret Doriana Graya” (1890), w której gotyckiej fabule zawarł wiele niedwuznacznych aluzji do objętego wówczas srogim tabu homoseksualizmu. Ta „niemoralna” książka – traktuje ona o mężczyźnie osiągającym dzięki sztuce wieczną młodość i w poczuciu nieskończonej bezkarności dopuszczającym się najgorszych zbrodni – weszła do klasyki literatury. Doczekała się, już w naszym stuleciu, kilku ekranizacji kinowych – ostatnia pochodzi zresztą z tego roku. Motyw Doriana Graya znalazł się też niedawno w serialu „Penny Dreadful” (polski tytuł „Dom grozy”), gromadzącym najsłynniejsze dziewiętnastowieczne toposy o „horrorowej” treści.

Za życia największą sławę przyniosły jednak Wilde’owi „komedie z towarzystwa”, w satyrycznym świetle stawiające ówczesne „wysokie sfery”, przesiąknięte hipokryzją i cynizmem. Do najgłośniejszych, grywanych zresztą do dzisiaj sztuk należą: „Wachlarz Lady Windermare” (1892), „Mąż idealny” (1895) i „Bądźmy poważni na serio” (1895). Wszystkie one także doczekały się ekranizacji filmowych. Natomiast, napisana w 1893 r. tragedia „Salome” wywołała skandal, gdyż oparta została na biblijnej historii. Wydawca sztuki z tego powodu nie zgodził się na jej wystawienie, premiera odbyła się dopiero w 1896 r. w Paryżu – w tytułowej roli wystąpiła najsłynniejsza aktorka tamtych czasów, Sarah Bernhardt.

Wilde pisał też wiersze, bajki, opowiadania grozy oraz eseje o sztuce i polityce (bodaj najgłośniejszy z nich to „Dusza człowieka w socjalizmie”, w którym autor wskazywał na zabójcze dla ludzkiej duchowości i indywidualności działanie kapitalizmu). Nieśmiertelne pozostały jego błyskotliwe, pełne paradoksów aforyzmy. Cytując je dzisiaj, często nie zdajemy sobie sprawy, że to on je wymyślił. Przypomnijmy kilka: „Naturalność to niezwykle trudna do utrzymania poza”, „Nigdy nie odkładam na jutro tego, co mogę zrobić pojutrze”, „Człowiek jest najmniej sobą, kiedy przemawia we własnym imieniu. Dajcie mu maskę, a powie ci prawdę”, „Społeczeństwo często wybacza zbrodniarzom, lecz nigdy marzycielom”, „Nie ma takiej rzeczy jak moralna albo niemoralna książka. Książki są dobrze lub źle napisane”, „Powaga jest jedynym schronieniem ludzi płytkich”, „Nie ma niedyskretnych pytań, są tylko niedyskretne odpowiedzi”, „Lubię mówić o niczym. Jest to jedyna rzecz, o której cokolwiek wiem”, „Kochać siebie samego to początek romansu na całe życie”. I mój ulubiony – „Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest ulec jej”.

Oscarowi przypisuje się także autorstwo, wydanej anonimowo w 1893 r. pornograficznej powieści „Teleny”, opisującej, w realiach findesieclowego Paryża, romans między młodym Francuzem a węgierskim pianistą, tytułowym Telenym.

„Somdomita”

Wilde w 1884 r. ożenił się z Constance Lloyd, z którą miał dwóch synów, Cyrila i Vyvyana. Mimo małżeństwa kultywował „miłość grecką” – jej tajniki poznał ponoć po raz pierwszy z młodziutkim Robertem Rossem, późniejszym dziennikarzem, krytykiem sztuki i najwierniejszym przyjacielem Wilde’a, który nie opuścił go w nieszczęściu i któremu pisarz zapisał w testamencie prawa do swoich utworów.

W 1891 r. Oscar poznał młodszego o 16 lat Alfreda Douglasa. Szybko zaczął się między nimi romans, niewątpliwie podsycany i tym, że Alfred również miał ambicje literackie. Był to, jak wynika z listów i wspomnień, związek burzliwy, pełen namiętności i pretensji, wzbogacany często o kolejnych kochanków. Kilkakrotnie też gwałtownie przerywany i wznawiany.

Alfred – ponoć młodzieniec rozpieszczony, kapryśny i nieodpowiedzialny – był śmiertelnie skłócony ze swoim ojcem, markizem Queensberry, Johnem Douglasem, który skierował atak przeciwko temu „pederaście” Wilde’owi, deprawującemu jakoby jego syna. Douglas senior planował m.in. rzucić zgniłymi warzywami w pisarza po premierze „Bądźmy poważni na serio”, ale nie został wpuszczony do teatru. Wreszcie zostawił w klubie kartę wizytową z, zawierającym błąd ortograficzny, dopiskiem: „For Oscar Wilde posing as a somdomite” („Dla Oscara Wilde’a pozującego na somdomitę” zamiast „sodomitę”).

Artysta, prawdopodobnie namówiony przez Alfreda, wytoczył markizowi proces, który jednak przegrał, gdyż pozwany wykazał w sądzie, że Wilde dopuszczał się aktów zabronionych prawem (m.in. korzystał z usług męskich prostytutek). Pisarz musiał zapłacić koszty procesowe, co uczyniło go bankrutem. W dodatku 6 kwietnia 1895 r. sam został aresztowany. Oskarżono go o sodomię i czyny lubieżne – przypomnijmy, że karalność homoseksualizmu zniesiono w Anglii i Walii dopiero w 1967 roku, zaś w Szkocji i Irlandii Północnej w latach 80. XX wieku!

Po trwającym ledwie ponad miesiąc procesie, 25 maja 1895 r. Oscar Wilde został uznany winnym i skazany na dwa lata ciężkich robót. Odsiedział cały wyrok. Zwolniony 18 maja 1897 r. natychmiast wyjechał do Francji. Nigdy nie wrócił do Wielkiej Brytanii.

Najsłynniejszy foch

Podczas odsiadki napisał długi list do Alfreda Douglasa, w którym rozliczał się z ich związkiem, a także opisał duchową przemianę, jaką przeszedł po upadku ze szczytów na samo dno społecznej hierarchii. Nie mógł jednak wysłać tej epistoły z więzienia, zabrał ją więc ze sobą, wychodząc na wolność. Douglas twierdził zresztą, że nigdy listu nie otrzymał i nie czytał. Został on wydany pod tytułem „De profundis” („Z głębokości”) po śmierci Wilde’a – po raz pierwszy w roku 1905 w wersji ocenzurowanej, z usuniętymi fragmentami odnoszącymi się bezpośrednio do adresata. Pełna wersja ukazała się dopiero po śmierci Alfreda (zmarł w 1945 r.) – w roku 1949. Z błędami, które usunięto w wydaniu z roku 1960.

I właśnie „De profundis” ukazało się niedawno po polsku w nowym tłumaczeniu Macieja Stroińskiego. Trzecim, po przekładzie z roku 1922 (oczywiście, niepełnej wersji) i roku 1992. W posłowiu Stroiński pisze, że „De profundis” jest dla niego najsłynniejszym przykładem „focha”. Listem „przesadzonym, jak również przegiętym”, w którym Oscar bez ogródek wygarnia Alfredowi, co myśli na temat niego samego i jego „potwornego” zachowania. Po czym mu wspaniałomyślnie wybacza. W liście znajdziemy także świadectwo nawrócenia Wilde’a – bardzo jednak specyficzne. Pisarz uważa Jezusa za wielkiego artystę ludzkości, z którym tylko on, Oscar Wilde, może się równać. „De profundis” stanowi więc frapujące połączenie pompatycznej pokory i ostentacyjnej dumy. Dumy gejowskiej?

Polskie wydanie wzbogacają m.in. listy Wilde’a wysłane do redakcji „The Daily Chronicle”, opisujące, już bez „kampowego” cudzysłowu, koszmarne warunki panujące w angielskich zakładach karnych. W książce znalazły się także listy Oscara do Alfreda napisane po wyjściu z więzienia, a zaczynające się od słów typu: „Mój najukochańszy!”. Panowie zeszli się bowiem znowu na kilka miesięcy i ostatecznie rozstali na początku roku 1898. Wilde zmarł w biedzie, pod fałszywym nazwiskiem Sebastian Melmoth, 30 listopada 1900 r., w obskurnym paryskim hoteliku d’Alsace. W wieku zaledwie 46 lat.

Happy Prince

Po wyjściu na wolność zdołał napisać jedynie poemat „Ballada o więzieniu w Reading”. Ostatnim latom jego życia poświęcony jest fi lm „Th e Happy Prince” – tegoroczny debiut reżyserski aktora Ruperta Everetta (który także wcielił się w głównego bohatera). O tym dziele możecie więcej przeczytać w naszej relacji z festiwalu w Berlinie, kilka stron dalej. Warto też nadmienić, że w 1930 r. ukazała się w Polsce fabularyzowana biografia Wilde’a, którą napisał Jan Parandowski. Nosi ona tytuł „Król życia”.

Zapewne casus Oscara Wilde’a – który dzisiaj zgodnie uważa się za dowód obskurantyzmu epoki i okrucieństwa prawa (w 2017 r. Wilde znalazł się zresztą wśród 50 tys. mężczyzn, których przeproszono w Wlk. Brytanii za wyroki skazujące ich z paragrafów penalizujących homoseksualizm) – opóźnił emancypację mniejszości seksualnych. Któż by się spieszył z coming outem, skoro groziła za to nie tylko infamia, ale i katorżnicze więzienie? Z drugiej strony, światowy rozgłos, jaki zdobył proces Wilde’a, siłą rzeczy wydobył homoseksualność z ukrycia, wprowadził ją do debaty publicznej. Cena, którą zapłacił artysta za ten postęp, była jednak zatrważająco wysoka. Tragedia i rozkosz, wolność i kara, lekkość sztuki i ciężar rzeczywistości – to wszystko splata się w życiu i twórczości Oscara, czyniąc z jego biografii modelowy przykład relacji między odmieńcem a społeczeństwem.

Oscar Wilde: „De profundis”. Przekład Maciej Stroiński. Sic! 2018  

 

Tekst z nr 72/3-4 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Adam Silvera „More Happy Than Not. Raczej szczęśliwy niż nie“

Wyd. Czwarta Strona 2018

 

 

16-letni Aaron Soto, narrator powieści, zmaga się z trudnym dorastaniem. Dźwiga brzemię traum – samobójstwa ojca i własnej próby samobójczej; pamiątką po niej jest „uśmiechnięta” blizna na nadgarstku. Jest lubiany wśród rówieśników, ma oddaną dziewczynę Genevieve, ale pozostaje trochę zagubiony. Przypadkowo poznaje Thomasa – zaczynają spędzać razem dużo czasu, dobrze się rozumieją. Aaron oszukuje dziewczynę i samego siebie. W końcu zdaje sobie sprawę z tego, kim jest – tylko słowo „gej” zastępuje „fanem facetów”. Postanawia zawalczyć o swoje uczucia. Wszystko wydaje się przewidywalne, znamy już takie powieści młodzieżowe LGBT, prawda? Otóż nie. Bo nieoczekiwanie pojawiają się nowe elementy układanki i na historię Aarona trzeba spojrzeć inaczej. Ale nie mogę spojlerować. Portret tego nastolatka na drodze do samoakceptacji jest bardzo prawdziwy psychologicznie. Lubimy go, rozumiemy, współczujemy mu – aż chciałoby się odsunąć od niego te wszystkie koszmarne zdarzenia i decyzje, które ukształtowały jego życie. „More Happy…” to mocna, chwytająca za serce powieść z niestandardowymi rozwiązaniami. (Michał Paweł Urbaniak)  

 

Tekst z nr 72/3-4 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Andrzej Selerowicz „Ariel znaczy lew“

wyd. Novae Res 2018

 

 

Kraków czasu okupacji. Niemiecki żołnierz Wolfgang zakochuje się w 15-letnim żydowskim chłopaku, skrzypku Arielu. Są romantyczne spacery nad Wisłą i namiętne pocałunki. Potem Ariel z rodzicami ląduje w getcie i Wolfgang staje się jedyną szansą na ratunek. Wydostaje Ariela i daje mu schronienie u pani, która prowadzi dom rozrywek dla niemieckich ofi cerów. Ariel przebrany za dziewczynę zaczyna im służyć jako kelnerka podczas imprez…

Książka jest ponoć oparta na prawdziwej historii. Andrzej Selerowicz, pionier polskiego ruchu LGBT, tłumacz i pisarz („Kryptonim Hiacynt”, „Zbrodnia, której nie było”) ciągnie biografię Ariela daleko poza wojnę; niemal do współczesności, gdy ponad 80-letni skrzypek opowiada swe losy młodemu gejowi Robertowi.

Niestety, nie jest to udana powieść. Fabule brakuje dramaturgii, dialogi bohaterów brzmią nienaturalnie, deklaratywnie, burzliwe dzieje bohatera wypadają dziwnie blado, a autor chwilami popada w publicystyczny ton. Zdarzają się też kiksy mniejsze (np. gdy Ariel tłumaczy Robertowi, że w judaizmie nie ma pojęcia grzechu, a ten bardzo się dziwi, bo nie wiedział – będąc studentem IV roku judaistyki!) i większe (np. gdy Ariel mówi, że Żydów zmuszanych do pracy w Sonderkommandach, czyli przy obsłudze krematoriów, zaliczyłby do „grupy osób o wątpliwej moralności” – tak jakby oni na ochotnika zgłaszali się do tego koszmaru!) (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 72/3-4 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski „Sztuka obsługi penisa“

Wyd. Agora 2018

 

 

Zachęcająco brzmiący tytuł sugeruje tajniki ars amandi gwarantujące zaspokojenie faceta, ale nie, o technikach dobrego fellatio tu nie przeczytamy. Trochę szkoda, ale jest za to duża dawka wiedzy na temat anatomii, fizjologii penisa, tudzież kłopotów, jakie można z nim mieć.

Książka ma formę wywiadu-rzeki Przemysława Pilarskiego z psychoterapeutą i seksuologiem Andrzejem Gryżewskim; podobnie jak poprzednia, znakomita publikacja tego duetu – „Jak facet z facetem”, która traktowała o erotycznych i miłosnych związkach męsko-męskich. W „Sztuce…”, jeśli mowa o relacjach, to głównie męsko-damskich (ileż tu komplikacji…!), choć przy neutralnych kwestiach autorzy konsekwentnie piszą o „partnerce mężczyzny lub partnerze”.

Prowadzą czytelników po meandrach męskiej psychiki, o istnieniu których większość nie zdaje sobie nawet sprawy – dopóki nie pojawią się problemy, głównie, choć nie tylko, z erekcją – w wielu przypadkach uwarunkowane psychicznie. Liczne przykłady z życia doskonale obrazują omawiane zagadnienia, spektrum jest szerokie: od zgubnego przymusu bycia „seksmaszyną”, przez zbawienny wpływ masturbacji, po porno (które ma swe dobre i złe strony). Są informacje, co się dzieje, gdy penis w erekcji się złamie (tak, to jest możliwe!), jak stymulować prostatę (nie tylko siadaniem na kancie stołu!) oraz obalanie mitów o rozmiarach „ptaszka”. Spragnionych zgłębiania tematyki autorzy odsyłają do wielu filmów i książek.

„Sztuka…” to też pozycja trochę rodzicom ku przestrodze. Wiele zaburzeń życia seksualnego posiadaczy penisów wiąże się z niewłaściwymi przekonaniami wpajanymi im w różnych okresach dorastania. Najlepszą bronią na to jest edukacja. „Sztuka…” jej dostarcza. (Fabian Kowalczyk)

 

Tekst z nr 72/3-4 2018.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Byt osobny

Z KLEMENTYNĄ SUCHANOW, autorką biografii „Gombrowicz. Ja, geniusz” rozmawia BARTOSZ ŻURAWIECKI

 

Klementyna Suchanow. Foto: Tomek Prokop

 

Czy Witolda Gombrowicza można przyporządkować do którejś ze współczesnych kategorii określających tożsamość seksualną? Był gejem, biseksem, był queer? A może był staromodnym homoseksualistą?

Zdecydowanie był bi, ponieważ miał relacje i z mężczyznami, i z kobietami. Nawet gdy w Argentynie mógł się wreszcie w pełni otworzyć na swoją homoseksualność, to jednak wciąż miewał romanse z kobietami. Potem z kolei pojawiła się Rita, która towarzyszyła mu w ostatnich latach życia. Seksualność Gombrowicza nie była klarowna i jednoznaczna. W Polsce najpierw przez lata tego tematu w ogóle nie poruszano. Potem, koło roku 2004, gdy obchodziliśmy stulecie urodzin Gombrowicza, na polskich konferencjach pojawili się badacze zagraniczni i zaczęli mówić o jego homoseksualności. Nasi akademicy wydawali się tym nieco zakłopotani, tym niemniej od tamtej pory przyjęło się, że Gombrowicz był homo. Później jednak pojawił się „Kronos”, tajny dziennik pisarza i okazało się, że nic nie jest czarno-białe, z czym zresztą badacze także mają pewien problem – tak jakby w biseksualności było coś złego. Gombrowicz nie lubił zresztą tych terminów – homoseksualizm, biseksualizm… Uważał, że pociąga go młodość i niższość jako taka, niezależnie od płci. Przypadek Gombrowicza pokazuje, że można patrzeć na seksualność człowieka z innej perspektywy niż poprzez proste te kategorie.

Sam wzbraniał się przed jednoznacznym określeniem swojej orientacji.

Wręcz z tym walczył. Cytuję w książce odpowiedź Gombrowicza na list, w którym jego młody argentyński przyjaciel, Juan Carlos Gómez namolnie sugeruje mu homoseksualizm. Witold się wścieka, pisze, że nie jest homoseksualistą, tylko lubi od czasu do czasu robić to, na co ma ochotę. Nazywa Juana Carlosa „arcyburżujem” i „hipokrytą”, a także sugeruje, by on i jego koledzy po prostu przespali się ze sobą.

Może Gombrowicz był zwykłym narcyzem? Od dawna uważam, że to osobna orientacja seksualna.

Narcyzem był w tym sensie, że zwracał uwagę na swój wygląd. Stresował się, gdy zaczął się starzeć, motyw Doriana Graya był w nim cały czas obecny. Znane są te sceny i anegdoty o jego upodobaniu do przeglądania się w lustrze. Nie wiemy natomiast, jak to wyglądało w relacjach intymnych. I już się nie dowiemy. Są wyznania Rity, ale to końcówka życia, więc zapewne wtedy miał większą świadomość swoich słabości. Zapytałam ją zresztą wprost, jaki był Witold w relacjach intymnych. Powiedziała, że był najnormalniejszym mężczyzną, który zwracał uwagę na to, co może czuć kobieta. Intrygowało go to, ale też starał się wyciągać z tego wnioski praktyczne. Czy to była jego stała cecha? Z wiekiem wiele rzeczy się zmienia.

Znamy wizerunek Gombrowicza głownie ze zdjęć, pokazujących go jako starszego, schorowanego pana. Dopiero teraz, dzięki twojej książce, ujrzałem go młodego, ładnego, atrakcyjnego. Urodziwego młodzieńca w przedwojennej Warszawie. Homoerotyczna Warszawa lat 20, 30. to zresztą wciąż historia słabo opisana. Skąd czerpałaś informacje na ten temat?

Zajmuje się tym w swoich artykułach i książkach m.in. Krzysztof Tomasik. Różne informacje wyczytywałam także w aktach sądowych. Bardzo rustykalny był ten erotyzm w przedwojennej Warszawie. Zero wyrafinowania, totalna toporność. Kogoś napadnięto albo zgwałcono. Oczywiście, przez takie akta przecedza się tylko jedna strona rzeczywistości, ta związana z kryminalnością. Ale takie szczegóły, jak np. to, że zabito jakiegoś pana dla marynarki, wskazują na straszną bidę tamtych czasów. Są też przedwojenne źródła dotyczące prostytucji – ankiety, statystyki i medyczne pisma na ten temat. Wychodziło również brukowe pismo „Detektyw” – jeden z numerów jest poświęcony incydentom wśród elit, rozpracowywaniu szajki homoseksualnej w mieście. Wiele też mówią ówczesne przepisy prawne. Kodeks, który w 1932 r. zniósł karalność homoseksualizmu, ale nie dlatego, że jest wolność i wszyscy mogą robić ze swoją seksualnością, co chcą, tylko dlatego, że to choroba, a za chorobę nie można karać.

W podobnym duchu bronił tych przepisów także Tadeusz Boy-Żeleński, bardzo przecież, jak na ówczesne czasy, homofilny. W jednym z felietonów pisze, że nie chodzi o pochwalanie „tego zboczenia”, ale o to, by nie wytwarzać atmosfery sprzyjającej szantażowi. Rok 1932 to także cezura dla Gombrowicza. Wtedy zaczynają się jego homoseksualne przygody.

A rok później, w 1933 umiera jego ojciec. To są dwa przełomy – prawny i psychologiczny.

Ale chyba do końca życia Gombrowicz nosił w sobie lęk, że jego homoseksualna strona może zostać ujawniona, wykorzystana przeciwko niemu. Usuwał np. z „Dzienników” zapiski, które mogłyby coś jednoznacznie sugerować.

Gombrowicz nie lubił homoseksualizmu tzw. przegiętego. Takiego w stylu kubańskim, ostentacyjnym, z jakim miał do czynienia w Buenos Aires. Zupełnie się w tym nie odnajdywał, uznawał to wręcz za niesmaczne. Był skryty, dyskretny. Z kolei w Berlinie Zachodnim, gdzie trafił na początku lat 60., nie podobało mu się to, że seks między mężczyznami jest mechaniczny, merkantylny. Poszukiwał poezji, której w Berlinie nie znalazł.

Podążał nurtem podziemnym, tajnym. Może doskwierało mu, że ludzie homoseksualni zaczynają żyć otwarcie?

Wszystkie relacje trzymał w sekrecie, także z kobietami. Stronił od plotek, potrafił nawet zerwać znajomość, gdy ktoś publicznie w rozmowie zbytnio naruszał jego intymność. Uważał to za objaw złego wychowania. Traktował tę sferę jako rzecz głęboko prywatną. W sytuacjach oficjalnych, publicznych był oschły, wypreparowany z erotyzmu.

Choć przecież w swoich książkach nawołuje do zdemaskowania hipokryzji w relacjach międzyludzkich, do obnażenia sztuczności form.

Zwróć uwagę, że alter ego Gombrowicza w kolejnych powieściach przygląda się, stoi z boku, jest poprawne, grzeczne, kulturalne. To zawsze ktoś inny prowokuje, kusi, także Witolda, i organizuje intrygi, w tym erotyczne.

Jak Gonzalo w „Transatlantyku”, który jest postacią egzotyczną, obcą, jest kuriozum

Porównywałam Gombrowicza z Virgilo Pinerą, kubańskim pisarzem, z którym Gombrowicz stykał się w Buenos Aires i który był jednym z tłumaczy „Ferdydurke” na hiszpański. Pinera nie miał problemu z „afiszowaniem się”, z przegięciem, ale w jego twórczości brak jawnych elementów homoseksualnych. Tymczasem to właśnie dyskretny Gombrowicz tworzy postać Gonzala, tak wyraźną, tak charakterystyczną.

Zarazem Gombrowicza fascynuje Jean Genet, ten „pederasta”, który z taką dezynwolturą opisuje swe homoseksualne doświadczenia. Witold zazdrości też Andre Gide’owi. To luminarz francuskiej kultury, a zarazem pisarz niezwykle szczery, chociażby w książce „Jeśli nie obumrze ziarno”.

Gidem Gombrowicz się inspirował, chciał go prześcignąć. W formie dziennika na pewno mu się to udało, ale w szczerości jednak nie. Dyskrecja ciągle go powstrzymywała przed zbyt swobodnymi wyznaniami. A jak już coś wyznaje na kartach „Dziennika”, robi z tego swoistą poezję. Daleko mu do tej szczerości, z jaką Gide opisywał swoje doświadczenia z algierskim grajkiem, którego „podarował” mu Oscar Wilde.

Wiemy, że Gombrowicz był kilkakrotnie zatrzymywany przez argentyńską policję za stosunki z mężczyznami. Czy zachowały się jakiekolwiek akta jego spraw?

To kwestia, do której za jakiś czas można jeszcze wrócić. Problem polega na tym, że w Argentynie jest wciąż nierozwinięta kultura archiwizacji. Wszystkie poszukiwania związane z grzebaniem w papierach są nader utrudnione – albo wchodzi w grę tajemnica państwowa, albo nikt niczego nie przechował, bo uważał, że nie warto, albo papiery leżą gdzieś i nikt nie wie, gdzie. Zgłaszałam się do policji, przeszłam przez różne procedury biurokratyczne, byłam w kontakcie z inspektorem, który sprawdził dostępne kartoteki. Z tych poszukiwań wynika, że nie ma żadnych zachowanych adnotacji na temat Gombrowicza. Wersja więc, że wszystko zostało usunięte, gdy Witold ubiegał się o argentyński paszport, około 1959 r., wydaje się zasadna.

Myślisz, że rzeczywiście trudnił się prostytucją, jak to opisuje Reinaldo Arenas w książce „Zanim zapadnie noc”?

Nie mogę temu zaprzeczyć, natomiast w historii Arenasa są rzeczy, które nie przechodzą przez moje sito weryfikacyjne. Arenas cytuje Pinerę, z którym Gombrowicz wcale nie był, w związku ze swoją dyskrecją, otwarty w tych tematach. Nigdy też np. nie przeszli na „ty”, choć inna sprawa, że Gombrowicz generalnie z niewieloma osobami bywał na „ty”. Po drugie – Pinera i inni Kubańczycy, którzy tłumaczyli „Ferdydurke”, nie wiedzieli, gdzie Gombrowicz mieszka. Co więcej, Gombrowicz krył się cały czas przed Pinerą ze swoją homoseksualnością, chociaż akurat przed nim kryć by się nie musiał. Virgilio się z tego śmiał. W tym, co pisze Arenas, sporo jest więc, moim zdaniem, kubańskiej przesady.

W polskim wydaniu „Zanim zapadnie noc” nie ma fragmentu o Gombrowiczu. Bardzo skądinąd dosadnego – Arenas pisze np., że Gombrowicz któregoś dnia przyszedł do Pinery z rozerwanym odbytem po zbyt ostrym seksie analnym z klientem.

Nie ma go także w hiszpańskim wydaniu powieści, z którego książka była tłumaczona na polski. Pełna wersja jest tylko w wydaniu angielskim. Cholera wie, co Gombrowicz robił w Buenos Aires, zwłaszcza w latach wojennych, gdy naprawdę było mu ciężko. Jeszcze jedno – w relacjach intymnych był stroną dominującą, aktywną. Czy mógł być pasywny, jak opisuje sytuację Arenas? Może przyciśnięty do muru przez warunki bytowe?

Nie wspomnieliśmy jeszcze o relacji Gombrowicza z Alejandro Russovichem. Zaczęło się od seksu, potem przerodziło się w więź przyjacielską, intelektualną. Zamieszkali razem, choć Gombrowicz pisze w liście do Alejandra, że nie chce „sentymentalnego związku”. Później Russovich się ożenił…

Alejandro był uczciwym, bezpruderyjnym, otwartym człowiekiem. Wierzę w to, co powiedział o swoim związku z Witoldem. Relację intymną zastąpili relacją przyjacielską, ale także praktyczną. Razem jedli, robili zakupy. Dla Gombrowicza był to właściwie pierwszy stały związek z drugą osobą. I najważniejsza relacja w jego życiu.

Ważniejsza niż ta z Ritą?

Myślę, że tak. Inaczej bowiem rozkładały się akcenty. Związek z Ritą wymuszony był w dużej mierze przez okoliczności – podupadające zdrowie Gombrowicza i wynikające z tego konsekwencje. Relacja z Rússovichem była bardziej intelektualna. Wiem, że Rita miała kompleksy w stosunku do Alejandra, choć prywatnie bardzo się lubili, wręcz uwielbiali.

Ty także poświęciłaś Gombrowiczowi sporo lat życia.

Policzyłam, że siedzę w nim już od ponad 25 lat…

Co było pierwszym impulsem?

Zaczęłam go czytać, gdy miałam lat 15. Pootwierał mi różne drzwi. Zafascynował jako rebeliant pośród tych wszystkich zwyczajnych, nobliwych polskich pisarzy i poetów.

Czy w ciągu ostatnich lat, gdy pisałaś jego biografię, zmienił się twój stosunek do Gombrowicza jako człowieka?

Niespecjalnie. Ale zaczął mi się wyłaniać obraz Gombrowicza jako kogoś bardzo wrażliwego. On wiele rzeczy ukrywał. Poruszyło mnie, że to wszystko było tak bolesne, trudne, niejednoznaczne. Znałam go od strony anegdotycznej, mitologicznej, kawiarnianej, a teraz poznałam od strony ludzkiej. Ludzkiej biedy, nędzy życia. Niezależnie od tego, co tam pyskował, to jednak bardzo dużo za to zapłacił.

Gombrowicz zmarł w 1969 r. To także rok zamieszek w Stonewall, które dały początek nowoczesnemu ruchowi LGBT. Jakby się Gombrowicz ustosunkował do postulatów i działań mniejszości seksualnych? Poszedłby na Paradę Równości?

W życiu! Byłby krytyczny, choć nie w sensie moralizatorskim. Nieraz myślałam, że gdyby Gombrowicz pisał „Ferdydurke” dzisiaj, to w rodzinie Młodziaków problemem nie byłaby kontrola urodzin czy aborcja – sprawy wtedy mocno obecne w dyskursie publicznym – ale to, że dziecko Młodziaków jest gejem albo lesbijką. Bo kwestie homoseksualne dzisiaj stały się fl agowe. Pokazałby je na pewno w sposób prześmiewczy. Gombrowicz miał straszliwą alergię na ideologię jako taką. Bronił przed nią indywidualizmu. Nie chciał iść z żadną falą, niepotrzebne mu były odgórne przyzwolenia, podpinanie się pod jakiekolwiek ruchy. On, piewca prymatu ciała nad duchem, nie pozwalał, by ideologia, polityka czy kultura przejęły seksualność. Seksualność była dla niego organiczna, naturalna. Niezależnie więc od czasów, Gombrowicz zawsze jest niewygodny, zawsze jest czemuś przeciwstawny. Byt osobny. Takich nam trzeba.  

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Marcin Wójcik „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu“

Wyd. Agora 2017

 

 

Czy powinno dziwić, że zbiór reportaży o problemach księży z celibatem ląduje w dziale recenzji w magazynie LGBT? Nie powinno. Wśród księży odsetek gejów jest dużo większy niż wśród ogółu społeczeństwa i wynosi aż 22% – autor cytuje dane prof. Lwa-Starowicza. Jak to jest, że homoseksualni faceci dobrowolnie „zaciągają się” do tak wrogiej im przecież – przynajmniej na zewnątrz – instytucji? To właśnie homofobia robi swoje: wielu nastoletnich gejów nie akceptuje swej orientacji, czują się gorsi, dręczą ich pytania rodziny i znajomych o dziewczyny. Kapłaństwo wydaje się dobrym wyjściem: pytania się skończą, zdobędzie się z automatu autorytet otoczenia, a chłopaków z tą samą orientacją będzie więcej, niż w jakimkolwiek innym środowisku.

Tak kręci się ten cyrk hipokryzji. Widzimy go w „Celibacie” w kilku wariantach. Ksiądz Maciej z reportażu „Torsy objawione” ma na koncie dziesiątki partnerów zawsze na jeden raz i nigdy na plebanii: W hotelach spotykam się z tymi, którzy przyjeżdżają w interesach, często to żonaci faceci. W mieszkaniach – ze zdeklarowanymi homoseksualistami. Wolę żonatych – oni tak jak ja skrywają tajemnicę. Wikary Krzysiek jest w stałym związku z Damianem, kierownikiem sklepu z ubraniami. Damian: Krzyś boi się, że się biskup dowie. A mama, że się ciotki dowiedzą. A ja, że go przeniosą na pipidówę. Liczymy, że zostanie proboszczem, i wtedy wybudujemy domek w sąsiednim dekanacie, żeby ludzie nie gadali. Są i inne historie – a to o tym, jak ksiądz z proboszczem i drugim księdzem regularnie urządzali wieczorki seksualno-alkoholowe, a to o perypetiach w seminarium, chyba zresztą najbardziej szokujących, i to wcale nie z seksualnego punktu widzenia (zjedzenie precla na mieście to zbytek łaski, z którego trzeba się spowiadać).

Dodajmy na wszelki wypadek, że większą część książki Marcina Wójcika stanowią jednak opowieści o heteroseksualnych księżach, ich partnerkach i ich dzieciach. Warto przeczytać całość. (Piotr Klimek)  

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

Carolina De Robertis „Bogowie tanga“

Wyd. Albatros 2017

 

Ta historia zaczyna się w roku 1913 w Argentynie, a więc będzie też historia argentyńskiego tanga. A jak tango, to wiadomo gdzie – w burdelach, kabaretach, teatrzykach muzycznych. Tam będzie z rozmaitymi zespołami grał na skrzypcach Dante, piękny, delikatny, zwracający uwagę kobiet emigrant z Włoch.

Rzecz w tym, że do Buenos Aires przybył jako siedemnastoletnia dziewczyna, Leda, poślubiona per procura i przygotowana na tradycyjne, zaaranżowane małżeństwo. Kiedy zsiada ze statku, okazuje się jednak, że jej mąż nie żyje. Żeby zarobić na życie, gra na skrzypcach, i aby robić to w takich miejscach, musi przebrać się za mężczyznę. Okazuje się jednak, że nie chodzi tylko o skrzypce. Jej romanse (całkiem nieplatoniczne) z kobietami są bardzo udane, mimo że ukrywa swoją prawdziwą płeć. Ha! Są szczegóły.

Nie jest to może jakaś rewelacyjnie dobra powieść, ale geje są już całkiem nieźle reprezentowani w literaturze, a lesbijek jak zwykle jest dużo mniej, więc warto to może odnotować. (Kinga Dunin; recenzja pierwotnie ukazała się na stronie Krytyki Politycznej)  

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.

 

Łukasz Wojnarowski „My Little Porno“

wyd. Novae Res 2017

 

 

Tytuł jest przyjemnie prowokacyjny, nawiązująca do Toma of Finland (patrz: strony 24 i 25) okładka sugeruje gejowską jazdę bez trzymanki, tymczasem zawartość – dość letnia. Zaczyna się nawet nieźle: 26-letni Tomek po nocy i dniu alkoholowego szaleństwa dostaje smsa od nieznanego numeru z tytułowym tekstem. Dla kogo był „my little porno”? Jednak sensacyjna akcja siada i zanurzamy się w zwykłe życie Tomka, raczej nudnawe. Sporo imprez z urwanym filmem, sporo niezbyt charakterystycznych przyjaciół, praca w krakowskim wydawnictwie. Do tego retrospektywy. Seks? Tomek niegdyś zaliczał laski jak George Clooney, po czym nagle przerzucił się na facetów. Wiarygodnego wyjaśnienia tego zwrotu nie znajdziemy. Jest jedna scena homoerotyczna – bardzo dobra, ale jakby przerwana. Natomiast seks hetero wypada nieprzekonująco – dziewczyny jedna za drugą rozpalają się na samą myśl o penisie – really? Odniosłem wrażenie, że autor chciałby napisać „gejowską powieść”, ale się tego jakby bał. Do dzieła! (Mariusz Kurc)

 

Tekst z nr 70/11-12 2017.

Digitalizacja archiwum Replikidzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.