Gdyby na podstawie tej powieści powstał dobry film, mógłby okazać się czymś w rodzaju polskiej „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Jest to opowiedziana z rozmachem i czułością historia miłości dwóch mężczyzn rozgrywająca się w czasach PRL-u. Większość akcji toczy się w 1980 r. Studenci Ludwik i Janusz poznają się na letnim obozie – wykopkach buraków. Obaj niewyoutowani, więc początki nie są łatwe, ale łączy ich czytana właśnie gejowska powieść „Mój Giovanni” Jamesa Baldwina. Czuć, że love is in the air. Drugą część wakacji spędzają pod namiotem w leśnej głuszy nad malowniczym jeziorem. Pływanie nago, namiętny seks, porozumienie dusz i ciał, jest bosko. Dla niektórych czytelników być może aż nazbyt romantycznie. Potem wraca codzienność i sprawy się komplikują. Jawne bycie ze sobą, wspólne mieszkanie – to nie był model znany wielu gejom w 1980 r. Tym bardziej, że Ludwik i Janusz mają różne podejście do otaczającej ich komunistycznej szarzyzny – Ludwik chce się z niej wyrwać, by szukać szczęścia za granicą, Janusz uważa, że można to szczęście znaleźć na miejscu, wpasowując się w coś, „czego przecież i tak nie zmienisz”; jest raczej konformistą, zarówno w sprawach politycznych, jak i seksualnych.
„Płynąc w ciemnościach” to powieść, jakich właściwie się dziś już chyba nie pisze – oldskulowa, bez postmodernistycznych „sztuczek”, bez ironicznego dystansu, na poważnie i z wielkimi uczuciami. Z kwiecistym stylem. Można to obśmiać, ale też można łyknąć, dać się wciągnąć. Ja wybaczyłem co bardziej sentymentalne fragmenty czy parę kiksów w tłumaczeniu i „kupiłem” miłość Ludwika i Janusza.
Właśnie – tłumaczenie? Gdy autor jest Polakiem? Tomasz Jędrowski to syn polskich emigrantów. Mieszkał w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, teraz mieszka we Francji. Książka ukazała się najpierw tam i odniosła sukces. Autor dziękuje m.in. swemu mężowi, dodając: „Kocham cię”. Dobrze się to czyta w dobie „stref wolnych od LGBT” z jednej strony i chemseksowych grupówek z drugiej. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 84/3-4 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Napisany przez dwóch norweskich lekarzy przewodnik po wszystkim, co wiąże się z tyłkiem, a raczej nie z całym tyłkiem, tylko z samą dziurką – odbytem. Kiedy i gdzie narodził się pomysł, by pupę podcierać papierem toaletowym? Jakie środki odurzające wkładali sobie do tyłków Majowie? Po co topielcom nad Tamizą wdmuchiwano kiedyś dym do tyłków? Jak dokładnie działają zwieracze? Jak się robi lewatywę? Autorzy piszą leciutko, dowcipnie i kompletnie bezpruderyjnie. Na przyjemności rimmingu i stosunki analne poświęcony jest cały duży rozdział, w którym można przeczytać m.in. że ci, którzy myślą, że Bóg nie pochwala analu, „mają chyba coś z głową”. Inny rozdział ma tytuł mówiący sam za siebie: „Co wejdzie do odbytu? Sprawdź się!” – dilda to tylko początek zabawy! Ale np. ogórków autorzy nie radzą wkładać „chyba, że masz fetysz na warzywa”. „W zachwycie…” to też kompendium wiedzy na temat schorzeń odbytu oraz chorób przenoszonych, „kiedy penis wybiera się z wizytą do odbytu”. Wiedza z książki przyda się wszystkim, a amator(k)om seksu z udziałem tyłka – szczególnie. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 84/3-4 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Debiut. Historia rodzinna opowiadana w pierwszej osobie. Zaczyna się w latach 90., gdy bohater jest małym chłopcem, kończy współcześnie. Kolejne wydarzenia punktowane są zmieniającym się podejściem do tytułowego święta 1 listopada. Jesteśmy na dość ponurej kaszubskiej wsi. Seksualność bohatera „odzywa się” szybko, autor przeprowadza jakby wiwisekcję jego specyficznej wrażliwości – a może i swojej, bo trudno nie oprzeć się wrażeniu, że powieść ma wątki autobiograficzne – Mirosław Tyc pochodzi z kaszubskiej wsi, ma dziś 32 lata i jest gejem. W każdym razie w pierwszym rozdziale 6-letni chłopiec ulega wyraźniej fascynacji swym kilkanaście lat starszym bratem, mieszkającym już osobno. W drugim mamy opis „zabaw w zboczeńca” uskutecznianych z kolegami. Jednocześnie otrzymujemy analizę relacji rodzinnych – oczywiście pokręconych, niełatwych, jak praktycznie w każdej rodzinie, czemu religijni fundamentaliści często chcieliby zaprzeczać. A więc zapracowana, zaganiana i w efekcie niesłuchająca swych synów matka, która po śmierci męża znajduje sobie nowego faceta, ale tkwi z nim w „niedopowiedzianym” związku. Do tego zerwanie więzi z drugim bratem. Gdy główny bohater dorasta, w jego głowie pojawia się myśl, która kiełkuje zapewne u większości młodych gejów z prowincji: „Muszę się stąd wyrwać, moje życie jest w wielkim mieście”. Z tym że nasz Kaszub podbija stawkę: postanawia zostać sex workerem. Powieści brakuje dramaturgicznego pazura, niemniej plus za brak ściemy w kwestiach (homo)erotycznych. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 84/3-4 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z pisarką SYLWIĄ CHUTNIK o tym, jak trudny bywa coming out, gdy jesteś pomiędzy homo a hetero, o synu i o partnerce, o apostazji
i o hejcie, a także o Madonnie i o Nowym Jorku, rozmawia Mariusz Kurc
Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw
Możemy przejść na ty? Sylwia.
Mariusz. Bardzo mi miło. Weźmy od razu byka za rogi, czyli coming out, ok?
Dawaj.
Poglądy prorównościowe miałaś zawsze, tzn. odkąd zaistniałaś swym debiutem „Kieszonkowy atlas kobiet” w 2009 r.
Odkąd miałam jakiekolwiek poglądy polityczne, czyli gdzieś od 13. roku życia.
Ale ostatnio od bycia sojuszniczką przeszłaś do mówienia „my” o społeczności LGBTIA. A teraz godzisz się na wywiad, w którym powiesz o sobie. Czyli przeszłaś pewną drogę.
Bycie sojuszniczką jest takie fajne i szlachetne – ludzie LGBT mówią ci: „O, jak super, że nas wspierasz”, a ty kibicujesz, stojąc z boku. A gdy nagle odkrywają, że jesteś lesbą – o, to jest grubo: „Jedziesz na jednym wózku z nami, razem z nami siedzisz w tym grajdole”. Natomiast w oczach heteronormy natychmiast tracisz obiektywizm.
To homofobia w wersji light – orientacja osoby hetero jest „przezroczysta”, więc nie przeszkadza być „niezależną ekspertką”, podczas gdy osoba LGBT jest „bezpośrednio zainteresowana”, więc w „oczywisty” sposób subiektywna. Tak jakby np. o katolicyzmie mogli obiektywnie wypowiadać się tylko ludzie innych religii lub ateiści.
Być LGBT i niezależną ekspertką? O, nie, panie, bez przesady! (śmiech)
Ja hetero nigdy nie byłam. Zawsze byłam w tym spektrum między homo a hetero – ale w którym dokładnie miejscu, sama nie wiedziałam. Potrafi łam w poniedziałek myśleć o sobie jako o dziewczynie bi, a w czwartek, że chyba jednak jestem osobą niebinarną. Zdałam sobie sprawę wcześnie, że moja psychoseksualność jest płynna między tymi dwiema granicami i nie miałam potrzeby jej bliżej określać. Bo zresztą: jeśli bi, to na ile bi? A cholera wie. Gdy masz trudniejszą do zdefiniowania tożsamość, trudniej jest się wyoutować i jednoznacznie coś powiedzieć. Oglądałam coming outy innych osób i wzruszałam się na tych wszystkich filmikach na YouTubie, ale jakoś sama siebie nie widziałam mówiącej: „Proszę państwa, dziś skończył się ten domniemany heteroseksualizm Sylwii Chutnik”. Nie wiem, może też kojarzyło mi się to z „przyznawaniem się” do czegoś – błędu czy winy?
Od 20 lat co roku jeżdżę do mojego ukochanego Nowego Jorku i zawsze idę pod Stonewall i na znajdującą się niedaleko Gay Street, która teraz nazywa się nie tylko Gay, ale też Lesbian, Bisexual, Trans, Pansexual…
…Asexual, Intersex, Nonbinary, Two Spirit…
Stoję tam i uśmiecham się do siebie. Jak cudownie, że jest tak wiele tożsamości seksualnych, do skrótu LGBT dodajemy kolejne literki, kolejne warianty. Poszerzamy „pole walki”. Można się zastanawiać, która literka pasuje nam najlepiej. A swoją drogą, jak bym przejrzała moje własne teksty sprzed, powiedzmy, 10 lat, to pewnie niejedno bym tam poprawiła, bo ten proces wkluczania cały czas się toczy.
Dalej. Rok temu zrobiłam apostazję i to też jest swego rodzaju coming out. Tylko trzy dni mi zabrało wyjście z Kościoła Katolickiego, polecam. Miałam wtedy dyskusję ze znajomymi, że przecież ja w tym Kościele już i tak od dawna nie byłam, a skoro wyszłam, to tak, jakbym wcześniej była. A to, że Kościół zmusił mnie do wypełnienia papierka, jest graniem w ich grę. Katoliczką nie jestem od czasów nastoletnich. Potraktowałam apostazję jako kwestię formalną do uporządkowania – jeśli mnie nagle trzaśnie tramwaj, to żeby mnie nie pochowali przypadkiem z krzyżem. Bo według papierka byłam katoliczką – zostałam zapisana całkiem nieświadomie w wieku trzech miesięcy jako małe bobo w falbankach.
I z coming outem też tak trochę jest, że to „granie w ich grę” w takim sensie, że system wszystkich „zapisał” do grupy hetero i jak siedzisz cicho, to domyślnie właśnie taka jesteś. Trzeba dopiero jasno powiedzieć „wypisuję się”, by zrozumieli, że hetero nie jesteś i nigdy nie byłaś. Ale nie ma rady – to jest dominująca większość – trzeba zagrać w ich grę i się wypisać, bo jak jesteś „ponad to” – to jesteś brana za heteryczkę niezgodnie ze stanem faktycznym.
A tak w ogóle, zwyczajnie nie wierzę, że ten jednoznaczny heteroseksualizm jest aż tak powszechny, jak się wydaje. Gdyby ludzie mieli więcej swobody i nie czuli presji, że bycie hetero jest takie „słuszne”, to mam wrażenie, że wielu postanowiłoby zbadać swą seksualność i na skali Kinseya wcale nie wylądowaliby jako stuprocentowi heterycy czy heteryczki. Ale pewnie boją się nawet o tym myśleć i wypierają emocje.
Ja z tą przytłaczającą większością, która rzekomo nie ma żadnych wątpliwości, nigdy się nie identyfikowałam, niemniej byłam prawie 18 lat w związku heteroseksualnym. Ludzie identyfikowali mnie jako hetero. A ja siedziałam i myślałam: „OK, skoro potrzebujecie etykietki, proszę bardzo”, bo przecież byłam z mężczyzną. Nie z przymusu, nie dla przykrywki, był to absolutnie „pełnoprawny” związek. W dodatku w środowisku feministycznym, w którym funkcjonuję, byłam brana za przykład feministki – partnerki i matki – czyli tej laski, która reprezentuje problemy „zwykłych” kobiet.
I jakkolwiek z hasłem drugiej fali feminizmu „prywatne jest polityczne” zgadzam się w 100%, to miałam wątpliwości, czy jeszcze i o mojej psychoseksualności powinnam mówić publicznie. I tak sporo już ujawniam a nie chciałam wpisywać się w obecną stylistykę znanych osób pt. „Wszystko na pokaz”. Przyjęłam więc strategię, że nie będę wychodziła z szafy, bo w niej nie siedzę – co najwyżej w jakimś, nie wiem, przedpokoju – ale też nie będę mówiła, że jestem hetero.
Rozumiem, że coming out jest trudniejszy, jeśli de facto jesteś w heteroseksualnym związku.
Zresztą wraz z biseksualnym coming outem idzie cały bagaż stereotypów innych niż przy homoseksualności. Mamy dwie wyoutowane biseksualne posłanki, które były na okładce „Repliki” – i słyszałam parę komentarzy typu: „Eeee… wielkie mi co”.
Foto: Emilia Oksentowicz/.kolektyw
Biseksualność dziewczyn to „nic takiego”, za to jakby facet się wyoutował jako bi, to i tak by powiedziano, że gej.
To się przekłada na konkretne zachowania i obyczajowość. Facet spróbuje drugiego wziąć za rękę na ulicy – nie zaśpiewają mu subtelnego „Rzadko cię widuję z dziewczętami”, tylko może spokojnie liczyć na wpierdol. A jak ja się obściskiwałam z psiapsiółkami, to nikt nie mrugnął okiem, bo było to według nich niewinne.
Koleżanka niedawno przypomniała mi też takie stare powiedzonko: „Żeby życie miało smaczek, raz dziewczyna, raz chłopaczek” – i pomyślałam: „Cholera, podoba mi się takie przyjemnościowe podejście”. Musimy ciągle walczyć o naszą tożsamość, stać na barykadach przeciwko stereotypom i przemocy. A mnie się marzy pisanie o seksualności z radością, afirmacją i luzem.
Teraz jesteś w związku z dziewczyną i to ten związek popchnął cię w stronę coming outu?
Absolutnie tak. Jestem z dziewczyną od ponad roku. I zaczęłam, jak wspomniałeś, od mówienia „my” o naszej społeczności.
Nasza Czytelniczka przysłała nam screen shot twojego postu z okazji Międzynarodowego Dnia Przeciwko Homofobii, Bifobii i Transfobii, zakreślając na czerwono to „my” i sugerując, by cię o to „dopytać”– w ten sposób doszło do naszego wywiadu.
Gdy przysłałeś mi ten screen, pomyślałam: „No, wreszcie ktoś zauważył!”. (śmiech) Bo ja już mówiłam „my” choćby na pikiecie po zeszłorocznym Marszu w Białymstoku. I nic. Halo? Nikt nie wytropił? Przyszło mi do głowy: „A może wszyscy i tak już myśleli, że jestem lesbą, tylko głośno nie mówili, bo ja nie mówiłam?”. Zaczęłam myśleć o tym, że muszę zrobić „porządny” coming out, ale nie dlatego, że sama potrzebuję to wykrzyczeć – absolutnie nie. Raczej miałby to być akt polityczny i akt solidarności. Stwierdziłam więc: „OK, poczekam, aż coś jebnie politycznie i wtedy powiem coś w stylu: «Ja jako osoba LGBT…» itd. Żeby było mocno!”.
Umówiliśmy się na wywiad jeszcze w maju – przed tymi wszystkimi wypowiedziami płynącymi z partii rządzącej: „LGBT to nie są ludzie”.
I wtedy powiedziałam sama do siebie: „Ej, ale na co ty jeszcze czekasz? Aż obozy zaczną nam urządzać?”. Jesteśmy najbardziej homofobicznym krajem Unii Europejskiej, co jeszcze musi się wydarzyć? Jakie jeszcze granice mają być przekroczone, bym się odezwała?
Zajmuję się naukowo między innymi analizą ofi cjalnego języka lat 50., o którym pisał też m.in. prof. Michał Głowiński. To, co mamy teraz, to wzmożenie dyskursu homofobicznego w warstwie komunikacyjnej. Jest to kalka propagandy z tamtego okresu, a nawet i międzywojnia. Pierwszy krok do otwartej nienawiści i do obozów, został już poczyniony. To już nie jest przemoc wyłącznie symboliczna. Jesteśmy właściwie na etapie, że „pedałowi” można wpierdolić, bo nie jest człowiekiem.
To już zdecydowanie jest ten czas. Dlatego outuję się, mimo że moja seksualność jest płynna i niejednoznaczna. Całkowicie przy tym zdaję sobie sprawę, że jestem w uprzywilejowanej pozycji – mieszkam w Warszawie, jestem niezależna fi nansowo, mam bańkę przyjaciół, którzy mnie akceptują. Więc co ryzykuję? Że mogę oberwać? I tak już mogę, bo: ateistka, weganka i feministka. Na dodatek wydziarana. Jestem od dawna narażona na „zdrowy” hejt z głębi trzewi polskiego narodu. Obrywałam już i mentalnie, i bezpośrednio, bo były też szarpaniny. Mogę więc być i lesbą. Dojdzie mi jeszcze hejt od homofobów, trudno.
Bierzesz hejt na klatę, tak?
Biorę na klatę też to, że jako dorosła osoba chcę powiedzieć dzieciakom LGBT: „Przepraszam was, że tak jest. Spierdoliliśmy ten świat. Jesteśmy winni tego, że homofobia i transfobia się rozprzestrzeniają. Outuję się po to – jakkolwiek to górnolotnie zabrzmi – by was wspierać”.
Masz syna, który nie jest już małym dzieckiem.
Ma 17 lat.
Napisaliśmy sporo w „Replice” o tym, jak się wyoutować przed rodzicami, rodzice opowiadali o reakcjach na coming out swych dzieci, pisaliśmy, jak powiedzieć o tym w pracy. Ale coming out przed własnym, niemal dorosłym dzieckiem – to jest terra incognita.
Otóż to. Gdzie jest podręcznik do tego, pytam?! (śmiech) Chciałabym, by ten temat wybrzmiał w wywiadzie, a jednocześnie to jest intymna sprawa, Bruno będzie musiał autoryzować ten fragment tekstu.
Jasne. Powiedz tyle, ile możesz i ile chcesz.
Wyoutowałam się przed synem rok temu, gdy od dwóch miesięcy byłam w związku z kobietą. On miał 16 lat, a nie jakieś tam trzy, więc żadnej ściemy typu: „A to jest nowa ciocia” być nie mogło. Wcześniej musiał przejść przez moje rozstanie z jego tatą. Wiem, że to nie było łatwe – moi rodzice rozwiedli się, gdy miałam 11 lat. Sprawa więc była poważna, a udawanie, że nic się nie dzieje, nie przeszłoby. Na dodatek tę bombę pod tytułem „Matka lesba” dałam mu w roku moich 40. urodzin, czyli jasna sytuacja – starej odbija, klasyczny kryzys wieku średniego, fiu-bździu w głowie. Na to nakłada się jego czas dojrzewania, odkrywania własnej tożsamości. Jesteśmy na hormonalnym wysokim C. Trudne to cholernie – usiąść i powiedzieć temu 16-latkowi nagle: „Słuchaj no, mama jest lesbijką”. Tymczasem syn zachował się tak, że normalnie myślałam: „Jeszcze chwila i poprowadzi warsztat pt. «Jak się zachować, gdy twoja mama outuje się przed tobą»”. Zapytałam, czy wie, co to w ogóle jest coming out. „Tak, wiem” – odpowiedział z taką pewnością, jakby przeżył ich tysiące. Gadaliśmy trzy godziny, ja płakałam: „Wiesz, Bruno, nie wiem, jak to będzie, strasznie mi przykro, że musisz to znosić i na dodatek jeszcze w tym kraju”. Dałam mu całkowitą wolność, powiedziałam, że może mnie uznać za idiotkę, albo stwierdzić, że nie jest w stanie tego znieść. A on był po prostu jak mały Budda.
Dla mnie to było wyjątkowo ciężkie – która matka chciałaby dać dziecku „w prezencie” niepewność, wystawić na ewentualne ataki? Pod tym względem wszystkie matki lesbijki w Polsce mają przechlapane. A z drugiej strony miałam o tyle łatwiej, że zawsze byłam matką-freakiem i nieraz to on pełnił funkcję ostoi spokoju w naszej relacji. I wtedy też usłyszałam od niego: „Przestań, nie przejmuj się. Zawsze byłaś dziwna, jesteś dziwna – i to jest OK”. Jest dumny z tego, jaka jestem. Czy może być coś lepszego?
Po tej rozmowie poczułam się spokojnie. „Ach, takiego pięknego syna wychowałam”, parafrazując Marcina Koszałkę. Okazało się, że całe to chodzenie z nim na demonstracje, na Manify przyniosło rezultat. Nawet żartował: „Mama, spoko, przegryziemy aorty wszystkim, którzy się dopieprzą do naszego stada”. Zadawał rozsądne pytania: czy może komuś o tym powiedzieć? A jeśli tak, to w jaki sposób? Taki z niego niby typowy nastolatek, słuchający hip-hopu, postać wrażliwa, ale raczej milcząca – a dał mi mega wsparcie. Widzisz, mam łzy w oczach.
Do tej pory go zagaduję: „Chcesz jeszcze pogadać o tym, o coś zapytać?” – a on zdziwiony: „Nie, daj spokój, nie ma o czym”. Więc pocieszam się, że może jednak tak bardzo go nie obciążyłam. Cóż, matki się nie wybiera i co by nie zrobiła, to nigdy nie będzie na sto procent idealne. Wychowanie dziecka to zbyt skomplikowany proces – zawsze coś tam sknocisz, nie ma rady. Jedyny żal, jaki miał do mnie syn to: „Dlaczego tak późno mi powiedziałaś?”.
Jego relacja z moją partnerką dobrze się układa – a oni też mają nie lada robotę do wykonania. Nie dość, że patchworkowa rodzina, to jeszcze tęczowa.
Jak tak cię słucham, to myślę, że gdyby Bruno inaczej zareagował, to chyba byśmy teraz nie rozmawiali.
Masz rację. Pewnie nie.
Natomiast moi rodzice nie unieśli sprawy. Z domu mnie nie wyrzucili, bo już nie mieli jak, ale jednak to była przykrość. A wydawało mi się, że pójdzie raczej OK, bo ogólnie są super. Okazało się jednak, że Parada Równości – ekstra, LGBT – żaden problem, lecz może not in my house. Moja mama zareagowała praktycznym wyparciem, co jest ogólnie znaną strategią. Ja na szczęście jestem po terapii, więc poradziłam z tym sobie. Teraz sytuacja powoli się zmienia – jest lepiej. Ale jak na zeszłorocznej Paradzie zobaczyłam osoby z grupy „My, Rodzice”, które po prostu przytulały tych wszystkich młodych ludzi LGBT, to pomyślałam: „Kurde, też bym się przytuliła, choć mam 40 lat”. Teraz, przy okazji tego całego szamba, że „nie jesteśmy ludźmi”, „My, Rodzice” mieli cudowną akcję na Facebooku. Oglądałam ich kolejne fotki i wyobrażam sobie, że moi rodzice też na nich są.
Mama poszła w narrację: „Ale jak ty to możesz robić dziecku?”. I to jest w ogóle szerszy problem. Idziemy chrzcić dziecko, bo jak nie chrzcić? Dalej: „Jesteś weganką i sama żywisz się energią słoneczną? Dobrze, twoja sprawa – ale dziecku trzeba dać mięsko, bo jak nie dać? Jesteś w związku, który nie działa – masz w nim być «dla dziecka»”. Politycy wycierają sobie twarze dobrem dziecka, a tak naprawdę w kraju Janusza Korczaka ma się dzieci w dupie. Chyba, że „nienarodzone”– o, to wtedy mówi się o nich wiele.
Bruno jest nieochrzczony, jest wege, a jego matka jest w związku z kobietą, więc ma w Polsce ciężko. Ale znów – nie mamy prawa narzekać, bo i tak jesteśmy na uprzywilejowanej pozycji.
A co możesz powiedzieć o swojej partnerce?
Bardzo mnie wspiera. Jesteśmy ze sobą od ponad roku, ale znamy się od wielu lat – byłyśmy w tej samej bańce znajomych. Ona też ma za sobą związek hetero, ale dawno temu. Potem przez lata była w związkach z dziewczynami – i teraz jest ze mną. Pracuje naukowo, gra na gitarze w punkowym zespole, w którym ja z kolei śpiewam. Ujmuje mnie jej opiekuńczość, podczas gdy ja jestem wciąż dość niefrasobliwa wobec homofobii. Pyta mnie nieraz: „Ale wiesz, w co się pakujesz?”. Wiem. Pracuję nad sobą, wiem, jakie błędy popełniłam w poprzednim związku – a i tak przyłapuję się na tym, że wchodzę na stare tory przyzwyczajeń. Miłość to miłość – niezależnie od płci trzeba o nią dbać. Inaczej zaczyna być toksyczna i bolesna. Co do homofobii, to mówiłam, że jasne, przecież wiem, jak jest. Chodzę na Marsze Równości, znam temat. Ale jednak nie – sranie w banię – w rzeczywistości jest tak, że gdy idziesz ulicą i chcesz dać głupiego buziaka swojej dziewczynie, to włącza ci się „wewnętrzny alarm” i filujesz, czy w polu widzenia jest bezpiecznie.
I to trzeba poczuć, by naprawdę się dowiedzieć, jak to jest. Wiesz, do czego bym to porównała? Kiedy zostałam matką, to zaczęłam na serio widzieć bariery architektoniczne, choć wiedziałam wcześniej, że one są i solidaryzowałam się z osobami z niepełnosprawnościami. Ale to trzeba poczuć – te kilka schodków, które sprawiają, że gdzieś już nie wejdziesz. A wydawało mi się, że wystarczy być empatyczną. Gówno, nie wiesz, dopóki nie poczujesz. Dlatego jak mnie różne osoby hetero namawiały, bym się wyoutowała przed rodzicami, to nie wiedziały, do czego tak naprawdę namawiają. Albo doświadczasz sytuacji, że cię ktoś zwyczajnie zwyzywa nagle na ulicy od lesb. Albo doświadczasz sytuacji słownego oplucia cię przez prezydenta – i stwierdzenia, że nie jesteś człowiekiem.
Tak więc pierwsza zasada bycia sojusznikiem czy sojuszniczką brzmi: nie udawaj, że wiesz, jak to jest, bo nie wiesz. I to jest OK – nie trzeba doświadczyć wszystkiego, by wspierać. Sama pisałam listy w ramach działania w Amnesty International w sprawie poety z Tybetu uwięzionego przez chińskie władze. Wiedziałam, co on przeżywa? No nie. Miałam 15 lat, ledwo orientowałam się, gdzie jest Tybet.
A druga zasada sojusznictwa: nie pouczaj, co mamy czuć oraz jak i kiedy protestować, jak i kiedy walczyć o nasze prawa. Nic mnie tak nie wkurza jak: „Ja jestem z wami, ale teraz musicie siedzieć cicho, bo są ważniejsze sprawy”. Nosz kurwa…
I tak od 30 lat.
Właśnie. To nie jest żadne sojusznictwo. Napisałam z Grażyną Plebanek felieton do „Polityki”, w którym wezwałyśmy kandydatkę Małgorzatę Kidawę-Błońską – wiem, to już dziś politycznie prehistoria – by przestała być „grzeczną dziewczyną” i zawalczyła o ważne dla kobiet kwestie jak in vitro czy aborcja. MKB zaprosiła nas na rozmowę. Było bardzo miło, ale usłyszałam, że „teraz nie jest na to pora”. A kiedy będzie? Sorry, ja mam jedno życie, nie mam czasu na czekanie.
Dla wielu osób LGBT najbardziej traumatyczny okres w życiu to dojrzewanie – wtedy odczuwa się samotność, wtedy najbardziej bolą prześladowania. Jak było z tym u ciebie?
To nie jest moje doświadczenie, nie miałam traum. Bardzo wcześnie wybrałam sobie krąg przyjaciół anarchizujących, wolnościowych, niezależnych – a jednocześnie kochałam (i nadal kocham!) popkulturę. To był jakoś początek lat 90., gdy zdobywałam niemieckie wydania „Bravo” i nic nie rozumiałam, bo nie znałam niemieckiego, ale tam było dużo obrazków. Wsiąkłam w MTV, a w ogóle od 8. roku życia na potęgę słuchałam Madonny, bardzo się nią fascynowałam – ta subwersywność, to jej igranie z popkulturą, przesuwanie granic w mainstreamie.
Przybij piątkę.
Kochany, ja pracę magisterską pisałam o emancypacyjnych wątkach u Madonny! Jak obejrzałem dokument „Paris is burning”, który zresztą zbiegł się w czasie z „Vogue” Madonny, to był dla mnie total. Kocham wpływy undergroundu w popie. Wiem, że to dwuznaczny wątek: zarabianie na ideach.
Poza tym pochodzę z dość biednej rodziny i wątki klasowe w „Paris…”, całe to odgrywanie bogactwa, były mi bardzo bliskie. Jestem punkówą, a jednocześnie uwielbiałam stylówy na gold i brokat. Słucham nadal nieistniejących grup, jak Piekło Kobiet czy Homomilitia, eksplorujących tematykę nieheteronormatywności i feministyczną. Naprawdę underground is my love, na nim się wychowałam.
Potem poszłam na gender studies równolegle do studiów dziennych (rok później, bo w liceum raz nie zdałam przez zielone włosy). Internet już był, ale słabo dostępny. Pamiętam czytanie Judith Butler z jakichś kserówek. Miałam ze 20 lat, gdy trafiłam w Nowym Jorku do księgarni „Bluestocking” i tam wygrzebałam różne ziny, w których czytałam o – nie wiem – sposobach szycia wielorazowych podpasek czy związkach zawodowych striptizerek. Odkrywałam świat. Całe to queerowanie było tak wyzwalające.
Porozmawiajmy o twojej twórczości. Bohaterkami są niemal zawsze kobiety – będą teraz lesbijki?
Czekałam na to pytanie. (śmiech) „Pamiętników lesbijki” pisać nie będę, ale siedzę teraz nad powieścią, w której będzie wszelka nienormatywność. Karolina Sulej, moja przyjaciółka, z którą dzielę różne fascynacje, między innymi Nowym Jorkiem, napisała świetną reporterską książkę o Coney Island i „ukradła” mi najfajniejszy tytuł świata: „Wszyscy jesteśmy dziwni”. Otóż to, szanowni państwo, normalność nie istnieje. Każdy jest inny, a spora część z nas zmienia się też w czasie swojego życia. Uwaga, nigdy nie wiesz, kiedy staniesz się „dziwaczką”.
Chciałabym napisać powieść o ludziach LGBT, ale afirmacyjnie. Nie, że dramat, dyskryminacja i tragedia, tylko karnawał, satysfakcja, zabawa, radość. No, ktoś tam pewnie umrze, jak to u mnie – ale może homofob? (śmiech) Niedawno, na 30-lecie Amnesty International, napisałam opowiadanie, którego bohaterką jest młoda lesbijka.
Nastolatka. Tytuł opowiadania to „Dopóki mieszkasz w naszym domu”.
Tekst jest formą mojego wsparcia dla młodych osób LGBT uzależnionych ekonomicznie, prawnie i psychicznie od rodziców, którzy – niestety – nierzadko są homofobami. Dostałam sporo wiadomości od młodych dziewczyn bi i les.
Uderzyło mnie, że w zbiorze twoich wywiadów z kobietami uprawiającymi sporty walki, niemal wszystkie bohaterki mówią o swych chłopakach, partnerach, mężach.
Tak! One o chłopakach mówiły same, nie pytałam ich specjalnie. Myślę, że jako kobiety w sportach walki przekraczają już normę na polu „kobiecość” tak, że czują, że na innych polach, w tym psychoseksualności, powinny już pozostać „normalne”, rozumiesz? Wiesz, to jak ze mną jako matką – jestem freakiem, więc np. zawsze muszę mieć posprzątane w domu. Gdyby jakaś „matczyna policja” do mnie wpadła, zrobiła nalot – to jest wszystko cacy.
Ciebie twardzielki fascynują, prawda? Takie ostre dziewczyny jak w „Cwaniarach”, które czekają na premierę w teatrze Krystyny Jandy. Lubisz walkę, nie?
Walkę kocham, ale zaznaczam, że mam też doktorat. (śmiech) Wiesz, ja jestem ciapciuś z książkami, więc fascynuję się dziewuchami. Ty nie chciałbyś być ostrym drechem przez chwilę?
(śmiech) Sylwia, spodziewasz się, że coming out wpłynie jakoś na twoje funkcjonowanie publiczne?
Na pewno. Na dobre i na złe. Być może będzie trochę hejtu, być może przez jakiś czas zostanę tą Naczelną Lesbą RP i będę musiała ciągle gadać na ten temat i komentować. Jestem przyzwyczajona. Kiedy powiedziałam, że jestem feministką, też musiałam w wielu wywiadach to wyjaśniać. Być może będę miała mniej zaproszeń na spotkania autorskie do bibliotek, bo gdzieś tam jakiś decyzyjny homofob stwierdzi, że „Chutnik? Nie”. Ale też chciałabym mieć zwyczajną frajdę z tego, że się ujawniam; będę się cieszyła z każdej pozytywnej wiadomości, jaką dostanę.
I jeszcze raz podkreślę: robię coming out jako gest polityczny w naszej obecnej sytuacji oraz jako gest emocjonalnego wsparcia dla młodych ludzi LGBT. A może też i trochę dlatego, że po 40-tce powiedziałam sobie: „A jebać tych wszystkich dziadów!”. Ja już naprawdę jestem zmęczona pewnymi rzeczami.
Jesteś nie tylko pisarką, ale też felietonistką kilku czasopism i aktywistką – w tym roku wzięłaś udział w kampanii społecznej „Koniec AIDS”, promującej badanie się w kierunku HIV. A wiele osób – nawet takich, które nie czytają literatury, więc pewnie nie znają i twoich książek – kojarzy cię choćby jako komentatorkę życia publicznego w „Drugim śniadaniu mistrzów” Marcina Mellera na TVN24.
I będzie lesbijski głos w twoim domu?
Tak! Ja się na to bardzo cieszę. Bardzo potrzeba nam wyoutowanych kobiet nieheteroseksualnych.
(śmiech) Dobrze, dobrze. Spokojnie. Wyoutowałam się i już się nie odoutuję. To już jest na zawsze.
Jeszcze chcielibyśmy zrobić ci zdjęcia.
Nie w stylu butch, bo ja zwyczajnie taka nie jestem. Chcę być jak ze „Słowa na L”, rozumiesz?
Lipstick lesbian.
Absolutnie. Choć teraz byłyśmy w górach i kupiłam sobie takie buciory, nazywamy je „lesbobuty”. Nawet syn tak o nich mówi.
Pozdrowienia dla niego.
Jak wychodziłam z domu na nasze spotkanie, rzuciłam: „Idę się outować do «Repliki », jak wrócę, będzie obiad”. Usłyszałam z jego pokoju: „Spoko, powodzenia”. Takie to życie matki niehetero.
Lukrowana, nieprawdopodobna, kiczowata i… wspaniała powieść, jakiej bardzo nam trzeba, szczególnie w tych ponurych czasach. Rzecz dzieje się w USA teraz – w 2019 i 2020 r. – ale nie ma żadnego Trumpa ani pandemii. Stanami rządzi racjonalna i kompetentna prezydentka rozwódka, która ma cudownego syna. 20-letni Alex jest biseksualny i… zakochuje się w angielskim księciu, 23-letnim wnuczku królowej (nie Elżbiety, tylko fikcyjnej Marii, zresztą mniejsza z tym), który jeszcze siedzi w szafie, ale już niedługo! Wszelkie reguły komedii romantycznej są zachowane: chłopaki na początku nie darzą się sympatią, ale są zmuszeni do kontaktów, by zacieśniać dobre relacje brytyjsko- -amerykańskie. W końcu zaczynają naprawdę zacieśniać: najpierw są ciągnące się przez wiele stron pocałunki, a potem idą na całość: seks w Białym Domu, seks w pałacu Buckingham, seks w stajni itd. Paparazzi i miliony fanek/ów obserwujących w social mediach siedzi im na głowach, więc wyjście romansu na jaw to tylko kwestia czasu. Potem, wiadomo – jeszcze większe fajerwerki. To wszystko jest tak przesłodkie, że oczywiście nie czyta się na poważnie – ale jakoś chce się w tę bajkę brnąć dalej i dalej. No co? Przecież jednak cos takiego może się za jakiś czas zdarzyć, dlaczego niby nie? Ponoć prawa do ekranizacji powieści zostały już zakupione, trwają dyskusje, które aktorskie ciacha zagrają główne role. To powinna być ostentacyjnie glamourowa produkcja z obowiązkowym hollywoodzkim zakończeniem: „A potem Alex i Henry żyli długo i szczęśliwie…” – tak, tak! (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
André Aciman znany jest przede wszystkim z hitu „Tamte dni, tamte noce” („Call Me By Your Name”), który, wydany ponad 10 lat temu, zdobył drugie życie dzięki oscarowej adaptacji filmowej – do tego stopnia, że pisarz pokusił się na sequel „Znajdź mnie”, niestety nieudany. „Pięć zauroczeń” zaś to zbiór pięciu opowiadań wydany oryginalnie w 2017 r. (przed sukcesem filmu). Głównym bohaterem jest Paolo, który na różnych etapach życia przeżywa tytułowe zauroczenia. W pierwszej części – „Pierwsza miłość” – ma 12 lat i zakochuje się w przystojnym stolarzu, który robi dla niego wspaniałe biurko; jest w tej historii znakomity twist. W drugiej – „Wiosenna gorączka” – Paolo jest już dorosły, przyłapuje się na tym, że odczuwa zazdrość o swą dziewczynę podczas gdy sam coraz intensywniej myśli o pewnym tenisiście… Płeć obiektów namiętności nie ma dla – najwyraźniej bi- lub panseksualnego – Paola znaczenia, podobnie jak kontekst społeczny nie ma znaczenia dla Acimana. Pisarza zdaje się interesować sama „dynamika” uczucia, „mechanika” pożądania. Trzeba przyznać, że pasjonująco potrafi on analizować subtelne szczegóły związane z erotycznym przyciąganiem się i odpychaniem. Zostawiam cytat na zachętę – to początek części „Manfred”: Nic o tobie nie wiem. Jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, czym się zajmujesz. Ale widzę cię nago każdego dnia rano. Widzę twojego penisa, jądra, tyłek, wszystko. Wiem, jak myjesz zęby i jak twoje łopatki poruszają się w jedną i drugą stronę, gdy się golisz, i wiem, że po goleniu weźmiesz szybki prysznic, i ze twoja skóra lśni, gdy spod niego wychodzisz. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Książka zielonogórskiego pisarza, Marka Krukowskiego, jest nie tylko przykładem bardzo dobrej literatury. To także powiew świeżego powietrza wśród licznych ostatnio w Polsce powieści o odkrywaniu swojej seksualności, doświadczeniu bycia gejem, romantycznej miłości męsko-męskiej etc. Tak jak tytuł jest zbitką trzech słówek mających związek z zaimkiem „ja”, tak samo książka składa się z trzech zasadniczych części. Pierwsza to wynurzenia wkraczającego w wiek średni homoseksualnego mężczyzny, który wciąż mieszka z matką (stanowi część jej „inwentarza”, „rodowej zastawy”) i dziadkami. Miewa różne przygody seksualne z dużo młodszymi od siebie chłopakami (17-21 lat), ale raczej żaden z nich nie zostanie jego księciem z bajki. Zresztą, być może najważniejsze w życiu jest, żeby się „dobrze wysypiać”. Druga część to zapisana w formie teatralnego dialogu historia Bohatera i Kobiety. Byli w związku, ale coś zaczęło im się psuć. I wreszcie część trzecia, na którą składają się monologi dwudziestoparoletniej magistrantki, Marianny i 16-letniego Alka. Ona wdaje się w lesbijski romans, on, jakoś tak przez przypadek, idzie do łóżka ze swoim najlepszym kumplem. Dowcip, sarkazm, potoczysty styl, celność spostrzeżeń i metafor… To tylko niektóre zalety „Jamimoje”. Szkoda jedynie, że pod koniec autor uderza w nieco bardziej patetyczne tony, jakby na siłę szukał jakiegoś przesłania. Niepotrzebnie – ta książka najlepsza jest wtedy, gdy zgryźliwa. (Bartosz Żurawiecki)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Całkiem prawdopodobne, że to najważniejsza polska książka LGBTIA w tym roku. Zofia Sadowska (1886 lub 7 – 1960) nadaje się jak mało kto na lesbijską ikonę. Była cenioną lekarką i działaczką społeczną, walczyła na rzecz praw kobiet. W 1923 r. brukowce zaczęły pisać o rzekomych orgiach lesbijskich odbywających się w jej gabinecie – i mających zły wpływ na pacjentki, bogobojne damy, stateczne matki i żony. Sadowska wytoczyła proces o zniesławienie, który z zapartym tchem śledziła w 1924 r. cała Polska. Na jaw wyszedł m.in. prawdopodobny romans Sadowskiej z niejaką panią Tworkowską oraz drugi – z panną Tworkowską, a więc z matką i córką. Gazety drukowały specjalne dodatki poświęcone sprawie Sadowskiej – homoseksualność znalazła się w centrum debaty publicznej. Rozgorzały wielkie intelektualne dysputy na temat natury lesbianizmu – i oczywiście, rzekomych zagrożeń zeń wynikających, na temat lekarki krążyły dowcipy, poświęcano jej skecze kabaretowe, rysunki satyryczne, wiersze i piosenki. Sadowska proces wygrała, ale nie tylko: w jego trakcie wypowiedziała słynne słowa: „Zarzut uprawiania miłości lesbijskiej nie jest hańbiący”. Był to więc nie tylko coming out – Sadowska wyprzedziła epokę o co najmniej pół wieku. Lekarkę umieścił Krzysztof Tomasik, nasz stały współpracownik, wśród bohaterów/ek swych „Homobiografii” (2008), teraz, dzięki Wojciechowi Szotowi, otrzymujemy pierwszą „pełnoprawną” biografię Sadowskiej. I jest to nie tylko biografia barwnej postaci (Sadowska nosiła się „po męsku”, brała udział w wyścigach „automobilowych” itd.), ale również niesamowity opis stosunku do homoseksualności w Polsce lat 20. Szot przekopał się przez tony archiwów i wydobył istne perełki. Jego opowieść skrzy się od zwalających z nóg cytatów – będziecie zszokowani, rozbawieni i przerażeni jednocześnie. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Biografia jednego z najsłynniejszych filozofów XX wieku. Tego samego, który napisał, że „granice mojego języka są granicami mojego świata”, a to, co niewypowiadalne, zawiera się w tym, co wypowiadalne. Innymi słowy, istnieje wyłącznie to, co jesteśmy w stanie wypowiedzieć. To, czego nie możemy wypowiedzieć, nie istnieje. Książka czeskiego dziennikarza nie jest typową biografią, autor nie trzyma się chronologii, chwilami też stylizuje swoją książkę na sposób pisania samego Wittgensteina. O ile jednak filozof był zwięzły i precyzyjny, o tylko Čumba jest raczej rozwlekły i monotonny. Powtarza wciąż kilka tych samych faktów, z których, dla kogoś niewtajemniczonego dotąd w życiorys Wittgensteina, najciekawszy może być ten, że to właśnie Ludwig i jego zamożna rodzina sypnęli złotem, by umożliwić Freudowi wyjazd z opanowanego przez nazistów Wiednia.
Co gorsza, o homoseksualności Wittgensteina (którą filozof zresztą skrzętnie ukrywał) nie dowiemy się nic. Autor wykpiwa się liczącym ledwie kilka zdań rozdziałem pt. „Sypialnia”, gdzie pisze: „Wiadomo, że nie powinno się wtykać nosa do cudzej sypialni”. Związek Ludwiga z innym filozofem, przedwcześnie zmarłym Frankiem Ramseyem, określa Čumba mianem „głębokiej przyjaźni”. Zainteresowanych gejowskim aspektem biografii Wiitgensteina odsyłam więc do filmu fabularnego Dereka Jarmana z roku 1993. Jest natomiast w książce fragment o jednym z braci Ludwika, Rudolfie, który, najprawdopodobniej z lęku przed więzieniem za „akty homoseksualne”, popełnił w 1904 r. samobójstwo. (Bartosz Żurawiecki)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Dla tych, którzy łączą zainteresowanie tematyką gejowską oraz językiem ta praca to prawdziwa gratka. Autor zbadał tytułowy „język ukrycia gejów” przede wszystkim na podstawie „branżowych” czasopism z lat 80. i 90. XX w. („Inaczej”, „Filo” i inne). Na początek trzeba przebrnąć przez „część teoretyczno-metodologiczną”, czyli średnio ciekawy wstęp i znacznie ciekawszy rys historyczny homoseksualności w XX w. Potem zaś mamy 200 stron „części materiałowej” – wybornej. Na pierwszy ogień idzie słowo „ciota” wraz z wszelkimi podgatunkami: pisuaresa, ruchawica, krypto-ciotka, ciotka-pszczółka, cichodajka, pudernica, ciota przechodzona, ciotka-emerytka itd. Autor analizuje słowa, jakimi my, geje, określamy samych siebie oraz własne „przegięcie” i fantazmaty „męskiego kochanka” (luj!), następnie bierze pod lupę nasze określenia dla ludzi spoza społeczności oraz – niezmiernie interesujące – określenia „naszej” przestrzeni (pikiety!). Na koniec omawia nazewnictwo związane z życiem seksualnym (są więc wszystkie pasywy, aktywy, lachociągi itd.). Jak można się było spodziewać, opowieść o języku, obficie poparta cytatami ze źródeł, staje się opowieścią po prostu o naszej historii. Przykład pierwszy z brzegu? Słowo „gej”, które pojawia się w naszych czasopismach już w połowie lat 80., by do prasowego mainstreamu wejść dobre kilkanaście lat później. Albo określenie „coming out”, którego do końca XX w. próżno szukać nawet w polskich słownikach wyrazów obcych. Jak znamienne. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 86/7-8 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).