Są przynajmniej dwa powody, dlaczego pisarz WITOLD GOMBROWICZ zasługuje na tytuł polskiej ikony LGBT. Po pierwsze ze względu na obecne w jego twórczości prekursorskie wątki i postacie homoseksualistów, po drugie z powodu licznych romansów z mężczyznami, o których jednak wciąż wiadomo właściwie tylko tyle, że były. Tekst: Krzysztof Tomasik
Gombrowicz urodził się w 1904 r. w rodzinnym majątku Małoszyce w rodzinie szlacheckiej jako najmłodsze z czworga dzieci. Wcześnie zaczął ujawniać się jego talent literacki, pierwsze próby pisania podejmował już w latach 20. Jego droga twórcza jest dość dobrze zrekonstruowana, zdecydowanie mniej wiadomo o życiu prywatnym, choć każdy zajmujący się pisarstwem Gombrowicza świetnie zdaje sobie sprawę, że jest ono kluczowe. Krytyk literacki Artur Sandauer już w 1964 r., a więc jeszcze za życia pisarza, pisał w warszawskiej „Kulturze”: Wszystkie jego wyznania są cząstkowe, mają jakąś tylną furtkę, która zapobiega praktycznym konsekwencjom nadmiernej otwartości. Zacytujmy na razie jeden tylko przykład: oto, ilekroć w którymkolwiek z jego utworów, pisanych prawie zawsze w osobie pierwszej, pojawia się tematyka drażliwa, na scenę wchodzi – zamiast narratora – jego sobowtór. Tak jest w „Ferdydurke” z chwilą, gdy wyłania się sprawa parobka, dotychczasowy bohater usuwa się w cień, na plan zaś pierwszy wychodzi koleżka Miętus. Tak jest w „Trans-Atlantyku” kiedy rzecz zahacza o pederastię, na postać główną awansuje argentyński milioner Gonzalo, przy którego boku sam Witold Gombrowicz odgrywa role powiernika.
Ta swego rodzaju mistyfikacja była niezbędna w czasach, kiedy żył Gombrowicz. Prywatnie mógł pisać w liście do Kota Jeleńskiego w 1963 r. z Berlina: Tutaj okropne rzeczy, entre nous soit dit, okropnego ataku pederastii dostałem, ale publicznie nie chciał uchodzić za homoseksualistę, a pytany starał się nie powiedzieć nic konkretnego, mylił tropy, zgrywał się, wytrącał argumenty, sam poruszając ten wątek. Wspominając o „doświadczeniach homoseksualnych”, szczelnie obudowywał je historiami hetero. Polemizując z Sandauerem, deklarował: Wcale nie uchylam się od badań, które zresztą prowokuję mymi połowicznymi konfidencjami. (Dlaczego konfidencje są połowiczne? A nuż dlatego, że jest się homoseksualistą i nie jest; że się jest w pewnym okresie życia; lub w pewnych okolicznościach; że – to moja opinia – nie ma prawie mężczyzny, który by mógł zeznać pod przysięgą, że nigdy nie doświadczył tego pokuszenia. Trudno w tej dziedzinie domagać się spowiedzi zbyt kategorycznej). Innym razem był bardziej kategoryczny: […] nigdy, z wyjątkiem sporadycznych przygód w bardzo wczesnym wieku, nie byłem homoseksualistą. Po wielu latach w „Kronosie” zapisał, że „Pierwsze próby pe” to 1934 rok; najwięcej doświadczeń homoseksualnych miał w czasie swojego pobytu w Argentynie (1939-63).
Drogą, którą w kwestii swojej psychoseksualności wyznaczył jeszcze Gombrowicz, długo podążali kolejni badacze, i sama Rita Gombrowicz, jedyna oficjalna spadkobierczyni całego jego dorobku i autorka kilku książek o nim. Poznali się, gdy pisarz miał 60 lat i był poważnie chory, ich małżeństwo na pół roku przed jego śmiercią dla wielu było zaskoczeniem. Cieszyła się przede wszystkim rodzina, reszta potraktowała ślub z przymrużeniem oka.
Gombrowicz zmarł w lipcu 1969 r. we francuskim Vence, nie doczekał literackiego Nobla, o co bardzo zabiegał. Im więcej mija lat od jego śmierci, tym w wypowiedziach wdowy maleje ładunek wszelkiej nienormatywności. Wizerunek został przycięty do potrzeb kolorowych pism, ukazujących „wielkich ludzi” w najbardziej banalny sposób. Kilka lat temu w wywiadzie dla „Vivy!” Gombrowicza przedstawiała jako wielkiego patriotę („do śmierci pisał w ojczystym języku”), a poza tym po prostu miłego, ciepłego i mądrego mężczyznę, który ożenił się tak późno, bo wcześniej nie znalazł odpowiedniej kobiety. Rita Gombrowicz zdefiniowała nawet, na czym polegała „podwójna natura” jej męża: Bywał dość okropny w towarzystwie, szydził ze wszystkich i wszystkiego. Walka na słowa go podniecała – to był jego żywioł. Ale w domu chował pazurki, robił się miły i łagodny, czuł się bezpiecznie. Nie kłóciliśmy się. Jeśli w czymś się nie zgadzaliśmy, zwykle mi ustępował.
Tekst z nr 88/11-12 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Michaił Kuzmin „Skrzydła”. Tłumaczenie: Robert Papieski. SIC! 2020
Nie przychodzi nam teraz do głowy, by kojarzyć Rosję z homoseksualnością. Przeciwnie – postrzegamy ten wielki kraj przez pryzmat oficjalnej homofobii jego dyktatora, Władimira Putina. W Rosji dochodzi do pobić i zabójstw na tle homofobicznym, od lat tłumione są próby tworzenia organizacji i parad LGBT+, a nader agresywna Cerkiew prawosławna najchętniej wysłałaby wszystkich „nienormatywnych” prosto do piekła. Jeśli docierają do nas np. dokumenty filmowe ukazujące sytuację osób tęczowych w Rosji, to przedstawiają one niemal wyłącznie martyrologiczny wymiar ich życia.
Stosunek do homoseksualności pogłębił w ostatnich dekadach w Europie dychotomiczny podział na kulturę Zachodu i kulturę Wschodu. W Polsce, znajdującej się gdzieś mniej więcej pośrodku pola oddziaływania tych dwóch wielkich cywilizacji, widać to bardzo wyraźnie. Gdy polska władza podejmuje działania wymierzone w społeczność LGBT+ albo gdy wściekły tłum atakuje uczestników gejowskich manifestacji, wołamy z oburzeniem, że „znaleźliśmy się bliżej Rosji”. Podobnież, ciągle nad naszym życiem społecznym i politycznym wisi groźba wprowadzenia, wzorowanej na putinowskiej, ustawy zakazującej „propagandy homoseksualnej”.
Rosyjski Oscar Wilde
Warto jednak przebić się przez te uprzedzenia. Rosja to nie tylko katorga dla mniejszości, a jej kultura wydała sporo tęczowych dzieł. Dzięki wydawnictwu SIC! mamy okazję poznać nieznaną dotąd w Polsce rosyjską klasykę LGBT+. W, omawianej jakiś czas temu na łamach „Repliki” książce Renaty Lis „Lesbos” (2017) ważne miejsce zajęła poetka Sofia Parnok, zwana „rosyjską Safo”, celebrująca w swoich wierszach miłość lesbijską. Tym razem SIC! prezentuje „rosyjskiego Oscara Wilde’a”, czyli Michaiła Kuzmina. Wyszło właśnie pierwsze polskie tłumaczenie jego głośnej powieści „Skrzydła” z roku 1906.
„Skrzydła” najpierw ukazały się w miesięczniku „Wiesy”, niedługo potem zostały opublikowane w formie książkowej i z miejsca wzbudziły sensację. O powieści pisały takie tuzy rosyjskiego życia intelektualnego jak Maksym Gorki, Lew Trocki czy Wasilij Rozanow. Kuzmina nazywano pornografem, a jego utwór przyjmowano z mieszaniną wstrętu i fascynacji. Oburzenie budziło opisanie bez rozmaitych literackich „zasłon” zarówno miłości homoerotycznej, jak i generalnie relacji seksualnych.
„Skrzydła” to bildungsroman. Powieść o dorastaniu, o formowaniu się młodego człowieka. A zarazem coś w rodzaju romansu, którego bohaterami są nastoletni, wchodzący w życie Wania i dużo starszy od niego mentor, Łarion Sztrup. Sztrup – z pochodzenia pół-Anglik – za nic ma konwenanse swojego środowiska. Płaci za seks chłopakom z ludu (ten właśnie fragment szczególnie zgorszył współczesnych Kuzmina), odrzuca zaloty zakochanych w nim kobiet i nie ukrywa swej homoseksualnej natury. Jedna z bohaterek popełnia nawet z miłości do niego samobójstwo, co wywołuje w towarzystwie skandal.
Niech żyje pederastia!
Kuzmin odwołuje się w „Skrzydłach” do toposu greckiej pederastii, zgodnie z którą starsi mężczyźni wprowadzają młodzieńców w świat sztuki, piękna i erotyzmu. Model ten jako najbardziej odpowiedni dla młodego mężczyzny przedstawiają Wanii zarówno jego nauczyciel greki, jak i jezuita Mori (postać zresztą autentyczna), który opowiada bohaterowi historię wspaniałej miłości rzymskiego cesarza Hadriana i o 30 lat od niego młodszego Antinousa, dodając niedwuznacznie: „nie mogę przed tobą zataić, że stosunek Hadriana do Antinousa był daleki od miłości ojcowskiej”. Generalnie zresztą rozpisana na Rosję i Włochy, antyk, katolicyzm i prawosławie powieść Kuzmina jest nawiązującym do dialogów Platona traktatem na temat blasków i cieni miłości – zarówno w jej wymiarze duchowym, jak i cielesnym. Przy czym oba najpełniej urzeczywistniają się w relacjach męsko- męskich. Jedyny, poboczny wątek miłości heteroseksualnej kończy się, jak wspomniałem, tragicznie.
Współcześni nie mogli też Kuzminowi wybaczyć, że bez skrępowania łączy on rozprawę o wzniosłych ideach z brudem życia. Że ilustracją wyrafinowanych rozważań o naturze miłości stają się sceny seksu na sianie czy też łaziebnych igraszek. Dzisiaj to połączenie wysokiego z niskim sprawia, że „Skrzydła” nie są ciernistą w lekturze ramotą, lecz utworem, w którym ciągle pulsują hormony. Jak zresztą pisze w obszernym wstępie do polskiego wydania „Skrzydeł” ich tłumacz, Robert Papieski, to ścieranie się i dopełnianie różnych poglądów, stylów i postaw charakteryzowało również samego Kuzmina: „Kuzmin to anielski demon w niepojęty sposób godzący zainteresowania seraficznym św. Franciszkiem z Asyżu i atakującym religię Anatolem Francem, odwiedzający pustelnie staroobrzędowców i podejrzane spelunki, chodzący ulicami Petersburga raz z długą brodą i w kapocie starowierca, raz gładko ogolony w stroju dandysa (…)”. Teraz pewnie mógłby uchodzić za modelowy przykład hipstera – niebinarnego, ostentacyjnego, wyróżniającego się strojem, wizerunkiem i eklektyzmem gustów.
Propaganda homoseksualna
Żaden z krytyków „Skrzydeł” nie miał też wątpliwości, że powieść jest czymś, co obecnie nazywa się właśnie „propagandą homoseksualną”. Papieski przywołuje słowa poety Wiaczesława Iwanowa, który uznał Kuzmina za „forpocztę nadchodzącej epoki”. Epoki, „kiedy to wraz z rozszerzeniem się homoseksualności nie będzie już szpecić i drażnić ludzkości obecna estetyka i etyka płci, rozumiane jako «mężczyźni dla kobiet» i «kobiety dla mężczyzn» (…) ta estetyka dzikusów i biologiczna etyka, przyporządkowujące każdego z «normalnych» ludzi określonej połowie ludzkości i pozbawiające człowieka połowy jego indywidualności w celu przedłużenia gatunku”.
Przypomnieć zresztą należy kontekst czasów, w których powstała powieść Kuzmina. W roku 1893 ukazuje się „Teleny” autorstwa, najpewniej (choć nie ma co do tego ostatecznych dowodów) Oscara Wilde’a. Pełna śmiałych, pornografcznych opisów seksu. Ale ukazuje się anonimowo i w nakładzie ledwie dwustu egzemplarzy, zaś sam Wilde w 1895 r. zostaje skazany na dwa lata ciężkich robót za kontakty homoseksualne. Ten wyrok jest szokiem dla opinii publicznej i na długie dekady nie tylko „mrozi” wszelkie ruchy emancypacyjne, ale też wzmacnia cenzurę i autocenzurę w sztuce. Twórcy jak ognia wystrzegają się bezpośrednich nawiązań do „niesłusznej” seksualności. Na przykład, w pochodzących z początku XX wieku utworach Francuza, André Gide’a, homoerotyzm przybiera formę tak zakamuflowaną, że czytelnik może nie domyślić się, o co właściwie chodzi, jeśli nie zna specjalnego kodu aluzji do starożytności i mitologii. Tym bardziej należy na tym tle docenić bezpośredniość Kuzmina, który, choć także buduje szeroki kontekst kulturowo-historyczny, to jednak wystrzega się niedomówień i mglistych symboli.
Burżuazyjne zwyrodnienie
Fakt, że „Skrzydła” mogły ukazać się w Rosji tamtego okresu zawdzięczamy też liberalizacji, która przyszła wraz z rokiem 1905. Złagodzeniem cenzury, ale także odstąpieniem od egzekucji prawa, nakazującego karanie „sodomitów” chłostą, więzieniem, a nawet zesłaniem na Syberię. Otwarte wątki homoerotyczne pojawiają się również w innych utworach Kuzmina, w tym m.in. w powieści awanturniczej „Przygody Aimé Lebeufa”, jedynym dziele z twórczości pisarza, (nie licząc kilku wierszy w zbiorze „Symboliści i akmeiści rosyjscy” w tłumaczeniu Pawła Herza), która przed „Skrzydłami” ukazało się po polsku (w roku 1984).
To, że nie zajmowano się nadto Kuzminem w PRL-u, w którym na potęgę wydawano dzieła pisarzy rosyjskich i radzieckich, wynikało z tego, że ZSRR tym akurat artystą się nie chwalił. Przeciwnie, uznawany on był, zwłaszcza w czasach stalinowskich, za przykład „burżuazyjnego zwyrodnienia inteligencji szlacheckiej XX wieku”. W Rosji radzieckiej pisarz parał się głównie tłumaczeniami – m.in. dramatów Szekspira i librett operowych („Czarodziejski flet”, „Wozzeck”, „Fidelio”, „Wilhelm Tell”). W roku 1929 wydał swój ostatni tomik wierszy, „Pstrąg rozbija lód”.
Od 1914 roku Kuzmin żył w Petersburgu (potem Leningradzie) z miłością swego życia, pisarzem i malarzem Jurijem Jurkunem (prawdziwe nazwisko – Josif Jurkunas). Mieszkali razem z matką Jurkuna, a także, przez chwilę, z jego żoną, Olgą. Jurij miewał zresztą również inne romanse z kobietami. Musiał to generalnie być niezły ancymon, skoro w jednym miejscu swoich dzienników Kuzmin nazywa go wręcz chuliganem, dodając zarazem, że bardzo go kocha.
W 1931 r. służba bezpieczeństwa przeszukała mieszkanie artystów, rekwirując rękopisy Jurkuna, a jego samego zmuszając do podpisania dokumentu o współpracy. Z kolei w 1934 r. NKWD zarekwirowało rękopisy Kuzmina.
Autor „Skrzydeł” zmarł na serce 1 marca 1936 r. Dwa lata później Jurkun został aresztowany i rozstrzelany w ramach stalinowskich czystek.
Tekst z nr 88/11-12 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Jacek Melchior debiutował osiem lat temu znakomitą „tragikomedią erotyczną” zatytułowaną „XXL”, napisaną z rozmachem i humorem historią 40 lat z barwnego życia pewnego geja. Potem wydał jeszcze powieści „Regina zamyka drzwi”, „Kochanek” (też z centralnym wątkiem gejowskim) oraz „Dojrzałą poznam”. Teraz, w „Nieludzko pięknej jesieni” przedstawia zbiór sześciu powiązanych ze sobą opowiadań, w których mamy nie tylko wątki gejowskie, ale też i lesbijski. Irek skończył 50 lat, przeżył je w cieniu matki, która właśnie zmarła i z której nieszczęsnego wpływu na jego życie zaczyna sobie teraz zdawać sprawę. Jest gejem, śmierć rodzicielki stanowi katalizator tego, by wreszcie być sobą. W innym opowiadaniu mamy „ustawionego” biznesmena z dorosłymi córkami, który „na boku” załatwia sprawy seksualne z mężczyznami. W jeszcze innym leci korowód ludzi (przede wszystkim mężczyzn), którzy „złapali TO”, czyli HIV. Losy bohaterów łączy motyw tatuażu – np. to, co dla Irka jest symbolem nowego początku, dla sędziwej śpiewaczki operowej stanowi wojenną traumę. Melchior pisze w stylu ironicznym i cokolwiek gorzkim oraz bardzo kwiecistym, mniej tym razem mamy wartko toczącej się fabuły, więcej kontemplacji sytuacji, w jakiej znalazły się poszczególne postacie. (Mariusz Kurc)
Tekst z nr 88/11-12 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Londyn, rok 1980. Młodziutka Elise Morceau wychodzi na randkę z facetem, a kończy na spotkaniu z przypadkowo poznaną kobietą – spotkaniu, które okaże się początkiem miłości. Kobieta to Constance Holden, trzydziestokilkuletnia pisarka z jedną bestsellerową powieścią na koncie, a drugą – w przygotowaniu. Niedługo później, już jako para, obie wyjadą do Hollywood, główną rolę w adaptacji książki Constance ma zagrać wielka gwiazda Barbara Lowden… Londyn, rok 2017. Młodziutka Rose nigdy nie znała swojej mamy Elise Morceau i nie jest w stanie już dłużej żyć w domysłach. Jej tata daje dziewczynie wskazówkę: musi odszukać Constance Holden, niegdyś słynną pisarkę, dziś kostyczną damę po 70-tce, która od dekad niczego nie opublikowała i żyje w samotności. Dziewczyna rozpoczyna śledztwo, nie stroniąc od podstępów… Czwarta powieść Jessie Burton (wszystkie wcześniejsze są dostępne w Polsce) toczy się, jak widać powyżej, na dwóch planach czasowych – po tych nitkach wydarzeń dochodzimy do sedna, czyli do tego, co stało się z uczuciem Constance i Elise. Styl Burton jest niekiedy wręcz ostentacyjnie staroświecki, cała fabuła rozpisana na ponad 500 stron, idealna na zimowe wieczory. Tyle, że w złotym okresie „wielkich powieści” poruszanie tematów takich jak feminizm czy miłość między dwoma kobietami nie było opcją – świetnie więc, że „nadrabiamy”. Wyczekuję filmu na podstawie „Wyznania” – w roli współczesnej Constance genialna byłaby Helen Mirren. (Piotr Klimek)
Tekst z nr 88/11-12 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Z JACKIEM PONIEDZIAŁKIEM o przygodnym podrywie i o trzech poważnych związkach, o alkoholu i o narkotykach, o wstydzie i o wolności, o nowej książce i o nowym spektaklu oraz o Redbadzie Klynstrze, Janie Peszku i o Korze, rozmawia Mariusz Kurc
Foto: Monika Stolarska
„Moje trzy prawdziwe związki sam zniszczyłem: pierwszy naiwnością, drugi niewiernością, trzeci nadmiernym, bezbronnym zaangażowaniem”. To cytat z twojego „(Nie)Dziennika”. Po lekturze całości miałem wrażenie, że jesteś dla siebie zbyt surowy. Nadmierne, bezbronne zaangażowanie? Co to za zarzut?
Ciekawe – nie jesteś pierwszą osobą, która mówi, że jestem dla siebie zbyt surowy. Niestety, każda miłość to jest trochę gra – nie w tym sensie, że się kłamie czy udaje, tylko że to jest jakby partia szachów. W tym konkretnym przypadku to był piękny, intymny i namiętny związek. Partner, którego w książce nazywam Pytią, to wspaniały chłopak, miał połowę moich lat. Poznałem go w 2015 r. – miałem 50, a on 25 i już sama ta różnica stanowiła potencjalny obszar konfliktów. To naturalne, że on potrzebował nowych doświadczeń, „wyszaleć się” – a ja byłem tak potwornie zakochany, że z trudem przyjmowałem choćby rozmowy na temat innych mężczyzn. Dopadały mnie lęki, frustracje – i oczywiście to mogło go tłamsić. W końcu uwolnił się, rozstanie nastąpiło z jego inicjatywy. To był jego pierwszy dłuższy związek, trwał dwa lata. Dziś mam świadomość, że mogłem tego rozstania uniknąć, gdybym umiał zapanować nad swoim lękiem, który zresztą teraz „przerabiam” na terapii. Bo terapia uzależnień nie jest tylko o tym, że mam problem z piciem czy ćpaniem, dotyczy wszystkich aspektów życia.
Zaraz o nią zapytam, a tymczasem – stawiamy kropkę nad „i”, jeśli chodzi o twój związek z Krzysztofem Warlikowskim?
W jakim sensie „kropkę nad i”? Przecież piszę o nim w książce.
Ale piszesz „Krzysiek” – teoretycznie można nie wiedzieć, o którego Krzyśka chodzi.
(śmiech) Nie no, jasne, wszyscy chyba i tak wiedzą.
Ten związek „zniszczyłeś niewiernością”?
Tak.
To był twój najdłuższy związek, prawda?
16 lat.
Niewierność? Jakie dziś masz podejście do otwartych związków?
Otwarte! Jestem bardzo za. Krzysiek mi wybaczył, tylko problem polegał na tym, że kłamałem. Gdybym umiał porozmawiać szczerze… Ale nie umiałem. Wydawało mi się, że jak będę milczał lub kłamał, to mniej będę go ranił, a było odwrotnie.
Nie jest znów tak. że trochę się samobiczujesz? Ile miałeś lat, gdy się poznaliście?
24. Wchodziłem właśnie w dorosłe życie, zaczynałem karierę, a gdy się rozstawaliśmy, byłem ponad 40-letnim starym koniem. Zachowywałem się nieraz jak głupek i tchórz. Ty nazywasz to samobiczowaniem się, nie wiem, może to raczej skonfrontowanie się z prawdą.
24 lata miałeś w roku…
…1989.
Jaki mogliście mieć wtedy wzorzec męsko-męskiego związku? Żaden. Działaliście po omacku.
Ale ja jednak wiedziałem, że robię źle.
Mamy w „Replice” pary gejów młodszych i trochę starszych – i sam słyszałem, jak starsza para pytą tych młodszych: „A rozmawialiście o otworzeniu związku?”. Nikt nikogo do niczego nie namawiał, ale przynajmniej ci młodzi mają świadomość, że jest taka opcja.
OK. Ale jednak to ja jego zdradzałem, a on mnie nie. Nasz związek mógłby trwać do dziś, tylko ja go skrzywdziłem, on wpadł w depresję, to zostawiło jakieś rany. Dziś, i już od lat, jesteśmy przyjaciółmi – czuli dla siebie, łagodni, lojalni, dobrzy, wyrozumiali – to jest wielka wartość. Można pozostawać w bliskiej relacji bez seksu.
A ten trzeci związek, który „zniszczyłeś naiwnością”?
Może tu rzeczywiście za mocno napisałem? To było w czasach studenckich, on był z ASP.
Ten piękny brunet?
Skąd wiesz?
Piszesz o pięknym brunecie z ASP.
A no tak (śmiech) – to ten. Prowadził podwójne życie – był ze mną i jak się później okazało, jeszcze z drugim chłopakiem. Co więcej, tamten był „tym ważniejszym”, a ja przez dwa lata niczego nie podejrzewałem.
To znów kwestia otwartych związków, tego, by szczerze ze sobą porozmawiać, zamiast zakładać z góry monogamię.
To, co mówisz o tych młodych gejach u was – daje do myślenia. To też ma pewien związek z trwającym wciąż strajkiem kobiet, na którym ja widzę – bo oczywiście też chodzę na te demonstracje – mnóstwo tęczowych flag. To nie tak, że tylko ten wysoki piękny Linus Lewandowski tam ciągle przychodzi – mnóstwo tęczowych ludzi uczestniczy w tych protestach. Mam wrażenie, że teraz, 50 lat po Zachodzie, odbywa się u nas coś w rodzaju rewolucji seksualnej. Nie tylko z powodu morderczego uścisku kościelnych fanatyków, ale też z powodu tej naszej „powszedniej” hipokryzji. W PiS-ie nie wszyscy są fanatykami, ale co z tego, że przynajmniej część z nich to cynicy, którzy nie wierzą w to, co mówią, skoro oni tak samo niszczą tkankę społeczną, niszczą wszelkie obszary wolności. Polska jest przeżarta hipokryzją nie tylko kościółkową. I jeśli tego nie przełamiemy, nie wyjdziemy jako społeczeństwo na prostą.
W tej rewolucji nie tylko młodzi uczestniczą. Ty też – jesteś 55-letnim gejem, właśnie wydałeś książkę, w której bez ogródek wyjawiasz, że pijesz, ćpasz i ruchasz się na prawo i lewo, co zresztą bardzo fajnie i dowcipnie opisujesz. W „(Nie)Dzienniku” może się przejrzeć wielu gejów w średnim wieku, a młodzi, którym się wydaje, że 50-letni człowiek dawno już przestał uprawiać seks, też się czegoś nauczą.
(wybucha śmiechem)
Zresztą tu też mam do ciebie sprawę – o aplikacji randkowej, przez którą umawiasz się na seks, piszesz „kurwidołek” – znów samobiczowanie?
Nie, no daj spokój, to jest żart! (śmiech) Poza tym, ja z Grindra korzystam tylko za granicą, w Polsce już od dawna nie. Nie ma co kryć, 90% ludzi tam chce seksu już, teraz, zaraz. Spora część jest na chemii i możesz o 4 rano nagle trafi ć na jakąś grupówkę, oczywiście bareback. Ale znam też osoby, które znalazły tam miłość.
Jesteś singlem, możesz uprawiać seks z kim chcesz i ile razy chcesz. Możesz mieć 1000 partnerów albo i 2 tysiące.
Zależy jaki masz system wartości. Ja rzeczywiście mam taki, który na to pozwala. Lubię promiskuityzm, co tu dużo gadać – lubię seks i lubię wielu partnerów. Jestem dorosłym dzieckiem.
Ale w wielu partnerach nie ma nic złego.
(śmiech) A czy ja mówię, że jest? Choć czasem mnie to męczy, że w moim wieku wciąż nie potrafi ę się ustatkować. Wciąż wybrzydzam, jestem wymagający, nie potrafi ę iść na kompromis. Ten facet może nie ma doskonałego ciała, ale jest bardzo inteligentny – no fajnie, ale jednak podziękuję. A ten jest piękny, ale nie ma osobowości, ma pustkę w głowie – hmm, podziękuję. I tak wybrzydzam i wybrzydzam! Księżniczka jestem i ciągle czekam na księcia. Samego mnie to śmieszy. Chciałbym się ustatkować, ale tylko w teorii, bo jak przychodzi co do czego, to jednak nie. Co to jest? Ten męski instynkt zdobywcy czy co?
I nieraz już lepiej spędzić ten wieczór zupełnie samemu, nie?
Dokładnie.
W 2005 r., tuż po tym, jak nastały rządy PiS-u, wyoutowałeś się publicznie. Wtedy w Polsce wyoutowane osoby można było policzyć na palcach. Wśród aktorów – coming out na początku lat 90. zrobił Marek Barbasiewicz, ale on później już nigdy – i do dziś – na temat swojej homoseksualności się nie wypowiada. Jakby wszedł do szafy z powrotem. Więc ty w teorii byłeś drugi, ale w praktyce pierwszy, udzieliłeś wywiadu do pierwszego numeru „Repliki” i przez ostatnie 15 lat nie robisz uników, stale wypowiadasz się na tematy LGBT i cały czas występujesz, również w produkcjach z wątkami LGBT. Dalej: w 2010 r. wydałeś wywiad-rzekę „Wyjście z cienia” i znów byłeś forpocztą, bo wywiadu-rzeki z polską wyoutowaną osobą LGBT wtedy nie było. Wyjaśniałeś tam szereg podstawowych kwestii na temat bycia gejem. Dziś, w 2021 r. wydajesz „(Nie)Dziennik” i znów jesteś „na czele” – niczego nie próbujesz udowodnić, o żadną akceptację nie prosisz – rzucasz polskiej hipokryzji rękawicę, mówiąc: jestem 55-letnim gejem, gdy nie pracuję, to imprezuję, piję, ćpam i uprawiam przygodny seks.
Bo co mam do stracenia? I dlaczego miałbym to ukrywać? Nie chcę się tu popisywać, jaki to ja jestem szczery i tak dalej, ale wiem, że wszelkie fasady i maski potem i tak opadają, nie chcę się w to bawić, nie widzę w tym sensu. Mnie samego fikcja literacka specjalnie nie pociąga, dużo bardziej biografie.
Dziś homofobia jest może jeszcze większa niż w 2005 r., gdy się outowałeś, ale jednocześnie i ty sam, i my wszyscy jako społeczność, jesteśmy dziś silniejsi. Czy to nie jest tak, że tamten coming out dał ci siłę do tego, by dziś mówić o sobie prawdę również w innych aspektach życia?
Tak. Wolności, którą wtedy zyskałem, na nic bym nie zamienił i masz rację, że ta wolność daje nieprawdopodobną siłę. Moja homoseksualność – i otwartość w tej kwestii – jest już tak nieodłączną częścią mnie i tak bardzo „towarzyszy” mojemu publicznemu funkcjonowaniu – że nie wyobrażam sobie inaczej. Znamy obaj co najmniej kilku bardzo popularnych aktorów, którzy są gejami – i siedzą w szafie, prawda? Nie mam pojęcia dlaczego. 20 lat temu – może to miało jakiś „sens”, ale dziś? Po co? Nie rozumiem tego.
Mnie bycie wyoutowanym daje niesamowity komfort – przychodzę do pracy nad, powiedzmy, nowym filmem, poznaję nową ekipę, nowych ludzi – zaznajamiam się z nimi i często sam zaczynam żartować z własnego pedalstwa. Oni są na początku może trochę zaskoczeni, a potem gratulują mi dystansu. A ja uwielbiam robić sobie z tego jaja albo przeginać się. Grać cioty – kocham. U Krysi Jandy w Och Teatrze w „Weekendzie z R.” grałem takiego mega przegiętego projektanta wnętrz i to było rozkoszne. W każdym razie, jak staję przed widownią, to wiem, że mimo że gram rolę, to staję z całym moim „bagażem” – homoseksualności, używek, skomplikowanych związków, również wstydu i wyzwalania się z niego.
„(Nie)Dziennik” obejmuje 2018 i 2019 rok. To czas, w którym zaczynasz zdawać sobie sprawę z nałogu i idziesz na odwyk. Szczegółowo to opisujesz.
Skończyłem pisać na początku zeszłego roku – tuż przed lockdownem.
Wydobyłeś się z nałogu?
Jestem trzeźwy od roku i trzech miesięcy.
Jak jest?
Lekko nie jest, nie będę ściemniał. W tej izolacji wpadłem w depresję, z której teraz wychodzę, trochę mi pomogło, że przynajmniej miałem w tym czasie fajnego kochanka. Mam dobry lek, antydepresant. Poza tym na szczęście dużo pracuję, ostatnio również na planie filmowym i w serialach.
Zagrałeś też główną rolę w znakomicie przyjętym spektaklu „Powrót do Reims” na podstawie autobiograficznej książki Didiera Eribona (patrz: strona 59). On wyrósł w robotniczej, mocno homofobicznej rodzinie, wyrwał się do Paryża, stał się znanym lewicowym intelektualistą. W „Powrocie…” wraca do korzeni, które kiedyś porzucił, by moc być sobą. Rola wprost wymarzona dla ciebie.
Dzięki. Rzeczywiście są podobieństwa, choć w mojej rodzinie nie było tak otwartej homofobii, jak u Eribona. U mnie za to był wstyd – obezwładniający. Czy wiesz, że jak się wyoutowałem, to moja mama przez tydzień nie wychodziła z domu? Obawiała się spotkania z sąsiadami, z panią z warzywniaka i tak dalej. Było mi jej strasznie żal. Mama była bardzo lękowa – i ten lęk zresztą mi „sprzedała”. A wstyd dostajemy w „prezencie” od homofobii – mamy się wstydzić tego, że jesteśmy sobą. Pamiętam te wyprawy do gejowskiego klubu Hades w moim Krakowie – pełna konspira, dzwonienie domofonem, by cię wpuścili, a gdy wychodziłeś, to rozglądałeś się, czy nie ma kogoś na ulicy. Gejem byłem wtedy tylko dla wąskiego kręgu przyjaciół. Notabene na ten Hades mówiło się Sedes, bo tam było strasznie ślisko, pot się skraplał i leciał z sufitu na płytki dancefloor’u, wszyscy się ślizgali (śmiech). W 1997 r. przeprowadziłem się do Warszawy, bo dostałem angaż w Teatrze Narodowym, moja kariera zaczęła się rozwijać, a poza tym w stolicy – nowy rezerwuar chłopaków do wyrywania (śmiech). Zacząłem chodzić do sauny Galla i do klubu Fantom. Gdy dostałem pierwszą rolę w serialu, to przestałem, bo się wstydziłem – znów ten wstyd.
Zdarza mi się często, że młodzi ludzie piszą do mnie, opisują swoje historie i pytają, jak ja to przeszedłem. U mnie też był dramat i frustracje. Odpowiadam, by poczekali: pierwsze miesiące po wyoutowaniu są okropne, ale potem zaczyna się nowe życie. Ale jeśli rodzina nie jest w stanie cię zrozumieć czy zaakceptować, to pamiętaj – nie możesz być zakładnikiem ich fobii, ich lęków, ich hipokryzji. To jest twoje życie, nie ich.
Skąd pomysł na „(Nie)Dziennik”?
Zacząłem go pisać na potrzeby spektaklu, ale się w końcu nie przydał. Wydawnictwo się zainteresowało i potem zrobił się z tego dziennik. Zapis powrotu do spokojniejszego trybu życia. Bez dopingu. Więc w tej książce robię taki „drugi coming out” – tyle że dotyczący używek, seksu i kryzysów emocjonalnych.
Dla mnie ożywcze jest to, że nie zważasz na to, czy psujesz „dobry wizerunek geja”, czy nie.
Ale w jakim sensie? Przecież każdy gej jest inny. Jak cała reszta populacji. Stereotypy to tylko kalki. Są główną treścią small talków. My możemy mieć problemy z nadużywaniem i możemy ich nie mieć. Używki nie wybierają orientacji swoich ofiar… Moja kariera wygląda jak sinusoida, ale cały czas pracuję, nie straciłem przez wyjście z szafy żadnej poważnej roboty. Może reklamy. Ale i tak się do nich nie nadaję. Jestem jebnięty, to się w reklamie pasty do zębów nie sprzeda. (śmiech) A jeśli coś przez coming out straciłem, to i tak bilans wychodzi na zero, a żyję od 16 lat jak wolny człowiek. Czyli jednak nie na zero, tylko na wielki plus. A skoro już wspomniałeś wcześniej wywiad-rzekę ze mną sprzed 11 lat, to ja pamiętam do dziś, jak się po mnie przejechałeś. Ty jesteś gejem progresywnym, walczącym, a ja tam mówiłem, że opowiadam się za związkami partnerskimi, ale przeciwko małżeństwom (bo mi się wydawały kalką par hetero) i przeciwko adopcji. Nie znałem historii ruchu LGBT, nie studiowałem procesu naszej emancypacji. O tym, kim był Harvey Milk, dowiedziałem się z filmu z Seanem Pennem. Jestem dzieckiem komuny i lat 90. Dziś mam większą wiedzę i zmieniłem poglądy w tych sprawach – jestem za adopcją i za małżeństwami.
Mnie „Wyjście z cienia” bardzo się podobało, krytycznie pisałem tylko właśnie o tych sprawach.
Wiem, ale mnie to ubodło, bo to był strzał z naszej strony. Ale dziś przyznaję ci rację.
Piszesz w „(Nie)Dzienniku” o aktorze Redbadzie Klynstrze, który był częścią waszego zespołu w TR Warszawa, po czym zaczął głosić coraz bardziej nacjonalistyczne, ksenofobiczne i homofobiczne poglądy. Dziś jest zdecydowanie „po tamtej stronie”. Strasznie to smutne i mam wrażenie, że to szerszy problem – że dziś wielu z nas ma swojego Redbada Klynstrę.
(wzdycha) Masz rację, to jest bardzo smutne. Ja w pewnym momencie doszedłem do stwierdzenia, że po prostu nie jestem w stanie z Redbadem wyjść na scenę – a np. spektakl „Krum” tworzyliśmy praktycznie razem. Ten sam Redbad, który wcześniej głosił tak liberalne poglądy, który przyjaźnił się ze mną, który w spektaklu „Zachodnie wybrzeże” wygłaszał monolog do własnego penisa, stojąc kompletnie nago przed widownią – i śmiał się z ludzi, których ta scena bulwersowała, teraz ma usta pełne „prorodzinnego” i nacjonalistycznego bełkotu. Dyrekcja teatru zdecydowała się na zastąpienie go w tym spektaklu. Wtedy Redbad wziął ekipę ze szczujni TVP, stanął przed naszym teatrem i powiedział, że jesteśmy ubeckim teatrem z ubeckimi metodami działania.
Być może jest tu też wątek zawiedzionych ambicji. Wszedł w środowisko fanatyków i nazioli, zaprzyjaźnił się z synem Wildsteina i oni dali mu nową tożsamość, poczuł się przy nim silny, potrzebny. Mnie zaczął mówić, że mam mózg wyprany przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, że jestem ślepy i głuchy, mimo że zawsze deklarowałem lewicowe, a nie neoliberalne poglądy. To jest strasznie smutne, ale i trochę groteskowe. Nie do zasypania już. Myślę też, że przykład Redbada dobrze ilustruje głębokość podziału w całym naszym społeczeństwie.
Pamiętam do dziś Redbada, jak prawie 20 lat temu w Teatrze Telewizji grał geja wychowującego z partnerem malutkie dziecko w spektaklu „Beztlenowce”.
Był wspaniały.
To teraz postać, przy której pewnie będziesz miał optymistyczne refleksje – twój profesor ze szkoły teatralnej Jan Peszek. W naszym wywiadzie Peszek dobrze cię wspominał i mówił też, że wstawił się za tobą przy jakimś homofobicznym incydencie.
Miałem szczęście, bo przez pierwsze dwa lata uczył mnie Jan Peszek, a drugie dwa – Krystian Lupa. Super, że miałem styczność z Jankiem w czasach, gdy ta seksualność się w człowieku kształtuje… Nie, źle powiedziałem – ona już była ukształtowana, tylko ja się jej wstydziłem – przez pół pierwszego roku studiów jeszcze miałem dziewczynę, bo „wszyscy mieli”, to ja też. Wariactwo. Peszek oswajał te demony. Mówił: „Ale czym ty się przejmujesz? Zakochasz się w kobiecie, będziesz z kobietą, zakochasz się w mężczyźnie – będziesz z mężczyzną. Ważne, byś to czuł, bo wtedy będziesz wiedział, że żyjesz!”. Była połowa lat 80., a on stwarzał atmosferę normalności i pogodzenia się z własnym ciałem, jego potrzebami. Mieliśmy zajęcia w budynku starego klasztoru i to był dodatkowy smaczek – myśmy tam wyczyniali szaleństwa, a obok co chwila biły dzwony. (śmiech) Janek oswajał nas z nami samymi i pomógł mi przygotować grunt do późniejszego coming outu. I wolności.
Jeszcze chciałbym cię zapytać o Korę, divę uwielbianą przez wielu/e gejów i lesbijek. Miałeś 16 lat, gdy wyszedł debiutancki album Maanamu. Byłeś nie tylko fanem Kory, przyjaźniłeś się z nią, prawda?
Byłem domownikiem u niej. Odrabiałem lekcje z jej synami, jadałem z nią i resztą rodziny, mieszkałem u niej, gdy wyjeżdżali. Ten pierwszy album – powiedzieć, że to było coś nowego to banał. To była petarda energii, orgia wolnej poezji, nieskrępowanej żadnym schematem, i elektryczne gitary z mocnym jebnięciem perkusji. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poznałem Korę w 1982 r., gdy miałem 17 lat, a Maanam był tuż po nagraniu drugiej płyty – „O!”. Wychodziłem z mojego domu bez wody, łazienki i toalety, i szedłem do jej trzypokojowego mieszkania na parterze w bloku, gdzie pachniało drzewem sandałowym i nierzadko snuł się dym haszyszu. To był inny świat. Nic dziwnego, że przesiadywałem tam dziesiątki godzin. Zresztą zakochałem się trochę w Kamilu Sipowiczu, był niesamowicie piękny. Przez ten dom przewijały się tłumy artystów, tłumaczy, muzyków, pisarzy, aktorów. Kora żyła alternatywnym życiem, była kosmopolitką w samym środku tych naprawdę cebulastych lat 80. To u Kory po raz pierwszy rozmawiałem z obcokrajowcami, to u Kory po raz pierwszy rozmawiałem po angielsku, zawsze mnie namawiała, bym uczył się tego języka. Kora była moją najważniejszą znajomością zanim zacząłem dorosłe życie – sorry za górnolotne słowo, ale była drogowskazem – dzięki niej ja, chłopak z samego dołu społecznej drabiny, kończący zawodówkę, wgrałem sobie żelazne postanowienie, że muszę zostać artystą. Że tylko takie życie, taka kondycja mnie interesuje. A w kwestii gejostwa Kora była wyluzowana. Raz czytała w gazecie jakiś artykuł o AIDS i nagle mówi: „Piszą, że ta choroba atakuje tylko homoseksualistów. Jacku, a z tobą to jak właściwie jest?”. Ja, może 18-letni wtedy, spaliłem raka i zacząłem coś dukać, że nie, mnie to nie dotyczy – tak że ona od razu załapała, że kłamię – nie tylko przed nią, ale też przed samym sobą.
Patrzysz optymistycznie w przyszłość?
Muszę. Teraz chyba się coś zmienia. Idzie nowe pokolenie. I ono sobie nie pozwoli zabrać życia i wolności. Oby!
Zmarły w 2015 r. Pedro Lemebel był queerowym performerem, pisarzem i działaczem, postacią ważną dla chilijskiej kultury ostatnich dziesięcioleci. W latach 80. XX wieku współtworzył kolektyw „Yeguas de Apocalipsis” („Klacze Apokalipsy”), który poprzez sztukę i działania artystyczne przeciwstawiał się reżimowi generała Pinocheta. W tejże dekadzie osadzona jest także jedyna powieść Lemebela opublikowana po raz pierwszy w 2001 r. Akcja zaczyna się w roku 1986. Rośnie napięcie w kraju, miejska partyzantka, czyli Front Patriotyczny Manuela- Rodrígueza, przeprowadza kolejne akcje sabotażowe i zamachy. W stolicy Chile, Santiago, mieszka nie najmłodsza już Ciotuchna z Naprzeciwka – koleś, który generalnie do polityki się nie miesza, ale w tajemnicy przed sąsiadami pomaga młodym opozycjonistom, gdyż jest zafascynowany jednym z nich – Carlosem. Oprócz wątku tej nietypowej relacji Lemebel wprowadza także pierwszoosobową narrację żony Pinocheta, Lucíi, która już patrzeć nie może na swojego zramolałego patriarchę. Lekkość i dowcip książki to broń, za pomocą której „odmieńcy” rozbrajają ciężką, sieriozną i zbrodniczą zarazem kulturę macho. Trudno zresztą opędzić się od analogii z tym, co teraz dzieje się na polskich ulicach. Niewykluczone, że właśnie toczy się w zgiełku naszych ulicznych demonstracji nie jedna, podobnie nienormatywna historia miłosna. (Bartosz Żurawiecki)
Tekst z nr 88/11-12 2020.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
O MARII JANION z KAZIMIERĄ SZCZUKĄ* i TOMASZEM KITLIŃSKIM* rozmawia Bartosz Żurawiecki
Foto: Witold Orski (z książki „Prof. Misia”)
„Replikę” czytają przede wszystkim ludzie młodzi, bardziej biegli w popkulturze niż naukach humanistycznych. Zacznę więc rozmowę od prostego pytania: Dlaczego zmarła w ubiegłym roku profesor Maria Janion jest tak ważna dla polskich środowisk LGBT+?
KS: Z kilku powodów. Po pierwsze, profesor nadała tematom LGBT najwyższą rangę już w latach 70. ubiegłego wieku. Czytelników „Repliki” mogło jeszcze nie być na świecie.
TK: W roku 1982 ukazał się tom „Odmieńcy”, część legendarnej janionowskiej serii wydawniczej „Transgresje”. Postacią ikoniczną tomu był poeta Piotr Odmieniec Włast, czyli wcześniejsza poetka Maria Komornicka. Przejmujący esej Marii Janion, napisany jeszcze w latach siedemdziesiątych, osnuty jest wokół fotografii – jedynej, jaka zachowała się z czasu tzw. „choroby” Komornickiej/Własta. Wiele osób, wielu badaczy patologizowało Własta i jego historię, natomiast profesora Janion zupełnie nie: traktowała to jako część egzystencji. Na tym zdjęciu, pochodzącym najprawdopodobniej z roku 1943, widzimy jakąś tajemniczą postać wpisaną w zieleń Grabowa, rodzinnej posiadłości Własta. To jest, jak ujęła to profesora Janion, „zapisanie nieobecności”. Przemiana cenionej młodopolskiej poetki w Piotra Własta dokonała się w roku 1907. W poznańskim hotelu Bazar kazała spalić swoje żeńskie ubrania i od tej pory zwracać się do siebie w rodzaju męskim. Z tego też powodu wiele lat spędził/a w szpitalach psychiatrycznych. Matka i siostra kochały ją/jego, ale uważały, że szpital może coś pomóc. W końcu Piotr Odmieniec Włast zamieszkał z rodziną.
KS: Dziś, w epoce wiedzy o transseksualności czy niebinarności warto przypominać, że Janion opisywała te „skandaliczne” czy „gorszące” sprawy jako heroiczną walkę o integralność własnego „ja”, w sferze cielesnej, egzystencjalnej, duchowej.
Studiowaliście u profesor Janion, uczęszczaliście na jej seminaria, byliście z nią w bliskich kontaktach. Ale kiedy pierwszy raz o niej usłyszeliście, kiedy pierwszy raz się zetknęliście z nią jako postacią, osobowością? Dla mnie tym pierwszym razem był właśnie jeden z tomów wspomnianej tu już serii „Transgresje”, traktującej o osobach i zjawiskach niemieszczących się w głównych nurtach kultury. Jakimś cudem zaplątał się on na półkę z książkami u moich rodziców. Przeglądałem go jako dziecko, nic z tego właściwie nie rozumiałem, ale cała ta książka – jej forma, treść, zdjęcia, wygląd… Wszystko to było tak odmienne od innych książek, które stały obok na półce, np. od „Trylogii” Sienkiewicza, że przyciągało mnie, niepokoiło, fascynowało…
TK: Tak, ja też zakochałem się w profesorze Janion, kiedy czytałem tom „Odmieńcy”. Potem amerykanista Tomasz Basiuk trafnie wziął ów termin „odmieńcy” i uczynił z niego polski odpowiednik „queer”. W tak represyjnej kulturze jak polska „odmieńcy” pojawili się bardzo wcześnie i właśnie profesora Janion odkryła, że wszyscy, wszystkie jesteśmy odmieńcami, odmieńczyniami. To była dla mnie rewolucja już w liceum, w latach 80., gdy czytałem o Właście/Komornickiej i identyfikowałem się z tą poetką, potem poetą, który miał z całym wszechświatem kontakt zarówno erotyczny, jak i duchowy. Janion opisywała, jak Komornicka kazała sobie wyrwać wszystkie zęby, by odmienić swoją twarz, przeobrazić się w Piotra Odmieńca Własta. Ja o tej operacji zębów opowiadałem w liceum. Wszyscy się z tego śmiali, ale raczej dobrotliwie, nie agresywnie.
KS: Moje pierwsze zetknięcie z Marią Janion miało miejsce w latach 80. w warszawskim klubie „Hybrydy”, na pokazie któregoś z filmów Wernera Herzoga. Miałam 16 albo 17 lat. Trafi łam tam dzięki mojemu ówczesnemu narzeczonemu, Pawłowi, którego rodzina była bardzo kulturalna, wtajemniczona w takie rzeczy jak teatr Kantora czy seminarium Marii Janion. W mojej rodzinie do teatru chodziło się raz w życiu na „Zemstę” i raz do opery na „Straszny dwór”, więcej nie było potrzeby. „Transgresje” zobaczyłam na półce u rodziców Pawła. Tam, w „Hybrydach” przeszedł w pewnym momencie przez salę szept, że Janion, Janion tu jest. Wtedy wstała taka nieduża pani w burym prochowcu. Wysokim, dźwięcznym głosem zapowiedziała fi lm Herzoga i dyskusję po nim. Cała sala była jej, w jej stronę skierowana. Nie ulegało wątpliwości, że jest dla wszystkich najważniejsza, chociaż może wcale nie planowała zabrania głosu. Nie była kierowniczką kina, twórczynią filmu ani wypuszczonym z internowania opozycjonistą. Więc kim? Dopiero po tym wydarzeniu zaczęłam kartkować „Transgresje”, głównie oglądałam obrazki.
Tomku, a ty kiedy poznałeś Marię Janion osobiście?
TK: W 1984 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim przyjechała razem z profesorą Marią Żmigrodzką. Przedstawił mnie Marek Kwapiszewski. Frapująco wyglądał mundurek profesory Janion, uniform – taki wręcz maoistyczny. A później zafascynowało mnie jej charyzmatyczne wygłoszenie referatu o rewolucji w „Nie- -boskiej komedii”. To było absolutnie porywające. KUL w tamtych czasach był zresztą zupełnie innym uniwersytetem niż jest teraz. Niefundamentalistycznym. Tam wtedy przyjeżdżał Andrzej Wajda, tam Joan Baez śpiewała swoje protest songi, tam Siekiera grała koncerty punkowe. Od 1989 roku zacząłem już regularnie jeździć na seminaria Marii Janion do Warszawy. Nadal nosiła ten wspaniały mundurek, ale przede wszystkim hipnotyzowała niesamowitą osobowością, która aż kipiała od erudycji, ale też od pasji kształcenia. Kształcenia, które wyglądało zupełnie inaczej niż na uczelniach w Paryżu, Londynie czy Lublinie, gdzie studiowałem. To były seminaria kogoś, kto ma kontakt z prawdziwą egzystencją. Nie tylko osób żyjących, ale też duchów.
„Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi” – brzmi tytuł książki Marii Janion z roku 2000.
TK: Ma to sens wieloraki. W tekście „Misterium nieprzerwane”, otwierającym tę książkę profesor pisze o mickiewiczowskich „Dziadach”, które podtrzymują więź żywych z umarłymi. Chociaż profesora ostro odcięła się od stereotypów polskiego mesjanizmu, jednak nigdy nie odcięła się od duchowości romantyków, od poezji, która zajmowała miejsce religii, kwestionowała „urzędowy kościół”. Dla Józefa Czapskiego, dla Marii Czapskiej, dla Marii Janion więź z duchami zmarłych nabiera nowego znaczenia w obliczu Zagłady. Janion przypomina też słowa Zbigniewa Herberta – „Jesteśmy mimo wszystko stróżami swych braci”. Nasi umarli to przede wszystkim Żydzi, którzy polegli w największej zbrodni w dziejach ludzkości. „Od czasu do czasu wszyscy poświęcamy uwagę ofiarom niewinnym, choćby w czasie święta Zaduszek; już ta jedna chwila oddana pamięci zmarłych, zamordowanych, unicestwionych pokoleń jest chwilą romantyczną” – pisze profesora. Więc to dziwne zdanie o umarłych i Europie, które ludzie brali za jakiś martyrologiczny kult polsko-polski albo coś o posmaku nekrofilii w istocie wyraża myśl Mickiewicza. Książka w ten sposób zatytułowana niemal w całości poświęcona jest Żydom. Jacek Dehnel potraktował tę frazę satyrycznie, napisał powieść „Ale z naszymi umarłymi”, historię o zombie- -narodowcach.
KS: Bardzo profesor ucieszył ten koncept, ale to było w czasach, kiedy już nie prowadziła seminarium, oprócz kilku osób nie spotykała się z ludźmi, więc nie zostało to omówione w szerszym gronie.
TK: Profesora zawsze zajmowała się wykluczonymi. Pamiętam np. seminaria o gotycyzmie, horrorze. Gotycyzm jest obrazem queer, obrazem odmieńców. Powieść grozy i kultura popularna spod znaku horroru jest często opowieścią o potworze inności. „Wampir. Biografia symboliczna” to książka Janion w całości temu poświęcona. Podobno jest już dziś nie do zdobycia. Biały kruk.
„Mnie również przypisuje się cechy wampira. Dlatego niektórzy mówią, że trzymają się z daleka od mojego seminarium, bo boją się wciągnąć w ten świat. Niewątpliwie wszystkich zastanawia, skąd czerpię energię do pracy…” – tak ironicznie kończy się wywiad o „Wampirze” przeprowadzony w „Gazecie Wyborczej” przez Katarzynę Bielas w 2003 roku. Wspomniałeś, Tomku, o mundurku pani profesor, który cię tak zafrapował. Ale Maria Janion generalnie swoim wizerunkiem odbiegała od rozmaitych stereotypów kobiecości. Sama to podkreśla w rozmowie-rzece, którą ty z nią, Kaziu, przeprowadziłaś: zawsze strój surowy, zero falbanek…
KS: Pamiętajmy, że profesor urodziła się w roku 1926. Wprowadzała idee rewolty maja ’68 do polskiej humanistyki, owszem, ale to wojna i Zagłada były jej formacyjnym doświadczeniem. Forma – rozumiana po gombrowiczowsku, ale też po janionowsku, jako styl kultury, styl zachowań, gestów, sposobów mówienia i myślenia – u profesor była w dużej mierze inteligencko przedwojenna. Nigdy nie była ani typem sportowym ani młodzieżowym, a już na pewno nie w dziedzinie mody. Na zdjęciach z Uniwersytetu Gdańskiego – bo tam uczyła – widać studentów w powyciąganych swetrzyskach, z brodami, dziewczyny mają jakieś ludowe czy indiańskie frędzle na kubraczkach, ale Mistrzyni zawsze nosi tzw. kostium, czyli marynarkę ze spódnicą. Jest dorosła, dojrzała, nawet, powiedziałabym, dzięki temu stanowi wobec młodzieży figurą opiekuńczą.
Ale zarazem można wpisać jej wizerunek w stereotyp chłopczycy albo lesbijki butch.
KS: W moim wywiadzie Maria Janion mówi wyraźnie, że jak była mała, chciała być piratem i nosić opaskę na jednym oku. Że wolała bawić się z chłopcami niż z dziewczynkami. Zawsze strasznie jej się podobały mundury. Stoją u niej na półkach z książkami figurki żołnierzy w mundurach napoleońskich, chyba prezent od uczniów. Jednak sama, jak twierdziła, nigdy nie miała na sobie spodni, chyba że spodnie od piżamy. Nie nosiła lesbijskich butów, tylko takie całkiem kobiece, tzw. pantofle. Później półbuty ecco albo granatowe sztruksowe mokasyny. W moim odczuciu była bardzo kobieca. Nosiła apaszkę, na małym palcu pierścionek od matki. Na zdjęciach z młodości ma niesamowite loki, gęste i nieokiełznane. Miała w sobie niezwykłą delikatność. Małe dłonie, ciepło, które roztaczała. Całkowitą niezdolność do chamstwa. Rzeczywiście, bywała szorstka czy sroga, na ogół przed samym rozpoczęciem zajęć, ale była to jej srogość, nie jakaś męska.
TK: Była i jest dla nas nadal całością. Zbiorem i tego, co żeńskie, i tego, co męskie. Nie wyrzekała się też seksualności czy erotyzmu, ciągle to eksplorowała. I nie rezygnowała z czułości. Czułem od niej ciepło. Nie wiem, czy też akceptację mojej do niej miłości, nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
KS: Tak, Tomku, na pewno!
TK: Jakaś bliskość na pewno między nami była, w sensie związku dusz.
We wspomnianej rozmowie-rzece, która w dwóch tomach pod wspólnym tytułem „Transe – traumy – transgresje” ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w latach 2012 i 2014, udało ci się, Kaziu, wyciągnąć z profesor to, co uznane zostało za coming out Marii Janion. Przypomnijmy ten fragment: „Zawsze mnie interesowały koleżanki” – mówi profesor. Pytasz: „I umiała je Pani podrywać?”. „A, owszem” – pada odpowiedź. „Starałam się i całkiem dobrze mi to wychodziło”. Ty dociekasz: „Nie bały się?”. „Niespecjalnie” – odpowiada Janion. I właściwie tyle. Jednocześnie mocno w twojej książce Maria Janion podkreśla, że jest z tego pokolenia, które o swojej prywatności nie mówi.
KS: Tak, jest też fragment, w którym opowiada, jak zakochiwała się w nauczycielkach już na tajnych kompletach w Wilnie. I rzeczywiście, nie chciała mówić o sprawach tak zwanych osobistych. Ani własnych, ani tym bardziej czyichś. Myślę jednak, że miłość profesor dla kobiet była odczuwana przez kobiety w szczególny sposób. Na pewno zakochiwali się w niej ludzie różni. Ale w moich czasach wytworzyła się, także przez podjęcie tematów feministycznych na seminarium profesor, atmosfera miłości kobiet do kobiet. Przyjaźnie, siostrzeństwo, ideologia.
Był w tym także aspekt erotyczny?
KS: Na pewno. Tylko to nie było takie „kawa na ławę”. Czułość, ale też i zazdrość o profesor, nawet zawiść. I rywalizacja. Sama się do niej przyznaję. Ale seminarium to było dla mnie przede wszystkim doświadczeniem wyrwania się z patriarchalnych stereotypów poprzez, mówiąc po janionowsku, odczucie własnego istnienia. Jesteśmy feministkami, nie latamy za facetami jak głupie, nie gadamy o nich bez końca. Nagle mamy własne, najistotniejsze na świecie sprawy – to doświadczenie było czymś cudownym.
W książce, Kaziu, zadajesz Marii Janion pytania i o mizoginię, i o homofobię w środowisku akademickim. Janion odpowiada, że nie było homofobii, przynajmniej nic takiego nie pamięta.
KS: Bo przecież nie mówiło się tego wprost. Raz usłyszałam od koleżanki, że ktoś tam powiedział, że my wszystkie na tym seminarium Janion to jesteśmy lesby. Że to jest po prostu sekta lesbijska. Gdzieś za plecami coś takiego krążyło. Uważam, że to dobrze o nas świadczy, oznacza, że nie mizdrzyłyśmy się do facetów. Maria Janion żyła przecież w ramach czegoś, co ona nazywała „rodziną z wyboru”. To był krąg jej przyjaciół: Maryna Żmigrodzka, Alina Witkowska, Ryszard Przybylski – tak zwany Rysieńko, zawołany gej… W takiej rodzinie z wyboru przyjaźń jest miłością, a miłość jest przyjaźnią. „Największym szczęściem dzieci ziemi jest osobowość” – to zdanie Goethego profesor lubiła cytować. Co to znaczy? Że każdy stanowi pełnię, może niezgłębioną czy nieuświadomioną, ale niepowtarzalną i jedyną.
TK: Pojedynczość, ale z drugiej strony też wspólnota, społeczność. Profesora zawsze identyfikowała się z grupami uciskanymi, prześladowanymi, zabijanymi. Już od czasów wojny, gdy widziała Żydów prowadzonych na rzeź, ta identyfikacja była dla niej bardzo ważna. A dla LGBTQ+ bezpośrednio istotne jest też to, że obsesyjnie wręcz pisała o Jeanie Genecie, Witoldzie Gombrowiczu, Mironie Białoszewskim…
A jak wyglądał praktyczny, polityczny wymiar walki Marii Janion o prawa kobiet, prawa LGBT+?
KS: Jej praktyką i polityką była edukacja, przede wszystkim akademicka. Kształciła ludzi, którzy potem współtworzyli progresywne elity. Pokazywała drogę i dawała poczucie bezpieczeństwa. W 1996 roku udzieliła obszernego wywiadu dla gejowskiego pisma „Inaczej”, gdzie przedstawiła obecność „nurtu homoseksualnego” w kulturze. Już samo to, że znana profesor humanistyki wybrała łamy „takiego” pisma, było wówczas wyrazem wielkiej niezależności, odwagi. Była honorową gościnią na Paradzie Równości w 2007 roku. Jechały z Agnieszką Arnold w wynajętym kabriolecie. Profesor była jak mickiewiczowski Wajdelota, jej idee jak arka przymierza między dawnymi a młodszymi laty. Zawsze miała silne przekonanie, że nasza historia tworzy też naszą tożsamość. Ta ciągłość, pamięć, wiedza są bardzo potrzebne, choćby po to, by środowisko LGBTQ znało swoje pochodzenie. Ale właściwie to nie ja powinnam mówić, to wy jesteście LGBT-owcami w sensie ścisłym. Bywała też na Manifach. Raz pożyczyłam od szwagra gazik wojskowy, ozdobiłyśmy go kwiatami i transparentem „Gazik za wolnym wyborem”. I profesor jechała tym gazikiem. To było piękne, bawiła się. Może nie aż tak szampańsko się bawiła jak my, ale jednak.
TK: Walka o prawa człowieka dla LGBTQ+ zawsze towarzyszyła profesorze Janion. I wtedy, kiedy pisała o kobietach-niekonformistkach seksualnych i uczuciowych (jak choćby w książce „Kobiety i duch inności”), i w jej nauczaniu. Obie te rzeczy były przesiąknięte walką o równe prawa, o docenienie inności. „Każdy jest inny, każdy jest wyjątkowy” – te słowa Piotra Własta/ Marii Komornickiej powtarzała profesora Janion po parę razy i rzeczywiście myśmy się czuły/li wyjątkowe/i oraz niepowtarzalne/ i na tych seminariach. Dla mnie była boginią wolności prowadzącą lud na barykady. I prowadzi go nadal.
KS: To nie jest już takie totalne słodzenie? Mitologizowanie Marii Janion?
Dlaczegoż nie mielibyśmy mitologizować Marii Janion? Bardzo nam przecież takich bohaterek brakuje. I dobrze, jeśli ci młodzi ludzie, którzy teraz wyszli na ulice w obronie praw i wolności, będą o Marii Janion pamiętać jako o tej naszej bogini.
KS: To nasza Wielka Niedźwiedzica. Wielka Bogini. Matka Polskiej Humanistyki.
Kazimiera Szczuka – krytyczka literacka, dziennikarka, feministka. Prowadziła w TV m.in. program „Dobre książki”. Opublikowała „Kopciuszek, Frankenstein i inne” (2001), „Milczenie owieczek” (2004), „Duża książka o aborcji (2011, wraz z Katarzyną Bratkowską) oraz dwa tomy wywiadu-rzeki „Transe – traumy – transgresje” z prof. M. Janion – „Niedobre dziecię” (2012) i „Profesor Misia” (2014). Uczęszczała na seminaria prof. M. Janion, a potem przez wiele lat przyjaźniła się z prof. M. Janion.
Tomasz Kitliński – filolog i filozof związany z UMCS w Lublinie, a obecnie z Freie Universität Berlin. Od października 1989 r. przyjeżdżał na seminaria prof. M. Janion do Warszawy. Autor „Obcy jest w nas” (2001), „Dream? Democracy” (2014) oraz – z mężem Pawłem Leszkowiczem – „Miłość i demokracja”. W 2003 r., również wraz z Pawłem Leszkowiczem – wziął udział w słynnej akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Niech Nas Zobaczą”.
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Adresowana do najmłodszych czytelników książka składająca się z 20 wierszy, bajek, przypowieści i opowiadań napisanych przez 20 autorów/ek (m.in. Michała Rusinka, Marcina Szczygielskiego, Joannę Olech) i zilustrowanych przez 20 rysowników/czek (np. Agatę Królak, Daniela de Latour, Mariannę Sztymę). Zawarte tutaj teksty krążą wokół tęczy jako symbolu różnorodności, ale też, po prostu, najbardziej kolorowego zjawiska w naturze. Wszystkie także dotykają tematu inności i nierzadko wrogich reakcji otoczenia na to, co odbiega od (rzekomej) normy. Książkę otwiera wstęp Przemka Staronia, nauczyciela roku i jednego z okładkowych bohaterów „Repliki”, który przypomina: „Każdy z nas należy do jakiejś mniejszości”. Część twórców posługuje się baśniowymi alegoriami, inni przeciwnie: wprost poruszają problemy dyskryminacji w szkole, wyzwisk takich jak „pedał”, niewpasowywania się w „męskie” i „żeńskie” role społeczne. Opisują pierwsze zauroczenia i miłości, które niekoniecznie muszą być hetero. Barbara Gawryluk (opowiadanie „Smok w kolorach tęczy”) pisze o tym, jakie znaczenie ma symbol tęczy dla ruchu LGBT, a nawet przywołuje głośną akcję Franka Vetulaniego z zawieszeniem tęczowej flagi na pomniku Smoka Wawelskiego. Bardzo to pożyteczna książka, w dodatku dochód z jej sprzedaży zostanie przekazany na wsparcie telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży. A gdybym miał wskazać swój prywatnie ulubiony fragment „Wszystkich kolorów świata”, to byłaby nim urokliwa miniatura Cezarego Harasimowicza „Okno, takie w sam raz” z rysunkami Marty Kurczewskiej. (Mateusz Chojnacki)
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Dawno, dawno temu… W latach 90., gdy wybuchła w Polsce wolność, szeroką falą zaczęło do nas spływać z Zachodu to wszystko, co było dotąd zakazane. W tym także pornografia. Przedsiębiorczy rodacy postanowili jednak wziąć interes w swoje ręce i dlatego właśnie „najntisy” można nazwać złotą dekadą w dziejach polskiego porno. A właściwie jedyną dekadą w historii, gdy Polacy próbowali zaznaczyć swoją obecność także i w tej dziedzinie kultury. Stusińska wraca do początków rodzimego kapitalizmu i wskrzesza w mojej pamięci obraz witryn kiosków, w których, swobodnie eksponujący swoje części anatomiczne, panie i panowie na okładkach pism takich jak „Cats”, „Wamp” czy „MEN!” sąsiadowali z „Wyborczą” i także licznie wtedy powstającymi gazetkami religijnymi. Osobne miejsce w opowieści autorki zajmuje porno gejowskie. Jednak nie tylko w tej najbardziej dosłownej swojej postaci. Tak się bowiem składa, że polskim przemysłem porno, w tym i heteryckim, trzęśli właśnie mężczyźni homoseksualni. Główną rolę odegrał tu Sławomir Starosta – kompozytor, wokalista, a zarazem założyciel największej (istniejącej zresztą do dzisiaj) firmy produkującej pornografię, Pink Press. O Staroście sporo jest w książce Stusińskiej. Dlaczego to właśnie geje rozkręcili polskie porno? Autorka tłumaczy ten fakt następująco: „Biorąc pod uwagę, że rodzący się pod koniec lat 80. polski ruch LGBT przetarł (…) wiele szlaków, jeśli chodzi o otwartą debatę na temat seksualności, zajęcie się branżą erotyczną było dla tego środowiska… prostsze i dużo naturalniejsze niż dla wielu heteroseksualnych przedsiębiorców, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z tematyką seksu”. (Bartosz Żurawiecki)
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Czytadło rozgrywające się snobistycznie gdzieś poza granicami współczesnej Polski. Może dlatego, że nie ma tu ani krzty homofobii (co akurat jest zaletą książki), podczas gdy nawet bajka umieszczona w polskich realiach jakoś by się do homofobii musiała odnosić? W każdym razie w powieści Śliwińskiej wszyscy są zachwyceni, gdy aspirujący pisarz Scott poznaje miłość swego życia, Eliota, który niegdyś był „cudownym dzieckiem skrzypiec”, a teraz jest zaledwie nauczycielem muzyki, ku niezadowoleniu swoich nadętych rodziców. Chłopcy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie okrutny los, który wkracza do akcji tak w okolicy 300. strony. Całość czyta się dość gładko (mimo pewnych niezręczności językowo-stylistycznych), tym niemniej przydałoby się parę cięć, zwłaszcza wtedy, gdy autorka dzieli się refleksjami na temat życia, związków, dobra i zła itd., itp. Formalnie „Skrzypek” nie wykracza poza konwencję romansu, zauważmy jednak sprawiedliwie nieśmiały wątek autotematyczny w finale. Jeśli ktoś lubi czytać, słuchając jednocześnie muzyki, ten może sobie skompilować soundtrack złożony z utworów, których tytuły padają w książce. Są to przede wszystkim „the best of muzyka klasyczna”; dość banalny zestaw jak na tytułowego bohatera, niegdyś gwiazdę światowych scen muzycznych. Ale też i całą książkę należy uznać za nieszkodliwy banał. (Mateusz Chojnacki)
Tekst z nr 90/3-4 2021.
Digitalizacja archiwum „Repliki” dzięki wsparciu finansowemu Procter & Gamble.
Aby zapewnić sprawne funkcjonowanie tego portalu oraz marketing, umieszczamy na komputerze użytkownika (bądź innym urządzeniu) małe pliki – tzw. cookies („ciasteczka”).